3
XXI piętro Skylight, Warszawa
W największej kancelaryjnej sali właśnie miała odbywać się telekonferencja w sprawie transgranicznego przestępstwa dokonanego przez jednego z klientów - kiedy jednak troje imiennych partnerów musiało się spotkać, miejsce natychmiast się zwalniało.
Artur i Mariusz usiedli po jednej stronie stołu, patrząc na Joannę i Oryńskiego, za którymi wisiała okazała grafitowa tablica z nazwą kancelarii: "ŻELAZNY CHYŁKA KLEJN".
- Co on tu robi? - odezwał się pierwszy z imiennych partnerów, patrząc na Kordiana.
- Siedzi - odparła Joanna.
- Tyle jestem w stanie sam zaobserwować, ale...
- Jest niezbędny.
- Do czego?
Chyłka otworzyła usta, ale zawahała się, jakby uświadomiła sobie, że sama nie zna odpowiedzi na to cokolwiek życiowe pytanie. Posłała pytające, proszące o pomoc spojrzenie Zordonowi, ten jednak tylko wzruszył ramionami.
- Do zmieniania godziny na piekarniku - oznajmiła w końcu.
Klejn bezsilnie westchnął, Żelazny tylko uniósł wzrok.
- W takim razie być może odbylibyśmy tę rozmowę...
- A, nie, czekaj - ucięła. - Potrzebuję go też do wyciągania włosów z odpływu pod prysznicem.
Oryński cicho odchrząknął.
- Który zatyka się co dwa dni - zauważył.
- Nie moja wina.
- Nie? To skąd się tam biorą te długie na kilkadziesiąt centymetrów włosy?
- Nie wiem.
Kordian poszukał nieco zrozumienia i męskiej solidarności u dwóch siedzących naprzeciwko partnerów, ale na próżno. Sprawiali wrażenie, jakby za moment mieli opuścić salę konferencyjną.
Skupił się więc na powrót na żonie.
- Swoją drogą to fascynujące - stwierdził.
- Niby co?
- Że jeszcze nie jesteś łysa.
Chyłka uniosła brwi, jakby właśnie rzucił jej wyzwanie, a potem obróciła się do niego.
- Mnie bardziej fascynuje twoja strategia mydlana.
- Że niby jaka?
- Mydlana.
- I co to twoim zdaniem znaczy?
Joanna przełożyła rękę przez oparcie krzesła i zmrużyła lekko oczy.
- Zamiast wyrzucić ogryzek mydła do kibla, jak normalny człowiek, i pozwolić mu się spokojnie rozpuścić, kleisz jeden do drugiego, ściskasz, starasz się zespolić, jakby od tego zależało twoje życie. A potem ja wchodzę pod prysznic i nagle zastaję, kurwa, mydło Frankensteina.
Oryński prychnął, ale dwóm pozostałym mężczyznom nie było do śmiechu.
- Możemy przejść do rzeczy? - odezwał się Klejn. - Bo jeśli macie zamiar dalej ciągnąć ten cyrk, to...
- To nie cyrk, to dramat - ucięła Joanna, patrząc na Zordona. - Za kilka lat w tym małżeństwie zostanie mi w głowie albo gówno, albo nierówno. Trzeciej możliwości nie ma.
Mariusz się podniósł, Chyłka jednak szybko zgromiła go wzrokiem.
- Siadaj - poleciła.
- Spasuję. Mam lepsze rzeczy do roboty niż przyglądanie się waszym grom wstępnym.
- Oho.
Joanna skrzyżowała ręce na piersi, a potem zerknęła na Oryńskiego.
- Chyba nas rozpracował - dodała.
- Tak myślisz?
- Mhm - potwierdziła. - Wie, że muszę cię lekko nakręcić, zanim zaczniesz rąbać mnie na wiór jak bóbr.
Kordian znów się zaśmiał, Żelazny zaś przesunął dłońmi po twarzy w geście bezradności.
- Powiesz nam, po co to spotkanie? - rzucił.
- Niewykluczone.
- To spróbuj to z siebie...
- Mamy dość kontrowersyjnego klienta - ucięła Joanna.
Klejn popatrzył na nią niepewnie, jakby nie dowierzał w to, co właśnie usłyszał. Ostrożnie z powrotem zajął miejsce.
- Znaczy? - spytał.
- Znaczy, że zamierzamy z Zordonem reprezentować kogoś, kto wprawdzie jest niewinny, ale sprowadzi na nas nieco ogólnego zainteresowania.
Żelazny wymienił się z Mariuszem krótkim spojrzeniem.
- I chcesz to... - zaczął - z nami skonsultować?
- Tak.
Mina Artura dowodziła, że spodziewa się wprowadzenia na jakąś minę.
- Nie rozumiem - odparł.
Joanna litościwie skinęła głową.
- Nie winię cię - skwitowała. - Zresztą nauczyłam się doceniać ten ujemny intelekt, bo dzięki niemu sama się rozwijam.
- Jak to? - włączył się Kordian.
- Zastanów się nad tym, Zordon. Praktycznie przy każdej rozmowie z idiotą inteligentna osoba musi wymyślać nowe sposoby na to, jak wytłumaczyć skomplikowane rzeczy w na tyle prosty sposób, żeby rozmówca je pojął.
Żelazny sięgnął do spinki przy mankiecie i zaczął ją obracać.
- Rzeczywiście - przyznał Oryński.
- Przestaniesz sobie robić jaja?
- A ty przestaniesz mieć inteligencję na poziomie podeszwy mojego buta?
Artur już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, Chyłka jednak nie zamierzała mu na to pozwolić.
- Konsultuję z wami tę sprawę w myśl nowej polityki całkowitej transparentności - oznajmiła.
W sali konferencyjnej zaległa cisza.
- W myśl czego? - jęknął Żelazny.
- Jeśli już musimy współpracować, to chociaż współpracujmy dobrze.
Było to równie absurdalne, co niewiarygodne, ale nikt nie skwitował. Jasne było, że o ile Joanna jest w stanie dogadać się z Żelaznym, o tyle żadne z nich nie chciało wyciągać ręki do Klejna.
Fakt, że właśnie ich nazwiska znalazły się na szyldzie, wymusiła sytuacja. Nie było innego wyjścia.
I nikt nie miał wątpliwości, że Klejn przy pierwszej lepszej okazji postara się pozbyć pozostałych. A oni jego.
- Okej - odezwał się Mariusz. - Co to za klient?
- Ksiądz pedofil oskarżony o zabójstwo.
Żelazny pozwolił sobie na ciche parsknięcie, ale uśmiech zastygł na jego twarzy, gdy uświadomił sobie, że nikt się nie śmieje.
- To znaczy rzekomy pedofil - sprostowała Joanna. - A na to zabójstwo znajdzie się jakiś kontratyp.
- Chyba sobie...
- Bynajmniej - ucięła. - Jestem poważna jak twoje problemy z prostatą.
Artur z irytacją trącił spinkę, jakby zamierzał wyrwać ją z koszuli i cisnąć prosto w Chyłkę. Nie miał pojęcia, ile tym samym dostarczał jej satysfakcji.
- Ofiarą jest ojciec molestowanego dziecka - dodał Kordian.
- Rzekomo molestowanego.
- Tak - potwierdził jakby nigdy nic Oryński.
Przez chwilę w sali konferencyjnej trwała cisza. W końcu przerwał ją Klejn.
- Zwariowałaś? - odezwał się.
- Lata temu pod biurowcem, kiedy natknęłam się na tego tu bakłażana - odparła i zarzuciła głową w kierunku Zordona.
Mariusz przysunął się do stołu.
- Nie widzisz, jaka jest atmosfera polityczna? - zapytał. - Skończyła się wreszcie pobłażliwość dla Kościoła, jest sezon na księży.
- I?
- I to, że ktokolwiek ich broni, tapla się w tym samym co oni.
- To był zamierzony rym? - rzuciła Joanna.
Żelazny chrząknął cicho, wciąż bawiąc się spinką.
- Dobrze wiesz, jak jest - podjął nieco bardziej koncyliacyjnym tonem. - Przez lata władze kościelne starały się załatwiać to w swoim łonie, nic nie trafiało do prokuratury. A nawet jeśli, to było umarzane. Teraz jednak wszystko wraca ze zdwojoną mocą. Ujawniają się kolejne ofiary, powstają kolejne dokumenty, media i reporterzy w całym kraju biorą się do roboty, a...
- Wiem, co się dzieje, Żelbetonie.
- To może powinnaś wziąć to sobie do serca.
- A może ty powinieneś sobie wziąć to, że prokuratury i sądy wciąż niespecjalnie się tym zajmują - wpadła mu w słowo. - Wiesz, ilu pedofili siedzi w więzieniach w Polsce?
- Przesadnie się tym nie interesuję.
- Jakichś dziewięciuset - zauważyła Chyłka. - A wiesz, ilu z nich to księża?
- Nie.
- Dwóch.
Artur w końcu zostawił spinkę w spokoju i położył dłonie na stole.
- Ci ludzie wciąż są chronieni - dodała Joanna. - Albo przez władze kościelne, albo państwowe. Rządzącym nie uśmiecha się iść z nimi na wojnę, bo uderzą w instytucję, która dalej zapewnia im stały przypływ głosów w wyborach.
- Daj spokój...
- Z naszego punktu widzenia to sytuacja idealna - ciągnęła Chyłka. - Mamy sprawę medialnie głośną i kontrowersyjną, ale jednocześnie statystycznie wygraną w sądzie.
- W dupie mam sąd - oznajmił Artur. - Wszystkie centrowe, lewicowe i liberalne stacje, gazety i portale przerobią nas na karmę dla świń.
Klejn skinął głową, co stanowiło dość niecodzienny widok, rzadko bowiem zgadzał się z czymkolwiek, co mówił Żelazny.
- Chcesz narazić firmę na PR-owe samobójstwo - zauważył.
- Niezupełnie.
- Jasne. Bo wydaje ci się, że masz jakąś przebiegłą linię obrony, którą...
- Nie - wpadła mu w słowo Chyłka. - Bo ten duchowny jest niewinny.
- Oczywiście.
Joanna również przybliżyła się do stołu, skracając dystans.
- Znam go, od kiedy byłam gówniarą - powiedziała, sięgając po rzadko używany, poważny ton. - Nigdy nawet na nikogo krzywo nie spojrzał, nigdy nie zrobił choćby jednej dwuznacznej rzeczy. Przeciwnie, pomagał każdemu, kto znalazł się pod jego opieką.
Artur i Klejn wymienili się krótkimi spojrzeniami.
- A jednak zabił kogoś, kto...
- Kto zjawił się u niego w kościele, by go zaatakować. Bronił się.
Żelazny skrzywił się lekko, po czym spojrzał na parę prawników.
- Jesteście tego pewni? - mruknął.
- Tak - odparła Joanna, nim Oryński miał okazję zareagować. - Byliśmy na miejscu zdarzenia.
- Mimo wszystko mogliście nie widzieć wszystkiego.
- Bo?
- Bo policja zazwyczaj nie dopuszcza nas do wykonywanych czynności?
Chyłka czuła na sobie ciężkie spojrzenie Zordona i wiedziała, doskonale wiedziała, dlaczego tak się w nią wślepia. Kilkakrotnie zastanawiali się nad tym, co konkretnie powiedzieć dwóm imiennym partnerom - a w rezultacie, co powiedzieć całemu światu.
- Byliśmy tam przed policją - oznajmiła Joanna.
- Że co? - wtrącił się Klejn.
- Duchowny był w głębokim szoku - podjął Kordian. - Zadzwonił do Chyłki właściwie bezrefleksyjnie, a kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że jeszcze się nie pozbierał.
- Chcecie powiedzieć, że byliście tam zaraz po tym, jak zamordował człowieka?
- Tak - odparła lekkim tonem Joanna.
Klejn potrzebował chwili, by to przetrawić. I kolejnej, by upewnić się, że nie robią sobie z niego jaj.
- Czy wyście całkowicie oszaleli? - rzucił w końcu. - Zdajecie sobie sprawę, co tym samym daliście prokuraturze?
- Na razie nic - powiedziała Chyłka. - Ale zamierzamy dać wpierdol.
Mariusz przesunął dłonią po włosach i z niedowierzaniem uniósł wzrok.
- W najlepszym wypadku będą argumentować, że instruowaliście klienta, co ma mówić i jak się zachowywać - zagrzmiał. - W najgorszym, że zmanipulowaliście materiał dowodowy.
- Niczego nie ruszaliśmy - zapewnił Kordian. - I zaraz po przyjeździe, jak tylko zorientowaliśmy się, co się stało, zadzwoniliśmy na policję.
- Zgadza się - włączyła się Joanna. - Radiowóz przyjechał z Ciechanowa po jakimś kwadransie, który spędziliśmy na uspokajaniu naszego klienta.
Dwóch imiennych partnerów popatrzyło po sobie, nie było jednak w tym wzroku ani joty porozumienia. Przeciwnie, łypali na siebie, jakby jeden starał się wyzwać drugiego, by to on zaczął drążyć.
- Nie ruszaliśmy materiału dowodowego - zapewniła Chyłka.
- I nie instruowaliśmy klienta w żaden sprzeczny z prawem sposób - dodał Oryński.
Nie trzeba było czytać w myślach Żelaznego i Klejna, by wiedzieć, że nie pokładają w słowach dwójki prawników wiele wiary. Ich wyrazy twarzy mówiły same za siebie.
- Co było potem? - odezwał się w końcu Artur.
- Nic - odparła Joanna. - Policjanci zastali krwawą łaźnię, więc zamknęli księdza w radiowozie i wezwali posiłki. Potem już same nudy. Zjawił się jakiś lokalny prokurator, potem technicy i inne sępy.
- I? Zamknęli tego księdza? - chciał wiedzieć Żelazny.
- Nie.
Przez twarz Klejna przemknął pełen niedowierzania wyraz.
- Żartujesz sobie?
- O dziwo nie - odparła Chyłka.
- Jakim cudem pozwolili mu zostać na wolności?
- Widocznie mu ufają.
- Na tyle, żeby zastać go w morzu krwi i nawet nie...
- Prokurator z Ciechanowa uznał, że nie zachodzi potrzeba stosowania aresztu tymczasowego - ucięła Joanna. - I że to wszystko wygląda na obronę konieczną.
Fakt, było to dziwne, ale tylko o ile brało się pod uwagę to, jak organy ścigania traktują ludzi bez koloratek. Ci, którzy je nosili, nieraz korzystali z taryfy ulgowej, szczególnie kiedy dłużej przebywali wśród lokalnej społeczności i się z nią zrośli. W tym wypadku tak jednak nie było, więc Chyłka zakładała, że nocą telefony na linii kuria-prokuratura rozgrzały się do czerwoności.
- Poza tym nie sposób było stwierdzić, do kogo należała ta cała krew - uzupełnił Zordon. - Ani co spowodowało obrażenia.
- Dlaczego?
- Bo nie znaleziono narzędzia zbrodni - powiedziała Chyłka.
Jeśli do tej pory dwóch siedzących naprzeciwko adwokatów rozważało, czy obrona Kasjusza jest dobrym pomysłem, to właśnie przestali to robić.
- Pozbył się go? - jęknął Żelazny. - Toż to, kurwa, dość jasno sugeruje, że miał powody do obaw.
- Nie pozbył się.
- Czyli tak po prostu zniknęło? Rozpłynęło się w powietrzu?
- Na to wygląda.
- Świetnie. Po prostu cudownie.
Joanna lekko rozłożyła ręce.
- Mówi, że nie wyrzucił narzędzia zbrodni - powiedziała. - A ja mu wierzę.
Chciałaby, żeby Kordian był równie pewny - nie mogła jednak na to liczyć. Dla niego sytuacja była równie podejrzana jak dla Klejna i Artura. W odróżnieniu od nich jednak darzył Joannę tak głębokim zaufaniem, że tyle mu wystarczało.
- Niewykluczone, że ktoś inny pojawił się na miejscu zdarzenia - odezwał się Oryński. - Ksiądz był w takim szoku, że nawet by tego nie odnotował.
- Dodatkowo po wszystkim wyszedł z zakrystii, gdzie doszło do szarpaniny, a drzwi były otwarte.
Żelazny ani Mariusz się nie odzywali, czekając na konkret, po który na tym etapie zazwyczaj sięgała Chyłka. Sprowadzał się do dowodu świadczącego na korzyść potencjalnego klienta.
Problem polegał na tym, że słowa Kasjusza były jedynym, co mogła zaoferować.
- W porządku... - podjął Artur. - Więc mamy z jednej strony ofiarę zabójstwa...
- Domniemanego.
- ...a z drugiej kogo? Jakieś dzieci, ofiary molestowania?
- Właściwie to dziecko - skorygowała Joanna. - Jedna sztuka. W dodatku syn tego, co poległ.
Zaległa kłopotliwa cisza, a Chyłka spodziewała się, że przerwie ją cały korowód pytań o to, czy to wszystko aby nie jakaś kpina. Zamiast tego jednak imienni partnerzy wymienili się zaniepokojonymi spojrzeniami.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jak to będzie wyglądało w mediach? - jęknął Artur.
- Co konkretnie?
- To, że osierocone i zgwałcone dziecko będzie opowiadać o tym, co się wydarzyło - rzucił wprost Żelazny.
Miał rację, optyka nie będzie przesadnie korzystna. Ale wymiar PR-owy niespecjalnie Chyłkę interesował. Liczyły się fakty, a one były takie, że Kasjusz nigdy nie dotknął żadnego dziecka, a w starciu z agresorem jedynie się bronił.
- Słuchaj - powiedziała. - Sam widzisz, że nie ma aresztu tymczasowego.
- To tylko pogorszy sprawę w mediach - odparował Żelazny. - Będą podnosili, że prokuratura jak zwykle stosuje taryfę ulgową wobec kleru.
- No i chuj.
Artur syknął cicho.
- To twój zawodowy, poparty latami doświadczenia, profesjonalny komentarz?
- Tak.
- A może pokusisz się o bardziej rozwinięty?
- A może nie.
Żelazny błagalnie spojrzał na Kordiana, jakby ten jako jedyny miał do dyspozycji środki, którymi mógłby przymusić Chyłkę do lepszej kooperacji z pozostałymi imiennymi partnerami.
- Gówno mnie obchodzi wymiar medialny sprawy - powiedziała. - Liczyć się będzie to, co na sali sądowej.
- Czyli?
- Całkowite uniewinnienie.
Wbijała wzrok w Artura, zastanawiając się, ile jeszcze potrzeba, by przekonać go, że to sprawa, która może przysłużyć się kancelarii. Sytuacja w jej strukturach była niestabilna, Joanna nie chciała podejmować się obrony klientów, przez których Żelazny opuściłby jej narożnik.
Trwała wojna, choć nie rozległ się żaden wystrzał. Każdy dzień był walką z Klejnem i należało uważać, gdzie stawia się kroki.
Chciała jeszcze raz zapewnić o swojej absolutnej wierze w niewinność klienta, kiedy w sali konferencyjnej rozległy się dźwięki solówki z Afraid to Shoot Strangers. Joanna powoli sięgnęła do kieszeni po telefon.
Zobaczywszy połączenie od Kasjusza, od razu odebrała.
- Może byś przeprosiła i powiedziała, że... - zaczął Żelazny.
- Halo - rzuciła do słuchawki. - Tutaj Chyłkowy głos w twoim domu.
Duchowny nie odpowiedział.
- No jaja sobie tylko robię - dodała.
Wciąż nic.
- Jest tam ksiądz?
- Jestem - potwierdził cicho. - Ale obawiam się, że nie tam, gdzie bym chciał...
Chyłka zmarszczyła czoło, a cała wesołość nagle opuściła jej oblicze. Kordian nerwowo drgnął, wyczuwając, że coś jest nie tak.
- To znaczy gdzie ksiądz jest? - spytała.
- W Kalwarii.
Joanna podniosła się z krzesła i odeszła w kierunku przeszklonej, dźwiękoszczelnej ściany. Po drugiej stronie przemykali prawnicy, posyłając jedynie przelotne i mętne spojrzenia w stronę sali konferencyjnej.
- To naprawdę nie jest moment na wycieczki po stacjach drogi krzyżowej - odparła Chyłka.
- Nie to mam na myśli.
- A co?
- Miasto na Litwie.
- Co takiego?
- Musiałem...
- Wyjechał ksiądz, kurwa, z kraju?
Ledwo to powiedziała, mogła poczuć na plecach piorunujące spojrzenia wszystkich trzech mężczyzn siedzących przy stole.
- Joanno, proszę cię...
- Poprzestawiało się księdzu we łbie?
- Musiałem.
Chyłka położyła dłoń na karku i mocno ścisnęła.
- Musiał to ksiądz siedzieć na dupie, do kur... do cholery - syknęła.
- Nie rozumiesz - odparł z niepokojem. - Z samego rana dostałem telefon z archidiecezji...
- I?
- Moja sprawa została przekazana prokuraturze w Warszawie - wydusił. - Jest tam jakiś nowo powstały zespół, który zajmuje się stricte przestępstwami popełnianymi przez duchowieństwo.
- Zaraz...
- Powiedziano mi, że trafię do aresztu.
Prawniczka przygryzła usta, starając się powstrzymać stek przekleństw, który się na nie cisnął. Nadaremno.
- Więc postanowił ksiądz spierdolić za granicę?
- Joanno... - zaapelował, jakby wulgaryzmy były największym problem.
Chyłka obróciła się i bezsilnie oparła plecami o ścianę.
- Niech ksiądz natychmiast wraca - poleciła.
- Ale...
- Daleko to jest?
- Jakieś cztery godziny drogi. Zatrzymałem się u znajomego wikarego, którego poznałem na misji w...
- Pozna ksiądz kolejnych na misji w ciemnej dupie, jak zaraz nie wsiądzie do auta i nie ruszy w drogę powrotną - ucięła.
Nie nadeszła żadna odpowiedź.
- Jasne? - upomniała się o uwagę.
- Ale... Oni mnie zamkną.
Chyłka lekko skinęła głową, bo akurat z tym musiała się pogodzić.
- A ja księdza wyciągnę - zapewniła.
Chwilę później się rozłączyła, a potem bez słowa opuściła salę konferencyjną i szybkim, zdecydowanym krokiem przebiła się przez prawniczą masę na korytarzu. Dotarłszy do jednego z gabinetów, otworzyła drzwi bez pukania.
- O, co za miła...
- Zakleszcz otwór gębowy, chudzielcu - ucięła. - I znajdź mi wszystko, co możesz, o jakiejś nowej komórce w prokuraturze, która poluje na księży.