Rozdział pierwszy
Z porannej mgły wyłoniło się przede mną ogrodzenie posiadłości: długie,
ciemne i obłe niczym bok jakiegoś morskiego stworzenia wyrzuconego na
brzeg. Szedłem wzdłuż murów, usiłując zignorować łomot serca i spływające po karku strużki potu. Przede mną, gdzieś we mgle, migotało
bladoniebieskie światło, które z każdym krokiem nabierało kształtu, aż
stało się latarnią mai umieszczoną nad przejściem dla służby. Obok,
oparty o ścianę, tkwił umundurowany mężczyzna w lśniącym, stalowym
hełmie. Czekał na mnie.
Princeps obserwował, jak nadchodzę, a im bliżej byłem, tym wyżej unosił
brwi. Gdy się przed nim zatrzymałem, niemalże wpełzły mu we włosy.
Chrząknąłem w sposób, który, jak miałem nadzieję, brzmiał
autorytatywnie.
-?Signum Dinios Kol, asystent śledczej. Przyszedłem w sprawie zwłok.
Princeps zamrugał i zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów, co zajęło
mu chwilę, bo byłem od niego wyższy o głowę.
-?Rozumiem, panie. -?Ukłonił się krótko -?była to jedna czwarta pełnego
ukłonu, może jedna trzecia -?ale nie ruszył z miejsca.
-?Bo macie te zwłoki, tak? -?upewniłem się.
-?Owszem, panie, mamy -?zgodził się nieśpiesznie i spojrzał ponad moim
ramieniem w głąb zasnutej mgłą alejki.
-?Zatem w czym problem?
-?No cóż... hm... -?Znów zerknął w uliczkę za mną. -?Proszę wybaczyć, ale
gdzie jest ta druga osoba?
-?Słucham? -?spytałem. -?Jaka druga osoba?
-?No ta śledcza? Kiedy się zjawi?
Stłumiłem ukłucie niepokoju. Nieraz już odpowiadałem na to pytanie, gdy
zajmowałem się innymi sprawami dla mojej zwierzchniczki, jednak teraz,
ponieważ sytuacja dotyczyła martwego człowieka, sprawa wyglądała
zupełnie inaczej.
-?Śledcza nie może przybyć -?powiedziałem. -?Mam obejrzeć miejsce
zdarzenia, przesłuchać personel i ewentualnych świadków, a potem zdać
jej raport.
-?Śledcza zamierza prowadzić dochodzenie... nie biorąc w nim udziału
osobiście? Czy mogę zapytać dlaczego?
Zlustrowałem mojego rozmówcę. Jego krótka kolczuga lśniła w słabym
świetle, a każde jej kółeczko połyskiwało od skroplonej wilgoci.
Wyglądał bardzo elegancko. Nad klamrę ozdobnego pasa funkcjonariusza
wystawał nieco miękki brzuch -?konsekwencja wczesnego wieku średniego.
Efektem tego samego były pasma siwizny w jego brodzie. Czarne buty
mężczyzny lśniły, a ich cholewki wykończono skórą barwioną wodorostami.
Do standardowego wyposażenia należały jedynie długi miecz w pochwie oraz
ciemnoczerwony płaszcz, oznaka jaletu -?był apotekarzem,
funkcjonariuszem odpowiedzialnym za zarządzanie licznymi organicznymi
modyfikacjami imperialnymi. Resztę ekwipunku musiał kupić sobie sam,
prawdopodobnie za iście bajońską sumę.
Wszystko to wskazywało, że chociaż jako signum przewyższałem go rangą,
stojący przede mną człowiek górował nade mną nie tylko wiekiem i bogactwem, ale i prawdopodobnie widział podczas swojej kariery więcej,
niż potrafiłem sobie wyobrazić. Nic dziwnego, że ktoś taki wyraził
zdziwienie faktem, że śledcza wysłała na miejsce zdarzenia
dwudziestoletniego chłopaka w dziurawych butach.
-?Śledcza zazwyczaj nie bierze osobiście udziału w dochodzeniu,
princepsie -?wyjaśniłem. -?Wysyła mnie, bym ocenił sytuację, i na
podstawie mojego raportu wyciąga stosowne wnioski.
-?Stosowne wnioski -?powtórzył princeps.
-?Właśnie -?potwierdziłem.
Czekałem, aż pozwoli mi wejść do środka, ale on nadal stał w miejscu.
Zacząłem się obawiać, że będę musiał wydać mu rozkaz. Nigdy wcześniej
nie wydawałem bezpośredniego rozkazu urzędnikowi innej instytucji
cesarstwa i niezbyt wiedziałem, jak to się robi.
-?Tak jest -?rzekł w końcu ku mojej uldze i wyjął z kieszeni mały,
brązowy krążek z osadzoną pośrodku szklaną fiolką, z której sączył się
czarny płyn. -?Musisz się, panie, trzymać blisko mnie. Ta brama jest
stara. Bywa kapryśna.
Odwrócił się w stronę wejścia dla służby, zaokrąglonego otworu w gładkiej, czarnej powierzchni ogrodzenia. Drugą stronę przejścia
przesłaniała kurtyna z porośniętych włoskami, żółto-zielonych pnączy.
Gdy princeps się do nich zbliżył, zadrżały dziwnie, niepokojąco, a potem
się rozsunęły, żeby umożliwić nam przejście.
Trzymałem się blisko funkcjonariusza, pochylając głowę, by nie szorować
nią o sklepienie bramy. Pnącza łaskotały mnie w kark. Wydzielały mdlący,
słodkawy zapach. Prawdopodobnie zostały zmodyfikowane, by łaknąć mięsa,
i gdyby princeps nie miał przy sobie swojego "klucza", czyli fiolki z reagentem, roślina sparaliżowałaby nas albo nawet gorzej.
Wyszliśmy na wewnętrzny dziedziniec, gdzie półmrok świtu rozpraszało
migotliwe światło dziesiątek latarni mai zwisających ze stromego dachu
wielkiego domu posadowionego wysoko na wzgórzu. Budowlę opasywała
weranda, a pajęczyna porośniętych ozdobnym mchem sznurów osłaniała okna
posiadłości przed porannym słońcem. Szerokie, drewniane deski podłogi
były lśniące i gładkie, a na wschodnim krańcu znajdowała się wydzielona
część, coś w rodzaju miniaturowego pawilonu herbacianego wyposażonego w miękkie poduchy, tyle że za stolik służyła tu masywna czaszka
zwierzęcia, przycięta tak, by jej szczyt tworzył równy blat. Dość
upiorna ozdoba dla tak pięknego miejsca -?a było to piękne miejsce, z pewnością najpiękniejszy dom, jaki kiedykolwiek widziałem.
Spojrzałem na princepsa, który zauważył moje zdumienie i uśmiechał się
pod nosem. Poprawiłem za mały w ramionach płaszcz Jurysu. Nagle poczułem
się głupio, wciśnięty w to błękitne okrycie, niedopasowane do mojej
sylwetki, ponieważ nie znaleźli odpowiedniego dla mnie rozmiaru.
-?Jak się nazywasz, princepsie? -?zapytałem.
-?Przepraszam, panie, zapomniałem się przedstawić. Otirios.
-?Czy zidentyfikowano ostatecznie ciało zmarłego, Otiriosie? Bo
zrozumiałem, że był z tym pewien problem.
-?Tak sądzimy. Przypuszczamy, że to prefekt Taqtasa Blas z Inżynierii.
-?Sądzicie? -?powtórzyłem. -?Przypuszczacie? A zatem nie jesteście
pewni?
-?Myślałem, że zostaliście poinformowani, że jego śmierć nastąpiła w wyniku modyfikacji. -?Mówiąc to, mój rozmówca uciekł wzrokiem w bok.
-?Owszem.
-?No cóż, modyfikacje mogą utrudnić rozpoznanie ciała. -?Ruszyliśmy
przez drewniany mostek przerzucony nad strumykiem. -?A nawet -?dodał -
uniemożliwić stwierdzenie, czy to jedno ciało. Właśnie po to jesteśmy tu
my, apotekarze.
Wskazał na rozciągającą się przed nami mgłę, z której wyłuskałem
wzrokiem postaci wędrujące po ogrodach. Były odziane w ciemnoczerwone
płaszcze i peleryny, a w rękach trzymały coś na kształt klatek na ptaki,
ale zamiast zwierząt umieszczono w nich delikatne paprocie.
-?Sprawdzamy, czy nie doszło do skażenia -?wyjaśnił Otirios. -?Ale jak
dotąd nie znaleźliśmy nic niepokojącego. Żadna roślina nie zbrązowiała
ani nie uschła. Na terenie posiadłości brak śladów kontaminacji.
Apotekarz zaprowadził mnie do drzwi z papieru paprociowego. Kiedy się
zbliżyliśmy, wydało mi się, że z głębi rezydencji dobiegł mnie
przeciągły dźwięk. Krzyk, pojąłem.
-?Co to? -?zdziwiłem się.
-?Prawdopodobnie służące. To one, cóż, dotarły tu pierwsze. Wciąż są
dość poruszone, jak łatwo się domyślić.
-?Czy to nie stało się już dobrych parę godzin temu?
-?Tak, ale nadal są wzburzone. Zrozumiesz dlaczego, kiedy zobaczysz
ciało.
Wsłuchując się w oszalałe, histeryczne zawodzenia, starałem się zachować
kamienną twarz.
Nakazałem sobie panowanie nad emocjami. Jako funkcjonariusz Jurysu,
imperialnego korpusu zarządzającego trybunałami i odpowiedzialnego za
wymierzanie sprawiedliwości w całym cesarstwie, miałem obowiązek wejść
do tego pięknego domu, nawet jeśli wypełniały go niepokojące odgłosy.
Otirios otworzył drzwi. Krzyki stały się głośniejsze.
Pomyślałem, że godność mojego urzędu wymaga, by moje siki pozostały w ciele, jednak obawiałem się, że jeśli ten raban nie ustanie, może się to
okazać niemożliwe.
Princeps wprowadził mnie do środka.
* * *
Pierwszym, co uderzyło mnie w tym miejscu, była panująca wszędzie
czystość. Nie chodziło o sam brak brudu, smug czy zacieków, ale o sterylność wszystkiego, na czym spoczął mój wzrok. Leżanki były zbyt
gładkie i nieskazitelne, jakby nieużywane, a utkane z jedwabiu
kwadratowe maty na podłodze wyglądały na nietknięte stopą. Całe wnętrze
domu robiło wrażenie tak przytulnego i wygodnego jak skalpel chirurga.
Nie znaczy to, że nie panował w nim przepych. Z sufitu zwisały
miniaturowe drzewka mai, których korony pełniły rolę żyrandoli. Nigdy
nie widziałem czegoś podobnego. Ich zmodyfikowane owoce, wypełnione
robaczkami mai, jarzyły się błękitnym światłem, zalewając pomieszczenia
migotliwym blaskiem. Przemknęło mi przez głowę, że w tym domu kosztowne
musiało być nawet powietrze, i zaraz przekonałem się, że trafiłem w sedno -?w róg każdego pomieszczenia wbudowano wielkie kirpisy, wysokie,
czarne grzyby filtrujące. Ich grzybnie zasysały, a potem wydalały
oczyszczone i schłodzone powietrze.
W głębi domu znów rozległy się wrzaski. Zadrżałem lekko. Nie miało to
nic wspólnego z temperaturą panującą w rezydencji.
-?Zgodnie z poleceniem śledczej zatrzymaliśmy w domu cały personel oraz
świadków -?powiedział Otirios. -?Wnioskuję, że będziesz chciał ich
przesłuchać, panie.
-?Dziękuję, princepsie. Ilu ich jest?
-?Łącznie siedmioro: cztery służące, kucharka, ogrodnik i gospodyni.
-?Kto jest właścicielem posiadłości? Zakładam, że nie prefekt Blas?
-?Nie, panie. Ten dom należy do klanu Hazów. Nie zauważyłeś insygniów? -
Wskazał na mały symbol nad drzwiami wejściowymi, pióro pomiędzy dwoma
drzewami.
Dało mi to do myślenia. Hazowie, jeden z najbogatszych rodów Imperium,
posiadali rozległe terytoria w wewnętrznych pierścieniach. Oszałamiający
luksus tego miejsca nabrał sensu, jednak reszta stała się jeszcze
bardziej niezrozumiała.
-?Hazowie i posiadłość w Daretanie? -?zapytałem, szczerze
zdezorientowany.
-?Nie wiem, panie. -?Otirios wzruszył ramionami. -?Może gdzie indziej
zabrakło im już domów do kupienia.
-?Czy przebywa tu obecnie któryś z członków klanu?
-?Jeśli tak, to cholernie dobrze się ukrywa. Gospodyni powinna wiedzieć
coś więcej.
Podążyliśmy długim korytarzem aż do czarnych drzwi z kamiennego drewna.
W ich pobliżu unosił się słaby zapach słodkawej stęchlizny doprawionej
nutą zjełczenia.
Poczułem szarpnięcie w żołądku i musiałem napomnieć się w duchu, że mam
trzymać wysoko głowę i zachować stoicki wyraz twarzy jak prawdziwy
asystent śledczego. A potem znów zganiłem się w myślach, bo przecież, do
cholery, ja byłem prawdziwym asystentem śledczego.
-?Pracowałeś wcześniej nad sprawami dotyczącymi czyjejś śmierci, panie?
-?zapytał Otirios.
-?A co?
-?Nic, po prostu jestem ciekaw, biorąc pod uwagę naturę tej sprawy.
-?Nie, dotychczas zajmowaliśmy się ze śledczą głównie oszustwami
finansowymi funkcjonariuszy w Daretanie.
-?To nie wy byliście odpowiedzialni za to morderstwo w zeszłym roku?
Pijany wartownik, który zaatakował kogoś na rogatkach?
Poczułem, jak napina mi się skóra na policzku.
-?Urząd śledczego Jurysu został utworzony zaledwie cztery miesiące temu.
-?Ach tak. A w poprzednim miejscu pracowaliście ze śledczą nad sprawami
śmierci?
Mięsień na moim policzku naprężył się jeszcze mocniej.
-?Po przybyciu śledczej zostałem wybrany spośród tutejszych sublimów na
stanowisko jej asystenta. A więc nie.
Krok Otiriosa na mgnienie zmienił rytm.
-?Och? A więc pracujesz dla śledczej Jurysu dopiero od czterech
miesięcy?
-?O co ci chodzi, princepsie? -?zirytowałem się.
I znów ujrzałem igrający na wargach Otiriosa uśmieszek.
-?No cóż, panie, ja osobiście nie chciałbym, żeby właśnie ten przypadek
śmierci był moim pierwszym -?oświadczył i otworzył drzwi.
* * *
Sypialnia dorównywała przestronnością i wspaniałością reszcie
pomieszczeń w rezydencji. Królowało w niej szerokie łoże z miękkiego
mchu, a za przepierzeniem z papieru paprociowego znajdowała się, jak się
domyślałem, przestrzeń łaziebna. Nigdy nie widziałem niszy kąpielowej
wewnątrz budynku, ale słyszałem o nich. W jednym rogu pokoju wisiała
latarnia mai, a w drugim, naprzeciwko, stał kirpis. Obok dostrzegłem dwa
kufry oraz skórzaną torbę, zapewne zawierające dobytek prefekta Blasa.
Jednakże to kępa liściastych drzew pośrodku stanowiła najniezwyklejszy
element w tym pomieszczeniu. Najniezwyklejszy, ponieważ wyrastała z człowieka.
A raczej przerastała przez jego ciało.
Zwłoki tkwiły zawieszone pośrodku komnaty, przeszyte smukłymi pniami,
ale zgodnie z zapowiedzią Otiriosa początkowo trudno było dostrzec w nich ludzkie ciało. Widoczne w gęstwinie fragmenty tułowia oraz lewej
nogi zdawały się należeć do mężczyzny w średnim wieku, ubranego w purpurowe barwy Imperialnego Jaletu Inżynieryjnego. Brakowało mu prawego
ramienia, a prawą nogę pochłonęło kłębowisko korzeni wgryzających się w posadzkę z kamiennego drewna.
Po chwili wpatrywania się w skołtunioną masę zaczęło mi się wydawać, że
dostrzegam w niej różowawy guzek kości udowej.
Spojrzałem w dół. Na podłodze wokół drzewa rozlała się ogromna kałuża
krwi, gładka i połyskliwa jak lustro z czarnego szkła.
Poczułem podrygi w żołądku, zupełnie jakby ożył w nim węgorz, który
usiłował się wydostać na zewnątrz.
Zmusiłem się do skupienia i wzięcia oddechu. Pozostania powściągliwym i opanowanym. To teraz była moja praca, zapewniająca mi utrzymanie.
-?Można bezpiecznie podejść, panie -?zachęcił mnie Otirios trochę nazbyt
radośnie. -?Sprawdziliśmy całe pomieszczenie. Bez obaw.
Zbliżyłem się do zarośli, które okazały się nie skupiskiem cienkich
drzewek, a kępą trawy o długich, elastycznych łodygach, podobnej do
strzelisłomki, pustej, zdrewniałej rośliny, z której robiono rury i rusztowania. Wyglądało na to, że łodygi wyłoniały się spomiędzy barku i szyi Blasa. Dostrzegłszy zaplątane w nie kręgi, musiałem stłumić kolejną
falę mdłości.
Najbardziej niezwykła była twarz prefekta. Zdawało się, że gdy pędy
przebiły tors, rozgałęziły się, a jedna z odrośli przeszyła czaszkę, co
przekrzywiło głowę Blasa pod upiornym kątem. Następnie roślina owinęła
się powyżej jego górnej szczęki, pożerając twarz, nos i uszy. Z głowy
zmarłego pozostała tylko obwisła w niemym krzyku żuchwa, a ponad nią z pofałdowanej kory wyłaniał się łuk zębów i podniebienia.
Przypatrzyłem się podbródkowi zmarłego. Znaczyły go cień szarawego
zarostu i ledwie widoczna blizna po jakimś wypadku lub bójce. Spojrzałem
na pozostałe części ciała. Lewą rękę porastały jasnobrązowe włoski, a skóra na palcach była pokryta odciskami i spękana od ciężkiej pracy.
Spodnie tak mocno przesiąkły krwią, że zebrała się ona w bucie,
wypełniając go niczym opiwino kielich.
Poczułem, że na włosy spadła mi jakaś kropla, i zadarłem głowę. Pędy
przebiły dach domu, a mgła powoli wpływała do środka.
-?Łodygi wystają jakieś dziesięć spanów ponad dach, jeśli chciałbyś
wiedzieć, panie -?poinformował mnie Otirios. -?Przebiły się przez grube
na cztery spany pokrycie jak przez rybi tłuszcz. Niezła siła wzrostu.
Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
-?Jak długo to trwało? -?zapytałem ochryple.
-?Niecałe pięć minut. Tak twierdzi służba. Dom tak się trząsł, że
myśleli, że to trzęsienie ziemi.
-?Czy apotekarze dysponują czymś, co mogłoby spowodować coś takiego?
-?Nie, panie. Owszem, Jalet Apotekarski posiada wszczepy i nasycenia
modyfikujące wzrost roślin, które mogą na przykład skrócić dojrzewanie
zboża do jednej czwartej cyklu rozwojowego bądź wpłynąć na plony,
zwiększając trzy- lub czterokrotnie gabaryty owoców. Nigdy jednak nie
stworzyliśmy substancji, która umożliwiłaby osiągnięcie pełnej
dojrzałości rośliny w kilka minut. Nie mówiąc o takiej, która
pobudziłaby jej wzrost we wnętrzu człowieka.
-?Czy mamy powód przypuszczać, że śmierć Blasa jest wynikiem celowego
działania?
-?Trudno powiedzieć. Ale inżynier dużo podróżował, więc może przypadkowo
coś połknął albo uległ skażeniu. Nie jesteśmy w stanie tego stwierdzić.
-?Czy odwiedzał jeszcze kogoś? Albo zetknął się z innym zainfekowanym
urzędnikiem lub funkcjonariuszem cesarskim?
-?Nic na to nie wskazuje. Z tego, co wiemy, przybył tu prosto z sąsiedniego kantonu, nie spotkawszy się z nikim po drodze.
-?Czy kiedykolwiek odnotowano podobne skażenie?
Otirios wydął pogardliwie wargi.
-?Cóż, kontaminacje występują w całym cesarstwie. Dziczejące wszczepy,
wypaczone nasycenia, samoistne modyfikacje... Każdy przypadek jest inny.
Musiałbym to sprawdzić.
-?Jednak jeśli to skażenie, to powinno się rozprzestrzeniać, czyż nie?
-?Taka jest natura skażeń, panie.
-?A więc jak to możliwe, że dotknęło tylko jednego człowieka i nikogo
więcej?
-?Trudno w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie -?przyznał Otirios. -
Obecnie sprawdzamy poczynania Blasa. Wiemy, że przeprowadzał lustrację
zewnętrznych kantonów, w tym murów morskich, dokonując oględzin
konstrukcji. -?Princeps zawahał się i urwał. -?Niedługo pora deszczowa.
Skinąłem z kamienną twarzą. Nadciągająca pora deszczowa ciążyła nad
zewnętrznymi kantonami, tak nieuchronna, że usiłowanie zignorowania tego
byłoby równie skuteczne, jak próba zapomnienia o istnieniu słońca.
-?I nikt nie przebywał w tym pomieszczeniu, zanim nie wszedł do niego
Blas? -?zapytałem. -?Nikt nic nie dotykał?
-?Naturalnie wchodziła tu służba. Musimy polegać na jej zeznaniach.
-?Żadnych oznak wskazujących na próbę włamania do posiadłości?
-?Nie, panie. To miejsce posiada więcej zabezpieczeń niż samo Cesarskie
Sanktuarium. Nawet żeby się tu zbliżyć, trzeba posiadać klucze
reagentowe.
Zastanowiłem się nad tym, przypominając sobie liczbę okien i drzwi w domu.
-?Byłoby dobrze, gdyby udało ci się to wyjaśnić -?odezwał się Otirios.
-?Słucham?
-?Doskonała sprawa, żeby wypłynąć. -?Jego kolejny uśmieszek miał odcień
okrucieństwa. -?Bo przecież tego pragniesz? Awansu. To chyba cel każdego
funkcjonariusza?
-?Moim celem jest należyte wypełnianie obowiązków -?odparłem.
-?Ależ oczywiście.
Popatrzyłem na niego przeciągle.
-?Zostaw mnie na chwilę samego, princepsie -?poprosiłem. -?Muszę wyryć
to miejsce w pamięci.
* * *
Otirios zostawił mnie przy zmasakrowanych przez drzewo zwłokach i zamknął za sobą drzwi. Otworzyłem torbę mnemorytownika, którą zawsze
nosiłem przy sobie. Wewnątrz znajdowały się rzędy zakorkowanych
buteleczek zawierających po kilka kropel różnorakich płynów; niektóre
były bladopomarańczowe, inne jasnozielone. Wydobyłem jedną, odkorkowałem
ją i przyłożywszy do nosa, zaciągnąłem się mocno jej zawartością.
Ostry zapach ługu wypełnił moje nozdrza i wycisnął mi łzy z oczu.
Wciągnąłem woń jeszcze raz, by pozostała wyraźna w mojej głowie. Potem
zamknąłem oczy i zaczerpnąłem tchu.
Poczułem za oczami trzepot czy łaskotanie, jakby moją czaszkę wypełniła
woda, w której kotłowały się małe rybki. Przywołałem wspomnienie. W uszach zaszemrał mi głos mojej zwierzchniczki:
-?Kiedy dotrzesz na miejsce zdarzenia, Din, dokładnie je obejrzyj.
Sprawdź wyjścia i wejścia. Przypatrz się wszystkiemu, czego mógł dotykać
nieboszczyk. Myśl o zakamarkach, miejscach łatwych do przeoczenia, do
pominięcia, o których wyczyszczeniu służba mogła nie pomyśleć.
Otworzyłem oczy, potoczyłem spojrzeniem po pomieszczeniu i skoncentrowałem się pilnie. Woń ługu nadal kłębiła mi się w czaszce.
Studiowałem ściany, podłogę, ustawienie każdego mebla, układ każdego
przedmiotu, linię każdego cienia, fałdę każdego koca -?a dzięki
skupieniu uwagi wszystkie te obrazy wryły mi się w pamięć.
Niebiańskie Cesarstwo Khanum dawno temu udoskonaliło sztukę
kształtowania życia, formowania korzenia i gałęzi, ciała i kości. Tak
jak grzyb kirpis został zmodyfikowany, by oczyszczać i chłodzić
powietrze, tak ja jako cesarski mnemorytownik zostałem ukształtowany, by
na zawsze pamiętać wszystko, czego doświadczałem w każdej chwili.
Patrzyłem i patrzyłem, od czasu do czasu wąchając trzymaną w dłoni
fiolkę. Rytownicy zapamiętywali każdy widok, ale późniejsze
przywoływanie tych wspomnień stanowiło zupełnie inną kwestię. Zapach
wykorzystywano jako wskazówkę: podobnie jak zwyczajni ludzie rytownicy
kojarzyli wspomnienia z wonią, więc później, kiedy szedłem z raportem do
zwierzchniczki, otwierałem tę samą fiolkę, wypełniałem czaszkę tymi
samymi oparami i używałem zapachu jako bramy wiodącej do zbioru przeżyć.
Dlatego też niektórzy nazywali rytowników "wąchaczami szkła".
Kiedy skończyłem z pokojem, podszedłem do kępy i przyjrzałem się pędom,
mrużąc oczy. Obszedłem roślinę. Na jednej z łodyg zauważyłem biały kwiat
-?samotny, delikatny, ale jednak kwiat.
Zbliżyłem się do niego, uważając, żeby nie wdepnąć w kałużę krwi, i obejrzałem go uważnie. Wydzielał mdły zapach, który kojarzył mi się z wymiocinami po nadużyciu opiwina. Na błyszczących fioletem wewnętrznych
płatkach żółciły się plamki, a ciemne pręciki były skręcone. Mały,
paskudny kwiatek.
Następnie wydobyłem z bagaży wszystkie rzeczy Blasa i ułożyłem je przed
sobą: sakiewkę z talintami, mały nóż, kilka koszul, kaftanów i spodni
oraz pas. Do tego pochwę z mieczem imperialnym o ozdobnym jelcu, lekką
kolczugę, zabraną przez prefekta prawdopodobnie na wypadek jakiejś
nieprzewidzianej sytuacji -?w końcu zbroję bojową trudno byłoby dźwigać
w bagażu -?a na koniec mały słoiczek z olejkiem.
Powąchałem jego zawartość. Aromat przebił panujący w tym miejscu smród.
Przyprawy korzenne, liście oranżu, grzane wino, może kadzidło.
Przymknąłem powieki, szukając w pamięci podobnego zapachu -?i go
odnalazłem.
Było to ponad rok temu. Leonie, moja przyjaciółka, podsunęła mi pod nos
mały słoiczek.
-?Olejki terapeutyczne. Do masażu i innych rzeczy. Żadna taniocha! -
powiedziała wtedy.
Jednak naczynie Blasa było o wiele bardziej wyszukane niż tamto.
Obróciłem je w dłoni, a potem wsunąłem z powrotem do torby. Robiąc to,
zauważyłem coś, co wcześniej przeoczyłem: mały notes.
Serce mi zamarło. Wyjąłem książeczkę i ją przewertowałem. Kartki
pokrywało drobne pismo, które byłoby ledwo czytelne dla większości
ludzi. Drobne literki tańczyły i podrygiwały mi przed oczyma.
Wiedziałem, że będę miał ogromne trudności z ich odczytaniem.
Spojrzałem przez ramię na zamknięte drzwi. Słyszałem głos Otiriosa w korytarzu. Skrzywiłem się i schowałem notes do kieszeni. Zabieranie
dowodów z miejsca zdarzenia to poważne naruszenie zasad, ale ja miałem
własny sposób na czytanie. Nie mogłem go wykorzystać tutaj.
Zajmę się tym później, powiedziałem sobie. A potem odłożymy notes na
miejsce.
Następnie sprawdziłem pomieszczenie łaziebne.
Był to niewielki pokój, w którym znajdowała się balia z kamiennego
drewna. Nad nią umieszczone było okienko, zbyt małe, aby ktokolwiek mógł
przez nie wejść. Mimo to zanotowałem w duchu, żeby później zbadać trawę
pod nim.
Spojrzałem na wiszące na ścianie lustro z polerowanego brązu i postukałem w nie, by się upewnić, że przylega do ściany. Przyjrzałem się
rurom z łodyg strzelisłomki, po czym odsunąłem się, a potem powiodłem
wzrokiem po ścianach i suficie, rozmyślając, w jaki sposób rury
doprowadzają do balii gorącą wodę z odległego zbiornika. Uznałem, że to
prawdziwy cud, epokowy wynalazek.
Zerknąłem przelotnie przez ramię, a potem odwróciłem się, żeby
sprawdzić, czy dobrze widzę. Wzdłuż górnej krawędzi papierowego
przepierzenia tu i ówdzie ciemniły się małe, czarne plamki -?wykwity
pleśni.
Nigdy nie widziałem, żeby na ściankach z papieru paprociowego pojawiła
się pleśń. A już na pewno nie spodziewałem się znaleźć jej tutaj, na tak
czystych i świetnie zakonserwowanych białych ścianach. Mieszkańcy
obrzeży cesarstwa powszechnie stosowali ten papier jako budulec właśnie
ze względu na jego odporność na pleśń i grzyb, a także lekkość, ponieważ
kiedy ściany waliły się podczas trzęsień ziemi, lepiej było, żeby były z papieru niż z kamienia.
Przyjrzałem się uważnie pleśni i ponownie powąchałem fiolkę z ługiem, by
łatwo przypomnieć sobie ten widok. Jeszcze raz spojrzałem na trupa,
półczłowieka zastygłego w agonalnym krzyku. Kropla wody spadła przez
dziurę w dachu na krawędź buta Blasa, a po cholewce spłynęła czerwona
strużka, która powiększyła nieco jeziorko krwi na posadzce.
Mój żołądek znów boleśnie dał o sobie znać. Obróciłem głowę i spojrzałem
w brązowe zwierciadło. Zamarłem. Z gładkiej tafli wpatrywało się we mnie
oblicze.
Twarz w lustrze należała do bardzo młodego mężczyzny. Spod gęstej,
czarnej czupryny wyglądały zatroskane, ciemne oczy okolone skórą o lekko
szarawym odcieniu, typowym dla osoby poddanej znaczącym modyfikacjom.
Delikatnie zarysowany podbródek, długi nos -?regularne rysy, ani męskie,
ani surowe, ani przystojne. Po prostu ładne, co wyglądało nieco dziwnie
u osoby słusznych gabarytów.
Twarz ta nie pasowała do asystenta śledczego Jurysu. Nie pasowała do
kogoś, kto miał prawo stać w tym miejscu, co najwyżej do chłopca
bawiącego się w przebieranki i besztającego przedstawiciela władzy.
Chłopca, któremu nigdy nawet się nie śniło, że będzie rozstawiać po
kątach kogoś takiego.
Co stałoby się temu młodemu mężczyźnie, gdyby ktoś odkrył, jak dokładnie
udało mu się dostać obecne stanowisko?
Mój żołądek skręcał się, podskakiwał, tańczył. Podbiegłem do okienka w pomieszczeniu łaziebnym, wychyliłem się i zwymiotowałem na trawę
poniżej.
-?Niech to szlag! -?usłyszałem i sapiąc po wysiłku, spojrzałem w dół.
Dwóch funkcjonariuszy Apoteki stało w ogrodzie. Gapili się na mnie z nieskrywanym oburzeniem.
-?Niech to... -?stęknął jeden z nich.
-?Cholera -?warknąłem. Cofnąłem się do środka i zatrzasnąłem okno.
* * *
Z braku chusteczki otarłem usta podszewką płaszcza. Potem powąchałem
plamę i przełknąłem trzy, cztery, pięć razy, usiłując zatrzymać w sobie
kwaśny posmak i zapach. Ominąwszy ostrożnie kałużę krwi, podszedłem do
drzwi sypialni i je otworzyłem, żeby wyjść. Przystanąłem jednak w progu.
Dobiegł mnie głos Otiriosa rozmawiającego z innym funkcjonariuszem
Apoteki:
-?...mikry, nadęty kutas, ledwo co pozbył się mleka spod nosa -?mówił
princeps. -?To chyba o nim słyszałem od innych sublimów. Ponoć
najgłupszy z nich, już ze sto razy omal nie wyleciał. Nie mogę uwierzyć,
że pracuje dla śled...
Ruszyłem w stronę głosów.
-?Princepsie.
Gdy wyłoniłem się zza zakrętu, Otirios niezgrabnie stanął na baczność.
-?T-tak, panie?
-?Zanim porozmawiam ze świadkami, zamierzam obejrzeć dom i teren wokół
niego -?oznajmiłem. -?W tym czasie proszę umieścić świadków w osobnych
pomieszczeniach i dopilnować, żeby nie mogli się porozumiewać. Niech
wasi funkcjonariusze pilnują również wszystkich wyjść, na wypadek gdyby
ktoś jednak posiadał niezarejestrowany klucz reagentowy i usiłował
dostać się do posiadłości lub ją opuścić.
Otirios zbladł, wyraźnie niezadowolony z perspektywy zarządzania liczną
grupą przez tak długi czas. Otworzył usta, by zaprotestować, po czym
zamknął je niechętnie.
-?I jeszcze jedno, princepsie. -?Uśmiechnąłem się do niego szeroko. -
Niezmiernie doceniam pańskie wsparcie.
Odchodząc, nie przestawałem się szczerzyć. Nigdy dotąd nie wydałem
podobnego rozkazu, ale bardzo mi się to spodobało. Nie mogłem co prawda
zganić Otiriosa, gdyż należał do innego jaletu, osobnej jednostki
administracyjnej, ale mogłem przydzielić mu gówniane zadanie, przy
którym utknie na dłuższy czas.
Wędrowałem po rezydencji, od czasu do czasu wąchając fiolkę. Sprawdzałem
każdy korytarz i każde pomieszczenie. Niezmiennie natykałem się na
insygnia rodu Hazów -?pióro pomiędzy drzewami.
Hazów z pewnością stać było na kirpisy w każdym większym pomieszczeniu,
jednak ten przy kuchni w zachodnim końcu budynku zwiądł i usechł.
Zanotowałem ów fakt, po czym ruszyłem dalej, starannie sprawdzając okna
i drzwi. Zauważyłem, że większość z nich wykonano z papieru
paprociowego. Wszystkie były śnieżnobiałe i prawdopodobnie warte więcej
niż moja miesięczna pensja.
Przeszedłem przez kuchnię i wtedy zauważyłem coś pod piecem: plamkę
krwi. Dotknąłem jej delikatnie. Wciąż była wilgotna i ciemna. Oczywiście
krew w kuchni to nic nadzwyczajnego, ale wyryłem sobie ten obrazek w pamięci. Następnie wyszedłem na zewnątrz.
Ogrody urządzono z pietyzmem i smakiem. Zaprojektowano je tak, by ich
teren przecinały strumyki, nad którymi w malowniczych miejscach
przerzucono urokliwe mostki. Widoki jak z bajek o wróżkach dla dzieci, a mimo to, wędrując ścieżkami i kiwając głową wciąż szukającym skażenia
apotekarzom, nie znalazłem nic ciekawego.
W końcu dotarłem do miejsca, gdzie zwymiotowałem przez okno, i sprawdziłem, czy w trawie nie kryją się ślady drabiny lub czegoś
podobnego. Również i tu nic nie znalazłem.
Na koniec zostawiłem sobie domek dozorcy. Uroczy jak wszystko wokół,
został zbudowany z paneli paprociowych. Na półkach zieleniły się
maleńkie roślinki, które dozorca najwyraźniej rozmnażał. Do tego
kolorowe kwiatki -?niektóre świeże, inne już więdnące. W chatce
znajdował się całkiem spory gliniany piec. Zajrzałem do środka i na jego
dnie zauważyłem popiół, a gdy dotknąłem cegły, odkryłem, że jest jeszcze
lekko ciepła, jakby węgle tliły się przez noc.
Ponownie obszedłem ogrody, aby sprawdzić, czy zobaczyłem wszystko, co
było do zobaczenia. Następnie rozejrzałem się i upewniłem, że jestem
sam. Potem wyciągnąłem z kieszeni notes Blasa.
Otworzyłem go, przymrużyłem oczy, wpatrując się w roztańczone słowa, i zacząłem czytać na głos.
-?S-segment muru... 3C -?mamrotałem. -?D-data inspekcji: czwarty egina...
d-dwie t-tony piasku, dwie tony gliny...
Czytałem mozolnie, zacinając się na drobnych literkach i słuchając
własnego głosu. Miałem duże problemy z lekturą i zapamiętywaniem tekstu,
ale jeśli odczytywałem go na głos i słuchałem słów, mogłem je zapisać w pamięci, podobnie jak wszystko inne, co słyszałem.
Zapoznałem się z wszystkim tak szybko, jak zdołałem. Był to głównie
zapis z inspekcji prefekta z wpisami takimi jak: "ck. 6 do 8 egina,
mosty Paytas?z w północnej części kantonu Tala -?wszystkie przejezdne"
itd. Najwyraźniej w miesiącu egin, ponad cztery tygodnie temu, Blas był
bardzo zajęty. Nie miałem pojęcia, czy w zapiskach znajdowało się coś
istotnego, ale jako mnemorytownik miałem obowiązek wyryć wszystko w pamięci.
Skończywszy zapamiętywać notes, ruszyłem w stronę domu, po drodze
pokonując kolejne mostki. Nigdy wcześniej nie przesłuchiwałem świadków w sprawie czyjejś śmierci, a już na pewno nie służbę szlacheckiego rodu.
Zastanawiałem się, jak zacząć.
W jednym ze strumieni wychwyciłem swoje odbicie, poszarpane i rozmyte
przez nurt. Przystanąłem na mostku.
Nie spieprzmy tego, dobra? -?przykazałem swojej falującej twarzy.
Pokonawszy ostatnią kładkę, wróciłem do domu.
* * *
Jako pierwsze przycisnąłem dziewki służebne, ponieważ to one miały
dostęp do pokoju Blasa. Zacząłem od rozhisteryzowanej chudzinki o wąskich ramionach i cienkich nadgarstkach. Trudno mi było sobie
wyobrazić, jak ktoś o tak nikłej posturze nosił góry naczyń po tych
długich korytarzach. To ona przybiegła, usłyszawszy krzyki Blasa.
Powiedziała, że jego wołania o pomoc rozległy się o ósmej rano, tuż
przed śniadaniem.
-?Wołał o pomoc? -?upewniłem się.
Skinęła, a łza, która spłynęła jej po policzku, zawisła niepewnie w zagłębieniu przy skrzydełku nosa.
-?Mówił, że... że boli go za mostkiem. Że ciężko mu złapać oddech.
Schodził na śniadanie, ale zawrócił z drogi do pokoju. Weszłam tam;
chciałam, żeby się położył na podłodze, a wtedy... wtedy...
Pochyliła głowę, a niezdecydowana łza spłynęła jej po wardze. Potem
rozpłakała się na dobre.
-?Prze-przepraszam. -?Łkała, bezskutecznie starając się opanować. -
Z-zapomniałam zapytać. Napije się p-pan h-herbaty?
-?Ach, nie, bardzo dziękuję.
Nie wiem dlaczego, ale moja odmowa wywołała w niej kolejną falę
szlochów. Odczekałem, aż się uspokoi, a ponieważ nie przestawała płakać,
pozwoliłem jej odejść.
Zawołałem następną osobę, starszą służącą. Ephinas usiadła powoli.
Poruszała się ostrożnie, z namysłem, jak ktoś nawykły do tego, że jest
stale obserwowany. Potwierdziła wersję pierwszej służącej. Blas przybył
późnym wieczorem, wziął kąpiel i poszedł spać. Wszystko wydawało się
zupełnie normalne aż do rana, kiedy zaczął wołać o pomoc. To nie Ephinas
do niego poszła, więc nie wiedziała nic więcej. Ożywiła się jednak, gdy
zapytałem, czy Blas zatrzymywał się tu wcześniej.
-?Tak. -?Pokiwała głową. -?Państwo często pozwalali mu tu nocować.
Dobrze się znali.
-?Czy ten pobyt różnił się od poprzednich? -?zapytałem. -?O ile się
różnił.
-?No tak -?przytaknęła po chwili wahania.
-?W jaki sposób?
Znów wahanie.
-?Tym razem zostawił nas w spokoju -?wyznała cicho. -?Może po prostu nie
zdążył nic zrobić.
Kaszlnąłem i zaciągnąłem się wonią z fiolki, licząc, że nie zauważy, jak
się rumienię.
-?Powiedz mi o tym coś więcej, proszę.
Powiedziała. Z jej słów wynikało, że Blas był wstrętnym sukinsynem,
który dobierał się do służących, gdy tylko udało mu się je zdybać na
osobności. Ephinas nie wiedziała na pewno, czy któraś z dziewcząt
odwzajemniła jego zainteresowanie, ale w to wątpiła, choć wszystkie
traktował tak samo.
-?Co było powodem jego wizyty tutaj? -?zapytałem.
Spuściła wzrok.
-?Jest przyjacielem państwa Hazów.
-?Przyjacielem... I to wszystko? To jedyny powód, dla którego tu
przyjechał?
-?Tak.
-?Czy to nie dziwne, że gość nocuje w domu podczas nieobecności
gospodarzy?
Zerknęła na mnie lekceważąco, a potem zmierzyła wzrokiem moje ciało,
zatrzymując się dłużej na tanich butach i przyciasnym płaszczu.
-?Wśród arystokracji to nic niezwykłego.
Najwyraźniej nawet służący uważali się za bardziej światowych ode mnie.
No cóż, pewnie mieli rację.
Zadałem jej jeszcze kilka pytań, ale im dłużej ją wypytywałem, tym
oszczędniejszych udzielała odpowiedzi, coraz bardziej zamykając się w sobie. Zanotowałem to w myślach i kontynuowałem przesłuchania następnych
służących.
Zapytałem pozostałe dziewczęta o awanse Blasa. Wszystkie potwierdziły,
że je napastował, ale powiedziały także, że jedyny kontakt z nim miały
podczas tych nieprzyjemnych chwil. Żadna nie miała do dodania nic
więcej.
-?Nie słyszałam ani nie widziałam nic szczególnego przed jego śmiercią -
stwierdziła ostatnia kategorycznie. Była odważniejsza, głośniejsza i gniewniejsza od pozostałych. Zdecydowanie mniej skora znosić w milczeniu
przykrości, jakie bywają udziałem służby. -?Na pewno nie w nocy.
-?Jesteś pewna?
-?Na pewno -?potwierdziła. -?Prawie nie spałam tej nocy.
-?O? Dlaczego?
-?Było mi gorąco. Strasznie gorąco.
Zastanowiło mnie to.
-?Śpisz w pobliżu kuchni?
-?Tak, a co?
-?Ponieważ tamtejszy kirpis więdnie. Może dlatego było tak gorąco?
-?Kolejny zamiera? -?Zdawała się zaskoczona.
-?A to nie pierwszy?
-?Są bardzo wrażliwe na nadmiar wody. Jak mają zbyt mokro, więdną i zdychają.
-?Mokro? W jakim sensie?
-?W każdym. Za dużo deszczu, za duża wilgoć... Wystarczy zostawić w pobliżu grzyba otwarte okno czy drzwi i od razu zaczyna chorować.
Szczególnie teraz, gdy zbliża się pora deszczowa. Kirpisy są kapryśne
jak cholera.
Odchyliłem się na oparcie i skupiłem mocno. Poczułem trzepotanie na
obrzeżach świadomości, po czym przywołałem obrazy z przeszukania domu.
Każde pomieszczenie pojawiało się w mojej pamięci jasno i wyraźnie
niczym mucha uwięziona w kropli miodu. Nie widziałem żadnych otwartych
okien ani drzwi. Co więc mogło spowodować więdnięcie kirpisów?
-?Czy ty albo ktoś inny zamykał jakieś okno lub drzwi po śmierci Blasa?
Spojrzała na mnie niepewnie.
-?Po tym, co zobaczyliśmy, panie, ledwie mogliśmy ustać na nogach, o pracy nie wspominając.
Uznałem to za zaprzeczenie, czyli że nie, nie zamykali żadnych drzwi ani
okien, a potem kontynuowałem przepytywanie.
* * *
Gdy skończyłem ze służącymi, zabrałem się ostro za przesłuchiwanie
kucharki. Pytanie o ślady krwi w kuchni nie wywarło na niej żadnego
wrażenia.
-?A jak myślisz, panie, skąd mogła się wziąć krew w kuchni? -
zripostowała.
-?Zraniłaś się?
-?Nie, oczywiście, że nie. Jestem na to za stara i zbyt doświadczona. I zbyt dobra. Jeśli była tam jakaś krew, to pewnie z tego lardacza, co mu
go robiłam na śniadanie. Tego, którego nie zjadł.
-?Ryba? Na śniadanie? -?Skrzywiłem się z niesmakiem.
-?Lubił lardacze -?odparła. -?Podobno trudno o nie tam, gdzie pracował,
przy murach. -?Nachyliła się w moją stronę. -?Jak dla mnie to ten cały
Blas przywlókł coś stamtąd, spod murów morskich. Jakiegoś pasożyta albo
inne świństwo. Jak sobie pomyślę, co za tałatajstwo tam żyje... No
przecież po coś te mury postawili. Sanktuarium jedno wie, jakie
dziwactwa można stamtąd przywlec!
-?Nic się tu nie przedostanie. Od tego są właśnie te mury.
-?Tak? Ale kilka lat temu zrobił się wyłom -?powiedziała zachwycona, że
może podzielić się taką okropnością. -?Jeden z tych potworów się
przedostał i zdążył zniszczyć miasto na południe stąd, zanim Legion go
zabił. Teraz drzewa, które tam rosną, zaczęły kwitnąć, chociaż nigdy
wcześniej tego nie robiły. Bo te drzewa po prostu nie kwitną.
-?Jeśli można, chciałbym wrócić do wydarzeń z zeszłej nocy...
-?Wydarzeń! -?Prychnęła drwiąco. -?Gość się skaził i tyle. O czym tu
więcej mówić?
Przycisnąłem ją mocniej, ale nie powiedziała mi już nic ciekawego, więc
pozwoliłem jej odejść.
* * *
Potem wziąłem w krzyżowy ogień pytań ogrodnika Uxosa. Okazało się, że
nie tylko dozoruje posiadłość, ale wykonuje też różne dziwne prace przy
domu, naprawia ściany i drzwi z papieru paprociowego. Był bardzo
zahukany i chyba za stary na dozorcę. Wydawał się przerażony na samą
myśl o naprawach zniszczeń dokonanych przez roślinę w sypialni.
-?Nie wiem nawet, co to za drzewo -?poskarżył się. -?W życiu czegoś
takiego nie widziałem.
-?Zakwitło -?powiedziałem. -?Wypuściło mały, biały kwiatek. -?Opisałem
fioletowo-żółte wewnętrzne płatki i mdlący, słodkawy zapach. Pokręcił
głową.
-?Nie, nie kojarzę takiego kwiatka. Ani drzewa. Nic o nim nie wiem.
Gdy zapytałem go o kirpis, powtórzył to, co mówiła służąca: że takie
rośliny więdną od nadmiaru wody. Nie wiedział, w jaki dokładnie sposób
stało się to w tym wypadku.
-?Może ktoś go przelał? -?zasugerował. -?Albo wylał do niego napitek? To
kosztowne grzyby, ale czasem tak się zdarza. Są bardzo wymagające w pielęgnacji. Chłodzenie powietrza to skomplikowany proces. Do tego na
korzeniach rosną im takie czarne owoce, które trzeba wybierać...
W końcu zadałem mu też pytanie o piec w chatce i popiół na ruszcie.
-?Oczyszczam narzędzia ogniem -?wyjaśnił. -?Niektóre rośliny są bardzo
delikatne i łatwo zarażają się grzybami jedna od drugiej. Dlatego
wkładam sprzęt w ogień, żeby go oczyścić.
-?Nie ma do tego specjalnych płynów? Jakiegoś mydła czy czegoś innego do
oczyszczania narzędzi?
-?To kosztowne. Ogień jest tani.
-?Hazowie chyba nie dbają za bardzo o wydatki?
-?Patrzą na pieniądze, oj, patrzą. Jak człowiek dużo kosztuje, to go
zwalniają. A ja bardzo się staram być tani. Nie chcę odchodzić.
Zauważyłem troskę w jego oczach. Wiedział, że jest już stary, za stary
na dozorcę. Przycisnąłem go jeszcze, ale nie miał już nic więcej do
powiedzenia, pozwoliłem mu odejść.
* * *
Na koniec zostawiłem sobie ochmistrzynię, panią Gennadios, która ponoć
trzęsła rezydencją pod nieobecność właścicieli. Starsza kobieta, o pomarszczonej, mocno wymalowanej twarzy miała na sobie kosztowną,
jasnozieloną szatę z miękkiej, lśniącej tkaniny -?sazyjskiego jedwabiu,
który wyrabiano w wewnętrznych pierścieniach cesarstwa. Po wejściu
zatrzymała się tuż za progiem i otaksowała mnie chłodnym, przenikliwym
wzrokiem. Dopiero potem usiadła sztywno, ze złączonymi kolanami, nogami
pod kątem, dłońmi na podołku, ściągniętymi ramionami i spojrzeniem
wbitym w róg pomieszczenia.
-?Coś nie tak, pani? -?zapytałem.
-?Chłopiec -?wypuściła słowo tonem suchym i napiętym niczym cięciwa. -
Przysłali nam chłopca.
-?Nie bardzo rozumiem?
Znowu oszacowała mnie kątem oka.
-?I ktoś taki uwięził nas we własnym domu, w domu moich państwa, i nie
pozwolił ruszyć tego przeklętego trupa. Wielki, przerośnięty dzieciak.
Zamilkła na długą, lodowatą chwilę.
-?Ktoś w tym domu zginął, pani. Potencjalnie z powodu skażenia. Czegoś,
co mogło zabić również i was. Nie chcesz, byśmy to zbadali?
-?To gdzie wobec tego jest śledczy, który powinien zbadać tę sprawę?
-?Śledcza nie mogła przybyć osobiście. Przysłała mnie, abym zebrał
informację i złożył jej szczegółowy raport z wizji miejsca zdarzenia.
Obdarzyła mnie spojrzeniem przypominającym to, którym węgorz kontempluje
rybę przepływającą przed jego jaskinią.
-?No to zadaj mi te swoje pytania, panie -?ponagliła mnie. -?Mam dużo
pracy, muszę załatać tę przeklętą dziurę w dachu. No dalej.
Zaciągnąłem się zapachem z fiolki i zapytałem o charakter pobytu Blasa.
Zareagowała wzruszeniem ramion, najdrobniejszym i najmniej szczerym,
jakie w życiu widziałem.
-?Jest przyjacielem państwa Hazów.
-?Jedna ze służących powiedziała to samo -?zauważyłem.
-?Bo to prawda.
-?Tymi samymi słowami.
-?Bo to prawda.
-?Wasi państwo często zezwalają przyjaciołom nocować w swoich domach?
-?Państwo Hazowie mają wielu przyjaciół i wiele domów. Czasami ich
przyjaciele się tu zatrzymują.
-?I nikt z rodziny nie zamierzał się tu z nim spotkać?
-?Moi państwo -?rzekła z wyższością -?wolą przebywać w bardziej
cywilizowanych okolicach niż ten kanton.
Odpuściłem i przeszedłem do kolejnych pytań, tym razem o to, gdzie są
przechowywane należące do służby klucze reagentowe.
-?Wszystkie zamykamy na noc. Jedynie ja i Uxos posiadamy przy sobie
komplet na wypadek nieprzewidzianych okoliczności.
Wypytałem ją o zapasowe klucze, o ich ewentualne dorabianie i tak dalej,
ale odrzuciła moje sugestie jako coś niemożliwego.
-?A modyfikacje? Czy ktoś ze służby posiada wszczepy imperialne?
-?Oczywiście. Poprawiające odporność i przeciwpasożytnicze. Ostatecznie
mieszkamy na Obrzeżach.
-?Nic bardziej zaawansowanego?
Pokręciła głową. Zrobiło mi się nieprzyjemnie gorąco. Nie podobało mi
się to, jak mało się ruszała, i fakt, że cały czas siedziała
wyprostowana, jakby kij połknęła. Głowę przekrzywiała tylko tyle, żeby
zerknąć na mnie przelotnie kątem oka jak jakieś cholerne ptaszysko.
-?To może powiesz mi przynajmniej, pani, jakie relacje łączą prefekta z rodziną Hazów?
-?Przyjaźnili się -?powtórzyła dobitnie.
-?Od jak dawna?
-?Nie znam charakteru każdej znajomości moich państwa, nie mnie to
osądzać.
-?A wielu mają przyjaciół w Daretanie?
-?Owszem. W różnych jaletach, jeśli o to chodzi. -?Łypnęła na mnie
złowrogo. -?Wielu na wyższych stanowiskach niż twoje.
Uśmiechnąłem się uprzejmie, choć groźba w jej głosie wybrzmiała
wyraźnie. Ponieważ nie zdołałem z niej wydobyć nic więcej, zakończyłem
przesłuchanie.
* * *
I to by było na tyle -?świadkowie przesłuchani, ruchy służby
prześledzone, godziny wejść i wyjść ustalone. Jedynym, który przybył do
posiadłości w ciągu minionego dnia, był prefekt Taqtasa Blas, który
zawitał w progi tego domu tuż po jedenastej w nocy dwudziestego
dziewiątego dnia miesiąca skalasi. Zaraz po przyjeździe wziął kąpiel i położył się spać. Obudził się nazajutrz, trzydziestego skalasiego,
wyszedł z pokoju, aby udać się na śniadanie, ale zawrócił i umarł w niewyobrażalnie koszmarny sposób. Chociaż uważałem, że wykonałem całkiem
niezłą robotę -?może poza rozmową z ochmistrzynią -?nie potrafiłem
wyciągnąć żadnych wniosków na temat tego, co tu zaszło. Nie wiedziałem,
czy Blas zastał zamordowany, a nawet czy okoliczności jego śmierci były
w ogóle podejrzane.
Skażenia się przytrafiały, szczególnie tym, którzy pracowali przy murach
morskich.
W drodze do wyjścia zatrzymałem się jeszcze w sypialni. Chciałem
ponownie rzucić okiem na zwłoki, ale przede wszystkim odłożyć notes
Blasa na miejsce. Czułem się dziwnie, wsuwając dziennik z powrotem do
torby, jakby zastygła w krzyku twarz za mną śledziła moje poczynania.
Mimo strasznego stanu zwłok ten wyraz bólu był tak wyraźny, jakby
nieboszczyk nadal czuł pędy rośliny, które wiją się wewnątrz niego i rozrywają jego ciało.
Na zewnątrz podziękowałem Otiriosowi, który miał odprowadzić mnie do
bramy dla służby.
-?Czy możemy już zabrać ciało do zbadania? -?zapytał.
-?Raczej tak, ale niech wszyscy świadkowie pozostaną jeszcze na terenie
posiadłości. Po wysłuchaniu raportu śledcza prawdopodobnie będzie
chciała wezwać niektórych, żeby przesłuchać ich osobiście.
-?Świetnie ci poszło.
-?Słucham?
-?Jeśli mogę zauważyć, to świetnie sobie poradziłeś z tym dochodzeniem,
panie. -?Uśmiechnął się do mnie promiennie jak dumny starszy brat. Taką
familiarność widywałem dopiero po czwartym dzbanie opiwina. -?Choć jeśli
mogę ci coś doradzić, to sugeruję następnym razem nieco większą
życzliwość w obejściu. Widywałem grabarzy przystępniejszych od ciebie.
Aż przystanąłem i spojrzałem na niego. Po chwili wznowiłem wędrówkę
malowniczymi ścieżynkami aż do bluszczobramy.
-?Ciągle jednak zachodzę w głowę... -?odezwał się Otirios już po drugiej
stronie muru.
-?Tak, princepsie? Jaką to kolejną światłą radę dla mnie masz?
-?Czy nie byłoby łatwiej, gdyby śledcza przybyła tu osobiście?
Spojrzałem na niego groźnie.
-?Nie -?odrzekłem bez wahania. -?Zapewniam cię, princepsie, nie byłoby
łatwiej, gdyby śledcza przybyła tu osobiście. I mówię to z pełnym
przekonaniem. -?A ruszywszy z powrotem w drogę, mruknąłem: -?Uwierz mi
na słowo, absolutnie nie byłoby łatwiej.
Rozdział drugi
W Daretanie nie było miasta jako takiego, raczej skupisko zabudowań
jaletów imperialnych, mieszczące się przy skrzyżowaniu głównych traktów.
Obejmowało liczne parcele, magazyny i stodoły, w których trzymano
materiały oraz żywiec, nieustannie transportowane pod mury morskie. Tego
popołudnia panował tu zwykły kocioł, pełen błota, ludzi i natłoku
końskiego cielska. Meandrowałem skrajem miasta na południe, przystając,
żeby przepuścić wozy i furmanki, aż ujrzałem znajomy widok -?konie o brzuchach umazanych miedziano-brązowym błotem, roje brzęczących much,
przepoceni legioniści, inżynierowie i funkcjonariusze innych jaletów
wykrzykujący nazwiska oraz rozkazy, nie przejmując się, czy ktokolwiek
ich słyszy i czy ich wrzaski przykuwają czyjąkolwiek uwagę. Kłaniałem
się, kiwałem głową, znów kłaniałem, znów kiwałem głową, aż w końcu
wydostałem się z tej kotłowaniny i zanurzyłem w gęstwinę dżungli.
W lesie było ciemno, a powietrze falowało od gorąca. Słońce minęło już
zenit, a łodygi jego bladego światła przebijały się przez zielony
baldachim listowia. Odnalazłem wąską ścieżkę prowadzącą do domu mojej
zwierzchniczki i podążyłem nią, witany odgłosami ciskożab i chrząszczy.
W pewnej chwili skąpane w parze listowie się rozstąpiło, a ja ujrzałem
ocienioną kwaterę mieszkalną z formobluszczu.
Zacząłem iść pomiędzy pniakami. Gdy około cztery miesiące temu moja pani
przybyła do kantonu objąć stanowisko tutejszej śledczej Jurysu,
inżynierowie wycięli drzewa, a potem stworzyli dla niej dom z formobluszczu, specjalnie zmodyfikowanego pnącza, które apotekarze
potrafili zmusić do wyrastania w konkretnym kształcie. Pokonywałem tę
drogę tak często, że szedłem po własnych śladach. Moja zwierzchniczka
nie wyszła z domu ani razu, odkąd w nim zamieszkała.
Wspiąłem się na schodki frontowe i zobaczyłem leżącą przed wejściem
stertę książek obwiązanych sznurkiem. Domyśliłem się, że to przesyłka z poczty daretańskiej. Pochyliłem się i odczytałem kilka tytułów. Jak
zwykle litery tańczyły mi przed oczami, utrudniając złożenie ich w słowa, a falujące światło w lesie nie ułatwiało sprawy, jednak udało mi
się odczytać Zestawienie transferu dóbr ziemskich kantonu Qabirga w latach 1100-1120 oraz Teorie związane ze wzrostem masy czmychokraba
wschodniego od roku 800.
-?Co jest? -?mruknąłem, a potem zamilkłem, nasłuchując.
Dobiegł mnie rechot ciskożaby, a potem niski zaśpiew mikowronka, ale
naraz uświadomiłem sobie, że słyszę jeszcze inny dźwięk, męski pomruk,
którego źródło znajdowało się w domu.
Przycisnąłem ucho do drzwi i usłyszałem wyraźniej najpierw głos mojej
zwierzchniczki, ale potem i drugi, męski. Ten ostatni zdradzał
zaniepokojenie, wręcz zdenerwowanie.
-?Niech to szlag -?zakląłem. -?Wyszła, by złapać kolejnego...
Otworzyłem i wpadłem do środka.
* * *
Tym, co zawsze jako pierwsze rzucało się w oczy we wnętrzu
formobluszczowego domku, były książki. Cała masa książek -?na półkach, w stertach, istne góry tomów na wszelkiego rodzaju enigmatyczne tematy.
Moja zwierzchniczka dosłownie żyła na książkach, często używając ich
jako biurka czy nocnego stolika. Musiała nawet wydrążyć sobie w nich
grotę, żeby postawić łóżko.
Rozejrzałem się po przełęczach tomów i przedarłem na tyły domku, do
gabinetu. Już z daleka zauważyłem stopy kogoś siedzącego tam na krześle,
obute w lśniące, czarne oficerki. Skrzywiłem się na ten widok, po czym
przygładziłem włosy i wszedłem do środka.
Pomieszczenie wyglądało jeszcze gorzej niż poprzedniego dnia. Spowijała
je plątanina pędów roślin doniczkowych, wielu egzotycznych i równie
wielu na wpół uschniętych. Do tego wszędzie walały się instrumenty
strunowe w różnych stadiach rozkładu. Tego dnia na niewielkim
wyściełanym stołku siedział jakiś kapitan inżynierów: chudy, w średnim
wieku i śmiertelnie przerażony.
Powód jego lęku był oczywisty, ponieważ uczucie to ogarnia większość
ludzi, gdy tylko znajdą się w obecności mojej zwierzchniczki. Immunisa
Anagosa Dolabra, śledcza Jurysu kantonu Daretana, siedziała na podłodze
tyłem do kapitana, pracując nad jednym ze swoich projektów. Urządzenie
składało się z plątaniny drutów i struny. W moich oczach wydawało się
pozbawione sensu. Najprawdopodobniej rozmontowała jedną ze swoich harf
situr -?była zapaloną, choć niedbałą muzyczką -?i konstruowała z niej
coś w rodzaju krosna.
-?Mówiłam ci, Din, i to nie raz -?odezwała się. -?Zawsze pukaj.
Wyprężyłem się na baczność, splotłem ręce za plecami, ściągnąłem ramiona
i wyprostowałem kolana.
-?Wydawało mi się, że słyszę głosy, pani. Chciałem sprawdzić, czy
wszystko w porządku.
-?Och, nie ma się czym martwić. -?Spojrzała przez ramię, uśmiechając się
szeroko, a pasmo śnieżnobiałych włosów opadło jej na policzek niczym
pióropusz egzotycznego ptaka. Stałem wyprostowany, choć nie była w stanie mnie zobaczyć przez szkarłatną przepaskę na oczach. -?Prowadzimy
z kapitanem niezwykle zajmującą konwersację -?stwierdziła.
Funkcjonariusz łypnął na mnie ze zgrozą.
-?Ach tak? -?skwitowałem.
-?Tak! -?potwierdziła i znów zajęła się swoją pracą. -?Drogi kapitan
nadzoruje prace nad siecią rowów nawadniających w Daretanie. Podczas
robót jego ekipa odkryła ruiny sprzed wieków, pozostałości po
konstrukcjach zbudowanych przez ludzi zamieszkujących te tereny przed
przyłączeniem ich do Imperium. Czy nie tak, kapitanie Tischte?
Biedak wbił we mnie przelęknione oczy i poruszył bezgłośnie ustami,
które ułożyły się w słowo: "Pomocy!".
-?Co ciekawe -?ciągnęła Ana -?najwyraźniej część budynków wzniesiono,
układając cegły w jodełkę, która to technika wymaga znacznie mniej
zaprawy niż zwykle! Czy to nie fascynujące?
Kapitan rozpaczliwie gestykulował, wskazując na wyjście.
-?Niezwykle fascynujące, pani -?przytaknąłem.
-?Szczególnie że -?podjęła -?dawno już ukułam teorię, że większość
Kurminów zamieszkujących obecnie trzeci pierścień cesarstwa wyemigrowało
właśnie stąd, zanim te ziemie włączono do Imperium. To znalezisko
potwierdza moje przypuszczenia, zważywszy, jak powszechna w kantonie
Kurmin jest technika układania cegieł w jodełkę! Wędrówka ludów do
wewnątrz -?machnęła ręka w kierunku wschodnim -?jest zrozumiała... No bo
przecież tylko w ten sposób można było postąpić, chcąc przetrwać.
Kapitan przestał wymachiwać rękoma, ponieważ jego wzrok padł na leżącą
przy stołku tacę okrytą kawałkiem płótna. Zanim zdążyłem go powstrzymać,
uniósł tkaninę i zagapił się ze zgrozą na to, co znajdowało się pod
spodem: szklany słoik z zakonserwowanym wróblem jipti, którego Ana
złapała kilka tygodni wcześniej, a następnie go zabiła i przeprowadziła
jego autopsję. Kapitan wypuścił płótno z drżącej ręki.
Zacząłem gorączkowo zmyślać historyjkę.
-?Właściwie to -?odchrząknąłem -?idąc tu, natknąłem się na paru
inżynierów.
-?Doprawdy?
-?Tak, pani. Mówili, że szukają kapitana Tischte'a, ponoć jest pilnie
potrzebny.
Ana przerwała na moment pracę nad ustrojstwem i przekrzywiła głowę na
bok.
-?Hm. Nieprawda. To kłamstwo, Din. Jesteś fatalnym kłamcą, słychać to w twoim głosie. Ale! Muszę przyznać, że poza informacją o technice
jodełkowej kapitan Tischte nie miał zbyt wiele do powiedzenia i zaczął
mnie już nudzić. -?Odwróciła ku niemu twarz strojną w przepaskę oraz
szeroki uśmiech. -?Może pan iść, kapitanie. Dziękuję za dotrzymanie mi
towarzystwa.
Kapitan Tischte zerwał się na równe nogi, mimo jawnego zbulwersowania
skłonił się i wydusił "Pani", po czym czmychnął w stronę wyjścia.
Pobiegłem za nim, zastanawiając się, w jaki sposób tym razem naprawić
wyrządzone szkody.
-?Proszę wybaczyć, panie -?zacząłem. -?Nie istnieje usprawiedliwienie
dla...
-?Usprawiedliwienie! -?zaskrzeczał tuż za progiem. -?Nic nie jest w stanie usprawiedliwić czegoś takiego! Wysłała mi list, żebym pojawił się
tu z jakimiś mapami, a gdy to uczyniłem, uwięziła mnie i przez trzy
godziny przesłuchiwała, wypytując o każdy najmniejszy szczegół z życia!
Pytała nawet o kształt moich stóp!
-?Naprawdę mi przykro. -?Ukłoniłem się, podniosłem głowę i na widok jego
wściekłej miny pogłębiłem ukłon, nieomal dotykając nosem czubka
znoszonego buta. -?Przerwałbym to, gdybym był na miejscu, naprawdę bym...
-?A na końcu... na końcu miała czelność nazwać mnie nudnym! -?wrzeszczał.
-?I pomyśleć, że ta szalona kobieta jest śledczą Jurysu! To... -?Nie
dokończył, zamiast tego odwrócił się i rzucił biegiem ścieżką w stronę
miasta.
-?Szlag by to -?wymamrotałem, odprowadziwszy go wzrokiem, i wróciłem do
domku.
Ana wciąż pochylała się nad swoim ustrojstwem, w zadumie przebierając
palcami nad strunami.
-?Wiesz, pani... -?Przerwałem, by przemyśleć to, co chciałem powiedzieć.
-?No dalej, Din -?zachęciła mnie, zdejmując przepaskę. -?Miałam
wrażenie, że zamierzasz mnie zbesztać. To dopiero byłoby ucieszne.
-?Cóż, sama wiesz, pani, że... że tak nie można.
-?Zwykle nie można -?przyznała. -?Ale zwykle jesteś tu ty i mnie
powstrzymujesz, Din.
-?To prawda, dokładnie to robię, ponieważ nie można zaganiać tych
biedaków w kozi róg, a potem wyciskać z nich informacji jak sok z aptioty!
-?Po prostu robię, co mogę, żeby odnaleźć w tym zapadłym kantonie choć
okruch czegoś ciekawego -?rzuciła beztrosko i naprężyła strunę w swoim
ustrojstwie. -?A wymaga to ciężkiej harówki.
-?Pani...
-?Na przykład, czy wiedziałeś, Din, że wysunięta najdalej na południe
studnia w Daretanie jest prawie na pewno zakażona irydą?
-?To fascynujące, pani.
-?Zaiste. Nikt o tym nie wiedział. A ja wywnioskowałam to po rozmowach z sześćdziesięcioma dwiema osobami, które przeprowadziłam w minionych
miesiącach. Dwanaścioro spośród nieświadomie pijących regularnie
tamtejszą wodę skarżyło się na lekkie bóle, bezsenność oraz niezwykły
zapach moczu, co wskazuje na objawy powszechnie łączone z tą chorobą.
Poinformowałam o tym kapitana i zaleciłam oczyszczenie studni. -?Znów
szarpnęła druty. -?Właśnie to zyskuję z tych wszystkich rozmów, Din.
Potrzebuję po prostu odpowiedniej ilości informacji, by odgadnąć naturę
wzorca.
-?I to chęć rozgryzienia wzorca skłoniła cię do zapytania kapitana
Legionu o zapach jego sików, pani?
-?Och nie, nie. Kierowała mną czysta ciekawość.
Pozwoliłem sobie na nią zerknąć. Była wysoką, szczupłą kobietą
dobiegającą czterdziestki lub pięćdziesiątki -?trudno to czasem określić
w wypadku zmodyfikowanych ludzi -?a choć jej skóra miała podobny odcień
do mojej, była zdecydowanie jaśniejsza. Głównie dlatego, że Anagosa
Dolabra nigdy nie wychodziła na zewnątrz, a w mniejszej części z powodu
jej rasy. Sazyjczycy, mieszkający w wewnętrznych pierścieniach Imperium,
mieli bledszą cerę, bardziej kanciaste rysy i węższe twarze niż Talowie
tacy jak ja. Z tymi śnieżnobiałymi włosami, szerokim uśmiechem i żółtymi
oczami często przypominała kota, a raczej obłąkaną kotkę, która ugania
się po domu za tą jedyną właściwą plamką słońca, choć przy okazji nie
przepuści żadnej przypadkowej myszy.
Ana Dolabra miała na sobie długą, czarną suknię oraz pobrudzony
ciemnoniebieski płaszcz Jaletu Jurystycznego z nieregulaminowo
przypiętymi dystynkcjami, tego dnia pogrupowanymi w doskonale
symetryczne konstelacje wedle koloru, inaczej niż wczoraj, gdy były one
ułożone według rozmiaru.
-?O! Książki! -?wykrzyknęła.
-?Słucham?
-?Moje książki. Przyszły już?
-?A tak, pani. Są na ganku. Zabrałbym je, ale zdekoncentrowała mnie
wizja torturowanego kapitana.
-?A w odwecie ty torturujesz mnie swoim nieudacznym poczuciem humoru. -
Prychnęła. -?Jednak gdybyś był tak miły...
Skłoniłem się, podszedłem do drzwi i chwyciłem za klamkę. Spojrzałem
jeszcze przez ramię.
-?Nie patrzę! -?zawołała. Miała twarz zwróconą w stronę kąta pokoju. -
Oczy odwrócone!
Upewniwszy się, że nie wyjrzy na zewnątrz, otworzyłem drzwi, chwyciłem
książki, wciągnąłem je do domu i zatrzasnąłem przejście. W mgnieniu oka
znalazła się przy mnie i natychmiast wsunęła palec pod węzeł, żeby
rozerwać sznurek.
-?Całe wieki to trwało -?skarżyła się. -?Uwierzysz? Dwa tygodnie!
Dostarczenie ich zajęło dwa pieprzone tygodnie!
-?Pewnie ciężko ci było wytrzymać bez porządnej pozycji o krabach, pani.
-?Nawet sobie nie wyobrażasz!
Rzuciła się otwierać jedną książkę za drugą. Przymykała przy tym oczy i gładziła stronice. Choć większość jej skóry była szara, opuszki miała
różowe dzięki wszczepowi, który, jak sądziłem, musiał je uwrażliwić,
umożliwiając Anie odczytywanie dotykiem druku, a czasem nawet pisma
odręcznego. Co też czyniła przez większość dnia, z zawiązanymi oczyma
przesuwając palcami po kartkach. "Lepiej ograniczać bodźce", powiedziała
mi kiedyś. "I nie wychodzić. Nadmierna stymulacja prowadzi do utraty
zmysłów".
Obserwując, jak przegląda każdą książkę, nie po raz pierwszy
zastanawiałem się, jak miałbym stwierdzić utratę zmysłów w jej
przypadku. Zakładałem, że dolegliwości Any są związane z modyfikacjami,
choć nigdy nie dowiedziałem się, w jaki sposób wzmocniono jej umysł.
-?Oooch. -?Pieściła książkę o krabach zmysłowymi ruchami. -?Tę
wydrukowano w kantonie Ratras, rozpoznaję to po rodzaju wypukłości. Ich
prasy drukarskie zostały skonstruowane tak, by drukować święte księgi w ich ojczystym języku, więc niektóre litery są pochylone lekko w lewo...
Dziękuję ci, Din, że mi je przyniosłeś. Powinnam mieć dzięki nim zajęcie
przez dzień czy dwa.
-?Dzień? -?wyrwało mi się.
-?Och, sądzisz, że nie starczy na cały? -?Zmartwiła się.
-?Trudno rzec, pani.
-?Może trzeba było kupić więcej, co, Din?
-?Naprawdę trudno rzec.
Chwila pełnego napięcia milczenia.
-?Czy to możliwe, Din, że potrafiłbyś złożyć zdanie z więcej niż
dziesięciu słów?
Zaryzykowałem zerknięcie w jej jasnożółte oczy i stłumiłem uśmieszek.
-?Niewykluczone, pani.
-?Ach, jakże podziwiam twoją umiejętność zawarcia takiej dozy
nonszalanckiej bęcwałowatości w zaledwie paru sylabach. Cóż za talent! -
Podniosła się z westchnieniem i chwiejnie powędrowała z powrotem do
gabinetu, gdzie osunęła się na fotel.
Podążyłem za nią, ale zatrzymałem się w progu i stanąłem na baczność.
Potoczyła wzrokiem po walających się wokół niedokończonych projektach, a na jej twarz z wolna wpełzł wyraz przygnębienia.
-?Jak się tak zastanowię, Din, to całkiem możliwe, że powoli zaczynam
tracić tu moje cholerne zdrowe zmysły.
-?Przykro mi to słyszeć, pani.
Wzięła małą harfę situr i zaczęła machinalnie trącać jej struny.
-?Głównie dlatego -?podjęła -?że w tym nudnym kantoniku zupełnie nic się
nie dzieje. A książki tu przypełzają, a nie przychodzą.
Znałem te jej nastroje. Najpierw podniecenie nowym pomysłem, nowym
zagadnieniem, nową zabawką, a potem, po rozpracowaniu tegoż, miażdżąca
melancholia. Jedynym, co pomagało, było podsunięcie jej czegoś nowego.
-?A co do nudy, pani, dzisiaj rano...
-?Niechętnie to przyznaję -?przerwała mi -?ale gdy jesteś w pobliżu,
wszystko staje się znośniejsze. Jesteś taki ponury, taki poważny, taki
nudny, Din, że ściągasz mnie skutecznie na ziemię.
-?Spróbuję potraktować to jako komplement. Ale dlatego właśnie chciałem
powie...
-?A twoje stanowisko wobec mojej prośby jest nadal niezmienne?
Spojrzałem na nią surowo.
-?A konkretniej, pani?
-?Cholernie dobrze wiesz, o co mi chodzi. -?Pochyliła się naprzód i wyszczerzyła zęby w uśmiechu. -?Czy w końcu kupisz mi te przeklęte
nastrojniki? Przestałabym dręczyć ludzi, gdybym je miała!
-?Funkcjonariuszom jaletów imperialnych surowo zabrania się kupowania i stosowania wszczepów modyfikujących nastrój -?wyrecytowałem
beznamiętnie. -?A ja nie łamię prawa, pani, pragnę bowiem zachować
stanowisko.
-?Tylko parę psychodelików -?przekonywała. -?Choć jeden dzień bez tej
strasznej nudy.
-?A czy imperialny kodeks postępowania dotyczy również wszczepów
psychodelicznych? Bo jeśli tak, to znasz moją odpowiedź, pani.
Popatrzyła na mnie, mrużąc oczy, i szarpnęła strunę, wydobywając z situry przenikliwy dźwięk.
Oho, pomyślałem, no to zaraz się zacznie.
-?Gdy wykonywałam obowiązki w wewnętrznych pierścieniach cesarstwa...
No i się zaczęło.
-?...moi asystenci zdobywali dla mnie wszelkiego rodzaju materiały oraz
substancje! -?dokończyła. -?Bez szemrania!
-?Jeśli masz ochotę wybrać się do któregoś z handlarzy wszczepami,
możesz to uczynić, pani. Nie powtrzymam cię.
Łypnęła na mnie twardo.
-?Dobrze wiesz, że to niemożliwe.
-?Rozumiem. Zbyt wiele bodźców.
-?Właśnie -?syknęła przez zęby. -?Na tytańską zarazę! Czemu ze
wszystkich sublimów dostał mi się ten z kijem w dupie?!
-?Hm, w zasadzie sama mnie pani wybrała z całej listy chętnych.
-?A więc cię odwybiorę i wezmę kogoś nowego!
-?To mało prawdopodobne, pani. Biorąc pod uwagę, że przesłuchałaś
sześćdziesięciu dwóch funkcjonariuszy w Daretanie, a większość kantonu
uważa cię za szaloną, znalezienie nowego sublima mogłoby być trudne.
Odrzuciła siturę na bok. Instrument gruchnął o podłogę z głuchym
brzdękiem.
-?Ja pierniczę! Ja pierniczę! Jak ja bym chciała znów być w jakimś
cywilizowanym miejscu!
Często się o to kłóciliśmy. Ana utrzymywała, że dotychczas pełniła
obowiązki śledczej w najbogatszych pierścieniach w samym sercu Imperium
Khanum, a każda z jej placówek była bardziej szalona i zdeprawowana od
poprzedniej. Zdumiewała się wielce za każdym razem, gdy tylko się
okazywało, że jakiś nielegalny towar czy barbarzyńska aktywność nie były
w Daretanie na wyciągnięcie ręki. Uważała, że skoro nie da się ich
zdobyć w ciągu godziny, to jest to najzapadlejsza dziura na świecie.
Co oczywiście nasuwało pytanie, z jakiego powodu immunisa Ana Dolabra
została przydzielona akurat tutaj, do placówki na Obrzeżach Imperium.
Jedyna rozsądna odpowiedź, do jakiej doszedłem, brzmiała, że to
wygnanie. Stanowisko śledczej Jurysu kantonu Daretana jeszcze pięć
miesięcy temu w ogóle nie istniało. Musieli je wymyślić w ramach kary
dla niej, zapewne dlatego, że łatwiej ją było przenieść niż zwolnić.
Wydawało się to logiczne, bo choć pracowałem dla Any dopiero od czterech
miesięcy, wystarczyła mi minuta w jej towarzystwie, aby zorientować się,
że moja zwierzchniczka posiada wybitny talent do siania zgorszenia. Z łatwością potrafiłem sobie wyobrazić jakiegoś wysoko postawionego
imperialnego arystokratę, który zmęczony jej wyskokami wykopał ją do
odległego kantonu, gdzie przydzielono jej wakat dla jednego asystenta,
do wyboru spośród miejscowych sublimów.
To ja zostałem wybrany na jej sublima. Posada asystenta śledczej była
jedyną, jaką udało mi się zdobyć. Zamierzałem pełnić służbę pod
zwierzchnictwem Any i pobierać uposażenie, dopóki tylko się da. No chyba
że Ana zmusi mnie do zrobienia czegoś tak niezgodnego z prawem, że
zostanę z miejsca zwolniony.
-?Napijesz się herbaty, pani? -?zaproponowałem.
-?Nie, Din -?wymamrotała spod ramienia, którym zakryła oczy. -
Aromatyczna czy nie, nie chcę żadnej twojej cholernej herbatki.
-?Może wobec tego chciałabyś porozmawiać o sprawie, nad którą pracujemy?
Opuściła ramię i przez moment wpatrywała się we mnie skonsternowana. A potem rozpromieniła się zachwycona.
-?Ach! Ten pieprzony trup! Właśnie!
-?Właśnie. -?Westchnąłem.
-?Gdy dostałam wiadomość od immunisa Irtosa, myślałam, że ten kretyn
nałykał się jakiegoś trefnego wszczepu czy coś. To by pasowało do tego
zadupia. Ale po twojej minie, Din, poznaję, że jednak nie.
-?Nie, pani, jednak nie.
-?A więc co w tym takiego ciekawego?
-?Z denata wyrosła kępa drzew, rozdzierając go od środka. -?Aż się
wzdrygnąłem. -?W życiu... W życiu nie widziałem czegoś tak koszmarnego,
pani.
Ana zamarła i po raz pierwszy tego dnia płomień szaleństwa w jej oczach
zgasł.
-?Na niebiosa, Din -?mruknęła. -?Słyszałeś to?
-?Co takiego, pani?
-?Tę emocję.
-?Nie rozumiem?
-?To była najsilniejsza emocja, jaką dotychczas słyszałam w twoim
głosie! To dopiero musi być kapitalna śmierć, skoro przełamała twoją
drętwą postawę i wywołała w tobie tak dziką pasję!
Zawiązała oczy i uśmiechnęła się niepokojąco drapieżnie, ukazując zbyt
wiele zbyt białych zębów.
-?Opowiedz mi wszystko, co wryłeś w tę swoją małą, śliczną czaszeczkę!
No, Diniosie Kolu, dawaj!
Wyciągnąłem z torby buteleczkę z ługiem, odkorkowałem ją i zaciągnąłem
się zapachem. Potem poczułem łaskotanie za oczami i zacząłem mówić.