Zawsze ty - Samantha Young

Reflow text when sidebars are open.
Niektóre postaci przyciągają człowieka odrobinę mocniej niż inne, a Mackennon Galbraith bez wątpienia był jedną z nich. Pisanie historii miłosnej jego i Arro było czystą radością, a ich wspólna podróż zostanie we mnie na zawsze. Mam nadzieję, że czytanie o ich epickiej, okupionej ciężką walką miłości sprawi Wam tyle samo przyjemności, ile mi przyniosło jej opisywanie.
Pisanie to w przeważającej mierze samotne zajęcie, ale wydawanie książek z całą pewnością już nim nie jest. Muszę podziękować mojej wspaniałej przyjaciółce, Catherine Cowles, za przeczytanie wczesnych wersji Zawsze ty oraz za mądrość i rady, które pomogły uczynić historię Maca i Arro tak autentyczną, jak to tylko możliwe. Jesteś niesamowitym źródłem wsparcia i życzliwości w społeczności książkowej (i nie tylko!) i jestem ogromnie wdzięczna za Twoją przyjaźń!
Oczywiście muszę podziękować mojej niesamowitej redaktorce, Jennifer Sommersby Young, za to, że zawsze, ale to zawsze służy mi pomocą i sprawia, że staję się lepszą pisarką i narratorką. Dziękuję, że pokochałaś Maca równie mocno jak ja!
Dziękuję Julie Deaton za korektę i wyłapanie absolutnie wszystkiego! Masz niesamowite oko do szczegółów. I dziękuję, że Ty też pokochałaś Maca! Zrobił nam się z tego niezły fanklub.
Dziękuję też mojej bestie i niezrównanej asystentce, Ashleen Walker, za ogarnianie wszystkich drobiazgów i wspieranie mnie w każdej sytuacji. Tak bardzo Cię doceniam. Kocham mocno!
Życie pisarza nie kończy się na samej książce. Nasza praca wykracza daleko poza napisane słowo - obejmuje marketing, reklamę, projektowanie graficzne, prowadzenie mediów społecznościowych i wiele więcej. Pomoc ze strony profesjonalistów jest wtedy na wagę złota. Ogromne podziękowania dla Niny Grinstead z Valentine PR za wsparcie, motywację, cenne wskazówki i rady. Jesteś gwiazdą!
Dziękuję każdemu blogerowi, instagramerowi i miłośnikowi książek, który pomógł głosić wieść o moich powieściach na świecie. Jestem Wam wszystkim ogromnie wdzięczna! Skoro o tym mowa, wielkie dzięki dla fantastycznych czytelników z mojej prywatnej grupy na Facebooku, Sam's Clan McBookish. Jesteście naprawdę wyjątkowi i jesteście najwspanialszymi czytelnikami, o jakich dziewczyna mogłaby marzyć! Wasze nieustające i niesłabnące wsparcie budzi we mnie podziw. Dziękuję, że jesteście.
Ogromne podziękowania dla Hang Le za ponowne stworzenie olśniewającej okładki, która buduje idealną atmosferę wizualną dla tej historii i całej serii. Nie przestajesz mnie zadziwiać! Dziękuję również Reginie Wamba za piękne zdjęcie pary, które idealnie oddaje tęsknotę między Makiem a Arro.
Jak zawsze dziękuję mojej agentce, Lauren Abramo, za to, że dzięki niej czytelnicy na całym świecie mogą trafiać na moje książki. Jesteś fenomenalna i to wielkie szczęście, że Cię mam!
Wielkie dzięki dla mojej rodziny i przyjaciół za to, że zawsze mnie wspierają i motywują, oraz za wysłuchiwanie moich opowieści - czasem powtarzanych w kółko - o światach, w których żyję.
Na koniec dziękuję Tobie - za to, że czytasz. To znaczy dla mnie wszystko.
Arro
Sześć lat i cztery miesiące wcześniej
Zamek Ardnoch, hrabstwo Sutherland
Szkocja
Widok rodzinnego domu, w którym kłębił się tłum eleganckich gości o znanych twarzach, w błyszczących sukniach wieczorowych, kiltach i smokingach, wydawał mi się dziwny. Załoga kelnerska, ubrana w tradycyjne stroje - żakiety o kroju fraka, fulary zawiązane pod szyją i białe rękawiczki - krążyła wśród zaproszonych, roznosząc tace z tartinkami i kieliszkami szampana.
Z dzieciństwa spędzonego w tym wspaniałym zamku zapamiętałam, że nieustannie wymagał on remontów i napraw. Zajmowaliśmy wtedy tylko kilka pokoi. Cała reszta, włącznie z przestronnymi korytarzami, była wilgotna, chłodna i ponura. W zimie panował tu lodowaty ziąb.
Ale mój najstarszy brat, Lachlan Adair, zainwestował w naszą rodową siedzibę część swojej fortuny, której dorobił się jako gwiazda hollywoodzkich filmów akcji. Namówił też kilkoro bogatych znajomych, żeby zrobili to samo. No i zmienili Ardnoch właśnie w to - prywatny klub dla elity przemysłu filmowego i telewizyjnego.
Nie będę kłamać. Po części nienawidziłam tych zmian. Mam silny instynkt terytorialny, obawiałam się więc, że goście nie wykażą należytego szacunku dla siedziby i historii naszej rodziny. W głębi duszy wiedziałam jednak, że tak się nie stanie, ponieważ Lachlan nigdy by na to nie pozwolił. Zdawałam sobie też sprawę, że gdyby nie klub założony w zamku i posiadłości Ardnoch, nasza rodzina straciłaby swą siedzibę na zawsze. Lachlan musiałby ją sprzedać. A tak przynajmniej pozostała w naszych rękach.
- Dlaczego stoisz tu samotnie? I skąd ta nieszczęśliwa mina? - Thane, mój drugi z kolei starszy brat podszedł do mnie z żoną Francine u boku.
Wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się do niego smutno.
- Nie wydaje ci się to dziwne?
Rozejrzał się wokół.
- Owszem, bardzo. Ale to jest wielka, wspaniała budowla, jakby stworzona na takie okazje.
Przyznałam mu rację, lekko unosząc kieliszek.
- Przynajmniej pasujesz do otoczenia. - Francine objęła mnie ramieniem i lekko uścisnęła. - Wyglądasz olśniewająco i wcale nie różnisz się od tych wszystkich hollywoodzkich gwiazd. Ja natomiast przypominam wieloryba.
- Wcale nie - zaprotestowałam. - Jesteś zachwycająca i promienna. - Fran była w piątym miesiącu ciąży. Oczekiwali z Thane'em drugiego dziecka. Uwielbiałam swojego bratanka Lewisa i nie mogłam się już doczekać nowego członka rodziny.
Fran przygładziła ciemne loki i przesunęła dłonią po zaokrąglonym brzuchu.
- Dzięki, ale wcale się tak nie czuję.
- Jesteś piękna - rzekł Thane szorstkim tonem. Zauważyłam jednak, że przyciągnął ją do siebie.
Mój brat i bratowa w miejscach publicznych zwykle okazywali sobie tyle czułości, że na ten widok chciałam uciekać gdzie pieprz rośnie. Po pierwsze, nie miałam ochoty patrzeć, jak przysysają się do siebie, po drugie, czułam lekką zazdrość. Cieszyłam się szczęściem Thane'a, ale czasami tęskniłam za taką miłością, jaką darzył żonę. Niestety, prawdopodobieństwo, że kiedyś znajdę podobne uczucie, było nikłe, wziąwszy pod uwagę, że zakochałam się bez wzajemności. Przerażała mnie myśl, że nigdy się nie odkocham.
Nie byłam na tyle egocentryczna, żeby nie zauważyć napięcia między Thane'em a Fran. Albo tego, że mój brat ostatnio odsunął się od ludzi. Nie zdawałam sobie sprawy, jak intensywnie mu się przyglądam, dopóki nie chwycił żony za rękę, tak jakby słyszał moje myśli. Ona zaś z widoczną ulgą przylgnęła do jego boku.
- Gdzie są Brodan i Arran? - zapytał.
Wzruszyłam ramionami i poszukałam wzrokiem braci.
- Muszą gdzieś tu być. Pewnie szukają kogoś, kogo mogliby pocałować o północy.
- A ty, Arro? Znalazłaś kogoś takiego? - zapytała z szerokim uśmiechem Fran.
"Owszem", pomyślałam, ale potrząsnęłam głową. Chociaż znalazłam kogoś, z kim mogłabym się całować do końca życia, wątpiłam, żeby odwzajemnił moje pocałunki. A skoro już o tym mowa...
- Gdzie jest Mac? - zapytałam. - Nie widziałam go tu dzisiaj. Chyba nie pracuje?
Fran wzruszyła ramionami.
- Przecież jest szefem ochrony.
- Nie pracuje - oznajmił Thane. - Lachlan dał mu wolny wieczór, żeby mógł razem z nami powitać Nowy Rok. Ktoś z zespołu przejął jego obowiązki.
- No to gdzie jest Mac?
Moja bratowa prychnęła rozbawiona.
- Pewnie ucieka przed stadem bab, które chcą go zaciągnąć do łóżka.
Wzdrygnęłam się lekko na te słowa, a Thane puścił do mnie oko.
- Skarbie - zwrócił się do żony. - Faceci przed tym nie uciekają.
- Ach, ty... - Odwróciła się, żeby przywołać go do porządku, ale przyciągnął ją do siebie i pocałował.
Cieszyło mnie, że znów zachowują się wobec siebie normalnie, ale nie chciałam na to patrzeć.
- Bawcie się dobrze! - zawołałam, przekrzykując muzykę, i ruszyłam w stronę wyjścia z sali balowej.
Maca na pewno tu nie było, a szczerze mówiąc, tylko jego twarz miałam ochotę oglądać tego wieczoru.
Jak zwykle.
Tak było, odkąd zmarł tata.
A może dłużej. Poznałam Maca, kiedy miałam czternaście lat, ale wtedy nie spędzałam z nim zbyt wiele czasu. On i Lachlan stale włóczyli się po świecie - mój brat był aktorem, a Mac szefem jego ochrony. Dokładnie pamiętam jednak Gwiazdkę, którą spędziliśmy razem, kiedy miałam osiemnaście lat. Właśnie zaczęłam pierwszy semestr studiów na Uniwersytecie w Aberdeen i cieszyłam się na święta w domu, z rodziną. Mac i Lachlan również spędzili dwa tygodnie przerwy w Ardnoch, a ja zadurzyłam się po uszy w dojrzałym mężczyźnie, którego mój brat uważał za najbliższego przyjaciela. Mac miał wtedy trzydzieści jeden lat i nie wykazywał najmniejszego zainteresowania nastoletnią siostrą przyjaciela. Wtedy mnie to nie martwiło. Uwielbiałam takie przelotne zauroczenia, które dostarczały mi dreszczyku emocji, pobudzały zmysły, uruchamiały romantyczne fantazje o obiekcie fascynacji. To była świetna zabawa!
Miłość jednak wcale nie była zabawna.
Miłość raniła.
Po tym pierwszym zauroczeniu i odbudowaniu naszej posiadłości przez Lachlana i Maca, po upływie niemal ośmiu lat zakochałam się w Mackennonie Galbraicie. Byłam przekonana, że nadal postrzega mnie jedynie jako młodszą siostrzyczkę Lachlana.
I właśnie dlatego tak się dzisiaj wystroiłam. Chociaż ten jeden raz wykorzystałam drobną część spadku, którą otrzymałam od Lachlana, kiedy sprzedał położony w dużej odległości od Ardnoch kawałek ziemi należącej do rodziny. Kupiłam sobie niedorzecznie drogą suknię, dzięki której czułam się piękna i seksowna. Z zawodu byłam inżynierem leśnikiem, co oznaczało, że najczęściej przebywałam w górach, ubrana w dżinsy lub sportowe spodnie, wygodnie bluzy i T-shirty. Tym razem chciałam podkreślić figurę.
Wygładziwszy dłońmi suknię, krążyłam w poszukiwaniu Maca po mniejszych pokojach, zmienionych przez Lachlana w saloniki, w których goście mogli swobodnie gawędzić i udzielać się towarzysko.
Lachlan miał nieco zirytowaną minę, kiedy mnie zobaczył, ale na szczęście powstrzymał się przed komentarzem. Bardzo chciał nadal widzieć we mnie swoją smarkatą siostrzyczkę, ale ja już nią nie byłam. Stałam się kobietą. Miałam dwadzieścia pięć lat, prawie dwadzieścia sześć, i mogłam podejmować samodzielne decyzje. Jak tę, żeby włożyć długą suknię, w której czułam się prawie naga. Była dopasowana, uszyta z jedwabiu w chłodnym odcieniu błękitu, który idealnie pasował do moich oczu. Gdyby ozdobiono ją koronkami, wyglądałaby jak peniuar.
Poprosiłam stylistkę, żeby rozjaśniła moje naturalnie jasne włosy do platynowego blondu. W efekcie moje oczy wydawały się jeszcze bardziej niebieskie, co tak mi się spodobało, że postanowiłam nie upinać fryzury, tylko pozwolić luźnym falom opaść na ramiona.
W ciągu pierwszej godziny przyjęcia flirtowało ze mną dwóch hollywoodzkich gwiazdorów.
Rzadko potrzebowałam tego rodzaju zainteresowania, żeby dodać sobie pewności siebie, ale Mac nie przypominał żadnego z facetów, którzy wcześniej mi się podobali. Przede wszystkim był moją pierwszą miłością.
Nie należał do mężczyzn skłonnych do poważnych związków, ale widywałam go w towarzystwie kobiet, z którymi spotykał się bez zobowiązań. Nie zauważyłam, żeby miał swój ulubiony typ urody, istniała więc wielka szansa, że mu się spodobam. Ze względu na to, jak zostałam wychowana, nie brakowało mi pewności siebie i nie miałam kompleksów. Kogo zresztą obchodzi, co myślą inni? O czymkolwiek! Dorastałam w miejscowości, w której wszyscy wszystko o sobie wiedzieli. Zwariowałabym, gdybym przejmowała się opiniami innych.
Tego wieczoru występowałam bez stanika i miałam to gdzieś. Sukienka miała wąskie ramiączka, a jedwab był tak cienki, że włożenie czegoś pod spód nie wchodziło w grę.
No dobra. To był świadomy wybór. Chciałam sprawdzić, czy Mac zauważy. Przyznaję się do winy.
Trudno jednak, by zauważył, skoro nie mogłam go nigdzie znaleźć.
Nagle przyszło mi do głowy, że mógł się skryć w swoim biurze. Zawróciłam i unikając kontaktu wzrokowego z gośćmi, skręciłam w korytarz przeznaczony dla personelu.
Drzwi do biura Maca były zamknięte.
Wzięłam głęboki wdech, po czym zapukałam i weszłam do środka.
Mac siedział w fotelu na środku niewielkiego pokoju wypełnionego półkami na książki. Odwrócił się, a moje serce stopniało na widok jego pięknych oczu i melancholijnego spojrzenia.
Bez słowa zrobiłam krok naprzód i zamknęłam za sobą drzwi.
- Mac?
Jego wzrok przesunął się po moim ciele, zatrzymując na biuście. Zabrakło mi tchu, a z emocji ścisnęło w żołądku.
Mac jednak tylko skrzywił się lekko i spuścił oczy.
- Co tutaj robisz? Powinnaś się bawić na przyjęciu.
- Z gromadą nieznajomych ludzi? - Prychnęłam ironicznie i przysiadłam na skraju biurka. - Nie, dziękuję.
Uparcie wpatrywał się w podłogę, a mnie emocje nadal zapierały dech w piersi.
Na ogół Mac zachowywał się tak czarująco, że trudno było z nim nie flirtować. Uśmiechał się łobuzersko i zwykle miał coś miłego do powiedzenia.
Jednak przez ostatnie dwa lata nieraz widywałam go pogrążonego w ponurej zadumie. Lachlan nie chciał zdradzić, co go wpędzało w tak dziwny nastrój, choć desperacko starałam się tego dowiedzieć. Żeby go pocieszyć, ukoić ból, cokolwiek to było. Tak jak on i Lachlan pocieszali mnie i wspierali po tym, jak ojciec zmarł w moich ramionach.
Na to wspomnienie łzy zapiekły mnie pod powiekami, odwróciłam wzrok.
- Co takiego jest w nocy sylwestrowej, że działa na ludzi tak depresyjnie? - rzuciłam.
Usłyszałam szorstkie prychnięcie i znów spojrzałam na Maca. Nasze oczy się spotkały, serce zaczęło mi bić szybciej.
Kurczę, czy kiedykolwiek jakiś inny mężczyzna będzie na mnie działał tak mocno jak on?
- Nowy rok oznacza nowy początek - odrzekł.
Jego niski głos zdawał się przenikać moje ciało, wywołując we mnie nagły dreszcz.
Nie. Głęboko wątpiłam, czy ktoś kiedyś będzie mnie pociągał tak jak Mackennon Galbraith. Czułam się tak, jakby moje strefy erogenne łączyły się z jego ciałem niewidzialnymi nićmi.
- A nowy początek, chcąc nie chcąc, przypomina nam o przeszłości i o tym, o czym chcemy zapomnieć.
Ostrożnie wypuściłam powietrze i odważyłam się na pytanie:
- A ty o czym chciałbyś zapomnieć, Mac?
Chociaż było to dość egoistyczne, bałam się, że chodzi o jakąś kobietę.
Nie odpowiedział. Wstał z wolna z fotela, a ja powiodłam za nim wzrokiem. Był solidnie zbudowany, miał metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu i sylwetkę filmowego superbohatera - szeroką w ramionach, a wąską w pasie. Kiedy pierwszy raz zauważyłam pod obcisłym T-shirtem jego wydatne bicepsy, kolana się pode mną ugięły. Chyba byłam wyjątkowo płytka.
Zawsze uważałam się za osobę, która nie zwraca uwagi na powierzchowność - moi byli partnerzy prezentowali się różnie - ale bijąca od Maca siła działała na mnie niesamowicie. Siła połączona z surową szorstkością. Zupełnie nie przypominał gładkich przystojniaków, ale był niewiarygodnie męski. Począwszy od wysokiego czoła przez orli nos aż po wyraźnie zarysowaną szczękę, której kształtu nie zdołałby ukryć nawet lekki zarost.
Wizerunek Maca Galbraitha mógł służyć za ilustrację słownikowego hasła "męski". Mimo że uważałam się za osobę w pełni cywilizowaną, jego fizyczność budziła we mnie jakieś pierwotne instynkty, których nie umiałabym się wyprzeć.
I być może nawet potrafiłabym się oprzeć fizycznemu pociągowi do tego faceta, gdyby nie to, że jednocześnie od dwóch lat był on moim najcudowniejszym, najtroskliwszym przyjacielem.
Mac podszedł do kredensu stojącego pod ścianą i stanął przy nim, odwrócony do mnie plecami. Wokół jego umięśnionych łydek kołysał się kilt. Zagryzłam wargę, starając się nie myśleć o tym, jak ten szkocki strój ułatwia dostęp do pewnych części ciała.
To zakrawało na zboczenie.
Maca wyraźnie coś gnębiło, tymczasem ja nie mogłam przestać myśleć o seksie.
Wróciłam do rzeczywistości i starałam się skupić myśli, podczas gdy on wyjął butelkę whisky i dwie kryształowe szklanki.
- Napijesz się?
Wypiłam już dwa kieliszki szampana i tylko dzięki nim odważyłam się wyruszyć na poszukiwanie Maca. Kto wie, do czego mogę być zdolna po whisky?
- Jasne.
Podszedł do mnie ze szklanką w ręce, a ja cały czas patrzyłam mu prosto w oczy.
- Dobrze ci w kilcie - stwierdziłam, gdy odbierałam od niego drinka.
Kąciki jego warg lekko się uniosły.
- Dzięki. - Obrzucił mnie spojrzeniem i uciekł wzrokiem w bok. - Wyglądasz bardzo ładnie.
Zmarszczyłam nos.
- Dziękuję. - Chyba.
Pociągnęłam wzmacniający łyk whisky Clynelish i poczułam, jak przyjemnie pali w gardle.
- A dlaczego ty jesteś dziś przygnębiona? - zapytał.
Nadal stał przy mnie, więc musiałam odchylić głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. Wyobrażałam sobie, że seks z Makiem musi być trochę jak poddanie się podbojowi. Chociaż poza sypialnią byłam całkowicie niezależną kobietą i jeżyłam się na samą myśl o tym, że ktoś mógłby mnie kontrolować, to wizja Maca przezwyciężającego mój opór sprawiała mi przyjemność. Ale fantazjowałam również o tym, że przywiązuję mu ręce do ramy łóżka i ujeżdżam go, aż oboje niemal tracimy przytomność z rozkoszy. Tak to wyglądało.
Przełknęłam więcej trunku niż zazwyczaj, żeby zmusić się do powrotu do rzeczywistości.
- Arro? - Mac zmarszczył brwi.
Przypomniałam sobie, o co spytał, i wzruszyłam ramionami.
- Po prostu dziwnie się czuję, kiedy widzę dom rodzinny wypełniony tłumem gości... a nie ma wśród nich taty.
Stuart Adair był trudnym człowiekiem i niełatwo się było do niego zbliżyć. Prawdę mówiąc, to Lachlan odgrywał wobec mnie rolę ojca, kiedy byłam dzieckiem. Wiedziałam jednak, że tata mnie kocha, a kiedy wróciłam do Ardnoch po studiach na Uniwersytecie Aberdeen, bardzo się do siebie zbliżyliśmy.
Mijały już niemal dwa lata, odkąd zmarł na zawał serca. Spacerowaliśmy po plaży z jego psem, Bramem, wielkim chartem szkockim, którego adoptował, kiedy wyjechałam na studia.
Nie mogłam mu pomóc.
Nie mogłam go uratować.
Ta bezsilność była...
Przełknęłam jeszcze jeden łyk whisky, powstrzymując łzy wywołane bolesnym wspomnieniem. I poczuciem winy.
- Hej. - Mac ujął mnie za podbródek i uniósł go lekko, żebym popatrzyła mu w oczy. Spoglądał na mnie z niewypowiedzianą czułością. - Musisz się pozbyć tego poczucia winy, Arro.
- Mackennonie, czyżbyś potrafił czytać w myślach?
Cofnął dłoń, nieco zdziwiony, kiedy jego imię w pełnej formie rozniosło się echem po biurze. Nikt się tak do niego nie zwracał, więc w moich ustach "Mackennon" zabrzmiało dziwnie intymnie.
Podobało mi się to.
Przez sekundę patrzył badawczo na moją twarz, a ja spoglądałam w jego stale zmieniające się oczy. W zasadzie były brązowe, ale ich kolor zależał od oświetlenia. W ostrym świetle biura przybrały barwę niebieskoszarą.
- Nie, nie potrafię tego. Po prostu na odległość umiem rozpoznać poczucie winy. Chyba dzisiaj dręczy nas ono oboje.
- Masz jakiś powód, by czuć się winny?
Westchnął ciężko.
- Jeśli ci powiem, będziesz źle o mnie myślała, a z tym pewnie nie dałbym sobie rady.
Dotknęłam jego ramienia.
- Nigdy bym o tobie źle nie pomyślała.
Zanim odwrócił się i jednym haustem wypił resztę whisky, zauważyłam drobny nerw drgający na jego szczęce. Podszedł do kredensu i nalał sobie drugą szklankę alkoholu. Jego nastroje były tak zmienne i nieprzewidywalne. Nie podobało mi się to, tym bardziej że pod tym względem bardzo się od niego różniłam.
- Mackennonie, proszę, powiedz mi, co się dzieje.
Rzucił mi przez ramię groźne spojrzenie.
- Dlaczego nazywasz mnie Mackennonem?
- Ponieważ jest to piękne imię i lubię je wymawiać.
Czekałam na reakcję, ale się nie doczekałam.
Mac nalał sobie kolejnego drinka i oparł się o kredens. Jakby celowo chciał zachować dystans między nami.
- Powinnaś wrócić na przyjęcie - rzekł wreszcie.
Zsunęłam się z biurka, nie podeszłam jednak do niego.
- Nie wrócę tam, dopóki nie powiesz mi, co cię dręczy.
- Mam córkę! - wypalił nagle.
Znieruchomiałam, wstrząśnięta tym wyznaniem.
Mac lekko się skrzywił.
- Nie spodziewałaś się takiej nowiny, prawda?
- Co takiego? - zdziwiłam się i zrobiłam krok w jego stronę. - To znaczy... kiedy...? Jak to...? - "Czy to świeża sprawa?", przemknęło mi przez głowę.
Na myśl o tym, że jakaś baba mogła wkroczyć w jego życie i mi go odebrać, wpadłam w panikę. Samolubna reakcja, ale tak właśnie było!
- Kiedy miałem piętnaście lat, zrobiłem dziecko pewnej dziewczynie.
O mój Boże.
- To było niedługo po tym, jak przeniosłem się do Stanów, żeby pracować w warsztacie wujka.
Wiedziałam, że babcia wysłała go do wuja, do Bostonu, gdzie pracował jako mechanik, a kiedy osiągnął odpowiedni wiek, wstąpił do bostońskiego wydziału policji. Później przeniósł się do pracy w prywatnej firmie ochroniarskiej.
Ale córka...?
- Mac?
- Nazywa się Robyn. Ma dwadzieścia trzy lata.
Na litość... Mac liczył zaledwie trzydzieści osiem lat, a wyglądał, jakby był niewiele po trzydziestce. I on, na miłość boską, miał dwudziestotrzyletnią córkę?
- Jak to możliwe, że nic o tym nie wiedziałam?
- Nie miałem z nią kontaktu, odkąd skończyła czternaście lat. Uniemożliwiała mi to jej mama. - Potarł twarz dłonią. - Nie walczyłem wystarczająco zażarcie. Wszystkie listy, wszystkie prezenty wracały do mnie. Teraz jest dorosłą kobietą, policjantką. - Wzruszył bezradnie ramionami. - To swojego ojczyma uważa za tatę. Ja jestem tylko dawcą spermy. - Wychylił resztę whisky. - Dupkiem, który ją opuścił, tak samo jak moja mama opuściła mnie. - Zdumiona dostrzegłam łzy w jego oczach. - Nie wie, jak bardzo ją kocham. Szczerze mówiąc, nie zasługuję na taki przywilej. Nie zasługuję na to, żeby się o tym dowiedziała.
- Och, Mac. - Podeszłam do niego, odstawiłam szklankę na stolik stojący za nim i uściskałam przyjaciela.
Przytulił twarz do mojej szyi i objął mnie kurczowo. Poczułam, że drży z emocji, i łzy napłynęły mi do oczu.
Nie miałam o niczym pojęcia.
Zacieśniłam uścisk i przywarłam do niego tak mocno, jak tylko mogłam.
W końcu się rozluźnił i - nadal do mnie przytulony - podniósł głowę, by spojrzeć mi w oczy. Cierpienie na jego twarzy zelżało. Przycisnęłam dłonie do jego piersi i poczułam, jak szybko bije mu serce. Dotarły do mnie jego bliskość, ciepło męskiego ciała, idąca od niego siła, zapach... Starałam się tego nie dostrzegać, wydało mi się to całkiem nie na miejscu, ale czułam, że jego dotyk wywołuje we mnie mrowienie i ciarki na skórze.
- Sprawdziłem się jako tata małej Robyn - podjął. - Z jej mamą, Stacey, rozstaliśmy się, kiedy Robbie była jeszcze malutka. Ale zawsze służyłem jej wsparciem. Stacey miała wybuchową naturę i konfliktowy charakter. Trudno się było z nią porozumieć, ale robiłem, co musiałem, byle tylko nie stracić Robyn. Sytuacja się poprawiła, kiedy moja eks wyszła za mąż za Setha. Wszyscy dobrze się dogadywaliśmy. Seth był kolegą z bostońskiej policji. Cieszyłem się, że będzie w życiu Robyn w chwilach, w których ja nie mogłem przy niej być. I nigdy nie starał się odciąć mnie od córki.
Wszystko się zmieniło, kiedy zacząłem pracę w firmie ochroniarskiej i musiałem częściej wyjeżdżać ze względu na obowiązki zawodowe. Stacey znów stała się opryskliwa i agresywna. Kiedy Lachlan zaproponował mi pracę u siebie, a to oznaczało przeprowadzkę na drugi koniec kraju, nie chciała słyszeć o wspólnej opiece nad dzieckiem. Proponowałem, żeby Robyn spędzała wakacje ze mną w Kalifornii. Ba! Zamierzałem odwiedzać ją nawet w Bostonie, kiedy miałem kilka dni wolnego. Niestety Stacey postawiła sprawę na ostrzu noża. Wszystko albo nic.
Wzruszył ramionami.
- A ja okazałem się samolubnym sukinsynem i wybrałem pracę. Dobrze mi płacili. Mogłem kupować Robyn różne rzeczy, na co inaczej nie mógłbym sobie pozwolić. Tyle że tę decyzję podjąłem nie tylko ze względu na córkę. Podjąłem ją dla siebie. Byłem zbyt dumny, żeby pozwolić Stacey dyktować warunki dotyczące mojego życia. Przedłożyłem dumę nad własne dziecko.
- A gdybyś wiedział, że przyjęcie tej pracy oznacza utratę córki, też wybrałbyś dumę?
- Nigdy - odrzekł szorstko, jakby błagał, żebym mu uwierzyła. - Arro, nigdy. Robyn jasno dała mi do zrozumienia, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Rok w rok wysyłałem jej listy i prezenty, ale zawsze do mnie wracały. Już tego nie naprawię. - Gładził mnie po nagich ramionach, jakby to on mnie pocieszał. Robił to bezwiednie. - Kocham Lachlana jak brata i kocham Ardnoch. Nie zamieniłbym tego na nic innego, z wyjątkiem niej. Dla niej wyrzekłbym się wszystkiego, co dawało mi szczęście, byle tylko znów zaistniała w moim życiu. Żałuję, że w ogóle przyjąłem tę pracę.
Łzy współczucia napłynęły mi do oczu. Nie wiedziałam, że nosi w sobie tyle bólu i żalu.
- Mackennonie - wyszeptałam, kładąc dłoń na jego policzku. Szorstki zarost lekko mnie ukłuł, a nasze oczy się spotkały. - Nie zmienisz przeszłości. Możesz się tylko z nią pogodzić. Chciałabym cofnąć czas, ale w rzeczywistym świecie to tak nie działa. Żyjemy tu i teraz. To jednak nie znaczy, że niczego nie można zmienić. - Bezwiednie przywarłam do niego ciaśniej i poczułam, że oparł dłonie na moich biodrach. - Można zmienić przyszłość.
- Nie zasługuję na przyszłość z córką.
Z bólem zrozumiałam, że on naprawdę tak myśli, że nie wierzy w swoją wartość.
- Jesteś dobrym człowiekiem - wychrypiałam głosem pełnym emocji. - Najlepszym.
Potrząsnął głową, ale unieruchomiłam go, kładąc mu dłonie na policzkach.
- To moje zdanie. I uważam, że jesteś wspaniały. Wiem, że nie przetrwałabym ostatnich dwóch lat bez twojej pomocy. Szkoda, że nie możesz spojrzeć na siebie moimi oczami.
Zacisnął dłonie na moich biodrach, wzrok mu pociemniał.
- Arro...
Wtedy ogarnęło mnie jakieś szaleństwo. Przyciągnęłam jego głowę do siebie i przywarłam do ust. Kiedy poczułam na nich smak whisky, z podniecenia aż zadygotałam. Mac jęknął i zaskoczony rozchylił wargi. Wykorzystałam to natychmiast i dotknęłam językiem jego języka.
Jego głuche stęknięcie zawibrowało w moim ciele. Poczułam, że odpowiada pocałunkiem na mój pocałunek.
Natychmiast zapłonął we mnie ogień, mózg przestał pracować, otumaniony pożądaniem i potrzebą bliskości. Całe lata tłumionych pragnień wybuchły ze zwielokrotnioną siłą.
Nasz pocałunek stał się dziki i łapczywy. Wsunęłam palce w ciemne włosy Maca, jego zarost drapał mi policzki, dłonie mięły jedwab sukni, rozciągając ją na moich wrażliwych piersiach.
Tak, tak, TAK.
Nigdy jeszcze nie doznałam tak gwałtownego pożądania.
Chciałam czuć jego ręce na całym ciele.
Ale najbardziej pragnęłam je poczuć między nogami. Nie. Wolałabym, żeby znalazły się tam jego usta.
Jęknęłam na samą myśl o tym.
Mac chwycił mnie mocno za ramiona.
I gwałtownie od siebie odsunął.
Zachwiałam się, gdy wpadłam na oparcie fotela.
Miałam wrażenie, że każdy centymetr mojej skóry rozgrzał się do czerwoności. Wargi mi nabrzmiały.
Mac patrzył na mnie, jakby zobaczył mnie pierwszy raz w życiu. Opuścił wzrok na moje piersi i oczy mu pociemniały. Odwrócił się, po czym mocno zacisnął dłonie po bokach.
Zerknęłam w dół i spostrzegłam, że stwardniałe sutki odznaczały się widocznie pod cienkim materiałem sukni. Policzki zapłonęły mi żywym ogniem, ale postanowiłam się nie zasłaniać.
Spojrzałam wojowniczo na stojącego do mnie tyłem mężczyznę.
- Może byś tak na mnie spojrzał?
Odwrócił się gwałtownie. Twarz mu spochmurniała, malowało się na niej uczucie, którego nie potrafiłam zidentyfikować, ale wiedziałam, że mi się nie podoba. Przeczesał włosy palcami i zaklął pod nosem.
- Mac, wszystko jest w porządku.
- Nic nie jest w porządku. - Patrzył na mnie gniewnie. - Właśnie dobrałem się do smarkatej siostry mojego przyjaciela. Do smarkatej siostry szefa! Chryste, jesteś zaledwie trzy lata starsza od mojej córki.
Skrzywiłam się z niezadowoleniem.
- Nie mów tak. Kiedy formułujesz to w ten sposób, brzmi gorzej, niż jest w rzeczywistości. Jesteś ode mnie o trzynaście lat starszy, Mackennonie. To nic wielkiego.
- Wręcz przeciwnie. - Mówił teraz ciszej, a jego twarz złagodniała, przybierając niemal błagalny wyraz. - Arro... Lachlan to jedyna rodzina, jaką mam. Nigdy nie zraniłbym ani jego, ani ciebie. - To... - wskazał gestem dłoni na nas oboje - ...to, moja droga, nie może się stać. Nigdy się nie wydarzy. Nie rozumuję dzisiaj jasno, więc nie powinienem... nie powinniśmy... Nie myślę o tobie w ten sposób.
Odrzucił mnie, a to zabolało jak pchnięcie nożem.
Nie chciałam, żeby zauważył moją reakcję.
"Nie myślę o tobie w ten sposób".
W porządku. Teraz przynajmniej miałam pewność, prawda?
Czyżbym wykorzystała chwilę słabości przyjaciela? Ta myśl przeszyła mnie na wylot.
Nie chciałam utracić jego przyjaźni z takiego powodu.
- Przepraszam, Mac. To był tylko pocałunek. Oboje za dużo wypiliśmy. Nikt nie musi się o nim dowiedzieć i to się... to się nigdy więcej nie powtórzy. Już nigdy tego nie zrobię. Przepraszam. Między nami wszystko w porządku. Już dobrze, prawda?
Lekko zmrużył oczy i spojrzał na mnie badawczo. Z całych sił starałam się zachować neutralny wyraz twarzy. W końcu odetchnął z ulgą i wyraźnie się rozluźnił.
- Moja droga, nie ma za co przepraszać. Wszystko w porządku. Między nami jest dobrze.
- Świetnie. - Przygładziłam włosy, z wysiłkiem zachowując spokój. - Lepiej będzie, jeśli wrócę na przyjęcie przed północą. Ty też powinieneś tam pójść. Wejść między ludzi. Zająć czymś myśli, żeby choć przez chwilę nie zadręczać się rozważaniami o Robyn.
Ponuro skinął głową.
- Zjawię się tam za chwilę.
Kiedy wyszłam z biura, na korytarzu owionął mnie nagły chłód. Oszołomiona powędrowałam z powrotem do wielkiej sali, tym razem skinieniem głowy witając kręcących się wokół gości. Na języku wciąż czułam smak Maca, wargi nadal pulsowały od jego pocałunku, a ciało wibrowało od niespełnionego pożądania.
"Otrząśnij się, Arro".
Usłyszałam donośny głos Lachlana. Brat wygłaszał właśnie noworoczne przemówienie i dokładnie w chwili, w której weszłam do sali balowej, zawołał, stojąc u szczytu schodów:
- Obyście byli szczęśliwi, a wasi wrogowie o tym wiedzieli! Slainte Mhath!
Wszyscy goście unieśli kieliszki i odpowiedzieli okrzykiem:
- Slainte Mhath!
Czekałam pod ścianą, kiedy pojawił się personel z pledami ze sztucznego futra dla gości. Ludzie zaczęli się nimi otulać, a ja nagle zobaczyłam, że przede mną stoi Lachlan.
- Tu jesteś. - Narzucił mi pled na ramiona. - Czas na fajerwerki, zanim dzwon wybije północ.
Skinęłam głową i pozwoliłam mu poprowadzić się na zewnątrz, dokąd zmierzali również inni zaproszeni.
- Gdzie się podziewałaś?
- Musiałam chwilę odetchnąć - skłamałam. - Ta impreza nieco mnie przytłacza.
Lachlan przyciągnął mnie do swojego boku.
- Wiem, skarbie. Ale zapewniam cię, że warto to wytrzymać.
Przytaknęłam i stanęłam obok niego na podjeździe, gdzie zgromadzili się wszyscy goście. Z oddali rozległy się dźwięki Auld Lang Syne, grane przez dudziarza.
Nagle powietrze przeszył ostry, świszczący dźwięk, a po sekundzie rozległ się ogłuszający huk. Na ciemnym niebie eksplodowały srebrzyste, niebieskie i różowe błyski, a goście zaczęli gromko wiwatować i bić brawa.
Na chwilę zatraciłam się w tym wspaniałym pokazie światła i kolorów.
Poczułam go, zanim zobaczyłam.
Odwróciłam głowę i spojrzałam na Maca, który właśnie stanął u mojego drugiego boku.
Nie odwrócił wzroku, tylko patrzył na mnie niepewnie, pełen wyrzutów sumienia.
Absolutnie nie chciałam, żeby czuł się wobec mnie winny.
I tak już zbyt wiele musiał dźwigać na swoich barkach.
Nie powinien na dodatek żałować czegoś, co wiązało się ze mną. Wolałam już pogodzić się z odrzuceniem.
Wsunęłam dłoń w jego rękę.
- Przyjaciele na zawsze - powiedziałam bezgłośnie.
Jego spojrzenie natychmiast pojaśniało i z wdzięcznością lekko uścisnął moją dłoń.
A ja uniosłam wzrok ku niebu i obserwowałam pokaz sztucznych ogni, udając, że przy każdej barwnej eksplozji serce nie pęka mi na tysiąc kawałków.
Arro
OBECNIE
ARDNOCH, HRABSTWO SUTHERLAND
SZKOCJA
Przez siedem lat obserwowałam, jak w głównej sali mojego rodzinnego zamku raz po raz odbywały się najróżniejsze imprezy i przyjęcia. Nigdy dotąd żadna z tych uroczystości nie wydawała się jednak tak pasować do tego miejsca jak obecna. Kroczyłam środkiem sali jako druhna na ślubie mojego najstarszego brata. Po obu stronach długiego, wąskiego dywanu w jasnozłotym kolorze ustawiono rzędy krzeseł. Staromodne lampiony znaczyły początek każdego rzędu, prowadząc do imponujących schodów na końcu sali, które wiodły do podestu na półpiętrze, oświetlonego słońcem wpadającym przez wysokie, witrażowe okna, które brat kazał pieczołowicie odrestaurować. Czekali tam Lachlan, Thane, nasz pastor i mój mały bratanek Lewis, prezentujący się zachwycająco w takim samym kilcie, jaki mieli na sobie jego ojciec i wuj.
Córka Thane'a, Eilidh, szybkimi krokami wbiegła na schody, rozrzucając wokół ostatnie płatki czerwonych róż. Osobiście wybrała na tę okazję sukienkę, która przy każdym kroku podskakiwała, ukazując warstwę halek. Właśnie taki efekt chciała osiągnąć. Wargi same rozciągnęły mi się w uśmiechu, kiedy patrzyłam, z jakim przejęciem moja bratanica wykonuje swój obowiązek. Podniosła rozradowane oczy na wuja i ojca, a oni obaj spojrzeli na nią z taką miłością, że aż coś mnie ścisnęło w sercu. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej Eilidh i Lewis znaleźli się w wyjątkowo dramatycznej sytuacji, jakiej nie powinno doświadczyć żadne dziecko. Martwiłam się bardzo, czy przy naszej pomocy uda im się odzyskać równowagę. Ale dzieci okazały się nadzwyczaj odporne i ku mojej nieopisanej uldze znów wydawały się szczęśliwe i spokojne.
Regan Penhaligon, młodsza siostra narzeczonej Lachlana, szła wdzięcznym krokiem przede mną, ubrana w suknię starszej druhny. Czułam do niej wielką wdzięczność, ponieważ to w dużej mierze dzięki niej Eil i Lew znów mogli się cieszyć szczęśliwym dzieciństwem. Wyglądała promiennie w srebrzystej sukni, z misternie upiętymi miedzianorudymi lokami. Lekko weszła po schodach, unosząc skraj sukni, i stanęła naprzeciw Thane'a. Spojrzeli na siebie z takim żarem, że aż ukłuła mnie zazdrość. Wzięła Eilidh za rękę, a dziewczynka przytuliła się do jej boku. Mój brat spogladał na nią z taką miłością, jakby za chwilę miał eksplodować z jej nadmiaru.
Jeszcze nie widziałam Thane'a w takiej wersji. Ani kiedy dorastałam, ani kiedy był w małżeństwie z Fran. Regan sprawiła, że na nowo przeżywał młodość. Właściwie nigdy nie wydawał się tak młodzieńczy, nawet kiedy był w jej wieku. Oboje martwili się dzielącą ich różnicą trzynastu lat, ale nie na tyle, by z siebie zrezygnować. Rzucili się na oślep w swą namiętną miłość, ponieważ wiedzieli, że nie potrafią inaczej.
Ta mieszanina radości i ulgi, jaką czułam ze względu na brata, łączyła się ze świadomością, że jego uczucie stało się katalizatorem unicestwienia mojej miłości.
"Przestań", upomniałam się w duchu, krocząc po schodach. Odepchnęłam od siebie egoistyczne, melancholijne myśli i posłałam uśmiech Lachlanowi. On również uśmiechnął się do mnie czule. Następnie, stanąwszy obok Regan, wymieniłam uśmiechy też z nią. Dzisiaj to nie ja byłam ważna.
Powiodłam spojrzeniem po gościach, którzy reprezentowali najróżniejsze środowiska i zawody. Stawili się mieszkańcy miasteczka i przyjaciele, z którymi dorastaliśmy, aktorzy, piosenkarze, sportowcy, znani reżyserzy, pisarze. Dostrzegłam też kilka nieznajomych twarzy przyjaciół Robyn i jej rodziny z Bostonu. W pierwszym rzędzie siedziało dwóch moich braci, Brodan i Arran, którzy wrócili na łono rodziny z okazji ślubu.
Arrana nie widzieliśmy od tak dawna, że jego obecność wprowadziła lekko nerwową atmosferę. Jednak w takim szczęśliwym dniu pragnęłam czuć tylko ulgę, że brat - najbardziej zbliżony do mnie wiekiem - za którym biegałam jako dziecko, wrócił do domu i był tu bezpieczny. Przynajmniej czasowo.
Nasze oczy się spotkały i Arran posłał mi swój charakterystyczny chłopięcy uśmiech, tak bardzo podobny do uśmiechu Lachlana. Tyle że natychmiast straciłam jego uwagę, ponieważ przeniósł ją na mijającą go jedną z druhen.
Nasza przyjaciółka, Eredine Willows, prezentowała się niezwykle elegancko w srebrzystej sukni. Miała tak bujne włosy, że stylistka upięła tylko połowę jej ciemnobrązowych loków, a resztę rozpuściła luźno na plecach. Połyskliwa srebrna tkanina pięknie kontrastowała ze złotobrązową karnacją Eredine i zgrabnie opinała jej elegancką sylwetkę. Ery wyglądała jak gwiazda filmowa lub supermodelka.
Nie tylko Arran nie mógł oderwać od niej oczu. Wiedziałam, że dziewczyna nie znosi być w centrum uwagi, więc gdy zatrzymała się obok mnie, przysunęłam się bliżej, by wesprzeć ją bez słów. Za Ery szła bostońska przyjaciółka Robyn, Jasmine, a raczej Jaz, ponieważ tak właśnie chciała, żeby się do niej zwracać. Wyglądała po królewsku. Srebro sukni kontrastowało z jej ciemnobrązową skórą, a włosy splecione w warkoczyki miała upięte tak misternie, że moja fryzura wyglądała przy nich nudno.
Nie wiem, jak Robyn udało się wybrać na suknie dla druhen metaliczną tkaninę i krój, które pasowały do każdego odcienia karnacji i typu figury. Może pomogło jej wprawne oko fotografki. Po prostu ogarniała takie sprawy instynktownie, jak kompozycję i światło na zdjęciach.
A oto nadeszła i ona sama.
Robyn Penhaligon, już wkrótce Adair.
Oczywiście już dziś ją widziałam. Spędziłyśmy cały ranek w jednym z pokoi gościnnych, zmienionych dzisiaj w garderobę panny młodej.
W białej, rozszerzającej się ku dołowi sukni była najbardziej seksowną, a jednocześnie najelegantszą panną młodą, jaką widziałam. Kreacja miała głęboki dekolt, obszyty delikatną koronką. A ponieważ pod nią znajdował się cieniutki przezroczysty materiał, koronka wyglądała tak, jakby ktoś artystycznie wymalował ją na skórze. Rękawy również uszyto z koronki, przez którą tu i ówdzie prześwitywała skóra. Suknia opinała ciało, jakby i ona została na nim namalowana. Od kolan w dół rozszerzała się, przechodząc w tren, także wykończony koronką. Wiedziałam, że dekolt na plecach jest wyzywająco głęboki, a obciągnięty jedwabiem guzik w jego dolnej części przyciągał wzrok do krągłej pupy, której kształt do perfekcji doprowadziły bieganie i uprawianie mieszanych sztuk walki.
Jednym słowem, Robyn wyglądała olśniewająco.
Spojrzałam na Lachlana i wzruszyłam się, kiedy zobaczyłam go oniemiałego z zachwytu, kiedy narzeczona szła ku niemu, cały czas patrząc mu w oczy. Czy kiedykolwiek jakiś mężczyzna tak głęboko kochał kobietę? Coś ścisnęło mnie boleśnie w piersi. Nikt bardziej od niego nie zasługiwał na takie doznania. Lachlan opiekował się nami wszystkimi od lat, aż nazbyt długo, i nadszedł najwyższy czas, żeby zyskał towarzyszkę życia, dzięki której poczuje się mniej samotny.
Z trudem przeniosłam wzrok na Robyn, a właściwie na mężczyznę, na którego ramieniu się wspierała w drodze do narzeczonego. Unikałam spotkania z nim, kiedy przyjechał po córkę, ażeby poprowadzić ją do ołtarza. Miała przed nim poślubić jego przyjaciela i zarazem szefa.
Mac Galbraith.
Zupełnie nie wyglądał na kogoś, kto mógłby mieć córkę w wieku Robyn, ale przecież został ojcem jako szesnastolatek. Robyn pochyliła się ku niemu, on wyszeptał jej coś do ucha, a ona uśmiechnęła się, patrząc na niego z miłością. Mac pewnie w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że nadejdzie w jego życiu taka piękna chwila.
Rok wcześniej Robyn przybyła do Ardnoch właśnie po to, żeby spotkać się z ojcem. Chciała uzyskać od niego wyjaśnienie, dlaczego zniknął z jej życia. Nie wiedziała, że matka odsyłała jego listy i prezenty. Zamartwiałam się wtedy, że przyjechała wzbudzać w nim poczucie winy z powodu zerwanych więzi rodzinnych, tymczasem prędko się okazało, że Robyn bardzo kocha Maca i bardzo go potrzebuje.
Ich pojednanie z wielu powodów nie okazało się łatwe, ale byli do siebie zbyt podobni, łączyło ich zbyt wiele, żeby do niego nie doszło. Nikt nawet sobie nie wyobrażał, że podczas odtwarzania więzi z ojcem Robyn zakocha się w moim najstarszym bracie ani że Lachlan straci dla niej głowę do tego stopnia, że oświadczy się ledwie po kilku miesiącach znajomości i będzie nalegał na poprowadzenie jej do ołtarza w ciągu roku.
"Kiedy jest się czegoś pewnym, to jest się pewnym", mówił.
Ich związek okazał się bardzo korzystny dla Maca, ponieważ Robyn mogła teraz pozostać w Szkocji na stałe i postanowiła to zrobić. Nie musiał znów się z nią rozstawać. Wiedziałam, jak wiele to dla niego znaczy. Po prostu uwielbiał córkę.
I właśnie z tego powodu, przez tę miłość łączącą go z Robyn i z całą resztą mojej rodziny, moja przyszłość zapowiadała się okropnie. Za każdym razem, kiedy znajdziemy się w jednym pomieszczeniu, będę musiała udawać, że go nie nienawidzę. Że nie czuję do niego urazy i nie żałuję, że go w ogóle poznałam.
Przysporzył mi jedynie bólu.
A teraz doszło do tego upokorzenie.
Nienawidziłam go.
Trzynaście lat różnicy między Regan i Thane'em.
Trzynaście lat różnicy między Makiem a mną.
Skoro oni mogli się ze sobą związać, to przecież my też możemy, prawda?
Tak naiwnie zakładałam.
Jednak Mac jednoznacznie wskazał mi błąd w rozumowaniu. Jego reakcja na to, co między nami zaszło kilka tygodni temu, była brutalnie upokarzająca. Postanowiłam nigdy mu tego nie wybaczyć.
Na samo wspomnienie poczułam ostry skurcz w gardle. Mac pochwycił moje spojrzenie, zanim zdążyłam odwrócić wzrok.
Ten drań miał czelność przybrać nieszczęśliwą minę!
Z wysiłkiem skupiłam uwagę na Lachlanie.
Widać było, że z trudem doczekał chwili, kiedy Robyn odstąpiła od boku Maka i podeszła do niego. Wbrew tradycji przyciągnął ją do siebie i wyszeptał ochryple:
- Jesteś taka piękna. - A potem lekko dotknął ustami jej warg.
On przynajmniej zdobył swoją miłość.
I Thane odnalazł swoją.
Cóż, skoro ja nie mogłam zdobyć własnej miłości, cieszyłam się, że najbliżsi mi ludzie mieli więcej szczęścia.
Organizatorka przyjęcia zmieniła wielką jadalnię zamku w salę weselną. Ustawiono w niej okrągłe stoły nakryte białymi obrusami i ozdobione lampionami, a wszędzie wokół skrzyły się girlandy świetlne. Z części jadalnej można było przejść do następnej sali, również odmienionej. Zamontowano w niej tymczasowy parkiet. Później muzyką miał się zająć didżej, ale na początek Lachlan sprowadził z Orkadów kapelę skrzypcową, grającą współczesną muzykę szkocką. Ich występ zaplanowano po obiedzie; wiedziałam, że szybka, radosna muzyka ludowa spodoba się gościom. Już kiedyś zdarzyło się nam zatrudnić ten zespół i został doskonale przyjęty przez wszystkich uczestników imprezy.
Gości poproszono o zostawienie telefonów komórkowych w pokojach lub domkach na terenie posiadłości. Jedyną osobą, która mogła robić zdjęcia, był wynajęty na tę okazję zawodowy fotograf. Lachlan nie chciał, żeby fotki z jego wesela zdobiły strony tytułowe wszystkich brukowców w kraju. Kiedy porzucił karierę w Hollywood, żeby zająć się prowadzeniem naszego ekskluzywnego klubu, wiedział, że nigdy nie zdoła całkiem zerwać z dawnym życiem gwiazdy filmu. Chciał jednak, by jego ślub pozostał uroczystością prywatną. I tak w ciągu ostatnich miesięcy wiadomości z życia rodziny Adairów zbyt często pojawiały się w mediach.
Siedziałam z boku stołu w kształcie podkowy. Na prawo od Robyn spoczął Mac; Thane zajął miejsce na lewo od Lachlana; Regan siedziała obok Thane'a, za nią Elilidh, Lewis i ja. Specjalnie umieściliśmy dzieci między mną, Regan i Thane'em, ponieważ naszą trójkę darzyły największym zaufaniem, a takie duże przyjęcie mogło być dla nich nieco przytłaczające. Chcieliśmy, żeby czuły się bezpieczne i szczęśliwe, zwłaszcza po tym, co je spotkało.
Obok Maka wyznaczono miejsce jego byłej dziewczynie, a matce Robyn, Stacey. Kiedy się uśmiechała, było widać, że to ładna kobieta, niestety przez większość dnia pokazywała światu grymas niezadowolenia. Obok Stacey, po przeciwległej części stołu siedział ojczym Robyn, a ojciec Regan, Seth Penhaligon. Polubiłam go. Był przyjacielski, trzeźwo myślący i wyluzowany.
Robyn musiała podjąć trudną decyzję i wybrać, który z ojców poprowadzi ją do ołtarza. Odbyła długą rozmowę z Sethem, a ten w końcu jej poradził, żeby poprosiła o to Maca. Powiedziała mi, że jego zdaniem, jeśli chciała, żeby Mac był jej ojcem już do końca życia, powinna tak właśnie go traktować.
Moim zdaniem to wiele mówiło o tym, jakim człowiekiem jest Seth Penhaligon. Przecież to on wychowywał Robyn przez większość jej życia. Niestety, od chwili przyjazdu do Szkocji Stacey jasno dawała do zrozumienia, jak bardzo ją wkurza, że to nie Seth wypełni ten obowiązek. Wszyscy jednak, włącznie z mężem, ignorowali jej naburmuszoną minę i nieprzyjazne zachowanie.
Obok Setha usiadła Eredine, dalej Jaz, a przy okrągłym stole najbliżej nas siedzieli Brodan, Arran, mąż Jaz, Autry, i ich dwie córki, Asia i Jada.
Podczas obiadu większość czasu spędziłam, pomagając Regan przy dzieciach lub śmiejąc się z dowcipów, które opowiadał Brodan. Ani razu nie spojrzałam na Maca.
W pewnej chwili muzyka ucichła i rozległ się cichy brzęk szkła. Ktoś uderzał łyżeczką o kieliszek, sygnalizując, że za chwilę nastąpi przemówienie. Serce podskoczyło mi do gardła, kiedy Mac wolno wstał zza stołu. Zerknął na mnie, a potem spojrzał na Robyn. Podniosła na niego wzrok z nieskrywanym uwielbieniem, a wtedy - mimo że tak bardzo mnie zranił - oprócz goryczy poczułam wielką radość. Przez całe swoje dorosłe życie tęsknił za takim spojrzeniem córki.
Jednocześnie jednak radość z powodu jego szczęścia budziła we mnie wściekłość.
Słyszałam, jak Regan ucisza paplającą Eilidh, ale nie mogłam oderwać oczu od Maca.
Wziął do ręki mikrofon.
- Informacja dla tych, którzy nie wiedzą. Jestem Mac, ojciec Robyn.
Przez salę przeszedł szmer zaskoczenia.
- Czyli niektórzy jednak nie wiedzieli - prychnął z rozbawioną miną.
Goście się roześmiali, a ja sobie uświadomiłam, jak silnie działa na mnie jego uśmiech.
- Owszem, to może być spora niespodzianka. - Spojrzał na Robyn, a ta uśmiechnęła się porozumiewawczo. - Obawiam się, że jeśli Robyn usłyszy jeszcze jeden komentarz w stylu: "Chyba jesteś za młody, żeby mieć córkę w tym wieku", to może komuś zlecić sprzątnięcie mnie, żeby więcej nie musieć tego słuchać.
Goście wybuchnęli śmiechem, ale Robyn lekko się skrzywiła.
- To nie zabrzmiało zbyt miło - powiedziała cicho, ale Lachlan otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Wyszeptał jej do ucha coś, co ją rozśmieszyło, i pocałował w skroń.
Znów poczułam w piersi ukłucie bólu.
- Kiedy Robyn przyszła na świat, byłem bardzo młody. - Mac mówił teraz poważnym tonem. - Zbyt młody. Właściwie sam byłem jeszcze dzieckiem. I popełniłem więcej błędów, niż chciałbym pamiętać.
- Tato... - odezwała się Robyn bezgłośnie, po czym ścisnęła go za ramię.
Mac uśmiechnął się do niej blado.
- Kiedy jednak byłem nieobecny, matka Robyn, Stacey... - położył dłoń na jej ramieniu, a ona drgnęła zaskoczona; potem wskazał na Setha - ... i jej ojczym, Seth, wychowali niezwykłą kobietę, która jest świadectwem ich miłości i troski.
Słowa Maca wycisnęły łzy z oczu Stacey. Twarz jej złagodniała, a Seth z wdzięcznością skinął głową.
Cały Mac. Zawsze sprawiedliwy. Zawsze życzliwy.
No... może nie zawsze.
Znów spojrzał na Robyn, a jego głos stał się ochrypły z emocji.
- Jesteś niezwykła, Robyn. Mówię to nie jako zaślepiony ojciec. Taka jest prawda. Jesteś wyjątkowa na wiele sposobów, odważna, inspirująca, dobra, lojalna i uczciwa. Wszystkie te cechy chciałem sam posiadać, a teraz widzę je u ciebie. A to największy dar od losu, o jaki rodzice mogą prosić - żeby dziecko stało się lepsze od nich, żeby ich przerosło.
Wargi Robyn zadrżały. Zobaczyłam, że ściska Lachlana za rękę.
Kątem oka spostrzegłam, że Regan ociera łzy.
Ja czułam, jak palą mnie w gardle, ale postanowiłam nie płakać.
- Jako twój ojciec mam prawo uważać, że nikt nie jest ciebie godny - ciągnął Mac. - Jeśli jednak już ktoś musiał się pojawić, cieszę się, że to Lachlan. - Skupił uwagę na moim bracie. - Jesteś moim najlepszym przyjacielem i powierzam ci osobę, którą kocham ponad wszystko.
Lachlan i Mac przez chwilę patrzyli sobie w oczy, rozmawiając bez słów. Wyraźnie dało się wyczuć napięcie emocjonalne i z wielkim trudem udało mi się powstrzymać te cholerne łzy.
Mac sięgnął po kieliszek z szampanem. Jego wzrok nagle pobiegł w moją stronę, a potem znów do Robyn i mojego brata.
- Gdybyśmy wszyscy mogli znaleźć tak wielką miłość jak wasza, świat stałby się lepszym miejscem. Za Robyn i Lachlana!
- Za Robyn i Lachlana! - Zgromadzeni unieśli zgodnie kieliszki.
Zerknęłam na gości siedzących przy drugiej części stołu. Wielu z nich ocierało serwetami łzy z oczu, tak wzruszyła ich emocjonalna przemowa Maca. Miał w sobie coś takiego. Dar wzbudzania miłości. Siłę przyciągania.
Poczułam, że narasta we mnie gorycz, i próbowałam zdusić to uczucie. Nagle napotkałam spojrzenie Maca. Nie wiem, co zobaczył w mojej twarzy, ale drgnął lekko i natychmiast odwrócił wzrok. Ja również uciekłam wzrokiem w inną stronę i spostrzegłam, że przygląda mi się Regan.
Zwężonymi oczami popatrywała to na mnie, to na Maca.
Cholera jasna.
Uśmiechnęłam się do niej nerwowo i szybko pochyliłam się nad Lewisem, chcąc go zapytać, czy ma ochotę jeszcze coś zjeść. W tej samej chwili Thane przejął mikrofon i wstał. Gwar rozmów znów ucichł.
- Jestem Thane Adair, jeden z braci Lachlana i jego drużba - przedstawił się. - Bardzo żałuję, że wypadło mi przemówić tuż po Macu - dodał, jak zwykle samokrytyczny.
Roześmiałam się wraz z innymi. Teraz, kiedy Mac zakończył swoją mowę, nieco się rozluźniłam.
- Cóż mogę rzec o swoim starszym bracie? - Położył dłoń na ramieniu Lachlana i spojrzał na jego świeżo poślubioną żonę. - Chyba już za późno, żeby powiedzieć: "Uciekaj, Robyn! Uciekaj ile sił w nogach"!
Znów rozległy się wybuchy śmiechu, a Lachlan zmierzył brata żartobliwie groźnym wzrokiem.
- Żartowałem. Lachlan to wspaniały materiał na męża. - Thane z przekonaniem skinął głową. - Teraz. Ale to dobrze, że Robyn nie poznała go, kiedy miał dwadzieścia kilka lat... ponieważ była wtedy nieletnia, więc... - Ze znaczącym grymasem na twarzy spojrzał na gości, a ci znów się roześmiali.
- Naprawdę chcesz drążyć ten temat? - zapytał Lachlan, wskazując na Regan.
Większość gości nie mogła tego usłyszeć, ale domyślili się, co powiedział, i parsknęli śmiechem.
Thane uniósł ramiona w geście poddania.
- Zgoda - odrzekł rozbawiony.
Dobrze było usłyszeć, jak żartuje z różnicy wieku dzielącej jego i Regan. Do niedawna był to dla niego drażliwy temat.
- Chcę tylko powiedzieć, że jako dwudziestolatek Lachlan był zupełnie innym człowiekiem - ciągnął. - Nie wiem, czy wtedy spodobałby się Robyn. Z drugiej strony, o ile dobrze pamiętam, przez pierwsze miesiące znajomości też nie bardzo jej się podobał.
Rozległy się ciche okrzyki zdziwienia. Robyn przytaknęła, a Lachlan z rezygnacją przewrócił oczami.
- To rodzi pewne podejrzenia - mówił Thane z zastanowieniem. Spojrzał na Robyn, uśmiechając się porozumiewawczo, i wyszeptał do mikrofonu: - Jeśli znalazłaś się tu pod przymusem, wystarczy, że mrugniesz. - Sam z przesadnym zapałem puścił do niej oko. - Uratujemy cię.
Wszyscy roześmiali się jeszcze głośniej, a Lachlan posłał bratu mordercze spojrzenie, choć również zachichotał.
Całe to przedstawienie napełniło mnie radością.
To znów był Thane, którego pamiętałam z dzieciństwa. On i Lachlan zawsze byli najpoważniejsi z braci, ale też wykazywali się sarkastycznym, często przewrotnym poczuciem humoru. Gdzieś po drodze Thane zatracił tę cechę. Aż do czasu, gdy pojawiła się Regan.
- Nie...? - zapytał teraz bratową, przeciągając tę scenkę.
Robyn ze śmiechem potrząsnęła głową.
- Skoro tak twierdzisz... - Udając, że jej nie dowierza, powiódł znaczącycm spojrzeniem po zgromadzonych. Rozległy się głośnie chichoty. Mój brat miał ukryty talent komediowy. Zaraz potem uśmiechnął się szeroko i zwrócił do szczęśliwych nowożeńców. - Ale żarty na bok. Niezmiernie się cieszę waszym szczęściem. Mac się martwił, czy jakikolwiek mężczyzna będzie godny jego córki, a ja się martwiłem, czy znajdzie się kobieta, która dorówna mojemu bratu duchem, poczuciem lojalności, umiłowaniem rodziny i apetytem na życie. A później w nasze życie wkroczyła Robyn Galbraith Penhaligon i już wiedziałem, że mimo niezbyt udanego startu ci dwoje są dla siebie stworzeni.
Kiwnął głową.
- Byłeś dla mnie najlepszym bratem, jakiego mogłem sobie życzyć. - Thane mocno chwycił Lachlana za ramię. - Jestem cholernie zadowolony, że znalazłeś Robyn... - Jego uśmiech stał się łobuzerski. - Jestem zadowolony ze względu na ciebie i na siebie, ponieważ Robyn sprowadziła tu... - Spojrzał na Regan. - Cóż, Robyn wniosła w nasze życie wiele dobrego i jestem jej za to dozgonnie wdzięczny.
Thane wyraźnie musiał wytężyć całą siłę woli, żeby oderwać wzrok od Regan. Po chwili odchrząknął i uniósł kieliszek z szampanem.
- Oboje musieliście się zmierzyć z dramatycznymi wydarzeniami i wyszliście z tego umocnieni, stając się dla nas wszystkich inspiracją i lekcją, jak powinna wyglądać miłość. Za Robyn i Lachlana!
Kiedy Lachlan podniósł się zza stołu, żeby wygłosić swoją mowę, nie byłam pewna, czy moje serce to wytrzyma.
- Jako aktor pewnie was zaskoczę, ponieważ moja mowa będzie krótka i miła - powiedział do mikrofonu. - Po pierwsze, dziękuję Macowi i Thane'owi za wszystkie serdeczne słowa. Chociaż, drogi bracie, mogłeś się powstrzymać przed insynuacją, że moja żona nie jest tu z własnej woli.
Rozległy się salwy śmiechu.
- Moja żona - powtórzył ciszej, patrząc na Robyn z uwielbieniem. - Cholera, jak to fantastycznie brzmi.
Odpowiedziały mu pełne zachwytu jęki gości.
- Po drugie, dziękuję wszystkim za przybycie na naszą uroczystość. To dla nas wiele znaczy. - Zatoczył koło ręką z kieliszkiem. - Postanowiliśmy z Robyn użyć tradycyjnych słów przysięgi małżeńskiej, ale po namyśle chciałbym coś dodać. Jestem wielkim szczęściarzem - ciągnął, patrząc w oczy żony. - Zjeździłem cały świat, przeżyłem niezwykłe chwile, robiłem rzeczy, które tylko niewielkiej części ludzi udało się zrobić. Mam dobrych przyjaciół, rodzinę, którą kocham nad życie.
Serce ścisnęło mi się w piersi.
- Doświadczyłem też straty. Poważnej straty. Może nie czyni to ze mnie szczęściarza, ale dzięki temu dostałem lekcję, która mnie wiele nauczyła. Teraz wiem, że liczą się ludzie, którymi się otaczasz. To dzięki ludziom, których kochasz, życie jest coś warte. Robyn, kiedy pojawiłaś się w moim życiu, po prostu zwaliłaś mnie z nóg. Stałaś się dla mnie wszystkim. Jesteś najodważniejszą osobą, jaką spotkałem, i każdego dnia nieustannie mnie zdumiewasz.
Łzy ciurkiem popłynęły mi z oczu.
- Za Robyn, moją żonę. Moją najlepszą przyjaciółkę. - Wzniósł kieliszek.
- Za Robyn!
Kiedy Lachlan zajął miejsce za stołem, Robyn pocałowała go tak długo i głęboko, że dopiero gwizdy gości (to znaczy Brodana i Arrana) oderwały ich od siebie.
Widok ich szczęścia sprawił, że zapomniałam o dręczącej mnie goryczy. Znów poczułam się sobą.
Arro
- Wydajesz się trochę szczęśliwsza - zauważył Arran, kiedy tańczyliśmy wolny utwór zespołu Idlewild.
- Szczęśliwsza? - Zmarszczyłam czoło, kołysząc się w wolnym rytmie muzyki. - Doprawdy? A ja właśnie myślałam o tym, jaka ta piosenka jest przygnębiająca.
Zespół ludowy grający radosną, szybką muzykę, która podrywała wszystkich do tańca, zakończył swój występ. Teraz do dzieła przystąpił didżej i grał ulubione piosenki Robyn i Lachlana.
- Przestań unikać tematu.
- Jakiego tematu?
- Tematu swojego nastroju. Wiem, że od czasu mojego przyjazdu do domu panuje między nami wszystkimi trochę napięta atmosfera, ale ciebie dręczy coś innego. - Arran pochylił głowę, żeby zmusić mnie do spojrzenia mu w oczy, równie niebieskie jak oczy Lachlana.
Wszyscy moi bracia byli przystojnymi niebieskookimi blondynami, ale Lachlan i Thane prezentowali szorstki, surowy typ męskiej urody, Brodan zaś był klasycznie przystojny, a Arran wyglądał jak młodsza, gładsza wersja Lachlana.
Chociaż Lachlan i Thane nie pojmowali, dlaczego Arran odczuwa taką potrzebę wyrwania się z domu i przebywania z dala od nas, ja starałam się to zrozumieć. Kiedy dorastałam, Lachlan odgrywał wobec mnie rolę ojca, Thane był typowym, nadopiekuńczym starszym bratem, ale Brodan i Arran byli nie tylko moimi starszymi braćmi, lecz także kumplami. Zwłaszcza Arran. Odkąd pamiętałam, zawsze marzył o przygodach. Przebywanie w jednym miejscu przez dłuższy czas po prostu nie leżało w jego naturze.
Musiałam jednak szczerze przyznać, że jego przedłużająca się nieobecność mnie raniła. Nie rozumiałam tego. Arran był wędrowcem z wyboru, ale jeszcze kilka lat temu jasno dawał do zrozumienia, że rodzina jest dla niego najważniejsza.
- Gdzie się podziewałeś? - Zmieniłam temat rozmowy.
Zacisnął mocniej rękę na mojej dłoni.
- Przepraszam, że tak długo mnie nie było.
- Arranie - powiedziałam, przysuwając się bliżej, żeby nikt nas nie podsłuchał. - W tym czasie ktoś próbował zamordować Lachlana. Pewien człowiek porwał i związał twoją bratanicę i bratanka, żeby zastraszyć Regan. Czy ty to w ogóle rozumiesz?
Zbladł i było widać, że ogarnia go poczucie winy.
- Tak mi przykro.
- Po prostu wyjaśnij mi - ciągnęłam błagalnie - dlaczego nie wróciłeś, kiedy tak bardzo cię potrzebowaliśmy?
Jego mina stwardniała.
- Co się dzieje między tobą a Makiem? - wypalił.
Zesztywniałam.
- Nic się nie dzieje.
Uśmiechnął się z chłodną ironią.
- W takim razie nie ma chyba dobrego powodu, dla którego nie przyjechałem tu wcześniej. Po prostu jestem zwykłym złamasem.
- Nie wierzę.
- W takim razie się mylisz. - Odwrócił wzrok, a drobny nerw na jego policzku zdradził zdenerwowanie.
Znów ścisnął mocniej moją dłoń, a oczy mu się zwęziły. Podążyłam za jego spojrzeniem i ze zdumieniem stwierdziłam, że patrzy na Eredine tańczącą z Brodanem.
Brodan przyciągnął ją bardzo blisko siebie i szeptał jej do ucha coś, co sprawiło, że nieśmiało się uśmiechała.
Podejrzewałam, że od dłuższego czasu Brodan czuje coś do Ery, ale z jakiegoś powodu nie wykonał żadnego ruchu. Ery była tak zamknięta w sobie, że jakiekolwiek działania z jego strony i tak najprawdopodobniej nie spotkałyby się z życzliwym przyjęciem. Jednak czasami zdarzało mi się spostrzec, że patrzy na niego w sposób, który świadczył, że i ona jest nim zafascynowana.
Ze zmarszczonym czołem spojrzałam na Arrana. Nie znał zbyt dobrze Eredine, ponieważ nie gościł w domu wystarczająco długo, by się dowiedzieć o niej czegoś więcej. Nie dziwiło mnie, że zwrócił na nią uwagę. Po pierwsze, była fantastyczną osobą, miłą i sympatyczną, a jednocześnie inteligentną i obdarzoną poczuciem humoru. Oczywiście tę ostatnią cechę można było zauważyć dopiero po bliższym poznaniu. Po drugie, przez całą młodość, odkąd zaczęli interesować się płcią przeciwną (to znaczy, kiedy Arran skończył dziesięć lat - on i Brodan szybko dojrzeli, jeśli chodzi o romantyczne zapędy), moi bracia rywalizowali o te same dziewczyny. Niestety, jeśli chodzi o damską urodę, mieli niepokojąco podobne gusty. Jakoś sobie z tym radzili, dopóki Arran nie przespał się z bliską przyjaciółką Brodana, Monroe Sinclair. Wtedy pokłócili się na dobre.
Brodan twierdził, że Arran przekroczył granicę, gdy poszedł do łóżka z tą dziewczyną, chociaż przedtem ustalili, że żaden z nich tego nie zrobi. Ja podejrzewałam, że kryje się za tym coś jeszcze. Być może Monroe znaczyła dla Brodana więcej, niż chciał sam przed sobą przyznać. Jakkolwiek było, po tym zdarzeniu dziewczyna zostawiła moich braci i swoją rodzinę i wyjechała z Ardnoch. Arran i Brodan w końcu się pogodzili i już nigdy więcej nie uganiali się za tą samą kobietą.
- Jest piękna, miła, bystra, powściągliwa i niełatwo się do niej zbliżyć. Nawet ja, jej najbliższa przyjaciółka tutaj, tak naprawdę jej nie znam.
Arran zmarszczył czoło, wciąż skupiony na Ery.
- Co?
- Mówię o Eredine.
Teraz patrzył na mnie.
- Ale że niby co?
- To zakazany teren - ostrzegłam. - Dla was obu.
Jego wargi zadrgały.
- Najdroższa siostrzyczko, nie mam żadnych zamiarów wobec twojej przyjaciółki. Czy facet nie może gapić się na kobietę bez ukrytych intencji?
- Jeśli tylko o to chodzi, to w porządku.
- Wiesz... - zaczął, prowadząc mnie w tańcu przesadnie zamaszyście. - Spodziewałem się, że spośród całej rodziny to ty będziesz traktować mnie najprzyjaźniej.
- Przecież jestem dla ciebie miła. Tańczymy, prawda?
- To taki taniec z litości. - Wyraźnie się ze mną drażnił. Oczy rozbłysły mu łobuzersko. - Znam się na tym.
- Spadaj! - wymamrotałam pod nosem. - Przez całe życie muszę znosić kobiety, które uganiają się za moimi braćmi. Dzisiejszy wieczór nie jest wyjątkiem. Dziwię się, że jeszcze żadna nie rozdzieliła nas siłą, żeby się do ciebie dobrać.
- Nie nasza wina, że skutkiem przekleństwa losu zostaliśmy obdarzeni wybitną urodą i zwierzęcym magnetyzmem.
Udałam, że się krztuszę, jakbym zaraz miała zwymiotować, a mój brat roześmiał się ubawiony.
Coś za moimi plecami przyciągnęło jego wzrok i nagle zmienił mu się wyraz twarzy. Nie spodobało mi się to.
- Widzę, że nie tylko bracia Adairowie cieszą się dzisiaj powodzeniem u kobiet. Mac też nie ma na co narzekać.
Zamarłam, ale się nie odwróciłam.
- No tak - ciągnął mój brat. - Jego dzisiejsza przemowa na pewno sprawiła, że kilka pań miało mokro w majtkach.
Otwartą dłonią uderzyłam go w głowę. Tylko częściowo żartobliwie.
- A za co to? - wyjęczał jak mały chłopiec.
- Nie mów do mnie w ten sposób. Jestem twoją siostrą. Okaż mi trochę szacunku.
- Phi. Chyba bardziej chodzi tu o Maca niż o mnie - burknął. - O mało nie wybiłaś mi oka - biadolił.
- To było tylko lekkie klepnięcie. Przestań się mazać.
- Dobry pomysł, Arro. - Lachlan i Robyn zbliżyli się do nas w tańcu. Lachlan wyciągnął rękę i pacnął brata w tył głowy, dużo silniej, niż ja to zrobiłam. - To za karę, że przez ostatnie dwa lata musiałem się o ciebie martwić.
- Ożeż, kurwa! - Arran wypuścił mnie z uścisku, żeby rozmasować potylicę. - Czy to było konieczne?
- Zdecydowanie tak. Czuję się teraz o wiele lepiej. Powiem Thane'owi, jakie to oczyszczające uczucie. Też powinien ci przyłożyć. Przygotuj się. - Z łobuzerskim uśmiechem wraz z Robyn oddalił się w tańcu na drugi koniec parkietu.
- Żartował, prawda? - Arran czujnie rozejrzał się wokół.
Nie wyglądał teraz na swoje trzydzieści pięć lat.
Roześmiałam się wesoło.
- Na twoim miejscu do końca imprezy zachowałabym wzmożoną czujność.
- Nie ma jak w domu - wymamrotał zrezygnowany.
Ledwo wróciłam na swoje miejsce obok Eredine, niosąc kolejny kieliszek szampana, kiedy podszedł do mnie jakiś mężczyzna. Wyglądał znajomo, więc doszłam do wniosku, że to jakiś aktor. Przywitał nas skinieniem głowy i uśmiechem. Potem wyciągnął do mnie rękę.
- Czy mogę prosić o następny taniec?
Grano właśnie piosenkę Adele.
- Idź. - Eredine wzięła ode mnie kieliszek i lekko popchnęła w kierunku wyglądającego znajomo Amerykanina.
"Dlaczego nie?", pomyślałam.
Uśmiechnęłam się i podałam mu rękę. Kiedy szliśmy w stronę parkietu, przedstawił mi się.
- Jestem Gray. Piętnaście lat temu grałem z twoim bratem w jednym filmie. Zaprzyjaźniliśmy się.
Gdy podał swoje imię, skojarzyłam, kto to jest. Nie był sławnym aktorem, ale pamiętałam, że Lachlan o nim mówił.
- Grayson Evans? - upewniłam się.
- To ja - potwierdził z uśmiechem. Weszliśmy na parkiet, gdzie lewą dłonią ujął mnie za rękę, a prawą położył na mojej talii. - A ty jesteś Arrochar. Dziwne, że znam Lachlana od dawna, a my dwoje nigdy dotąd się nie spotkaliśmy.
- Nie pracuję w przemyśle filmowym. - "I nigdy bym tam nie chciała pracować", dodałam w myślach.
- A powinnaś. Masz filmową urodę.
Odpowiedziałam mu chłodnym uśmiechem i przeniosłam wzrok w głąb sali, ponad jego ramieniem.
- To znaczy... Oczywiście, mogłabyś wnieść do aktorstwa o wiele więcej niż urodę.
Prychnęłam lekceważąco, a on pojął swój błąd.
- Bardzo w to wątpię. Bardziej nadaję się do inżynierii leśnictwa niż do grania w filmach.
- Jesteś inżynierem leśnikiem? - Otworzył usta ze zdumienia.
Niestety, z takimi reakcjami miałam do czynienia przez całe życie zawodowe. Pracowałam w branży zdominowanej przez mężczyzn. Odpowiadałam za prace w terenie, za wykreślanie map topograficznych dla terenów objętych wyrębem, za planowanie i kierowanie budową tras drogowych i szynowych, niezbędnych do transportu bali z poręby do składów drewna i punktów przeładunkowych. To ja musiałam nadzorować budowę obozowisk, ramp, mostów, magazynów sprzętu i systemów dostawy wody. Wybierałam metody i sprzęt do transportu bali, zarządzałam facetami wykonującymi tę robotę. Oględnie mówiąc, byłam weteranką bitew z najróżniejszymi przejawami mizoginii.
- Tak, jestem - odrzekłam krótko.
- Przepraszam. - Skrzywił się lekko. - Głupio to zabrzmiało. Zrobiłem fatalne wrażenie. Ale po prostu jeszcze nigdy nie spotkałem leśniczki. Tak naprawdę nawet nie wiem, na czym polega ta praca.
Zmiękłam, czując lekkie ukłucie winy za opryskliwe zachowanie, które zupełnie nie leżało w mojej naturze. Wytłumaczyłam mu, na czym polega mój zawód.
- O, kurczę. Czyli masz prawdziwą pracę!
Roześmiałam się pogodnie.
- A ty nie?
- Ludzie nie uważają aktorstwa za pracę.
- Ależ to jest prawdziwa praca - zapewniłam go. - Wiem od Lachlana, jakie to ciężkie zajęcie.
- Miło, że tak mówisz.
- Nie mogę uwierzyć, że Galbraith jest ojcem Robyn - odezwała się jakaś kobieta obok, odciągając moją uwagę od Amerykanina.
Rozpoznałam w niej angielską aktorkę, Angeline Potter. Nie wiedziałam, kim jest jej towarzysz, ale oboje gapili się na Maca tańczącego z Jasmine. Tego wieczoru nie brakowało mu partnerek, ale przynajmniej miałam pewność, że Jaz to teren, na który nie ma wstępu. Inne jego partnerki budziły we mnie niechęć i zazdrość, o którą sama siebie nie podejrzewałam.
- Właśnie. Nic dziwnego, że ludzie stale mu mówią, że jest za młody na jej ojca. - Z akcentu wywnioskowałam, że towarzysz Angeline to Amerykanin.
- Ciekawe, ile miał lat, kiedy się urodziła. Trzynaście? Nie może mieć więcej niż czterdzieści, prawda?
- Wtedy Robyn musiałaby mieć dwadzieścia kilka, a jestem pewien, że ma ze trzydzieści.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki