Zapomniana gwiazda Afryki - Bartłomiej Ludwisiak

Reflow text when sidebars are open.
Ratko Velen zgasił niewielką lampkę i w ciemności podszedł do okna. Powoli odsunął gruby koc zawieszony na karniszu i wyjrzał ostrożnie na zewnątrz. Światło księżyca odbijało się w lekko falującej tafli jeziora, kołyszącego przycumowaną do pomostu drewnianą łódką.
Od dnia, w którym do jego biura w Wiedniu wraz z poranną pocztą sekretarka przyniosła niewielką kryształową figurkę bogini Ate1, minął prawie tydzień. Przez cały ten czas nie wychylał nosa z drewnianego domku ukrytego na skraju lasu, pośród gęsto rosnących drzew. Gdy zapadał zmrok, siadał po ciemku w fotelu ustawionym naprzeciw drzwi, z bronią w zasięgu dłoni. Nasłuchiwał uważnie odgłosów otoczenia i tak długo, jak tylko mógł, walczył ze snem. Wojskowe zapasy żywności w postaci konserw i sucharów, doglądane systematycznie przez kilka ostatnich lat, oswajały go powoli z myślą, że musi to kiedyś nastąpić i prędzej czy później ktoś odkryje ich sekret.
Dobrze wiedział, jakie grozi mu niebezpieczeństwo. Tajemnica, skrywana od pokoleń, warta była miliony. Znała ją jedynie garstka zaufanych ludzi, dlatego Ratko zdawał sobie sprawę, że jeśli ten ktoś trafił na jego ślad, to musi być niesamowicie przebiegły i bezwzględny, a osoby, które pozbawił życia, z całą pewnością nie zabrały swojego sekretu do grobu. Prawdopodobnie miał on przekonujący sposób, by skłonić je do zwierzeń, pomyślał, uśmiechając się niepewnie pod nosem.
Ratko zbliżał się do siedemdziesiątki i należał do osób, które doskonale potrafiły wykorzystać swoje życiowe doświadczenie oraz nabyte przez dekady umiejętności. Tej nocy jednak, wbrew przestrzeganym na co dzień zasadom, musiał opuścić swoją bezpieczną kryjówkę.
Trasa, którą zamierzał pokonać, liczyła jedynie kilka kilometrów, z tego ponad dwie trzecie drogi postanowił przebyć łódką wiosłową. W normalnych warunkach dotarcie na miejsce zajęłoby mu kilkadziesiąt minut, ale zmuszony był omijać główne drogi. Był świadomy ryzyka, którego przez całe życie starał się unikać. Teraz jednak musiał złamać niektóre reguły. Nie tylko z powodu złożonej przysięgi, lecz także w trosce o starego przyjaciela, który z całą pewnością postąpiłby podobnie. Zaraz po powrocie Ratko miał zamiar zaszyć się w chatce na kolejnych kilka tygodni.
Mężczyzna przekroczył niepewnie próg. Następnie zamknął za sobą drzwi, przeciągnąwszy wcześniej cienką wędkarską żyłkę tak, by w razie wizyty nieproszonych gości pociągnęła niewielką doniczkę stojącą na parapecie, zrzucając ją na ziemię.
Po kilku sekundach był już na pomoście. Właśnie zaczął padać lekki deszcz. Schował kopertę do wewnętrznej kieszeni płaszcza i usiadłszy na drewnianej ławce niewielkiej łódki, chwycił za wiosła.
Godzinę później dobił do brzegu pomiędzy hotelem Grüner Baum a urokliwym neogotyckim kościołem z charakterystyczną wieżą, często umieszczaną na pocztówkach z Hallstatt. Przeszedł trawiastym skwerem i wyszedł na słabo oświetlony Marktplatz. Z powodu późnej pory i ulewy miasteczko prawie opustoszało. Mężczyzna podszedł do miejskiego źródła z lejącą się z dwóch dysz pitną wodą i nabrawszy ją w dłonie, obmył spoconą twarz. Następnie ruszył pewnie wąską uliczką i minąwszy ciemną bramę, dotarł do niewielkiej skrzynki na listy. Znajdowała się na frontowej ścianie budynku miejscowej poczty. Wyjął lekko nawilgłą kopertę i wsunął ją do środka. Odetchnął. Wiedział, że teraz musi już tylko bezpiecznie wrócić do domku i przeczekać, aż wynajęta przez niego grupa znajdzie wścibskiego poszukiwacza przygód.
Na moment rzucił dyskretne spojrzenie w kierunku ciemnej sylwetki stojącej nieruchomo kilkadziesiąt metrów dalej, w pobliżu pensjonatu Hallberg. Odniósł wrażenie, że ów człowiek przez chwilę mu się przyglądał, i chociaż nie był tego do końca pewien, sytuacja, w której się znalazł, nie pozwalała, by to zlekceważyć.
Ratko znał to miasteczko jak własną kieszeń. Zaglądał w te okolice od lat, zazwyczaj późną jesienią, gdy tylko czuł, że musi odpocząć od miejskiego zgiełku. Niewielką chatkę kupił od starego rybaka, który ponad wszystko cenił sobie samotność i od dawna już nie żył.
Ratko spojrzał na zegarek i ruszył spokojnym krokiem przed siebie. Minął budynek cukierni, skręcił i zdecydowanie przyśpieszył kroku. W oddali słyszał cichy, dobrze znany szum niewielkiego wodospadu.
Przeskoczył niski drewniany płotek i przebiegł przez odsłonięty trawiasty odcinek, starając się jak najszybciej zbliżyć do wąskiego przejścia pomiędzy domami. Po kilkunastu sekundach marszu wzdłuż nabrzeża dotarł do miejsca, w którym w zaroślach ukrył swoją łódkę. Wskoczył do niej i odpychając się wiosłem od dna, odbił od brzegu.
Z powodu silnego wiatru i wysokiej fali powrót wymagał znacznie większego wysiłku i doświadczenia. Czarne chmury przykryły niebo i wkrótce nad jeziorem zapanowała prawie zupełna ciemność.
Około kilometra od celu Ratko zatrzymał łódkę. Ściągnął buty, a kapelusz rzucił na wodę. Upewniwszy się, że dokumenty są w kieszeni płaszcza, zdjął go i w obawie przed porwaniem przez wiatr zaczepił jego rękaw o gwóźdź wystający z burty. Wiedział, że po kilku godzinach fala zepchnie łódkę z powrotem w kierunku miasteczka. Wtedy będzie już widno, a miejscową społeczność obiegnie wiadomość o samobójstwie kolejnego znudzonego życiem turysty.
Ratko oblał płaszcz alkoholem, zostawiając niewielką ilość w butelce, po czym wskoczył do jeziora. Woda była lodowata. Miała zaledwie kilka stopni, dlatego nie tracąc czasu, skierował się prosto do swojej pustelni.
Niespełna godzinę później, zupełnie wycieńczony i zziębnięty, usiadł w fotelu przy drzwiach i przykrył się przygotowanym wcześniej kocem. W ciemnościach mocno drżącą dłonią sięgnął intuicyjnie po stojący obok niego termos. Chwilę później poczuł, jak ciepła herbata wlewa się powoli do jego żołądka i jak stopniowo przywraca mu życie.
Pociągnął kolejny łyk i opierając mokrą jeszcze głowę o grube, pikowane oparcie fotela, spojrzał odruchowo w kierunku okna.
Dlaczego nie zrobiłem tego wcześniej? - pomyślał. Dlaczego, zgodnie z wyuczonym i wielokrotnie analizowanym planem, nie spojrzałem w okno, gdy zbliżałem się do domku? Odpowiedź znał. Nagłe załamanie pogody sprawiło, że spędził w wodzie niemal dwa razy więcej czasu, niż zakładał. W wyniku tego, będąc na granicy hipotermii, całkowicie stracił czujność.
Teraz nie miało to już znaczenia. Ratko zdał sobie właśnie sprawę z tego, że ten ciepły napój jest jego ostatnią przyjemnością, jakiej dozna w swoim ciekawym, pełnym przygód życiu. Zaśmiał się w duchu, uświadomiwszy sobie, jak bardzo się oszukiwał, myśląc, że uda mu się przeżyć.
Pocieszające w tym wszystkim jest to, że wykonałem zadanie i udało mi się wysłać list, pomyślał, spoglądając na leżącą przy oknie rozbitą doniczkę. W tej samej chwili do jego uszu dobiegło ciche kliknięcie. Odwrócił głowę i wpatrzył się w otaczającą go ciemność. Nagle błysnął płomień zapalniczki. Ratko zmrużył oczy. Blask rozświetlił oblicze mężczyzny, który siedział w przeciwległym kącie pomieszczenia i ze spokojem odpalał trzymanego w ustach papierosa. Ratko przyjrzał mu się dokładniej. Połowa jego twarzy była pokryta świeżymi bliznami po oparzeniach.
A więc tak wygląda mój prześladowca, pomyślał, odstawiając kubek...
° ° °
Bruno zwolnił, skręcając w ciasną uliczkę wyłożoną kamienną kostką. Mokry bruk połyskiwał w świetle ulicznych latarni zawieszonych na fasadach starych, kolorowych kamieniczek. Dochodziła północ.
Niewielki hotelik, w którym zarezerwował nocleg, znajdował się zaledwie kilkaset metrów od krakowskiego Rynku. Wokół było już pusto, jedynie w wąskiej bramie, kilka kroków przed nim, Bruno zauważył tulącą się do siebie parę. Mężczyzna zdjął puchową kurtkę i osłonił nią od deszczu swoją partnerkę, po czym oboje wyszli na chodnik. Gdy go mijali, Bruno dostrzegł niewielką metalową tabliczkę, kołyszącą się na grubych łańcuchach przytwierdzonych do ceglanej ściany. W mroku z trudem odczytał drobny napis wyryty na lekko pordzewiałej powierzchni: "Hotel Calypso".
Zaparkował samochód niedaleko głównego wejścia, chwycił torbę i wysiadł. Rozłożył parasol i podszedł do pokrytych brązowozłotą farbą drewnianych drzwi. Spojrzał na rzeźbioną futrynę i zdecydowanym ruchem nacisnął niewielki przycisk znajdujący się tuż obok napisu: "RECEPCJA".
Cofnął się o krok, schodząc z kamiennego schodka, i nie unosząc głowy, zerknął dyskretnie w górę.
Nie mylił się. W niewielkim zakratowanym oknie na pierwszym piętrze hoteliku, w którym zamierzał nocować, zauważył nieruchomą, ciemną postać. Wyraźnie mu się przyglądała. Dostrzegł ją już wcześniej, gdy sięgał po bagaż z tylnego siedzenia Land Rovera.
Po paru sekundach drzwi się otworzyły i stanęła w nich starsza, przygarbiona kobieta. Spojrzała na niego obojętnie, po czym zamaszystym ruchem dłoni zarzuciła na siebie gruby wełniany pled. Następnie opuściła głowę, sięgnęła do dużej kieszeni swetra i wyjęła z niej okulary. Miały grube, ciemne oprawki i masywne cylindryczne szkła. Założyła je pośpiesznie i zmrużyła oczy, żeby uważnie mu się przyjrzeć.
Uśmiechnął się do niej. Odniósł wrażenie, że kobieta dopiero teraz naprawdę zauważyła, że ktoś przed nią stoi. Po chwili odwzajemniła uśmiech.
Spojrzał w górę. W oknie nie było już nikogo.
- Dobry wieczór panu. Pogodziłam się już z myślą, że jednak pan zrezygnował - powiedziała starsza pani, uchylając szerzej drzwi. - O tej porze roku rzadko miewamy tu gości - dorzuciła, obracając się i kierując kroki w stronę zawieszonej na ścianie drewnianej skrzynki. - Przygotowałam pokój na pierwszym piętrze, ten, o który pan prosił. A oto klucz - dodała, wciskając mu go do ręki. Wisiała przy nim niewielka figurka przedstawiająca jakąś średniowieczną postać.
- Przepraszam - powiedział Bruno, chowając klucz do kieszeni i łapiąc za skórzany uchwyt torby podróżnej. - W okolicach Częstochowy przewrócona naczepa zatarasowała drogę i straciłem ponad godzinę, stojąc w kilkunastokilometrowym korku.
- Rozumiem. Z pewnością jest pan zmęczony. Proszę mi wybaczyć, że nie odprowadzę pana na górę, ale nogi już nie te - dodała kobieta z lekkim uśmiechem. - Śniadanie będzie o dziesiątej.
- Bardzo pani dziękuję i życzę miłej nocy - pożegnał się Bruno i ruszył do swojego pokoju.
Kobieta odprowadziła go wzrokiem aż do schodów i dopiero gdy postawił stopę na pierwszym stopniu, zgasiła światło w holu. Małe ledowe lampki tuż przy podłodze rzucały ciepły blask, prowadząc stromo na piętro. Bruno chwycił się drewnianej poręczy i po niespełna minucie stał już przed drzwiami pokoju.
Spojrzał na ledwie widoczny numer, żeby się upewnić, czy dobrze trafił, po czym wszedł do środka. Wewnątrz pomieszczenia było ciemno, a w powietrzu unosił się zapach tytoniu i świeżej pościeli. Nie zapalając światła, Bruno usiadł na łóżku.
- Witam pana i przepraszam za spóźnienie - powiedział, spoglądając w stronę dużego fotela z wysokim oparciem. Był obrócony tyłem do niego i ustawiony przodem do wysokich, niemal trzymetrowych, dwuskrzydłowych drzwi prowadzących zapewne do drugiego pomieszczenia. Gdy tylko oczy Brunona przyzwyczaiły się do ciemności, zauważył spoczywającą na skórzanym oparciu dłoń trzymającą cygaro.
- Miło mi pana poznać - odezwał się niski, męski głos. Po jego brzmieniu Bruno ocenił, że rozmówca musiał być już w dojrzałym wieku. - Nazywam się Lambert Foks. Wybaczy pan, że się nie przywitam, ale ze względów bezpieczeństwa wolę nie pokazywać swojej twarzy. Może dziwi pana ta konspiracyjna otoczka, proszę mi jednak wierzyć, będzie lepiej dla nas obu, jeśli nikt nas razem nie zobaczy.
Do uszu Brunona dotarł cichy świst wciąganego dymu z cygara.
- Nie mam już zbyt wiele czasu, więc pozwoli pan, że w skrócie nakreślę obraz sytuacji, z powodu której został pan poproszony o pomoc.
Mężczyzna uniósł dłoń i ponownie zaciągnął się mocno cygarem. Rozżarzony koniec rozświetlił na chwilę znajdującą się w pobliżu niewielką komodę i leżący na niej elegancki kieszonkowy obcinacz do cygar. Na wypolerowanej chromowanej powierzchni Bruno ujrzał wygrawerowane inicjały LF.
- Jestem starym przyjacielem pani Teks, a prawdę mówiąc, jej świętej pamięci rodziców. Jak pan zapewne już wie od swojego przyjaciela Kapitana rodzina Teksów od pokoleń znana jest ze swojego zamiłowania do kosztownych drobiazgów. Posiadają kolekcję brylantów wartych miliony dolarów. - Mężczyzna przerwał na chwilę i lekko obrócił głowę w kierunku Brunona. - Zapewniono mnie, że można panu zaufać, dlatego jestem pewien, że treść naszej rozmowy pozostanie między nami.
- Oczywiście - zapewnił krótko Bruno.
- Czy interesował się pan kiedyś międzynarodowym handlem szlachetnymi kamieniami poza ogólnodostępnymi aukcjami?
- Przyznam, że niespecjalnie. Wiem, że krąży wiele legend na temat...
Mężczyzna siedzący w fotelu zaśmiał się cicho w sposób, z którego Bruno z łatwością wywnioskował, że lata spędzone na handlu minerałami dały mu wiedzę znacznie większą, niż komukolwiek mogło się wydawać, i że z całą pewnością nie były to informacje pochodzące z publicznych środków przekazu.
- Z całym szacunkiem, panie Brunonie. Historia wydobywania diamentów, sięgająca czasów średniowiecza, to wystarczająco długi okres, by narosło wokół nich mnóstwo legend. Już w piętnastym wieku w jednej z największych indyjskich kopalń pracowało ponad sześćdziesiąt tysięcy ludzi. Jednak większość z tych opowieści znanych zwykłym, proszę mi wybaczyć wyrażenie, śmiertelnikom, jest mniej prawdopodobna niż legenda o smoku wawelskim spacerującym uliczkami naszego miasta. Zmyślono je, a potem przez lata ubarwiano przy mocnych trunkach w zatłoczonych pubach. O tych prawdziwych ciekawostkach wie niewiele osób - powiedział i spuściwszy głowę, dodał szeptem: - A z każdym kolejnym miesiącem liczba tych osób niepokojąco maleje. To powód, dla którego pan tu jest.
- A co ma z tym wspólnego pani Teks? - zapytał Bruno.
Mężczyzna ponownie zaciągnął się cygarem, a po chwili wypuścił dużą chmurę gęstego dymu.
- Na skutek nieszczęśliwego wypadku, jaki przydarzył się jej ojcu, pani Paula Teks odziedziczyła nie tylko ogromny majątek, lecz także spadła na nią wielka odpowiedzialność. Pan Teks wprowadzał ją stopniowo w sprawy związane z handlem diamentami i wtajemniczał powoli w zawiłe arkana tego biznesu. Poznawał z osobami, zazwyczaj swoimi zaufanymi znajomymi, którzy byli kolekcjonerami z Europy, Azji, nie pomijając także tych zza oceanu. Niestety, na początku grudnia doszło do pewnego przykrego zdarzenia. W niewyjaśnionych do końca okolicznościach w Austrii samobójstwo popełnił jeden z najbliższych przyjaciół pana Teksa. Być może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że tej samej nocy, kiedy mężczyzna zdobył się na ten ostateczny krok, wysłał też list do ojca Pauli. W kopercie oprócz krótkich pozdrowień umieszczona była niewielka kryształowa figurka. Przypuszczamy, że było to ostrzeżenie przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Niestety, wiadomość dotarła po kilku dniach od pogrzebu pana Teksa.
- Jak zginął ojciec pani Pauli?
- Wypadek na jeziorze. Jego ciało odnaleziono po kilku dniach poszukiwań. Policja nie dopatrzyła się udziału osób trzecich. Oliwier był moim szefem i bardzo bliskim przyjacielem przez dobrych kilkadziesiąt lat. Świetnie nawigował, ale, co wynikało z policyjnego raportu, narkotyki i alkohol nie idą w parze z pływaniem jachtem motorowym, na którym znajduje się ponad tysiąc litrów paliwa. Ustalono, że prawdopodobnie na skutek ludzkiej nieostrożności doszło do wybuchu. Szkopuł w tym, że pan Teks nigdy nie pił alkoholu, kiedy sam przebywał na łodzi, nie mówiąc już o innych używkach. Paula poprosiła mnie, abym przekazał panu tę informację. Jej nadal trudno jest o tym mówić.
- Tak, to jak najbardziej zrozumiałe, ale jaka jest moja rola w tej sprawie? - zapytał Bruno, spoglądając na duży, stary zegar na ścianie. Minęła pierwsza w nocy.
- Nie wiemy dokładnie, przed kim chciano ostrzec Oliwiera i czy niebezpieczeństwo grozi również jego córce, ale nie mogę tego wykluczyć. Byłbym wdzięczny, gdyby zgodził się pan ochraniać ją do czasu, aż sytuacja się wyjaśni. Z przyczyn osobistych ja nie mogę jej pomóc, chociaż bardzo nad tym ubolewam. Byłem przy tej rodzinie od zawsze i służyłem jej swoją pomocą tak często, jak tylko było to konieczne. Niestety, prowadzę interesy poza granicami kraju i w związku z tym dużo podróżuję.
- Hmm... - mruknął Bruno. - Dlaczego akurat ja?
- To musi być zaufana osoba, a pana, po rozmowie z Kapitanem, poleciła mi Paula. Ostatnio odsunęliśmy z jej otoczenia prywatnego kierowcę i z całą pewnością nie była to przesadna ostrożność... Rozumie pan. Oczywiście zdaję sobie sprawę ze strat, które pan poniesie, nie mogąc prowadzić swoich interesów w Gdańsku, dlatego też z chwilą wyrażenia zgody na pańskie konto będzie wpływało odpowiednie wynagrodzenie.
Bruno zamyślił się przez chwilę. Wiedział, że firma przewozowa w Gdańsku dopiero się rozwija, a jego wspólnik Tomek po powrocie ze szpitala aż rwie się do roboty. Sam nawet nalegał, by Bruno wziął dwutygodniowy urlop i gdzieś wyjechał. Zatem formalnie nic nie stało na przeszkodzie, by podjąć się tego zlecenia.
- Od kiedy mam zacząć? - zapytał.
- Dziękuję - odpowiedział mężczyzna i natychmiast zgasił cygaro. - Jutro w południe proszę zgłosić się pod adres, który zostawiłem panu w kopercie. Leży na stoliku przed panem. Jest tam również numer do mnie. Proszę dzwonić tylko w ostateczności. Będziemy w kontakcie, choć jest mało prawdopodobne, że jeszcze kiedykolwiek się spotkamy. Było mi miło. Żegnam pana - dodał mężczyzna i wstał. Po chwili zniknął za drzwiami.
Bruno spojrzał w jego kierunku. Zauważył jedynie ciemną wysoką postać. Podniósł się z łóżka i włączył światło. Pokój był duży i czysty, urządzony w stylu nowojorskim, ze starannie zaścielonym dwuosobowym łóżkiem.
Uchylił okno i odruchowo spojrzał w dół na samochód, który gwałtownie ruszył spod hotelu. Następnie podszedł do stolika. Sięgnął po kopertę, otworzył ją i wysunął ze środka niewielką kartkę. Przed zgaszeniem światła spojrzał raz jeszcze na znajdujący się na niej adres: ul. Liliowa 8.
1 Ate - grecka bogini zaślepienia, błędu. Jest uosobieniem pochopnego działania, które człowiek popełnia z powodu zbyt dużej pychy, doprowadzającego do upadku czy też śmierci.
Dochodziła dziewiąta, gdy Bruno otworzył oczy. Zbudził go głośny dźwięk ustawionego w telefonie budzika. Wziął szybki prysznic i po niespełna kwadransie wyszedł z hotelowego pokoju. Po kilkunastu minutach był już w umówionym wcześniej miejscu. Czekał na Kapitana. Był to jego wieloletni przyjaciel, którego poznał w Mentonie w rejonie Lazurowego Wybrzeża. To on kilka tygodni temu zadzwonił do niego i prosił, by przyjechał do Krakowa.
Umówili się w niewielkiej kawiarence mieszczącej się na barce przycumowanej do nabrzeża w pobliżu zakola Wisły. To Kapitan zasugerował, by spotkali się wcześniej, zanim Bruno pojawi się w posiadłości państwa Teksów.
Bruno zdążył opróżnić już talerz, gdy ujrzał w drzwiach znajomą twarz przyjaciela. Za każdym razem, gdy się z nim spotykał, nie mógł uwierzyć, że ten energiczny, świetnie ubrany człowiek ma ponad siedemdziesiąt lat. Tym razem jednak odniósł wrażenie, że Kapitan wygląda na zmęczonego. Pewnie imprezował przez kilka dni z rzędu, nieraz już mu się to zdarzyło, pomyślał.
- Ucieszyła mnie informacja, że zgodziłeś się pomóc. Znowu mam u ciebie dług - zaczął mężczyzna, zbliżając się do niewielkiego dwuosobowego stolika ustawionego w zacisznym miejscu w rogu pomieszczenia.
Bruno pokiwał jedynie głową, przełykając ostatni kęs kanapki i nawet na moment nie odrywając wzroku od kolejnej porcji jajecznicy na boczku, którą właśnie donosiła mu kelnerka.
- Nie wiem, ile jeszcze zamierzasz pociągnąć, ale ponieważ nie wyglądasz zbyt dobrze - powiedział, dolewając sobie herbaty do filiżanki - sugeruję, abyś zaczął już myśleć powoli o jego spłacie - dodał Bruno i mrugnął do niego porozumiewawczo. Następnie wstał i przyjaciele uścisnęli się mocno na powitanie.
- Coś ci zamówić?
- Nie, dziękuję, już jadłem - odpowiedział Kapitan, poklepując się bo brzuchu. - Wiem, że miałeś wieczorne spotkanie z panem Lambertem - dodał, dosiadając się do stolika.
- Owszem. Pogawędziliśmy sobie trochę i nakreślił mi z grubsza, w czym rzecz. Muszę przyznać, że to dość tajemniczy gość.
- Zauważyłeś? - zapytał przekornie Kapitan, udając lekkie zaskoczenie.
- Opowiesz mi coś o nim?
- Niestety, w tej kwestii niewiele pomogę. Poznałem rodziców Pauli ponad dwadzieścia lat temu. Lambert już wtedy przy nich był. Pierwszy raz spotkali się w południowej Afryce. Pracował w znajdującej się tam kopalni diamentów. Nie wiem, jaką pełnił w niej funkcję. Pewnego dnia odwiedzili ją także państwo Teksowie. To miała być normalna wycieczka, jak jedna z wielu już wcześniej organizowanych, podczas których pokazuje się górników z radością wykonujących swoją pracę. Niestety, podczas zwiedzania korytarzy doszło do nieszczęśliwego wypadku. Zginęło kilka osób i zapewne ta ponura liczba byłaby większa, gdyby nie pan Lambert. Narażając własne życie, uratował Oliwiera, sam został przy tym ranny. Zresztą trochę kuleje do dzisiaj. Tym poświęceniem Lambert zaskarbił sobie dozgonną wdzięczność rodziny. Dostał stanowisko doradcy w firmie Teksa, a wkrótce potem zajął się handlem świecidełkami. Stare znajomości i nie do końca jasne, moim zdaniem, układy pozwoliły mu świetnie odnaleźć się w nowej branży, w której w krótkim czasie dorobił się sporej fortuny.
- A moja podopieczna? - zapytał Bruno, rozglądając się za solniczką. Od razu wyczuł na sobie rozbawiony wzrok Kapitana. Znali się na tyle dobrze, że bez słów potrafił odczytać, co tamten chciał mu przekazać.
- Taka sobie. Powinna ci się spodobać - odpowiedział przyjaciel. - Dwudziestosześcioletnia panna, zgrabna i wystarczająco ładna, by stan posiadanego przez nią konta nie musiał jej dodawać uroku.
- Okej. Świetnie. W takim razie przyjrzyjmy się jeszcze ostatnim wydarzeniom - powiedział Bruno, sięgając po kromkę razowego chleba i smarując ją masłem. - Mamy dwa pogrzeby i to w dość krótkim odstępie czasu oraz ostrzeżenie sugerujące, że ktoś miał, bądź nadal ma, złe zamiary wobec tej rodziny. - Bruno zamyślił się przez moment. - Co o tym sądzisz?
- Sam nie wiem. To świat wielkich interesów. Podobno nie ma na świecie diamentu, który nie byłby okupiony niewolniczą pracą lub czyjąś śmiercią. A my wchodzimy pomiędzy największych graczy. Diamenty zmieniają ludzi jak pieprzony pierścień w Tolkienowskiego Śródziemia. Ktoś, kto siedzi w tym zbyt długo, traci uczucia i przekonuje się, że w pogoni za prawdziwymi okazami ludzkie życie jest niewiele warte i wpisane w ewentualne straty. Ale powiedz lepiej, co u ciebie? Jak ci się mieszka w Gdańsku? No i czy interes się rozkręca?
- A dziękuję - odpowiedział Bruno. - Mamy coraz więcej zamówień, więc nowy rok zapowiada się całkiem nieźle. Pod moją nieobecność zastępuje mnie wspólnik. Byczył się parę tygodni na wolnym, to teraz nadrabia zaległości.
- Wiem. Widziałem w jakiejś telewizji. Pokazywali nawet miejsce, w którym go przetrzymywali, i rzeczywiście, co do widoków można mieć pewne zastrzeżenia, ale o ile się nie mylę, była to piwniczka winiarni.
- Dokładnie - rzekł ze śmiechem Bruno. Dobrze wiedział o zamiłowaniu Kapitana do tego szlachetnego trunku. - Ale my tu o przyjemnościach - dodał, odkładając sztućce na talerz - a ja zaraz muszę się zameldować u mojej nowej pracodawczyni. Zapewne to od niej się dowiem, jaki rozkład zajęć mnie czeka, ale jeśli uważasz, że możesz mi coś jeszcze...
- Znam Paulę - wtrącił Kapitan - odkąd przyszła na świat. Straciliśmy kontakt na kilka lat, gdy jako nastolatka wyjechała za granicę, żeby studiować na renomowanych uczelniach. Potem trochę podróżowała i przypadkiem spotkaliśmy się znowu we Florencji. To tam poznaliśmy się lepiej. Od tego czasu regularnie, dwa razy do roku, wyjeżdżamy gdzieś razem. Jej ojciec bez obaw zostawiał ją pod moją opieką.
- A mówiłeś, że dobrze cię znał... - powiedział Bruno, udając zdziwienie.
Kapitan zmarszczył gniewnie czoło, ale jego roześmiane oczy szybko zdradziły pozorowaną złość.
- Za kogo mnie masz? Ona odpoczywała od nadętych kolesi ze swojego otoczenia, a ja jedynie z bezpiecznej odległości przez okno na piętrze - dodał, unosząc w górę wskazujący palec - czerpałem energię życiową, patrząc, jak opala się nago na pomoście. Możesz mi nie uwierzyć, ale miałem z tego czasem większą przyjemność niż... No wiesz.
- Okej. Rozumiem.
- Pytałeś o obowiązki. Zawieziesz ją do firmy, na spektakl do teatru, może usiądziecie sobie czasem w jakimś pubie. Poznasz ciekawych ludzi z jej towarzystwa. Jednym słowem, wakacje, za które ci jeszcze zapłacą - powiedział Kapitan, po czym zamknął oczy i na potwierdzenie swoich słów pokiwał głową.
- Brzmi ciekawie. A ty zostajesz na miejscu?
- Chciałbym. Niestety, dzisiaj wieczorem muszę wyjechać. Nie będzie mnie kilka dni. Załatwię parę spraw i postaram się szybko wrócić. W razie potrzeby dzwoń. Znasz mnie, w sytuacjach zagrożenia przemieszczam się błyskawicznie.
- To prawda - zgodził się z nim Bruno, mając w pamięci momenty wymagające od Kapitana szybkich ewakuacji z mieszkań mężatek, gdy ich drugie połówki nieoczekiwanie wracały do domu.
- Wiesz, muszę przyznać, że całkiem ładnie tu pachnie. Chyba się jednak skuszę i coś sobie zamówię.
- Zatem smacznego. Na mnie już czas - powiedział Bruno, mijając przyjaciela i poklepując go po ramieniu. - Jesteśmy w kontakcie.
Kapitan, nie odwracając się, z nosem wciśniętym w menu uniósł jedynie na pożegnanie otwartą dłoń.
° ° °
Po niespełna dwudziestu minutach Bruno mijał już osiedle domków jednorodzinnych. Przyciszył radio i zerknął na nawigację. Od wyznaczonego miejsca dzielił go zaledwie kilometr. Spojrzał na zegarek i dodał nieco gazu.
Równy, świeżo położony asfalt prowadził lekko pod górę, a następnie skręcał w prawo i znikał za linią gęstych iglastych drzew. Po lewej stronie Bruno zauważył ciągnące się żaluzjowe ogrodzenie z szarej stali. Zwolnił i podjechał pod długą bramę przesuwną, uzbrojoną w dwie kamery przemysłowe. Otworzył okno, żeby wystawić rękę i nacisnąć przycisk umieszczony obok niewielkiego głośnika.
- Dzień dobry, panie Brunonie. Pani Paula już na pana czeka. Zapraszam. - Z metalowej skrzynki dobiegł męski głos i zanim Bruno zdążył się odezwać, brama zaczęła się przesuwać.
Ruszył wolno do przodu i minął wysoką na ponad sześć metrów szklaną, zakrzywioną ścianę, po której spływała woda, mieniąc się dziesiątkami kolorów. Za nią, w odległości około trzydziestu metrów, ujrzał parterowy dom złożony z kilku segmentów, z wielkimi panoramicznymi oknami. Wokół rosły okazałe, wieloletnie sosny.
Bruno zaparkował na wyznaczonym miejscu i udał się pieszo do głównych drzwi. Zauważył, jak jedna z kamer, umieszczona na rogu budynku, przesuwając się powoli, śledzi każdy jego krok.
A zatem nad wszystkim czuwa oko ochrony. To dobrze, pomyślał, zbliżając się do wejścia. Gdy sięgał dłonią w kierunku dzwonka, usłyszał charakterystyczny odgłos mechanizmu otwierającego zamek i jedno skrzydło drzwi uchyliło się do środka. W progu stanęła drobna dziewczyna o długich prawie do pasa blond włosach i ładnej buzi. W ręku trzymała kuchenną ściereczkę.
- Bardzo pana przepraszam, panie Brunonie. Nazywam się Paula Teks. Myślałam, że zdążę z obiadem, i stąd moje nieprzygotowanie. Proszę mi wybaczyć... i zapraszam - powiedziała, uchylając szerzej drzwi.
- Proszę się mną nie przejmować i zdecydowanie nie przerywać pracy nad tym, co tak smakowicie pachnie - odparł, zaskoczony uprzejmością dziewczyny.
Kapitan opisywał mu ją wcześniej, ale najwidoczniej, żeby się odmłodzić, w towarzystwie Pauli nie zakładał okularów, bo dziewczyna nie była, jak to ujął, "taka sobie", była po prostu urocza i wyglądała na dwudziestolatkę... Stary zboczeniec, pomyślał Bruno, uśmiechając się lekko pod nosem i wyobrażając sobie przyjaciela w oknie ze wzrokiem wycelowanym w pomost, na którym się opalała.
- Będzie mi miło, jeśli nie odmówi mi pan wspólnego posiłku. Zawsze, gdy tylko czas pozwala, rezygnuję z restauracji i chętnie przyrządzam coś sama.
- To bardzo miło z pani strony. Dziękuję i z przyjemnością spróbuję tej wspaniale wyglądającej potrawy - dodał, spoglądając w kierunku ustawionego na elektrycznym piecyku dużego woka.
Znaleźli się w przestronnym, nowocześnie urządzonym wnętrzu. Na ponad stu metrach kwadratowych mieścił się salon z otwartą na niego kuchnią. Pomieszczenie niemal ze wszystkich stron otaczały duże panoramiczne okna i miało się wrażenie, jakby człowiek siedział w samym środku sosnowego lasu. Bruno zrobił kilka kroków. Jego uwagę zwrócił gruby, wełniany dywan w kolorze złotego brązu. Kiedy padły na niego promienie słońca, rozbłysnął wszystkimi odcieniami miedzi. Przy jego końcu, odgrodzony od salonu szybą, znajdował się basen, długi na około dziesięć metrów.
Bruno zajął miejsce, które wskazała mu Paula, a dziewczyna nałożyła potrawę.
- Życzę smacznego - odezwała się z uśmiechem, kładąc przed nim talerz.
- Bardzo dziękuję. Wygląda wspaniale, ale przyznam, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadłem.
- To danie kuchni chińskiej, które jest przysmakiem w Peru. Lomo saltado, czyli w dosłownym tłumaczeniu solona wołowina podana z tacu-tacu zamiast częstego dodatku w postaci ryżu. Pyszne mięso smażone z dodatkiem kuminu, papryki i czosnku, wymieszane z frytkami. Mam nadzieję, że będzie panu smakowało. W razie czego zawsze możemy zamówić pizzę - dodała w chwili, w której Bruno miał już w ustach pierwszy kęs smażonego mięsa.
Zamknął na moment oczy.
- Wyśmienite - powiedział, kiwając z uznaniem głową.
- Uff... Dziękuję. Obawiałam się, że może przesadziłam trochę z papryką. Lubię bardziej na ostro, podobnie jak pana znajomy, Kapitan.
Bruno jedynie się uśmiechnął. Co do dziewczyny, jej delikatność całkowicie zaprzeczała temu, o czym pomyślał, ale jeśli chodziło o Kapitana, to jakoś bez trudu potrafił go sobie wyobrazić w...
- Może dokładkę? - przerwała jego myśl.
- Z przyjemnością - odpowiedział. - Jednak pod jednym warunkiem, że to, co pozostało, podzielimy po równo - dodał, puszczając do niej oko.
Gdy już zjedli, dziewczyna odniosła talerze i wróciła do stolika. Bruno uznał, że nadszedł odpowiedni moment, by przejść do sprawy, która go tu sprowadziła.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.