Zawieszeni. Tom 9: Sempre - Nina Włodarczyk

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 96

Szmaciana lalka i wcale niegłupie marzenia

Jakub

Schylił się po stertę zabawek. Nie po raz pierwszy pomyślał, że nie ma to większego sensu, skoro jutro znów wszystko będzie zawalone plastikowymi i pluszowymi gratami. Ale nie wiedział, co innego mógłby robić. I wtedy doszło go pukanie. Spojrzał na zegarek, gotowy wyrzucić kogoś, kto przychodzi tak późno, chociaż była zaledwie dwudziesta. Ruszył do drzwi, ściskając w ręce pluszową marchewkę, która wypadła z rąk jednego z wielu królików. W sumie nie powinien się dziwić, w końcu córka była Alicją, więc musiała wybrać królika. Kiedy otworzył drzwi, zamrugał, bo wydawało mu się niemożliwe, że widzi to, co widzi.

- Mogę wejść? Bo nie jest to rozmowa na próg - wyszedł z inicjatywą gość.

- A jaka rozmowa jest na próg? - zapytał znużony, ale zaintrygowany Jakub.

Gość podrapał się teatralnie po brodzie, a potem uniósł palec w geście triumfu. Tylko tej mitycznej żarówki brakowało.

- Na przykład: "Wypierdalaj z mojego życia, zabieraj swoje szpargały i małego fiuta, trzeba było myśleć wcześniej, zanim go...".

Jakub zaczął się śmiać i przepuścił przybysza w drzwiach.

- Długo tak zamierzasz?

- Nie wiem, o czym mówisz.

- Jakubie... - rzucił menedżer z ostrzegawczą nutą w tonie.

- Filipie - odwdzięczył się chłopak, siadając na przeciwległej kanapie. - Co cię sprowadza?

- Poważnie, tak chcesz to rozegrać? - Kiedy Jakub nie odpowiadał, Filip westchnął, zsunął płaszcz z ramion i rzucił: - Skoro tak, to traktuj mnie jak normalnego gościa, czyli powinieneś teraz zaproponować coś do picia strudzonemu wędrowcowi.

- Tak, poruszanie się Mercedesem CLS - wskazał głową w kierunku samochodu zaparkowanego przy płocie - to musi być męczarnia.

Drwił, ale i tak skierował się do kuchni.

- Kawa będzie idealna, czarna, bez cukru.

Wrócił po kilku minutach, które dały mu czas, by zastanowić się, co dalej, chociaż nie przybliżyły go do odpowiedzi. Usiadł na powrót na kanapie i skupił się na marchewce i króliku, zupełnie jakby Filipa tu nie było. Po cichu liczył, że menedżer wypije kawę, uzna, że nie mają sobie nic do powiedzenia, i wyjdzie, a on będzie miał spokój czy też to coś, w czym trwał od wielu miesięcy. To zawieszenie życia na kołku wieczności.

Nawlekł nitkę i zawiązał supeł. Przez chwilę manewrował marchewką, aż w końcu uznał, że przecież Ala nie dojrzy różnicy. Skupił się na tym zadaniu, kiedy światło zastąpił cień. Uniósł oczy i napotkał wyczekujące spojrzenie Filipa.

- No daj, przecież to jest tragiczne. - Wskazał na ścieg, z którego Jakub był taki dumny.

- Umiesz lepiej?

- Trudno zrobić to gorzej - zadrwił Filip, po czym złapał pluszaka.

Jakub nie mógł się nadziwić zwinnym ruchom palców i po kilku minutach marchewka wyglądała tak, jakby nigdy nie dokonała przesunięcia względem pozycji wyjściowej, czyli z dala od łapek białego królika.

- Co się tak dziwisz?

- Po prostu nie wiedziałem, że masz takie zdolności.

- Jest mnóstwo rzeczy, których o mnie nie wiesz.

I zanim Jakub zdążył zapytać, Filip dodał:

- I bynajmniej nie jest to żadne zaproszenie, byś wchodził z butami w moje życie.

- Tak jak ty w moje?

Chociaż obaj wiedzieli, że ich sytuacje nie były tożsame. Pomimo tego Filip się zawahał.

- Okej, Tomi, w porządku. Masz jedno pytanie.

Jakub wybałuszył oczy, bo takiego przebiegu spraw się nie spodziewał.

- Po co ci takie umiejętności?

- Na serio na to chcesz je zużyć?

Jakub wzruszył ramionami, ale w tym momencie nic nie przyszło mu do głowy.

- Niech ci będzie. Zawsze lubiłem piękne rzeczy, ale przez wiele lat nie było mnie na nie stać. Nauczyłem się zatem wykorzystywać wszystko, co pod ręką, i voila.

- Czyli smutna historia.

- Chyba większość taka jest. Osobiście uważam, że nie jest smutna. Pokazuje, że możemy sami kształtować swój los.

- Filip, nie gniewaj się, ale nie mam siły na te menedżerskie dyrdymały. Czego chcesz?

- Wiesz, czego. Zapytać, kiedy wrócisz.

- Do czego?

- Kuba, wiem, że twoje życie się zmieniło, ale nagle nie stałeś się debilem. Wiesz, do czego. Na scenę, do muzyki. Dlatego tutaj jesteś, a nie w Gdańsku.

- To nie jest...

- Oczywiście, że jest, zawsze będzie. Oni też tego chcą. Nie możesz nieustannie uciekać. Dałem ci wystarczająco dużo czasu, na twoją prośbę spróbowałem z Alkiem, ale nie mogłeś wierzyć, że to się uda. W głębi duszy wiedziałeś, jak to się skończy. I nie mogę ich w nieskończoność trzymać na dystans.

- Ich?

Widział, że na czole menedżera tworzy się zmarszczka. Zawsze pojawiała się, kiedy zaczynał tracić cierpliwość. W obecności Jakuba zdarzało się to dość często.

- Nadal zobowiązuje cię kontrakt. Tak, wiem, co zrobiła Joanna, ale kontrakt podpisałeś z wytwórnią, nie z nią. Starałem się, dałem ci czas, żebyś się ogarnął. Wiem, że ci ciężko, ale... po prostu nie rezygnuj z życia.

- Ja mam życie i jak w ogóle sobie to wyobrażasz?

Przecież on ledwo ogarniał ten fragment rzeczywistości, który nazywał życiem. Stworzył namiastkę rutyny, która pozwoliła mu przynajmniej udawać, że wie, co robi.

- Kuba, myślisz, że jesteś pierwszym artystą z dzieckiem? Proszę cię. Po prostu musisz dać sobie szansę wrócić do domu.

- Jestem w domu.

- Jesteś pewny?

A potem zniknął, jakby wcale go nie było, i Jakub nie zdążył mu podziękować za te wszystkie miesiące, kiedy mógł korzystać z domu rodzinnego Filipa. Bo nawet jeśli Filip nigdy tego nie powiedział, Kuba rozumiał to od pierwszej chwili. Zresztą to mieszkanie nie pasowało do menedżera w najmniejszym stopniu, więc musiało być czymś z przeszłości, czego pozbyć się nie umiał lub nie chciał.

Edward

Przez chwilę zastanawiał się, jakby to było być częścią tej masy, która właśnie opuszczała mury Instytutu Socjologii przy ulicy Koszarowej. Chyba sporo osób objęła jesienna sesja - zadumał się, gapiąc się na tłum twarzy ukrytych pod maskami. Wyszedł z samochodu i spojrzał na zegarek. Miał jeszcze trochę czasu. Usiadł na masce i wyciągnął mały pojemnik. Odkrył wieko i zanurzył widelec w ogromnej zielonej mieszance liści i ziół.

Ta, nie powinienem prosić Oliego, by podzielił się swoim śniadaniem - pomyślał, nadziewając plaster awokado. Po chwili poczuł na języku coś słonego i takiego... Tak, dziś już wiedział, że mówi się na to umami. Parmezan topił się, dostarczając rozkoszy podniebieniu.

Zajrzał do papierowej torby i dostrzegł małą, złożoną karteczkę.

"Nie ma za co, Edi".

Telefon poruszył się w kieszeni. Kiedy zobaczył, kto próbuje się z nim skontaktować, skwitował: Nie, teraz na pewno nie.

Stefan nie miał pojęcia o jego wizycie i może sam fakt, że Edi wiedział, o której kończy egzamin, nosił znamiona stalkingu, ale i tak nie chciał się wycofać. Był to jedyny zaległy egzamin, bez którego Stefan nie mógł przystąpić do obrony.

Mógł odjechać i udawać, że nigdy go tu nie było. Mógł udawać, że znalazł się tu przypadkiem, ale żadna z tych rzeczy nie była prawdą. A w jego życiu było już dość kłamstw, iluzji, półprawd i sekretów. To właśnie przez to byli tam, gdzie byli. A zresztą Edward chciał być tutaj i czekać. To był jego wybór.

Telefon odezwał się ponownie i jego reakcja była taka sama. Dolores pozostała Dolores. Od tamtej pamiętnej Wigilii kilka lat wcześniej ich relacje stały się po prostu oziębłe. Kiedyś otworzył dla niej swój świat, pragnął, by była jego częścią. Ale to było za wiele i nie mógł odciąć się od mamy, więc wybrał.

Na tę wojnę przyjdzie jeszcze czas - postanowił.

Tak bardzo skupił się na własnej głowie, że nie zauważył, kiedy ktoś się zbliżył. Przybysz wsunął się na maskę, zajmując miejsce obok. Serce zabiło mocniej i Edward odruchowo sięgnął do piersi, jakby mógł je w ten sposób uspokoić: no już dobrze, już cicho, ja wiem, wiem.

- Masz też dla mnie? - odezwał się Stefan, przyglądając mu się spod ciężkiej grzywki.

- Nie mam drugiego widelca - oznajmił, rozczarowany, że o tym nie pomyślał.

- Masz jakieś fobie? Czy po prostu się brzydzisz?

Co? Nie, nie! - szumiało mu w głowie.

- Nie o to chodzi...

Stefan uśmiechnął się półgębkiem, a potem rozchylił wargi i czekał.

Edward skoncentrował się tak bardzo na tym widoku, że zawiesił się w czasie i pewnie by tak trwał, gdyby nie dłoń Stefana, która pochwyciła jego własną. Patrzył, jak widelec przesuwa się w powietrzu i w końcu obejmują go różowe wargi. Ale nie był pewny, na czym się skupić: na tym widoku czy na doznaniu, które ten dotyk wywoływał na jego skórze.

Stefan zamknął oczy, delektując się smakiem. Edi żałował, że nie mógł przypisać sobie zasług, ale jego umiejętności kulinarne nie były nawet zerowe, lecz wręcz ujemne.

Stefan wskazał na pudełko na kolanach Edwarda i tym razem ciało samo posłuchało, nawet jeśli świadomość błądziła gdzieś w obłokach i wcale się jej nie spieszyło do powrotu.

- Dzięki, byłem strasznie głodny. W sumie nadal jestem. Nic ci nie zostawiłem, przepraszam.

Edward spojrzał na pusty pojemnik.

- Nie byłem głodny.

Stefan uniósł brwi.

- Edi, znamy się tylu lat, ty zawsze jesteś głodny.

Edward zarechotał, bo ciężko było kłócić się z prawdą.

- Okej, to w takim razie zapraszam cię na obiad. - Po czym dorzucił pospiesznie: - Oczywiście jeśli masz czas i ochotę.

- Tylko ty płacisz, w końcu jesteś gwiazdą.

Stefan zsunął się z maski i Edi patrzył, jak znika we wnętrzu samochodu, próbował się nie szczerzyć, ale było to bardzo, bardzo trudne.

***

- Co chciałbyś robić, gdybyś mógł robić, co zechcesz? - zapytał Stefan, kiedy szli obok Galerii Neon Side. Nie było tego uroku, który pojawiał się wieczorem, kiedy te wszystkie światła płonęły, ale i tak Edi lubił to miejsce. Na widoku, a jednak ukryte. Taki tajemniczy ogród w centrum Wrocławia. Po kilku minutach odebrali swoje zamówienia z azjatyckiej knajpki na Świętego Antoniego i ruszyli w kierunku Bulwaru Jasińskiego. Znaleźli wolną ławkę przy Fosie Miejskiej. Edi zawsze wolał to niż wnętrza barów i restauracji.

- Grać - odpowiedział bez wahania. Bycie basistą Zawieszonych to było przecież spełnienie każdego marzenia z dzieciństwa. - Nigdy nie chciałem niczego innego. A ty?

Stefan opuścił widelec i skupił się na obrazie przed sobą.

- Ja? Będziesz się śmiać, to takie naiwne.

- Czy ty mnie poznałeś? Czy mylisz mnie z jakimś innym Edwardem?

- Uwierz mi, Edi, ciebie nie da się z nikim pomylić - oznajmił Stefan, ciągle wpatrując się w parę kaczek pluskających się w fosie.

Ciepło. Znów je poczuł.

- Opłaciły się lata cekinowych ciuchów - wyszczerzył się zadowolony.

Stefan też się uśmiechał, na ile Edward potrafił dostrzec, obserwując jego profil.

- To nie ma nic wspólnego z ciuchami, ale z tym, kim jesteś. Jaki jesteś...

Edi chciał zażartować, ale gdzieś zgubił słowa, które zawsze były jego domeną. Wtedy Stefan spojrzał w jego kierunku i się wyszczerzył.

- O rany, nie sądziłem, że to się uda. Edi, nie wie, co powiedzieć - sarknął Stefan, wyraźnie zadowolony.

- To normalne, kiedy ktoś wyjątkowy mówi ci komplement - odrzekł szczerze Edward i to sprawiło, że Stefan zamilkł, rumieniąc się przy tym okrutnie.

- Tacy ludzie jak ty... nie są rzeczywiści. Stawiasz poprzeczkę na jakimś kosmicznym poziomie.

Edward wcale tak nie myślał, ale to nie znaczyło, że przyjaciel podzielał jego poglądy.

- Zasługujesz na to, co najlepsze, nie możesz się godzić na byle co.

Tylko nie spodziewał się tego, co Stefan mu powie.

- Nie wiem, jak mam być sam.

- Słucham?

- Nie wiem... Zawsze wskakuję z jednej relacji w drugą. Nawet jeśli widzę tyle czerwonych flag, że nawet dzielnica czerwonych latarni by się zawstydziła, to i tak w to idę, jakbym tylko wtedy czuł, że jestem coś wart, że...

- Stefan, jesteś kimś wyjątkowym - zapewnił Edward, ale twarz Stefana pozostała niezmieniona.

- To tylko słowa.

Edward westchnął i spróbował z innej strony.

- Jaka była twoja najlepsza randka do tej pory?

Stefan przyglądał mu się jakoś dziwnie.

- No wiesz, że ktoś zrobił dla ciebie coś takiego... wyjątkowego.

- Nikt dla mnie nigdy niczego takiego nie zrobił. Zawsze jest tak samo: poznajemy się, mnie się wydaje, że to coś wyjątkowego, potem jest seks, a potem nie ma już nic.

- Nawet Kuba?

Edward zauważył zawahanie.

- Wtedy byliśmy dziećmi i cieszyłem się, że on się zgodził, że... Zresztą dobrze wiesz, że z Kubą nigdy nie było szans na nic więcej.

Edward chciał zapytać o tak wiele rzeczy, ale się bał. Nie był tylko pewien, czego bardziej: tych pytań czy odpowiedzi.

- Po prostu takie rzeczy zdarzają się chyba tylko w filmach.

- Jeszcze nie trafiłeś na odpowiednią osobę - oświadczył pewnie Edi.

Ale Stefan nie wydawał się przekonany.

- Powtarzam ci: nie trafiłeś na odpowiednią osobę. Pewnego dnia jakiś gość będzie miał niebywałe szczęście, że zechcesz w ogóle na niego spojrzeć, a do tego czasu ja będę ci to udowadniał.

- Jak?

- Powoli, każdego dnia, aż zobaczysz w sobie to, co ja widzę.

Patrzyli na siebie. To był jeden z tych momentów, tych filmowych, idealnych chwil, kiedy powinien się nachylić, Stefan powinien mu wyjść naprzeciw i wszystko byłoby magiczne. Ale to było życie. A Edi wiedział, że Stefan nie potrzebuje kolejnej osoby, która zobaczy w nim wyłącznie ciało, coś przejściowego.

Edi dostrzegł te wszystkie uczucia i pytania. Wiedział, że Stefan się zastanawia: "Dlaczego nic nie robisz? Czy ja mam zrobić pierwszy krok, czy... czy...".

- To jakie są te marzenia? - Edi zawrócił, chociaż tego nie chciał. Ale Stefan zasługiwał na tak wiele.

Stefan wyglądał, jakby się obudził. Zamrugał kilka razy. Na tej pięknej twarzy pojawiły się rumieńce.

- Fundacja, która organizuje zajęcia dla dzieciaków, których nie stać na naukę muzyki. Ja wiem, że można iść do publicznej szkoły muzycznej, ale sam wiesz, ile kosztuje choćby zwykła gitara, nie mówiąc już o perkusji czy innych instrumentach. Dla wielu nawet te kilkaset złotych to bariera nie do przejścia, nie mówiąc o profesjonalnych instrumentach scenicznych. Koszt wszystkiego jest ogromny i każdy oczekuje, że będziesz to miał. Chciałbym, żeby były tam też zajęcia z arteterapii, nie tylko muzykoterapii. Oczywiście wiem, że wymaga to biznesplanu, znalezienia finansowania, miejsca, nauczycieli, ludzi, którzy poświęciliby swój czas, talent. Nie mam pojęcia, jak...

Edi słuchał uważnie. Dawno zapomniał o jedzeniu, które stygło na jego kolanach

- Wiem, że to głupie - zaczął usprawiedliwiać swoje marzenia Stefan.

- Ani mi się waż.

Położył dłoń na dłoni Stefana. Ciepło. To właśnie było to. I może pewnego dnia będzie to "Dom. Dom. Dom". Ale Edi nie chciał wybiegać w przyszłość, kiedy teraźniejszość domagała się jego uwagi.

- Nie ma w tym nic głupiego. Nawet nie mam pojęcia, od czego zacząć, ale chętnie pomogę.

- Nie musisz.

- Wiem, ale to wspaniały pomysł. Pogadam z ojcem. W końcu od tylu lat prowadzi szkołę muzyczną. Spotkamy się z Filipem, naszym menedżerem. On może wygląda jak picuś-glancuś, ale na pewno pomoże.

I Edi nie mógł przestać opowiadać i czuł, że Stefan pozwala sobie uwierzyć, że to marzenie naprawdę może się spełnić.

ROZDZIAŁ 97

Czy ja należę do tego świata?

Emilia

Zwinęła się w kłębek, z głową w zagłębieniu ramienia. Czekała na kolejny cios. I następny. Powinna się rozpaść. Przecież nie mogła wytrzymać już więcej. Historia tego życia nie zaczęła się dziś. A potem otworzyła oczy.

Niewiele tutaj czuła, zupełnie jakby w tym miejscu emocje nie istniały, a jeśli już, to w ograniczonej wersji.

- To o czym będziemy gadać?

- Ty mi powiedz. O czym chcesz porozmawiać?

- Początkowo nie chcieli go grać. Niektóre stacje go banowały, bo był... zbyt depresyjny. - Zrobiła znak cudzysłowu i skrzywiła się, jakby cenzura miała rzeczywiście smak, i to najgorszy z możliwych.

Terapeuta przyglądał się jej, może się zastanawiał, czy nie powinna trafić na oddział zamknięty. Czekała, aż sam się zorientuje, ale on nadal czekał.

- But I'm a creep, I'm a weirdo - zanuciła razem z Radiohead, które wydobywało się z radia, bo telefonu nie miała.

- Okej, to może od tego zaczniemy.

- Będziemy rozmawiać o muzyce? - zapytała pełna podejrzliwości.

Terapeuta wyciągnął telefon i przez kilka sekund wydawało jej się, że zacznie scrollować socjale, aż ich czas dobiegnie końca i on będzie mógł zająć się tymi pacjentami, którzy mają jeszcze szansę. Na których nie szkoda jego czasu. Czytał coś przez moment, kiwając nieustannie głową, jakby na potwierdzenie, po czym zapytał:

- Czy tak się właśnie czujesz?

Tym razem to ona wydawała się nie rozumieć.

- Przecież chyba każdy chciałby mieć perfekcyjne ciało i duszę - sarknęła, nawiązując do słów piosenki, i zaśpiewała: - You're so fuckin' special, I wish I was special.

Ale ona nie była nikim specjalnym. Milczał, przyglądając się jej, a potem podjął decyzję, bo z jego ust wypadło:

- What the hell am I doing here? I don't belong here - zacytował. - Tak się właśnie czujesz?

Och.

***

Innego dnia zaczął od:

- Jak się dziś czujesz, Emilio?

Spojrzała na niego wyzywająco. Po tych paru dniach powinien się nauczyć, że ona na to nie reaguje. A może problem był w tym, że reagowała zbyt silnie, jakby w tych kilku literach było ukrytych więcej zła, niż można się spodziewać.

- Emi - poprawił się, a ona uśmiechnęła się w duchu i bardzo się starała nie pokazać tego na zewnątrz, żeby nie wiedział, że jej zależy.

- Robimy postępy - skomentowała, tak jakby w ten sposób rzeczywiście coś wygrała.

- Mam taką nadzieję. Taki jest sens tego wszystkiego.

- I za słówka łapiemy? To jakieś psychologiczne gierki?

- Po prostu zwyczajna adaptacja do otoczenia.

- To wymagam adaptacji? - zapytała buńczucznie, chociaż lubiła tego człowieka. Był w nim spokój i coś takiego, jakby rzeczywiście uważał, że można ją jeszcze uratować i naprawić.

- Każdy jej wymaga, żebyśmy mogli się lepiej zrozumieć, znaleźć platformę porozumienia.

- Tu nie ma za wiele do rozumienia. Chyba wszyscy jesteśmy tutaj z tego samego powodu. Lubimy pić - oświadczyła. Bo przecież jaki był sens udawać, że jest inaczej. Była w miejscu, które dobitnie o tym świadczyło. Rozejrzała się po kremowych ścianach, takich bezosobowych, i to bardzo do niej pasowało. Teraz też czuła, jakby w niej nikt już nie mieszkał.

- Ale przyczyny są różne, nawet jeśli rezultat jest taki sam.

- A jak w moim przypadku nie ma żadnego wytłumaczenia?

Uniósł brwi. Wiedziała, że to tak działa. On czekał, aż cisza zacznie ją uwierać i wtedy, choćby z nudów, zacznie mówić.

- Może ja nie jestem jak Radek czy pani Ula. Może nie miałam zasranego życia. Może po prostu jestem rozpieszczonym, uprzywilejowanym człowiekiem, który nie przejmuje się innymi i zwyczajnie lubi pić. Nic za tym nie stoi, żadna łzawa czy straszna historia - wygłosiła monotonnym tonem.

- Tak siebie postrzegasz?

- Czy to ma znaczenie, dlaczego chleję? Chcę wiedzieć po prostu, co mam robić, aby tego... nie chcieć - ostatnie słowa wyszeptała. Nie wstydziła się swoich demonów, ale tego, że nie wie, jak je przepędzić, albo przynajmniej sprawić, by zasnęły.

- A teraz chcesz się napić?

- Chcę.

Bo nie było sensu kłamać.

- Są tu tacy, którzy zbliżają się do liczby dwucyfrowej, jeśli chodzi o liczbę pobytów.

- Hurra, czyli jeszcze wszystko przede mną - klasnęła w dłonie. Ale on ponownie tylko uśmiechnął się spokojnie. Pewnie nie pierwszy raz widział takie reakcje.

- Dlaczego chcesz przestać pić?

- Bo już nie chcę nikogo skrzywdzić.

- A siebie?

- Co mnie?

- Czy siebie też nie chcesz skrzywdzić?

- A nie uważasz, że zasługuję na karę?

- Ważne jest to, co ty uważasz. Wiesz, że nie mogę dać ci gotowych rozwiązań, ale mogę nauczyć cię pewnych mechanizmów adaptacyjnych.

- Ładne określenie, które oznacza mniej więcej tyle, że muszę unikać alkoholu.

Kąciki ust zadrgały, a Emi każdy z tych uśmiechów chowała jak skarb.

- Tak, to jeden z nich, unikanie pokusy. Przynajmniej na razie.

- Nie mogę złożyć żadnych obietnic.

- To dobrze. Bo tego nie oczekuję. - A potem nachylił się w jej kierunku, zupełnie jakby chciał powiedzieć jej coś, co wymaga intymnych warunków. - Emi, alkoholizm to choroba. Jej skutki są odczuwane nie tylko przez ciebie, ale i przez innych.

- Brzmi to, jakbym miała raka. Tylko że ja sama to na siebie sprowadziłam. Wybierałam alkohol, bo tak było najszybciej.

Mężczyzna nie spuszczał z niej wzroku. Pewnie słyszał to wszystko wiele razy.

- Tak, ale uświadomienie sobie powagi sytuacji i przyznanie się do tego, że masz problem, to pierwszy krok. Nie będę cię rozgrzeszał za twoje błędy, bo nie po to tu jestem. To są twoje błędy i ich konsekwencje. Ważne jest, co zrobisz dalej, czy pozwolisz sobie pomóc.

- Chcę być zdrowa.

Chciała powiedzieć normalna, ale była świadoma, że to oznacza długi wykład.

- Dobrze zatem, zacznijmy od początku...

Początku? Nawet ona nie wiedziała, gdzie był koniec tego sznurka. To tak, jakby móc napisać książkę o wszystkim tym, czego ludzie nie mówią, co przemilczają, co zostawiają dla siebie, do czego nawet sami się przed sobą nie przyznają. To byłaby piękna książka, to byłaby straszna książka. Może wtedy przestalibyśmy wierzyć w człowieczeństwo.