2
W pewien wieczór wybrała się z koleżanką do słynnej Piwnicy Pod Baranami. Usiadły na samym końcu oblężonego półokrągłego baru i zamówiły po lampce wina. Nagle poczuła na sobie wzrok siedzącego na drugim jego końcu młodzieńca, wprost naprzeciw niej. Trudno było go nie zauważyć. Górował wzrostem, promieniował rzadko spotykaną męską urodą. Barczysty, ognisty brunet z krótko ostrzyżoną, kręconą czupryną z zielonymi, kocimi oczyma, które ją zafascynowały. Był tak piękny, że poczuła, jak ciarki przechodzą jej po plecach. Bezwiednie posłała mu uśmiech. Natychmiast podszedł do niej i zaprosił do tańca, a ją poraziło jak prądem, natychmiast poderwała się. Gdy ją objął, utonęła w jego potężnych ramionach. Zalała ją fala szczęścia. Potrącani przez rokendrolujące, wywijające różne figury pary, nie potrafili się od siebie oderwać. Był od niej o głowę wyższy, chociaż miała metr siedemdziesiąt wzrostu i wysokie obcasy. Gdy spojrzała do góry, by mu się przyjrzeć, zadrżała z wrażenia. Zawirował świat, gdy spotkały się ich oczy, porażone nawzajem palącym blaskiem. Ogłuszające dźwięki jazzowej muzyki nie pozwalały rozmawiać. Nie musieli. Wystarczyło im ciepło ich ciał i błogie uczucie, jakiego oboje doznali.
Kiedy usiedli wreszcie w cichszym kącie i on zaczął jej o sobie opowiadać, czar prysł. Irenie zrzedła rozanielona mina. Okazało się, że Tadeusz Poliński, jak się jej przedstawił, studiuje politologię, a jego ojciec jest pierwszym sekretarzem komitetu wojewódzkiego w Tarnowie, on sam też należy już do partii.
To było dla niej nie do pomyślenia. Ona miałaby się zakochać w takim wrednym "komuchu"? W dodatku on się tym chlubił! Był dumny ze swojego ojca! Co powiedzieliby na to jej pochodzący ze Lwowa rodzice? Wychowała się w nienawiści do tego ustroju i komunistycznej propagandy. Była religijną osobą. Jak mogłaby się spotykać z ateistą, który pewnie zabroniłby jej chodzenia do kościoła?
Milczała. Nie chciała mu niczego o sobie opowiedzieć, poza tym, że studiuje malarstwo.
- Wybierzemy się jutro do kina? - spytał, nie przeczuwając niczego złego.
- Nie. Nie mogę.
- To może pojutrze?
Milczała.
- A może wolisz do teatru albo na jakiś koncert? Może do kawiarni? - pytał dalej, niezniechęcony jej milczeniem.
- Nie możemy się spotykać - rzekła wreszcie smutnym tonem. - Trudno. Bardzo bym chciałabym, ale nie mogę.
- Jak to? Dlaczego? Masz kogoś? To z nim zerwij! - krzyknął, nie czekając na odpowiedź. - Przecież my... musimy się spotykać! - Objął ją czule i wpił się wargami w jej usta.
Poczuła zawrót głowy. Nie broniła się, nie uwolniła się z jego objęć. Było tak cudownie.
- To co, zerwiesz z nim? - szepnął jej do ucha, gdy skończyli się całować. - Będziesz moją dziewczyną?
- Muszę to przemyśleć.
- Chyba żartujesz. Przecież sama czujesz, że musimy być razem - przekonywał ją gorliwie. - Taki cud zdarza się tylko raz. Jesteśmy dla siebie stworzeni.
- Muszę już iść do akademika.
- Odprowadzę cię.
Szli w milczeniu. On obejmował ją i mocno przytulał, a jej łzy spływały po twarzy ze wzburzenia.
Kiedy się żegnali, pocałował ją namiętnie. - Jutro wpadnę do ciebie - powiedział.
- Nie, proszę cię.
- Powiedz mi wreszcie, o co chodzi! - Zdenerwował się. - Przecież to niemożliwe, żebyś kochała kogoś innego.
- Nie mogę ci powiedzieć, o co chodzi.
- To nie mów, trudno. Ale jutro zabieram cię do kina - oświadczył tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Kiedy wróciła do swojego pokoju, jej towarzyszka już spała. Była druga w nocy. Chciała przespać się jeszcze przed jutrzejszymi zajęciami, jednak nie mogła usnąć. Wciąż miała przed oczami płomienny wzrok Tadeusza. Czuła ciepło jego ciała, zapach jego czerwonego swetra. Żaden mężczyzna nigdy dotąd nie zrobił na niej tak piorunującego wrażenia. Nikt nigdy nie przytulał jej tak czule i przejmująco. W niczyich ramionach nie czuła się tak bezpiecznie. A jednak... Była w rozterce. Nienawidziła tych wrednych "komuchów". Jak mogła się w kimś takim zakochać? Idolem jej rodziców był wybrany niedawno na papieża Jan Paweł II, który wkrótce miał odbyć pielgrzymkę do Polski. Nie mogła się już tego doczekać. Wyobrażała sobie, co o nim myśli Tadek. I ona miałaby się w kimś takim zakochać?
Z drugiej jednak strony czuła się niewiarygodnie szczęśliwa. Przeżywała "miłość od pierwszego wejrzenia". Prawdziwą, wielką miłość, o której zawsze marzyła. Jak miała się jej wyrzec?
Kiedy nazajutrz wieczorem zjawił się w jej pokoju, znów poczuła przypływ fali szczęścia. Miał na sobie błękitny sweter, w którym wyglądał jeszcze lepiej niż w czerwonym.
- Pójdziemy do kina? Czy może wolisz znowu potańczyć w Piwnicy?
- Chodźmy potańczyć - zdecydowała.
Tym razem wywijali rokendrola z wszystkimi możliwymi figurami. Zachłystywali się radością i namiętnie całowali. Wypili mnóstwo wina. Rozmawiali tylko o wzajemnym oczarowaniu i uczuciu. Tadeusz był zbyt inteligentny, by nie domyślić się, że przyczynę jej spontanicznej niechęci do spotykania się z nim stanowiło jego pochodzenie i partyjne nastawienie. Żałował, że jej o tym powiedział, ale nie przyszło mu do głowy, że ona będzie miała mu to za złe. Jemu zupełnie nie przeszkadzało, że - jak się domyślił - zakochał się w antykomunistycznie nastawionej, religijnej dziewczynie. Był przekonany, że uda mu się przeciągnąć ją na właściwą - jego zdaniem - stronę. Nie zdziwił się, że, gdy jej zaproponował całodzienny wypad w niedzielę na łono natury, powiedziała, że najpierw musi pójść na mszę.
Spotykali się odtąd co dzień. Złota jesień ogarnęła ich romantycznym tchnieniem. Na Plantach drzewa mieniły się kolorami, w powietrzu unosił się zapach zeschłych liści, kwiaciarki na Rynku sprzedawały różnokolorowe chryzantemy i astry, które Tadeusz kupował. Dbał o to, by w jej pokoju były zawsze świeże kwiaty. Wciąż na nowo wyznawał jej miłość i uwielbienie. Wykazywał zrozumienie dla jej niechęci do zbliżenia, jednak stawał na głowie, aby ją zdobyć.
W końcu wpadł na pomysł, żeby zaprosić ją na dobrą kolację do skromnego, lecz nastrojowego hotelu "Pod Różą" mieszczącego się w renesansowym pałacyku przy ulicy Floriańskiej.
Irenie bardzo się tam spodobało. Z apetytem zjadła wspaniałą kolację, mocno zakrapianą.
- Zamówiłem tu pokój - szepnął w pewnym momencie, gdy mieli już dobrze w czubie. - Chciałbym być z tobą sam na sam.
- Nie, mowy nie ma - zaoponowała.
- Ty się chyba czegoś boisz. Nie masz do mnie zaufania - rzekł z wyrzutem.
- Nie mam zaufania do siebie - przyznała szczerze.
- Co ty opowiadasz? - obruszył się. - No chodźmy. Tam sobie w ciszy spokojnie porozmawiamy.
- A nie...
- Naprawdę nie - zapewnił ją żarliwie. - Nie bój się.
Spędzili tam godzinę, całując się namiętnie.
Zachwycał się subtelnym wyrazem jej twarzy, pięknymi dłońmi, małymi, ślicznymi uszami, każdym szczegółem jej ciała, zwłaszcza gładką jak jedwab skórą, którą wyczuwał gładząc jej gołe ramiona. Czuła niesamowite podniecenie. Przeraziła się, że straci cnotę. Tak nagle, nieoczekiwanie? Bała się tego. Mogłaby zajść w ciążę. Odsunęła się od niego gwałtownie.
- Będę uważał - uspokajał ją, jakby czytał w jej myślach.
- Nie mogę, to grzech - rzekła zdecydowanie, trzęsąc się jak osika.
- Jaki grzech? Przecież się kochamy. Mówisz tak, jakbyś żyła w średniowieczu. Powinnaś przestać chodzić do kościoła, bo to cię ogłupia.
- Nie mogę, naprawdę nie mogę - kręciła głową z determinacją.
- Nie zrobię tego - zapewnił ją stanowczym tonem - dopóki nie uwolnisz się od tych katolickich przesądów, bo nie chciałbym, żeby cię dręczyły wyrzuty sumienia. Znam dekalog. Nawet w nim jako grzech określa się cudzołóstwo. Przecież w naszym przypadku nie może być mowy o cudzołóstwie. Oboje jesteśmy wolni. Ale poczekam, aż sama to zrozumiesz.
Z upływem czasu - tak jak przewidział - pozbyła się oporów, przede wszystkim z powodu utraty wiary i odsunięcia się od Kościoła, do czego w głównej mierze on się przyczynił. A przy tym żadna z jej koleżanek nie chodziła do kościoła i wszystkie sypiały ze swoimi chłopakami.
Akt ten dokonał się spontanicznie w jego pokoju, w akademiku. A choć nie była to zbyt romantyczna sceneria, to jednak przeżyła ogromną rozkosz. Odtąd byli nierozłączni. Rozumieli się doskonale, czytali w swoich myślach. Tadeusz zainteresował się architekturą i sztuką, zwłaszcza malarstwem, aby mieć z nią wspólny temat. Razem zwiedzali zabytki, chodzili po wspaniałych krakowskich kościołach, do muzeów i na wystawy. Wspólnie spędzili wakacje na górskiej wędrówce w Tatrach. Rodzicom powiedziała, że wybiera się z koleżanką.
Upłynęły dwa lata. Tadeusz pisał już pracę magisterską. Planowali pobrać się po jej obronie. Wiadomo było, że on zrobi polityczną karierę i będą opływali w dostatki. Jednak Irena obawiała się reakcji rodziców. Wiedziała, że ogarnie ich rozpacz, jak dowiedzą się, za kogo ich córka zamierza wyjść za mąż. Utrzymywała to na razie przed nimi w tajemnicy. Głowiła się nieustannie, jak im o tym powiedzieć. Nie wyobrażała sobie ich spotkania z rodzicami Tadeusza. Sama też czuła ogromną niechęć do przyszłych teściów.
3
Leniwie snuł się pogodny październik, nieprzystający do nerwowej atmosfery "solidarnościowego karnawału". Wraz z zapachem zeschłych liści, w powietrzu unosiła się aura niezwykłej, ekscytującej, acz ryzykownej przygody. Na uczelni odbywały się burzliwe dyskusje. Głównie na temat samorządności i działalności służb specjalnych w Akademii. Okazało się, że cały czas miały dostęp do teczek personalnych pracowników i studentów. Domagano się nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, dopuszczenia reprezentacji młodzieży akademickiej do ciał kolegialnych, zaprzestania indoktrynacji ideologią komunistyczną. Nie zapominano także o kwestiach ekonomicznych: o zwiększeniu stypendiów, o przyznawaniu nagród wyłącznie za wyniki w nauce, a nie za zaangażowanie polityczne po stronie władzy.
W dyskusjach brylował Roman Skotnicki występujący żarliwie przeciw rozpracowywaniu przez Służbę Bezpieczeństwa struktur powstałego we wrześniu Niezależnego Zrzeszenia Studentów, w którego działalność był zaangażowany. Mówił o rozbudowaniu agentury w szeregach Zrzeszenia, o jej posunięciach nękających i dezintegrujących organizację. Jego entuzjazm i elokwencja zafascynowały Irenę. Nie wstąpiła dotąd do NZS-u, bo Tadeusz odradzał jej to gorliwie. Jednak pod wpływem wystąpień Romana, zapragnęła to uczynić. Długo jednak nie potrafiła zdobyć się na ten krok. Ciągnęło ją do Zrzeszenia, lecz nie chciała narazić się ukochanemu. Obawiała się, że on z nią zerwie. A przy tym miała słaby charakter. Była płochliwa i nieśmiała. Zebrała się jednak na odwagę i postanowiła w końcu skontaktować się z Romanem.
Po pewnym zebraniu z drżeniem serca podeszła do niego.
- Czy mógłbyś mnie wciągnąć do NZS-u? - spytała niemal szeptem, bo z wrażenia zaschło jej w gardle. - Nie jestem tak całkiem zdecydowana, więc chciałabym z tobą o tym porozmawiać. Wiesz, nigdy dotąd nie interesowałam się specjalnie polityką, a poza tym... jestem podszyta tchórzem.
- Przyjmiemy cię z otwartymi ramionami - odrzekł ucieszony.
Dawno już zwrócił na nią uwagę i czekał tylko na okazję, by zbliżyć się do niej.
- Może wpadłabyś do mnie teraz, bo w publicznych miejscach taka rozmowa jest niebezpieczna. Wszędzie pełno szpicli. Mieszkam tu w pobliżu, przy Basztowej.
- Mieszkasz przy Basztowej? Z rodzicami?
- Nie. Sam. Wynajmuję małe mieszkanko od takiej starszej pani, która przeniosła się do córki.
Wytrzeszczyła na niego oczy, zdumiona, skąd go stać na wynajmowanie mieszkania na Starym Mieście. Sama bytowała w akademiku, podobnie jak inni studenci spoza Krakowa.
- Ale... - zająknęła się. - To musi być strasznie drogo.
- Moi starzy mają forsę. Ojciec prowadzi dobrze prosperujący zakład zegarmistrzowski, a matka handluje dolarami. - Uśmiechnął się pobłażliwie.
Zawahała się przez chwilę, czy pójść do niego, zastanawiając się, czy on aby nie chce jej uwieść. Miał opinię podrywacza. Fama niosła, że jest świetny w łóżku. Przyjrzała mu się uważnie. Mimo niewysokiego wzrostu był bardzo męski. Jego fizjonomia wyrażała wybitną inteligencję. Wyglądał raczej na intelektualistę niż na artystę. Nosił czarny golf i szare dżinsy. Miał jasne, krótko ostrzyżone włosy, szare oczy o twardym, przenikliwym spojrzeniu i olśniewający uśmiech. Z jego twarzy emanowała energia i pewność siebie. Wzbudzał jej sympatię, lecz mimo to nie podobał się jej jako mężczyzna. Przede wszystkim dlatego, że był od niej niższy. A poza tym nie przyszło jej nawet do głowy, że mogłaby zdradzić Tadeusza.
Przeciskali się w tłumie wychodzących z zadymionej sali studentów.
- Widzę, że dałaś się poderwać Romanowi - zauważyła jej przyjaciółka Maryla. - Myślałam, że pójdziesz z nami.
Irena zaczerwieniła się, lecz nic nie odpowiedziała. Wyszli z uczelni na plac Matejki, gdzie grupki rozdyskutowanej młodzieży paliły papierosy. Parę metrów dalej skręcili w prawo i znaleźli się na Basztowej. Po przejściu kilku kroków Roman zatrzymał się przed jedną z kamienic.
- Tutaj mieszkam - oznajmił niemogącej otrząsnąć się z oszołomienia dziewczynie.
Była niesamowicie podekscytowana. Ledwo mogła za nim nadążyć na uginających się nogach, gdy wbiegał po wysokich schodach. Na ostatnim piątym piętrze otworzył drzwi mieszkania po prawej stronie korytarza.
- Musisz obejrzeć moje obrazy - rzekł, gdy weszli do środka.
Po przejściu przez ciemny przedpokój z lustrem w złoconych ramach i garderobą, znaleźli się w dużym, wytapetowanym w brązowe wzorki salonie z przedwojennymi, solidnymi meblami z dębowego drzewa. Stał tam dwuczęściowy bufet, komoda, kanapa i okrągły stół przykryty szydełkowym beżowym obrusem. Otaczały go cztery krzesła z przybrudzonym żółtym obiciem. Na ścianach wisiały impresjonistyczne pejzaże. Zniszczony parkiet pokrywał wysłużony, z lekka wyleniały turecki dywan. Na stole leżały porozrzucane broszury i gazety. Obok kanapy, na podłodze stały trzy sterty książek prymitywnie wydanych w drugim obiegu. W pokoju panował artystyczny nieład. Meble były pokryte kurzem, a na dywanie można było zauważyć okruchy.
- Wolałbym, kurczę, urządzić mieszkanie nowocześnie - skrzywił się Roman. - Ale cóż - rozłożył bezradnie ręce - właścicielka mieszkania nie pozwoliła mi niczego zmieniać. Ma nadzieję na sprzedanie tych gratów.
- Mnie się tu podoba. Lubię takie stare meble i przedwojenną atmosferę - rzekła zdyszana Irena, rozglądając się po pokoju. - A co, wolałbyś meblościankę, żeby mieszkanie straciło indywidualny charakter? To po prostu obłęd. Do jakiego mieszkania wejdziesz, wszędzie taka sama meblościanka... A tutaj... Wystarczy odkurzyć meble, wyczyścić obicia kanapy i krzeseł, kupić nowy dywan, wstawić jakiegoś dużego fikusa albo palmę i parę doniczkowych kwiatów... - Lustrowała uważnie pokój. - Powiesiłabym jeszcze jakieś ładne zasłony, białe firanki, i byłoby całkiem przytulnie.
- Jestem strasznie zajęty działalnością. Nawet na malowanie nie mam czasu, kurczę. Zacząłem ciekawy obraz i nie wiem, kiedy go skończę...
- A te fajne pejzaże ona ci zostawiła? - przerwała mu.
- Sam je namalowałem. Ona miała na ścianach rodzinne portrety. Na razie musi zostać tak, jak jest. Na szczęście starsza pani zabrała do córki meble z sypialni, w której urządziłem pracownię. Pokój jest duży, więc wstawiłem do niego tapczan, szafę na ubrania i półkę z książkami. Nie ma tam najlepszego światła do malowania, ale ujdzie. Mam tu też kuchnię i łazienkę. Chcesz zobaczyć? Musimy wrócić do przedpokoju.
- Nie, nie - zaprzeczyła. - Odsapnę trochę na kanapie. Wykończyły mnie te schody.
- Dzięki nim mam to mieszkanie. Jego właścicielka nie miała już siły po nich wchodzić... Zmęczyłaś się, co? Okay. Najpierw napijemy się piwa, obrazy pokażę ci potem.
Ten sobie żyje. Nie ma to, jak zasobni rodzice - pomyślała z zazdrością. Sama musiała się gnieździć w małym pokoiku w akademiku, wspólnie z koleżanką. U niej w domu się nie przelewało. Ojciec był księgowym w spółdzielni rzemieślniczej, a matka pracowała jako sekretarka w szkole podstawowej.
Roman wyszedł do kuchni. Po chwili przyniósł na tacy butelkę piwa z lodówki i dwie szklanki. Postawił je na stole, otworzył butelkę i opróżnił, wlewając jej zawartość do szklanek. Usiadł naprzeciw niej na krześle. Patrzył na nią poważnym wzrokiem. Nic nie wskazywało na to, że chce ją uwieść. Uspokoiła się, łyknąwszy nieco piwa.
- Pochodzę z Katowic, a ty? - spytał.
- Wyobraź sobie, że też - odpowiedziała spokojnym tonem, ponieważ zdążyła już ochłonąć.
Popijali piwo i prowadzili rozmowę o ostatnich wydarzeniach.
- Wiesz, moi rodzice strasznie się przejmują, co wieczór słuchają "Wolnej Europy", całe dnie tylko o tym rozmawiają. Ale ja... Tak jakoś... Nie jestem specjalnie zaangażowana - mówiła niepewnie. - To znaczy nie byłam do czasu, kiedy usłyszałam cię na zebraniu - zaczerwieniła się z powodu tego wyznania. - Koleżanka mnie tam zaciągnęła, bo ja... Trochę na przekór rodzicom, zawsze z daleka trzymałam się od polityki.
- Naprawdę? Dopiero teraz cię to poruszyło? - zdziwił się i spojrzał jej przenikliwie w oczy.
Jaka ona śliczna - myślał zafascynowany jej urodą. - Co za twarz! Wszystko duże: słodko-czekoladowe oczy, nos, usta. A całość taka subtelna, łagodna, ciepła. Ten anielski uśmiech. No i te wspaniałe, rudawe włosy! Kiedyś namaluję jej portret.
- No, ja to już jestem starym konspiratorem - rzekł z dumą. - Zacząłem się angażować przed czterema laty. Ciebie jeszcze nie było w Krakowie, kiedy przeżyliśmy tu, kurczę, wstrząsające wydarzenie w maju siedemdziesiątego siódmego, zamordowanie z inspiracji bezpieki Stanisława Pyjasa, studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego zaangażowanego w działalność opozycyjną. Chyba słyszałaś? Wziąłem wówczas udział w "Czarnym marszu", który na znak protestu przeszedł ulicami Krakowa. Zaraz po nim powołaliśmy niezależny Studencki Komitet Solidarności, którego jednym z celów było dążenie do zainicjowania prac nad utworzeniem autentycznej i niezależnej reprezentacji studenckiej. Udało się dopiero po sierpniowych strajkach. Powstało wtedy Niezależne Zrzeszenie Studentów. Jego zalążki pojawiły się już w połowie września na Uniwersytecie Jagiellońskim, a w ciągu następnych pięciu dni także na kolejnych krakowskich uczelniach, między innymi w naszej Akademii. Teraz walczymy o rejestrację Zrzeszenia.
- Wiem, słyszałam twoje bojowe wystąpienia - przerwała mu. - Właśnie pod jego wpływem chciałabym wstąpić do NZS-u.
- To ryzykowne. Mamy wciąż na karku bezpiekę. Spotykają nas niesamowite szykany. Nie boisz się?
- Trochę tak, jednak z drugiej strony rodzice od dzieciństwa wpajali mi niepodległościowe tradycje i nienawiść do komunistów, którzy im zmarnowali życie. Zdawało mi się, że to do mnie nie dociera, teraz jednak pobudziło do działania. Strasznie długo się wahałam... Przyznam ci się, że to nie tylko chodziło o tchórzostwo.
Umilkła, zastanawiając się, czy powiedzieć mu o Tadeuszu, wobec którego miała nieczyste sumienie. Drętwiała z lęku, co będzie, jak on dowie się o jej ryzykownej decyzji. Jednak trwała przy niej. Czuła, że musi to zrobić. Gotowa była nawet przypłacić ją utratą ukochanego. Jednak nie wierzyła, że on to uczyni. Za bardzo ją kochał. Będzie musiał się z tym pogodzić.
- A o co jeszcze? Powiedz - nalegał.
- Mój chłopiec jest... jakby tu powiedzieć... No, komunistą.
- Rozumiem. Musisz z nim natychmiast zerwać. Inaczej nie będziemy mogli przyjąć cię do NZS-u. Żebyś mu, broń Boże, nie zdradziła swoich zamiarów.
- Nie mogę z nim zerwać. Zamierzamy się pobrać.
- Oszalałaś! Chcesz wyjść za mąż za jakiegoś wrednego komucha? To jak ty to sobie wyobrażasz? Musisz z nim zerwać! Nie ma dyskusji!
Spojrzał jej surowo w oczy i wstał z miejsca. - No, teraz pokażę ci obrazy.
Wyszli do przedpokoju, z którego do sypialnio-pracowni prowadziły odrapane drzwi. Zauważyła ciemny obraz na sztalugach i parę płócien stojących na podłodze. Zaczął jej je kolejno pokazywać. Były to atakujące jaskrawymi kolorami, abstrakcyjne malowidła. Zrobiły na niej duże wrażenie.
- Naprawdę masz talent - rzekła z zachwytem.
- Nie przesadzaj. Nie są zbyt dobre. Ten na sztalugach, to dopiero będzie mój pierwszy prawdziwy obraz. Takie będę teraz malować! - wykrzyknął z dzikim błyskiem w oczach.
Przez moment spojrzała na niego zdziwiona. Zauważyła z niepokojem, że on ciężko dyszy z podniecenia. Odsunęła się od niego i zaczęła przyglądać się niedokończonemu dziełu, lecz było tak ciemne, że nie mogła na nim niczego rozpoznać. Może dlatego, że drżała na całym ciele.
- Domyślasz się, co on będzie przedstawiał? - spytał z przejęciem, wpatrując się w niedokończone dzieło.
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała niepewnie.
- Dopiero nad nim pracuję. Pokażę ci, jak skończę.
- Powiedz, co to będzie - rzekła, starając się opanować drżenie.
- No dobrze. Przypomnij sobie, po jakim wydarzeniu zaangażowałem się w walkę z komuną.
- Ach, wiem! - wykrzyknęła. - Malujesz ten "Czarny marsz!".
Wtem Roman rzucił się na nią i zaczął się do niej dobierać.
- Oszalałeś?! Co ci się stało?! - krzyczała, usiłując się wyrwać z jego ramion.
- Nie opieraj się, bo będę cię musiał zgwałcić, a to boli. - Ściskał ją w objęciach jak w kleszczach. Mimo drobnej postury był silny. Przeraziła się nie na żarty. Przestała się wyrywać, bo bała się bólu. Nidy dotąd nie przeżyła fizycznego bólu. Ból duszy - to co innego. Poznała go, lecz tego bólu obawiała się. Ze strachu nie stawiała już dłużej oporu. Wówczas wziął ją na ręce i zaniósł na tapczan. Zaczął ją całować i pieścić z niesłychaną czułością.
Darmowy fragment