Zatruty kielich - Robert Jackson Bennett

Kup ebooka

52.00 zł
41.40 zł (44,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Z poran­nej mgły wyło­niło się przede mną ogro­dze­nie posia­dło­ści: dłu­gie, ciemne i obłe niczym bok jakie­goś mor­skiego stwo­rze­nia wyrzu­co­nego na brzeg. Sze­dłem wzdłuż murów, usi­łu­jąc zigno­ro­wać łomot serca i spły­wa­jące po karku strużki potu. Przede mną, gdzieś we mgle, migo­tało bla­do­nie­bie­skie świa­tło, które z każ­dym kro­kiem nabie­rało kształtu, aż stało się latar­nią mai umiesz­czoną nad przej­ściem dla służby. Obok, oparty o ścianę, tkwił umun­du­ro­wany męż­czy­zna w lśnią­cym, sta­lo­wym heł­mie. Cze­kał na mnie.

Prin­ceps obser­wo­wał, jak nad­cho­dzę, a im bli­żej byłem, tym wyżej uno­sił brwi. Gdy się przed nim zatrzy­ma­łem, nie­malże wpeł­zły mu we włosy. Chrząk­ną­łem w spo­sób, który, jak mia­łem nadzieję, brzmiał auto­ry­ta­tyw­nie.

-?Signum Dinios Kol, asy­stent śled­czej. Przy­sze­dłem w spra­wie zwłok.

Prin­ceps zamru­gał i zmie­rzył mnie spoj­rze­niem od stóp do głów, co zajęło mu chwilę, bo byłem od niego wyż­szy o głowę.

-?Rozu­miem, panie. -?Ukło­nił się krótko -?była to jedna czwarta peł­nego ukłonu, może jedna trze­cia -?ale nie ruszył z miej­sca.

-?Bo macie te zwłoki, tak? -?upew­ni­łem się.

-?Ow­szem, panie, mamy -?zgo­dził się nie­śpiesz­nie i spoj­rzał ponad moim ramie­niem w głąb zasnu­tej mgłą alejki.

-?Zatem w czym pro­blem?

-?No cóż... hm... -?Znów zer­k­nął w uliczkę za mną. -?Pro­szę wyba­czyć, ale gdzie jest ta druga osoba?

-?Słu­cham? -?spy­ta­łem. -?Jaka druga osoba?

-?No ta śled­cza? Kiedy się zjawi?

Stłu­mi­łem ukłu­cie nie­po­koju. Nie­raz już odpo­wia­da­łem na to pyta­nie, gdy zaj­mo­wa­łem się innymi spra­wami dla mojej zwierzch­niczki, jed­nak teraz, ponie­waż sytu­acja doty­czyła mar­twego czło­wieka, sprawa wyglą­dała zupeł­nie ina­czej.

-?Śled­cza nie może przy­być -?powie­dzia­łem. -?Mam obej­rzeć miej­sce zda­rze­nia, prze­słu­chać per­so­nel i ewen­tu­al­nych świad­ków, a potem zdać jej raport.

-?Śled­cza zamie­rza pro­wa­dzić docho­dze­nie... nie bio­rąc w nim udziału oso­bi­ście? Czy mogę zapy­tać dla­czego?

Zlu­stro­wa­łem mojego roz­mówcę. Jego krótka kol­czuga lśniła w sła­bym świe­tle, a każde jej kółeczko poły­ski­wało od skro­plo­nej wil­goci. Wyglą­dał bar­dzo ele­gancko. Nad klamrę ozdob­nego pasa funk­cjo­na­riu­sza wysta­wał nieco miękki brzuch -?kon­se­kwen­cja wcze­snego wieku śred­niego. Efek­tem tego samego były pasma siwi­zny w jego bro­dzie. Czarne buty męż­czy­zny lśniły, a ich cho­lewki wykoń­czono skórą bar­wioną wodo­ro­stami. Do stan­dar­do­wego wypo­sa­że­nia nale­żały jedy­nie długi miecz w pochwie oraz ciem­no­czer­wony płaszcz, oznaka jaletu -?był apo­te­ka­rzem, funk­cjo­na­riu­szem odpo­wie­dzial­nym za zarzą­dza­nie licz­nymi orga­nicz­nymi mody­fi­ka­cjami impe­rial­nymi. Resztę ekwi­punku musiał kupić sobie sam, praw­do­po­dob­nie za iście bajoń­ską sumę.

Wszystko to wska­zy­wało, że cho­ciaż jako signum prze­wyż­sza­łem go rangą, sto­jący przede mną czło­wiek góro­wał nade mną nie tylko wie­kiem i bogac­twem, ale i praw­do­po­dob­nie widział pod­czas swo­jej kariery wię­cej, niż potra­fi­łem sobie wyobra­zić. Nic dziw­nego, że ktoś taki wyra­ził zdzi­wie­nie fak­tem, że śled­cza wysłała na miej­sce zda­rze­nia dwu­dzie­sto­let­niego chło­paka w dziu­ra­wych butach.

-?Śled­cza zazwy­czaj nie bie­rze oso­bi­ście udziału w docho­dze­niu, prin­cep­sie -?wyja­śni­łem. -?Wysyła mnie, bym oce­nił sytu­ację, i na pod­sta­wie mojego raportu wyciąga sto­sowne wnio­ski.

-?Sto­sowne wnio­ski -?powtó­rzył prin­ceps.

-?Wła­śnie -?potwier­dzi­łem.

Cze­ka­łem, aż pozwoli mi wejść do środka, ale on na­dal stał w miej­scu. Zaczą­łem się oba­wiać, że będę musiał wydać mu roz­kaz. Ni­gdy wcze­śniej nie wyda­wa­łem bez­po­śred­niego roz­kazu urzęd­ni­kowi innej insty­tu­cji cesar­stwa i nie­zbyt wie­dzia­łem, jak to się robi.

-?Tak jest -?rzekł w końcu ku mojej uldze i wyjął z kie­szeni mały, brą­zowy krą­żek z osa­dzoną pośrodku szklaną fiolką, z któ­rej sączył się czarny płyn. -?Musisz się, panie, trzy­mać bli­sko mnie. Ta brama jest stara. Bywa kapry­śna.

Odwró­cił się w stronę wej­ścia dla służby, zaokrą­glo­nego otworu w gład­kiej, czar­nej powierzchni ogro­dze­nia. Drugą stronę przej­ścia prze­sła­niała kur­tyna z poro­śnię­tych wło­skami, żółto-zie­lo­nych pną­czy. Gdy prin­ceps się do nich zbli­żył, zadrżały dziw­nie, nie­po­ko­jąco, a potem się roz­su­nęły, żeby umoż­li­wić nam przej­ście.

Trzy­ma­łem się bli­sko funk­cjo­na­riu­sza, pochy­la­jąc głowę, by nie szo­ro­wać nią o skle­pie­nie bramy. Pną­cza łasko­tały mnie w kark. Wydzie­lały mdlący, słod­kawy zapach. Praw­do­po­dob­nie zostały zmo­dy­fi­ko­wane, by łak­nąć mięsa, i gdyby prin­ceps nie miał przy sobie swo­jego "klu­cza", czyli fiolki z reagen­tem, roślina spa­ra­li­żo­wa­łaby nas albo nawet gorzej.

Wyszli­śmy na wewnętrzny dzie­dzi­niec, gdzie pół­mrok świtu roz­pra­szało migo­tliwe świa­tło dzie­sią­tek latarni mai zwi­sa­ją­cych ze stro­mego dachu wiel­kiego domu posa­do­wio­nego wysoko na wzgó­rzu. Budowlę opa­sy­wała weranda, a paję­czyna poro­śnię­tych ozdob­nym mchem sznu­rów osła­niała okna posia­dło­ści przed poran­nym słoń­cem. Sze­ro­kie, drew­niane deski pod­łogi były lśniące i gład­kie, a na wschod­nim krańcu znaj­do­wała się wydzie­lona część, coś w rodzaju minia­tu­ro­wego pawi­lonu her­ba­cia­nego wypo­sa­żo­nego w mięk­kie podu­chy, tyle że za sto­lik słu­żyła tu masywna czaszka zwie­rzę­cia, przy­cięta tak, by jej szczyt two­rzył równy blat. Dość upiorna ozdoba dla tak pięk­nego miej­sca -?a było to piękne miej­sce, z pew­no­ścią naj­pięk­niej­szy dom, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łem.

Spoj­rza­łem na prin­cepsa, który zauwa­żył moje zdu­mie­nie i uśmie­chał się pod nosem. Popra­wi­łem za mały w ramio­nach płaszcz Jurysu. Nagle poczu­łem się głu­pio, wci­śnięty w to błę­kitne okry­cie, nie­do­pa­so­wane do mojej syl­wetki, ponie­waż nie zna­leźli odpo­wied­niego dla mnie roz­miaru.

-?Jak się nazy­wasz, prin­cep­sie? -?zapy­ta­łem.

-?Prze­pra­szam, panie, zapo­mnia­łem się przed­sta­wić. Oti­rios.

-?Czy ziden­ty­fi­ko­wano osta­tecz­nie ciało zmar­łego, Oti­rio­sie? Bo zro­zu­mia­łem, że był z tym pewien pro­blem.

-?Tak sądzimy. Przy­pusz­czamy, że to pre­fekt Taqtasa Blas z Inży­nie­rii.

-?Sądzi­cie? -?powtó­rzy­łem. -?Przy­pusz­cza­cie? A zatem nie jeste­ście pewni?

-?Myśla­łem, że zosta­li­ście poin­for­mo­wani, że jego śmierć nastą­piła w wyniku mody­fi­ka­cji. -?Mówiąc to, mój roz­mówca uciekł wzro­kiem w bok.

-?Ow­szem.

-?No cóż, mody­fi­ka­cje mogą utrud­nić roz­po­zna­nie ciała. -?Ruszy­li­śmy przez drew­niany mostek prze­rzu­cony nad stru­my­kiem. -?A nawet -?dodał - unie­moż­li­wić stwier­dze­nie, czy to jedno ciało. Wła­śnie po to jeste­śmy tu my, apo­te­ka­rze.

Wska­zał na roz­cią­ga­jącą się przed nami mgłę, z któ­rej wyłu­ska­łem wzro­kiem postaci wędru­jące po ogro­dach. Były odziane w ciem­no­czer­wone płasz­cze i pele­ryny, a w rękach trzy­mały coś na kształt kla­tek na ptaki, ale zamiast zwie­rząt umiesz­czono w nich deli­katne papro­cie.

-?Spraw­dzamy, czy nie doszło do ska­że­nia -?wyja­śnił Oti­rios. -?Ale jak dotąd nie zna­leź­li­śmy nic nie­po­ko­ją­cego. Żadna roślina nie zbrą­zo­wiała ani nie uschła. Na tere­nie posia­dło­ści brak śla­dów kon­ta­mi­na­cji.

Apo­te­karz zapro­wa­dził mnie do drzwi z papieru papro­cio­wego. Kiedy się zbli­ży­li­śmy, wydało mi się, że z głębi rezy­den­cji dobiegł mnie prze­cią­gły dźwięk. Krzyk, poją­łem.

-?Co to? -?zdzi­wi­łem się.

-?Praw­do­po­dob­nie słu­żące. To one, cóż, dotarły tu pierw­sze. Wciąż są dość poru­szone, jak łatwo się domy­ślić.

-?Czy to nie stało się już dobrych parę godzin temu?

-?Tak, ale na­dal są wzbu­rzone. Zro­zu­miesz dla­czego, kiedy zoba­czysz ciało.

Wsłu­chu­jąc się w osza­lałe, histe­ryczne zawo­dze­nia, sta­ra­łem się zacho­wać kamienną twarz.

Naka­za­łem sobie pano­wa­nie nad emo­cjami. Jako funk­cjo­na­riusz Jurysu, impe­rial­nego kor­pusu zarzą­dza­ją­cego try­bu­na­łami i odpo­wie­dzial­nego za wymie­rza­nie spra­wie­dli­wo­ści w całym cesar­stwie, mia­łem obo­wią­zek wejść do tego pięk­nego domu, nawet jeśli wypeł­niały go nie­po­ko­jące odgłosy.

Oti­rios otwo­rzył drzwi. Krzyki stały się gło­śniej­sze.

Pomy­śla­łem, że god­ność mojego urzędu wymaga, by moje siki pozo­stały w ciele, jed­nak oba­wia­łem się, że jeśli ten raban nie usta­nie, może się to oka­zać nie­moż­liwe.

Prin­ceps wpro­wa­dził mnie do środka.

* * *

Pierw­szym, co ude­rzyło mnie w tym miej­scu, była panu­jąca wszę­dzie czy­stość. Nie cho­dziło o sam brak brudu, smug czy zacie­ków, ale o ste­ryl­ność wszyst­kiego, na czym spo­czął mój wzrok. Leżanki były zbyt gład­kie i nie­ska­zi­telne, jakby nie­uży­wane, a utkane z jedwa­biu kwa­dra­towe maty na pod­ło­dze wyglą­dały na nie­tknięte stopą. Całe wnę­trze domu robiło wra­że­nie tak przy­tul­nego i wygod­nego jak skal­pel chi­rurga.

Nie zna­czy to, że nie pano­wał w nim prze­pych. Z sufitu zwi­sały minia­tu­rowe drzewka mai, któ­rych korony peł­niły rolę żyran­doli. Ni­gdy nie widzia­łem cze­goś podob­nego. Ich zmo­dy­fi­ko­wane owoce, wypeł­nione robacz­kami mai, jarzyły się błę­kit­nym świa­tłem, zale­wa­jąc pomiesz­cze­nia migo­tli­wym bla­skiem. Prze­mknęło mi przez głowę, że w tym domu kosz­towne musiało być nawet powie­trze, i zaraz prze­ko­na­łem się, że tra­fi­łem w sedno -?w róg każ­dego pomiesz­cze­nia wbu­do­wano wiel­kie kir­pisy, wyso­kie, czarne grzyby fil­tru­jące. Ich grzyb­nie zasy­sały, a potem wyda­lały oczysz­czone i schło­dzone powie­trze.

W głębi domu znów roz­le­gły się wrza­ski. Zadrża­łem lekko. Nie miało to nic wspól­nego z tem­pe­ra­turą panu­jącą w rezy­den­cji.

-?Zgod­nie z pole­ce­niem śled­czej zatrzy­ma­li­śmy w domu cały per­so­nel oraz świad­ków -?powie­dział Oti­rios. -?Wnio­skuję, że będziesz chciał ich prze­słu­chać, panie.

-?Dzię­kuję, prin­cep­sie. Ilu ich jest?

-?Łącz­nie sied­mioro: cztery słu­żące, kucharka, ogrod­nik i gospo­dyni.

-?Kto jest wła­ści­cie­lem posia­dło­ści? Zakła­dam, że nie pre­fekt Blas?

-?Nie, panie. Ten dom należy do klanu Hazów. Nie zauwa­ży­łeś insy­gniów? - Wska­zał na mały sym­bol nad drzwiami wej­ścio­wymi, pióro pomię­dzy dwoma drze­wami.

Dało mi to do myśle­nia. Hazo­wie, jeden z naj­bo­gat­szych rodów Impe­rium, posia­dali roz­le­głe tery­to­ria w wewnętrz­nych pier­ście­niach. Osza­ła­mia­jący luk­sus tego miej­sca nabrał sensu, jed­nak reszta stała się jesz­cze bar­dziej nie­zro­zu­miała.

-?Hazo­wie i posia­dłość w Dare­ta­nie? -?zapy­ta­łem, szcze­rze zdez­o­rien­to­wany.

-?Nie wiem, panie. -?Oti­rios wzru­szył ramio­nami. -?Może gdzie indziej zabra­kło im już domów do kupie­nia.

-?Czy prze­bywa tu obec­nie któ­ryś z człon­ków klanu?

-?Jeśli tak, to cho­ler­nie dobrze się ukrywa. Gospo­dyni powinna wie­dzieć coś wię­cej.

Podą­ży­li­śmy dłu­gim kory­ta­rzem aż do czar­nych drzwi z kamien­nego drewna.

W ich pobliżu uno­sił się słaby zapach słod­ka­wej stę­chli­zny dopra­wio­nej nutą zjeł­cze­nia.

Poczu­łem szarp­nię­cie w żołądku i musia­łem napo­mnieć się w duchu, że mam trzy­mać wysoko głowę i zacho­wać sto­icki wyraz twa­rzy jak praw­dziwy asy­stent śled­czego. A potem znów zga­ni­łem się w myślach, bo prze­cież, do cho­lery, ja byłem praw­dziwym asy­stentem śled­czego.

-?Pra­co­wa­łeś wcze­śniej nad spra­wami doty­czą­cymi czy­jejś śmierci, panie? -?zapy­tał Oti­rios.

-?A co?

-?Nic, po pro­stu jestem cie­kaw, bio­rąc pod uwagę naturę tej sprawy.

-?Nie, dotych­czas zaj­mo­wa­li­śmy się ze śled­czą głów­nie oszu­stwami finan­so­wymi funk­cjo­na­riu­szy w Dare­ta­nie.

-?To nie wy byli­ście odpo­wie­dzialni za to mor­der­stwo w zeszłym roku? Pijany war­tow­nik, który zaata­ko­wał kogoś na rogat­kach?

Poczu­łem, jak napina mi się skóra na policzku.

-?Urząd śled­czego Jurysu został utwo­rzony zale­d­wie cztery mie­siące temu.

-?Ach tak. A w poprzed­nim miej­scu pra­co­wa­li­ście ze śled­czą nad spra­wami śmierci?

Mię­sień na moim policzku naprę­żył się jesz­cze moc­niej.

-?Po przy­by­ciu śled­czej zosta­łem wybrany spo­śród tutej­szych sub­li­mów na sta­no­wi­sko jej asy­stenta. A więc nie.

Krok Oti­riosa na mgnie­nie zmie­nił rytm.

-?Och? A więc pra­cu­jesz dla śled­czej Jurysu dopiero od czte­rech mie­sięcy?

-?O co ci cho­dzi, prin­cep­sie? -?ziry­to­wa­łem się.

I znów ujrza­łem igra­jący na war­gach Oti­riosa uśmie­szek.

-?No cóż, panie, ja oso­bi­ście nie chciał­bym, żeby wła­śnie ten przy­pa­dek śmierci był moim pierw­szym -?oświad­czył i otwo­rzył drzwi.

* * *

Sypial­nia dorów­ny­wała prze­stron­no­ścią i wspa­nia­ło­ścią resz­cie pomiesz­czeń w rezy­den­cji. Kró­lo­wało w niej sze­ro­kie łoże z mięk­kiego mchu, a za prze­pie­rze­niem z papieru papro­cio­wego znaj­do­wała się, jak się domy­śla­łem, prze­strzeń łaziebna. Ni­gdy nie widzia­łem niszy kąpie­lo­wej wewnątrz budynku, ale sły­sza­łem o nich. W jed­nym rogu pokoju wisiała latar­nia mai, a w dru­gim, naprze­ciwko, stał kir­pis. Obok dostrze­głem dwa kufry oraz skó­rzaną torbę, zapewne zawie­ra­jące doby­tek pre­fekta Blasa.

Jed­nakże to kępa liścia­stych drzew pośrodku sta­no­wiła naj­nie­zwy­klej­szy ele­ment w tym pomiesz­cze­niu. Naj­nie­zwy­klej­szy, ponie­waż wyra­stała z czło­wieka.

A raczej prze­ra­stała przez jego ciało.

Zwłoki tkwiły zawie­szone pośrodku kom­naty, prze­szyte smu­kłymi pniami, ale zgod­nie z zapo­wie­dzią Oti­riosa począt­kowo trudno było dostrzec w nich ludz­kie ciało. Widoczne w gęstwi­nie frag­menty tuło­wia oraz lewej nogi zda­wały się nale­żeć do męż­czy­zny w śred­nim wieku, ubra­nego w pur­pu­rowe barwy Impe­rial­nego Jaletu Inży­nie­ryj­nego. Bra­ko­wało mu pra­wego ramie­nia, a prawą nogę pochło­nęło kłę­bo­wi­sko korzeni wgry­za­ją­cych się w posadzkę z kamien­nego drewna.

Po chwili wpa­try­wa­nia się w skoł­tu­nioną masę zaczęło mi się wyda­wać, że dostrze­gam w niej różo­wawy guzek kości udo­wej.

Spoj­rza­łem w dół. Na pod­ło­dze wokół drzewa roz­lała się ogromna kałuża krwi, gładka i poły­skliwa jak lustro z czar­nego szkła.

Poczu­łem podrygi w żołądku, zupeł­nie jakby ożył w nim węgorz, który usi­ło­wał się wydo­stać na zewnątrz.

Zmu­si­łem się do sku­pie­nia i wzię­cia odde­chu. Pozo­sta­nia powścią­gli­wym i opa­no­wa­nym. To teraz była moja praca, zapew­nia­jąca mi utrzy­ma­nie.

-?Można bez­piecz­nie podejść, panie -?zachę­cił mnie Oti­rios tro­chę nazbyt rado­śnie. -?Spraw­dzi­li­śmy całe pomiesz­cze­nie. Bez obaw.

Zbli­ży­łem się do zaro­śli, które oka­zały się nie sku­pi­skiem cien­kich drze­wek, a kępą trawy o dłu­gich, ela­stycz­nych łody­gach, podob­nej do strze­li­słomki, pustej, zdrew­nia­łej rośliny, z któ­rej robiono rury i rusz­to­wa­nia. Wyglą­dało na to, że łodygi wyło­niały się spo­mię­dzy barku i szyi Blasa. Dostrze­gł­szy zaplą­tane w nie kręgi, musia­łem stłu­mić kolejną falę mdło­ści.

Naj­bar­dziej nie­zwy­kła była twarz pre­fekta. Zda­wało się, że gdy pędy prze­biły tors, roz­ga­łę­ziły się, a jedna z odro­śli prze­szyła czaszkę, co prze­krzy­wiło głowę Blasa pod upior­nym kątem. Następ­nie roślina owi­nęła się powy­żej jego gór­nej szczęki, poże­ra­jąc twarz, nos i uszy. Z głowy zmar­łego pozo­stała tylko obwi­sła w nie­mym krzyku żuchwa, a ponad nią z pofał­do­wa­nej kory wyła­niał się łuk zębów i pod­nie­bie­nia.

Przy­pa­trzy­łem się pod­bród­kowi zmar­łego. Zna­czyły go cień sza­ra­wego zaro­stu i led­wie widoczna bli­zna po jakimś wypadku lub bójce. Spoj­rza­łem na pozo­stałe czę­ści ciała. Lewą rękę pora­stały jasno­brą­zowe wło­ski, a skóra na pal­cach była pokryta odci­skami i spę­kana od cięż­kiej pracy. Spodnie tak mocno prze­sią­kły krwią, że zebrała się ona w bucie, wypeł­nia­jąc go niczym opi­wino kie­lich.

Poczu­łem, że na włosy spa­dła mi jakaś kro­pla, i zadar­łem głowę. Pędy prze­biły dach domu, a mgła powoli wpły­wała do środka.

-?Łodygi wystają jakieś dzie­sięć spa­nów ponad dach, jeśli chciał­byś wie­dzieć, panie -?poin­for­mo­wał mnie Oti­rios. -?Prze­biły się przez grube na cztery spany pokry­cie jak przez rybi tłuszcz. Nie­zła siła wzro­stu. Ni­gdy cze­goś takiego nie widzia­łem.

-?Jak długo to trwało? -?zapy­ta­łem ochry­ple.

-?Nie­całe pięć minut. Tak twier­dzi służba. Dom tak się trząsł, że myśleli, że to trzę­sie­nie ziemi.

-?Czy apo­te­ka­rze dys­po­nują czymś, co mogłoby spo­wo­do­wać coś takiego?

-?Nie, panie. Ow­szem, Jalet Apo­te­kar­ski posiada wsz­czepy i nasy­ce­nia mody­fi­ku­jące wzrost roślin, które mogą na przy­kład skró­cić doj­rze­wa­nie zboża do jed­nej czwar­tej cyklu roz­wo­jo­wego bądź wpły­nąć na plony, zwięk­sza­jąc trzy- lub czte­ro­krot­nie gaba­ryty owo­ców. Ni­gdy jed­nak nie stwo­rzy­li­śmy sub­stan­cji, która umoż­li­wi­łaby osią­gnię­cie peł­nej doj­rza­ło­ści rośliny w kilka minut. Nie mówiąc o takiej, która pobu­dzi­łaby jej wzrost we wnę­trzu czło­wieka.

-?Czy mamy powód przy­pusz­czać, że śmierć Blasa jest wyni­kiem celo­wego dzia­ła­nia?

-?Trudno powie­dzieć. Ale inży­nier dużo podró­żo­wał, więc może przy­pad­kowo coś połknął albo uległ ska­że­niu. Nie jeste­śmy w sta­nie tego stwier­dzić.

-?Czy odwie­dzał jesz­cze kogoś? Albo zetknął się z innym zain­fe­ko­wa­nym urzęd­ni­kiem lub funk­cjo­na­riu­szem cesar­skim?

-?Nic na to nie wska­zuje. Z tego, co wiemy, przy­był tu pro­sto z sąsied­niego kan­tonu, nie spo­tkaw­szy się z nikim po dro­dze.

-?Czy kie­dy­kol­wiek odno­to­wano podobne ska­że­nie?

Oti­rios wydął pogar­dli­wie wargi.

-?Cóż, kon­ta­mi­na­cje wystę­pują w całym cesar­stwie. Dzi­cze­jące wsz­czepy, wypa­czone nasy­ce­nia, samo­istne mody­fi­ka­cje... Każdy przy­pa­dek jest inny. Musiał­bym to spraw­dzić.

-?Jed­nak jeśli to ska­że­nie, to powinno się roz­prze­strze­niać, czyż nie?

-?Taka jest natura ska­żeń, panie.

-?A więc jak to moż­liwe, że dotknęło tylko jed­nego czło­wieka i nikogo wię­cej?

-?Trudno w tej chwili odpo­wie­dzieć na to pyta­nie -?przy­znał Oti­rios. - Obec­nie spraw­dzamy poczy­na­nia Blasa. Wiemy, że prze­pro­wa­dzał lustra­cję zewnętrz­nych kan­to­nów, w tym murów mor­skich, doko­nu­jąc oglę­dzin kon­struk­cji. -?Prin­ceps zawa­hał się i urwał. -?Nie­długo pora desz­czowa.

Ski­ną­łem z kamienną twa­rzą. Nad­cią­ga­jąca pora desz­czowa cią­żyła nad zewnętrz­nymi kan­to­nami, tak nie­uchronna, że usi­ło­wa­nie zigno­ro­wa­nia tego byłoby rów­nie sku­teczne, jak próba zapo­mnie­nia o ist­nie­niu słońca.

-?I nikt nie prze­by­wał w tym pomiesz­cze­niu, zanim nie wszedł do niego Blas? -?zapy­ta­łem. -?Nikt nic nie doty­kał?

-?Natu­ral­nie wcho­dziła tu służba. Musimy pole­gać na jej zezna­niach.

-?Żad­nych oznak wska­zu­ją­cych na próbę wła­ma­nia do posia­dło­ści?

-?Nie, panie. To miej­sce posiada wię­cej zabez­pie­czeń niż samo Cesar­skie Sank­tu­arium. Nawet żeby się tu zbli­żyć, trzeba posia­dać klu­cze reagen­towe.

Zasta­no­wi­łem się nad tym, przy­po­mi­na­jąc sobie liczbę okien i drzwi w domu.

-?Byłoby dobrze, gdyby udało ci się to wyja­śnić -?ode­zwał się Oti­rios.

-?Słu­cham?

-?Dosko­nała sprawa, żeby wypły­nąć. -?Jego kolejny uśmie­szek miał odcień okru­cień­stwa. -?Bo prze­cież tego pra­gniesz? Awansu. To chyba cel każ­dego funk­cjo­na­riu­sza?

-?Moim celem jest nale­żyte wypeł­nia­nie obo­wiąz­ków -?odpar­łem.

-?Ależ oczy­wi­ście.

Popa­trzy­łem na niego prze­cią­gle.

-?Zostaw mnie na chwilę samego, prin­cep­sie -?popro­si­łem. -?Muszę wyryć to miej­sce w pamięci.

* * *

Oti­rios zosta­wił mnie przy zma­sa­kro­wa­nych przez drzewo zwło­kach i zamknął za sobą drzwi. Otwo­rzy­łem torbę mne­mo­ry­tow­nika, którą zawsze nosi­łem przy sobie. Wewnątrz znaj­do­wały się rzędy zakor­ko­wa­nych bute­le­czek zawie­ra­ją­cych po kilka kro­pel róż­no­ra­kich pły­nów; nie­które były bla­do­po­ma­rań­czowe, inne jasno­zie­lone. Wydo­by­łem jedną, odkor­ko­wa­łem ją i przy­ło­żyw­szy do nosa, zacią­gną­łem się mocno jej zawar­to­ścią.

Ostry zapach ługu wypeł­nił moje noz­drza i wyci­snął mi łzy z oczu. Wcią­gną­łem woń jesz­cze raz, by pozo­stała wyraźna w mojej gło­wie. Potem zamkną­łem oczy i zaczerp­ną­łem tchu.

Poczu­łem za oczami trze­pot czy łasko­ta­nie, jakby moją czaszkę wypeł­niła woda, w któ­rej kotło­wały się małe rybki. Przy­wo­ła­łem wspo­mnie­nie. W uszach zaszem­rał mi głos mojej zwierzch­niczki:

-?Kiedy dotrzesz na miej­sce zda­rze­nia, Din, dokład­nie je obej­rzyj. Sprawdź wyj­ścia i wej­ścia. Przy­patrz się wszyst­kiemu, czego mógł doty­kać nie­bosz­czyk. Myśl o zaka­mar­kach, miej­scach łatwych do prze­ocze­nia, do pomi­nię­cia, o któ­rych wyczysz­cze­niu służba mogła nie pomy­śleć.

Otwo­rzy­łem oczy, poto­czy­łem spoj­rze­niem po pomiesz­cze­niu i skon­cen­tro­wa­łem się pil­nie. Woń ługu na­dal kłę­biła mi się w czaszce. Stu­dio­wa­łem ściany, pod­łogę, usta­wie­nie każ­dego mebla, układ każ­dego przed­miotu, linię każ­dego cie­nia, fałdę każ­dego koca -?a dzięki sku­pie­niu uwagi wszyst­kie te obrazy wryły mi się w pamięć.

Nie­biań­skie Cesar­stwo Kha­num dawno temu udo­sko­na­liło sztukę kształ­to­wa­nia życia, for­mo­wa­nia korze­nia i gałęzi, ciała i kości. Tak jak grzyb kir­pis został zmo­dy­fi­ko­wany, by oczysz­czać i chło­dzić powie­trze, tak ja jako cesar­ski mne­mo­ry­tow­nik zosta­łem ukształ­to­wany, by na zawsze pamię­tać wszystko, czego doświad­cza­łem w każ­dej chwili.

Patrzy­łem i patrzy­łem, od czasu do czasu wącha­jąc trzy­maną w dłoni fiolkę. Rytow­nicy zapa­mię­ty­wali każdy widok, ale póź­niej­sze przy­wo­ły­wa­nie tych wspo­mnień sta­no­wiło zupeł­nie inną kwe­stię. Zapach wyko­rzy­sty­wano jako wska­zówkę: podob­nie jak zwy­czajni ludzie rytow­nicy koja­rzyli wspo­mnie­nia z wonią, więc póź­niej, kiedy sze­dłem z rapor­tem do zwierzch­niczki, otwie­ra­łem tę samą fiolkę, wypeł­nia­łem czaszkę tymi samymi opa­rami i uży­wa­łem zapa­chu jako bramy wio­dą­cej do zbioru prze­żyć. Dla­tego też nie­któ­rzy nazy­wali rytow­ni­ków "wącha­czami szkła".

Kiedy skoń­czy­łem z poko­jem, pod­sze­dłem do kępy i przyj­rza­łem się pędom, mru­żąc oczy. Obsze­dłem roślinę. Na jed­nej z łodyg zauwa­ży­łem biały kwiat -?samotny, deli­katny, ale jed­nak kwiat.

Zbli­ży­łem się do niego, uwa­ża­jąc, żeby nie wdep­nąć w kałużę krwi, i obej­rza­łem go uważ­nie. Wydzie­lał mdły zapach, który koja­rzył mi się z wymio­ci­nami po nad­uży­ciu opi­wina. Na błysz­czą­cych fio­le­tem wewnętrz­nych płat­kach żół­ciły się plamki, a ciemne prę­ciki były skrę­cone. Mały, paskudny kwia­tek.

Następ­nie wydo­by­łem z bagaży wszyst­kie rze­czy Blasa i uło­ży­łem je przed sobą: sakiewkę z talin­tami, mały nóż, kilka koszul, kafta­nów i spodni oraz pas. Do tego pochwę z mie­czem impe­rial­nym o ozdob­nym jelcu, lekką kol­czugę, zabraną przez pre­fekta praw­do­po­dob­nie na wypa­dek jakiejś nie­prze­wi­dzia­nej sytu­acji -?w końcu zbroję bojową trudno byłoby dźwi­gać w bagażu -?a na koniec mały sło­iczek z olej­kiem.

Pową­cha­łem jego zawar­tość. Aro­mat prze­bił panu­jący w tym miej­scu smród. Przy­prawy korzenne, liście oranżu, grzane wino, może kadzi­dło. Przy­mkną­łem powieki, szu­ka­jąc w pamięci podob­nego zapa­chu -?i go odna­la­złem.

Było to ponad rok temu. Leonie, moja przy­ja­ciółka, pod­su­nęła mi pod nos mały sło­iczek.

-?Olejki tera­peu­tyczne. Do masażu i innych rze­czy. Żadna tanio­cha! - powie­działa wtedy.

Jed­nak naczy­nie Blasa było o wiele bar­dziej wyszu­kane niż tamto. Obró­ci­łem je w dłoni, a potem wsu­ną­łem z powro­tem do torby. Robiąc to, zauwa­ży­łem coś, co wcze­śniej prze­oczy­łem: mały notes.

Serce mi zamarło. Wyją­łem ksią­żeczkę i ją prze­wer­to­wa­łem. Kartki pokry­wało drobne pismo, które byłoby ledwo czy­telne dla więk­szo­ści ludzi. Drobne literki tań­czyły i podry­gi­wały mi przed oczyma. Wie­dzia­łem, że będę miał ogromne trud­no­ści z ich odczy­ta­niem.

Spoj­rza­łem przez ramię na zamknięte drzwi. Sły­sza­łem głos Oti­riosa w kory­ta­rzu. Skrzy­wi­łem się i scho­wa­łem notes do kie­szeni. Zabie­ra­nie dowo­dów z miej­sca zda­rze­nia to poważne naru­sze­nie zasad, ale ja mia­łem wła­sny spo­sób na czy­ta­nie. Nie mogłem go wyko­rzy­stać tutaj.

Zajmę się tym póź­niej, powie­dzia­łem sobie. A potem odło­żymy notes na miej­sce.

Następ­nie spraw­dzi­łem pomiesz­cze­nie łaziebne.

Był to nie­wielki pokój, w któ­rym znaj­do­wała się balia z kamien­nego drewna. Nad nią umiesz­czone było okienko, zbyt małe, aby kto­kol­wiek mógł przez nie wejść. Mimo to zano­to­wa­łem w duchu, żeby póź­niej zba­dać trawę pod nim.

Spoj­rza­łem na wiszące na ścia­nie lustro z pole­ro­wa­nego brązu i postu­ka­łem w nie, by się upew­nić, że przy­lega do ściany. Przyj­rza­łem się rurom z łodyg strze­li­słomki, po czym odsu­ną­łem się, a potem powio­dłem wzro­kiem po ścia­nach i sufi­cie, roz­my­śla­jąc, w jaki spo­sób rury dopro­wa­dzają do balii gorącą wodę z odle­głego zbior­nika. Uzna­łem, że to praw­dziwy cud, epo­kowy wyna­la­zek.

Zer­k­ną­łem prze­lot­nie przez ramię, a potem odwró­ci­łem się, żeby spraw­dzić, czy dobrze widzę. Wzdłuż gór­nej kra­wę­dzi papie­ro­wego prze­pie­rze­nia tu i ówdzie ciem­niły się małe, czarne plamki -?wykwity ple­śni.

Ni­gdy nie widzia­łem, żeby na ścian­kach z papieru papro­cio­wego poja­wiła się pleśń. A już na pewno nie spo­dzie­wa­łem się zna­leźć jej tutaj, na tak czy­stych i świet­nie zakon­ser­wo­wa­nych bia­łych ścia­nach. Miesz­kańcy obrzeży cesar­stwa powszech­nie sto­so­wali ten papier jako budu­lec wła­śnie ze względu na jego odpor­ność na pleśń i grzyb, a także lek­kość, ponie­waż kiedy ściany waliły się pod­czas trzę­sień ziemi, lepiej było, żeby były z papieru niż z kamie­nia.

Przyj­rza­łem się uważ­nie ple­śni i ponow­nie pową­cha­łem fiolkę z ługiem, by łatwo przy­po­mnieć sobie ten widok. Jesz­cze raz spoj­rza­łem na trupa, pół­czło­wieka zasty­głego w ago­nal­nym krzyku. Kro­pla wody spa­dła przez dziurę w dachu na kra­wędź buta Blasa, a po cho­lewce spły­nęła czer­wona strużka, która powięk­szyła nieco jeziorko krwi na posadzce.

Mój żołą­dek znów bole­śnie dał o sobie znać. Obró­ci­łem głowę i spoj­rza­łem w brą­zowe zwier­cia­dło. Zamar­łem. Z gład­kiej tafli wpa­try­wało się we mnie obli­cze.

Twarz w lustrze nale­żała do bar­dzo mło­dego męż­czy­zny. Spod gęstej, czar­nej czu­pryny wyglą­dały zatro­skane, ciemne oczy oko­lone skórą o lekko sza­ra­wym odcie­niu, typo­wym dla osoby pod­da­nej zna­czą­cym mody­fi­ka­cjom. Deli­kat­nie zary­so­wany pod­bró­dek, długi nos -?regu­larne rysy, ani męskie, ani surowe, ani przy­stojne. Po pro­stu ładne, co wyglą­dało nieco dziw­nie u osoby słusz­nych gaba­ry­tów.

Twarz ta nie paso­wała do asy­stenta śled­czego Jurysu. Nie paso­wała do kogoś, kto miał prawo stać w tym miej­scu, co naj­wy­żej do chłopca bawią­cego się w prze­bie­ranki i besz­ta­ją­cego przed­sta­wi­ciela wła­dzy. Chłopca, któ­remu ni­gdy nawet się nie śniło, że będzie roz­sta­wiać po kątach kogoś takiego.

Co sta­łoby się temu mło­demu męż­czyź­nie, gdyby ktoś odkrył, jak dokład­nie udało mu się dostać obecne sta­no­wi­sko?

Mój żołą­dek skrę­cał się, pod­ska­ki­wał, tań­czył. Pod­bie­głem do okienka w pomiesz­cze­niu łazieb­nym, wychy­li­łem się i zwy­mio­to­wa­łem na trawę poni­żej.

-?Niech to szlag! -?usły­sza­łem i sapiąc po wysiłku, spoj­rza­łem w dół.

Dwóch funk­cjo­na­riu­szy Apo­teki stało w ogro­dzie. Gapili się na mnie z nie­skry­wa­nym obu­rze­niem.

-?Niech to... -?stęk­nął jeden z nich.

-?Cho­lera -?wark­ną­łem. Cof­ną­łem się do środka i zatrza­sną­łem okno.

* * *

Z braku chu­s­teczki otar­łem usta pod­szewką płasz­cza. Potem pową­cha­łem plamę i prze­łkną­łem trzy, cztery, pięć razy, usi­łu­jąc zatrzy­mać w sobie kwa­śny posmak i zapach. Omi­nąw­szy ostroż­nie kałużę krwi, pod­sze­dłem do drzwi sypialni i je otwo­rzy­łem, żeby wyjść. Przy­sta­ną­łem jed­nak w progu.

Dobiegł mnie głos Oti­riosa roz­ma­wia­ją­cego z innym funk­cjo­na­riu­szem Apo­teki:

-?...mikry, nadęty kutas, ledwo co pozbył się mleka spod nosa -?mówił prin­ceps. -?To chyba o nim sły­sza­łem od innych sub­li­mów. Ponoć naj­głup­szy z nich, już ze sto razy omal nie wyle­ciał. Nie mogę uwie­rzyć, że pra­cuje dla śled...

Ruszy­łem w stronę gło­sów.

-?Prin­cep­sie.

Gdy wyło­ni­łem się zza zakrętu, Oti­rios nie­zgrab­nie sta­nął na bacz­ność.

-?T-tak, panie?

-?Zanim poroz­ma­wiam ze świad­kami, zamie­rzam obej­rzeć dom i teren wokół niego -?oznaj­mi­łem. -?W tym cza­sie pro­szę umie­ścić świad­ków w osob­nych pomiesz­cze­niach i dopil­no­wać, żeby nie mogli się poro­zu­mie­wać. Niech wasi funk­cjo­na­riu­sze pil­nują rów­nież wszyst­kich wyjść, na wypa­dek gdyby ktoś jed­nak posia­dał nie­za­re­je­stro­wany klucz reagen­towy i usi­ło­wał dostać się do posia­dło­ści lub ją opu­ścić.

Oti­rios zbladł, wyraź­nie nie­za­do­wo­lony z per­spek­tywy zarzą­dza­nia liczną grupą przez tak długi czas. Otwo­rzył usta, by zapro­te­sto­wać, po czym zamknął je nie­chęt­nie.

-?I jesz­cze jedno, prin­cep­sie. -?Uśmiech­ną­łem się do niego sze­roko. - Nie­zmier­nie doce­niam pań­skie wspar­cie.

Odcho­dząc, nie prze­sta­wa­łem się szcze­rzyć. Ni­gdy dotąd nie wyda­łem podob­nego roz­kazu, ale bar­dzo mi się to spodo­bało. Nie mogłem co prawda zga­nić Oti­riosa, gdyż nale­żał do innego jaletu, osob­nej jed­nostki admi­ni­stra­cyj­nej, ale mogłem przy­dzie­lić mu gów­niane zada­nie, przy któ­rym utknie na dłuż­szy czas.

Wędro­wa­łem po rezy­den­cji, od czasu do czasu wącha­jąc fiolkę. Spraw­dza­łem każdy kory­tarz i każde pomiesz­cze­nie. Nie­zmien­nie naty­ka­łem się na insy­gnia rodu Hazów -?pióro pomię­dzy drze­wami.

Hazów z pew­no­ścią stać było na kir­pisy w każ­dym więk­szym pomiesz­cze­niu, jed­nak ten przy kuchni w zachod­nim końcu budynku zwiądł i usechł. Zano­to­wa­łem ów fakt, po czym ruszy­łem dalej, sta­ran­nie spraw­dza­jąc okna i drzwi. Zauwa­ży­łem, że więk­szość z nich wyko­nano z papieru papro­cio­wego. Wszyst­kie były śnież­no­białe i praw­do­po­dob­nie warte wię­cej niż moja mie­sięczna pen­sja.

Prze­sze­dłem przez kuch­nię i wtedy zauwa­ży­łem coś pod pie­cem: plamkę krwi. Dotkną­łem jej deli­kat­nie. Wciąż była wil­gotna i ciemna. Oczy­wi­ście krew w kuchni to nic nad­zwy­czaj­nego, ale wyry­łem sobie ten obra­zek w pamięci. Następ­nie wysze­dłem na zewnątrz.

Ogrody urzą­dzono z pie­ty­zmem i sma­kiem. Zapro­jek­to­wano je tak, by ich teren prze­ci­nały stru­myki, nad któ­rymi w malow­ni­czych miej­scach prze­rzu­cono uro­kliwe mostki. Widoki jak z bajek o wróż­kach dla dzieci, a mimo to, wędru­jąc ścież­kami i kiwa­jąc głową wciąż szu­ka­ją­cym ska­że­nia apo­te­ka­rzom, nie zna­la­złem nic cie­ka­wego.

W końcu dotar­łem do miej­sca, gdzie zwy­mio­to­wa­łem przez okno, i spraw­dzi­łem, czy w tra­wie nie kryją się ślady dra­biny lub cze­goś podob­nego. Rów­nież i tu nic nie zna­la­złem.

Na koniec zosta­wi­łem sobie domek dozorcy. Uro­czy jak wszystko wokół, został zbu­do­wany z paneli papro­cio­wych. Na pół­kach zie­le­niły się maleń­kie roślinki, które dozorca naj­wy­raź­niej roz­mna­żał. Do tego kolo­rowe kwiatki -?nie­które świeże, inne już więd­nące. W chatce znaj­do­wał się cał­kiem spory gli­niany piec. Zaj­rza­łem do środka i na jego dnie zauwa­ży­łem popiół, a gdy dotkną­łem cegły, odkry­łem, że jest jesz­cze lekko cie­pła, jakby węgle tliły się przez noc.

Ponow­nie obsze­dłem ogrody, aby spraw­dzić, czy zoba­czy­łem wszystko, co było do zoba­cze­nia. Następ­nie rozej­rza­łem się i upew­ni­łem, że jestem sam. Potem wycią­gną­łem z kie­szeni notes Blasa.

Otwo­rzy­łem go, przy­mru­ży­łem oczy, wpa­tru­jąc się w roz­tań­czone słowa, i zaczą­łem czy­tać na głos.

-?S-seg­ment muru... 3C -?mam­ro­ta­łem. -?D-data inspek­cji: czwarty egina... d-dwie t-tony pia­sku, dwie tony gliny...

Czy­ta­łem mozol­nie, zaci­na­jąc się na drob­nych liter­kach i słu­cha­jąc wła­snego głosu. Mia­łem duże pro­blemy z lek­turą i zapa­mię­ty­wa­niem tek­stu, ale jeśli odczy­ty­wa­łem go na głos i słu­cha­łem słów, mogłem je zapi­sać w pamięci, podob­nie jak wszystko inne, co sły­sza­łem.

Zapo­zna­łem się z wszyst­kim tak szybko, jak zdo­ła­łem. Był to głów­nie zapis z inspek­cji pre­fekta z wpi­sami takimi jak: "ck. 6 do 8 egina, mosty Paytas?z w pół­noc­nej czę­ści kan­tonu Tala -?wszyst­kie prze­jezdne" itd. Naj­wy­raź­niej w mie­siącu egin, ponad cztery tygo­dnie temu, Blas był bar­dzo zajęty. Nie mia­łem poję­cia, czy w zapi­skach znaj­do­wało się coś istot­nego, ale jako mne­mo­ry­tow­nik mia­łem obo­wią­zek wyryć wszystko w pamięci.

Skoń­czyw­szy zapa­mię­ty­wać notes, ruszy­łem w stronę domu, po dro­dze poko­nu­jąc kolejne mostki. Ni­gdy wcze­śniej nie prze­słu­chi­wa­łem świad­ków w spra­wie czy­jejś śmierci, a już na pewno nie służbę szla­chec­kiego rodu. Zasta­na­wia­łem się, jak zacząć.

W jed­nym ze stru­mieni wychwy­ci­łem swoje odbi­cie, poszar­pane i roz­myte przez nurt. Przy­sta­ną­łem na mostku.

Nie spie­przmy tego, dobra? -?przy­ka­za­łem swo­jej falu­ją­cej twa­rzy.

Poko­naw­szy ostat­nią kładkę, wró­ci­łem do domu.

* * *

Jako pierw­sze przy­ci­sną­łem dziewki słu­żebne, ponie­waż to one miały dostęp do pokoju Blasa. Zaczą­łem od roz­hi­ste­ry­zo­wa­nej chu­dzinki o wąskich ramio­nach i cien­kich nad­garst­kach. Trudno mi było sobie wyobra­zić, jak ktoś o tak nikłej postu­rze nosił góry naczyń po tych dłu­gich kory­ta­rzach. To ona przy­bie­gła, usły­szaw­szy krzyki Blasa. Powie­działa, że jego woła­nia o pomoc roz­le­gły się o ósmej rano, tuż przed śnia­da­niem.

-?Wołał o pomoc? -?upew­ni­łem się.

Ski­nęła, a łza, która spły­nęła jej po policzku, zawi­sła nie­pew­nie w zagłę­bie­niu przy skrzy­dełku nosa.

-?Mówił, że... że boli go za most­kiem. Że ciężko mu zła­pać oddech. Scho­dził na śnia­da­nie, ale zawró­cił z drogi do pokoju. Weszłam tam; chcia­łam, żeby się poło­żył na pod­ło­dze, a wtedy... wtedy...

Pochy­liła głowę, a nie­zde­cy­do­wana łza spły­nęła jej po war­dze. Potem roz­pła­kała się na dobre.

-?Prze-prze­pra­szam. -?Łkała, bez­sku­tecz­nie sta­ra­jąc się opa­no­wać. - Z-zapo­mnia­łam zapy­tać. Napije się p-pan h-her­baty?

-?Ach, nie, bar­dzo dzię­kuję.

Nie wiem dla­czego, ale moja odmowa wywo­łała w niej kolejną falę szlo­chów. Odcze­ka­łem, aż się uspo­koi, a ponie­waż nie prze­sta­wała pła­kać, pozwo­li­łem jej odejść.

Zawo­ła­łem następną osobę, star­szą słu­żącą. Ephi­nas usia­dła powoli. Poru­szała się ostroż­nie, z namy­słem, jak ktoś nawy­kły do tego, że jest stale obser­wo­wany. Potwier­dziła wer­sję pierw­szej słu­żą­cej. Blas przy­był póź­nym wie­czo­rem, wziął kąpiel i poszedł spać. Wszystko wyda­wało się zupeł­nie nor­malne aż do rana, kiedy zaczął wołać o pomoc. To nie Ephi­nas do niego poszła, więc nie wie­działa nic wię­cej. Oży­wiła się jed­nak, gdy zapy­ta­łem, czy Blas zatrzy­my­wał się tu wcze­śniej.

-?Tak. -?Poki­wała głową. -?Pań­stwo czę­sto pozwa­lali mu tu noco­wać. Dobrze się znali.

-?Czy ten pobyt róż­nił się od poprzed­nich? -?zapy­ta­łem. -?O ile się róż­nił.

-?No tak -?przy­tak­nęła po chwili waha­nia.

-?W jaki spo­sób?

Znów waha­nie.

-?Tym razem zosta­wił nas w spo­koju -?wyznała cicho. -?Może po pro­stu nie zdą­żył nic zro­bić.

Kaszl­ną­łem i zacią­gną­łem się wonią z fiolki, licząc, że nie zauważy, jak się rumie­nię.

-?Powiedz mi o tym coś wię­cej, pro­szę.

Powie­działa. Z jej słów wyni­kało, że Blas był wstręt­nym sukin­sy­nem, który dobie­rał się do słu­żą­cych, gdy tylko udało mu się je zdy­bać na osob­no­ści. Ephi­nas nie wie­działa na pewno, czy któ­raś z dziew­cząt odwza­jem­niła jego zain­te­re­so­wa­nie, ale w to wąt­piła, choć wszyst­kie trak­to­wał tak samo.

-?Co było powo­dem jego wizyty tutaj? -?zapy­ta­łem.

Spu­ściła wzrok.

-?Jest przy­ja­cie­lem pań­stwa Hazów.

-?Przy­ja­cie­lem... I to wszystko? To jedyny powód, dla któ­rego tu przy­je­chał?

-?Tak.

-?Czy to nie dziwne, że gość nocuje w domu pod­czas nie­obec­no­ści gospo­da­rzy?

Zer­k­nęła na mnie lek­ce­wa­żąco, a potem zmie­rzyła wzro­kiem moje ciało, zatrzy­mu­jąc się dłu­żej na tanich butach i przy­cia­snym płasz­czu.

-?Wśród ary­sto­kra­cji to nic nie­zwy­kłego.

Naj­wy­raź­niej nawet słu­żący uwa­żali się za bar­dziej świa­to­wych ode mnie. No cóż, pew­nie mieli rację.

Zada­łem jej jesz­cze kilka pytań, ale im dłu­żej ją wypy­ty­wa­łem, tym oszczęd­niej­szych udzie­lała odpo­wie­dzi, coraz bar­dziej zamy­ka­jąc się w sobie. Zano­to­wa­łem to w myślach i kon­ty­nu­owa­łem prze­słu­cha­nia następ­nych słu­żą­cych.

Zapy­ta­łem pozo­stałe dziew­częta o awanse Blasa. Wszyst­kie potwier­dziły, że je napa­sto­wał, ale powie­działy także, że jedyny kon­takt z nim miały pod­czas tych nie­przy­jem­nych chwil. Żadna nie miała do doda­nia nic wię­cej.

-?Nie sły­sza­łam ani nie widzia­łam nic szcze­gól­nego przed jego śmier­cią - stwier­dziła ostat­nia kate­go­rycz­nie. Była odważ­niej­sza, gło­śniej­sza i gniew­niej­sza od pozo­sta­łych. Zde­cy­do­wa­nie mniej skora zno­sić w mil­cze­niu przy­kro­ści, jakie bywają udzia­łem służby. -?Na pewno nie w nocy.

-?Jesteś pewna?

-?Na pewno -?potwier­dziła. -?Pra­wie nie spa­łam tej nocy.

-?O? Dla­czego?

-?Było mi gorąco. Strasz­nie gorąco.

Zasta­no­wiło mnie to.

-?Śpisz w pobliżu kuchni?

-?Tak, a co?

-?Ponie­waż tam­tej­szy kir­pis więd­nie. Może dla­tego było tak gorąco?

-?Kolejny zamiera? -?Zda­wała się zasko­czona.

-?A to nie pierw­szy?

-?Są bar­dzo wraż­liwe na nad­miar wody. Jak mają zbyt mokro, więdną i zdy­chają.

-?Mokro? W jakim sen­sie?

-?W każ­dym. Za dużo desz­czu, za duża wil­goć... Wystar­czy zosta­wić w pobliżu grzyba otwarte okno czy drzwi i od razu zaczyna cho­ro­wać. Szcze­gól­nie teraz, gdy zbliża się pora desz­czowa. Kir­pisy są kapry­śne jak cho­lera.

Odchy­li­łem się na opar­cie i sku­pi­łem mocno. Poczu­łem trze­po­ta­nie na obrze­żach świa­do­mo­ści, po czym przy­wo­ła­łem obrazy z prze­szu­ka­nia domu. Każde pomiesz­cze­nie poja­wiało się w mojej pamięci jasno i wyraź­nie niczym mucha uwię­ziona w kro­pli miodu. Nie widzia­łem żad­nych otwar­tych okien ani drzwi. Co więc mogło spo­wo­do­wać więd­nię­cie kir­pi­sów?

-?Czy ty albo ktoś inny zamy­kał jakieś okno lub drzwi po śmierci Blasa?

Spoj­rzała na mnie nie­pew­nie.

-?Po tym, co zoba­czy­li­śmy, panie, led­wie mogli­śmy ustać na nogach, o pracy nie wspo­mi­na­jąc.

Uzna­łem to za zaprze­cze­nie, czyli że nie, nie zamy­kali żad­nych drzwi ani okien, a potem kon­ty­nu­owa­łem prze­py­ty­wa­nie.

* * *

Gdy skoń­czy­łem ze słu­żą­cymi, zabra­łem się ostro za prze­słu­chi­wa­nie kucharki. Pyta­nie o ślady krwi w kuchni nie wywarło na niej żad­nego wra­że­nia.

-?A jak myślisz, panie, skąd mogła się wziąć krew w kuchni? - zri­po­sto­wała.

-?Zra­ni­łaś się?

-?Nie, oczy­wi­ście, że nie. Jestem na to za stara i zbyt doświad­czona. I zbyt dobra. Jeśli była tam jakaś krew, to pew­nie z tego lar­da­cza, co mu go robi­łam na śnia­da­nie. Tego, któ­rego nie zjadł.

-?Ryba? Na śnia­da­nie? -?Skrzy­wi­łem się z nie­sma­kiem.

-?Lubił lar­da­cze -?odparła. -?Podobno trudno o nie tam, gdzie pra­co­wał, przy murach. -?Nachy­liła się w moją stronę. -?Jak dla mnie to ten cały Blas przy­wlókł coś stam­tąd, spod murów mor­skich. Jakie­goś paso­żyta albo inne świń­stwo. Jak sobie pomy­ślę, co za tała­taj­stwo tam żyje... No prze­cież po coś te mury posta­wili. Sank­tu­arium jedno wie, jakie dzi­wac­twa można stam­tąd przy­wlec!

-?Nic się tu nie prze­do­sta­nie. Od tego są wła­śnie te mury.

-?Tak? Ale kilka lat temu zro­bił się wyłom -?powie­działa zachwy­cona, że może podzie­lić się taką okrop­no­ścią. -?Jeden z tych potwo­rów się prze­do­stał i zdą­żył znisz­czyć mia­sto na połu­dnie stąd, zanim Legion go zabił. Teraz drzewa, które tam rosną, zaczęły kwit­nąć, cho­ciaż ni­gdy wcze­śniej tego nie robiły. Bo te drzewa po pro­stu nie kwitną.

-?Jeśli można, chciał­bym wró­cić do wyda­rzeń z zeszłej nocy...

-?Wyda­rzeń! -?Prych­nęła drwiąco. -?Gość się ska­ził i tyle. O czym tu wię­cej mówić?

Przy­ci­sną­łem ją moc­niej, ale nie powie­działa mi już nic cie­ka­wego, więc pozwo­li­łem jej odejść.

* * *

Potem wzią­łem w krzy­żowy ogień pytań ogrod­nika Uxosa. Oka­zało się, że nie tylko dozo­ruje posia­dłość, ale wyko­nuje też różne dziwne prace przy domu, napra­wia ściany i drzwi z papieru papro­cio­wego. Był bar­dzo zahu­kany i chyba za stary na dozorcę. Wyda­wał się prze­ra­żony na samą myśl o napra­wach znisz­czeń doko­na­nych przez roślinę w sypialni.

-?Nie wiem nawet, co to za drzewo -?poskar­żył się. -?W życiu cze­goś takiego nie widzia­łem.

-?Zakwi­tło -?powie­dzia­łem. -?Wypu­ściło mały, biały kwia­tek. -?Opi­sa­łem fio­le­towo-żółte wewnętrzne płatki i mdlący, słod­kawy zapach. Pokrę­cił głową.

-?Nie, nie koja­rzę takiego kwiatka. Ani drzewa. Nic o nim nie wiem.

Gdy zapy­ta­łem go o kir­pis, powtó­rzył to, co mówiła słu­żąca: że takie rośliny więdną od nad­miaru wody. Nie wie­dział, w jaki dokład­nie spo­sób stało się to w tym wypadku.

-?Może ktoś go prze­lał? -?zasu­ge­ro­wał. -?Albo wylał do niego napi­tek? To kosz­towne grzyby, ale cza­sem tak się zda­rza. Są bar­dzo wyma­ga­jące w pie­lę­gna­cji. Chło­dze­nie powie­trza to skom­pli­ko­wany pro­ces. Do tego na korze­niach rosną im takie czarne owoce, które trzeba wybie­rać...

W końcu zada­łem mu też pyta­nie o piec w chatce i popiół na rusz­cie.

-?Oczysz­czam narzę­dzia ogniem -?wyja­śnił. -?Nie­które rośliny są bar­dzo deli­katne i łatwo zara­żają się grzy­bami jedna od dru­giej. Dla­tego wkła­dam sprzęt w ogień, żeby go oczy­ścić.

-?Nie ma do tego spe­cjal­nych pły­nów? Jakie­goś mydła czy cze­goś innego do oczysz­cza­nia narzę­dzi?

-?To kosz­towne. Ogień jest tani.

-?Hazo­wie chyba nie dbają za bar­dzo o wydatki?

-?Patrzą na pie­nią­dze, oj, patrzą. Jak czło­wiek dużo kosz­tuje, to go zwal­niają. A ja bar­dzo się sta­ram być tani. Nie chcę odcho­dzić.

Zauwa­ży­łem tro­skę w jego oczach. Wie­dział, że jest już stary, za stary na dozorcę. Przy­ci­sną­łem go jesz­cze, ale nie miał już nic wię­cej do powie­dze­nia, pozwo­li­łem mu odejść.

* * *

Na koniec zosta­wi­łem sobie och­mi­strzy­nię, panią Gen­na­dios, która ponoć trzę­sła rezy­den­cją pod nie­obec­ność wła­ści­cieli. Star­sza kobieta, o pomarsz­czo­nej, mocno wyma­lo­wa­nej twa­rzy miała na sobie kosz­towną, jasno­zie­loną szatę z mięk­kiej, lśnią­cej tka­niny -?sazyj­skiego jedwa­biu, który wyra­biano w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa. Po wej­ściu zatrzy­mała się tuż za pro­giem i otak­so­wała mnie chłod­nym, prze­ni­kli­wym wzro­kiem. Dopiero potem usia­dła sztywno, ze złą­czo­nymi kola­nami, nogami pod kątem, dłońmi na podołku, ścią­gnię­tymi ramio­nami i spoj­rze­niem wbi­tym w róg pomiesz­cze­nia.

-?Coś nie tak, pani? -?zapy­ta­łem.

-?Chło­piec -?wypu­ściła słowo tonem suchym i napię­tym niczym cię­ciwa. - Przy­słali nam chłopca.

-?Nie bar­dzo rozu­miem?

Znowu osza­co­wała mnie kątem oka.

-?I ktoś taki uwię­ził nas we wła­snym domu, w domu moich pań­stwa, i nie pozwo­lił ruszyć tego prze­klę­tego trupa. Wielki, prze­ro­śnięty dzie­ciak.

Zamil­kła na długą, lodo­watą chwilę.

-?Ktoś w tym domu zgi­nął, pani. Poten­cjal­nie z powodu ska­że­nia. Cze­goś, co mogło zabić rów­nież i was. Nie chcesz, byśmy to zba­dali?

-?To gdzie wobec tego jest śled­czy, który powi­nien zba­dać tę sprawę?

-?Śled­cza nie mogła przy­być oso­bi­ście. Przy­słała mnie, abym zebrał infor­ma­cję i zło­żył jej szcze­gó­łowy raport z wizji miej­sca zda­rze­nia.

Obda­rzyła mnie spoj­rze­niem przy­po­mi­na­ją­cym to, któ­rym węgorz kon­tem­pluje rybę prze­pły­wa­jącą przed jego jaski­nią.

-?No to zadaj mi te swoje pyta­nia, panie -?pona­gliła mnie. -?Mam dużo pracy, muszę zała­tać tę prze­klętą dziurę w dachu. No dalej.

Zacią­gną­łem się zapa­chem z fiolki i zapy­ta­łem o cha­rak­ter pobytu Blasa. Zare­ago­wała wzru­sze­niem ramion, naj­drob­niej­szym i naj­mniej szcze­rym, jakie w życiu widzia­łem.

-?Jest przy­ja­cie­lem pań­stwa Hazów.

-?Jedna ze słu­żą­cych powie­działa to samo -?zauwa­ży­łem.

-?Bo to prawda.

-?Tymi samymi sło­wami.

-?Bo to prawda.

-?Wasi pań­stwo czę­sto zezwa­lają przy­ja­cio­łom noco­wać w swo­ich domach?

-?Pań­stwo Hazo­wie mają wielu przy­ja­ciół i wiele domów. Cza­sami ich przy­ja­ciele się tu zatrzy­mują.

-?I nikt z rodziny nie zamie­rzał się tu z nim spo­tkać?

-?Moi pań­stwo -?rze­kła z wyż­szo­ścią -?wolą prze­by­wać w bar­dziej cywi­li­zo­wa­nych oko­li­cach niż ten kan­ton.

Odpu­ści­łem i prze­sze­dłem do kolej­nych pytań, tym razem o to, gdzie są prze­cho­wy­wane nale­żące do służby klu­cze reagen­towe.

-?Wszyst­kie zamy­kamy na noc. Jedy­nie ja i Uxos posia­damy przy sobie kom­plet na wypa­dek nie­prze­wi­dzia­nych oko­licz­no­ści.

Wypy­ta­łem ją o zapa­sowe klu­cze, o ich ewen­tu­alne dora­bia­nie i tak dalej, ale odrzu­ciła moje suge­stie jako coś nie­moż­li­wego.

-?A mody­fi­ka­cje? Czy ktoś ze służby posiada wsz­czepy impe­rialne?

-?Oczy­wi­ście. Popra­wia­jące odpor­ność i prze­ciw­pa­so­żyt­ni­cze. Osta­tecz­nie miesz­kamy na Obrze­żach.

-?Nic bar­dziej zaawan­so­wa­nego?

Pokrę­ciła głową. Zro­biło mi się nie­przy­jem­nie gorąco. Nie podo­bało mi się to, jak mało się ruszała, i fakt, że cały czas sie­działa wypro­sto­wana, jakby kij połknęła. Głowę prze­krzy­wiała tylko tyle, żeby zer­k­nąć na mnie prze­lot­nie kątem oka jak jakieś cho­lerne pta­szy­sko.

-?To może powiesz mi przy­naj­mniej, pani, jakie rela­cje łączą pre­fekta z rodziną Hazów?

-?Przy­jaź­nili się -?powtó­rzyła dobit­nie.

-?Od jak dawna?

-?Nie znam cha­rak­teru każ­dej zna­jo­mo­ści moich pań­stwa, nie mnie to osą­dzać.

-?A wielu mają przy­ja­ciół w Dare­ta­nie?

-?Ow­szem. W róż­nych jale­tach, jeśli o to cho­dzi. -?Łyp­nęła na mnie zło­wrogo. -?Wielu na wyż­szych sta­no­wi­skach niż twoje.

Uśmiech­ną­łem się uprzej­mie, choć groźba w jej gło­sie wybrzmiała wyraź­nie. Ponie­waż nie zdo­ła­łem z niej wydo­być nic wię­cej, zakoń­czy­łem prze­słu­cha­nie.

* * *

I to by było na tyle -?świad­ko­wie prze­słu­chani, ruchy służby prze­śle­dzone, godziny wejść i wyjść usta­lone. Jedy­nym, który przy­był do posia­dło­ści w ciągu minio­nego dnia, był pre­fekt Taqtasa Blas, który zawi­tał w progi tego domu tuż po jede­na­stej w nocy dwu­dzie­stego dzie­wią­tego dnia mie­siąca ska­lasi. Zaraz po przy­jeź­dzie wziął kąpiel i poło­żył się spać. Obu­dził się naza­jutrz, trzy­dzie­stego ska­lasiego, wyszedł z pokoju, aby udać się na śnia­da­nie, ale zawró­cił i umarł w nie­wy­obra­żal­nie kosz­marny spo­sób. Cho­ciaż uwa­ża­łem, że wyko­na­łem cał­kiem nie­złą robotę -?może poza roz­mową z och­mi­strzy­nią -?nie potra­fi­łem wycią­gnąć żad­nych wnio­sków na temat tego, co tu zaszło. Nie wie­dzia­łem, czy Blas zastał zamor­do­wany, a nawet czy oko­licz­no­ści jego śmierci były w ogóle podej­rzane.

Ska­że­nia się przy­tra­fiały, szcze­gól­nie tym, któ­rzy pra­co­wali przy murach mor­skich.

W dro­dze do wyj­ścia zatrzy­ma­łem się jesz­cze w sypialni. Chcia­łem ponow­nie rzu­cić okiem na zwłoki, ale przede wszyst­kim odło­żyć notes Blasa na miej­sce. Czu­łem się dziw­nie, wsu­wa­jąc dzien­nik z powro­tem do torby, jakby zasty­gła w krzyku twarz za mną śle­dziła moje poczy­na­nia. Mimo strasz­nego stanu zwłok ten wyraz bólu był tak wyraźny, jakby nie­bosz­czyk na­dal czuł pędy rośliny, które wiją się wewnątrz niego i roz­ry­wają jego ciało.

Na zewnątrz podzię­ko­wa­łem Oti­rio­sowi, który miał odpro­wa­dzić mnie do bramy dla służby.

-?Czy możemy już zabrać ciało do zba­da­nia? -?zapy­tał.

-?Raczej tak, ale niech wszy­scy świad­ko­wie pozo­staną jesz­cze na tere­nie posia­dło­ści. Po wysłu­cha­niu raportu śled­cza praw­do­po­dob­nie będzie chciała wezwać nie­któ­rych, żeby prze­słu­chać ich oso­bi­ście.

-?Świet­nie ci poszło.

-?Słu­cham?

-?Jeśli mogę zauwa­żyć, to świet­nie sobie pora­dzi­łeś z tym docho­dze­niem, panie. -?Uśmiech­nął się do mnie pro­mien­nie jak dumny star­szy brat. Taką fami­liar­ność widy­wa­łem dopiero po czwar­tym dzba­nie opi­wina. -?Choć jeśli mogę ci coś dora­dzić, to suge­ruję następ­nym razem nieco więk­szą życz­li­wość w obej­ściu. Widy­wa­łem gra­ba­rzy przy­stęp­niej­szych od cie­bie.

Aż przy­sta­ną­łem i spoj­rza­łem na niego. Po chwili wzno­wi­łem wędrówkę malow­ni­czymi ście­żyn­kami aż do blusz­czo­bramy.

-?Cią­gle jed­nak zacho­dzę w głowę... -?ode­zwał się Oti­rios już po dru­giej stro­nie muru.

-?Tak, prin­cep­sie? Jaką to kolejną świa­tłą radę dla mnie masz?

-?Czy nie byłoby łatwiej, gdyby śled­cza przy­była tu oso­bi­ście?

Spoj­rza­łem na niego groź­nie.

-?Nie -?odrze­kłem bez waha­nia. -?Zapew­niam cię, prin­cep­sie, nie byłoby łatwiej, gdyby śled­cza przy­była tu oso­bi­ście. I mówię to z peł­nym prze­ko­na­niem. -?A ruszyw­szy z powro­tem w drogę, mruk­ną­łem: -?Uwierz mi na słowo, abso­lut­nie nie byłoby łatwiej.

Rozdział drugi

W Dare­ta­nie nie było mia­sta jako takiego, raczej sku­pi­sko zabu­do­wań jale­tów impe­rial­nych, miesz­czące się przy skrzy­żo­wa­niu głów­nych trak­tów. Obej­mo­wało liczne par­cele, maga­zyny i sto­doły, w któ­rych trzy­mano mate­riały oraz żywiec, nie­ustan­nie trans­por­to­wane pod mury mor­skie. Tego popo­łu­dnia pano­wał tu zwy­kły kocioł, pełen błota, ludzi i natłoku koń­skiego ciel­ska. Mean­dro­wa­łem skra­jem mia­sta na połu­dnie, przy­sta­jąc, żeby prze­pu­ścić wozy i fur­manki, aż ujrza­łem zna­jomy widok -?konie o brzu­chach uma­za­nych mie­dziano-brą­zo­wym bło­tem, roje brzę­czą­cych much, prze­po­ceni legio­ni­ści, inży­nie­ro­wie i funk­cjo­na­riu­sze innych jale­tów wykrzy­ku­jący nazwi­ska oraz roz­kazy, nie przej­mu­jąc się, czy kto­kol­wiek ich sły­szy i czy ich wrza­ski przy­ku­wają czy­ją­kol­wiek uwagę. Kła­nia­łem się, kiwa­łem głową, znów kła­nia­łem, znów kiwa­łem głową, aż w końcu wydo­sta­łem się z tej kotło­wa­niny i zanu­rzy­łem w gęstwinę dżun­gli.

W lesie było ciemno, a powie­trze falo­wało od gorąca. Słońce minęło już zenit, a łodygi jego bla­dego świa­tła prze­bi­jały się przez zie­lony bal­da­chim listo­wia. Odna­la­złem wąską ścieżkę pro­wa­dzącą do domu mojej zwierzch­niczki i podą­ży­łem nią, witany odgło­sami cisko­żab i chrząsz­czy. W pew­nej chwili ską­pane w parze listo­wie się roz­stą­piło, a ja ujrza­łem ocie­nioną kwa­terę miesz­kalną z for­mo­blusz­czu.

Zaczą­łem iść pomię­dzy pnia­kami. Gdy około cztery mie­siące temu moja pani przy­była do kan­tonu objąć sta­no­wi­sko tutej­szej śled­czej Jurysu, inży­nie­ro­wie wycięli drzewa, a potem stwo­rzyli dla niej dom z for­mo­blusz­czu, spe­cjal­nie zmo­dy­fi­ko­wa­nego pną­cza, które apo­te­ka­rze potra­fili zmu­sić do wyra­sta­nia w kon­kret­nym kształ­cie. Poko­ny­wa­łem tę drogę tak czę­sto, że sze­dłem po wła­snych śla­dach. Moja zwierzch­niczka nie wyszła z domu ani razu, odkąd w nim zamiesz­kała.

Wspią­łem się na schodki fron­towe i zoba­czy­łem leżącą przed wej­ściem stertę ksią­żek obwią­za­nych sznur­kiem. Domy­śli­łem się, że to prze­syłka z poczty dare­tań­skiej. Pochy­li­łem się i odczy­ta­łem kilka tytu­łów. Jak zwy­kle litery tań­czyły mi przed oczami, utrud­nia­jąc zło­że­nie ich w słowa, a falu­jące świa­tło w lesie nie uła­twiało sprawy, jed­nak udało mi się odczy­tać Zesta­wie­nie trans­feru dóbr ziem­skich kan­tonu Qabirga w latach 1100-1120 oraz Teo­rie zwią­zane ze wzro­stem masy czmy­cho­kraba wschod­niego od roku 800.

-?Co jest? -?mruk­ną­łem, a potem zamil­kłem, nasłu­chu­jąc.

Dobiegł mnie rechot cisko­żaby, a potem niski zaśpiew mikow­ronka, ale naraz uświa­do­mi­łem sobie, że sły­szę jesz­cze inny dźwięk, męski pomruk, któ­rego źró­dło znaj­do­wało się w domu.

Przy­ci­sną­łem ucho do drzwi i usły­sza­łem wyraź­niej naj­pierw głos mojej zwierzch­niczki, ale potem i drugi, męski. Ten ostatni zdra­dzał zanie­po­ko­je­nie, wręcz zde­ner­wo­wa­nie.

-?Niech to szlag -?zaklą­łem. -?Wyszła, by zła­pać kolej­nego...

Otwo­rzy­łem i wpa­dłem do środka.

* * *

Tym, co zawsze jako pierw­sze rzu­cało się w oczy we wnę­trzu for­mo­blusz­czo­wego domku, były książki. Cała masa ksią­żek -?na pół­kach, w ster­tach, istne góry tomów na wszel­kiego rodzaju enig­ma­tyczne tematy. Moja zwierzch­niczka dosłow­nie żyła na książ­kach, czę­sto uży­wa­jąc ich jako biurka czy noc­nego sto­lika. Musiała nawet wydrą­żyć sobie w nich grotę, żeby posta­wić łóżko.

Rozej­rza­łem się po prze­łę­czach tomów i przedar­łem na tyły domku, do gabi­netu. Już z daleka zauwa­ży­łem stopy kogoś sie­dzą­cego tam na krze­śle, obute w lśniące, czarne ofi­cerki. Skrzy­wi­łem się na ten widok, po czym przy­gła­dzi­łem włosy i wsze­dłem do środka.

Pomiesz­cze­nie wyglą­dało jesz­cze gorzej niż poprzed­niego dnia. Spo­wi­jała je plą­ta­nina pędów roślin donicz­ko­wych, wielu egzo­tycz­nych i rów­nie wielu na wpół uschnię­tych. Do tego wszę­dzie walały się instru­menty stru­nowe w róż­nych sta­diach roz­kładu. Tego dnia na nie­wiel­kim wyście­ła­nym stołku sie­dział jakiś kapi­tan inży­nie­rów: chudy, w śred­nim wieku i śmier­tel­nie prze­ra­żony.

Powód jego lęku był oczy­wi­sty, ponie­waż uczu­cie to ogar­nia więk­szość ludzi, gdy tylko znajdą się w obec­no­ści mojej zwierzch­niczki. Immu­nisa Ana­gosa Dola­bra, śled­cza Jurysu kan­tonu Dare­tana, sie­działa na pod­ło­dze tyłem do kapi­tana, pra­cu­jąc nad jed­nym ze swo­ich pro­jek­tów. Urzą­dze­nie skła­dało się z plą­ta­niny dru­tów i struny. W moich oczach wyda­wało się pozba­wione sensu. Naj­praw­do­po­dob­niej roz­mon­to­wała jedną ze swo­ich harf situr -?była zapa­loną, choć nie­dbałą muzyczką -?i kon­stru­owała z niej coś w rodzaju kro­sna.

-?Mówi­łam ci, Din, i to nie raz -?ode­zwała się. -?Zawsze pukaj.

Wyprę­ży­łem się na bacz­ność, splo­tłem ręce za ple­cami, ścią­gną­łem ramiona i wypro­sto­wa­łem kolana.

-?Wyda­wało mi się, że sły­szę głosy, pani. Chcia­łem spraw­dzić, czy wszystko w porządku.

-?Och, nie ma się czym mar­twić. -?Spoj­rzała przez ramię, uśmie­cha­jąc się sze­roko, a pasmo śnież­no­bia­łych wło­sów opa­dło jej na poli­czek niczym pió­ro­pusz egzo­tycz­nego ptaka. Sta­łem wypro­sto­wany, choć nie była w sta­nie mnie zoba­czyć przez szkar­łatną prze­pa­skę na oczach. -?Pro­wa­dzimy z kapi­ta­nem nie­zwy­kle zaj­mu­jącą kon­wer­sa­cję -?stwier­dziła.

Funk­cjo­na­riusz łyp­nął na mnie ze zgrozą.

-?Ach tak? -?skwi­to­wa­łem.

-?Tak! -?potwier­dziła i znów zajęła się swoją pracą. -?Drogi kapi­tan nad­zo­ruje prace nad sie­cią rowów nawad­nia­ją­cych w Dare­ta­nie. Pod­czas robót jego ekipa odkryła ruiny sprzed wie­ków, pozo­sta­ło­ści po kon­struk­cjach zbu­do­wa­nych przez ludzi zamiesz­ku­ją­cych te tereny przed przy­łą­cze­niem ich do Impe­rium. Czy nie tak, kapi­tanie Tischte?

Bie­dak wbił we mnie prze­lęk­nione oczy i poru­szył bez­gło­śnie ustami, które uło­żyły się w słowo: "Pomocy!".

-?Co cie­kawe -?cią­gnęła Ana -?naj­wy­raź­niej część budyn­ków wznie­siono, ukła­da­jąc cegły w jodełkę, która to tech­nika wymaga znacz­nie mniej zaprawy niż zwy­kle! Czy to nie fascy­nu­jące?

Kapi­tan roz­pacz­li­wie gesty­ku­lo­wał, wska­zu­jąc na wyj­ście.

-?Nie­zwy­kle fascy­nu­jące, pani -?przy­tak­ną­łem.

-?Szcze­gól­nie że -?pod­jęła -?dawno już uku­łam teo­rię, że więk­szość Kur­mi­nów zamiesz­ku­ją­cych obec­nie trzeci pier­ścień cesar­stwa wyemi­gro­wało wła­śnie stąd, zanim te zie­mie włą­czono do Impe­rium. To zna­le­zi­sko potwier­dza moje przy­pusz­cze­nia, zwa­żyw­szy, jak powszechna w kan­to­nie Kur­min jest tech­nika ukła­da­nia cegieł w jodełkę! Wędrówka ludów do wewnątrz -?mach­nęła ręka w kie­runku wschod­nim -?jest zro­zu­miała... No bo prze­cież tylko w ten spo­sób można było postą­pić, chcąc prze­trwać.

Kapi­tan prze­stał wyma­chi­wać rękoma, ponie­waż jego wzrok padł na leżącą przy stołku tacę okrytą kawał­kiem płótna. Zanim zdą­ży­łem go powstrzy­mać, uniósł tka­ninę i zaga­pił się ze zgrozą na to, co znaj­do­wało się pod spodem: szklany słoik z zakon­ser­wo­wa­nym wró­blem jipti, któ­rego Ana zła­pała kilka tygo­dni wcze­śniej, a następ­nie go zabiła i prze­pro­wa­dziła jego autop­sję. Kapi­tan wypu­ścił płótno z drżą­cej ręki.

Zaczą­łem gorącz­kowo zmy­ślać histo­ryjkę.

-?Wła­ści­wie to -?odchrząk­ną­łem -?idąc tu, natkną­łem się na paru inży­nie­rów.

-?Doprawdy?

-?Tak, pani. Mówili, że szu­kają kapi­tana Tischte'a, ponoć jest pil­nie potrzebny.

Ana prze­rwała na moment pracę nad ustroj­stwem i prze­krzy­wiła głowę na bok.

-?Hm. Nie­prawda. To kłam­stwo, Din. Jesteś fatal­nym kłamcą, sły­chać to w twoim gło­sie. Ale! Muszę przy­znać, że poza infor­ma­cją o tech­nice jodeł­ko­wej kapi­tan Tischte nie miał zbyt wiele do powie­dze­nia i zaczął mnie już nudzić. -?Odwró­ciła ku niemu twarz strojną w prze­pa­skę oraz sze­roki uśmiech. -?Może pan iść, kapi­tanie. Dzię­kuję za dotrzy­ma­nie mi towa­rzy­stwa.

Kapi­tan Tischte zerwał się na równe nogi, mimo jaw­nego zbul­wer­so­wa­nia skło­nił się i wydu­sił "Pani", po czym czmych­nął w stronę wyj­ścia.

Pobie­głem za nim, zasta­na­wia­jąc się, w jaki spo­sób tym razem napra­wić wyrzą­dzone szkody.

-?Pro­szę wyba­czyć, panie -?zaczą­łem. -?Nie ist­nieje uspra­wie­dli­wie­nie dla...

-?Uspra­wie­dli­wie­nie! -?zaskrze­czał tuż za pro­giem. -?Nic nie jest w sta­nie uspra­wie­dli­wić cze­goś takiego! Wysłała mi list, żebym poja­wił się tu z jaki­miś mapami, a gdy to uczy­ni­łem, uwię­ziła mnie i przez trzy godziny prze­słu­chi­wała, wypy­tu­jąc o każdy naj­mniej­szy szcze­gół z życia! Pytała nawet o kształt moich stóp!

-?Naprawdę mi przy­kro. -?Ukło­ni­łem się, pod­nio­słem głowę i na widok jego wście­kłej miny pogłę­bi­łem ukłon, nie­omal doty­ka­jąc nosem czubka zno­szo­nego buta. -?Prze­rwał­bym to, gdy­bym był na miej­scu, naprawdę bym...

-?A na końcu... na końcu miała czel­ność nazwać mnie nud­nym! -?wrzesz­czał. -?I pomy­śleć, że ta sza­lona kobieta jest śled­czą Jurysu! To... -?Nie dokoń­czył, zamiast tego odwró­cił się i rzu­cił bie­giem ścieżką w stronę mia­sta.

-?Szlag by to -?wymam­ro­ta­łem, odpro­wa­dziw­szy go wzro­kiem, i wró­ci­łem do domku.

Ana wciąż pochy­lała się nad swoim ustroj­stwem, w zadu­mie prze­bie­ra­jąc pal­cami nad stru­nami.

-?Wiesz, pani... -?Prze­rwa­łem, by prze­my­śleć to, co chcia­łem powie­dzieć.

-?No dalej, Din -?zachę­ciła mnie, zdej­mu­jąc prze­pa­skę. -?Mia­łam wra­że­nie, że zamie­rzasz mnie zbesz­tać. To dopiero byłoby ucieszne.

-?Cóż, sama wiesz, pani, że... że tak nie można.

-?Zwy­kle nie można -?przy­znała. -?Ale zwy­kle jesteś tu ty i mnie powstrzy­mu­jesz, Din.

-?To prawda, dokład­nie to robię, ponie­waż nie można zaga­niać tych bie­da­ków w kozi róg, a potem wyci­skać z nich infor­ma­cji jak sok z aptioty!

-?Po pro­stu robię, co mogę, żeby odna­leźć w tym zapa­dłym kan­to­nie choć okruch cze­goś cie­ka­wego -?rzu­ciła bez­tro­sko i naprę­żyła strunę w swoim ustroj­stwie. -?A wymaga to cięż­kiej harówki.

-?Pani...

-?Na przy­kład, czy wie­dzia­łeś, Din, że wysu­nięta naj­da­lej na połu­dnie stud­nia w Dare­ta­nie jest pra­wie na pewno zaka­żona irydą?

-?To fascy­nu­jące, pani.

-?Zaiste. Nikt o tym nie wie­dział. A ja wywnio­sko­wa­łam to po roz­mo­wach z sześć­dzie­się­cioma dwiema oso­bami, które prze­pro­wa­dzi­łam w minio­nych mie­sią­cach. Dwa­na­ścioro spo­śród nie­świa­do­mie piją­cych regu­lar­nie tam­tej­szą wodę skar­żyło się na lek­kie bóle, bez­sen­ność oraz nie­zwy­kły zapach moczu, co wska­zuje na objawy powszech­nie łączone z tą cho­robą. Poin­for­mo­wa­łam o tym kapi­tana i zale­ci­łam oczysz­cze­nie studni. -?Znów szarp­nęła druty. -?Wła­śnie to zyskuję z tych wszyst­kich roz­mów, Din. Potrze­buję po pro­stu odpo­wied­niej ilo­ści infor­ma­cji, by odgad­nąć naturę wzorca.

-?I to chęć roz­gry­zie­nia wzorca skło­niła cię do zapy­ta­nia kapi­tana Legionu o zapach jego sików, pani?

-?Och nie, nie. Kie­ro­wała mną czy­sta cie­ka­wość.

Pozwo­li­łem sobie na nią zer­k­nąć. Była wysoką, szczu­płą kobietą dobie­ga­jącą czter­dziestki lub pięć­dzie­siątki -?trudno to cza­sem okre­ślić w wypadku zmo­dy­fi­ko­wa­nych ludzi -?a choć jej skóra miała podobny odcień do mojej, była zde­cy­do­wa­nie jaśniej­sza. Głów­nie dla­tego, że Ana­gosa Dola­bra ni­gdy nie wycho­dziła na zewnątrz, a w mniej­szej czę­ści z powodu jej rasy. Sazyj­czycy, miesz­ka­jący w wewnętrz­nych pier­ście­niach Impe­rium, mieli bled­szą cerę, bar­dziej kan­cia­ste rysy i węż­sze twa­rze niż Talo­wie tacy jak ja. Z tymi śnież­no­bia­łymi wło­sami, sze­ro­kim uśmie­chem i żół­tymi oczami czę­sto przy­po­mi­nała kota, a raczej obłą­kaną kotkę, która uga­nia się po domu za tą jedyną wła­ściwą plamką słońca, choć przy oka­zji nie prze­pu­ści żad­nej przy­pad­ko­wej myszy.

Ana Dola­bra miała na sobie długą, czarną suk­nię oraz pobru­dzony ciem­no­nie­bie­ski płaszcz Jaletu Jury­stycz­nego z nie­re­gu­la­mi­nowo przy­pię­tymi dys­tynk­cjami, tego dnia pogru­po­wa­nymi w dosko­nale syme­tryczne kon­ste­la­cje wedle koloru, ina­czej niż wczo­raj, gdy były one uło­żone według roz­miaru.

-?O! Książki! -?wykrzyk­nęła.

-?Słu­cham?

-?Moje książki. Przy­szły już?

-?A tak, pani. Są na ganku. Zabrał­bym je, ale zde­kon­cen­tro­wała mnie wizja tor­tu­ro­wa­nego kapi­tana.

-?A w odwe­cie ty tor­tu­ru­jesz mnie swoim nie­udacz­nym poczu­ciem humoru. - Prych­nęła. -?Jed­nak gdy­byś był tak miły...

Skło­ni­łem się, pod­sze­dłem do drzwi i chwy­ci­łem za klamkę. Spoj­rza­łem jesz­cze przez ramię.

-?Nie patrzę! -?zawo­łała. Miała twarz zwró­coną w stronę kąta pokoju. - Oczy odwró­cone!

Upew­niw­szy się, że nie wyj­rzy na zewnątrz, otwo­rzy­łem drzwi, chwy­ci­łem książki, wcią­gną­łem je do domu i zatrza­sną­łem przej­ście. W mgnie­niu oka zna­la­zła się przy mnie i natych­miast wsu­nęła palec pod węzeł, żeby roze­rwać sznu­rek.

-?Całe wieki to trwało -?skar­żyła się. -?Uwie­rzysz? Dwa tygo­dnie! Dostar­cze­nie ich zajęło dwa pie­przone tygo­dnie!

-?Pew­nie ciężko ci było wytrzy­mać bez porząd­nej pozy­cji o kra­bach, pani.

-?Nawet sobie nie wyobra­żasz!

Rzu­ciła się otwie­rać jedną książkę za drugą. Przy­my­kała przy tym oczy i gła­dziła stro­nice. Choć więk­szość jej skóry była szara, opuszki miała różowe dzięki wsz­cze­powi, który, jak sądzi­łem, musiał je uwraż­li­wić, umoż­li­wia­jąc Anie odczy­ty­wa­nie doty­kiem druku, a cza­sem nawet pisma odręcz­nego. Co też czy­niła przez więk­szość dnia, z zawią­za­nymi oczyma prze­su­wa­jąc pal­cami po kart­kach. "Lepiej ogra­ni­czać bodźce", powie­działa mi kie­dyś. "I nie wycho­dzić. Nad­mierna sty­mu­la­cja pro­wa­dzi do utraty zmy­słów".

Obser­wu­jąc, jak prze­gląda każdą książkę, nie po raz pierw­szy zasta­na­wia­łem się, jak miał­bym stwier­dzić utratę zmy­słów w jej przy­padku. Zakła­da­łem, że dole­gli­wo­ści Any są zwią­zane z mody­fi­ka­cjami, choć ni­gdy nie dowie­dzia­łem się, w jaki spo­sób wzmoc­niono jej umysł.

-?Oooch. -?Pie­ściła książkę o kra­bach zmy­sło­wymi ruchami. -?Tę wydru­ko­wano w kan­to­nie Ratras, roz­po­znaję to po rodzaju wypu­kło­ści. Ich prasy dru­kar­skie zostały skon­stru­owane tak, by dru­ko­wać święte księgi w ich ojczy­stym języku, więc nie­które litery są pochy­lone lekko w lewo... Dzię­kuję ci, Din, że mi je przy­nio­słeś. Powin­nam mieć dzięki nim zaję­cie przez dzień czy dwa.

-?Dzień? -?wyrwało mi się.

-?Och, sądzisz, że nie star­czy na cały? -?Zmar­twiła się.

-?Trudno rzec, pani.

-?Może trzeba było kupić wię­cej, co, Din?

-?Naprawdę trudno rzec.

Chwila peł­nego napię­cia mil­cze­nia.

-?Czy to moż­liwe, Din, że potra­fił­byś zło­żyć zda­nie z wię­cej niż dzie­się­ciu słów?

Zary­zy­ko­wa­łem zer­k­nię­cie w jej jasno­żółte oczy i stłu­mi­łem uśmie­szek.

-?Nie­wy­klu­czone, pani.

-?Ach, jakże podzi­wiam twoją umie­jęt­ność zawar­cia takiej dozy non­sza­lanc­kiej bęcwa­ło­wa­to­ści w zale­d­wie paru syla­bach. Cóż za talent! - Pod­nio­sła się z wes­tchnie­niem i chwiej­nie powę­dro­wała z powro­tem do gabi­netu, gdzie osu­nęła się na fotel.

Podą­ży­łem za nią, ale zatrzy­ma­łem się w progu i sta­ną­łem na bacz­ność. Poto­czyła wzro­kiem po wala­ją­cych się wokół nie­do­koń­czo­nych pro­jek­tach, a na jej twarz z wolna wpełzł wyraz przy­gnę­bie­nia.

-?Jak się tak zasta­no­wię, Din, to cał­kiem moż­liwe, że powoli zaczy­nam tra­cić tu moje cho­lerne zdrowe zmy­sły.

-?Przy­kro mi to sły­szeć, pani.

Wzięła małą harfę situr i zaczęła machi­nal­nie trą­cać jej struny.

-?Głów­nie dla­tego -?pod­jęła -?że w tym nud­nym kan­to­niku zupeł­nie nic się nie dzieje. A książki tu przy­peł­zają, a nie przy­cho­dzą.

Zna­łem te jej nastroje. Naj­pierw pod­nie­ce­nie nowym pomy­słem, nowym zagad­nie­niem, nową zabawką, a potem, po roz­pra­co­wa­niu tegoż, miaż­dżąca melan­cho­lia. Jedy­nym, co poma­gało, było pod­su­nię­cie jej cze­goś nowego.

-?A co do nudy, pani, dzi­siaj rano...

-?Nie­chęt­nie to przy­znaję -?prze­rwała mi -?ale gdy jesteś w pobliżu, wszystko staje się zno­śniej­sze. Jesteś taki ponury, taki poważny, taki nudny, Din, że ścią­gasz mnie sku­tecz­nie na zie­mię.

-?Spró­buję potrak­to­wać to jako kom­ple­ment. Ale dla­tego wła­śnie chcia­łem powie...

-?A twoje sta­no­wi­sko wobec mojej prośby jest na­dal nie­zmienne?

Spoj­rza­łem na nią surowo.

-?A kon­kret­niej, pani?

-?Cho­ler­nie dobrze wiesz, o co mi cho­dzi. -?Pochy­liła się naprzód i wyszcze­rzyła zęby w uśmie­chu. -?Czy w końcu kupisz mi te prze­klęte nastroj­niki? Prze­sta­ła­bym drę­czyć ludzi, gdy­bym je miała!

-?Funk­cjo­na­riu­szom jale­tów impe­rial­nych surowo zabra­nia się kupo­wa­nia i sto­so­wa­nia wsz­cze­pów mody­fi­ku­ją­cych nastrój -?wyre­cy­to­wa­łem bez­na­mięt­nie. -?A ja nie łamię prawa, pani, pra­gnę bowiem zacho­wać sta­no­wi­sko.

-?Tylko parę psy­cho­de­li­ków -?prze­ko­ny­wała. -?Choć jeden dzień bez tej strasz­nej nudy.

-?A czy impe­rialny kodeks postę­po­wa­nia doty­czy rów­nież wsz­cze­pów psy­cho­de­licz­nych? Bo jeśli tak, to znasz moją odpo­wiedź, pani.

Popa­trzyła na mnie, mru­żąc oczy, i szarp­nęła strunę, wydo­by­wa­jąc z situry prze­ni­kliwy dźwięk.

Oho, pomy­śla­łem, no to zaraz się zacznie.

-?Gdy wyko­ny­wa­łam obo­wiązki w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa...

No i się zaczęło.

-?...moi asy­stenci zdo­by­wali dla mnie wszel­kiego rodzaju mate­riały oraz sub­stan­cje! -?dokoń­czyła. -?Bez szem­ra­nia!

-?Jeśli masz ochotę wybrać się do któ­re­goś z han­dla­rzy wsz­cze­pami, możesz to uczy­nić, pani. Nie powtrzy­mam cię.

Łyp­nęła na mnie twardo.

-?Dobrze wiesz, że to nie­moż­liwe.

-?Rozu­miem. Zbyt wiele bodź­ców.

-?Wła­śnie -?syk­nęła przez zęby. -?Na tytań­ską zarazę! Czemu ze wszyst­kich sub­li­mów dostał mi się ten z kijem w dupie?!

-?Hm, w zasa­dzie sama mnie pani wybrała z całej listy chęt­nych.

-?A więc cię odwy­biorę i wezmę kogoś nowego!

-?To mało praw­do­po­dobne, pani. Bio­rąc pod uwagę, że prze­słu­cha­łaś sześć­dzie­się­ciu dwóch funk­cjo­na­riu­szy w Dare­ta­nie, a więk­szość kan­tonu uważa cię za sza­loną, zna­le­zie­nie nowego sub­lima mogłoby być trudne.

Odrzu­ciła siturę na bok. Instru­ment gruch­nął o pod­łogę z głu­chym brzdę­kiem.

-?Ja pier­ni­czę! Ja pier­ni­czę! Jak ja bym chciała znów być w jakimś cywi­li­zo­wa­nym miej­scu!

Czę­sto się o to kłó­ci­li­śmy. Ana utrzy­my­wała, że dotych­czas peł­niła obo­wiązki śled­czej w naj­bo­gat­szych pier­ście­niach w samym sercu Impe­rium Kha­num, a każda z jej pla­có­wek była bar­dziej sza­lona i zde­pra­wo­wana od poprzed­niej. Zdu­mie­wała się wielce za każ­dym razem, gdy tylko się oka­zy­wało, że jakiś nie­le­galny towar czy bar­ba­rzyń­ska aktyw­ność nie były w Dare­ta­nie na wycią­gnię­cie ręki. Uwa­żała, że skoro nie da się ich zdo­być w ciągu godziny, to jest to naj­za­pa­dlej­sza dziura na świe­cie.

Co oczy­wi­ście nasu­wało pyta­nie, z jakiego powodu immu­nisa Ana Dola­bra została przy­dzie­lona aku­rat tutaj, do pla­cówki na Obrze­żach Impe­rium.

Jedyna roz­sądna odpo­wiedź, do jakiej dosze­dłem, brzmiała, że to wygna­nie. Sta­no­wi­sko śled­czej Jurysu kan­tonu Dare­tana jesz­cze pięć mie­sięcy temu w ogóle nie ist­niało. Musieli je wymy­ślić w ramach kary dla niej, zapewne dla­tego, że łatwiej ją było prze­nieść niż zwol­nić.

Wyda­wało się to logiczne, bo choć pra­co­wa­łem dla Any dopiero od czte­rech mie­sięcy, wystar­czyła mi minuta w jej towa­rzy­stwie, aby zorien­to­wać się, że moja zwierzch­niczka posiada wybitny talent do sia­nia zgor­sze­nia. Z łatwo­ścią potra­fi­łem sobie wyobra­zić jakie­goś wysoko posta­wio­nego impe­rial­nego ary­sto­kratę, który zmę­czony jej wysko­kami wyko­pał ją do odle­głego kan­tonu, gdzie przy­dzie­lono jej wakat dla jed­nego asy­stenta, do wyboru spo­śród miej­sco­wych sub­li­mów.

To ja zosta­łem wybrany na jej sub­lima. Posada asy­stenta śled­czej była jedyną, jaką udało mi się zdo­być. Zamie­rza­łem peł­nić służbę pod zwierzch­nic­twem Any i pobie­rać upo­sa­że­nie, dopóki tylko się da. No chyba że Ana zmusi mnie do zro­bie­nia cze­goś tak nie­zgod­nego z pra­wem, że zostanę z miej­sca zwol­niony.

-?Napi­jesz się her­baty, pani? -?zapro­po­no­wa­łem.

-?Nie, Din -?wymam­ro­tała spod ramie­nia, któ­rym zakryła oczy. - Aro­ma­tyczna czy nie, nie chcę żad­nej two­jej cho­ler­nej her­batki.

-?Może wobec tego chcia­ła­byś poroz­ma­wiać o spra­wie, nad którą pra­cu­jemy?

Opu­ściła ramię i przez moment wpa­try­wała się we mnie skon­ster­no­wana. A potem roz­pro­mie­niła się zachwy­cona.

-?Ach! Ten pie­przony trup! Wła­śnie!

-?Wła­śnie. -?Wes­tchną­łem.

-?Gdy dosta­łam wia­do­mość od immu­nisa Irtosa, myśla­łam, że ten kre­tyn nały­kał się jakie­goś tref­nego wsz­czepu czy coś. To by paso­wało do tego zadu­pia. Ale po two­jej minie, Din, poznaję, że jed­nak nie.

-?Nie, pani, jed­nak nie.

-?A więc co w tym takiego cie­ka­wego?

-?Z denata wyro­sła kępa drzew, roz­dzie­ra­jąc go od środka. -?Aż się wzdry­gną­łem. -?W życiu... W życiu nie widzia­łem cze­goś tak kosz­mar­nego, pani.

Ana zamarła i po raz pierw­szy tego dnia pło­mień sza­leń­stwa w jej oczach zgasł.

-?Na nie­biosa, Din -?mruk­nęła. -?Sły­sza­łeś to?

-?Co takiego, pani?

-?Tę emo­cję.

-?Nie rozu­miem?

-?To była naj­sil­niej­sza emo­cja, jaką dotych­czas sły­sza­łam w twoim gło­sie! To dopiero musi być kapi­talna śmierć, skoro prze­ła­mała twoją drę­twą postawę i wywo­łała w tobie tak dziką pasję!

Zawią­zała oczy i uśmiech­nęła się nie­po­ko­jąco dra­pież­nie, uka­zu­jąc zbyt wiele zbyt bia­łych zębów.

-?Opo­wiedz mi wszystko, co wry­łeś w tę swoją małą, śliczną cza­szeczkę! No, Dinio­sie Kolu, dawaj!

Wycią­gną­łem z torby bute­leczkę z ługiem, odkor­ko­wa­łem ją i zacią­gną­łem się zapa­chem. Potem poczu­łem łasko­ta­nie za oczami i zaczą­łem mówić.

Rozdział trzeci

Jeśli cho­dzi o ciało ludz­kie, impe­rialni apo­te­ka­rze pre­fe­ro­wali dwie metody mody­fi­ka­cji. Pierw­szą z nich były wsz­czepy, które wywo­ły­wały poje­dyn­cze zmiany, zapew­nia­jąc obiek­towi krót­ko­trwałe wzmo­że­nie, na przy­kład zwięk­sze­nie wytrzy­ma­ło­ści, popra­wie­nie odpor­no­ści, wyostrze­nie wzroku lub utwar­dze­nie kości. Drugą były nasy­ce­nia, bar­dziej inwa­zyjny spo­sób, który jed­nak, co waż­niej­sze, wywo­ły­wał trwałe zmiany, nie­od­wra­calne i dzie­dziczne, o ile dane nasy­ce­nie nie pozba­wiało zdol­no­ści pro­kre­acyj­nych, a więk­szość z nich miała taki sku­tek.

Ozna­czało to oczy­wi­ście, że Impe­rium posia­dało lep­szych żoł­nie­rzy niż siły wroga. Ale jądro Impe­rium sta­no­wili sub­li­mo­wie, kasta ulep­szo­nych ludzi o wzmoc­nio­nych umy­słach, któ­rzy dzięki swoim umie­jęt­no­ściom pla­no­wali, zarzą­dzali i koor­dy­no­wali dzia­ła­nia licz­nych jale­tów cesar­stwa.

Ist­niały różne rodzaje sub­li­mów: aksjo­mo­wie, któ­rych umy­sły zmo­dy­fi­ko­wano do wyko­ny­wa­nia obli­czeń z nie­osią­galną dla zwy­kłych ludzi bie­gło­ścią; lin­gwo­wie, nasy­ceni tak, by mogli przy­swoić nie­zli­czone języki w mowie i piśmie; topo­so­wie, bez­błędni w poj­mo­wa­niu prze­strzeni, co czy­niło ich feno­me­nal­nymi rysow­ni­kami i kar­to­gra­fami; oraz parę innych, bar­dziej nie­ty­po­wych i rza­dziej spo­ty­ka­nych typów.

Nasy­ce­nia to nic przy­jem­nego. Wiele z nich skra­cało życie o całe lata, jeśli nie dzie­się­cio­le­cia. Mimo to sub­li­mo­wie byli nie­za­stą­pieni. Prze­trwa­nie tego, co każ­dej pory desz­czo­wej nad­cho­dziło z mórz na wscho­dzie, wyma­gało nie­wia­ry­god­nej zmyśl­no­ści i sta­ran­nego pla­no­wa­nia.

Naj­po­trzeb­niejsi sub­li­mo­wie, mne­mo­ry­tow­nicy tacy jak ja, byli nasy­ceni, by pamię­tać wszystko, co zoba­czą, i słu­żyli za żywe zbiory infor­ma­cji. To wła­śnie ulep­sze­nie wyko­rzy­sty­wa­łem, prze­ka­zu­jąc Anie infor­ma­cje zdo­byte na miej­scu zda­rze­nia. Rela­cjo­no­wa­łem każdy frag­ment rze­czy­wi­sto­ści, który widzia­łem, powta­rza­łem każde słowo dokład­nie takim tonem, jakim zostało wypo­wie­dziane. Przez nie­mal cztery godziny prze­ka­zy­wa­łem zwierzch­niczce, co zare­je­stro­wa­łem pod­czas mojego pobytu w rezy­den­cji Hazów.

Skoń­czy­łem po zacho­dzie słońca. Umiesz­czona w rogu latar­nia mai zaczęła się jarzyć, gdy prze­bu­dzone robaczki w jej wnę­trzu roz­po­częły żero­wa­nie na roz­sy­pa­nych na dnie gra­nul­kach, co powo­do­wało reak­cję świetlną. W ciszy roz­le­gło się odle­głe zawo­dze­nie jakie­goś samot­nego ptaka.

Ana zaczerp­nęła gwał­tow­nie powie­trza, jakby prze­bu­dziła się z głę­bo­kiego snu.

-?Dobrze -?powie­działa. -?Bar­dzo dobrze. Mam jed­nak kilka pytań, Din...

Zaczęła mnie wypy­ty­wać o dziwne rze­czy. Ile kro­ków wyko­na­łem, prze­cho­dząc od końca do końca budynku? Czy Gen­na­dios była prawo czy lewo­ręczna? Czy Uxos miał jakieś wyraźne bli­zny na dło­niach? Czy zauwa­ży­łem gdzieś pod ogro­dze­niem posia­dło­ści świeżo wzru­szoną zie­mię? A może wil­gotny ślad na ściółce pode­rwa­nej czy­jąś pode­szwą?

Przy każ­dym pyta­niu czu­łem woń ługu, ten spe­cy­ficzny trze­pot za oczami, a odpo­wie­dzi spły­wały z mojego języka z gra­cją przy­pra­wia­ją­cych o mdło­ści wymio­tów: osiem­dzie­siąt dzie­więć kro­ków; Gen­na­dios trzy­mała na kola­nach dło­nie zaple­cione w taki spo­sób, że prawa znaj­do­wała się na lewej, co wska­zuje na pra­wo­ręcz­ność; Uxos miał dwie cien­kie, jasne bli­zny na knyk­ciu pra­wego kciuka, a choć pozo­stałe knyk­cie były pora­nione, tamte ślady powstały w wyniku pęk­nię­cia zro­go­wa­ceń; i nie, nie widzia­łem wzru­szo­nej ściółki poza skraw­kiem podzio­ba­nym przez drozda.

Po tym Ana mil­czała przez chwilę.

-?Dzię­kuję ci, Din -?rze­kła wresz­cie, mnąc w zadu­mie fałdy sukni. -?Ten ród Hazów... Nic o nim nie wiesz.

-?Wiem, że są bogaci, pani. Posia­dają wiele wło­ści w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa. Ale nic poza tym.

-?Uhm. Są zie­mia­nami. To zna­czy, posia­dają to, co w Impe­rium naj­cen­niej­sze. -?Ręka Any wystrze­liła naprzód, a jej palce zgar­nęły z mojego buta grudkę ziemi. Immu­nisa roz­tarła ją opusz­kami na pył. - Zie­mię. Uprawa roślin, hodowla zwie­rząt oraz pro­duk­cja reagen­tów nie­zbęd­nych do mody­fi­ka­cji impe­rial­nych wyma­gają wiele prze­strzeni. To nie­wy­obra­żalna wręcz praca rolna, która odbywa się za dru­gim i trze­cim murem. Ozna­cza to, że uszy cesar­stwa są bar­dziej wyczu­lone na głosy zie­miań­stwa, co spra­wia, że ci nie­ko­niecz­nie czują się zobo­wią­zani do prze­strze­ga­nia wszyst­kich naszych praw. To znów może być pro­ble­ma­tyczne, gdy są uwi­kłani w takie podej­rzane gówno jak to.

-?Czyż­bym nie speł­nił two­ich ocze­ki­wań w tej spra­wie, pani? - Zanie­po­ko­iłem się nie na żarty.

-?Och nie, nie, spi­sa­łeś się dosko­nale, Din. Wiesz, gdy­bym ja była na twoim miej­scu, to wzię­ła­bym kie­lich do wina tej pier­do­lo­nej och­mi­strzyni i dosy­pała do niego napar­stek sprosz­ko­wa­nego szkła. Ale jak na pierw­sze śledz­two w spra­wie mor­der­stwa pora­dzi­łeś sobie feno­me­nal­nie. Nie każdy prze­pro­wa­dziłby tak dobrze prze­szu­ka­nie posia­dło­ści takich Hazów i prze­słu­cha­nie każ­dego świadka z osobna.

-?Dzię­kuję, pani -?powie­dzia­łem ura­do­wany.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki