Zasypani - Agnieszka Pietrzyk

Reflow text when sidebars are open.
Aron Korzeniowski patrzył na gęsto sypiący śnieg i klął pod nosem. Od pół godziny koła SUV-a grzęzły w zaspach, a oni posuwali się naprzód w żółwim tempie. Droga wojewódzka 503 zniknęła z krajobrazu. Mężczyzna jedynie domyślał się jej przebiegu i ufał czerwonym światłom auta przed nimi. Najpewniej było to kombi. Wskazywała na to pionowa klapa bagażnika ledwo rysująca się za kurtyną śniegu.
Poprzedzający ich samochód zatrzymał się. Aron znowu zaklął.
- Bałwanie, jedź, bo nas tu zasypie. - Uderzył w klakson, raz za razem. - Ruszaj! NO, już!
Ktoś wysiadł z kombi i skierował się w ich stronę. Ciemna sylwetka przypominająca cień przesuwała się w sypiącym śniegu.
- On do nas idzie - zawołała Dorota.
- Przecież widzę.
- Ciekawe, czego od nas chce. - W jej głosie pojawił się niepokój.
Aron sapnął.
- Może planuje nas poćwiartować siekierą, żeby w ten sposób rozładować swoje wkurwienie?
- Przestań. To nie jest śmieszne.
- Bo nie miało być. Dzisiejsza pogoda może rozjebać głowę każdemu.
Dorota poruszyła się w fotelu. Rozpięła pas. Zrobiła się niespokojna.
- Siekiery to on na pewno nie ma. Ale nóż może mieć.
Jej uwaga zabrzmiała zbyt rzeczowo. Irytowało go to w żonie. Nawet gdy wypowiadała największą bzdurę, brzmiało to tak poważnie, że wbrew własnej woli zastanawiał się, czy ona nie ma racji.
Człowiek z kombi zbliżał się do ich SUV-a. Jeszcze dwa kroki i znalazł się przy drzwiach kierowcy. Aron napiął mięśnie. Lepiej być przygotowanym na wszystko. W taką pogodę naprawdę mogły komuś puścić nerwy. Przez głowę przemknęły mu obrazy jak z najgorszych thrillerów: krew rozlana na śniegu, martwe ciało wepchnięte w zaspę, zamarznięta twarz w zimowym półmroku.
Rozległo się pukanie w okno. Mocne i natarczywe. Aron się nie poruszył.
- Dlaczego nie otwierasz? - zapytała Dorota ponaglającym tonem.
Znowu go zdenerwowała. To przecież ona przed chwilą była cała zestrachana. Opuścił szybę, ale tylko na kilka centymetrów. Lodowate powietrze natychmiast wdarło się do środka. Nieznajomy pochylił się powoli ku szczelinie. Jego twarz pozostawała niewidoczna. Dało się jedynie zauważyć, że głowę okrywa mu czapka uszatka.
- Sorry, że zawracam gitarę - powiedział mocnym głosem. - Nazywam się Marek Gruby.
- W czym możemy panu pomóc? - zapytała Dorota.
Była zbyt miła. Jeśli ten gość będzie oczekiwał od nich pomocy, to przecież nie ona poleci jej udzielać. Zostawi to swojemu mężowi.
- Chciałem zapytać, czy wy też to słyszycie?
- Co takiego? - Korzeniowski był zdezorientowany. Nie rozumiał, czego dotyczy pytanie.
- No to coś, jakby skowyt.
Opuścił szybę do samego końca. Do wnętrza SUV-a wpadł dźwięk, który mroził bardziej niż ujemna temperatura. Przeciągłe psie zawodzenie przechodzące w pisk. Aron zgasił silnik i włączył światła awaryjne. Moment ciszy i znowu rozległo się skomlenie psa. W zimowej głuszy napawało grozą, aż ciarki przechodziły po plecach.
Dorota otworzyła drzwi.
- Nie wysiadaj - warknął.
Wysiadła, zapadając się w miękkim śniegu. Białe płatki gęsto oblepiły jej włosy. Pochyliła się do samochodu i sięgnęła czapkę. Wprawnym ruchem włożyła ją na głowę. Marek Gruby ruszył w jej stronę. W zimowym półmroku wyglądał obco i złowrogo. Aron przez krótką chwilę uwierzył, że tamten wyciągnie nóż i poderżnie Dorocie gardło, tutaj, na środku tej zasypanej drogi. Nic takiego się nie wydarzyło. Na razie.
Też wysiadł z SUV-a. Jego buty ugrzęzły w miękkim śniegu. Zanim naciągnął kaptur, napadało mu za kołnierz. Wzdrygnął się. Zimnica jak na Syberii. Obszedł samochód i ruszył ku Dorocie oraz kierowcy kombi.
- Zakładam, że ktoś się pozbył tego psiaka - oznajmił Marek Gruby.
- Boże, jakie to okrutne. - Dorota była bliska łez. - W taki mróz? Przecież to trzeba nie mieć serca. Pójdę po niego. Powinien być między tamtymi choinkami.
Wskazała na zaśnieżone drzewa rosnące kilka metrów od drogi. Ruszyła do lasu. Poruszała się niezdarnie na wysokich obcasach. Marek poszedł za nią. Oddalali się w mrok. Śnieg trzeszczał pod ich butami. Aron zawahał się. Spojrzał na drogę. Nie nadjeżdżało żadne auto. Sypał drobny śnieg.
- Idealna noc, żeby zdechnąć w lesie przez jakiegoś psa - wymamrotał pod nosem i ruszył za żoną. Nogi zapadały mu się w śniegu aż po łydki. Buty miał zimowe, ocieplane, ale sięgały tylko do kostek. Teraz zmrożona materia wciskała się pomiędzy cholewki a spodnie. Dogonił Dorotę. Wsparła się na jego ramieniu.
Gościu z kombi wyprzedził ich o kilka kroków. Wszedł już między drzewa. Włączył też latarkę w telefonie i gwizdał na psa. Zwierzak piszczał żałośnie. Snop światła przesuwał się po śniegu i po pniach w końcu wyłowił z zimowej przestrzeni sylwetkę czworonoga. To był niemiecki wyżeł. Długie łapy, oklapnięte uszy, cały obsypany śniegiem. Stał przywiązany do drzewa krótkim sznurkiem i trząsł się mocno.
Dorota jęknęła.
- Tylko ludzie potrafią być takimi potworami. - Jej głos załamał się na ostatnim słowie.
Aron zacisnął szczęki. Jakby mówiła również o nim. Żona uważała go za potwora. Niesłusznie. Wcale nie był taki zły.
Marek przykucnął przy zwierzaku. W zimowej ciszy rozległ się dźwięk, który zmroził Arona. Otwieranie sprężynowego noża. Ten charakterystyczny trzask, który pamiętał z harcerstwa. A jednak ten gościu miał przy sobie nóż. Na Dorocie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Wyciągnęła ręce do wyżła.
- Pieseczku, nie bój się nas. Nie zrobimy ci nic złego.
Zwierzę szarpało się na sznurku i przebierało w miejscu łapami. Korzeniowski cofnął się o krok, chcąc zachować bezpieczny dystans między sobą a facetem z nożem. Tamten długo piłował napięty sznur. W końcu włókna puściły. Uwolniony wyżeł przypadł do nóg Doroty i z piskiem próbował się na nią wdrapać. Poklepała go po grzbiecie.
- Wracamy - rzucił Aron.
Ruszyli w stronę samochodów. Dorota prowadziła psa na krótkim kawałku sznurka, a wyżeł trzymał się jej nogi.
- Zabieramy go do naszego auta - oznajmiła.
- Mnie tam wszystko jedno - rzucił kierowca kombi. - Chcecie, to sobie go bierzcie.
Dorota spojrzała na Arona.
- A ty, kochanie? Chcesz, żeby z nami został?
Był gotów się zgodzić. Obcy pies wydawał się mniej przerażającą perspektywą niż obce dziecko.
- Może twój brat by go przygarnął? - zagadnął jeszcze z resztką nadziei.
- On już ma psa.
- No dobra. Niech ten zostanie z nami.
Do drogi nie było daleko, a jednak brnęli przez zaspy dobrych kilka minut. Marek Gruby rozejrzał się.
- Zamieć się rozkręca - mruknął.
Aron też to zauważył. Śnieg przestał sypać drobnymi kryształkami. Teraz z nieba gęsto leciały ciężkie płatki, które natychmiast oblepiały kurtki.
- Przez pana utkniemy tutaj na dobre.
- Przeze mnie? - zdziwił się kierowca kombi. - Raczej przez pogodę.
- Gdyby nie ten postój, jeszcze byśmy się jakoś toczyli. A teraz może się okazać, że już nigdzie nie pojedziemy.
- Za to uratowaliśmy psa.
- Skąd pan wie, że było warto? Może właściciel specjalnie go wyrzucił. Wredny był, gryzł ludzi.
- Nie wygląda na takiego.
- A jak pan w ogóle usłyszał jego skomlenie?
- Paliłem. Uchyliłem szybę, żeby wypuścić dym. Wtedy go usłyszałem.
Korzeniowski skinął głową. To akurat brzmiało wiarygodnie.
Dorota otworzyła tylne drzwi SUV-a i poklepała siedzenie.
- No, wskakuj.
Wyżeł zapiszczał i cofnął się. Nie miał w zwyczaju wsiadać do obcych samochodów. Marek klepnął go w zad. Pomogło. Pies wskoczył do środka.
Aron uruchomił silnik. Koła przez moment mieliły śnieg, zanim złapały przyczepność. Ruszyli za oddalającymi się światłami kombi.
- To był fatalny pomysł, żeby jechać dziś tą drogą - burknął.
Dorota spojrzała na psa, który spokojnie ułożył się na tylnej kanapie.
- A ja lubię taką zimę. Pamiętam, jak tata kiedyś zrobił kulig w podobnej zamieci. Było pięknie.
Aron sapnął z irytacji.
- Na tym waszym zadupiu sanki są najważniejszym środkiem transportu. Wy nawet takiego wynalazku jak koło nie potraficie docenić.
- Masz rację, kochanie, gdyby nie ty, to karmiłabym dziś kaczki i kury na wsi. A tak jestem żoną pana dyrektora i karmię egzotyczne rybki w akwarium.
Nienawidził tego, że nie potrafił wyprowadzić własnej żony z równowagi. Im bardziej się starał, tym była łagodniejsza.
- Zaraz będziemy musieli wysiąść i na piechotę zapierdalać do domu twojego brata. Chryste! Czy on nie mógł przeprowadzić się gdzieś indziej?
- Na piechotkę nie damy rady, nie w taką śnieżycę - oznajmiła spokojnie, jak gdyby naprawdę brała taką ewentualność pod uwagę. - To przecież jeszcze siedem kilometrów.
Aron spojrzał na jej kozaki.
- Ty na tych obcasach na pewno byś nie doszła.
- To ty wybrałeś dla mnie te buty.
- A ty byłaś tak głupia, żeby się na nie zgodzić.
Nie odpowiedziała. Wolałby, żeby się odgryzła, ale ona wiedziała, że swoim spokojem najbardziej go zdenerwuje. Zimna pogoda i chłodna żona. Zestaw, z którym los kazał mu się zmierzyć.
Włączył radio. Aron słuchał w skupieniu komunikatu, który popłynął z głośników: "Od wczesnych godzin porannych nad Wysoczyzną Elbląską przechodzi intensywna śnieżyca, której towarzyszy silny, porywisty wiatr. W wielu miejscach tworzą się zaspy śnieżne, a widoczność spadła miejscami do kilkudziesięciu metrów".
- Kurwa, co za odkrycie! - warknął. - Czy oni nie mogą podać jakichś konkretów?
- Cicho - syknęła Dorota. - Chciałam posłuchać.
Podgłośniła. "Według służb drogowych liczne odcinki dróg lokalnych i powiatowych są obecnie nieprzejezdne. Szczególnie trudna sytuacja panuje na trasach prowadzących do mniejszych miejscowości. Pługi śnieżne pracują bez przerwy, jednak ze względu na intensywne opady ich działania są utrudnione. Kierowców prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności, zmniejszenie prędkości oraz utrzymywanie bezpiecznej odległości między pojazdami. Będziemy na bieżąco informować o rozwoju sytuacji".
Aron walnął pięścią w kierownicę.
- Co oni pierdolą? Widoczność spadła do kilkudziesięciu metrów? Przecież tu, kurwa, na kilka metrów nic nie widać. - Wyciągnął palec przed siebie, wskazując na ścianę sypiącego śniegu, z której wyłaniały się dwa światła toczącego się przed nimi kombi. - I mam jeszcze zmniejszyć prędkość. Niby do ilu? A skąd oni wzięli ten porywisty wiatr? Zadzwoń do tego pojebanego radia i powiedz im, że od paru godzin już nie wieje.
Dorota przyłożyła telefon do ucha. Była gotowa wykonać jego polecenie.
- Gdzie ty dzwonisz?
- Do radia.
- Nie wygłupiaj się. Jeszcze puszczą cię na antenie i potem będą się ze mnie śmiać w firmie.
Spojrzała na niego z tym specyficznym grymasem, jak gdyby mówiła: i tak się z ciebie śmieją. Zagotowało się w nim, bo to była prawda. Wiedział, że od kilku tygodni jest obiektem żartów kolegów.
- A jeśli śnieg nie przestanie padać? - Dorota patrzyła w boczną szybę. - Zasypie nas i samochód stanie się naszą trumną. Odkopią nas za kilka dni, ale to już będzie za późno. My będziemy martwi.
Korzeniowski zacisnął dłonie na kierownicy. Jego żona znowu mówiła takim tonem, jak gdyby wierzyła we własną wizję.
- Miejmy nadzieję, że chociaż ten kundel to przeżyje - burknął.
Magda Korwin uruchomiła wycieraczki i wpatrywała się w ich monotonny ruch. W prawo, w lewo. W prawo, w lewo. Ani trochę nie pomogły. Przeszkadzało jej to, że tak niewiele widzi. Chciałaby zobaczyć zaśnieżone gałęzie drzew i skraj zasypanej śniegiem drogi. Tymczasem patrzyła na szarą ścianę padającego śniegu i niewyraźny kształt wozu stojącego przed nią. Przeszkadzała jej ta wizualna klaustrofobia.
Zadzwoniła komórka. Magda odebrała.
- Gdzie jesteś? - Męski głos był pełen napięcia.
- W samochodzie.
- Dobrze, że już wyjechałaś. W drodze jesteś bezpieczniejsza.
- Wiem. Ale na razie utknęłam dwanaście kilometrów za Elblągiem. To przez tę zamieć. Mogłam pojechać inną trasą. Tutaj jest raz w górę, raz w dół. Na pewno jakiś samochód nie może podjechać i to dlatego stoimy. Powinnam była to przewidzieć.
- Zaraz przyjedzie tam jakiś pług. Bądź cierpliwa.
- Staram się. - Jej głos zadrżał niebezpiecznie na ostatniej sylabie. Przygryzła dolną wargę, żeby się nie rozpłakać.
- Boisz się, prawda?
- Tak.
- Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy?
- Tak.
- Mówiłem ci, że strach nie jest złą emocją. Człowiek, który się boi, jest ostrożniejszy.
- Obyś miał rację.
Milczeli przez kilka sekund. Magda wsłuchiwała się w oddech mężczyzny. Nagle połączenie się zerwało. Czekała, aż zadzwoni ponownie. Nie zadzwonił.
Przez szarą ścianę sypiących płatków nie było wiele widać, a ona desperacko próbowała dostrzec cokolwiek. Na moment włączyła długie światła i mimo zamieci zobaczyła zarys wozu stojącego przed nią. Był dość blisko, w odległości zaledwie sześciu, siedmiu metrów.
Znowu uruchomiła wycieraczki i znowu niepotrzebnie, bo kompletnie nie pomogły.
Zegarek na desce rozdzielczej pokazywał dziewiętnastą pięć. O tej porze miała już być w bezpiecznym mieszkaniu w Tolkmicku. Nikt by jej tam nie znalazł. Wreszcie mogłaby odetchnąć. Zamiast tego utknęła na drodze przykrytej masami śniegu i dusiła się z niepokoju.
Spojrzała w lusterko. Na tylnej kanapie stał fotelik dziecięcy. Widziała czerwony skafanderek swojej córeczki. Kaptur trochę się przekrzywił. Powinna go poprawić. Ale może lepiej nie zakłócać tego spokoju we wnętrzu auta.
Dwa lata temu życie Magdy wyglądało zupełnie inaczej. Nie miała dziecka, nie miała rozwodu na głowie i nie uciekała przez zasypane drogi z torbą pieluch i kaszek w bagażniku. Wtedy jeszcze wierzyła, że wszystko się ułoży. Jej mąż też zapewniał, że będzie dobrze. To był inny świat. Przede wszystkim bezpieczniejszy.
Magda odwróciła wzrok od lusterka. Płatki były duże, ciężkie, przyklejały się do przedniej szyby i odbierały możliwość powędrowania wzrokiem w głąb zimowego krajobrazu. Gdyby tylko na moment zamieć ustała... Niestety, nie zanosiło się na to.
Kątem oka dostrzegła ruch za oknem po swojej lewej stronie. Przycisnęła czoło do lodowatej szyby i wytężyła wzrok. Cień przypominający ludzką sylwetkę przemieszczał się wzdłuż jej Corolli. Ten ktoś szedł w stronę przodu kolumny stojących aut, zapewne po to, aby się zorientować w sytuacji. Przez chwilę się wahała. Może też powinna wysiąść i się rozejrzeć? Miała ochotę opuścić choć na moment ciasną kabinę. Jej zmysły domagały się przestrzeni. Ale co, jeśli zostanie rozpoznana? Co wtedy? Wystawiła twarz do lusterka pod sufitem. Przyjrzała się sobie. Bez makijażu i w czapce naciągniętej mocno na czoło nikt nie dojrzy w niej tej eleganckiej brunetki.
Obróciła się i zerknęła na tylną kanapę. Poprawiła kocyk, który zjechał trochę na bok, i palcami przesunęła po gładkim skafandrze córki.
- Zaraz wrócę - powiedziała cicho.
Wyłączyła silnik, naciągnęła czapkę głębiej na uszy i wysiadła. Mróz natychmiast osaczył jej ścierpnięte ciało. Śnieg skrzypiał pod butami. Białe płatki osiadały na jej kurtce. Wzdrygnęła się. W tej zimie nie było nic pięknego, nic bajkowego.
Na drodze stało kilkanaście samochodów, a może nawet więcej, bo przecież śnieżyca uniemożliwiała zobaczenie całej kolumny. Większość z nich miała włączone silniki i grubą warstwę śniegu na karoseriach. Magda podeszła do pierwszego auta i zapukała w okno. Kierowca uchylił szybę, a ona się pochyliła. W środku siedziała para. Mężczyzna trzymał obie ręce na kierownicy, a kobieta zajęta była telefonem.
- Przepraszam. Wie pan może, dlaczego stoimy?
- Bo zima jest - odpowiedział z agresją.
Pasażerka obróciła głowę w stronę Magdy.
- Aron, nie bądź złośliwy. Pani nie ma nic wspólnego z tą zamiecią.
- Nie byłbym taki pewny - warknął Korzeniowski.
Magda uśmiechnęła się lekko.
- Naprawdę nie wiadomo, co nas tak zatrzymało i na jak długo?
Kobieta pokręciła przecząco głową.
- My stoimy tu już czterdzieści minut.
- Godzinę - poprawił ją Aron.
- Kochanie, nie przesadzaj.
Dopiero teraz Magda zobaczyła psa na tylnej kanapie. Wyżeł uniósł łeb i patrzył w jej stronę.
- Może wiecie, czy ktoś zawiadomił służby, że my tu stoimy? Bo ja nie miałam do tego głowy. Mam roczną córeczkę w samochodzie i nią byłam zajęta. Niedawno mi usnęła.
Pasażerka uniosła dłoń do ust w trochę zbyt dramatycznym geście.
- Oj, z maleńkim dzieckiem na zasypanej drodze! Niech pani dzwoni i to zgłosi. Oni muszą się pospieszyć.
- A wy, dzwoniliście pod sto dwanaście?
- Tak, mają przysłać pług - odpowiedział kierowca. Jego głos nie stał się ani odrobinę przychylniejszy.
- To kiedy on przyjedzie?
- Powinien tu być od dwudziestu minut.
Mężczyzna zamknął okno. Nie chciał z nią dłużej rozmawiać albo nie chciał, aby mroźne powietrze wpływało mu do wozu.
Magda tylko chwilę stała przy drzwiach SUV-a, ale i tak zdążyła zmarznąć. Musiała się ruszać, iść dalej. Śnieg znowu zaskrzypiał pod jej butami. Płatki padały równo i gęsto. Nie było widać drogi ani stojących samochodów, tylko gdzieniegdzie światła postojowe. Co ciekawe, lewy pas jezdni był pusty, czyli samochody jadące w przeciwną stronę zostały uwięzione przez zamieć na dalszym odcinku drogi wojewódzkiej 503.
Minęła kolejny samochód, potem następny. Przez nos wciągała mroźne powietrze wraz z drobinkami spalin. Parła przed siebie z nadzieją, że tam z przodu kierowcy będą wiedzieć więcej. Zanim zobaczyła ludzi, usłyszała ich głosy. Niosły się daleko po zaśnieżonej przestrzeni. W końcu dostrzegła kilka osób. Nikogo nie zdziwiło jej nadejście.
Mężczyzna w okularach i czapce uszatce palił papierosa. To do niego się zwróciła:
- Dlaczego stoimy?
- Ciężarówka nie może podjechać.
- To może należałoby ją wyminąć?
- No właśnie dwa samochody zjechały na lewy pas, żeby to zrobić, i też nie podjechały. Stoją teraz obok ciężarówki. Tu jednak jest spore przewyższenie.
- Kiedy przyjadą do nas z pomocą?
- Podobno już wysłali pług.
- Czyli czekamy?
- Tak.
- Ja bym na ten pług bardzo nie liczył - odezwał się mężczyzna w puchowej kurtce mocno obsypanej śniegiem. - Kiedyś stałem cztery godziny w podobnym korku pod Ostródą, a pług stał razem z nami.
Ktoś parsknął śmiechem.
- Ja mam dwoje dzieci w wozie. Nie mogę tyle stać. - Mówiący naprawdę był zaniepokojony.
Magda pokiwała ze zrozumieniem.
- Też mam ze sobą dziecko. Moja córeczka na razie śpi, ale jak się obudzi... Ona ma dopiero roczek.
Mężczyzna w czapce uszatce wyjął papierosa z ust.
- To za dziesięć lat będzie pani jej opowiadać, jaką zimę obie przeżyłyście na tej drodze. Radzę zrobić kilka fajnych fotek, żeby mała miała na pamiątkę. Taka zima drugi raz prędko się nie trafi.
Magda się rozejrzała. Niewiele widziała, tylko gęsty śnieg.
- Tu żadne zdjęcia nie wyjdą - mruknęła.
Mężczyzna w puchowej kurtce uniósł swój telefon, jakby chciał się nim pochwalić.
- Ja pstryknąłem kilka fotek najbardziej zasypanym samochodom. Nawet dobrze wyszły. Wysłałem je stryjowi do Australii. Wzruszył się, bo przypomniał mu się siedemdziesiąty dziewiąty. On wtedy był harcerzem i rozdawał gorącą herbatę na elbląskim dworcu. Napisał mi, że wtedy też zasypywało samochody na drogach, a kierowców wojsko ewakuowało.
Rozległo się skrzypienie śniegu. Ktoś się do nich zbliżał - kolejny zniecierpliwiony kierowca. Oprócz chrzęszczenia pojawił się jeszcze jeden dźwięk. Oddech przypominający ziajanie. To pies.
Magda się obróciła. Rozpoznała Arona, kierowcę SUV-a. Przy jego nodze szedł niemiecki wyżeł. Mężczyzna w czapce uszatce już skończył palić. Zagwizdał i poklepał się po udach. Pies ruszył w jego stronę.
- Musiałem z nim wyjść, bo zaczął mi gryźć tapicerkę - oznajmił Aron.
Mężczyzna w czapce uszatce pogłaskał czworonoga po grzbiecie, strzepując z niego płatki śniegu.
- No co, piesku? Masz teraz nowego pana? A wiecie, że to my uratowaliśmy tego psa? Gdyby nie my, to by zamarzł.
Magda z zaciekawieniem słuchała opowieści obu kierowców o psie przywiązanym do drzewa. Próbowała strząsnąć z ramion śnieg. Udawało się, ale za chwile oblepiały ją kolejne płatki. Zrobiło się jej zimno. Zatęskniła za ciepłą kabiną samochodu.
- Wracam do córki - powiedziała głośno i odwróciła się, aby odejść.
- Idę z panią - oznajmił mężczyzna w czapce uszatce.
Szli obok siebie. Śnieg trzeszczał pod ich butami.
- Pani jest z Elbląga?
Nie miała zamiaru ujawniać, skąd i kim jest.
- A pan?
- Tak. Na Grunwaldzkiej prowadzę warsztat samochodowy. Jeśli będzie pani miała problem z wozem, to zapraszam. Każdy pani powie, że u Grubego Marka dobrze robią.
- Ale pan wcale nie jest gruby.
- Gruby to moje nazwisko.
Magda się uśmiechnęła.
- Na pewno zapamiętam.
Marek zatrzymał się przy zasypanym kombi, a ona brnęła dalej. Już widziała swoje auto. Otworzyła drzwi. Niezdarnie otrzepała się ze śniegu i usiadła za kierownicą. Na butach wniosła do auta mnóstwo białego puchu. Trudno. Czapkę i rękawiczki rzuciła na fotel obok. Miała już uruchomić silnik i włączyć ogrzewanie. W samochodzie zbyt mocno się wychłodziło. Spojrzała w lusterko. Na jedną długą sekundę jej serce się zatrzymało. Nie zobaczyła czerwonego skafanderka córki. Fotelik był pusty. Przez chwilę siedziała osłupiała, jak gdyby umysł potrzebował czasu na przeanalizowanie tego widoku. Niedowierzanie i strach spadły na nią w tym samym momencie. To nie mogła być prawda. Wyskoczyła z wozu. Śnieg zaskrzypiał głośno pod jej butami. Mróz zagarnął jej uszy i szyję. Otworzyła tylne drzwi. Dłońmi macała fotelik, jakby dotykiem musiała się upewnić, że Ilonki tu nie ma. Dotknęła podłogi przed kanapą, uniosła kocyk, sprawdzała wszędzie. Jej dziecka nie było. Nie zsunęło się na podłogę ani nie wcisnęło w kąt tylnego siedzenia. Magda zawołała córkę, jakby miała nadzieję, że ta jest gdzieś w pobliżu auta i zaraz wybuchnie głośnym płaczem.
Cisza. Tylko odgłos sypiącego śniegu i warkot silników w oddali. Jakie to straszne. Jej serce zaczęło bić szybko jak po biegu.
Rozejrzała się wokół, wypatrując kogoś niosącego Ilonkę na ręku. Przecież ktoś, kto ją wziął, zrobił to tylko na moment i powinien ją zaraz oddać. Nikt się jednak nie zbliżał. Droga wyglądała dokładnie tak samo jak kilka minut wcześniej. Samochody, nieliczne światła postojowe i sypiący śnieg.
- Moje dziecko! - krzyknęła. - Moje dziecko zniknęło!
Nikt nie zareagował. Nikt jej nie usłyszał. Jak to możliwe, przecież krzyczała głośno. Ruszyła do SUV-a stojącego przed jej Toyotą. Śnieg zdawał się ją zatrzymywać, chwytając za buty. Szarpnęła za klamkę i otworzyła drzwi. Fotel kierowcy był pusty. Mężczyzna z psem jeszcze nie wrócił. Ale kobieta była w środku. Uniosła głowę znad telefonu. Na twarzy miała wypisane zaskoczenie, a może nawet lęk.
- Ktoś zabrał moją córeczkę, moją Ilonkę z samochodu. Widziała pani kogoś?
Kobieta jakby się zawahała. Ale potem pokręciła przecząco głową. Magda zamknęła drzwi i zawróciła do swojego auta. Minęła je i pobiegła do Forda stojącego za nią. Jeśli w tej śnieżycy ktoś mógł coś zauważyć, to tylko ten kierowca. Roztrzęsiona i spanikowana złapała za klamkę. Drzwi się nie otworzyły. Zaczęła walić pięścią w szybę i krzyczeć. Kierowca wysiadł.
- Co pani robi?
Stał przed nią stary mężczyzna. Jego siwe brwi, pomarszczona twarz i łysa głowa wydawały się nierzeczywiste.
- Moje dziecko zaginęło. Tylko na chwilę wysiadłam z samochodu. Córeczka siedziała w foteliku. Teraz jej nie ma. Czy pan widział, żeby ktoś ją zabrał? Błagam, niech pan coś powie.
- Nie widziałem niczego.
- Ale pan musiał widzieć. To tylko kilka metrów.
Mężczyzna bezradnie rozłożył ręce.
- Drzemałem trochę.
Gdzieś trzasnęły drzwi, potem kolejne. Rozległy się głosy i skrzypienie śniegu. Ludzie wysiadali z samochodów i się przemieszczali. Przy Magdzie stanął Marek Gruby.
- Co się stało?
Złapała go za rękaw.
- Moja córka, była w samochodzie! Spała! Zniknęła!
- Co pani mówi?
- Tylko na chwilę się oddaliłam. - Rozpłakała się.
- Gdzie jest pani wóz?
Wskazała na Toyotę Corollę widoczną zza ściany sypiącego śniegu. Marek Gruby ruszył do auta. Poszła za nim.
Przez chwilę zaglądał przez okno. Potem otworzył drzwi i zaraz je zamknął.
- Pani córka jest mała?
- Tak, ma dopiero czternaście miesięcy.
Wokół nich gromadzili się kierowcy. Pytali, co się stało. Magda odpowiadała, że jej córka zniknęła. Wszyscy wyrażali swoje zdumienie oraz troskę.
- Niech pani się nie denerwuje. Ona na pewno zaraz się znajdzie - mruknął Marek. W jego głosie nie było jednak słychać wiary we własne słowa.
Śnieg padał coraz gęściej. Magda rozglądała się spanikowana. Otaczały ją blade i zaniepokojone twarze.
Z jednego z ostatnich samochodów wysiadł wysoki mężczyzna w wojskowej kurtce. Zbliżał się stanowczym krokiem, rozgniatając butami grubą warstwę śniegu.
- Co się dzieje? - Miał mocny głos, przywykły do wydawania rozkazów. Wszyscy skierowali wzrok w jego stronę. Magda też.
- Dziecko zniknęło z samochodu - odpowiedział Marek.
Mężczyzna spojrzał na Magdę. Miał ostre rysy twarzy. Był młody.
- Kiedy?
- Przed chwilą - wyszeptała.
Spokojne spojrzenie tego człowieka powinno dodać jej otuchy. Bo jeśli ktoś miał odnaleźć tutaj jej dziecko, to tylko ten żołnierz. Ona jednak poczuła jeszcze większy lęk.
Zima rozkręciła się na dobre. Jeszcze tydzień temu wszyscy cieszyli się z centymetra śniegu na chodniku, dzisiaj samochody stały w zaspach, a ludzie klęli. Denis Bałdyga nie klął. Po co przejmować się pogodą. To tylko śnieg, a nie jakaś trująca substancja zrzucona przez wroga na kraj.
Wpatrywał się w duże płatki śniegu. Nie wirowały, lecz opadały ciężko, przyciągane grawitacją. Dawno nie widział tak gęstych opadów.
Wrócił do oglądania filmików promujących służbę w armii. To był dobry pomysł, żeby przygotować je w formie żartu i wrzucić na popularne serwisy społecznościowe.
Zdawało mu się, że coś usłyszał. Odruchowo sięgnął wzrokiem w ciemność. Niczego nie dojrzał. Uchylił szybę i nasłuchiwał. Dotarły do niego podniesione głosy, z których wybijał się głos kobiety. Intonacja świadczyła o tym, że coś się stało.
Wysiadł i ruszył wzdłuż aut. Samochody zajmowały tylko prawy pas jezdni. Stał tu już godzinę, a żaden wóz nie przejechał lewym pasem w stronę Elbląga. Wyglądało na to, że dalszy etap drogi wojewódzkiej 503 też był nieprzejezdny.
Dojrzał grupkę ludzi skupionych przy jednym z samochodów. W zimowej ciszy ich głosy zyskiwały na sile. Zbliżył się.
- Co się dzieje? - zapytał.
Mężczyzna w czapce uszatce i okularach odpowiedział:
- Dziecko zaginęło.
Bałdyga spojrzał na kobietę. Stała przy otwartych drzwiach Toyoty Corolli, pochylona ku wnętrzu, jakby wciąż nie wierzyła w to, co się wydarzyło. Bez czapki, bez rękawiczek, z białymi od śniegu włosami. Dygotała. Twarz miała ściągniętą przerażeniem. Nie musiał pytać, czy to prawda.
- Nie ma jej! Nie ma jej! - wykrzykiwała co chwilę.
- Kiedy to się stało?
Spojrzała na niego ze strachem w oczach, jak gdyby to on się przyczynił do zaginięcia dziecka.
- Przed chwilą - wyszeptała.
Drzwi samochodów trzaskały, śnieg skrzypiał, ktoś pytał głośno, co się dzieje. Denis odcinał od siebie te dźwięki. Zbliżył się do kobiety i delikatnie dotknął jej ramienia.
- Jak masz na imię?
Patrzyła zdezorientowana. Para unosiła się z jej ust.
- Proszę, powiedz, jak się nazywasz.
- Magda Korwin.
- A teraz opowiedz, jak to się stało.
- Moja córka... spała... ja tylko wysiadłam... na chwilę... - Słowa rwały się między oddechami. - Wróciłam i jej nie ma...
- Dokąd poszłaś? Daleko?
- Chciałam tylko sprawdzić, dlaczego tak długo stoimy. Zaraz wróciłam.
- Na ile metrów się oddaliłaś? Sto?
- Nie. Tam stałam. - Wyciągnęła rękę w stronę przodu kolumny. Ten gest niczego mu nie mówił.
- To było jakieś dwanaście, trzynaście samochodów dalej - oznajmił mężczyzna w puchowej kurtce. - Ja tą panią wtedy widziałem.
Bałdyga skinął głową i zajrzał do Toyoty. Światło w kabinie paliło się nadal. Na tylnej kanapie stał fotelik. Pluszowa zabawka leżała obok. Pas bezpieczeństwa zapięty. Kocyk zsunięty na podłogę. Sporo śniegu na progu. To był świeży śnieg. Dopiero napadał.
- Ile twoja córka ma lat?
- Czternaście miesięcy.
Nie musiał pytać, czy dziecko mogło samo wydostać się z fotelika, otworzyć sobie drzwi i wysiąść. To było niemożliwe.
- Ile czasu byłaś poza samochodem?
- Minutę... może dwie... ja tylko poszłam zobaczyć, co się dzieje z przodu...
- To trwało piętnaście, może dwadzieścia minut - zauważył mężczyzna w czapce uszatce.
Cichy jęk wyrwał się z ust kobiety.
Denis schylił się i sprawdził miejsca pod siedzeniami. Niczego tam nie znalazł. Śnieg zaczął osiadać na tapicerce. Zamknął drzwi. Obszedł auto, wpatrując się w śnieg. Żadnych śladów. Za mocno padało.
Wokół Toyoty gromadziło się coraz więcej osób. Obserwowali każdy jego ruch i próbowali pocieszać Magdę, zapewniając, że dziecko na pewno zaraz się znajdzie.
- Zostawiłaś zamknięty samochód?
- Tak. Albo nie. Nie pamiętam. - Jej głos przeszedł w jęk. Patrzyła szeroko otwartymi oczami. Na jej rzęsach osiadał śnieg.
Denisa ogarnęło znajome uczucie, to samo, które pojawiało się na ćwiczeniach, gdy scenariusz przestawał być symulacją.
Wyciągnął telefon. Palce miał zesztywniałe z zimna, ekran reagował z opóźnieniem. Zasięgu tylko jedna kreska. Wybrał numer alarmowy. Sygnał ciągnął się długo. Śnieg sypał. Pomruki silników rozbrzmiewały w zimowej ciszy. Magda zaczęła szlochać. Mężczyzna w czapce uszatce próbował ją uspokoić. Wychodziło mu to nieudolnie. Wokół nich stało już ponad dwadzieścia osób. Z ust do ust powtarzano, że zaginęło dziecko. Ludzie niedowierzali, bo rzeczywiście sytuacja wydawała się absurdalna. Skąd na tej zaśnieżonej drodze miałby wziąć się porywacz i dokąd mógłby uprowadzić dziecko, skoro wszystkich uwięziła tutaj zamieć?
W końcu Bałdyga usłyszał głos operatorki numeru sto dwanaście. Mocniej przycisnął telefon do ucha.
- Porucznik Denis Bałdyga. Zgłaszam zaginięcie dziecka.
- Proszę powiedzieć, gdzie pan się znajduje.
- Na dwunastym kilometrze drogi wojewódzkiej 503.
- Co się tam stało?
- Z jednego z samochodów zniknęła czternastomiesięczna dziewczynka. Około dwudziestu minut temu. Nie możemy jej znaleźć. Stoimy tu w zaspach.
- Pan jest ojcem?
- Nie. Matka dziecka jest obok mnie.
- Czy ktoś podejrzany znajduje się w pobliżu?
Porucznik przesunął wzrokiem po ludziach. Twarze ukryte w półmroku, rozmazane przez sypiący śnieg. Napięte, ciekawe, niespokojne.
- Na razie brak podejrzanych.
W słuchawce zapadła cisza. Po kilku długich sekundach operatorka oznajmiła:
- Policja jest w drodze.
Denis się rozłączył i powtórzył:
- Policja jest w drodze.
- Akurat tu dojadą - mruknął mężczyzna w puchowej kurtce.
Bałdyga też w to wątpił. Spojrzał przez szybę na pusty fotelik. Potem na śnieg przy swoich butach. Ślady, które zrobił minutę temu, już znikały pod warstwą białego puchu. Odwrócił się do Magdy.
Cały czas stała dokładnie w tym samym miejscu, jakby bała się ruszyć choćby o krok.
- Przyjadą? - zapytała z nadzieją. Dłonie bez rękawiczek przyciskała do ośnieżonej kurtki.
Denis zawahał się. Tej kobiecie potrzebne było realne wsparcie, ale ułuda też.
- Tak. Ale to trochę potrwa. Zanim tu przyjedzie policja, musimy działać sami.
Magda skinęła głową, strząsając śnieg ze swoich włosów.
- Załóż czapkę i rękawiczki - polecił.
- Tak, pani Magdo, proszę się ubrać - wtrącił mężczyzna w czapce uszatce.
Bałdyga uniósł wzrok na ludzi podchodzących coraz bliżej. Wielu było okutanych szalikami, inni postawili kołnierze. Jeszcze inni pokazywali gołe szyje i odsłonięte uszy. Ci prawdopodobnie wysiedli z samochodów, sądząc, że to tylko na moment. Musiał przejąć nad nimi kontrolę, póki byli zainteresowani tym, co się tu dzieje. Za pół godziny weźmie górę irytacja i zmęczenie tak długim postojem na zaśnieżonej drodze. Do tego dojdą przemarznięcie i pierwsze oznaki głodu.
Magda stanęła obok niego, już z czapką i rękawiczkami. Jej wzrok błądził wokół, jakby spodziewała się, że dziecko nagle samo się pojawi.
- Musimy ją znaleźć - szepnęła.
- Co twoja córka miała na sobie?
- Czerwony skafanderek. Ciepły.
- Jak ona ma na imię?
- Ilonka.
Denis postąpił krok do przodu. Śnieg zaskrzypiał pod jego wojskowymi butami. Uniósł prawą rękę, jak gdyby chciał odgarnąć śnieżną zasłonę.
- Słuchajcie mnie!
Głosy przycichły tylko trochę.
- Dziecko zniknęło - powiedział głośniej. Para kłębami wydostawała się z jego ust.
Zapadła cisza. Jego stanowczy ton zadziałał i mundur zapewne też.
- Nazywam się Denis Bałdyga, jestem porucznikiem. Zarządzam poszukiwanie dziecka, czternastomiesięcznej Ilonki ubranej w czerwony skafander. Policja jedzie, ale sami wiecie, jaka jest sytuacja. Nie wiadomo, kiedy dojadą. Dlatego musimy działać sami.
Ktoś z tyłu zapytał:
- To co robimy? Gdzie mamy jej szukać?
- Przeszukamy wszystkie samochody. Zajrzymy do każdego bagażnika. Działamy według jednego planu. Mojego planu. Potrzebuję dwóch osób, które będą ze mną przeszukiwały auta.
Z tłumu wysunął się szeroki w barach mężczyzna po pięćdziesiątce. Ośnieżone wąsy ozdabiały jego kwadratową twarz. Ręce trzymał w kieszeniach. Ubranie miał białe od śniegu.
- Ja i mój syn możemy panu pomóc. - Wskazał głową na dwudziestoparoletniego mężczyznę, na co ten ze zdumieniem uniósł brwi. Nie spodziewał się, że ojciec się zgłosi. - Jestem Roman Bielski, a to mój Kacper.
- Dobrze, idziecie ze mną. - Porucznik powiódł wzrokiem po pozostałych osobach. - A wy wszyscy wracacie do swoich samochodów.
Przez tłum przebiegł pomruk niezadowolenia. Na tym etapie ludzie chcieli działać. Denis wskazał na mężczyznę w czapce uszatce i okularach.
- Jak się nazywasz?
- Marek Gruby.
- No to, Marek, będziesz chodził wzdłuż kolumny aut i pilnował, żeby ludzie się nie oddalali. Jeśli ktoś spróbuje uciekać, dasz mi natychmiast znać. Zaraz się wymienimy numerami telefonów.
- Wszyscy będziemy się nawzajem pilnować - rzucił ktoś z tłumu. - Nie pozwolimy nikomu się oddalić.
- Bardzo dobrze - skonstatował Bałdyga. - Proszę, wróćcie teraz do swoich samochodów.
Nikt się nie ruszył. Kierowcy stali, nie zważając na sypiący gęsto śnieg.
- Im więcej osób będzie szukać, tym szybciej znajdziemy! - rzucił ktoś.
Przez zebranych przebiegł pomruk aprobaty. Ludzie spoglądali na pozostałych.
- Tak małe dziecko powinno płakać. Co nie? - zauważył jakiś chłopak, ubrany prawie w wiosenną kurtkę.
Denis wskazał go ręką. Nie chciał mieć tu buntowników.
- Jak się nazywasz?
- Kuba.
- Gdzie stoi twój wóz?
Chłopak machnął w stronę początku kolumny.
- Tam. Blisko tira.
- No to, Kuba, jak będziesz wracał do swojego wozu, nasłuchuj płaczu dziecka. Tylko ostrzegam, bez nerwowych ruchów. Nie każde znalezione dziecko musi być tym zaginionym. Ze mną jest matka dziewczynki i to dlatego ja będę dokładnie przeszukiwał wszystkie wozy. Jasne?
Kilka osób kiwnęło głową.
- Czyli mamy nic nie robić? - rzuciła jakaś kobieta.
- Wracacie do swoich samochodów. Zamykacie drzwi. Nikt się nie przemieszcza bez mojej zgody. Jeśli ktoś coś widział - zostaje w aucie i czeka, aż do niego przyjdę. Każda minuta się liczy. Musimy działać.
Ludzie zaczęli się rozchodzić. Towarzyszył temu charakterystyczny odgłos skrzypienia śniegu pod butami. Niektórzy oglądali się przez ramię, jakby liczyli na to, że ktoś ich jednak zatrzyma. Kilka osób jeszcze zostało. Zbili się w niewielką grupkę i cicho rozmawiali. W pewnym oddaleniu dreptała kobieta w długim płaszczu. Szalik miała ciasno owinięty wokół szyi, a dłonie wciśnięte głęboko w kieszenie. Przez chwilę obserwowała Bałdygę, po czym ruszyła ku niemu. Była młoda. I wyraźnie zmarznięta. Jej usta drżały od chłodu.
- Nazywam się Karolina Radecka. Mogłabym pomóc.
- Jak?
- Jestem psychologiem.
- Nie bardzo rozumiem, co psycholog może tu zdziałać. Wiesz, jak znaleźć dziecko?
- Nie, ale mogłabym pomóc matce przez to przejść.
Zawahał się. Nie pokładał wielkiej wiary w psychologach.
- No dobrze, możesz zostać. Ale powiedz mi, kto twoim zdaniem mógł w takich okolicznościach porwać tę dziewczynkę.
- Stawiałabym na kobietę. To mogła zrobić kobieta, która ma silny instynkt macierzyński, bo sama od wielu lat stara się o to, żeby zostać mamą. Zobaczyła dziecko samo w samochodzie i wzięła je, żeby się nim zaopiekować.
- Okej, rozumiem, ale dlaczego go nie oddała?
Psycholożka uśmiechnęła się.
- Bo się zrobiło zbyt duże zamieszanie. Gdyby teraz przyszła z tą dziewczynką, uznano by ją za porywaczkę.
- Czyli szukamy kobiety.
- Proponuję, żeby nie przywiązywał się pan bardzo do mojej hipotezy. Życie potrafi zaskakiwać, nawet psychologów.
Zbliżyła się do nich Magda Korwin i złapała porucznika za rękaw kurtki.
- Pospieszmy się. Moja córeczka na mnie czeka.