Zawód fotograf - Chris Niedenthal

Kup ebooka

45.90 zł
37.18 zł (36,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Wydawca i redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, ANNA HEGMAN
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcia na okładce ? CHRIS NIEDENTHAL
Zdjęcie autora ? BARTEK MAJEWSKI
Okładki tygodnika "Newsweek" ? 1979, 1980, 1981, 1983, 1984, Harman Newsweek LLC. All rights reserved. Reprinted by permission. Okładki tygodnika "Time": Courtesy of Time, Inc.
Zdjęcia wykorzystane w książce nieopatrzone nazwiskiem autora są dziełem Chrisa Niedenthala lub pochodzą z jego zbiorów prywatnych. Wszystkie fotografie autorstwa Chrisa Niedenthala zamieszczone w książce znajdują się w FORUM Polskiej Agencji Fotografów; www.forum.com.pl.
Wydawca dziękuje: redakcjom tygodników "Newsweek" i "Time" za zgodę na publikację okładek; Krystynie Tarasiewicz oraz Maciejowi Biedrzyckiemu, Markowi Gryglowi, Rafałowi Masłowowi, Rafałowi Nowakowi, Woody'emu Ochnio i Zbigniewowi Wdowińskiemu za udostępnienie zdjęć do publikacji w książce; Januszowi Głowackiemu za życzliwość.
W książce wykorzystano także zdjęcie autorstwa Kuby Grelowskiego i Tomasza Tomaszewskiego.
Copyright ? by Chris Niedenthal Copyright ? by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie drugie, poprawione i rozszerzone
ISBN 978-83-66500-91-4
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail: [email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ 103

Marsz na Facebooku

Święto Niepodległości, 11 listopada 2017 roku. Nie przewidziałem, że po tym dniu będę miał scysję z Facebookiem. Zaczął się spokojnie, byliśmy z żoną na wiecu Platformy Obywatelskiej na placu Zamkowym. Było spokojnie, ale jak ktoś ładnie określił, "mało energetycznie", więc postanowiliśmy wrócić do domu. Nie planowałem być na Marszu Niepodległości, który miał się rozpocząć później, na rondzie niedaleko Pałacu Kultury. W drodze do domu coś jednak zwróciło moją uwagę i zacząłem się zastanawiać: zostać czy nie zostać? Odwieczny dylemat fotografa. W końcu Karolina wróciła do domu, a ja zostałem. I tym sposobem, chcąc nie chcąc, udało mi się sfotografować kontrowersyjny Marsz Niepodległości. Dziwiły mnie późniejsze komentarze polityków partii rządzącej, że narodowcy/nacjonaliści to tylko mała część całego tego - rzeczywiście dużego - marszu. Tylko że to właśnie narodowcy/nacjonaliści stali na czele marszu: od nich się zaczęło i co chwila jakiś ich oddział się pojawiał, było ich bardzo, bardzo dużo. Hasła ich nie były łagodne i miłe: biała Polska itd. - zresztą wszyscy później widzieliśmy ich banery.

Najpierw kręciłem się w różnych punktach tego marszu, głównie tam, gdzie narodowcy się organizowali. Niektórzy mieli zielone maski na twarzach, co wyglądało dość groźnie. Chciałem ich fotografować, ale nie byłem pewny ich reakcji. W końcu poprosiłem, by się pod tymi maskami uśmiechnęli - i ta idiotyczna prośba zadziałała. Później wylądowałem na rondzie de Gaulle'a i tam się zatrzymałem, żeby fotografować cały długi przemarsz. Dla własnej wygody stanąłem za jakimś słupem pośrodku ronda, tak by nie zostać zmieciony przez napierający tłum. Zepchnęliby mnie - ale słupa już nie. I tym sposobem mogłem zobaczyć cały, rzeczywiście zróżnicowany, marsz. Owszem, było tam sporo zwykłych ludzi, starszych, młodszych, z dziećmi czy bez. Ale siłą rzeczy narodowcy/nacjonaliści zwracali na siebie największą uwagę, tym bardziej że już w Alejach Jerozolimskich przed rondem de Gaulle'a zaczęli odpalać czerwone race. Nie da się ukryć, było to dla fotografa dość widowiskowe. Przez megafony słychać było ciągłe nawoływania organizatorów, by nie odpalać rac, że to nielegalne, ale nikt oczywiście nie zwracał na to uwagi, zwłaszcza policja.

Później wrzuciłem na Facebooka kilka fotografii z lakoniczną informacją co i gdzie. Po czym o tym zapomniałem - do momentu kiedy raptem się okazało, że mój post zniknął z Facebooka. Zniknął, a ja dostałem krótką wiadomość, że naruszyłem jakieś prawo społeczności FB i dlatego post został skasowany. Napisałem jeszcze na FB o tym, co się stało. Zbyt długo się nie namyślając, wrzuciłem raz jeszcze te same fotografie. Jakiś czas później wszystko znów zniknęło, a ja otrzymałem kolejną wiadomość, że zostałem odcięty, czyli zbanowany, na dwadzieścia cztery godziny, bo byłem niegrzeczny. Domyśliłem się, że komuś najwidoczniej wydawało się, że propaguję faszyzm, neofaszyzm czy coś podobnego. Odpisałem, że z czymś takim się absolutnie nie zgadzam i że jako zawodowy fotograf mam prawo dokumentować, co się wokół mnie dzieje, tym bardziej że moje zdjęcia i krótki podpis wskazywały na to, że przedstawiłem wyłącznie to, co sam widziałem. Na szczęście mam sporo znajomych dziennikarzy i zrobił się mały raban w Polsce, a nawet w Ameryce. Rezultatem tego było skrócenie mojego zakazu o połowę, krótka wiadomość od FB, że mnie przepraszają, że nastąpiła pomyłka, a następnego dnia nawet telefon z polskiego przedstawicielstwa FB. Muszę powiedzieć, że było to dla mnie ciekawe doświadczenie - wielka światowa korporacja znienacka spadła mi na głowę, bo podejrzewała mnie o jakieś niecne cele. Wiele komentarzy dotyczyło tego, że to komputerowe algorytmy skasowały mój post, że dzieje się to jakby z automatu. Jednak przedstawiciel FB na Polskę wytłumaczył mi, że nie, to są ludzie, mała armia rozsiana po całym świecie, która ma za zadanie przesiewać udostępniane treści, szukając złych intencji. Ci ludzie mają prawdopodobnie tylko kilka sekund, żeby przepuścić lub skasować post. I tak właśnie stałem się ofiarą takiej nadgorliwości. Plusem tego wszystkiego było to, że jeszcze w życiu nie miałem tylu polubień czy "share'ów" mojej pracy.

Ale najciekawsze w tym wszystkim jest to, że dzisiaj w ogóle pisze się o FB i o takich sprawach. Jeszcze kilka lat temu nie miałbym o tym wszystkim pojęcia, nie korzystałbym z czegoś takiego jak Facebook i nie cieszyłbym się tym, że przez taki portal można komunikować się momentalnie z ludźmi na całym świecie. Czy to jest naprawdę potrzebne? Może nie - ale jakie wygodne!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ 1

Skąd "ten Niedenthal"...

Ulewa. Błoto. Ciemna noc. I co najgorsze: trwa wojna. Jest niedziela, 17 września 1939 roku - wojna trwa już siedemnaście dni. Grupa młodych ludzi wyruszyła pieszo z Wilna w kierunku granicy polsko-litewskiej. Antoni i Maria Ostrowscy idą ze swoim przyjacielem Janem Niedenthalem - trzydziestotrzyletnim wiceprokuratorem urodzonym we Lwowie. Razem z Antonim Ostrowskim pracował w wydziale politycznym prokuratury wileńskiej. Grupa ludzi spieszących do granicy powiększa się; jedna z kobiet jedzie z dzieckiem wozem, ale cała reszta zdana jest na własne nogi. Jan rozgląda się nerwowo, bo ma do niego dołączyć żona, Zofia z Łastowskich, którą poślubił 30 sierpnia, w przeddzień wybuchu wojny, niecałe trzy tygodnie temu. Jest zmęczony, bo zamiast cieszyć się małżeństwem, musiał przez ostatnie dni niszczyć razem z Antonim różne dokumenty w prokuraturze. Dzisiaj Armia Czerwona wkroczyła do Polski i trzeba było się spieszyć.

Na granicy litewskiej cała grupa zastaje zamknięty szlaban: Litwini nie chcą wpuścić Polaków. Kiedy jednak dociera do nich wiadomość, że wojsko radzieckie zbliża się już do samego Wilna, otwierają granicę.

Tata i ja we frakach w naszym ogrodzie przed ślubem Krysi, Londyn 1972

Maria Ostrowska wspomina wiele lat później, jak bardzo była wzruszona, kiedy do granicy dotarł oddział Wojska Polskiego i każdy żołnierz, zanim rzucił na stos swoją broń, uroczyście ją całował, a potem przechodził na stronę litewską.

Zofia Łastowska zdołała dołączyć do grupy przekraczającej granicę i razem z moim tatą opuścić Polskę. Ojciec, jak się okazało, nie ujrzał już swojej ojczyzny przez następne dwadzieścia cztery lata. Tego wtedy oczywiście nie wiedział. Nikt tego nie wiedział. Zaczęła się wielka tułaczka. Tata przez Łotwę i Szwecję trafił do Francji (w Paryżu znalazł się już 30 października 1939 roku), gdzie jako młody żołnierz I Dywizji Grenadierów służył w polskim wojsku pod dowództwem generała Bronisława Ducha w Lagarde, w pobliżu słynnej Linii Maginota. Dzisiaj wiemy, że nie był to dobry pomysł. Ale wtedy generał Duch i jego żołnierze nie przypuszczali, że Hitler wykpi ich wszystkich i poprowadzi swoje wojska zupełnie inaczej, ignorując ową linię. Padł słynny rozkaz 4444, generał Duch rozwiązał I Dywizję Grenadierów i rozkazał, by polscy żołnierze zniszczyli sprzęt, zakopali sztandary i ewakuowali się małymi grupkami w stronę aliantów. W rzeczywistości większość z nich dostała się do niemieckiej niewoli. Tak też 22 czerwca 1940 roku stało się z moim ojcem.

Tata (z lewej) nad jeziorem Karaciszki pod Wilnem, 1938

Małżeństwo ojca, tak niedawno zawarte, nie przetrwało wojennej zawieruchy. Może i dobrze. Przynajmniej dla mnie - inaczej nie pojawiłbym się na tym świecie i tych słów nie napisał. Choć kto wie, może pisałbym je jako jakiś zgryźliwy nudny ekspert od marketingu w Anglii i nazywałbym się, powiedzmy, Zenobiusz, Archibald czy nawet Percy...

Tacie udało się wydostać (po roku!) z niemieckiej niewoli dość sprytnym, choć dla zdrowia niebezpiecznym, fortelem. Napił się trochę benzyny, by wywołać wysoką gorączkę. Dzięki polskim lekarzom dostał się do szpitala, gdzie stwierdzono prawdopodobieństwo gruźlicy i go stamtąd zwolniono. Jeśli Niemcy się czegoś bali, to właśnie tej choroby. Tata przedostał się do Tuluzy, w jeszcze nieokupowanej części Francji, gdzie mieszkał przez siedemnaście miesięcy i nawet studiował prawo karne i ekonomię polityczną. Kiedy Niemcy zaczęli przejmować i ten obszar Francji, tata otrzymał rozkaz opuszczenia jej i przedostania się do Hiszpanii. Dwudziestego trzeciego listopada 1942 roku przekroczył nielegalnie granicę hiszpańską w Pirenejach, po czym cztery dni później został aresztowany i osadzony w więzieniu w Barbastro. Po kilku miesiącach zwolniono go na podstawie wystawionego w niewoli niemieckiej zaświadczenia o podejrzeniu gruźlicy. Hiszpanie też widocznie bali się tej choroby i tata przedostał się do Madrytu, stamtąd do Gibraltaru, skąd drogą morską dopłynął do Anglii w maju 1943 roku.

W Londynie został zwolniony z wojska, uzyskał posadę referenta i sekretarza ministra w Ministerstwie Sprawiedliwości na Uchodźstwie.

Mama jako młoda dziewczyna

Natomiast moja mama Helena Łyżwańska odbyła zupełnie inną drogę do Anglii. Urodziła się w Łucku, ale w 1939 roku pracowała już od jakiegoś czasu w Polskiej Agencji Telegraficznej (po wojnie PAP - Polska Agencja Prasowa) w Warszawie jako stenotypistka. Podobno świetnie pisała na maszynie. W 1939 roku miała dwadzieścia pięć lat. Kiedy wybuchła wojna i rząd zdecydował się ewakuować z Warszawy na wschód kraju, urzędnicy podobno mieli kłopoty z namawianiem sekretarek i stenotypistek do tak nagłego wyjazdu. Rodziny, dzieci, mężowie - wszystko to stało na przeszkodzie. Mama jako młoda samodzielna kobieta bez męża i dzieci zgodziła się pojechać z rządem. Sądziła, jak później mi mówiła, że wojna skończy się za parę tygodni i wtedy szybko wróci do domu.

Mama w czasie wojny, Londyn

Tak się oczywiście nie stało. Jej podróż w nieznane zaczęła się od pociągu do Lublina w pierwszych dniach września 1939 roku. Rząd zaczął już się rozlokowywać w Kosowie, kiedy 17 września przyszła wiadomość, że Armia Czerwona przekroczyła polską granicę i radzieckie dywizje pancerne zdążają w kierunku miejsca, gdzie stacjonuje polski rząd. Reakcja była natychmiastowa: padł rozkaz, by wszyscy ewakuowali się do Rumunii. W ten sposób mama przeszła znaną wszystkim drogę przez Rumunię i Francję do Anglii.

Kiedy po śmierci mamy w 2001 roku musiałem likwidować nasz londyński dom, na rzadko odwiedzanym strychu znalazłem wzruszającą pamiątkę, której nigdy mi nie pokazała. Był to dziennik prowadzony od pierwszych dni wojny i relacjonujący ucieczkę z Polski oraz całą późniejszą podróż do Anglii. Nie pisała go mama, lecz jej serdeczna przyjaciółka z tej podróży, nieżyjąca już Janina Ruhlandowa. Pani Janina była nieco starsza od mamy, pracowała jako urzędniczka w Urzędzie Rady Ministrów. Dziennik zaczęła pisać 10 września 1939 roku, kiedy konwój rządowy na chwilę zatrzymał się w Łucku. Wyjazd z Warszawy opisała tak:

Opuściliśmy Warszawę w poniedziałek 4 września br. O godzinie 12? zadzwonił do mnie radca Stanisławski i polecił być za 3 kwadranse w Prezydium. Z szaloną szybkością zaczęłam się ubierać (bo już spałam) i pakować. Wreszcie zbudziłam naszą dziewczynę Weronię Kasperczyk, która spała w ubraniu w obawie o alarm, i we dwie zeszłyśmy z 4-go piętra ul. 6 sierpnia 2/10 i poszłyśmy w tą noc czarną w Aleje Ujazdowskie. Żadnego samochodu, żadnego tramwaju. Jakieś auto przejechało, więc krzyczę "auto" i auto na szczęście zatrzymało się. Był to samochód prywatny - był tylko sam szofer. Mówię do niego: Panie, niech Pan będzie człowiekiem i odwiezie mnie do mojego Urzędu w Prezydium Rady Min., bo mam taki rozkaz stawienia się - wiem, że to jest auto prywatne! Wzdragał się przez chwilę, ale pojechał. Po drodze, jak jakieś duchy - podnosiły i unosiły się w powietrze balony zaporowe. Było ciemno i tragicznie. Dziewczyna moja szlochała. [...] W Prezydium był ruch. Nikt nic nie wiedział. W pewnej chwili ktoś dał komendę "wsiadać". Wsiadłam do pierwszego autokaru i pojechaliśmy na dworzec wschodni. Tam przeczekaliśmy do godz. 6-ej rano. O szóstej ruszył nasz pociąg...

Podoba mi się ten okrzyk "auto!". Ciekaw jestem, czy to by dzisiaj zadziałało.

Chwilę później pani Ruhlandowa dochodzi do momentu opuszczenia Polski:

W Kosowie miałam kwaterę razem z pp. Stanisławskimi u Proboszcza. [...] Urzędowaliśmy w areszcie gminnym - już zainstalowaliśmy elektryczność i telefony, ale nie mieliśmy czasu korzystać z tego - bo nad ranem 17/9 - kazali nam prędko rzeczy spakować, gdy okazało się, że bolszewicy są bardzo blisko - przekroczyli granicę i stanęli w Horodence i pod Zaleszczykami. [...] Z Kosowa wyjechaliśmy 17-go o godz. 14-ej. Jechaliśmy w stronę Kut, granicy rumuńskiej. Cały wielki sznur samochodów ciągnął - i przestawaliśmy co chwilę na długi, długi czas. Wreszcie ostatni orzeł polski zamajaczył przed nami i - już granica rumuńska. Serce ścisnęło się - prawie wszyscy płakali lub mieli łzy w oczach.

Ślub rodziców, Londyn 1947

Polakom mieszkającym wtedy w Polsce mogło się wydawać, że wojny w Londynie w ogóle nie było. Jednak okres zwany The London Blitz, między wrześniem 1940 roku a majem 1941, kiedy to Niemcy starali się bombardowaniami zmiękczyć Anglików przed planowaną inwazją, był straszny: zginęło wtedy prawie 30 tysięcy londyńczyków, a ponad 50 tysięcy zostało rannych. Po tym okresie było tylko trochę lżej, bo bombardowania, choć mniejsze, trwały nadal, a rakiety V1 i V2 siały śmierć i strach wśród mieszkańców.

Polacy przebywający już wówczas w Londynie pamiętają ten okres wojny jako straszny, ale także niezwykle ciekawy w ich życiu, poznawali dopiero Anglików, którzy, zwłaszcza londyńczycy, okazywali się niezwykle przyjaźni i nadzwyczaj pomocni.

My myślimy, że to Polacy są najbardziej pomocni i gotowi na poświęcenie w obliczu zagrożenia. Otóż niekoniecznie: Anglicy mają dokładnie taką samą cechę charakteru. Halina Klimacka (z domu Tomaszewska), matka mojego przyjaciela Andrzeja, wspomina, jak po każdym nalocie wszyscy do siebie dzwonili i pytali: "Dom stoi? Wszystko w porządku?". Była wtedy, jak sama opowiada, nastoletnim podlotkiem i imponował jej fakt, że w książeczce adresowej miała zapisany telefon do dwóch dorosłych już mężczyzn: "Jaś i Adaś, chłopaki od Lyonsa". Jaś to mój tata (matka pani Haliny była jego sekretarką w Ministerstwie Sprawiedliwości, a sama pracowała w polskiej YMCA), a Adaś to Adam Nowotny, sędzia, który też pracował w tym samym ministerstwie. "Lyons" oznaczało sieć tanich samoobsługowych restauracji Lyons Corner House ("corner", bo zawsze mieściły się na rogu ulic). Do takiego Lyonsa na Piccadilly Circus chodziła na lunch ta wesoła trójka, zamawiając takie ponętne dania jak bacon and eggs, czyli jajka na boczku, za 1/3d (1 szylinga i 3 pensy).

Od lewej: Matka mojego ojca, Maria z Zawadzkich. Cała rodzina mojego ojca, Lwów 1910. Tata był najmłodszym z synów

Maria i Antoni Ostrowscy też już znaleźli się w Londynie, i to właśnie u nich mój ojciec poznał Helenę Łyżwańską, moją mamę, a swoją przyszłą żonę. Rodzice pobrali się w Londynie w 1947 roku, już po wojnie. Potem urodziliśmy się my, moja siostra Krysia i ja.

Tata nie mógł pracować w Anglii ani jako sędzia, ani jako prokurator. Został zatrudniony po wojnie w brytyjskim Ministerstwie Oświaty w specjalnym departamencie do spraw Polaków. Przez wiele lat pomagał młodym rodakom zwolnionym z wojska lub lotnictwa. Jeśli zamierzali studiować na angielskich uniwersytetach, pomagał im zdobywać stypendia i służył radą. Wielu jego byłych "studentów" do dzisiaj go z wdzięcznością wspomina. W nekrologach po jego śmierci w 1976 roku pisano, że był "orędownikiem polskiej młodzieży", taki napis zamieściliśmy też na jego grobie. W 1961 roku został za tę właśnie pracę odznaczony przez królową Elżbietę II orderem MBE - Member of the Order of the British Empire. Była to piękna uroczystość, wybraliśmy się na nią całą rodziną, tata we fraku i cylindrze, a Krysia i ja w naszych szkolnych mundurkach. Tatę przed wejściem na scenę instruowano, że po otrzymaniu orderu nie wolno mu się obrócić plecami do królowej, ma się wycofać tyłem. Łatwo to powiedzieć, trudniej zrobić. Tata, speszony obecnością królowej, wykonał na koniec coś w rodzaju tańca przednio-tylnego, ale nie ścięto go za to. Ważnym punktem programu, przynajmniej dla mamy i Krysi, było odwiedzenie miejsca, "gdzie nawet królowa chodzi piechotą", bo koniecznie chciały sprawdzić, jak wyglądają toalety w pałacu Buckingham. O ile pamiętam, mówiły, że był tam czerwony dywan...

W czasie wojny tata został sekretarzem ministra sprawiedliwości, Wacława Komarnickiego, Londyn, październik 1944

Tata był najmłodszym z pięciu braci. Jego ojciec Władysław Niedenthal pracował jako urzędnik skarbowy we Lwowie; poślubił Marię z Zawadzkich.

Dziadek był pryncypialny, konkretny. Tak wnioskuję z jego listów, które dostałem w spuściźnie po śmierci stryja Stanisława. W listach tych są zawsze precyzyjne informacje, przywoływanie historii rodziny i dzięki temu wiem, że teoretycznie mógłbym mieć do dzisiaj tytuł niemieckiego barona. Nasze nazwisko rodowe brzmiało kiedyś Niedenthal von Hohenberg. Dziadek w liście na czterdzieste urodziny Adama, a potem w korespondencji ze Staszkiem opisuje, jak to nasz protoplasta "odznaczał się w wielu bitwach pod wodzą Wallensteina męstwem i dzielnością" i w uznaniu zasług podczas wojny trzydziestoletniej otrzymał od Albrechta von Wallensteina tytuł barona (Freiherr) oraz posiadłość w Hohenbergu, obecnie Dolnej Bawarii. Oto krótkie i zwięzłe wytłumaczenie, skąd u mnie to niemieckie nazwisko.

Od lewej: Brat ojca Kazimierz, w Polsce, jeszcze przed wyjazdem do Ameryki Południowej, 1930. Ojciec mojej chrzestnej matki Cecylii (Lili). Brat ojca Adam, fotografia z obozu Brat ojca Władysław, 1938

Jednak w naszej rodzinie dawno już nie ma śladu po tej niemieckości, jako że mój prapradziad przeniósł się do wschodniej Polski, jak pisze dalej w liście dziadek Władysław i dodaje: "Chciano zniemczyć Małopolskę, ale sztuka się nie udała, bo się sami spolonizowali - gruntownie!".

No, ja tu bym coś dodał. Rzeczywiście - urodziłem się w Anglii, ale nie czuję się Anglikiem, mam niemieckie nazwisko, ale nie czuję się Niemcem. Jedynie za kierownicą na polskich drogach zaczynam się nad tym zastanawiać...

Bracia Kazimierz i Stanisław wyemigrowali do Peru w latach trzydziestych, po czym zamieszkali w Brazylii. Władysław do czasów wojny mieszkał w Warszawie i pracował w Ministerstwie Komunikacji w wydziale turystyki. Zajmował się propagowaniem Polski przez fotografię i różne publikacje. W Armii Krajowej walczył w tzw. Antyku, czyli sekcji antykomunistycznej, i prawdopodobnie zginął ostatniego dnia powstania na Żoliborzu, na ulicy Promyka. Ciała nigdy nie znaleziono, choć na warszawskich Powązkach jest jego symboliczny grób. Pikanterii całej tej historii dodaje fakt, że w latach dziewięćdziesiątych Karolina i ja spotkaliśmy pewną starszą panią, która twierdziła, że nie wierzy w jego śmierć podczas powstania. Była przekonana, że po wojnie kilkakrotnie widziała go w Warszawie na przystanku autobusowym, choć udawał, że jej nie poznaje. To dosyć ciekawa teoria, hipotetycznie jest to możliwe. Stryj jako członek Antyku był narażony na niechybną śmierć po wejściu Sowietów. Czyżby sfingował własną śmierć i przyjął po wojnie nową tożsamość? Pytaliśmy tę panią, czy jest pewna, że to był on. Jej odpowiedź nie zostawiała wątpliwości: "Kobieta zakochana nigdy się nie myli". Władysław Bartoszewski, który był przyjacielem i towarzyszem broni Władysława, powiedział mi, że nie wierzy w taką wersję wydarzeń.

Brat ojca Stanisław; tu sfotografowałem go w Oksfordzie w późnych latach 60. Jedyny brat taty, którego miałem szczęście poznać. Z Brazylii wrócił do Polski, umarł w Rabce. Intelektualista, wieczny tułacz, autostopowicz, fajny człowiek

Ostatni z braci, Adam, także wyemigrował do Ameryki Południowej, ale wrócił do Polski jeszcze przed wojną i zginął - jak pisałem - w niemieckiej niewoli od alianckiej bomby omyłkowo rzuconej na obóz jeniecki.

Władysław miał trójkę dzieci z Jadwigą z Janiszewskich: Marysię, Jana i Adama. Jadwiga z dziećmi została wywieziona przez Sowietów ze Lwowa, dokąd poradzono im pojechać po wybuchu wojny. Najpierw zabrano ich do Równego na Wołyniu, po czym zostali wywiezieni do Posiołka na Uralu w ZSRR. Tak zaczęła się ich niesamowita tułaczka po tych zimnych, a potem gorących krajach (Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgizja, Iran). Podobnych przypadków w tamtych latach było tysiące.

Jan, Marysia i Adaś jako małe dzieci przeżyli straszne mrozy, upały, głód, choroby i ciężką pracę w okropnych warunkach. Tyfus plamisty, malaria, wycieńczenie - nic im nie zostało oszczędzone. Nie zawsze udawało się im trzymać razem. Ich matka Jadwiga robiła, co mogła, żeby cała gromadka była razem, ale dzieci rosły i stawało się to coraz trudniejsze. Sama słaba i chorowita, nie była dobrą pracownicą w tych strasznych warunkach. Bydlęce wagony, barki ciągnięte przez statki, palety ciągnięte przez traktory, tymi sposobami wtedy się jeździło, jeśli w ogóle można było to nazwać jazdą. W Posiołku na Uralu Jadwiga pracowała w lesie. Zimą temperatury spadały do minus pięćdziesięciu stopni, pracowało się jednak "tylko" do minus czterdziestu pięciu... Latem dzieci zbierały maliny, grzyby i kradły drewno. Część zużywali, resztę sprzedawali. Marysia chodziła po wodę dla innych ludzi, za co dostawała kromkę chleba czy parę kopiejek. Sprzątała ludziom, którzy pracowali całymi rodzinami, za co też dostawała zapłatę. Jadwiga, słaba i wyczerpana, niewiele była w stanie zarobić. Pewnego dnia tubylcy zabili niedźwiedzia i sprzedawali jego mięso. Marysia wskutek awitaminozy miała po dziesięć wrzodów na każdej nodze. Kiedy dowiedzieli się, że zostaną ewakuowani, okazało się, że Jadwiga jest winna sto rubli, bo niby zgubiła siekierę i złamała piłę. Bez spłacenia długu nie będzie mogła wyjechać. Obóz liczył około 360 osób, w tym większość stanowili Żydzi, tylko około 90 było Polakami. Stał się cud, wszyscy złożyli się i spłacili dług Jadwigi. Marysia i Janek, starsi od Adasia, pracowali w Tadżykistanie przy zbiorze bawełny. W Uzbekistanie, w mieście Karakul, Adaś prawie umierał z głodu. Jadwiga sprzedała resztki biżuterii, by móc kupić starego, zdychającego już osła, którego Janek musiał zabić i przerobić na kiełbasy. Okazało się jednak, że w tym kraju osioł był uznawany za zwierzę nieczyste, tak samo jak psy, i lokalna ludność obrzuciła ich kamieniami za to, że jedli jego mięso.

Młoda Lila Niedenthal na rękach adoptowanej przez jej rodziców brazylijskiej Indianki Lety. Tatuaże na jej twarzy są malowane!

W końcu wylądowali w Isfahanie, w dzisiejszym Iranie, gdzie Polacy zorganizowali słynną szkołę polską, do której chodziło około 2000 dzieci. Cała rodzina zakończyła tułaczkę w Anglii, choć nie razem. Janek wyjechał wcześniej do Kirkuku w Iraku, gdzie rozpoczął służbę w wojsku, a potem został wcielony do lotnictwa brytyjskiego. Adaś dojechał do Anglii dopiero w roku 1947, już z Nazaretu w Palestynie. Dotarł pociągiem do Port Saidu, gdzie czekał statek pełen brytyjskich żołnierzy wracających z Indii. Pamięta do dziś, że miał wtedy już całe dwanaście lat i wchodził po trapie na pokład z wielkim plecakiem, workiem i torbą, potwornie się bał, że z całym tym bagażem wpadnie do morza. Jadwiga ze względu na słabe zdrowie została w Palestynie aż do 1951 roku, kiedy Jankowi udało się ją sprowadzić do Anglii. Po dwunastu latach cała rodzina, poza Władysławem, znalazła się znowu razem, w obcym, ale bezpiecznym kraju.

Tego dnia zostałem ochrzczony jako Christopher Jan Wladyslaw. Trzyma mnie Lila, stoją mama i ojciec chrzestny Jerzy Białokoz, a Krysia, trochę zazdrosna, ledwo się mieści w kadrze. Londyn, styczeń 1951

Jako młody bobas i pięćdziesiąt lat później jako stary bobas. Potrzebowałem co najmniej dwóch futer, żeby zmieścić się na leżąco!

Stanisława i Kazimierza ominęła wojna, bo od dobrych kilku lat mieszkali już w Brazylii. Stanisław ożenił się z Józefą ze Szczepańskich, a Kazimierz z Marią z Bochdanów. Wiosną 1930 roku Kazimierz z Marią i grupą innych Polaków założyli polską kolonię nad rzeką Ukajali w Peru. Eksperyment nie należał jednak do udanych i po wyjeździe z Peru oraz krótkim pobycie w Kanadzie postanowili osiąść na stałe w Brazylii, gdzie mieszkali aż do śmierci. Maria Bochdan-Niedenthal odniosła spory sukces, kiedy w roku 1935 została wydana w Warszawie jej książka opisująca ich zmagania w Peru: Ucayali. Raj czy piekło nad Amazonką. Kazimierz z Marią, zwaną Myszką, mieli trzy córki: Cecylię (Lilę), Nelę i Alę, adoptowali także Letę, małą indiańską dziewczynkę, ratując ją w ten sposób przed rytualną śmiercią. Brazylijska rodzina Niedenthalów stanowiła swoistą ciepłą oazę dla młodych Polaków wędrujących po tym kontynencie. Zatrzymywali się u nich i zaprzyjaźniali z całą rodziną między innymi Arkady Fiedler, Jarosław Iwaszkiewicz, Rafał Malczewski.

Lila została moją chrzestną matką, a przyjaciel rodziców Jerzy Białokoz (naukowiec z Magdalen College w Oksfordzie) moim ojcem chrzestnym.

A propos Lili i Iwaszkiewicza: 15 maja 2015 roku byliśmy w Teatrze Narodowym (scena przy Wierzbowej) na przedstawieniu Marcina Hycnara Opowiadania brazylijskie opartego na Opowieściach usłyszanych Jarosława Iwaszkiewicza. Z trudem udało nam się namówić Lilę, żeby poszła z nami, ale w końcu zgodziła się. Dla mnie było to bardzo ważne wydarzenie, bo przedstawienie to jest o mojej rodzinie, o moim stryju Kazimierzu (starszym bracie mojego ojca) i jego rodzinie. Iwaszkiewicz zmienił nazwisko Niedenthal na Bochdanowicz i wszyscy mieli też zmienione imiona - poza Lilą, która została Lilką. Przyznaję się bez bicia, że byłem mocno poruszony i zafascynowany tym widowiskiem. Po raz pierwszy w życiu mogłem poznać swoją w większości nigdy niepoznaną rodzinę. Graną przez aktorów, ale jednak.

W końcu okazało się, że Lili też się przedstawienie podobało, i nawet dała się namówić, by poczekać pod wyjściem z teatru na część aktorów, kiedy rozchodzili się już do domów. Byli dosyć wzruszeni, że przed nimi stoi prawdziwa Lilka...

ROZDZIAŁ 96

Kontynuacja dokumentacji

Jestem nieco starszy niż wtedy, kiedy zacząłem pisać tę książkę. Mam już zniżkę na kolei. I w kinie. Raz nawet chciał mi ustąpić miejsce w autobusie jakiś młody chłopak. Okropieństwo!

Mimo to zachowałem optymizm, po 1989 roku cieszyłem się nową Polską, która zaczęła się dynamicznie rozwijać. I tym, że życie w niej zaczęło być bardziej normalne, a przed młodymi otworzyły się nowe perspektywy, otworzył się świat. Nie jestem aż tak naiwny, żeby sądzić, że wszystkim dobrze się wiodło. I że wszyscy podzielają mój zachwyt. Nigdy tak nie jest. Nigdy i nigdzie. Jednak widać było gołym okiem, że większości powodzi się na pewno sto razy lepiej niż przed rokiem 1989. Unia Europejska, Schengen - młodzi dostali szansę, o jakiej starsze pokolenie mogło kiedyś tylko marzyć. Młodzież ruszyła ochoczo na studia, do szkół albo do pracy za granicą, bo przecież otworzyła się przed nią i taka możliwość. Granice zostały otwarte, młodzież może spełnić swoje marzenia. Zarobki w Polsce były rzeczywiście znacznie niższe niż w Anglii czy Niemczech, i nadal takie są. Zgoda, mogłyby być wyższe. Ale nie chodzi tylko o zarobki. Ci, którzy kiedyś wyjechali, z pewnością niechętnie wrócą do kraju, którym rządzą nieobliczalni ludzie o jeszcze bardziej nieobliczalnych poglądach. Po co mieliby wracać - przecież tam, gdzie mieszkają i pracują, mimo że, owszem, są różne problemy i rządy również coraz bardziej populistyczne, nie ma takiej atmosfery bezsilności, jaka coraz bardziej wkrada się w nasze życie. O ile, oczywiście, nie przeszło się na ciemną stronę mocy. Sądzę, że coraz więcej młodych będzie wyjeżdżało z Polski, nie chcąc mieć cokolwiek wspólnego z naszym autorytarnym porządkiem politycznym.

Nigdy nie myślałem, że znowu sięgnę po aparat, by dokumentować na nowo wypaczoną polską rzeczywistość. Niestety, tak się stało. Odkurzyłem swoje aparaty i wyszedłem na ulicę. Biorę moją małą leicę i ruszam przed sejm, senat, Pałac Prezydencki, Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy, skompromitowane przez nową władzę instytucje. Wchodzę z aparatem w tłum zatroskanych ludzi, manifestujących z wielką kulturą i często ogromnym poczuciem humoru swoje niezadowolenie. Portretuję ich z bliska, bo mam tylko szerokokątny obiektyw. Interesują mnie zwłaszcza twarze demonstrantów, zwykłych ludzi protestujących przeciwko złu, które wyrządzane jest naszemu krajowi. Niekoniecznie polityków czy organizatorów tych demonstracji. Nie, ci demonstranci nie są z pewnością ludźmi "oderwanymi od koryta", jak głosi państwowa neokomunistyczna propaganda. Nie można tak o nich powiedzieć. Z pewnością nie są zakompleksieni czy sfrustrowani jak uczestnicy wieców poparcia dla obecnej władzy; demonstrujących przed sejmem, Sądem Najwyższym, Trybunałem Konstytucyjnym nie przywożą opłacone przez partię lub Kościół autokary. Przychodzą z własnej woli, przyjeżdżają własnym transportem, per pedes, komunikacją miejską. Przychodzą, by pokazać, że nie jest to po ich myśli, że w Polsce dzieje się źle.

Przykro jest patrzeć, kiedy policja zatrzymuje czy nawet wynosi protestujących ludzi tylko za to, że wykrzykują nazwisko Lecha Wałęsy lub trzymają w ręku białą różę, symbol, który tak obśmiewa pewien zwykły poseł. Obserwując młodych policjantów, często sympatycznie wyglądających chłopców i dziewczęta, odnoszę wrażenie, że oni także są zażenowani tym ponurym spektaklem, że są zmuszeni tam być. Wiadomo, muszą wykonywać rozkazy. Niektórzy z pewnością robią to chętnie, tacy zawsze się znajdą. Jednak po większości z nich widać, że woleliby być gdzie indziej i zajmować się sprawami, do których są przeznaczeni. Nie chcą być z pewnością nowymi "zomowcami", do tego służą przecież specjalne oddziały. Nie po to wstąpili do policji, żeby długimi godzinami stać na mrozie albo w deszczu tylko po to, by wystraszony zwykły poseł mógł przejść się Krakowskim Przedmieściem i stojąc na drabince, wygłosić przemówienie, ogłosić po raz enty, że prawda jest coraz bliżej. Nic podobnego. Jeśli w ogóle cokolwiek się zbliża, to zbliżam się ja, po drugiej stronie barierki, fotografuję twarze ludzi, którzy wstydzą się, słuchając tych bredni.