"Góry milczą, a wszystko, co milczy, nadaje się do przechowywania ludzkich tajemnic"3
"W głowie pojawiają się ciągle retrospekcje z czasów, kiedy Asia przyjeżdżała do nas... To jest trudne, bo bardzo chciałabym jej opowiedzieć, co się u mnie wydarzyło dziś czy przez ostatnie pół roku. Porozmawiać jak siostra z siostrą. Chciałabym po prostu wziąć telefon i do niej zadzwonić, a wiem, że nie mogę..."
Joanna Felczak zaginęła we wrześniu 2020 roku. Ostatni raz zarejestrowały ją kamery monitoringu przy schronisku górskim Murowaniec na Hali Gąsienicowej w Tatrach. Ruszyła wielka akcja poszukiwawcza w górskim terenie. Kilka miesięcy po zaginięciu Joanny, na jednej z parkowych ławek w Katowicach siadam z jej siostrą - Kamilą.
Przed zaginięciem siostry Kamila spotykała się z tematem zaginięć sporadycznie. Tylko wtedy, kiedy w internecie pojawiały się nagłówki "Zaginął", "Zaginęła". Otwierała link i gdy czytała, że nie ma śladów tej osoby, nikt nic nie wie, nikt nic nie słyszał, to wydawało jej się to abstrakcyjne! Wspomina, że zadawała sobie pytanie: "Jak to, takie sytuacje w XXI wieku? Wcześniej nie było kamer, telefonów, całej elektroniki, która może pomóc człowieka odszukać, ale dziś?!". Kamila nie umiała sobie tego wyobrazić, zaginięcia nie istniały w jej świadomości. Nigdy się z nimi nie zetknęła osobiście i nie myślała, że to tak ciężkie doświadczenie.
Joanna nie była górską pasjonatką, raczej osobą, która jak wielu z nas szuka czasami w górach wytchnienia. "Siostra często wyjeżdżała gdzieś sama, więc o niektórych wyjazdach dowiadywałam się dopiero po jej powrocie. Asia nie miała zwyczaju dzwonić z miejsc, które odwiedzała, czy wysyłać zdjęć. Zdarzało się to bardzo sporadycznie, na przykład podczas jej pierwszego zeszłorocznego (2020 rok) wyjazdu w góry, po zniesieniu niektórych obostrzeń covidowych. Mówiła wtedy, że jedzie, że ma wykupiony nocleg, zastanawiała się, jaka będzie pogoda. Chciała wyjechać, żeby odpocząć" - opowiada Kamila. Joanna zameldowana była u siostry w Katowicach, ale wynajmowała kawalerkę w Warszawie. Mieszkała tam sama i kilka pierwszych miesięcy pandemii spędzone w odosobnieniu nie wpłynęły na nią dobrze. Nic przecież nie zastąpi codziennej rozmowy z drugim człowiekiem - żaden komunikator czy telefon. To nie jest to samo.
Tata sióstr mieszka pod Kielcami, Kamila - z rodziną w Katowicach. Asia często bywała u siostry, ale w okresie pandemii pojawiła się u niej dopiero przy pierwszym zmniejszeniu restrykcji, czyli w okolicach czerwca. Mniej więcej w sierpniu Asia była jeszcze w górach z koleżanką z byłej pracy i podobno całkiem nieźle sobie radziła, choć ogólnie nie miała jakiegoś wielkiego doświadczenia w chodzeniu po górach.
"Na temat jej kolejnego, samotnego wyjazdu we wrześniu ja i tata nie wiedzieliśmy zbyt wiele. Asia wspomniała tylko w pracy, że kupiła bilet na Kasprowy Wierch, i mówiła o chęci wejścia na Świnicę, a kiedy rozmawiałam z nią tydzień przed wyjazdem, nie wspominała o konkretnych planach". Informacja o Świnicy, zdobyta po czasie, trochę Kamilę zaskoczyła. Szczyt nie jest łatwy, zwłaszcza dla osób uprawiających raczej rekreacyjną turystykę. Wybierając się na niego, trzeba mieć trochę doświadczenia w górach...
W niedzielę 20 września 2020 roku z samego rana Joanna opuściła swój pokój w pensjonacie w Zakopanem, zostawiając w nim część swoich rzeczy, łącznie ze sprzętem potrzebnym w górach. Około godziny 11.00-11.20 rozmawiał z nią jeszcze jej tata. "Po zaginięciu tata wspominał, że słyszał jakiś szum w tle - myślał, że to dźwięki ze schroniska, ale według tego, co udało się nam ustalić, Asia wyszła ze schroniska trochę wcześniej; z tatą rozmawiała zatem być może pod schroniskiem, gdzie również było dużo ludzi, albo już na szlaku".
Informacja o zaginięciu Joanny pojawiła się nagle. Siostry zazwyczaj rozmawiały ze sobą raz w tygodniu, Kamila zaplanowała telefon na poniedziałek po pracy. Zanim zdążyła to zrobić, do drzwi jej mieszkania zapukało dwóch policjantów. "Powiedzieli, że siostra zostawiła rzeczy w pokoju w pensjonacie w Zakopanem, nie wymeldowała się i nie wiadomo, co się z nią dzieje. Pytali, czy Asia nie przebywa u mnie".
Okazało się, że kobieta miała się wymeldować z miejsca noclegu w poniedziałek około 10.00-11.00, a gdy tak się nie stało, właściciel postanowił wejść do pokoju, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie zasłabła, czy nic się jej nie stało. W środku nikogo nie było, więc wezwał policję. Policja pobieżnie przejrzała walizkę i poprosiła właściciela pensjonatu, żeby czekał, aż ktoś z rodziny się z nim skontaktuje, albo żeby odesłał walizkę na własny koszt.
"To nie znaczyło, że policja zaczęła szukać Asi" - zaznacza Kamila. - "Żeby rozpocząć poszukiwania, musi się pojawić formalne zgłoszenie, którego może dokonać tylko rodzina. W związku z tym zaraz po wizycie policjantów zadzwoniłam do taty, żeby zapytać, czy może on coś wie. Był tak samo zaskoczony jak ja. Szybko pojechał na najbliższy posterunek policji, żeby złożyć zawiadomienie o zaginięciu. Cała machina ruszyła we wtorek, a policja z psami zaczęła szukać Asi dopiero w środę".
Sprawę zaczęła prowadzić policja w Zakopanem, ale ponieważ Asia mieszkała w Warszawie, to po czasie przejęła ją stołeczna komenda. Działania były zatem rozdzielone - część czynności wykonała policja w Zakopanem (pobrali jakieś próbki, być może zabezpieczyli jakieś ślady), a resztą miała zająć się policja w stolicy.
Do Zakopanego pojechał również tata sióstr. Chciał pomóc na miejscu i odebrać rzeczy Joanny. Tak też się stało - policja stwierdziła, że może zabrać rzeczy córki. "To było w środę albo w czwartek, a już w piątek policjanci zadzwonili do nas ponownie, mówiąc, że jednak walizka będzie im jeszcze potrzebna i trzeba ją przywieźć. Tata był wściekły - jest starszym człowiekiem, przejazdy tam i z powrotem były dla niego wyczerpujące. Ostatecznie po walizkę przyjechali policjanci z Krakowa. Do dzisiaj nie wiemy, do czego była im ponownie potrzebna, ale po jakimś czasie odesłano ją wraz z laptopem, który zabezpieczono do badań w wynajmowanym mieszkaniu w Warszawie".
Telefon Asi aktywny był do wtorku, 22 września, mniej więcej do 14.00. "Staram się zrozumieć policję, procedury, które mają, ale nie do końca potrafię, bo uważam, że te formalności zjadają sporo cennego czasu w pierwszych bardzo ważnych godzinach po zaginięciu. Do momentu, kiedy telefon jeszcze działał, można było zrobić więcej" - twierdzi Kamila. Telefon zalogował się w rejonie Hali Gąsienicowej, jednak próby połączenia nie powiodły się, a wieczorem nie było już sygnału. Wyznaczono teren ostatniego logowania telefonu, który znajdował się poza szlakami, w trudno dostępnym, gęstym lesie. Ten obszar przeszukiwany był dwa albo trzy razy i nie znaleziono tam absolutnie niczego. W akcji brały udział psy tropiące - one również nie podjęły tropu.
Trudno stwierdzić, czy dane dotyczące logowania były prawidłowe. Namierzanie telefonu w górach różni się od namierzania go w mieście, choćby ze względu na liczbę nadajników. W mieście czy jego okolicach jest ich stosunkowo dużo, ale w terenie, gdzie przebywała Asia, były dwa. Jeden na Kasprowym, drugi - przy Schronisku na Murowańcu. "Ktoś powiedział mi, że błąd w lokalizacji telefonu w górach może sięgać nawet 15-20 kilometrów, jest też wątpliwość, czy to było faktyczne miejsce ostatniego logowania, czy być może tylko jakieś odbicie fal...". W czasie naszej rozmowy siostra zaginionej zastanawia się również, dlaczego Asia nie pojechała na Kasprowy, mimo że miała bilet. Dlaczego zmieniła plan? Takie pytania w górach pozostają bez odpowiedzi.
Na temat ustaleń policji rodzina nie wiedziała zbyt wiele. "Kiedy pytałam policjanta prowadzącego sprawę w Warszawie, czy siostrę zarejestrowała kamera na Kasprowym Wierchu, to on odpowiadał, że sprawą monitoringu zajmowała się policja w Zakopanem, a od policji w Zakopanem dowiedziałam się, że "sprawa się toczy"". Rodzina postanowiła więc złożyć wniosek o dostęp do akt sprawy, żeby zobaczyć, co policji udało się ustalić. Wniosek został bardzo dobrze uzasadniony i przygotowany, bo nie miało znaczenia to, że składa go najbliższa rodzina. Prawnik, który zgodził się pomóc Kamili i jej tacie, stwierdził, że fakt bycia rodziną nie będzie żadnym argumentem i taki wniosek zaraz zostanie odrzucony. Ostatecznie siostra zaginionej napisała to uzasadnienie dzięki wielu osobom, które jej pomagały; jak zaznacza - sama by tego nie udźwignęła.
"Jak człowiek dowiaduje się, że jego bliski zaginął, to jest takie uczucie, jakby wpadł do studni. Nie wie, co ma zrobić ani w którą stronę się odwrócić, żeby znaleźć jakiś promyk światła. Kuzynka zaproponowała mi, żebym napisała post na swoim profilu na Facebooku oraz żebym udostępniła go na profilu Joanny, bo może ktoś coś wie, może pomóc. Wtedy to zgłosiło się do mnie kilka grup na Facebooku, które pomagają rodzinom osób zaginionych. Bardzo doceniam ich pracę oraz wsparcie, bo pomoc państwa kończy się wraz ze zgłoszeniem na policję" - dodaje Kamila.
Służby jako ta publiczna pomoc przyjmują zgłoszenie i w zależności od tego, na kogo się trafi, szukają mniej lub bardziej sprawnie. Innej pomocy od państwa nie ma. "Żeby unieważnić prawo jazdy siostry, musiałam zasięgnąć porady prawnika, bo nie miałam pojęcia, jak to zrobić; w przestrzeni publicznej zaginięcia nie istnieją i człowiek nie ma pojęcia, z czym do kogo się zwrócić. Dowód osobisty można zastrzec - ale czy tylko swój, czy również członka rodziny? Na szczęście udało się, podobnie jak z kartą bankomatową Joanny - bo wiedziałam, w jakim banku miała konto".
Prawnik, który pomagał rodzinie, powiedział im, że nie ma przepisów, które przewidywałyby na przykład zastrzeganie prawa jazdy przez osoby trzecie. "Jest kilka organizacji, które pomagają, ale w pierwszej chwili do głowy przychodzi tylko policja, nikt człowiekowi nie udostępnia takiej podstawowej wiedzy w pigułce, co należy robić. Jak siostra zaginęła, to nie miałam pojęcia od czego zacząć. Dobrze, że pomogli mi ludzie z grup na Facebooku, bo gdyby się zastanowić, to oni zastępują instytucje państwowe" - mówi Kamila. Wspomina również, że sytuacja, która wydarzyła się na komisariacie, była dla niej kuriozalna: jej tata po zgłoszeniu zaginięcia dostał od policjanta tylko numer sprawy, na tym się skończyło. Dopiero gdy rodzina zgłosiła sprawę do Fundacji ITAKA, to okazało się, że zgłaszający powinien dostać na komisariacie potwierdzenie zaginięcia. W związku z tym ojciec pojechał raz jeszcze na policję, upomniał się i dopiero wtedy wydano mu dokument...
Rodzina Joanny wsparcie otrzymała również od grup ratowniczych z Podhala, Knurowa, Myślenic oraz od masy wolontariuszy, którzy sami się organizowali po to, żeby pójść w góry i sprawdzać miejsca, gdzie urwał się kontakt z Asią. Chętnych do pomocy było sporo, tylko wiedza pozostawała bardzo okrojona - siostra Joanny nie miała nawet informacji, którą drogę mogła obrać zaginiona, wychodząc ze schroniska. W związku z tym, mimo braku pozwolenia, ochotnicy szukali na własne ryzyko również poza szlakami. "Nie jestem za łamaniem prawa i szanuję wszelkie przepisy, ale tutaj one ograniczyły pole działania ludzi, którzy z dobrego serca chcieli wesprzeć działania innych służb. Mimo wszystko przeszukano wielki teren w obrębie Tatr i nie znaleziono żadnego śladu, nic, co mogłoby świadczyć, że była w tamtym miejscu" - mówi Kamila. Istniało również podejrzenie, że Asia z jakiegoś powodu zeszła na stronę słowacką, więc rodzina wraz z wolontariuszami przygotowała plakaty po słowacku i rozlepiała je po drugiej stronie Tatr. Bezskutecznie.
Poszukiwania są kosztowne, więc Kamila uruchomiła zbiórkę środków, która spotkała się ze sporym odzewem. "Nawet jeśli ktoś działa za darmo, to jednak nocleg, jedzenie i kilka złotych na paliwo mu się należą. Poszukiwania były prowadzone w ciężkich warunkach, nawet gdy spadł pierwszy śnieg, w trudno dostępnych miejscach, po wiele godzin dziennie, więc chyba nikt nie pozwoliłby, żeby ci ludzie wracali jeszcze pięć godzin do domu" - wyjaśnia.
W poszukiwaniach brał udział także helikopter; Kamila nie ma informacji o tym, jak to się stało, że ktoś podjął decyzję o jego użyciu. Podejrzewa, że informacja o zaginięciu Joanny trafiła na jakiegoś dobrego człowieka. Niestety, jego praca nie wniosła nic nowego do sprawy, podobnie jak udział rodziny w programie Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Po emisji odcinka pojawiały się co prawda różne sygnały od widzów, ale ostatecznie one również nie doprowadziły do przełomu w sprawie.
Na pewnym etapie poszukiwań ratownicy TOPR-u zaczęli apelować do turystów, żeby przesyłali swoje zdjęcia z tamtego dnia. Liczyli, że być może na którymś, w tle przypadkowo znalazła się Joanna. To pozwoliłoby zawęzić poszukiwania. Apel spotkał się z dużym odzewem. Przebrnąć przez te zdjęcia Kamili pomogli ludzie, którzy wymieniali się informacjami o zaginięciu na specjalnie utworzonej grupie na Facebooku. Przeglądali te zdjęcia, wyostrzali, przyglądali się szczegółom. Była to mrówcza praca, bo rodzina nie wiedziała, jak Joanna była ubrana, wychodząc w góry. W pensjonacie nie było żadnych kamer, więc to, jak Asia mogła wyglądać tego dnia, rodzina musiała na początku odtworzyć na podstawie tego, co przez krótkie chwile podczas śniadania widział gospodarz pensjonatu. Na śniadaniu Asia nie była sama, więc gospodarz nie skupiał na niej uwagi na tyle, żeby szczegółowo opisać jej ubiór. Dopiero później, dzięki informacji na Facebooku, do rodziny odezwała się koleżanka Joanny, która miała zdjęcia z ich sierpniowego wypadu w góry. To była kolejna podpowiedź, jak Asia mogła być ubrana w takim terenie - poszukiwano blondynki w niebieskim ubraniu.
Potem pojawiło się nagranie ze schroniska na Murowańcu i dopiero na jego podstawie udało się ustalić, jak dokładnie wyglądała zaginiona. "Nie zdawałam sobie sprawy, że zdjęcia z kamer monitoringu są tak niewyraźne; myślałam, że wyglądają jak na filmach - ostre, czytelne. Gdy policja podsyłała mi zdjęcia z monitoringu z Zakopanego i pytała, czy to może być Asia, to mówiłam, że nie, bo niby figura ta sama, ale na przykład włosy wyglądały zupełnie inaczej" - opowiada siostra zaginionej. Dopiero później okazało się, że na jednym z nich faktycznie była Asia, ale widziana z tyłu, z innego kąta, słońce odbijało jej się na włosach.
Od policji Kamila otrzymywała tylko wycinki filmów z kamer, żeby potwierdzić, czy to zaginiona. Siostra Joanny wspomina, że raz bardzo się pomyliła. Dostała fragment nagrania z zupełnie innego rejonu Tatr, ale kobieta na wideo wyglądała bardzo podobnie - miała maseczkę pod sam nos, blond włosy, budowę ciała podobną do Asi, tylko jakoś inaczej się zachowywała. Kamila przychylała się do tego, że to zaginiona - ostatecznie okazało się jednak, że była to inna osoba.
"Pytaliśmy, czy możemy dostać również zapis logowań do stacji bazowych, wskazujący, jak w ciągu weekendu przemieszczał się telefon Joanny. Padła odpowiedź, że to jest tylko do celów śledztwa. Podobnie było z zestawieniem połączeń z soboty i niedzieli. Wszystko, o co pytałam, było tylko "do celów śledztwa", z którego niewiele wynikało, a gdy dzwoniłam na policję, to słyszałam, że jak będą mieć coś nowego, to zadzwonią. Nie dzwonili".
W połowie października 2020 roku wstrzymano poszukiwania w górach. Warunki pogodowe bardzo się wtedy pogorszyły, w tamtym terenie zrobiło się bardzo ślisko. Było zbyt niebezpiecznie, żeby kontynuować poszukiwania, tym bardziej że ciągle nie udało się zawęzić obszaru, po którym mogła się poruszać Joanna. Na tamtą chwilę wiadomo było, że Asia wyszła ze schroniska w kierunku rozwidlenia czterech szlaków, ale nie wiadomo było, który szlak obrała. Po obejrzeniu wszystkich dostępnych materiałów nie dało się tego jednoznacznie stwierdzić. Na niektórych zdjęciach widać było jakąś postać ubraną na niebiesko, ale nie można było nawet określić, czy jest to kobieta, czy mężczyzna - ujęcia nie dało się bardziej wyostrzyć.
Kamila przez całe nasze spotkanie wyraża wielką wdzięczność dla wolontariuszy. "Dla rodzin osób zaginionych akcja poszukiwawcza jest nie do zrobienia samemu. Gdyby nie rzesza osób, to nigdy nie udałoby się w miarę dokładnie sprawdzić tak trudnego obszaru". Dodaje też, że nie miała pojęcia, jak wielka jest skala zaginięć w Polsce. "Dopóki człowieka nie dotyka jakiś problem, to myśli, że jest to marginalne zjawisko, które nigdy nie będzie go dotyczyć. Głowa nie przyjmuje do wiadomości, że ktoś tak po prostu rozpływa się w powietrzu". Siostra zaginionej dzięki uprzejmości bezinteresownych osób otrzymała psychologiczną pomoc na telefon. Również za nią jest bardzo wdzięczna.
W październiku 2020 roku Asi kończyła się umowa najmu mieszkania, Kamila i ich tata zabrali więc jej rzeczy z Warszawy. Część z nich kobieta przetransportowała do siebie i przeglądała je godzinami, licząc, że trafi na coś, co będzie mogło się przydać. "Temat zaginięcia bliskiej osoby na początku jest bardzo na powierzchni, zajmuje cały wolny czas. Całe tygodnie spędziłam przy komputerze, siedziałam przy klawiaturze po nocach, pisząc z osobami, które mi pomagały, z którymi szukałam jakichś pomysłów, analizowałam materiały. W końcu któregoś dnia przyszła do mnie dziewięcioletnia wtedy córeczka i powiedziała: "Mamo, bo ty ciągle nie masz dla mnie czasu". Zrobiło mi się wtedy strasznie przykro. Córka miała rację".
"Ta niepewność jest najgorsza. Nie wiadomo, co się wydarzyło. Kiedy, jeśli w ogóle, pojawią się jakieś informacje. Wiem, że jak traci się bliskich, to jest to bardzo trudne, ale jak osoby nie ma i nie wiemy, co się z nią stało, to jest podwójnie obciążające... Nie wiem, czy kiedykolwiek się czegoś dowiemy..." - mówi Kamila i dodaje: "W głowie pojawiają się ciągle retrospekcje z czasów, kiedy Asia przyjeżdżała do nas... To jest trudne, bo bardzo chciałabym jej opowiedzieć, co się u mnie wydarzyło dziś czy przez ostatnie pół roku. Porozmawiać jak siostra z siostrą. Chciałabym po prostu wziąć telefon i do niej zadzwonić, a wiem, że nie mogę...".
Bardzo trudne były też Święta. Siostra Joanny wspomina, że dotychczas ten czas kojarzył jej się ze spokojem, a tu nagle jedno zdarzenie cały ten spokój zburzyło. "Mam córkę, kilkuletnią, i dla niej oczywiste było, że w święta Bożego Narodzenia ciocia przyjeżdża do nas... Te święta były strasznie puste, spędzałam je z rodziną, ale towarzyszyło mi uczucie trudne do opisania, takiego braku. Asia była osobą skrytą, ale ja cały czas próbuję zrozumieć, dlaczego nic nie powiedziała nam o tym wyjeździe? Może chciała nam zrobić niespodziankę i po powrocie opowiedzieć o zdobyciu Świnicy lub innego szczytu? Bardzo dużo pytań, które czasami trudno jest ułożyć w głowie, a mało sensownych odpowiedzi" - mówi Kamila.
Siostra Asi przyznaje, że kiedy dowiedziała się o zaginięciu, to cały czas myślała, że to jest tylko zły sen, że zaraz się obudzi i okaże się, iż to wszystko się nie wydarzyło. Cały czas miała nadzieję, że to wszystko szybko i dobrze się rozwiąże i życie dalej będzie się normalnie toczyć... Po pół roku okazało się, że mimo ogromu pracy i wysiłku wielu ludzi dalej jest praktycznie w tym samym miejscu. Nadzieja jednak z niej nie ulatywała.
W momencie, w którym rozmawiamy, Kamila jest bogatsza o szereg doświadczeń w temacie zaginięć. Teraz już wie, jak ważne jest posiadanie zdjęcia osoby, które można wykorzystać na plakat, bo nie wszyscy mają media społecznościowe. Jej zdaniem duże znaczenie ma czas, liczy się też rozesłanie informacji w mediach społecznościowych, udostępnienie zdjęcia zaginionej osoby. W jej przypadku dopiero po kilku dniach właśnie poprzez Facebooka odezwała się do nich koleżanka Asi z sierpniowego wyjazdu i przekazała rodzinie zdjęcia, które dały wiedzę o tym, w co kobieta mogła być ubrana. Dopiero wtedy policjanci i poszukujący Joanny bliscy mogli zweryfikować początkowe informacje, które dostali od właściciela pensjonatu... Kamila uważa, że pewne rzeczy można było przyspieszyć oraz że ludzie i przepływ informacji to jest ogromna siła. Wcześniej nie miała o tym pojęcia.
W czerwcu 2021 roku w rejonie Granatów zostały odnalezione między innymi ubranie i rzeczy należące do Joanny oraz ludzkie szczątki. Rodzina zleciła badania DNA. Pod koniec listopada 2021 roku Kamila napisała na facebookowym profilu skupiającym osoby zainteresowane wsparciem poszukiwań Joanny: "Otrzymaliśmy dziś informację na temat wyników badań DNA szczątków znalezionych w Tatrach w czerwcu tego roku. To Asia".
3 Cytat z ks. Józefa Tischnera.