Zapomniana gwiazda Afryki - Bartłomiej Ludwisiak

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Rat­ko Ve­len zga­sił nie­wiel­ką lamp­kę i w ciem­no­ści pod­szedł do okna. Po­wo­li od­su­nął gru­by koc za­wie­szo­ny na kar­ni­szu i wyj­rzał ostroż­nie na ze­wnątrz. Świa­tło księ­ży­ca od­bi­ja­ło się w lek­ko fa­lu­ją­cej ta­fli je­zio­ra, ko­ły­szą­ce­go przy­cu­mo­wa­ną do po­mo­stu drew­nia­ną łód­ką.

Od dnia, w któ­rym do jego biu­ra w Wied­niu wraz z po­ran­ną pocz­tą se­kre­tar­ka przy­nio­sła nie­wiel­ką krysz­ta­ło­wą fi­gur­kę bo­gi­ni Ate1, mi­nął pra­wie ty­dzień. Przez cały ten czas nie wy­chy­lał nosa z drew­nia­ne­go dom­ku ukry­te­go na skra­ju lasu, po­śród gę­sto ro­sną­cych drzew. Gdy za­pa­dał zmrok, sia­dał po ciem­ku w fo­te­lu usta­wio­nym na­prze­ciw drzwi, z bro­nią w za­się­gu dło­ni. Na­słu­chi­wał uważ­nie od­gło­sów oto­cze­nia i tak dłu­go, jak tyl­ko mógł, wal­czył ze snem. Woj­sko­we za­pa­sy żyw­no­ści w po­sta­ci kon­serw i su­cha­rów, do­glą­da­ne sys­te­ma­tycz­nie przez kil­ka ostat­nich lat, oswa­ja­ły go po­wo­li z my­ślą, że musi to kie­dyś na­stą­pić i prę­dzej czy póź­niej ktoś od­kry­je ich se­kret.

Do­brze wie­dział, ja­kie gro­zi mu nie­bez­pie­czeń­stwo. Ta­jem­ni­ca, skry­wa­na od po­ko­leń, war­ta była mi­lio­ny. Zna­ła ją je­dy­nie garst­ka za­ufa­nych lu­dzi, dla­te­go Rat­ko zda­wał so­bie spra­wę, że je­śli ten ktoś tra­fił na jego ślad, to musi być nie­sa­mo­wi­cie prze­bie­gły i bez­względ­ny, a oso­by, któ­re po­zba­wił ży­cia, z całą pew­no­ścią nie za­bra­ły swo­je­go se­kre­tu do gro­bu. Praw­do­po­dob­nie miał on prze­ko­nu­ją­cy spo­sób, by skło­nić je do zwie­rzeń, po­my­ślał, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie pod no­sem.

Rat­ko zbli­żał się do sie­dem­dzie­siąt­ki i na­le­żał do osób, któ­re do­sko­na­le po­tra­fi­ły wy­ko­rzy­stać swo­je ży­cio­we do­świad­cze­nie oraz na­by­te przez de­ka­dy umie­jęt­no­ści. Tej nocy jed­nak, wbrew prze­strze­ga­nym na co dzień za­sa­dom, mu­siał opu­ścić swo­ją bez­piecz­ną kry­jów­kę.

Tra­sa, któ­rą za­mie­rzał po­ko­nać, li­czy­ła je­dy­nie kil­ka ki­lo­me­trów, z tego po­nad dwie trze­cie dro­gi po­sta­no­wił prze­być łód­ką wio­sło­wą. W nor­mal­nych wa­run­kach do­tar­cie na miej­sce za­ję­ło­by mu kil­ka­dzie­siąt mi­nut, ale zmu­szo­ny był omi­jać głów­ne dro­gi. Był świa­do­my ry­zy­ka, któ­re­go przez całe ży­cie sta­rał się uni­kać. Te­raz jed­nak mu­siał zła­mać nie­któ­re re­gu­ły. Nie tyl­ko z po­wo­du zło­żo­nej przy­się­gi, lecz tak­że w tro­sce o sta­re­go przy­ja­cie­la, któ­ry z całą pew­no­ścią po­stą­pił­by po­dob­nie. Za­raz po po­wro­cie Rat­ko miał za­miar za­szyć się w chat­ce na ko­lej­nych kil­ka ty­go­dni.

Męż­czy­zna prze­kro­czył nie­pew­nie próg. Na­stęp­nie za­mknął za sobą drzwi, prze­cią­gnąw­szy wcze­śniej cien­ką węd­kar­ską żył­kę tak, by w ra­zie wi­zy­ty nie­pro­szo­nych go­ści po­cią­gnę­ła nie­wiel­ką do­nicz­kę sto­ją­cą na pa­ra­pe­cie, zrzu­ca­jąc ją na zie­mię.

Po kil­ku se­kun­dach był już na po­mo­ście. Wła­śnie za­czął pa­dać lek­ki deszcz. Scho­wał ko­per­tę do we­wnętrz­nej kie­sze­ni płasz­cza i usiadł­szy na drew­nia­nej ław­ce nie­wiel­kiej łód­ki, chwy­cił za wio­sła.

Go­dzi­nę póź­niej do­bił do brze­gu po­mię­dzy ho­te­lem Grüner Baum a uro­kli­wym neo­go­tyc­kim ko­ścio­łem z cha­rak­te­ry­stycz­ną wie­żą, czę­sto umiesz­cza­ną na pocz­tów­kach z Hal­l­statt. Prze­szedł tra­wia­stym skwe­rem i wy­szedł na sła­bo oświe­tlo­ny Markt­platz. Z po­wo­du póź­nej pory i ule­wy mia­stecz­ko pra­wie opu­sto­sza­ło. Męż­czy­zna pod­szedł do miej­skie­go źró­dła z le­ją­cą się z dwóch dysz pit­ną wodą i na­braw­szy ją w dło­nie, ob­mył spo­co­ną twarz. Na­stęp­nie ru­szył pew­nie wą­ską ulicz­ką i mi­nąw­szy ciem­ną bra­mę, do­tarł do nie­wiel­kiej skrzyn­ki na li­sty. Znaj­do­wa­ła się na fron­to­wej ścia­nie bu­dyn­ku miej­sco­wej pocz­ty. Wy­jął lek­ko na­wil­głą ko­per­tę i wsu­nął ją do środ­ka. Ode­tchnął. Wie­dział, że te­raz musi już tyl­ko bez­piecz­nie wró­cić do dom­ku i prze­cze­kać, aż wy­na­ję­ta przez nie­go gru­pa znaj­dzie wścib­skie­go po­szu­ki­wa­cza przy­gód.

Na mo­ment rzu­cił dys­kret­ne spoj­rze­nie w kie­run­ku ciem­nej syl­wet­ki sto­ją­cej nie­ru­cho­mo kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej, w po­bli­żu pen­sjo­na­tu Hal­l­berg. Od­niósł wra­że­nie, że ów czło­wiek przez chwi­lę mu się przy­glą­dał, i cho­ciaż nie był tego do koń­ca pe­wien, sy­tu­acja, w któ­rej się zna­lazł, nie po­zwa­la­ła, by to zlek­ce­wa­żyć.

Rat­ko znał to mia­stecz­ko jak wła­sną kie­szeń. Za­glą­dał w te oko­li­ce od lat, za­zwy­czaj póź­ną je­sie­nią, gdy tyl­ko czuł, że musi od­po­cząć od miej­skie­go zgieł­ku. Nie­wiel­ką chat­kę ku­pił od sta­re­go ry­ba­ka, któ­ry po­nad wszyst­ko ce­nił so­bie sa­mot­ność i od daw­na już nie żył.

Rat­ko spoj­rzał na ze­ga­rek i ru­szył spo­koj­nym kro­kiem przed sie­bie. Mi­nął bu­dy­nek cu­kier­ni, skrę­cił i zde­cy­do­wa­nie przy­śpie­szył kro­ku. W od­da­li sły­szał ci­chy, do­brze zna­ny szum nie­wiel­kie­go wo­do­spa­du.

Prze­sko­czył ni­ski drew­nia­ny pło­tek i prze­biegł przez od­sło­nię­ty tra­wia­sty od­ci­nek, sta­ra­jąc się jak naj­szyb­ciej zbli­żyć do wą­skie­go przej­ścia po­mię­dzy do­ma­mi. Po kil­ku­na­stu se­kun­dach mar­szu wzdłuż na­brze­ża do­tarł do miej­sca, w któ­rym w za­ro­ślach ukrył swo­ją łód­kę. Wsko­czył do niej i od­py­cha­jąc się wio­słem od dna, od­bił od brze­gu.

Z po­wo­du sil­ne­go wia­tru i wy­so­kiej fali po­wrót wy­ma­gał znacz­nie więk­sze­go wy­sił­ku i do­świad­cze­nia. Czar­ne chmu­ry przy­kry­ły nie­bo i wkrót­ce nad je­zio­rem za­pa­no­wa­ła pra­wie zu­peł­na ciem­ność.

Oko­ło ki­lo­me­tra od celu Rat­ko za­trzy­mał łód­kę. Ścią­gnął buty, a ka­pe­lusz rzu­cił na wodę. Upew­niw­szy się, że do­ku­men­ty są w kie­sze­ni płasz­cza, zdjął go i w oba­wie przed po­rwa­niem przez wiatr za­cze­pił jego rę­kaw o gwóźdź wy­sta­ją­cy z bur­ty. Wie­dział, że po kil­ku go­dzi­nach fala ze­pchnie łód­kę z po­wro­tem w kie­run­ku mia­stecz­ka. Wte­dy bę­dzie już wid­no, a miej­sco­wą spo­łecz­ność obie­gnie wia­do­mość o sa­mo­bój­stwie ko­lej­ne­go znu­dzo­ne­go ży­ciem tu­ry­sty.

Rat­ko ob­lał płaszcz al­ko­ho­lem, zo­sta­wia­jąc nie­wiel­ką ilość w bu­tel­ce, po czym wsko­czył do je­zio­ra. Woda była lo­do­wa­ta. Mia­ła za­le­d­wie kil­ka stop­ni, dla­te­go nie tra­cąc cza­su, skie­ro­wał się pro­sto do swo­jej pu­stel­ni.

Nie­speł­na go­dzi­nę póź­niej, zu­peł­nie wy­cień­czo­ny i zzięb­nię­ty, usiadł w fo­te­lu przy drzwiach i przy­krył się przy­go­to­wa­nym wcze­śniej ko­cem. W ciem­no­ściach moc­no drżą­cą dło­nią się­gnął in­tu­icyj­nie po sto­ją­cy obok nie­go ter­mos. Chwi­lę póź­niej po­czuł, jak cie­pła her­ba­ta wle­wa się po­wo­li do jego żo­łąd­ka i jak stop­nio­wo przy­wra­ca mu ży­cie.

Po­cią­gnął ko­lej­ny łyk i opie­ra­jąc mo­krą jesz­cze gło­wę o gru­be, pi­ko­wa­ne opar­cie fo­te­la, spoj­rzał od­ru­cho­wo w kie­run­ku okna.

Dla­cze­go nie zro­bi­łem tego wcze­śniej? - po­my­ślał. Dla­cze­go, zgod­nie z wy­uczo­nym i wie­lo­krot­nie ana­li­zo­wa­nym pla­nem, nie spoj­rza­łem w okno, gdy zbli­ża­łem się do dom­ku? Od­po­wiedź znał. Na­głe za­ła­ma­nie po­go­dy spra­wi­ło, że spę­dził w wo­dzie nie­mal dwa razy wię­cej cza­su, niż za­kła­dał. W wy­ni­ku tego, bę­dąc na gra­ni­cy hi­po­ter­mii, cał­ko­wi­cie stra­cił czuj­ność.

Te­raz nie mia­ło to już zna­cze­nia. Rat­ko zdał so­bie wła­śnie spra­wę z tego, że ten cie­pły na­pój jest jego ostat­nią przy­jem­no­ścią, ja­kiej do­zna w swo­im cie­ka­wym, peł­nym przy­gód ży­ciu. Za­śmiał się w du­chu, uświa­do­miw­szy so­bie, jak bar­dzo się oszu­ki­wał, my­śląc, że uda mu się prze­żyć.

Po­cie­sza­ją­ce w tym wszyst­kim jest to, że wy­ko­na­łem za­da­nie i uda­ło mi się wy­słać list, po­my­ślał, spo­glą­da­jąc na le­żą­cą przy oknie roz­bi­tą do­nicz­kę. W tej sa­mej chwi­li do jego uszu do­bie­gło ci­che klik­nię­cie. Od­wró­cił gło­wę i wpa­trzył się w ota­cza­ją­cą go ciem­ność. Na­gle bły­snął pło­mień za­pal­nicz­ki. Rat­ko zmru­żył oczy. Blask roz­świe­tlił ob­li­cze męż­czy­zny, któ­ry sie­dział w prze­ciw­le­głym ką­cie po­miesz­cze­nia i ze spo­ko­jem od­pa­lał trzy­ma­ne­go w ustach pa­pie­ro­sa. Rat­ko przyj­rzał mu się do­kład­niej. Po­ło­wa jego twa­rzy była po­kry­ta świe­ży­mi bli­zna­mi po opa­rze­niach.

A więc tak wy­glą­da mój prze­śla­dow­ca, po­my­ślał, od­sta­wia­jąc ku­bek...

° ° °

Bru­no zwol­nił, skrę­ca­jąc w cia­sną ulicz­kę wy­ło­żo­ną ka­mien­ną kost­ką. Mo­kry bruk po­ły­ski­wał w świe­tle ulicz­nych la­tar­ni za­wie­szo­nych na fa­sa­dach sta­rych, ko­lo­ro­wych ka­mie­ni­czek. Do­cho­dzi­ła pół­noc.

Nie­wiel­ki ho­te­lik, w któ­rym za­re­zer­wo­wał noc­leg, znaj­do­wał się za­le­d­wie kil­ka­set me­trów od kra­kow­skie­go Ryn­ku. Wo­kół było już pu­sto, je­dy­nie w wą­skiej bra­mie, kil­ka kro­ków przed nim, Bru­no za­uwa­żył tu­lą­cą się do sie­bie parę. Męż­czy­zna zdjął pu­cho­wą kurt­kę i osło­nił nią od desz­czu swo­ją part­ner­kę, po czym obo­je wy­szli na chod­nik. Gdy go mi­ja­li, Bru­no do­strzegł nie­wiel­ką me­ta­lo­wą ta­blicz­kę, ko­ły­szą­cą się na gru­bych łań­cu­chach przy­twier­dzo­nych do ce­gla­nej ścia­ny. W mro­ku z tru­dem od­czy­tał drob­ny na­pis wy­ry­ty na lek­ko po­rdze­wia­łej po­wierzch­ni: "Ho­tel Ca­lyp­so".

Za­par­ko­wał sa­mo­chód nie­da­le­ko głów­ne­go wej­ścia, chwy­cił tor­bę i wy­siadł. Roz­ło­żył pa­ra­sol i pod­szedł do po­kry­tych brą­zo­wo­zło­tą far­bą drew­nia­nych drzwi. Spoj­rzał na rzeź­bio­ną fu­try­nę i zde­cy­do­wa­nym ru­chem na­ci­snął nie­wiel­ki przy­cisk znaj­du­ją­cy się tuż obok na­pi­su: "RE­CEP­CJA".

Cof­nął się o krok, scho­dząc z ka­mien­ne­go schod­ka, i nie uno­sząc gło­wy, zer­k­nął dys­kret­nie w górę.

Nie my­lił się. W nie­wiel­kim za­kra­to­wa­nym oknie na pierw­szym pię­trze ho­te­li­ku, w któ­rym za­mie­rzał no­co­wać, za­uwa­żył nie­ru­cho­mą, ciem­ną po­stać. Wy­raź­nie mu się przy­glą­da­ła. Do­strzegł ją już wcze­śniej, gdy się­gał po ba­gaż z tyl­ne­go sie­dze­nia Land Ro­ve­ra.

Po paru se­kun­dach drzwi się otwo­rzy­ły i sta­nę­ła w nich star­sza, przy­gar­bio­na ko­bie­ta. Spoj­rza­ła na nie­go obo­jęt­nie, po czym za­ma­szy­stym ru­chem dło­ni za­rzu­ci­ła na sie­bie gru­by weł­nia­ny pled. Na­stęp­nie opu­ści­ła gło­wę, się­gnę­ła do du­żej kie­sze­ni swe­tra i wy­ję­ła z niej oku­la­ry. Mia­ły gru­be, ciem­ne opraw­ki i ma­syw­ne cy­lin­drycz­ne szkła. Za­ło­ży­ła je po­śpiesz­nie i zmru­ży­ła oczy, żeby uważ­nie mu się przyj­rzeć.

Uśmiech­nął się do niej. Od­niósł wra­że­nie, że ko­bie­ta do­pie­ro te­raz na­praw­dę za­uwa­ży­ła, że ktoś przed nią stoi. Po chwi­li od­wza­jem­ni­ła uśmiech.

Spoj­rzał w górę. W oknie nie było już ni­ko­go.

- Do­bry wie­czór panu. Po­go­dzi­łam się już z my­ślą, że jed­nak pan zre­zy­gno­wał - po­wie­dzia­ła star­sza pani, uchy­la­jąc sze­rzej drzwi. - O tej po­rze roku rzad­ko mie­wa­my tu go­ści - do­rzu­ci­ła, ob­ra­ca­jąc się i kie­ru­jąc kro­ki w stro­nę za­wie­szo­nej na ścia­nie drew­nia­nej skrzyn­ki. - Przy­go­to­wa­łam po­kój na pierw­szym pię­trze, ten, o któ­ry pan pro­sił. A oto klucz - do­da­ła, wci­ska­jąc mu go do ręki. Wi­sia­ła przy nim nie­wiel­ka fi­gur­ka przed­sta­wia­ją­ca ja­kąś śre­dnio­wiecz­ną po­stać.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział Bru­no, cho­wa­jąc klucz do kie­sze­ni i ła­piąc za skó­rza­ny uchwyt tor­by po­dróż­nej. - W oko­li­cach Czę­sto­cho­wy prze­wró­co­na na­cze­pa za­ta­ra­so­wa­ła dro­gę i stra­ci­łem po­nad go­dzi­nę, sto­jąc w kil­ku­na­sto­ki­lo­me­tro­wym kor­ku.

- Ro­zu­miem. Z pew­no­ścią jest pan zmę­czo­ny. Pro­szę mi wy­ba­czyć, że nie od­pro­wa­dzę pana na górę, ale nogi już nie te - do­da­ła ko­bie­ta z lek­kim uśmie­chem. - Śnia­da­nie bę­dzie o dzie­sią­tej.

- Bar­dzo pani dzię­ku­ję i ży­czę mi­łej nocy - po­że­gnał się Bru­no i ru­szył do swo­je­go po­ko­ju.

Ko­bie­ta od­pro­wa­dzi­ła go wzro­kiem aż do scho­dów i do­pie­ro gdy po­sta­wił sto­pę na pierw­szym stop­niu, zga­si­ła świa­tło w holu. Małe le­do­we lamp­ki tuż przy pod­ło­dze rzu­ca­ły cie­pły blask, pro­wa­dząc stro­mo na pię­tro. Bru­no chwy­cił się drew­nia­nej po­rę­czy i po nie­speł­na mi­nu­cie stał już przed drzwia­mi po­ko­ju.

Spoj­rzał na le­d­wie wi­docz­ny nu­mer, żeby się upew­nić, czy do­brze tra­fił, po czym wszedł do środ­ka. We­wnątrz po­miesz­cze­nia było ciem­no, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach ty­to­niu i świe­żej po­ście­li. Nie za­pa­la­jąc świa­tła, Bru­no usiadł na łóż­ku.

- Wi­tam pana i prze­pra­szam za spóź­nie­nie - po­wie­dział, spo­glą­da­jąc w stro­nę du­że­go fo­te­la z wy­so­kim opar­ciem. Był ob­ró­co­ny ty­łem do nie­go i usta­wio­ny przo­dem do wy­so­kich, nie­mal trzy­me­tro­wych, dwu­skrzy­dło­wych drzwi pro­wa­dzą­cych za­pew­ne do dru­gie­go po­miesz­cze­nia. Gdy tyl­ko oczy Bru­no­na przy­zwy­cza­iły się do ciem­no­ści, za­uwa­żył spo­czy­wa­ją­cą na skó­rza­nym opar­ciu dłoń trzy­ma­ją­cą cy­ga­ro.

- Miło mi pana po­znać - ode­zwał się ni­ski, mę­ski głos. Po jego brzmie­niu Bru­no oce­nił, że roz­mów­ca mu­siał być już w doj­rza­łym wie­ku. - Na­zy­wam się Lam­bert Foks. Wy­ba­czy pan, że się nie przy­wi­tam, ale ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa wolę nie po­ka­zy­wać swo­jej twa­rzy. Może dzi­wi pana ta kon­spi­ra­cyj­na otocz­ka, pro­szę mi jed­nak wie­rzyć, bę­dzie le­piej dla nas obu, je­śli nikt nas ra­zem nie zo­ba­czy.

Do uszu Bru­no­na do­tarł ci­chy świst wcią­ga­ne­go dymu z cy­ga­ra.

- Nie mam już zbyt wie­le cza­su, więc po­zwo­li pan, że w skró­cie na­kre­ślę ob­raz sy­tu­acji, z po­wo­du któ­rej zo­stał pan po­pro­szo­ny o po­moc.

Męż­czy­zna uniósł dłoń i po­now­nie za­cią­gnął się moc­no cy­ga­rem. Roz­ża­rzo­ny ko­niec roz­świe­tlił na chwi­lę znaj­du­ją­cą się w po­bli­żu nie­wiel­ką ko­mo­dę i le­żą­cy na niej ele­ganc­ki kie­szon­ko­wy ob­ci­nacz do cy­gar. Na wy­po­le­ro­wa­nej chro­mo­wa­nej po­wierzch­ni Bru­no uj­rzał wy­gra­we­ro­wa­ne ini­cja­ły LF.

- Je­stem sta­rym przy­ja­cie­lem pani Teks, a praw­dę mó­wiąc, jej świę­tej pa­mię­ci ro­dzi­ców. Jak pan za­pew­ne już wie od swo­je­go przy­ja­cie­la Ka­pi­ta­na ro­dzi­na Tek­sów od po­ko­leń zna­na jest ze swo­je­go za­mi­ło­wa­nia do kosz­tow­nych dro­bia­zgów. Po­sia­da­ją ko­lek­cję bry­lan­tów war­tych mi­lio­ny do­la­rów. - Męż­czy­zna prze­rwał na chwi­lę i lek­ko ob­ró­cił gło­wę w kie­run­ku Bru­no­na. - Za­pew­nio­no mnie, że moż­na panu za­ufać, dla­te­go je­stem pe­wien, że treść na­szej roz­mo­wy po­zo­sta­nie mię­dzy nami.

- Oczy­wi­ście - za­pew­nił krót­ko Bru­no.

- Czy in­te­re­so­wał się pan kie­dyś mię­dzy­na­ro­do­wym han­dlem szla­chet­ny­mi ka­mie­nia­mi poza ogól­no­do­stęp­ny­mi au­kcja­mi?

- Przy­znam, że nie­spe­cjal­nie. Wiem, że krą­ży wie­le le­gend na te­mat...

Męż­czy­zna sie­dzą­cy w fo­te­lu za­śmiał się ci­cho w spo­sób, z któ­re­go Bru­no z ła­two­ścią wy­wnio­sko­wał, że lata spę­dzo­ne na han­dlu mi­ne­ra­ła­mi dały mu wie­dzę znacz­nie więk­szą, niż ko­mu­kol­wiek mo­gło się wy­da­wać, i że z całą pew­no­ścią nie były to in­for­ma­cje po­cho­dzą­ce z pu­blicz­nych środ­ków prze­ka­zu.

- Z ca­łym sza­cun­kiem, pa­nie Bru­no­nie. Hi­sto­ria wy­do­by­wa­nia dia­men­tów, się­ga­ją­ca cza­sów śre­dnio­wie­cza, to wy­star­cza­ją­co dłu­gi okres, by na­ro­sło wo­kół nich mnó­stwo le­gend. Już w pięt­na­stym wie­ku w jed­nej z naj­więk­szych in­dyj­skich ko­palń pra­co­wa­ło po­nad sześć­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi. Jed­nak więk­szość z tych opo­wie­ści zna­nych zwy­kłym, pro­szę mi wy­ba­czyć wy­ra­że­nie, śmier­tel­ni­kom, jest mniej praw­do­po­dob­na niż le­gen­da o smo­ku wa­wel­skim spa­ce­ru­ją­cym ulicz­ka­mi na­sze­go mia­sta. Zmy­ślo­no je, a po­tem przez lata ubar­wia­no przy moc­nych trun­kach w za­tło­czo­nych pu­bach. O tych praw­dzi­wych cie­ka­wost­kach wie nie­wie­le osób - po­wie­dział i spu­ściw­szy gło­wę, do­dał szep­tem: - A z każ­dym ko­lej­nym mie­sią­cem licz­ba tych osób nie­po­ko­ją­co ma­le­je. To po­wód, dla któ­re­go pan tu jest.

- A co ma z tym wspól­ne­go pani Teks? - za­py­tał Bru­no.

Męż­czy­zna po­now­nie za­cią­gnął się cy­ga­rem, a po chwi­li wy­pu­ścił dużą chmu­rę gę­ste­go dymu.

- Na sku­tek nie­szczę­śli­we­go wy­pad­ku, jaki przy­da­rzył się jej ojcu, pani Pau­la Teks odzie­dzi­czy­ła nie tyl­ko ogrom­ny ma­ją­tek, lecz tak­że spa­dła na nią wiel­ka od­po­wie­dzial­ność. Pan Teks wpro­wa­dzał ją stop­nio­wo w spra­wy zwią­za­ne z han­dlem dia­men­ta­mi i wta­jem­ni­czał po­wo­li w za­wi­łe ar­ka­na tego biz­ne­su. Po­zna­wał z oso­ba­mi, za­zwy­czaj swo­imi za­ufa­ny­mi zna­jo­my­mi, któ­rzy byli ko­lek­cjo­ne­ra­mi z Eu­ro­py, Azji, nie po­mi­ja­jąc tak­że tych zza oce­anu. Nie­ste­ty, na po­cząt­ku grud­nia do­szło do pew­ne­go przy­kre­go zda­rze­nia. W nie­wy­ja­śnio­nych do koń­ca oko­licz­no­ściach w Au­strii sa­mo­bój­stwo po­peł­nił je­den z naj­bliż­szych przy­ja­ciół pana Tek­sa. Być może nie by­ło­by w tym nic dziw­ne­go, gdy­by nie fakt, że tej sa­mej nocy, kie­dy męż­czy­zna zdo­był się na ten osta­tecz­ny krok, wy­słał też list do ojca Pau­li. W ko­per­cie oprócz krót­kich po­zdro­wień umiesz­czo­na była nie­wiel­ka krysz­ta­ło­wa fi­gur­ka. Przy­pusz­cza­my, że było to ostrze­że­nie przed zbli­ża­ją­cym się nie­bez­pie­czeń­stwem. Nie­ste­ty, wia­do­mość do­tar­ła po kil­ku dniach od po­grze­bu pana Tek­sa.

- Jak zgi­nął oj­ciec pani Pau­li?

- Wy­pa­dek na je­zio­rze. Jego cia­ło od­na­le­zio­no po kil­ku dniach po­szu­ki­wań. Po­li­cja nie do­pa­trzy­ła się udzia­łu osób trze­cich. Oli­wier był moim sze­fem i bar­dzo bli­skim przy­ja­cie­lem przez do­brych kil­ka­dzie­siąt lat. Świet­nie na­wi­go­wał, ale, co wy­ni­ka­ło z po­li­cyj­ne­go ra­por­tu, nar­ko­ty­ki i al­ko­hol nie idą w pa­rze z pły­wa­niem jach­tem mo­to­ro­wym, na któ­rym znaj­du­je się po­nad ty­siąc li­trów pa­li­wa. Usta­lo­no, że praw­do­po­dob­nie na sku­tek ludz­kiej nie­ostroż­no­ści do­szło do wy­bu­chu. Szko­puł w tym, że pan Teks ni­g­dy nie pił al­ko­ho­lu, kie­dy sam prze­by­wał na ło­dzi, nie mó­wiąc już o in­nych używ­kach. Pau­la po­pro­si­ła mnie, abym prze­ka­zał panu tę in­for­ma­cję. Jej na­dal trud­no jest o tym mó­wić.

- Tak, to jak naj­bar­dziej zro­zu­mia­łe, ale jaka jest moja rola w tej spra­wie? - za­py­tał Bru­no, spo­glą­da­jąc na duży, sta­ry ze­gar na ścia­nie. Mi­nę­ła pierw­sza w nocy.

- Nie wie­my do­kład­nie, przed kim chcia­no ostrzec Oli­wie­ra i czy nie­bez­pie­czeń­stwo gro­zi rów­nież jego cór­ce, ale nie mogę tego wy­klu­czyć. Był­bym wdzięcz­ny, gdy­by zgo­dził się pan ochra­niać ją do cza­su, aż sy­tu­acja się wy­ja­śni. Z przy­czyn oso­bi­stych ja nie mogę jej po­móc, cho­ciaż bar­dzo nad tym ubo­le­wam. By­łem przy tej ro­dzi­nie od za­wsze i słu­ży­łem jej swo­ją po­mo­cą tak czę­sto, jak tyl­ko było to ko­niecz­ne. Nie­ste­ty, pro­wa­dzę in­te­re­sy poza gra­ni­ca­mi kra­ju i w związ­ku z tym dużo po­dró­żu­ję.

- Hmm... - mruk­nął Bru­no. - Dla­cze­go aku­rat ja?

- To musi być za­ufa­na oso­ba, a pana, po roz­mo­wie z Ka­pi­ta­nem, po­le­ci­ła mi Pau­la. Ostat­nio od­su­nę­li­śmy z jej oto­cze­nia pry­wat­ne­go kie­row­cę i z całą pew­no­ścią nie była to prze­sad­na ostroż­ność... Ro­zu­mie pan. Oczy­wi­ście zda­ję so­bie spra­wę ze strat, któ­re pan po­nie­sie, nie mo­gąc pro­wa­dzić swo­ich in­te­re­sów w Gdań­sku, dla­te­go też z chwi­lą wy­ra­że­nia zgo­dy na pań­skie kon­to bę­dzie wpły­wa­ło od­po­wied­nie wy­na­gro­dze­nie.

Bru­no za­my­ślił się przez chwi­lę. Wie­dział, że fir­ma prze­wo­zo­wa w Gdań­sku do­pie­ro się roz­wi­ja, a jego wspól­nik To­mek po po­wro­cie ze szpi­ta­la aż rwie się do ro­bo­ty. Sam na­wet na­le­gał, by Bru­no wziął dwu­ty­go­dnio­wy urlop i gdzieś wy­je­chał. Za­tem for­mal­nie nic nie sta­ło na prze­szko­dzie, by pod­jąć się tego zle­ce­nia.

- Od kie­dy mam za­cząć? - za­py­tał.

- Dzię­ku­ję - od­po­wie­dział męż­czy­zna i na­tych­miast zga­sił cy­ga­ro. - Ju­tro w po­łu­dnie pro­szę zgło­sić się pod ad­res, któ­ry zo­sta­wi­łem panu w ko­per­cie. Leży na sto­li­ku przed pa­nem. Jest tam rów­nież nu­mer do mnie. Pro­szę dzwo­nić tyl­ko w osta­tecz­no­ści. Bę­dzie­my w kon­tak­cie, choć jest mało praw­do­po­dob­ne, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek się spo­tka­my. Było mi miło. Że­gnam pana - do­dał męż­czy­zna i wstał. Po chwi­li znik­nął za drzwia­mi.

Bru­no spoj­rzał w jego kie­run­ku. Za­uwa­żył je­dy­nie ciem­ną wy­so­ką po­stać. Pod­niósł się z łóż­ka i włą­czył świa­tło. Po­kój był duży i czy­sty, urzą­dzo­ny w sty­lu no­wo­jor­skim, ze sta­ran­nie za­ście­lo­nym dwu­oso­bo­wym łóż­kiem.

Uchy­lił okno i od­ru­cho­wo spoj­rzał w dół na sa­mo­chód, któ­ry gwał­tow­nie ru­szył spod ho­te­lu. Na­stęp­nie pod­szedł do sto­li­ka. Się­gnął po ko­per­tę, otwo­rzył ją i wy­su­nął ze środ­ka nie­wiel­ką kart­kę. Przed zga­sze­niem świa­tła spoj­rzał raz jesz­cze na znaj­du­ją­cy się na niej ad­res: ul. Li­lio­wa 8.

1 Ate - grec­ka bo­gi­ni za­śle­pie­nia, błę­du. Jest uoso­bie­niem po­chop­ne­go dzia­ła­nia, któ­re czło­wiek po­peł­nia z po­wo­du zbyt du­żej py­chy, do­pro­wa­dza­ją­ce­go do upad­ku czy też śmier­ci.

ROZDZIAŁ 2

Do­cho­dzi­ła dzie­wią­ta, gdy Bru­no otwo­rzył oczy. Zbu­dził go gło­śny dźwięk usta­wio­ne­go w te­le­fo­nie bu­dzi­ka. Wziął szyb­ki prysz­nic i po nie­speł­na kwa­dran­sie wy­szedł z ho­te­lo­we­go po­ko­ju. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach był już w umó­wio­nym wcze­śniej miej­scu. Cze­kał na Ka­pi­ta­na. Był to jego wie­lo­let­ni przy­ja­ciel, któ­re­go po­znał w Men­to­nie w re­jo­nie La­zu­ro­we­go Wy­brze­ża. To on kil­ka ty­go­dni temu za­dzwo­nił do nie­go i pro­sił, by przy­je­chał do Kra­ko­wa.

Umó­wi­li się w nie­wiel­kiej ka­wia­ren­ce miesz­czą­cej się na bar­ce przy­cu­mo­wa­nej do na­brze­ża w po­bli­żu za­ko­la Wi­sły. To Ka­pi­tan za­su­ge­ro­wał, by spo­tka­li się wcze­śniej, za­nim Bru­no po­ja­wi się w po­sia­dło­ści pań­stwa Tek­sów.

Bru­no zdą­żył opróż­nić już ta­lerz, gdy uj­rzał w drzwiach zna­jo­mą twarz przy­ja­cie­la. Za każ­dym ra­zem, gdy się z nim spo­ty­kał, nie mógł uwie­rzyć, że ten ener­gicz­ny, świet­nie ubra­ny czło­wiek ma po­nad sie­dem­dzie­siąt lat. Tym ra­zem jed­nak od­niósł wra­że­nie, że Ka­pi­tan wy­glą­da na zmę­czo­ne­go. Pew­nie im­pre­zo­wał przez kil­ka dni z rzę­du, nie­raz już mu się to zda­rzy­ło, po­my­ślał.

- Ucie­szy­ła mnie in­for­ma­cja, że zgo­dzi­łeś się po­móc. Zno­wu mam u cie­bie dług - za­czął męż­czy­zna, zbli­ża­jąc się do nie­wiel­kie­go dwu­oso­bo­we­go sto­li­ka usta­wio­ne­go w za­cisz­nym miej­scu w rogu po­miesz­cze­nia.

Bru­no po­ki­wał je­dy­nie gło­wą, prze­ły­ka­jąc ostat­ni kęs ka­nap­ki i na­wet na mo­ment nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ko­lej­nej por­cji ja­jecz­ni­cy na bocz­ku, któ­rą wła­śnie do­no­si­ła mu kel­ner­ka.

- Nie wiem, ile jesz­cze za­mie­rzasz po­cią­gnąć, ale po­nie­waż nie wy­glą­dasz zbyt do­brze - po­wie­dział, do­le­wa­jąc so­bie her­ba­ty do fi­li­żan­ki - su­ge­ru­ję, abyś za­czął już my­śleć po­wo­li o jego spła­cie - do­dał Bru­no i mru­gnął do nie­go po­ro­zu­mie­waw­czo. Na­stęp­nie wstał i przy­ja­cie­le uści­snę­li się moc­no na po­wi­ta­nie.

- Coś ci za­mó­wić?

- Nie, dzię­ku­ję, już ja­dłem - od­po­wie­dział Ka­pi­tan, po­kle­pu­jąc się bo brzu­chu. - Wiem, że mia­łeś wie­czor­ne spo­tka­nie z pa­nem Lam­ber­tem - do­dał, do­sia­da­jąc się do sto­li­ka.

- Ow­szem. Po­ga­wę­dzi­li­śmy so­bie tro­chę i na­kre­ślił mi z grub­sza, w czym rzecz. Mu­szę przy­znać, że to dość ta­jem­ni­czy gość.

- Za­uwa­ży­łeś? - za­py­tał prze­kor­nie Ka­pi­tan, uda­jąc lek­kie za­sko­cze­nie.

- Opo­wiesz mi coś o nim?

- Nie­ste­ty, w tej kwe­stii nie­wie­le po­mo­gę. Po­zna­łem ro­dzi­ców Pau­li po­nad dwa­dzie­ścia lat temu. Lam­bert już wte­dy przy nich był. Pierw­szy raz spo­tka­li się w po­łu­dnio­wej Afry­ce. Pra­co­wał w znaj­du­ją­cej się tam ko­pal­ni dia­men­tów. Nie wiem, jaką peł­nił w niej funk­cję. Pew­ne­go dnia od­wie­dzi­li ją tak­że pań­stwo Tek­so­wie. To mia­ła być nor­mal­na wy­ciecz­ka, jak jed­na z wie­lu już wcze­śniej or­ga­ni­zo­wa­nych, pod­czas któ­rych po­ka­zu­je się gór­ni­ków z ra­do­ścią wy­ko­nu­ją­cych swo­ją pra­cę. Nie­ste­ty, pod­czas zwie­dza­nia ko­ry­ta­rzy do­szło do nie­szczę­śli­we­go wy­pad­ku. Zgi­nę­ło kil­ka osób i za­pew­ne ta po­nu­ra licz­ba by­ła­by więk­sza, gdy­by nie pan Lam­bert. Na­ra­ża­jąc wła­sne ży­cie, ura­to­wał Oli­wie­ra, sam zo­stał przy tym ran­ny. Zresz­tą tro­chę ku­le­je do dzi­siaj. Tym po­świę­ce­niem Lam­bert za­skar­bił so­bie do­zgon­ną wdzięcz­ność ro­dzi­ny. Do­stał sta­no­wi­sko do­rad­cy w fir­mie Tek­sa, a wkrót­ce po­tem za­jął się han­dlem świe­ci­deł­ka­mi. Sta­re zna­jo­mo­ści i nie do koń­ca ja­sne, moim zda­niem, ukła­dy po­zwo­li­ły mu świet­nie od­na­leźć się w no­wej bran­ży, w któ­rej w krót­kim cza­sie do­ro­bił się spo­rej for­tu­ny.

- A moja pod­opiecz­na? - za­py­tał Bru­no, roz­glą­da­jąc się za sol­nicz­ką. Od razu wy­czuł na so­bie roz­ba­wio­ny wzrok Ka­pi­ta­na. Zna­li się na tyle do­brze, że bez słów po­tra­fił od­czy­tać, co tam­ten chciał mu prze­ka­zać.

- Taka so­bie. Po­win­na ci się spodo­bać - od­po­wie­dział przy­ja­ciel. - Dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia pan­na, zgrab­na i wy­star­cza­ją­co ład­na, by stan po­sia­da­ne­go przez nią kon­ta nie mu­siał jej do­da­wać uro­ku.

- Okej. Świet­nie. W ta­kim ra­zie przyj­rzyj­my się jesz­cze ostat­nim wy­da­rze­niom - po­wie­dział Bru­no, się­ga­jąc po krom­kę ra­zo­we­go chle­ba i sma­ru­jąc ją ma­słem. - Mamy dwa po­grze­by i to w dość krót­kim od­stę­pie cza­su oraz ostrze­że­nie su­ge­ru­ją­ce, że ktoś miał, bądź na­dal ma, złe za­mia­ry wo­bec tej ro­dzi­ny. - Bru­no za­my­ślił się przez mo­ment. - Co o tym są­dzisz?

- Sam nie wiem. To świat wiel­kich in­te­re­sów. Po­dob­no nie ma na świe­cie dia­men­tu, któ­ry nie był­by oku­pio­ny nie­wol­ni­czą pra­cą lub czy­jąś śmier­cią. A my wcho­dzi­my po­mię­dzy naj­więk­szych gra­czy. Dia­men­ty zmie­nia­ją lu­dzi jak pie­przo­ny pier­ścień w Tol­kie­now­skie­go Śród­zie­mia. Ktoś, kto sie­dzi w tym zbyt dłu­go, tra­ci uczu­cia i prze­ko­nu­je się, że w po­go­ni za praw­dzi­wy­mi oka­za­mi ludz­kie ży­cie jest nie­wie­le war­te i wpi­sa­ne w ewen­tu­al­ne stra­ty. Ale po­wiedz le­piej, co u cie­bie? Jak ci się miesz­ka w Gdań­sku? No i czy in­te­res się roz­krę­ca?

- A dzię­ku­ję - od­po­wie­dział Bru­no. - Mamy co­raz wię­cej za­mó­wień, więc nowy rok za­po­wia­da się cał­kiem nie­źle. Pod moją nie­obec­ność za­stę­pu­je mnie wspól­nik. By­czył się parę ty­go­dni na wol­nym, to te­raz nad­ra­bia za­le­gło­ści.

- Wiem. Wi­dzia­łem w ja­kiejś te­le­wi­zji. Po­ka­zy­wa­li na­wet miej­sce, w któ­rym go prze­trzy­my­wa­li, i rze­czy­wi­ście, co do wi­do­ków moż­na mieć pew­ne za­strze­że­nia, ale o ile się nie mylę, była to piw­nicz­ka wi­niar­ni.

- Do­kład­nie - rzekł ze śmie­chem Bru­no. Do­brze wie­dział o za­mi­ło­wa­niu Ka­pi­ta­na do tego szla­chet­ne­go trun­ku. - Ale my tu o przy­jem­no­ściach - do­dał, od­kła­da­jąc sztuć­ce na ta­lerz - a ja za­raz mu­szę się za­mel­do­wać u mo­jej no­wej pra­co­daw­czy­ni. Za­pew­ne to od niej się do­wiem, jaki roz­kład za­jęć mnie cze­ka, ale je­śli uwa­żasz, że mo­żesz mi coś jesz­cze...

- Znam Pau­lę - wtrą­cił Ka­pi­tan - od­kąd przy­szła na świat. Stra­ci­li­śmy kon­takt na kil­ka lat, gdy jako na­sto­lat­ka wy­je­cha­ła za gra­ni­cę, żeby stu­dio­wać na re­no­mo­wa­nych uczel­niach. Po­tem tro­chę po­dró­żo­wa­ła i przy­pad­kiem spo­tka­li­śmy się zno­wu we Flo­ren­cji. To tam po­zna­li­śmy się le­piej. Od tego cza­su re­gu­lar­nie, dwa razy do roku, wy­jeż­dża­my gdzieś ra­zem. Jej oj­ciec bez obaw zo­sta­wiał ją pod moją opie­ką.

- A mó­wi­łeś, że do­brze cię znał... - po­wie­dział Bru­no, uda­jąc zdzi­wie­nie.

Ka­pi­tan zmarsz­czył gniew­nie czo­ło, ale jego ro­ze­śmia­ne oczy szyb­ko zdra­dzi­ły po­zo­ro­wa­ną złość.

- Za kogo mnie masz? Ona od­po­czy­wa­ła od na­dę­tych ko­le­si ze swo­je­go oto­cze­nia, a ja je­dy­nie z bez­piecz­nej od­le­gło­ści przez okno na pię­trze - do­dał, uno­sząc w górę wska­zu­ją­cy pa­lec - czer­pa­łem ener­gię ży­cio­wą, pa­trząc, jak opa­la się nago na po­mo­ście. Mo­żesz mi nie uwie­rzyć, ale mia­łem z tego cza­sem więk­szą przy­jem­ność niż... No wiesz.

- Okej. Ro­zu­miem.

- Py­ta­łeś o obo­wiąz­ki. Za­wie­ziesz ją do fir­my, na spek­takl do te­atru, może usią­dzie­cie so­bie cza­sem w ja­kimś pu­bie. Po­znasz cie­ka­wych lu­dzi z jej to­wa­rzy­stwa. Jed­nym sło­wem, wa­ka­cje, za któ­re ci jesz­cze za­pła­cą - po­wie­dział Ka­pi­tan, po czym za­mknął oczy i na po­twier­dze­nie swo­ich słów po­ki­wał gło­wą.

- Brzmi cie­ka­wie. A ty zo­sta­jesz na miej­scu?

- Chciał­bym. Nie­ste­ty, dzi­siaj wie­czo­rem mu­szę wy­je­chać. Nie bę­dzie mnie kil­ka dni. Za­ła­twię parę spraw i po­sta­ram się szyb­ko wró­cić. W ra­zie po­trze­by dzwoń. Znasz mnie, w sy­tu­acjach za­gro­że­nia prze­miesz­czam się bły­ska­wicz­nie.

- To praw­da - zgo­dził się z nim Bru­no, ma­jąc w pa­mię­ci mo­men­ty wy­ma­ga­ją­ce od Ka­pi­ta­na szyb­kich ewa­ku­acji z miesz­kań mę­ża­tek, gdy ich dru­gie po­łów­ki nie­ocze­ki­wa­nie wra­ca­ły do domu.

- Wiesz, mu­szę przy­znać, że cał­kiem ład­nie tu pach­nie. Chy­ba się jed­nak sku­szę i coś so­bie za­mó­wię.

- Za­tem smacz­ne­go. Na mnie już czas - po­wie­dział Bru­no, mi­ja­jąc przy­ja­cie­la i po­kle­pu­jąc go po ra­mie­niu. - Je­ste­śmy w kon­tak­cie.

Ka­pi­tan, nie od­wra­ca­jąc się, z no­sem wci­śnię­tym w menu uniósł je­dy­nie na po­że­gna­nie otwar­tą dłoń.

° ° °

Po nie­speł­na dwu­dzie­stu mi­nu­tach Bru­no mi­jał już osie­dle dom­ków jed­no­ro­dzin­nych. Przy­ci­szył ra­dio i zer­k­nął na na­wi­ga­cję. Od wy­zna­czo­ne­go miej­sca dzie­lił go za­le­d­wie ki­lo­metr. Spoj­rzał na ze­ga­rek i do­dał nie­co gazu.

Rów­ny, świe­żo po­ło­żo­ny as­falt pro­wa­dził lek­ko pod górę, a na­stęp­nie skrę­cał w pra­wo i zni­kał za li­nią gę­stych igla­stych drzew. Po le­wej stro­nie Bru­no za­uwa­żył cią­gną­ce się ża­lu­zjo­we ogro­dze­nie z sza­rej sta­li. Zwol­nił i pod­je­chał pod dłu­gą bra­mę prze­suw­ną, uzbro­jo­ną w dwie ka­me­ry prze­my­sło­we. Otwo­rzył okno, żeby wy­sta­wić rękę i na­ci­snąć przy­cisk umiesz­czo­ny obok nie­wiel­kie­go gło­śni­ka.

- Dzień do­bry, pa­nie Bru­no­nie. Pani Pau­la już na pana cze­ka. Za­pra­szam. - Z me­ta­lo­wej skrzyn­ki do­biegł mę­ski głos i za­nim Bru­no zdą­żył się ode­zwać, bra­ma za­czę­ła się prze­su­wać.

Ru­szył wol­no do przo­du i mi­nął wy­so­ką na po­nad sześć me­trów szkla­ną, za­krzy­wio­ną ścia­nę, po któ­rej spły­wa­ła woda, mie­niąc się dzie­siąt­ka­mi ko­lo­rów. Za nią, w od­le­gło­ści oko­ło trzy­dzie­stu me­trów, uj­rzał par­te­ro­wy dom zło­żo­ny z kil­ku seg­men­tów, z wiel­ki­mi pa­no­ra­micz­ny­mi okna­mi. Wo­kół ro­sły oka­za­łe, wie­lo­let­nie so­sny.

Bru­no za­par­ko­wał na wy­zna­czo­nym miej­scu i udał się pie­szo do głów­nych drzwi. Za­uwa­żył, jak jed­na z ka­mer, umiesz­czo­na na rogu bu­dyn­ku, prze­su­wa­jąc się po­wo­li, śle­dzi każ­dy jego krok.

A za­tem nad wszyst­kim czu­wa oko ochro­ny. To do­brze, po­my­ślał, zbli­ża­jąc się do wej­ścia. Gdy się­gał dło­nią w kie­run­ku dzwon­ka, usły­szał cha­rak­te­ry­stycz­ny od­głos me­cha­ni­zmu otwie­ra­ją­ce­go za­mek i jed­no skrzy­dło drzwi uchy­li­ło się do środ­ka. W pro­gu sta­nę­ła drob­na dziew­czy­na o dłu­gich pra­wie do pasa blond wło­sach i ład­nej buzi. W ręku trzy­ma­ła ku­chen­ną ście­recz­kę.

- Bar­dzo pana prze­pra­szam, pa­nie Bru­no­nie. Na­zy­wam się Pau­la Teks. My­śla­łam, że zdą­żę z obia­dem, i stąd moje nie­przy­go­to­wa­nie. Pro­szę mi wy­ba­czyć... i za­pra­szam - po­wie­dzia­ła, uchy­la­jąc sze­rzej drzwi.

- Pro­szę się mną nie przej­mo­wać i zde­cy­do­wa­nie nie prze­ry­wać pra­cy nad tym, co tak sma­ko­wi­cie pach­nie - od­parł, za­sko­czo­ny uprzej­mo­ścią dziew­czy­ny.

Ka­pi­tan opi­sy­wał mu ją wcze­śniej, ale naj­wi­docz­niej, żeby się od­mło­dzić, w to­wa­rzy­stwie Pau­li nie za­kła­dał oku­la­rów, bo dziew­czy­na nie była, jak to ujął, "taka so­bie", była po pro­stu uro­cza i wy­glą­da­ła na dwu­dzie­sto­lat­kę... Sta­ry zbo­cze­niec, po­my­ślał Bru­no, uśmie­cha­jąc się lek­ko pod no­sem i wy­obra­ża­jąc so­bie przy­ja­cie­la w oknie ze wzro­kiem wy­ce­lo­wa­nym w po­most, na któ­rym się opa­la­ła.

- Bę­dzie mi miło, je­śli nie od­mó­wi mi pan wspól­ne­go po­sił­ku. Za­wsze, gdy tyl­ko czas po­zwa­la, re­zy­gnu­ję z re­stau­ra­cji i chęt­nie przy­rzą­dzam coś sama.

- To bar­dzo miło z pani stro­ny. Dzię­ku­ję i z przy­jem­no­ścią spró­bu­ję tej wspa­nia­le wy­glą­da­ją­cej po­tra­wy - do­dał, spo­glą­da­jąc w kie­run­ku usta­wio­ne­go na elek­trycz­nym pie­cy­ku du­że­go woka.

Zna­leź­li się w prze­stron­nym, no­wo­cze­śnie urzą­dzo­nym wnę­trzu. Na po­nad stu me­trach kwa­dra­to­wych mie­ścił się sa­lon z otwar­tą na nie­go kuch­nią. Po­miesz­cze­nie nie­mal ze wszyst­kich stron ota­cza­ły duże pa­no­ra­micz­ne okna i mia­ło się wra­że­nie, jak­by czło­wiek sie­dział w sa­mym środ­ku so­sno­we­go lasu. Bru­no zro­bił kil­ka kro­ków. Jego uwa­gę zwró­cił gru­by, weł­nia­ny dy­wan w ko­lo­rze zło­te­go brą­zu. Kie­dy pa­dły na nie­go pro­mie­nie słoń­ca, roz­bły­snął wszyst­ki­mi od­cie­nia­mi mie­dzi. Przy jego koń­cu, od­gro­dzo­ny od sa­lo­nu szy­bą, znaj­do­wał się ba­sen, dłu­gi na oko­ło dzie­sięć me­trów.

Bru­no za­jął miej­sce, któ­re wska­za­ła mu Pau­la, a dziew­czy­na na­ło­ży­ła po­tra­wę.

- Ży­czę smacz­ne­go - ode­zwa­ła się z uśmie­chem, kła­dąc przed nim ta­lerz.

- Bar­dzo dzię­ku­ję. Wy­glą­da wspa­nia­le, ale przy­znam, że ni­g­dy wcze­śniej cze­goś ta­kie­go nie ja­dłem.

- To da­nie kuch­ni chiń­skiej, któ­re jest przy­sma­kiem w Peru. Lomo sal­ta­do, czy­li w do­słow­nym tłu­ma­cze­niu so­lo­na wo­ło­wi­na po­da­na z tacu-tacu za­miast czę­ste­go do­dat­ku w po­sta­ci ryżu. Pysz­ne mię­so sma­żo­ne z do­dat­kiem ku­mi­nu, pa­pry­ki i czosn­ku, wy­mie­sza­ne z fryt­ka­mi. Mam na­dzie­ję, że bę­dzie panu sma­ko­wa­ło. W ra­zie cze­go za­wsze mo­że­my za­mó­wić piz­zę - do­da­ła w chwi­li, w któ­rej Bru­no miał już w ustach pierw­szy kęs sma­żo­ne­go mię­sa.

Za­mknął na mo­ment oczy.

- Wy­śmie­ni­te - po­wie­dział, ki­wa­jąc z uzna­niem gło­wą.

- Uff... Dzię­ku­ję. Oba­wia­łam się, że może prze­sa­dzi­łam tro­chę z pa­pry­ką. Lu­bię bar­dziej na ostro, po­dob­nie jak pana zna­jo­my, Ka­pi­tan.

Bru­no je­dy­nie się uśmiech­nął. Co do dziew­czy­ny, jej de­li­kat­ność cał­ko­wi­cie za­prze­cza­ła temu, o czym po­my­ślał, ale je­śli cho­dzi­ło o Ka­pi­ta­na, to ja­koś bez tru­du po­tra­fił go so­bie wy­obra­zić w...

- Może do­kład­kę? - prze­rwa­ła jego myśl.

- Z przy­jem­no­ścią - od­po­wie­dział. - Jed­nak pod jed­nym wa­run­kiem, że to, co po­zo­sta­ło, po­dzie­li­my po rów­no - do­dał, pusz­cza­jąc do niej oko.

Gdy już zje­dli, dziew­czy­na od­nio­sła ta­le­rze i wró­ci­ła do sto­li­ka. Bru­no uznał, że nad­szedł od­po­wied­ni mo­ment, by przejść do spra­wy, któ­ra go tu spro­wa­dzi­ła.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.