Zaufaj mi, Anno - Joanna Opiat-Bojarska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Roz­dział 1

45 dni do walen­ty­nek

Z tru­dem wciąga nosem kolejne por­cje powie­trza. Mie­sza­nina gazów i aero­zoli jest bla­do­zie­lona. Mógłby przy­siąc, że widzi dwu­ato­mowe czą­steczki tlenu, krą­żące wśród azotu. Zachwy­całby się nimi dłu­żej, gdyby nie rosnąca tem­pe­ra­tura oto­cze­nia.

Bla­do­zie­lona chmura drażni jego skórę. Musi koniecz­nie wyjść na zewnątrz, by unik­nąć popa­rze­nia. Dokład­nie w tej chwili ruszyć nogą! Jedną. Zmo­bi­li­zo­wać orga­nizm. Od cze­goś powi­nien zacząć. Sku­pić się i otwo­rzyć bal­kon, zanim tem­pe­ra­tura wzro­śnie na tyle, by bez pro­blemu sto­pić tytan.

- Powie­trza...

Na twa­rzy czuje języki ognia. W myślach oce­nia ich war­tość: tysiąc sześć­set stopni Cel­sju­sza. Nie chce otwie­rać ust i dzie­lić się tym odkry­ciem z kum­plami.

W końcu w takiej chwili każdy myśli tylko i wyłącz­nie o sobie.

Sku­pie­nie. Prawa noga unosi się i opada kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów dalej. Po chwili dołą­cza do niej lewa. Znowu prawa. Dłoń z wysił­kiem poszu­kuje celu wyprawy. Klamka, którą chce zła­pać, bawi się z nim w "kotka i myszkę". Za każ­dym razem kiedy wyciąga rękę, by jej dotknąć, ona w ostat­niej chwili prze­ska­kuje w bok i śmieje mu się w twarz. Odpo­wiada recho­tem. Jest prze­cież o wiele inte­li­gent­niej­szy od klamki. W końcu ją oszuka. Pomaga sobie drugą ręką i ostat­kiem sił osiąga cel.

Tak muszą czuć się hima­la­iści w dro­dze na szczyt.

Kolejna myśl napawa go dumą. Poko­nuje swoje gra­nice. Dotyka nie­moż­li­wego. Za chwilę osią­gnie swój Mont Eve­rest.

Okno bal­ko­nowe się otwiera, a on z bólem głowy robi duży krok. Zro­biłby jesz­cze jeden, ale zatrzy­muje go sta­lowa balu­strada.

- Pię... knie tu!

Mor­ska bryza przy­jem­nie chło­dzi roz­grzane policzki. Soczy­sta zie­leń powala go na kolana. Jest wszę­dzie. Na dachach, bal­ko­nach, para­pe­tach, podwórku i samo­cho­dzie, który stał w miej­scu nie­do­zwo­lo­nym.

- Grze­chu? Co robisz? - docho­dzą głosy z wnę­trza miesz­ka­nia.

Nie potrafi ich roz­szy­fro­wać. Są męskie czy dam­skie? Zna­jome czy obce? Czy to ma w ogóle jakieś zna­cze­nie? Nie będzie ich słu­chał. Będzie żył, jak chce, oglą­dał, co chce, i wdy­chał, co wdy­cha.

Kuca i z bli­ska przy­gląda się bal­ko­no­wej posadzce. Ni­gdy nie widział takiej trawy. Puszy­stej jak pianki mar­sh­mal­lows.

- Grze­chu! Chodź tu!

Nie wie, dokąd miałby iść, bo nie wie, gdzie się znaj­duje. Zagu­bił poję­cia "tu" i "tam". Dobrze mu z tym. Przy­jem­nie i pięk­nie. Tak wła­śnie odczuwa słowo "relaks".

Trawa rośnie nawet na kra­wę­dzi balu­strady. Inten­sywna zie­leń zachęca, aby się odprę­żyć. Wyta­rzałby się w niej.

- Prze­pro­sisz mnie i będziemy kwita, OK?

- Co? - mówi, zdzi­wiony, bo męż­czy­zna zada­jący pyta­nie poja­wia się w zasięgu jego wzroku.

Nie roz­po­znaje go, ale się boi. Tylko czego? Że nie­zna­jomy zadep­cze wypie­lę­gno­waną trawę? Że zużyje jego tlen?

- Prze­pro­sisz mnie, a ja zapo­mnę...

- Sam się prze­proś! - war­czy. - Spie­przaj. Zamknij drzwi. Gorąc tu leci.

Kolejna myśl go zadzi­wia. Ktoś musi dbać o tę trawę, by w takim upale zacho­wała żywy kolor.

Rozdział 2

Roz­dział 2

33 dni do walen­ty­nek

- Dla milio­nów Pola­ków roz­po­czął się nowy rok: czas posta­no­wień i szans na lep­sze życie. A dla pana?

W takich sytu­acjach Anna Rogo­ziń­ska czuła się jak kro­ko­dyl w wodzie. Nabie­rała szyb­ko­ści i zwin­no­ści. Z kamer i świa­tła reflek­to­rów czer­pała życiową ener­gię. Odbi­jała ją i wzbo­ga­cała świa­tło swoim nie­po­wta­rzal­nym wdzię­kiem. Annę kochali nie tylko widzo­wie i sze­fo­wie sta­cji Primo TV, lecz także kamery. Lubiła tak myśleć.

Obiek­tywna prawda nie­znacz­nie róż­niła się od subiek­tyw­nych odczuć. Widzo­wie powoli oswa­jali się z nazwi­skiem "Rogo­ziń­ska". Koja­rzyli je z sen­sa­cyj­nymi wia­do­mo­ściami pre­zen­to­wa­nymi w pro­gra­mach infor­ma­cyj­nych oraz z pew­nym gło­śnym wywia­dem. Roz­mową, która pozwo­liła dzien­ni­karce wspiąć się na kolejny szcze­bel zawo­do­wej dra­biny.

Odczu­cia sze­fów tele­wi­zji mogłyby sta­no­wić przed­miot kil­ku­stro­ni­co­wej ana­lizy psy­cho­lo­gicz­nej. Naj­kró­cej rzecz ujmu­jąc, można powie­dzieć, że były ambi­wa­lentne. Szef poznań­skiego oddziału Primo TV, szef pro­gra­mowy, szef finan­sowy i wresz­cie szef wszyst­kich sze­fów. Każdy z nich darzył ambitną pra­cow­nicę zupeł­nie innymi uczu­ciami. Było z czego wybie­rać. Od fascy­na­cji, przez podziw i obawę... aż po uprze­dze­nie.

- Dla mnie w jed­nej chwili wszystko stra­ciło sens. Po co robić posta­no­wie­nia? Wal­czyć o lep­sze życie? W syl­we­stra umarł mój syn. - Roz­mówca pano­wał nad emo­cjami. Trzeź­wym wzro­kiem wpa­try­wał się to w dzien­ni­karkę, to w kamerę. Słowa wyrzu­cał z sie­bie z pręd­ko­ścią kara­binu maszy­no­wego, ale jed­no­cze­śnie wyraź­nie akcen­to­wał kropki i prze­cinki. Cisza była rów­no­praw­nym skład­ni­kiem jego wypo­wie­dzi. Jakby za pomocą kon­tra­stu wypo­wie­dzi z ciszą chciał wyra­zić część towa­rzy­szą­cej mu żałoby. - Syn. Jedyny i uko­chany. Świat zawa­lił mi się na głowę.

Szcze­rość bijąca z wyzna­nia męż­czy­zny kłuła w uszy. Dzien­ni­karka nie spo­dzie­wała się takiego roz­woju wypad­ków. Przy­go­to­wała się na roz­mowę z męż­czy­zną mają­cym pre­ten­sje do wszyst­kich, kie­ru­ją­cym oskar­że­nia wobec poli­cji, pro­ku­ra­tury, pogo­to­wia ratun­ko­wego lub budow­lań­ców. Zamiast tego w stu­diu poja­wili się szpa­ko­waty poli­tyk w śred­nim wieku oraz ona. Jego żałoba. Poli­tyk sie­dział na fotelu, a ona stała obok. Przy­brała ludzką postać. Była potężna, zgar­biona i pod­pie­rała głowę rękoma opar­tymi na brzu­chu.

Roz­mówca nie wsty­dził się towa­rzy­stwa żałoby. Otwar­cie mani­fe­sto­wał jej obec­ność. Jakby publiczne ujaw­nie­nie uczuć miało mu pomóc zaak­cep­to­wać obecny stan rze­czy, zła­go­dzić inten­syw­ność doznań.

- Zdą­ży­li­ście sobie zło­żyć życze­nia? - Z wyczu­ciem zadała kolejne pyta­nie.

Kon­tro­lo­wała wszyst­kie aspekty pro­gramu tele­wi­zyj­nego. Zaufa­nie roz­mówcy. Wie­działa, jak je zdo­być i utrzy­mać. Praca z kamerą. Kon­trola mimiki i gestów. Dosto­so­wa­nie się do uwag reali­za­tora, roz­brzmie­wa­ją­cych od czasu do czasu w jej uchu. Nie było rze­czy, które spra­wia­łaby jej trud­ność.

Posia­dała jesz­cze jedną umie­jęt­ność, która pozwa­lała jej awan­so­wać. Dosko­nale wyczu­wała odbiorcę. Wie­działa, że świa­tem rzą­dzą słupki oglą­dal­no­ści. Miliony par oczu, które trzeba czymś zain­te­re­so­wać i któ­rym trzeba na bie­żąco dostar­czać krwa­wych szcze­gó­łów, by nie poszu­ki­wały doznań w kon­ku­ren­cyj­nych sta­cjach.

- Nie. Grze­gorz zgi­nął w tra­gicz­nym wypadku kil­ka­na­ście minut przed pół­nocą. Nie jestem w sta­nie opi­sać bólu, który prze­szył moje serce. Trzy­dzie­ści lat opieki nad dziec­kiem. Ocze­ki­wa­łem, że to on pochowa mnie, nie ja jego. Nocą nie mogę spać, cho­dzę po domu i sły­szę płacz mojej żony.

Głos Ksa­we­rego Króla prze­bie­gał nie­spo­strze­że­nie przez prze­wody słu­chowe tele­wi­dzów, obi­jał się o mózg i docie­rał do serca, po czym się w nie wgry­zał. To była przej­mu­jąca roz­mowa tra­fia­jąca do wszyst­kich ludzi mają­cych dzieci lub odro­binę wyobraźni. Wywiad gwa­ran­tu­jący wysoką oglą­dal­ność. Publiczne babra­nie się w bólu. Cudze emo­cje. To one pozwa­lają mediom rosnąć w siłę.

Miliony Pola­ków wpa­try­wało się w swoje tele­wi­zory. Patrzyli na Annę Rogo­ziń­ską. O tym marzyła, kiedy stu­dio­wała dzien­ni­kar­stwo. Wizu­ali­zo­wała sobie te chwile pod­czas wyko­ny­wa­nia nic nie­zna­czą­cych zle­ceń w pierw­szych mie­sią­cach pracy w poznań­skim oddziale ogól­no­pol­skiej tele­wi­zji.

Ojciec wyśmie­wał wizje przy­szłego życia córki i nazy­wał je mrzon­kami. Ona tylko wzru­szała wtedy ramio­nami, bo miała świa­do­mość, że suk­ces sam do niej nie przyj­dzie. Musi na niego zapra­co­wać, a im wcze­śniej zacznie, tym szyb­ciej poczuje się speł­niona.

- Mał­żonki nie ma z nami...

- Nie. - Król zamilkł i spu­ścił głowę. Przez chwilę wyda­wało się, że nie powie nic wię­cej. Jed­nak po teatral­nej pau­zie się ode­zwał, ale uni­kał wzroku dzien­ni­karki. - Nie jest jesz­cze w sta­nie... nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Ja sam wal­czę z bólem wewnętrz­nym, poczu­ciem straty i zwy­czaj­nym ludz­kim odru­chem ukry­cia się przed świa­tem. Zgo­dzi­łem się jed­nak poroz­ma­wiać z panią z waż­nego powodu. Chcia­łem prze­strzec innych. Chcia­łem powie­dzieć rodzi­com, by nie odkła­dali niczego na póź­niej. By kochali swoje dzieci bez względu na to, w jakim są wieku. Nikomu nie życzę, by spo­tkał się z taką nie­spra­wie­dli­wo­ścią jak ja. Mój syn był dla mnie wszyst­kim!

- Czy możemy przez chwilę pomó­wić o Grze­go­rzu? Jakim był czło­wie­kiem?

- Grześ miał trzy­dzie­ści lat. Skoń­czył w marcu. Ode­brał sta­ranne wykształ­ce­nie. Ukoń­czył stu­dia... Był dobrym dziec­kiem, dobrym oby­wa­te­lem. Miał pracę. Był roz­sądny, wykształ­cony i uło­żony. Nie lubił ryzyka. W życiu nie wychy­lałby się z bal­konu tak, by spaść. Kie­dyś, gdy był małym chłop­cem, mimo ostrze­żeń żony sza­lał na huś­tawce tak bar­dzo, że w końcu z niej spadł. Ple­cami ude­rzył o zie­mię. Pła­kał wtedy bar­dzo gło­śno. Na długo zapa­mię­tał tę lek­cję. Nie był lek­ko­du­chem. Nie szu­kał wra­żeń.

- Jed­nak w syl­we­stra wypadł z bal­konu.

- Był­bym wdzięczny, gdyby trzy­mała się pani fak­tów. - Męż­czy­zna, mimo że opo­wia­dał o intym­nych i bole­snych szcze­gó­łach życia swo­jego syna, zacho­wy­wał trzeź­wość umy­słu. Skar­cił dzien­ni­karkę spoj­rze­niem. - Pro­ku­ra­tor na­dal pro­wa­dzi śledz­two. To, że wypadł z trze­ciego pię­tra przez nie­uwagę, jest tylko jedną z hipo­tez.

- Pan w nią nie wie­rzy?

- Nie. Grześ nie wychy­lałby się nie­bez­piecz­nie z bal­konu znaj­du­ją­cego się tak wysoko.

- Ale to był syl­we­ster, mógł wypić troszkę za dużo...

- Co też pani insy­nu­uje? Grześ był zbyt odpo­wie­dzialny. Nie zaprze­czam, pew­nie wypił piwo... jedno lub dwa, ale na miłość boską, nie był głupi! Wie­dział, że nie jest Super­ma­nem, że nie umie latać. Nie wysko­czyłby spe­cjal­nie. Nie chciał popeł­nić samo­bój­stwa. Nie miał powo­dów, by zakoń­czyć życie w takim momen­cie.

- Nie miał - powtó­rzyła Anna, aby spro­wo­ko­wać gościa do wyzna­nia, które będzie mogło funk­cjo­no­wać w mediach przez kolejne dni. - Czyli jak pan myśli: co się stało tej feral­nej nocy?

- Nie wiem. Wiem, że Grześ nie wypadł przy­pad­kiem. Będę to pod­kre­ślać w każ­dej roz­mo­wie z mediami. Nie wypadł przy­pad­kiem!

Anna współ­czuła swo­jemu roz­mówcy. Widać nie­szczę­ście nie prze­biera w ofia­rach. Nie puka do drzwi. Wyważa je i nic sobie nie robi z pro­te­stów zdzi­wio­nych gospo­da­rzy. Wcho­dzi bez­czel­nie do bied­nych i boga­tych, do nie­wy­kształ­co­nych i uczo­nych, do nie­po­rad­nych życiowo i świet­nie usta­wio­nych.

Ksa­wery Król, czo­łowy poli­tyk rzą­dzą­cej par­tii, odczu­wał taką samą pustkę po śmierci syna jak bez­ro­botny ojciec, któ­rego dziecko zmarło nagle i nie­spo­dzie­wa­nie.

- Do jutra! - Głos ope­ra­tora kamery wycho­dzą­cego ze stu­dia przy­wró­cił ją do rze­czy­wi­sto­ści.

- Pa! - odkrzyk­nęła i się­gnęła po płyn do dema­ki­jażu.

Zmy­wa­niu pro­fe­sjo­nal­nego maki­jażu, będą­cego kwin­te­sen­cją jej zawodu, towa­rzy­szyło poczu­cie zado­wo­le­nia. Kolejne war­stwy pod­kładu, bazy sili­ko­no­wej, korek­to­rów, pudru i różu, nada­jące cerze Anny Rogo­ziń­skiej jed­no­lity odcień, pozo­sta­wały na płat­kach kosme­tycz­nych. Skóra sta­wała się różowa, a miły dreszcz eks­cy­ta­cji draż­nił zmy­sły.

Dzien­ni­karka mogła być z sie­bie dumna. Po raz kolejny - w pro­fe­sjo­nal­nej masce, ukry­wa­ją­cej jej praw­dziwą, nie zawsze dosko­nałą twarz - poka­zała, na co ją stać. Teraz Ania Rogo­ziń­ska, kobieta żądna suk­ce­sów, mogła pozwo­lić sobie na małą przy­jem­ność.

Basen. Tak. Miała ochotę na reset. Oczysz­cze­nie umy­słu. Uwol­nie­nie napię­cia mimo­wol­nie maga­zy­no­wa­nego w mię­śniach.

Wyrzu­ciła brudne waciki do kosza i już miała opu­ścić stu­dio, gdy usły­szała wibra­cje. Z torebki wyjęła komórkę.

Wyglą­da­łaś cudow­nie. Widzimy się dzi­siaj?

Wia­do­mość od Łuka­sza zmu­siła ją do zapla­no­wa­nia czte­rech ostat­nich godzin, które mie­ściły się w defi­ni­cji słowa "dzi­siaj".

Dzi­siaj?

Odpo­wiedź na to pyta­nie reto­ryczne przy­szła zbyt szybko.

Za godzinę u mnie. Mam dla cie­bie newsa. Bar­dzo cie­ka­wego!

Dwie godziny póź­niej sie­działa na kana­pie w miesz­ka­niu Łuka­sza Zawod­nego, trzy­ma­jąc w ręku kie­li­szek czer­wo­nego wina.

- Mani­pu­lo­wał? Mną? Nie wie­rzę!

Wcze­śniej prze­pły­nęła spory dystans i poko­nała zaśnie­żone drogi, by dotrzeć z Kór­nic­kiego Cen­trum Rekre­acji i Sportu do miesz­ka­nia na poznań­skim Grun­wal­dzie. Myślała, że zużyła na te czyn­no­ści całą swoją ener­gię.

Zmę­czona, padła na kanapę. Łukasz przy­niósł wino, kie­liszki i talerz wypeł­niony róż­nymi serami. Anna nie zamie­rzała się ruszać, jed­nak gdy tylko usły­szała tezę doty­czącą mani­pu­la­cji, zaczęła pro­te­sto­wać i żywo gesty­ku­lo­wać.

- Nie wie­rzę!

- Uwierz. Tra­fi­łaś na wytraw­nego gra­cza, który w mediach chciał sprze­dać obraz zała­ma­nego ojca, przy­tło­czo­nego nie­spra­wie­dli­wo­ścią tego świata. Przy­znaję: udało mu się. Tym­cza­sem moje źró­dło donosi, że w krwi Grze­go­rza Króla zna­le­ziono feny­lo­ety­lo­aminę. To dość popu­larna sub­stan­cja psy­cho­ak­tywna.

- Psy­cho­ak­tywna?

- Tak. Potocz­nie zwana dopa­la­czem.

- Suge­ru­jesz, że facet przed śmier­cią brał dopa­la­cze?

Anka odsu­nęła się od Łuka­sza. Chciała mu się uważ­nie przyj­rzeć. Nie żar­to­wał. Jego twarz była poważna. Spod rękawa nie­bie­skiego T-shirta jak zwy­kle wysta­wał frag­ment tatu­ażu. Pazur, który ją intry­go­wał. Pół roku temu nie wie­działa nawet, do jakiego ptaka należy. Wysta­wał bez­wstyd­nie i pro­wo­ko­wał. Na wszyst­kich kola­cjach, które wtedy były jedy­nie spo­tka­niami sta­rych zna­jo­mych, roz­pra­szał ją i dener­wo­wał.

Kiedy Łukasz uno­sił rękę, aby przy­wo­łać kel­nera do ich sto­lika, rękaw odsła­niał kolejny frag­ment. Chciała wtedy zerwać z niego koszulkę i zoba­czyć tatuaż w cało­ści.

- Nie suge­ruję. Ja to wiem. Brał. Pew­nie dzięki temu wyda­wało mu się, że potrafi fru­wać. Wyle­ciał z bal­konu na wła­sne życze­nie. Nagle oka­zało się, że nie jest pta­kiem, a jego twarz w zaska­ku­jąco szyb­kim tem­pie zbliża się do betonu. Cho­ciaż - zwąt­pił przez chwilę - nie wiem, jak dzia­łają dopa­la­cze. Czy Król w ogóle był w sta­nie zauwa­żyć, że nie fru­nie...

- OK, wziął dopa­la­cze. - Anna pró­bo­wała oddzie­lić fakty od hipo­tez. - Tylko to jest pewne, jeśli twoje źró­dło nie kła­mie.

- Dla­czego mia­łoby kła­mać? - Obu­rzył się. - To spraw­dzony infor­ma­tor.

- Dobra, facet wziął jakieś świń­stwo, też mi coś. Była prze­cież noc syl­we­strowa. Czas naj­więk­szego sza­leń­stwa, zabawy i...

... i tra­ce­nia kon­troli nad sobą - dokoń­czył wypo­wiedź za nią i uśmiech­nął się zna­cząco.

Anka zro­zu­miała alu­zję, a jej ciało prze­szedł miły dreszcz. Odpo­wie­działa podob­nym uśmie­chem. Musiała przy­znać, że wspólne tra­ce­nie kon­troli z Łuka­szem wycho­dziło jej po mistrzow­sku.

Poznali się pod­czas stu­diów. Ona, zajęta bok­so­wa­niem się ze swoim ówcze­snym ide­ałem męż­czy­zny, zauwa­żała tylko zaokrą­glony brzuch Zawod­nego. Tak wyraź­nie odzna­czał się pod koszulką, że sku­tecz­nie odwra­cał uwagę od cie­płego spoj­rze­nia i serca wycią­gnię­tego na dłoni.

Ponow­nie spo­tkali się przy­pad­kiem po latach. Łukasz wydo­ro­ślał. Chło­pak w przy­bru­dzo­nych zamszo­wych butach i z dużym brzu­chem stał się atrak­cyj­nym męż­czy­zną. Jako że nie znała lep­szego powier­nika tajem­nic dają­cego wspar­cie duchowe, obie­cali sobie przy­jaźń.

Wytrwali w posta­no­wie­niu przez chwilę, po czym zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie stra­cili nad sobą kon­trolę.

- Nie można zakła­dać, że chciał fru­wać - zapro­te­sto­wała. - To nacią­gane i bar­dzo zło­śliwe!

- Masz rację, ale zobacz... Przy­go­to­wy­wa­łaś się do wywiadu, zbie­ra­łaś infor­ma­cje. - Pró­bo­wał dowieść swo­ich racji, a jed­no­cze­śnie dolał wino do już pustych kie­lisz­ków. - Nie dotar­łaś do tej o dopa­la­czach, mimo że wia­domo o tym od kilku dni. Dostęp do niej mają nie­liczni.

- Ktoś, kto robił bada­nie - Anka zaczęła wyli­czać osoby, które musiały znać wynik ana­lizy krwi - pro­ku­ra­tor, który zle­cił czyn­no­ści, poli­cjant pro­wa­dzący śledz­two...

- I rodzina - uzu­peł­nił jej wypo­wiedź o słowa, które nie chciały jej przejść przez gar­dło.

- Czyli ojciec - powtó­rzyła w końcu i uświa­do­miła sobie, że rze­czy­wi­ście mogła paść ofiarą mani­pu­la­cji. - Masz rację, musiał wie­dzieć.

Spu­ściła głowę. Chciała w spo­koju prze­ana­li­zo­wać wyda­rze­nia ostat­nich godzin. Mimo że dro­bia­zgowo przy­go­to­wała się do wywiadu z poli­ty­kiem, roz­mówca ją zasko­czył. Był szczery i otwarty. Zamiast agre­syw­nego rot­twe­ilera, któ­rego się spo­dzie­wała, w stu­diu tele­wi­zyj­nym poja­wił się skrzyw­dzony coc­ker-spa­niel.

Czy Ksa­wery Król mógł ją wyko­rzy­stać, by osią­gnąć swój cel? Ją? Spe­cja­listkę od mani­pu­la­cji?

- Wie­dział i sta­rał się wybie­lać syna.

- Łukasz, wiesz, jak jest. Rodzice czę­sto widzą swoje dzieci w zupeł­nie innym świe­tle. Założę się, że twoi też są na­dal świę­cie prze­ko­nani, że stro­nisz od alko­holu i ni­gdy nie zapa­li­łeś papie­rosa. Król mógł nie wie­dzieć o tym, że jego syn bie­rze dopa­la­cze.

Łukasz wstał i pod­szedł do okna. Chwilę postał, opie­ra­jąc się o para­pet, po czym uchy­lił okno. Anna nie pro­te­sto­wała. Tem­pe­ra­tura roz­mowy rosła, a wypite wino miło roz­grze­wało ją od środka. Mroźne powie­trze wpa­dło do pokoju wypeł­nio­nego zapa­chem męskich per­fum i sera ple­śnio­wego.

- Nie, nie wie­rzę! - Łukasz wró­cił na kanapę. - Facet jest poli­ty­kiem od lat, ma kupę kasy. Wie wszystko o wszyst­kich. Na każ­dego ma haka. Nie uwie­rzę, że jego syna­lek ni­gdy nie spra­wiał żad­nych pro­ble­mów. Wiesz, jakie są dzieci takich ludzi? Na pewno jest się do czego przy­cze­pić i Król dobrze o tym wie. Przed­sta­wił widzom two­jej sta­cji wyide­ali­zo­wany obraz syna i miał w tym jakiś inte­res. Założę się! Tylko jesz­cze nie wiem jaki...

Łukasz Zawodny od dzie­się­ciu mie­sięcy pra­co­wał w poznań­skiej gaze­cie codzien­nej. Odpo­wia­dał za przy­go­to­wa­nie infor­ma­cji inter­wen­cyj­nych. "Wszyst­kie zadymy w Pozna­niu są moje - w taki spo­sób zwykł zazna­ja­miać obcych z zakre­sem swo­jej pracy - i pobi­cia, i trupy".

O pracy mógł roz­ma­wiać bez prze­rwy. W pracy. W dro­dze do domu. W domu. W łazience. W kuchni. W łóżku. W dro­dze do pracy. Dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. Sie­dem dni w tygo­dniu. Podob­nie jak Anna.

Sprawa śmierci syna Ksa­we­rego Króla inte­re­so­wała Łuka­sza o wiele bar­dziej niż poja­wie­nie się zwy­kłego trupa. Ksa­wery Król był od lat szarą emi­nen­cją rzą­dzą­cej par­tii poli­tycz­nej, a poli­tyka była koni­kiem Zawod­nego. Stu­dio­wał poli­to­lo­gię. Jego praca magi­ster­ska doty­czyła wła­śnie poli­tycz­nego public rela­tions.

- Jest poli­ty­kiem, trudno zaprze­czyć, ale jest też OJCEM, który stra­cił syna, a to jest może teraz naj­waż­niej­sze - Anka pro­te­sto­wała. Prze­cież kilka godzin wcze­śniej czuła na sobie auten­tyczny ból roz­mówcy.

- Ojcem - Łukasz nie zamie­rzał zmie­nić zda­nia - który dwa tygo­dnie po śmierci syna udziela wywiadu w two­jej tele­wi­zji. Na żywo. Nie wydaje ci się to podej­rzane?

Gdyby miała sku­pić się na podej­rza­nych szcze­gó­łach, pew­nie zna­la­złaby ich kilka. Zle­ce­nie na ten wywiad dostała od Gra­bow­skiego - szefa poznań­skiego oddziału Primo TV. Popro­sił ją do sie­bie i powie­dział, że sprawa jest na tyle deli­katna, że tylko ona może dobrze się nią zająć.

Rogo­ziń­ska spoj­rzała na zega­rek. Zbli­żała się pół­noc. Nie chciała dłu­żej zasta­na­wiać się nad tym, czy Ksa­wery Król jest dobrym akto­rem i czy ją wyko­rzy­stał. Nie dzi­siaj. Czuła, że nara­sta zmę­cze­nie, a sen­ność koniecz­nie chce zamknąć jej oczy.

- Łukaszku, myślę, że prze­sa­dzasz. Ludzie mają prawo prze­ży­wać żałobę w dowolny spo­sób. Jedni zamy­kają się przed świa­tem. Dru­dzy udają, że nic się nie stało. Jesz­cze inni wycho­dzą na śro­dek sali i krzy­czą, bo chcą zwró­cić na sie­bie uwagę spo­łe­czeń­stwa.

- Myślę, że powin­naś...

Anka nie zamie­rzała słu­chać auto­ry­tar­nego tonu głosu Łuka­sza. Bez słowa opu­ściła pokój, prze­ry­wa­jąc mu w pół słowa. Gło­śno zamknęła za sobą drzwi od łazienki.

- Anka, to ty jesteś dzien­ni­karką. - Żale wylała szep­tem bez­po­śred­nio do lustrza­nego odbi­cia. - To ty odno­sisz suk­cesy. To twoje nazwi­sko jest coraz bar­dziej roz­po­zna­walne. To ty awan­su­jesz. Nie musisz słu­chać jego zale­ceń. To, że jest face­tem i pro­wa­dzi rubrykę w gaze­cie, nie upraw­nia go do poucza­nia.

Opłu­kała twarz zimną wodą, uspo­ko­iła emo­cje i wró­ciła do pokoju. Łukasz sie­dział roz­po­starty na kana­pie. Miał zamknięte oczy i słu­chał muzyki. Zdzi­wiła się. Nie zauwa­żyła, by w tle ich roz­mowy roz­brzmie­wał Van­ge­lis. Musiał włą­czyć ulu­bioną płytę pod­czas jej nie­obec­no­ści.

- Zdra­dzisz mi swoje źró­dło? - przy­tu­liła się do niego.

Oto­czył ją ramie­niem i przy­su­nął do sie­bie. W jego obję­ciach czuła się bez­pieczna.

- A zosta­niesz dziś na noc?

Rozdział 3

Roz­dział 3

32 dni do walen­ty­nek

- Halo? Kocha­nie? Wczo­raj wyglą­da­łaś cud­nie!

Renata Rogo­ziń­ska miała spe­cy­ficzne wyczu­cie czasu. Dzwo­niła do córki zawsze w naj­mniej odpo­wied­nim momen­cie.

Tego dnia dźwięk infor­mu­jący o przy­cho­dzą­cym połą­cze­niu roz­legł się z samego rana. Ania zdą­żyła zasiąść do stołu, a Łukasz nało­żył jajecz­nicę na tale­rze.

- Halo?

Roz­mą­cone i gorące kurze jaja wyglą­dały tak sma­ko­wi­cie, że Anka wpa­ko­wała do ust tyle, ile się zmie­ściło. Było to dale­kie od zasad savoir-vivre'u, ale nie zamie­rzała jeść zim­nego dania. Roz­mowy z matką nie nale­żały do krót­kich.

- Dzię­kuję - odpo­wie­działa z peł­nymi ustami. - Co sły­chać, mamo? - Stra­te­giczne pyta­nie miało być otwar­ciem mono­logu rodzi­cielki, tak by Anka w spo­koju mogła dokoń­czyć śnia­da­nie.

- Żyję. Wczo­raj zapo­mnia­łaś do mnie zadzwo­nić! - Zamiast nie­po­ha­mo­wa­nego sło­wo­toku otrzy­mała wyraź­nie wyar­ty­ku­ło­waną pre­ten­sję.

- Nie zapo­mnia­łam - skła­mała. - Byłam pad­nięta. Nie mia­łam siły. Gdy wró­ci­łam do domu, od razu poszłam spać.

Prze­łknęła ostatni kęs chleba i ode­szła od stołu. Łukasz wyglą­dał na nie­za­do­wo­lo­nego. Sta­rał się co prawda pano­wać nad emo­cjami, ale zdra­dzały go przy­spie­szony oddech i nie­na­tu­ralny wyraz twa­rzy. Mina Łuka­sza mówiła sama za sie­bie.

- Wła­śnie, bo pra­cu­jesz i pra­cu­jesz, zamiast pomy­śleć o sobie. Odpo­cząć. Do matki przy­je­chać. Koniecz­nie z narze­czo­nym.

- Mamo. - Anka pró­bo­wała pro­te­sto­wać. Wizja kolej­nej wizyty w domu rodzin­nym i naga­by­wa­nia Łuka­sza przez matkę nie była kusząca.

- Co "mamo"? Sie­dzisz w tej swo­jej tele­wi­zji od rana do wie­czora. Bie­gasz za ludźmi, uże­rasz się z roz­mów­cami, pra­cu­jesz na awans, ale czy masz czas zadbać o sie­bie? Jadłaś już śnia­da­nie? A wczo­raj jadłaś kola­cję? Obiad? Mówię tobie po raz kolejny! W końcu żołą­dek się roz­re­gu­luje i będziesz miała pro­blemy. Zoba­czysz. Weź kilka dni urlopu. Należy ci się. Kiedy mia­łaś ostat­nio waka­cje? Przy­jedź do mnie na dłu­żej. Posie­dzimy razem, poga­damy.

Swo­bodny mono­log matki pły­nął ze słu­chawki, zmie­nia­jąc jedy­nie co kilka minut odcień prze­ka­zy­wa­nych uczuć. Pre­ten­sje, tro­ska, roz­czu­le­nie, nakazy. Ania nie miała zamiaru go prze­ry­wać. Nor­mal­nie pro­te­sto­wa­łaby gło­śno albo wymy­śli­łaby powód, dla któ­rego pil­nie musi zakoń­czyć roz­mowę.

Tym razem jed­nak roz­mowa... roz­mowa tele­fo­niczna, bo tak chyba można nazwać sytu­ację, w któ­rej jedna osoba dzwoni do dru­giej i opo­wiada jej o swo­ich odczu­ciach, była dzien­ni­karce na rękę.

Pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia śnia­da­nia Łukasz poru­szył pewien deli­katny temat. Nie wie­działa, jak zare­ago­wać. Co powie­dzieć? Śmiać się czy pła­kać? Zażar­to­wała, stwier­dza­jąc, że jest mistrzem psu­cia kli­matu. Po sma­ko­wi­tej nocy zaser­wo­wał to.

- Weź tego swo­jego prze­sym­pa­tycz­nego chło­paka - matka kon­ty­nu­owała mono­log - i przy­jedź­cie cho­ciaż na cały week­end. Prze­cież wiesz, że miej­sca w domu jest dużo, roz­lo­kuję was odpo­wied­nio. Córuś, pomyśl pro­szę o rodzi­nie! Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odcho­dzą - głos Renaty Rogo­ziń­skiej się zała­mał - zostaną po nich buty i tele­fon głu­chy.

Ania nie musiała widzieć matki, by wie­dzieć, że w tej chwili po jej policz­kach spły­wają łzy. Cyto­wa­niu księ­dza Jana Twar­dow­skiego zawsze towa­rzy­szyły łzy.

- Ale dobrze się czu­jesz? - sta­rała się zmie­nić temat. Matka nie mogła się roz­kleić.

- Dobrze, dobrze. Co prawda ciśnie­nie mi ska­cze. Nogi okrop­nie rwą. W ogóle nie mogę spać. Przy­sy­piam na kil­ka­na­ście minut, po czym budzę się tak ścierp­nięta, że mogła­bym cho­dzić po ścia­nach. Taki to ból. Nie wiem, czy to sta­rość czy to te mrozy. Cią­gle mi zimno.

- Rozu­miem. Mamuś, mar­twię się o cie­bie. Obie­cuję, że zoba­czymy się nie­ba­wem. Dziś śnieg sypie jak osza­lały, jecha­ła­bym do Pobie­dzisk dwie godziny w jedną stronę. Jutro muszę być w War­sza­wie. - Odtwa­rzała w myślach zawar­tość kalen­da­rza. - Wpadnę w sobotę albo w nie­dzielę. Na kawę. Jeste­śmy umó­wione?

- Tak. - Matka ode­tchnęła z ulgą. Momen­tal­nie pozbyła się płacz­li­wego tonu. - Upiekę coś pysz­nego.

Anka odło­żyła tele­fon i wró­ciła do kuchni. Łukasz sie­dział przy pustym tale­rzu.

- Sorry, matka dzwo­niła. - Uśmiech­nęła się bez­rad­nie i roz­ło­żyła ręce.

- Ma kobieta wyczu­cie czasu.

To trzeba jej przy­znać, Anna potwier­dziła rado­śnie w myślach. Zazwy­czaj tele­fon od matki ją iry­to­wał. Tym razem oka­zał się wyba­wie­niem od nie­wy­god­nej roz­mowy.

- Jest taka samotna, chciała sobie poga­dać. Prze­cież nie mogłam jej zbyć. O rany! - Spoj­rzała na zega­rek i zdała sobie sprawę z tego, że powinna się tele­por­to­wać. - Już jest ósma? Muszę lecieć do pracy.

- Samotna? - Nie­za­do­wo­lony Łukasz wzru­szył ramio­nami. Tele­fon spra­wił, że nie zdą­żyli poroz­ma­wiać. - To kup jej psa.

- Myślisz, że czwo­ro­nóg zastąpi jej męża? Osza­la­łeś?

Anka wybie­gła z klatki scho­do­wej w roz­pię­tej kurtce i szalu nie­dbale powie­szo­nym na szyi. Ter­mo­metr okienny wska­zy­wał minus trzy i pół stop­nia Cel­sju­sza. Pierw­szy podmuch powie­trza spra­wił, że poczuła się pełna ochoty do pracy. Powie­trze było rześ­kie i w przy­jemny spo­sób uko­iło jej roz­grzane policzki.

Wie­działa, że temat, który poru­szył Łukasz, sam nie znik­nie. Tym razem udało jej się odsu­nąć roz­mowę w cza­sie. Następ­nym razem musi się do niej przy­go­to­wać. Świa­do­mie ode­brała tele­fon od matki, bo wie­działa, że może roz­ma­wiać z nią tak długo, dopóki nie będzie musiała wybiec z domu, spóź­niona. Tak, zda­wała sobie sprawę z tego, że Łukasz będzie nie­po­cie­szony. Wie­działa, że to nie­uczciwe zagra­nie. Nie miała jed­nak innego pomy­słu, jak zmie­rzyć się z bestią, tema­tem tabu.

Dopiero co przy­wy­kła do zmiany sta­tusu zna­jo­mo­ści z Łuka­szem. Do wspól­nych nocy koń­czą­cych się śnia­da­niem. Do pla­nów week­en­do­wych. Nie­spo­strze­że­nie stali się parą. Cie­szyła się obec­no­ścią Zawod­nego, chło­nęła jego atrak­cyjny zapach i jed­no­cze­śnie wal­czyła z głę­boko zako­do­waną ostroż­no­ścią w spra­wach uczu­cio­wych.

Samo­chód Rogo­ziń­skiej, przy­kryty śnieżną koł­drą, cze­kał na udzie­le­nie pierw­szej pomocy. Otwo­rzyła drzwi, wrzu­ciła do środka torebkę i usia­dła na miej­scu kie­rowcy. Samo­chód po nocy spę­dzo­nej na ulicy był wyzię­biony. Kie­row­nica nie­przy­jem­nie mro­ziła dło­nie. Anna uru­cho­miła sil­nik. Przy­jemne war­cze­nie przy­nio­sło obiet­nicę, że za chwilę we wnę­trzu pojawi się cie­plej­sze powie­trze.

- Cho­lera, zosta­wi­łam ręka­wiczki u Łuka­sza. - Przy­po­mniała sobie, że kiedy wycho­dziła z miesz­ka­nia, widziała je na szafce z butami. Nie miała jed­nak ochoty wra­cać. - Trudno.

Zaci­snęła zęby i z kie­szeni znaj­du­ją­cej się w drzwiach pasa­żera wyjęła czer­woną szczotkę. Zanim zabrała się do odśnie­ża­nia citro­ena, poczuła zimno. To mróz, który wcze­śniej wydał jej się jedy­nie rześ­kim powie­trzem. Zapięła więc kurtkę i otu­liła się sza­lem. Kolejne ruchy ręki spra­wiały, że auto odzy­ski­wało atrak­cyjne kształty i fabryczny kolor. Przód, prawy bok, lewy bok, tył. Kolo­rów nabrała także twarz Anki. Z nosa zaczął kapać wod­ni­sty katar.

Zanim dotarła do pracy, jesz­cze dwu­krot­nie wal­czyła z nastę­pu­ją­cymi po sobie falami gorąca i zimna. Gdy poko­ny­wała kolejne skrzy­żo­wa­nia w dro­dze do firmy, czuła, że za chwilę się ugo­tuje. Wnę­trze samo­chodu wypeł­niło się gorą­cym powie­trzem. Znowu zaczęła roz­pi­nać kurtkę, roz­plą­ty­wać szal. Nawet palce, wcze­śniej nie­malże zmro­żone, zaczęły tra­cić sztyw­ność. Zdą­żyła już zapo­mnieć o tym, że były zdrę­twiałe.

Przed firmą nie zna­la­zła wol­nego miej­sca par­kin­go­wego, więc musiała zosta­wić samo­chód nieco dalej. Przy­mu­sowy spa­cer spra­wił, że tego poranka po raz kolejny zaata­ko­wał ją przej­mu­jący chłód.

Że też rtęć nie ma pro­blemu z rela­tyw­no­ścią, pomy­ślała.

Słu­pek jedy­nego metalu nor­mal­nie wystę­pu­ją­cego w sta­nie cie­kłym zawsze wska­zy­wał war­to­ści bez­względne. Waha­nia zale­żały jedy­nie od tem­pe­ra­tury mie­rzal­nej.

Wewnętrzny ter­mo­metr czło­wieka wario­wał i oce­niał jedy­nie tem­pe­ra­turę odczu­walną. Przy więk­szym wie­trze minus trzy i pół stop­nia Cel­sju­sza odbie­rał jak silny mróz. Podob­nie działo się przy dużej wil­got­no­ści, prze­mo­cze­niu czy prze­mę­cze­niu.

Anna wbie­gła do firmy, spóź­niona. Przy­wi­tało ją suche i cie­płe powie­trze. W fir­mie kalo­ry­fery pra­co­wały pełną parą, podob­nie jak zespół Primo TV. Nie zdą­żyła jed­nak zabrać się do pracy. Pro­sto z kuchni, w któ­rej przy­go­to­wała sobie her­batę, tra­fiła na dywa­nik do szefa.

Dywa­nik był gra­fi­towy, puszy­sty i zapewne miły w dotyku.

- Pani Aniu, ser­decz­nie gra­tu­luję. - Kamil Gra­bow­ski zaczął bez wstępu, dzięki czemu nie­po­kój dzien­ni­karki został ogra­ni­czony do mini­mum.

Spon­ta­niczne wizyty w gabi­ne­cie dyrek­tora poznań­skiego oddziału Primo TV mogły mieć trzy pod­łoża: gło­śna bura, cicha pochwała lub przy­dzie­le­nie zada­nia spe­cjal­nego. W ostat­nim poję­ciu mie­ściło się wszystko. Kukuł­cze jajo, szansa życia, misja samo­bój­cza.

- Gra­tu­luję. - Tłu­sta głowa szefa kiwała się na krót­kiej szyi. Ruch powta­rzał się ryt­micz­nie jak u pla­sti­ko­wego psa wożo­nego w latach osiem­dzie­sią­tych na tyłach polo­ne­zów lub dużych fia­tów. - Roz­mowa z Kró­lem została prze­pro­wa­dzona wzor­cowo. Wie­dzia­łem, że tylko pani jest w sta­nie wyko­nać to zada­nie bez zarzutu.

Pochwały z ust szefa są bez­cenne, ale Anna pra­gnęła cze­goś wię­cej. Zbyt długo pra­co­wała w branży, by cie­szyły ją puste słowa. Nikt nie musiał mówić jej, że jest dobra. Wie­działa o tym.

Rogo­ziń­ska chciała wię­cej. Wię­cej moż­li­wo­ści pracy z kamerą na żywo. Wię­cej wywia­dów. Wię­cej wystą­pień na ogól­no­pol­skiej ante­nie. Wię­cej wszyst­kiego. Roz­po­zna­wal­no­ści, pie­nię­dzy... suk­cesu.

- Dzię­kuję - odpo­wie­działa bez eks­cy­ta­cji.

- Muszę przy­znać, że jeste­śmy zado­wo­leni.

- Czyli co? Suk­ces?

- Myślę, że tak, ale cze­kamy jesz­cze na wyniki oglą­dal­no­ści.

Jeste­śmy zado­wo­leni, cze­kamy na wyniki. Jacy my? Ta myśl nie dawała Ance spo­koju. My? Gra­bow­ski i kto? War­szawa? Taki tok rozu­mo­wa­nia byłby naj­bar­dziej praw­do­po­dobny, ale w tyle głowy maja­czyła jesz­cze jedna moż­li­wość. A może Gra­bow­ski i... Król?

Jej wro­dzone uczu­cie ostroż­no­ści, wczo­raj dodat­kowo nakar­mione wąt­pli­wo­ściami doty­czą­cymi mani­pu­la­cji, uważ­nie nasta­wiło uszu. Zle­ce­nie na wywiad z poli­ty­kiem zała­ma­nym śmier­cią syna dostała od Gra­bow­skiego. Dokład­nie w tym pokoju, w oto­cze­niu puszy­stego dywanu i mebli w kolo­rze wenge.

- To wszystko? - Chciała zmie­nić oto­cze­nie i uwol­nić się od teo­rii spi­sko­wych.

- Tak, dzię­kuję. - Uśmiech­nięty Gra­bow­ski po raz kolejny kiw­nął głową.

- Dzię­kuję. - Wstała i odwdzię­cza­jąc się taką sama miną, dodała. - Chcia­łam przy­po­mnieć jesz­cze, że jutro nie będzie mnie w pracy.

- Jak­że­bym mógł o tym zapo­mnieć! - Gwał­tow­nej zmia­nie nastroju towa­rzy­szył gry­mas twa­rzy. - Jedzie pani na audien­cję do cen­trali.

Ance zro­biło się gorąco. By­naj­mniej nie z powodu reak­cji szefa. Pokrę­tło regu­lu­jące pracę kalo­ry­fera w gabi­ne­cie szefa usta­wione było na mak­si­mum. Gorąco ata­ko­wało jej stopy odziane w modne ocie­plane obu­wie. Tem­pe­ra­tura ciała rosła i subiek­tyw­nie, powoli zbli­żała się do tem­pe­ra­tury wrze­nia.

Mocno stą­pała po ziemi. Nie była pozba­wiona świa­do­mo­ści, że osią­ga­niu suk­cesu towa­rzy­szy zazdrość innych ludzi. Kamil Gra­bow­ski nie ukry­wał fru­stra­cji. Wiel­bił ją kie­dyś, hołu­bił i wychwa­lał przy każ­dej oka­zji. Nagle prze­stał.

- Jeśli łudził się, że będę pupil­kiem poznań­skiego Primo TV do końca życia, to zna­czy, że jest głupi - opo­wia­dała Łuka­szowi o sytu­acji panu­ją­cej w pracy. - Prze­cież musi zda­wać sobie sprawę z tego, że wszy­scy, któ­rzy zaczy­nają dla niego pra­co­wać, trak­tują poznań­ski oddział jak przy­sta­nek na tra­sie, jak tram­po­linę... Każdy marzy o sto­licy! Niektó­rzy zostają tu z przy­zwy­cza­je­nia, ale więk­szość tkwi tutaj z braku innych moż­li­wo­ści. Ja poświę­ci­łam wiele, by zasłu­żyć na awans. Jeśli Gra­bow­ski tego nie rozu­mie, to jego pro­blem.

Pro­ku­ra­tor Wik­tor Braun zna­lazł wresz­cie czas, by usiąść przy swoim biurku i przez chwilę pomy­śleć. Powi­nien napi­sać do sądu wnio­sek o uchy­le­nie tajem­nicy ban­ko­wej, żeby zaj­rzeć na rachu­nek ban­kowy pew­nego szem­ra­nego biz­nes­mena, jed­nak wzrok pro­ku­ra­tora padł na książkę leżącą na półce. Jej szata gra­ficzna znacz­nie odbie­gała od sąsia­du­ją­cych z nią praw­ni­czych pozy­cji.

- Czas sku­pić się na wnio­sku. - Upo­mniał sam sie­bie, bo cały czas roz­pra­szały go wyda­rze­nia, któ­rych świad­kiem był przed połu­dniem.

Poło­żył ręce na kla­wia­tu­rze, zamknął oczy i sta­rał się sku­pić na wnio­sku.

Wie­rzę w prawo. Wie­rzę w świę­tość sali sądo­wej i maje­stat spra­wie­dli­wo­ści. Wie­rzę też, że sprawy nie zawsze są takie, na jakie wyglą­dają, że nie­kiedy fak­tami można mani­pu­lo­wać tak, jak magik mani­pu­luje publicz­no­ścią. Jedną ręką robi coś nie­istot­nego, odwra­ca­jąc naszą uwagę, a w tym samym cza­sie drugą wyko­nuje sztuczki1. Wie­lo­krot­nie powta­rzał to jak man­trę. Słowa Mar­tina Vaila sta­no­wiące frag­ment prze­mó­wie­nia przed ławą przy­się­głych dawały Wik­to­rowi poczu­cie, że panuje nad umy­słem i odnaj­duje spo­kój.

Dło­nie Brauna zaczęły płyn­nie prze­su­wać się nad kla­wi­szami, a na ekra­nie przy­by­wało liter.

Postać Mar­tina Vaila - cho­ler­nie dobrego, dia­bel­nie prag­ma­tycz­nego, agre­syw­nego i cynicz­nego praw­nika - sta­no­wiła dla Wik­tora Brauna wzór godny naśla­do­wa­nia.

Na pyta­nie, ile razy prze­czy­tał książkę Pier­wotny strach, któ­rej autor stwo­rzył postać genial­nego praw­nika, odpo­wia­dał: przy­naj­mniej kilka razy za mało. Tę pozy­cję trak­to­wał jak biblię.

Ekra­ni­za­cję powie­ści, zaty­tu­ło­waną Lęk pier­wotny, oglą­dał tra­dy­cyj­nie przy­naj­mniej raz do roku - w dniu swo­ich uro­dzin. Richard Gere zespo­lił się w wyobraźni Brauna z posta­cią praw­nika bro­nią­cego prze­ra­żo­nego Edwarda Nor­tona debiu­tu­ją­cego na dużym ekra­nie.

- ...tak więc dowody uzy­skane tą drogą - dyk­to­wał dło­niom - sta­no­wić będą jedyny dostępny pro­ce­sowo kie­ru­nek reali­za­cji celów postę­po­wa­nia przy­go­to­waw­czego.

Tele­fon sta­cjo­narny, który stał na biurku, roz­dzwo­nił się i prze­ry­wał pro­ku­ra­to­rowi prze­mowę na kilka słów przed fini­szem. Braun przez chwilę pró­bo­wał zlek­ce­wa­żyć dzwo­nek. Gdy uświa­do­mił sobie, że nie może zebrać myśli w hała­sie, pod­niósł słu­chawkę.

- Halo! - burk­nął, nie­za­do­wo­lony.

- Panie pro­ku­ra­to­rze - roz­legł się usłużny głos recep­cjo­nistki - przy­szła pani Anna Rogo­ziń­ska. Nie była umó­wiona. Wpu­ścić?

Anna? Znał ją jako Anię, uko­chaną córkę pro­mo­tora. Stary Rogo­ziń­ski wpro­wa­dzał Wik­tora w taj­niki zawodu. Dzie­lił się doświad­cze­niem, udzie­lał rad i był ojcem chrzest­nym suk­cesu pro­ku­ra­tora. To dzięki Rogo­ziń­skiemu Braun dotarł do Pro­ku­ra­tury Okrę­go­wej w Pozna­niu i zaj­mo­wał cał­kiem przy­jemny gabi­net na czwar­tym pię­trze.

Kie­dyś widy­wał Anię Rogo­ziń­ską dość czę­sto. Rzadko jed­nak roz­ma­wiali. Dzie­liła ich róż­nica pię­ciu lat. Gdy on stu­dio­wał prawo, ona bie­gała w wytar­tych dżin­sach i uczyła się do spraw­dzianu z che­mii. Nawet gdyby chcieli poroz­ma­wiać, nie mie­liby o czym.

Czas mijał. Wik­tor piął się po szcze­blach kariery, a Ania zmie­niała się w Annę. Skoń­czyła liceum, potem stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie Adama Mic­kie­wi­cza, a z jej twa­rzy znik­nęły prysz­cze. O tym, że jest dzien­ni­karką, usły­szał na pogrze­bie pro­mo­tora. Sprawa była gło­śna i dość kon­tro­wer­syjna. Zło­śliwi mówili, że córka przy­czy­niła się do śmierci ojca.

Zamie­nili wtedy kilka słów. Nie wie­dział jesz­cze, że czę­sto­tli­wość ich roz­mów dia­me­tral­nie się zmieni. Anna poja­wiła się w sądzie pół­tora tygo­dnia temu. Jak pies goń­czy cze­kała czuj­nie pod salą, w któ­rej Braun koń­czył roz­prawę. Przy­wi­tała się i bez zbęd­nych roz­mów o pogo­dzie prze­szła do kon­kre­tów. Przy­go­to­wy­wała się do wywiadu z Ksa­we­rym Kró­lem - ojcem mło­dego męż­czy­zny. Wik­tor zaj­mo­wał się sprawą jego śmierci. Pro­siła o pomoc i prze­ka­za­nie nie­jaw­nych infor­ma­cji. Ewi­dent­nie chciała wyko­rzy­stać ich nikłą pry­watną rela­cję. Szu­kała kon­tro­wer­syj­nych hipo­tez.

- Nie ma mowy - odpo­wie­dział wtedy tak lodo­wa­tym tonem, że w budynku sądu zro­biło się zim­niej niż na dwo­rze.

Miał nadzieję, że zro­zu­mie. Była prze­cież bystra. Wyglą­dała zupeł­nie ina­czej niż kie­dyś. Z kaczątka wyrósł łabędź. Mimo to nie zamie­rzał nara­żać pozy­cji zawo­do­wej w imię jakiejś zna­jo­mo­ści. Nie do końca sta­rej, ale też nie­zbyt nowej. Daw­nej zna­jo­mo­ści w nowej odsło­nie.

- Wpu­ścić? - recep­cjo­nistka powtó­rzyła pyta­nie, zanie­po­ko­jona bra­kiem odpo­wie­dzi.

- Przy­kro mi. Pro­ku­ra­tor jest zajęty.

Ewe­lina Wój­cik poin­for­mo­wała kobietę sto­jącą przy ladzie i wró­ciła do wyko­ny­wa­nia innych obo­wiąz­ków. Z doświad­cze­nia wie­działa, że odpo­wiedź odmowna oraz nastę­pu­jący po niej brak kon­taktu wzro­ko­wego w dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cen­tach przy­pad­ków spra­wiają, że petent rezy­gnuje z zamiaru wej­ścia do budynku.

- Nie szko­dzi, pocze­kam.

Kobieta nie rezy­gno­wała. Wręcz prze­ciw­nie. Roz­pięła kurtkę, odwi­nęła szal z szyi.

- Ale ja pani nie wpusz­czę. - Uprzejmy ton recep­cjo­nistki zmie­nił się w lodo­wato kate­go­ryczny. - Pro­ku­ra­tor pani nie przyj­mie.

- Prze­ka­zała pani mu moje nazwi­sko, niczego nie prze­krę­ciła? Anna Rogo­ziń­ska.

- Sza­nowna pani, mówię, że pro­ku­ra­tor wyko­nuje czyn­no­ści, jest zajęty i nie ma zna­cze­nia, jak pani się nazywa. - Ewe­lina Wój­cik zgod­nie z instruk­cjami kiw­nęła głową na ochro­nia­rzy sto­ją­cych za bram­kami.

Jeden z nich pod­szedł do recep­cji i sta­nął, naru­sza­jąc prze­strzeń oso­bi­stą dzien­ni­karki.

Anna szyb­kim spoj­rze­niem prze­ana­li­zo­wała sytu­ację. Pro­ku­ra­tura Okrę­gowa w Pozna­niu. Wej­ście dla wybra­nych mają zapew­nić recep­cjo­ni­ści, ochro­nia­rze i bramki - pra­wie jak na Ławicy, czyli poznań­skim lot­ni­sku. Oczy­wi­ście, mogła spró­bo­wać sfor­so­wać sys­tem zabez­pie­czeń, ale wtedy zary­zy­ko­wa­łaby nie tylko powa­le­niem na zie­mię. Taki incy­dent mógłby zostać wyko­rzy­stany prze­ciwko niej. Na to nie mogła sobie pozwo­lić.

- Do widze­nia. - Uśmiech­nęła się zło­śli­wie do recep­cjo­nistki.

Wie­działa, że wróci. Jeśli nie dziś, to jutro. Kie­dyś uda jej się wejść do środka i zadać pyta­nia pro­ku­ra­to­rowi.

Ochro­niarz odpro­wa­dził ją wzro­kiem do drzwi, po czym wró­cił za bramki.

Anna Rogo­ziń­ska przez chwilę stała przed gma­chem miesz­czą­cym wszyst­kie poznań­skie pro­ku­ra­tury rejo­nowe, pro­ku­ra­turę okrę­gową i ape­la­cyjną. Budy­nek sfi­nan­so­wany przez Mini­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści został oddany do użytku w dwa tysiące ósmym roku. Swoim kształ­tem przy­po­mi­nał sze­reg równo uło­żo­nych segre­ga­to­rów.

- Jest jak wszy­scy pro­ku­ra­to­rzy - stwier­dziła sar­ka­stycz­nie - rów­nie ide­alny, sztywny i lodo­waty. - Ostatni epi­tet roz­ba­wił ją naj­bar­dziej, bo z para­pe­tów zwi­sały sople lodu.

Okna przy­po­mniały jej o tym, że zawsze była wierna zasa­dzie: jeśli nie wpusz­czą cię drzwiami, wejdź oknem.

- Może innym razem. Pocze­kam, aż zima odpu­ści.

Drę­twie­jące palce i pie­kące uszy przy­po­mniały jej o mroź­nej aurze. Posta­wiła koł­nierz, a z torebki wyjęła rzadko uży­waną czapkę. Gdy wci­snęła ją na głowę, poczuła przy­jemne cie­pło.

W tej samej chwili w torebce roz­legł się dzwo­nek tele­fonu.

- Halo? - Nie zdą­żyła spoj­rzeć na ekran, by usta­lić, kto dzwoni. Tele­fon jak zwy­kle ukry­wał się gdzieś na dnie torebki. Zdą­żyła ode­brać w ostat­niej chwili.

- Bądź uprzejma pocze­kać przed budyn­kiem.

Nie musiała cze­kać zbyt długo, ale i tak czuła, że stopy przy­ma­rzają jej do pod­łoża. Widocz­nie zimowe buty, które miała na nogach, nie były przy­sto­so­wane do mie­szanki śniegu i mrozu.

- Cześć - ucie­szyła się, kiedy ujrzała zna­jomą postać.

- Witaj - Wik­tor Braun odpo­wie­dział jak robot zapro­gra­mo­wany, aby się dobrze zacho­wy­wać.

Pozdro­wił ją, bo tak wypa­dało. Nie wyra­ził emo­cji. Nie oka­zał uczuć zwią­za­nych ze spo­tka­niem. Prze­szedł obok niej, nie zatrzy­mu­jąc się. Poszła za nim. Przy­sta­nęli z boku budynku, aby unik­nąć wzroku cie­kaw­skich urzęd­ni­ków.

- Media skła­da­jące wizytę pro­ku­ra­to­rowi, i to bez uprze­dze­nia?! To nie­do­pusz­czalne! - zga­nił ją.

Nie­do­pusz­czalne, nie­do­pusz­czalne, powtó­rzyła w myślach, mie­rząc go uważ­nie wzro­kiem. Zaczęła od stóp. Gdy dotarła do głowy, obli­zała spierzch­nięte usta. Zacho­wy­wał się jak dupek, ale wyglą­dał sma­ko­wi­cie. Zmęż­niał, wyprzy­stoj­niał, pozbył się iry­tu­ją­cej brody, którą nosił pod­czas stu­diów. Wyra­zi­ste brwi, z któ­rych kie­dyś żar­to­wała, nada­wały jego twa­rzy intry­gu­jący wyraz.

- Jakie media? - Roze­śmiała się, uzna­jąc, że musi roz­luź­nić atmos­ferę. Gdyby Wik­tor był tak obu­rzony, na jakiego sta­rał się wyglą­dać, nie zszedłby do niej. - Widzisz tu jakąś kamerę? Apa­rat foto­gra­ficzny albo cho­ciaż notat­nik?

Stał bli­sko niej i uważ­nie ją obser­wo­wał. Spod ele­ganc­kiego płasz­cza Vistuli wysta­wał gar­ni­tur dobrej jako­ści. Wik­tor wyglą­dał jak model z okładki eks­klu­zyw­nego pisma. Gdy prze­su­nął ręką mię­dzy swo­imi blond wło­sami, Rogo­ziń­ska przy­po­mniała sobie, że w czar­nej czapce over­size, którą kilka minut wcze­śniej nacią­gnęła na głowę, nie wygląda naj­le­piej. Za późno było jed­nak na jej ścią­gnię­cie.

- Jaki jest cel two­jej wizyty?

Cel two­jej wizyty - Anka powtó­rzyła w myślach. - Boże, jaki jesteś ofi­cjalny. Jakby cię wła­śnie odmro­żono i uwol­niono z hiber­na­cji.

- Chcia­łam poroz­ma­wiać. - Nie kła­mała. Chciała roz­ma­wiać zawo­dowo, ale miała też ochotę na pry­watną roz­mowę przy kawie w zacisz­nym i cie­płym lokalu.

- Poroz­ma­wiać?

- Pry­wat­nie poroz­ma­wiać - dopo­wie­działa.

- I dla­tego przy­szłaś do mnie do pracy...

Nie­bie­skie oczy Brauna wpa­try­wały się w twarz dzien­ni­karki. Dokład­nie tak samo przy­glą­dał się jej ojciec, gdy pró­bo­wała wmó­wić mu, że coś się zepsuło. Oczy­wi­ście, samo się zepsuło.

- Przy­szłam.

- Mam wyczu­lony nos. Wyczu­wam pro­blemy.

Anka spoj­rzała naj­pierw na jego pro­por­cjo­nalny nos, a póź­niej popa­trzyła mu w oczy. Mogłaby się w nich zapaść.

- Jestem tu pry­wat­nie.

- Pry­wat­nie w pro­ku­ra­tu­rze? Nie żar­tuj, pro­szę.

- Dobra - ska­pi­tu­lo­wała. - Powie­dzia­łeś ostat­nio, że sprawa śmierci Grze­go­rza Króla jest w toku, że nie wyklu­czy­łeś jesz­cze udziału osób trze­cich.

Kiedy Gra­bow­ski dał jej zle­ce­nie prze­pro­wa­dze­nia wywiadu na żywo, chciała się do niego przy­go­to­wać. Usta­liła, że śledz­two w spra­wie śmierci syna poli­tyka pro­wa­dzi pro­ku­ra­tor o zna­jomo brzmią­cym nazwi­sku "Braun".

Skon­tak­to­wała się z Wik­to­rem, powo­łała się na przy­na­leż­ność do klanu pro­ku­ra­tora Rogo­ziń­skiego i pró­bo­wała umó­wić spo­tka­nie. Braun odmó­wił bez skrę­po­wa­nia. Nie miała więc innego wyj­ścia. Zacza­iła się na niego w sądzie, bo liczyła na to, że nawet jeśli prze­grała bitwę o infor­ma­cje, to wygra całą wojnę.

W bez­po­śred­nim spo­tka­niu ze mną nikt nie ma szans, nawet uczeń mojego ojca - pomy­ślała dzien­ni­karka.

- Powie­dzia­łem też, że jeśli potrze­bu­jesz infor­ma­cji, to powin­naś skon­tak­to­wać się rzecz­ni­kiem Pro­ku­ra­tury Okrę­go­wej w Pozna­niu.

Nie tego spo­dzie­wała się po chło­paku, któ­rego w mło­do­ści widy­wała regu­lar­nie w domu rodzin­nym. Po latach przy­wi­tał ją zdzi­wio­nym uśmie­chem, cie­płym uści­skiem dłoni i chłod­nymi sło­wami nie­wiele róż­nią­cymi się od tych, któ­rymi poczę­sto­wał ją dzi­siaj.

- Pro­szę - zaskom­lała, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę. - Cho­ciaż ano­ni­mowo coś powiedz. Nie zacy­tuję cię. Potrze­buję punktu zacze­pie­nia.

- Zacze­pie­nia? Wywiad był wczo­raj. Prze­słu­cha­łaś na żywo ojca ofiary. Czego się jesz­cze cze­piasz?

Wypo­wia­dał słowa w lodo­waty spo­sób i tylko para wodna wycho­dząca z jego ust świad­czyła o tym, że jest czło­wie­kiem.

- Jeśli jesz­cze tego nie zauwa­ży­łeś, jestem kobietą - pro­wo­ko­wała Anna. Lepiej czuła się w dwu­znacz­nych roz­mo­wach niż lodo­wa­tych wymia­nach zdań. - Mogę się cze­piać.

Cze­kała na reak­cję, mimo że zda­wała sobie sprawę, że jej postura w tam­tej chwili nie potwier­dzała wypo­wie­dzia­nej tezy. Kobiece kształty skry­wała pod puchową kurtką, względ­nie łabę­dzią szyję omo­tała sza­lem, a włosy i część twa­rzy ukryła pod wielką czapką.

- Nie znam się na kobie­tach. - Z ust Brauna wydo­by­wała się para wodna.

Chęt­nie pomo­głaby mu się poznać. Tak jak jej ojciec wpro­wa­dzał Brauna w taj­niki zawodu, tak ona mogłaby z peł­nym poświę­ce­niem wpro­wa­dzać go w kobiecy świat. Poka­zać to i owo i patrzeć, jak jego lodo­wate spoj­rze­nie się ocie­pla.

Prze­pro­wa­dzi­łaby go przez przy­śpie­szony kurs pod nazwą Kobie­cość dla opor­nych praw­ni­ków i poka­za­łaby, że spon­ta­nicz­ność nie jest zaka­zana, uśmiech pomaga w roz­mo­wach, a nie­winny flirt spra­wia, że krew pły­nie szyb­ciej.

Pomo­głaby mu nie­zo­bo­wią­zu­jąco. W prze­ciw­nym razie Łukasz byłby nie­po­cie­szony.

- Ale sta­rej kum­peli nie pomo­żesz?

- W tej spra­wie nic się nie zmie­niło. - Wik­tor z minuty na minutę sta­wał się coraz bar­dziej lodo­waty.

- A jed­nak... wydaje mi się, że się zmie­niło. Moje źró­dło donosi, że we krwi Grze­go­rza Króla zna­le­ziono dopa­la­cze. Możesz to potwier­dzić? Albo temu zaprze­czyć?

- Nie mogę roz­ma­wiać o Grze­go­rzu K. Skoro jesteś w posia­da­niu szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji, to nie poj­muję, w jakim celu przy­cho­dzisz do pro­ku­ra­tury i chcesz ze mną roz­ma­wiać. Muszę wra­cać. Zimno tu. Do widze­nia. - Odwró­cił się i odszedł, nie cze­ka­jąc na reak­cję Rogo­ziń­skiej.

Dzien­ni­karka nie zdą­żyła odpo­wie­dzieć. Chciała zażar­to­wać, że sprawa Grze­go­rza jest tylko pre­tek­stem, bo tak naprawdę przy­szła, by zacią­gnąć go do łóżka. Wyobra­żała sobie, że tylko w taki spo­sób jest w sta­nie spro­wo­ko­wać go do oka­za­nia jakich­kol­wiek emo­cji.

Póź­niej uznała, że jego lodo­wate zacho­wa­nie i niska tem­pe­ra­tura powie­trza spra­wiają, że nie chce jej się otwie­rać ust.

Nie byłoby zimno, gdy­byś wpu­ścił mnie do środka, pomy­ślała.

W dro­dze do Zakładu Medy­cyny Sądo­wej zaczął pró­szyć śnieg. Jakby za mało leżało go na chod­ni­kach i jezd­niach. Anna zapar­ko­wała samo­chód pod drze­wem. Oble­pione śnie­giem, wyglą­dało na roślinę w depre­sji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki