Mam prostą definicję miłości. Kochasz - znaczy chcesz dla drugiego
dobrze. Jesteś wsparciem, ostoją, koncentrujesz się na nim. Wojtek
skoncentrowany był tylko na górach. To była jedyna jego miłość.
Byłam młodą, lekko postrzeloną dziewczyną. Uwielbiałam Tatry. Miały
w sobie coś magicznego. Spędzałam w nich każdą wolną chwilę. Mama
wściekała się na mnie, prosiła: "Zajmij się porządną pracą". Nie
słuchałam. Szłam swoimi ścieżkami. Góry dawały mi oddech, swobodę. Były
jak narkotyk. Upajały swoim ogromem i dzikością. Człowiek uzależniony od
nich jest praktycznie nie do wyleczenia. Mam wrażenie, że góry wyrzucają
nas na inną orbitę.
Wojtek również silnie je odbiera. W jednym z wywiadów pięknie
powiedział, że są miejscem, gdzie wraz ze wzrostem wysokości stopniowo
zanikają codzienne problemy, stają się źródłem szczególnego objawienia,
zdumienia i refleksji. I przytoczył, jak po pięciu dniach samotnego
marszu przez lodowce Biafo i Hispar natknął się na pierwsze krowie
łajno, które poruszyło go do łez.
Odczuwam podobnie.
Nie interesowało mnie zakładanie rodziny, rodzenie dzieci, praca, dom.
Żyłam inaczej. Byłam zafascynowana ludźmi z Tatr. Młodzi, piękni,
wysportowani, z marzeniami, by zdobyć cel. Potrafiliśmy godzinami
siedzieć przy ognisku i dyskutować, mieszkać w spartańskich warunkach.
Nikt z nas nie miał za dużo pieniędzy. Liczyła się mistyka gór. Nie
pragnęłam nowej spódnicy, swetra, butów. Chodziłam w pocerowanych
skarpetach, spodniach z ponaszywanymi łatami. Matka dziergała nam na
drutach wełniane czapki. To nic, byłam szczęśliwa w swoim świecie.
Zakładałam na siebie co popadło i pędziłam do Morskiego Oka. To dawna
mekka taterników, przyszłych alpinistów. Turystów było wtedy stosunkowo
niewielu.
Wymagająca miłość
Jest jesień 1968 roku, siedzimy w mrocznej jadalni schroniska Morskiego
Oka, w sali kilkanaście stołów. Tłum taterników. Gdzieś na drugim końcu
siedział Wojtek. Zerkałam na niego. Miał włosy do ramion, grzywkę,
szeroki uśmiech. Odległość między nami była spora, ale nie dało się
ukryć, że zwróciliśmy na siebie uwagę. Miał w sobie to coś.
W pewnym momencie dostałam od niego karteczkę: "Patrzysz i patrzysz na
mnie i nie wiem, kim jesteś". Przysiadł się, zaczęliśmy rozmawiać.
Wojtek był już wtedy znany w środowisku wspinaczy, miał za sobą kilka
trudnych przejść. Doświadczeni taternicy go cenili, dostrzegali w nim
potencjał. Dla mnie nie miało to znaczenia. Widziałam przystojnego
faceta, wrażliwego człowieka kochającego góry jak ja.
Spędziliśmy razem czas do października, mieszkając w namiocie w taborisku pod Wysoką w słowackich Wysokich Tatrach, gdzieś po
schroniskach. Młodzieńcza sielanka skończyła się późną jesienią. Każde z nas musiało wrócić do swoich zajęć. On - do Wrocławia, gdzie kończył
elektronikę, ja - do Krakowa, studiowałam bułgarystykę.
Kilka miesięcy później, kiedy Wojtek obronił pracę magisterską,
przyjechał do mnie do Krakowa. Zamieszkaliśmy u mojej mamy. Mieli
poprawne stosunki, ale dla niej to nie był idealny kandydat na męża.
Mama chciała dla mnie normalnego życia. Wiedziała jednak, że nie ma
szans, by mnie do tego przekonać. Na swój sposób jednak go lubiła. Gdy
wracał ze skałek, czyściła mu zabłocone buty, robiła na drutach wełniane
czapki, które potem zabierał w Alpy i Himalaje.
U mamy mieszkaliśmy trzy lata. W końcu dostałam swoje upragnione M3.
Wprowadziliśmy się w 1971 roku, tuż po ślubie. Nasze mieszkanie
przypominało jeden wielki magazyn. W dużym pokoju - łóżko, w drugim -
namioty, plecaki, wielkie bębny, do których pakowaliśmy rzeczy na
wyprawy, w malutkim łóżko. Niewiele czasu spędzaliśmy razem. Wojtka
coraz częściej nie było w domu, góry wciągnęły go na amen.
Czy mi to przeszkadzało? Wtedy nie. Kochałam jego pasję - góry. Kochałam
jego. Byliśmy młodzi. Kiedy braliśmy ślub, Wojtek miał 24 lata, ja 28.
Wydawało nam się, że jesteśmy dorośli, a byliśmy dzieciakami. Dla mnie
Wojtek był wtedy niczym książę Myszkin z Dostojewskiego - człowiek
wrażliwy na krzywdę innych, prostolinijny, uczciwy, szczery, dobry.
Wstawiłam go w ramki. Czy on taki wtedy naprawdę był, a z czasem się
zmienił, czy też tak wyidealizowany obraz istniał tylko w mojej
wyobraźni? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć.
To była trudna miłość. Wymagająca. Szybko zdałam sobie sprawę, że z górami nie mam szans, że jestem na drugim miejscu. Człowiek, który
potrafi zaznać tak fantastycznej wolności, będzie narażony na złudzenie,
że jest pępkiem świata. Ale to chyba cecha wszystkich kreatywnych osób.
Do pewnego momentu nie stanowiło to dla mnie problemu, uwielbiałam z nim
wyjeżdżać, cieszyłam się jego sukcesami. Ale wiedziałam, że nie mogę na
niego liczyć jak na faceta. Początkowo nie miałam mu tego za złe, lecz z upływem czasu chciałam go trochę więcej w swoim życiu. Potem coraz
bardziej doskwierała mi samotność.
W środowisku wysokogórskim Wojtek dał się poznać jako prekursor i propagator stylu alpejskiego, który polega na dojściu na szczyt góry w pojedynczej, ciągłej próbie, bez zakładania obozów, a także bez użycia
lin i poręczówek. Pierwszego takiego przejścia dokonał w 1972 roku w Hindukuszu. Pokonał wówczas północno-wschodnią ścianę Akher Chagh (7017
m). Wydarzenie to uznano za przełom w światowym himalaizmie. W 1977 roku
podczas wyprawy pod kierownictwem Andrzeja Zawady po raz kolejny udało
im się przejść w stylu sportowym trudną drogę, północno-wschodnią ścianę
Kohe Bandaka (6843 m). Podziwiałam go i bardzo mu kibicowałam.
Wojtek nie tyle był nastawiony na sukces, ile na cel. Zawsze miał inne
priorytety niż koledzy. Nie brał udziału w pogoni za ośmiotysięcznikami.
Dla niego nie liczyło się samo zdobycie szczytu, tylko piękna,
wymagająca ściana, z którą trzeba się zmierzyć. Każdą wyprawę i kontakt
z górami traktował również jako silne przeżycie mistyczne. Chciał
przekraczać kolejne granice, wyznaczać nowe trendy w alpinizmie. I to mu
się udało. Zawsze szedł pod prąd. Lubiłam to. Był odważny.
W krwiobiegu
Z roku na rok ten związek coraz bardziej mnie jednak wyniszczał. Z perspektywy czasu myślę, że problemem wcale nie były góry, tylko jego
upór tu, na ziemi. Owszem, bałam się, kiedy zdobywał szczyt. Ale nie był
to strach paraliżujący. Wiedziałam, że jest ostrożny, uznawany przez
wielu za wzór bezpiecznych zachowań w górach. Pomimo że ma na swoim
koncie ekstremalnie trudne i najbardziej ryzykowne przejścia w Himalajach, zawsze trafnie oceniał swoje siły. Nigdy nie miał żadnego
wypadku, co przecież jest rzadkością w tej profesji. Ambicja zdobycia
szczytu czy ściany nigdy nie przesłaniała jego zdolności racjonalnego
myślenia. Potrafił powiedzieć sobie: nie. Ktoś zawyrokowałby - tchórz.
To zła ocena. On po prostu umiał podjąć mądrą decyzję.
Uwielbiałam z nim wyjeżdżać, chociaż wędrowałam zazwyczaj sama.
Wyglądało to tak - Wojtek wyjeżdżał na wyprawy, ja zabierałam się razem
z nim, dochodziłam do ich bazy, a później ruszałam dalej samotnie z porterem, czyli tragarzem, na trekking.
Pamiętam wyprawę pod Dhaulagiri (8167 m). Himalaje, jest maj 1981 roku,
Wojtek po raz pierwszy razem z Alexem MacIntyre'em, René Ghiline'em i Ludwikiem Wilczyńskim zrobili przejście wschodniej ściany tej góry. To
był wyczyn. 18 maja zeszli do bazy. Czekałam tam na Wojtka. Nie
spodziewał się mnie. Zrobiłam wokół góry wyczerpujący trekking. Byłam
dumna, szłam sama. Nie mogłam doczekać się, kiedy go zobaczę i opowiem
szczegóły. Wojtek przywitał się ze mną, po czym jeszcze tego samego dnia
poinformował, że musimy szybko zwijać się do Polski, bo planuje kolejną
wyprawę... A ja liczyłam, że spędzi ze mną choć kilka dni, razem
pochodzimy po szlakach. Chciałam się nim nacieszyć. Tęskniłam. On pewnie
też, ale nie zapytał o nic, jak spędziłam dwa miesiące, jak dojechałam,
czy było bezpiecznie... Tak bardzo był pochłonięty już następną wyprawą.
Schemat się powtarzał. Pojechałam do Islamabadu, stolicy Pakistanu.
Musiałam najpierw dojechać pociągiem do Moskwy, tam przesiadka na
samolot, później jazda autobusem. Wojtek schodzi z góry, a ja,
wyczerpana po podróży, spocona, czekam na niego. Oczywiście z nadzieją,
że pobędziemy tu razem przez kilka dni. Pierwsza noc w namiocie...i wszystko jasne. Wojtek myślał tylko o powrocie. Nie zostaliśmy nawet
jeden dzień dłużej.
Kiedy byłam młoda, nie zdawałam sobie sprawy, że u Wojtka góry nie
kończą się tam, wysoko, na wyprawie. One są zawsze, ma je w krwiobiegu.
Jest dobrym człowiekiem, ale ma bardzo egocentryczną osobowość. Z czasem
przestałam się nad tym zastanawiać, robiłam rzeczy, na których mi
zależało. Nigdy mnie w niczym nie ograniczał. Uwielbiałam jeździć w Tatry na narty, kochałam Halę Gąsienicową, przez wiele lat spędzałam tam
sama każdą wolną chwilę. Szkoda, że nie pojechał tam ani razu razem ze
mną. Chciałam, żeby zobaczył, jak jeżdżę, z kim, poznał moje
towarzystwo. On wtedy wspinał się w Morskim Oku.
Coraz wyższy mur
Długo wypierałam prawdę ze świadomości, bagatelizowałam liczne sygnały.
Udało nam się przetrwać czternaście lat, ale dziś wiem, że powinnam
zakończyć małżeństwo zdecydowanie szybciej. Dla naszego dobra.
Pierwszy sygnał, że dla Wojtka najważniejsza jest jego pasja, nastąpił
tuż po ślubie. Wojtek przed każdą wyprawą intensywnie trenował, żeby
utrzymać dobrą kondycję fizyczną. Na treningi zazwyczaj jeździliśmy w krakowskie skałki. Ładował do plecaka kamienie i piętnaście razy bez
przerwy wchodził pod górę i schodził w dół. Ja w tym czasie jeździłam na
nartach na przeciwległym stoku. Pech chciał, że przy kolejnym zjeździe
zwichnęłam kolano. Niesamowity ból. Ledwo doszłam pod skałę, na której
trenował. Zszedł. Popatrzył na mnie i zapytał, co mi się stało.
"Skręciłam kolano" - to jedyne słowa, jakie byłam w stanie wypowiedzieć.
Zwijałam się z bólu. Wojtek obrócił się i stwierdził, że on jeszcze musi
wejść na skałkę pięć razy. Po czym zaczął się wspinać. Ściemniało się.
Nie wiedziałam, co robić. Wypięłam narty i zaczęłam iść kilka kilometrów
w stronę przystanku autobusowego. Jakoś doczłapałam, wsiadłam do
ostatniego autobusu. W ostatniej chwili Wojtek wskoczył zdyszany. Usiadł
koło mnie i przez całą podróż nie odezwał się słowem. Kiedy to
opowiadam, brzmi, jakbym chciała się na nim odegrać. To nieprawda. Chcę
pokazać, że człowiek skupiony na swoje pasji często nie zauważa ludzi
wokół. Jego umysł był po brzegi wypełniony myślami o górach.
Moje kolano wyglądało jak bania. W tym czasie przez chwilę mieszkał z nami kolega Wojtka. Widział, że cierpię. Po dwóch dniach powiedział
Wojtkowi: "Chłopie, nie bądź jak zwierz, zawieź ją do szpitala". Po tym
zdarzeniu zaczęliśmy go nazywać zwierz, i tak to przylgnęło do Wojtka,
że stało się jego naturalnym pseudonimem. Mało kto wie, skąd się wziął.
Wtedy po raz pierwszy zapaliła mi się czerwona lampka. Byłam jednak za
słaba, by podjąć radykalne kroki. Usprawiedliwiałam go. Liczyłam, że się
zmieni. Złościłam się, po czym znów odpuszczałam. Przez te lata
wspólnego życia nie nauczyliśmy się razem rozmawiać. To z czasem
budowało coraz większy mur między nami, utajone pretensje.
On wyjeżdżał, a życie toczyło się swoim rytmem do 1981 roku.
Zaszłam w ciążę. Nie planowaliśmy dziecka, nigdy nawet o tym nie
rozmawialiśmy. Podświadomie nikt z nas nie był na to gotowy. Ale życie
pisze swoje scenariusze.
Wojtek pojechał na kolejną wyprawę. Ja w siódmym miesiącu, mdłości,
przestraszona, ospała. Nasze życie za chwilę ma się wywrócić do góry
nogami, a nie ma nawet urządzonego miejsca dla dziecka. Nie mogłam
usiedzieć w domu. Spakowałam rzeczy do starego volkswagena i ruszyłam do
Niemiec, do mojej ciotki. Ciężka zima, w aucie szron, po kilkunastu
godzinach dotarłam na południe Niemiec. Czułam się fatalnie, miałam
dreszcze. Przestałam czuć ruchy dziecka. Poroniłam w sypialni. Po
wyjściu za szpitala chciałam jak najszybciej wrócić do Polski. 13
grudnia 1981 rok, siedzimy z ciotką przy stole, w radiu komunikat, że w Polsce wprowadzono stan wojenny. Wróciłam do Krakowa kilka dni później.
Gdzieś w połowie stycznia w drzwiach mieszkania stanął Wojtek. O wszystkim wiedział, bo wcześniej dostał ode mnie wiadomość, a nawet nie
zapytał, jak się czuję. Co się w ogóle stało. To był gwóźdź do trumny
tego małżeństwa.
Koniec złudzeń
Odchodzenie od Wojtka było długim procesem, takich decyzji nie podejmuje
się ot, tak. Wiedziałam jednak, że jeśli tego nie przerwę, nie dam sobie
szansy na szczęście. Zniszczy mnie uczucie do niego. Zrozumiałam, że
cokolwiek zrobię, tylko ja ponoszę w pełni za to odpowiedzialność.
Tego dnia, gdy Wojtek wrócił ze skałek, zdobyłam się na odwagę i w końcu
wykrztusiłam z siebie: "Chcę rozwodu". Długa chwila milczenia.
"Dlaczegoż to?" - zapytał buńczucznie. Uznałam, że powtarzanie ciągle
tych samym argumentów nie ma sensu. Podjęłam decyzję.
Na początku nie chciał o tym słyszeć, ale nie miał wyjścia. Mieszkaliśmy
razem jeszcze ponad rok w separacji. W końcu wyprowadził się do
wynajętego mieszkania.
Czy się bałam? Rozwiodłam się na własne życzenie, mając czterdzieści dwa
lata. W tamtych czasach niewiele kobiet zdecydowałoby się na taki krok.
Zaczynać życie od nowa w takim wieku było pomysłem szalonym, ale też
jedynie słusznym. Doszłam do wniosku, że nie mogę karmić się
złudzeniami.
Po kilkunastu latach małżeństwa pragnęłam, by ktoś zajął się mną, był
przyjacielem, na którego mogę liczyć. Widziałam, jak mijały kolejne
lata, moje zdrowie się sypało - walczyłam z potwornymi migrenami.
Pracowałam wtedy w szpitalu psychiatrycznym w krakowskim Kobierzynie. Po
bułgarystyce poszłam bowiem na drugi kierunek studiów, na psychologię, i w ten sposób znalazłam się jako psycholog w Kobierzynie.
Praca mnie zżerała, po ośmiu godzinach wychodziłam ze szpitala i zastanawiałam się, czy mogłam lepiej pomóc pacjentom. Myśli kłębiły się
w głowie. Pamiętam młodą mężatkę z dwójką dzieci. Z powodu depresji
trafiała do nas wielokrotnie. Zalękniona, zamknięta w sobie. Nie chciała
rozmawiać, pielęgniarki siłą podawały jej lekarstwa. A mnie udało się ją
oswoić. Zostawiałam uchylone drzwi do gabinetu i zapraszałam ją gestami.
Po kilku dniach weszła, usiadła w kącie, skuliła się i patrzyła na mnie.
Ja pracowałam jak gdyby nigdy nic. Następnego dnia znów przyszła.
Zaczęła robić postępy, przełamywać strach. Kiedy lekarz się o tym
dowiedział, padło hasło: "Wypisujemy do domu". Protestowałam,
wiedziałam, że na to jest za wcześnie. Po trzech dniach przyszła do nas
wiadomość: powiesiła się na strychu. Miałam trzydzieści jeden lat i wielkiego kaca, że nie udało mi się jej uratować.
Z czasem zdałam sobie sprawę, że muszę pracować nad swoją empatią, ale
nie umiałam sobie poradzić z emocjonalnym przywiązaniem do pacjentów. W końcu życie samo zweryfikowało mój zawód. Dostawałam coraz częstszych
ataków migren. Szef do pewnego czasu przymykał na to oko. Kiedy nie
mogłam pracować, mówił: "Połóż się w gabinecie, odpocznij". Tylko że
bóle nasilały się coraz bardziej. Pewnego dnia szef powiedział: "Nie
mogę już dłużej cię kryć, idź na rentę". Tak zrobiłam i do dziś tego
żałuję.
Pyta mnie pani, czy noszę w sobie żal do Wojtka? Nie. Dziś może nie mamy
częstego kontaktu ze sobą, ale był okres, że po rozwodzie nawet się
niemal przyjaźniliśmy. Wydawało mi się, że mogę na niego liczyć, że
gdybym go poprosiła, pomógłby mi finansowo - tak deklarował.
Nie umiałam brać
Do dziś jest dla mnie zagadką, dlaczego związałam się z mężczyzną,
którego miłością nie byłam ja, tylko góry. Myślę, że tak naprawdę byłam
nadwrażliwa, uległa, słaba, chociaż na zewnątrz sprawiałam wrażenie
niezależnej, ostrej. Nigdy się nad sobą nie rozckliwiałam, ale zbyt
empatyczna reakcja na świat mnie pogrążała. Odbierała radość.
A może gdybym potrafiła egzekwować pewne rzeczy, wyznaczać granice, moje
małżeństwo wyglądałoby inaczej? To zrozumiałam dopiero z czasem. Już po
rozwodzie uświadomiłam sobie, gdzie popełniam błąd. Wskazał mi to
mężczyzna w klubie buddyjskim w Krakowie. Rozpakowywaliśmy paczki z zagranicznymi darami, które w czasie stanu wojennego do nas trafiały.
Znajomi mówią: "Zobacz, jakie ładne spodnie, weź dla siebie". Zawsze
odmawiałam. Wydawało mi się, że są ludzie, którzy mają większe potrzeby.
W końcu usłyszałam: "Ewa, nauczże się też brać".
Zapewne ważnym czynnikiem było to, że wychowałam się bez ojca. Właściwie
wychowały mnie kobiety. Może dlatego nie umiałam ułożyć sobie relacji z mężczyznami. Brak męskiego wzorca w życiu dorastającej dziewczynki jest
kalectwem. Niestety, w moim przypadku nikt nie miał na to wpływu.
Miłość moich rodziców była trudna. Poznali się w Krakowie. Był rok 1942,
schyłek wojny. Ojciec Niemiec, oficer Wehrmachtu, został oddelegowany do
pracy w szpitalu Narutowicza. Był lekarzem. Tam trafiła też moja mama z podejrzeniem tyfusu. Zakochali się w sobie. Ona była młodą, piękną
dziewczyną. Miała osiemnaście lat, a on dwadzieścia osiem. Rok później
przyszłam na świat. Zamieszkaliśmy w pięknym trzypokojowym mieszkaniu na
Zwierzyńcu. Ojciec wiele miesięcy starał się o zezwolenie na ślub.
Musiał dostać zgodę od samego Hitlera, bo przecież matka była Polką. W końcu się udało. Ale sielanka nie trwała długo. Rok 1945, Niemcy
uciekają w popłochu, również z Krakowa, my trafiłyśmy do rodziny ojca w Niemczech. On jako członek niemieckiej armii musiał zostać w Berlinie i za kilka dni miał do nas przyjechać. Nigdy nie dotarł. W czasie
kolejnego ostrzału stolicy Rzeszy dostał odłamkiem w nogę. Wdarło się
zakażenie, musiał poddać się amputacji nogi. Nie spieszył się z powrotem
do rodziny, żony i dziecka. Chyba nie mógł pogodzić się z kalectwem.
Moja mama z kolei nie chciała już dłużej pozostawać sama bez męża w Niemczech, u teściów, których praktycznie nie znała. Pomimo ich
protestów zapakowała mnie w wózek i pieszo ruszyła w kierunku Polski. Po
heroicznym powrocie do Krakowa została zamknięta w obozie
koncentracyjnym w Jaworznie. Zarządzali nim Polacy. Mama siedziała tam
dwa lata. Bez procesu. Zarzucono jej przestępstwo wojenne polegające na
tym, że wyszła za mąż za Niemca. Jej zbrodnią była miłość. Wsadzili ją
bez wyroku, z automatu. Miałam niecałe dwa lata. Zajmowała się mną
babcia.
Po dwóch latach odsiadki mama wróciła do domu. Była zmasakrowaną
psychicznie dziewczyną. Wybuchała agresją, miała napady złości,
histerii. Była znerwicowana. Nie opowiadała o tym, co przeszła, ale ja
wiem, co się tam działo. Stosowano tam zapożyczone od gestapo i NKWD
metody. Apele zwoływali w nocy. Kobiety musiały stać nago na mrozie,
były bite i gwałcone, polewane wodą.
Dramat mojej matki nie skończył się z chwilą wyjścia. Nadal była
szykanowana. Mieszkałyśmy w norze, w zawilgoconej piwnicy, bez ciepłej
wody, na dziesięciu metrach kwadratowych w pięć osób. Dojechała do nas
jeszcze ciocia z wujkiem, którzy uciekli ze zrujnowanej Warszawy. Mój
ojciec próbował nas szukać, nawiązać kontakt z mamą. Poszukiwał nas
przez Czerwony Krzyż bez efektu, pisał listy na adres babci do Krakowa.
O ponownym połączeniu naszej rodziny nie było mowy. Mama tak bardzo się
bała, że nawet nie chciała o tym słyszeć. Ojca i tak nie wpuszczono by
do Polski.
Ojciec wysyłał nam paczki. Wtedy każda rzecz była potrzebna. Dzięki jego
pomocy nie głodowałyśmy. Czasami nawet udało się coś zarobić. Pamiętam,
jak słał nam nylonowe rajstopy. Mama sprzedawała je na rynku. Kobiety
się o nie zabijały, to była namiastka luksusu.
Na początku szkoły podstawowej mama uległa namowom ciotki i wysłała mnie
do szkoły sióstr urszulanek z internatem. Dziewczęta, które były
niegrzeczne, nie dostawały przepustki do domu na sobotę i niedzielę.
Bardzo często musiałam zostawać. Nie lubiłam tego miejsca. Siostry co
prawda nie biły nas, ale ich surowość przytłaczała. Brakowało mi
wsparcia, ciepłego słowa, rodziny. Dwa razy uciekłam. Po ostatnim
zajściu zostałam wyrzucona z internatu.
Ale wie pani, mnie się wydawało, że miałam normalne dzieciństwo. Grałam
w klasy, bawiłam się w chowanego. Dopiero góry pokazały mi magię.
Inność. Swobodę, którą pokochałam na zawsze. Nigdy nie marzyłam o pięknym domu, rodzinie. Patrzyłam na taki model z pogardą. Mieszczański
styl życia nie był dla mnie. Uwielbiałam podróżować.
Wybrałam życie wędrowca
Pochłonął mnie buddyzm. W Tybecie, w Nepalu czas się zatrzymał, ludzie
żyją biednie, ale zdaje się, że szczęśliwie. Mnisi recytują sutry w klasztorach zawieszonych na zboczach gór. Kobiety dźwigają snopy
jęczmienia na plecach. Każda podróż tam dawała mi siłę spokoju.
Pamiętam taką scenę: Wojtek się wspina wysoko w górach, ja sama mam
dotrzeć do klasztoru. Wysiadłam z autobusu, stanęłam pośrodku drogi i byłam całkowicie zagubiona. Nie wiedziałam, w którą stronę iść. Trudno
było się odnaleźć, bo oprócz dzikiej roślinności, wielkich pnączy, nie
było tam niczego. Intuicyjnie wybrałam kierunek. Dopiero później
dowiedziałam się, że w każdej chwili mogłam spotkać na drodze tygrysa.
To był ich dom. Nieświadoma zagrożenia szłam przez las. Widok bajeczny.
Musiałam przyspieszyć, bo zaczęło się ściemniać. Dotarłam do niewielkiej
osady. Niedaleko był klasztor i nauki mistrza, na które przyjeżdżali
turyści z całego świata. W wiosce nie było jednak miejsc do spania.
Miejscowy człowiek zaprowadził mnie kilometr dalej. Miał jeden wolny
szałas, kilka zbitych desek. W środku drewniany stół. To było moje
łóżko. Położyłam na nim śpiwór. Twardo jak cholera. Plecy mnie bolały,
ale nie miałam wyjścia. Czułam się tak zmęczona, że w pewnym momencie
było mi wszystko jedno. Obudziłam się rano z przerażeniem. Coś kłuje
mnie w śpiwór. Otwieram oczy, pomiędzy deskami wystaje jakiś twardy
zielony badyl. Ma z półtora metra wysokości. Szok. Wyrósł przez noc.
Na jedną z wypraw ruszyłam z moją znajomą, bardzo dobrą alpinistką. Ja
uwielbiam spać, nie jestem rannym ptaszkiem. Po kolejnej zarwanej nocy
wstałam koło południa. Moja trekkingowa partnerka była już dawno na
nogach. Zwinęłam namiot, ogarnęłam się szybko, miałyśmy zaraz ruszyć.
Pech chciał, że musiałyśmy przedostać się na drugi brzeg wezbranego od
topniejącego lodowca potoku. Widziałyśmy, jak przed nami przechodzą
miejscowi. Trzymali się końskich ogonów. Ruszyłyśmy za nimi. Nie
przypuszczałyśmy, że potok jest bardzo rwący, chociaż widziałyśmy
przecież nasz podtopiony autobus. Nie miałyśmy szansy, by przejść
bezpiecznie. Trzymałyśmy się swoich plecaków, ale to nie pomogło. Obie
poślizgnęłyśmy się na kamieniach. Potok nas porwał. Zaczęłyśmy się
topić. Pomogli nam miejscowi. Mnie wyciągnięto na drugi brzeg rzeki,
moja koleżanka została tam, skąd ruszałyśmy. Woda nas rozdzieliła.
Dopiero później dowiedziałam się, że jedyną bezpieczną porą, by w miarę
normalnie przeprawić się przez rzekę, był wczesny ranek.
Wypadek z rzeką to jeden z tych momentów, który kazał mi nabrać
ostrożności. Decydując się na podróż, musisz liczyć się z różnymi
sytuacjami. Nie wszystko da się przewidzieć. Czy byłam lekkomyślna?
Miałam zaufanie do miejscowych, do świata. Moja intuicja zazwyczaj mnie
nie zawodziła, ale zdarzały się sytuacje, które przeżyłam cudem.
Na jednej z wypraw dotarłam do niewielkiej osady, właściwie przystanku
autobusowego, wokół którego zgromadziło się wielu miejscowych. Kończyli
jakąś budowę, spali tam. Na bus czekało się dwa dni. Podjeżdża
zdezelowany autobus, wszyscy próbują się zmieścić. Wsiadam. Ściśnięci
jedziemy kilkadziesiąt kilometrów. Po wyjściu szukam tragarza. Za
niewielką opłatą brali od turysty bagaż i zanosili go w miejsce
trekkingu. Mija godzina, nikogo nie ma. W końcu po wielu trudach
miejscowi zlitowali się nade mną i znaleźli mi ochotnika. Idziemy kilka
godzin w górę. Zaczyna się ściemniać. Tragarz rozbija mi namiot. Sam
kładzie się kilkaset metrów dalej w szopie dla porterów. Wiedziałam, że
nie będzie to spokojna noc. Zaczynało się błyskać. Leżę sama w namiocie
i ogarnia mnie strach. Wyładowania są tak silne, że czuję, jakby pioruny
rozbijały skały. Deszcz leje się wiadrami, jest tak potężny, że woda
zaczyna płynąć pod powierzchnią namiotu. Mam wrażenie, że płynę. I tak
całą noc. Leżę skulona i bezwiednie powtarzam mantrę. Jestem bezsilna,
wiem, że nic ode mnie nie zależy. W pewnym momencie godzę się na śmierć.
Dopiero nad ranem całe to piekło ustaje. Kiedy pojawiają się pierwsze
promyki słońca, przybiega mój tragarz. Z daleka krzyczy: "Madam, madam".
Był przekonany, że nie żyję. A ja przetrwałam tę burzę i wiele innych w moim życiu. Z każdej wychodziłam silniejsza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki