Zawsze ty - Samantha Young

-
Proszę czekać

Podziękowania

Nie­które postaci przy­cią­gają czło­wieka odro­binę moc­niej niż inne, a Mac­ken­non Gal­bra­ith bez wąt­pie­nia był jedną z nich. Pisa­nie histo­rii miło­snej jego i Arro było czy­stą rado­ścią, a ich wspólna podróż zosta­nie we mnie na zawsze. Mam nadzieję, że czy­ta­nie o ich epic­kiej, oku­pio­nej ciężką walką miło­ści sprawi Wam tyle samo przy­jem­no­ści, ile mi przy­nio­sło jej opi­sy­wa­nie.

Pisa­nie to w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze samotne zaję­cie, ale wyda­wa­nie ksią­żek z całą pew­no­ścią już nim nie jest. Muszę podzię­ko­wać mojej wspa­nia­łej przy­ja­ciółce, Cathe­rine Cow­les, za prze­czy­ta­nie wcze­snych wer­sji Zawsze ty oraz za mądrość i rady, które pomo­gły uczy­nić histo­rię Maca i Arro tak auten­tyczną, jak to tylko moż­liwe. Jesteś nie­sa­mo­wi­tym źró­dłem wspar­cia i życz­li­wo­ści w spo­łecz­no­ści książ­ko­wej (i nie tylko!) i jestem ogrom­nie wdzięczna za Twoją przy­jaźń!

Oczy­wi­ście muszę podzię­ko­wać mojej nie­sa­mo­wi­tej redak­torce, Jen­ni­fer Som­mersby Young, za to, że zawsze, ale to zawsze służy mi pomocą i spra­wia, że staję się lep­szą pisarką i nar­ra­torką. Dzię­kuję, że poko­cha­łaś Maca rów­nie mocno jak ja!

Dzię­kuję Julie Deaton za korektę i wyła­pa­nie abso­lut­nie wszyst­kiego! Masz nie­sa­mo­wite oko do szcze­gó­łów. I dzię­kuję, że Ty też poko­cha­łaś Maca! Zro­bił nam się z tego nie­zły fan­klub.

Dzię­kuję też mojej bestie i nie­zrów­na­nej asy­stentce, Ash­leen Wal­ker, za ogar­nia­nie wszyst­kich dro­bia­zgów i wspie­ra­nie mnie w każ­dej sytu­acji. Tak bar­dzo Cię doce­niam. Kocham mocno!

Życie pisa­rza nie koń­czy się na samej książce. Nasza praca wykra­cza daleko poza napi­sane słowo - obej­muje mar­ke­ting, reklamę, pro­jek­to­wa­nie gra­ficzne, pro­wa­dze­nie mediów spo­łecz­no­ścio­wych i wiele wię­cej. Pomoc ze strony pro­fe­sjo­na­li­stów jest wtedy na wagę złota. Ogromne podzię­ko­wa­nia dla Niny Grin­stead z Valen­tine PR za wspar­cie, moty­wa­cję, cenne wska­zówki i rady. Jesteś gwiazdą!

Dzię­kuję każ­demu blo­ge­rowi, insta­gra­me­rowi i miło­śni­kowi ksią­żek, który pomógł gło­sić wieść o moich powie­ściach na świe­cie. Jestem Wam wszyst­kim ogrom­nie wdzięczna! Skoro o tym mowa, wiel­kie dzięki dla fan­ta­stycz­nych czy­tel­ni­ków z mojej pry­wat­nej grupy na Face­bo­oku, Sam's Clan McBo­okish. Jeste­ście naprawdę wyjąt­kowi i jeste­ście naj­wspa­nial­szymi czy­tel­ni­kami, o jakich dziew­czyna mogłaby marzyć! Wasze nie­usta­jące i nie­słab­nące wspar­cie budzi we mnie podziw. Dzię­kuję, że jeste­ście.

Ogromne podzię­ko­wa­nia dla Hang Le za ponowne stwo­rze­nie olśnie­wa­ją­cej okładki, która buduje ide­alną atmos­ferę wizu­alną dla tej histo­rii i całej serii. Nie prze­sta­jesz mnie zadzi­wiać! Dzię­kuję rów­nież Regi­nie Wamba za piękne zdję­cie pary, które ide­al­nie oddaje tęsk­notę mię­dzy Makiem a Arro.

Jak zawsze dzię­kuję mojej agentce, Lau­ren Abramo, za to, że dzięki niej czy­tel­nicy na całym świe­cie mogą tra­fiać na moje książki. Jesteś feno­me­nalna i to wiel­kie szczę­ście, że Cię mam!

Wiel­kie dzięki dla mojej rodziny i przy­ja­ciół za to, że zawsze mnie wspie­rają i moty­wują, oraz za wysłu­chi­wa­nie moich opo­wie­ści - cza­sem powta­rza­nych w kółko - o świa­tach, w któ­rych żyję.

Na koniec dzię­kuję Tobie - za to, że czy­tasz. To zna­czy dla mnie wszystko.

Prolog

Arro

Sześć lat i cztery mie­siące wcze­śniej

Zamek Ard­noch, hrab­stwo Suther­land

Szko­cja

Widok rodzin­nego domu, w któ­rym kłę­bił się tłum ele­ganc­kich gości o zna­nych twa­rzach, w błysz­czą­cych suk­niach wie­czo­ro­wych, kil­tach i smo­kin­gach, wyda­wał mi się dziwny. Załoga kel­ner­ska, ubrana w tra­dy­cyjne stroje - żakiety o kroju fraka, fulary zawią­zane pod szyją i białe ręka­wiczki - krą­żyła wśród zapro­szo­nych, roz­no­sząc tace z tar­tin­kami i kie­lisz­kami szam­pana.

Z dzie­ciń­stwa spę­dzo­nego w tym wspa­nia­łym zamku zapa­mię­ta­łam, że nie­ustan­nie wyma­gał on remon­tów i napraw. Zaj­mo­wa­li­śmy wtedy tylko kilka pokoi. Cała reszta, włącz­nie z prze­stron­nymi kory­ta­rzami, była wil­gotna, chłodna i ponura. W zimie pano­wał tu lodo­waty ziąb.

Ale mój naj­star­szy brat, Lachlan Adair, zain­we­sto­wał w naszą rodową sie­dzibę część swo­jej for­tuny, któ­rej doro­bił się jako gwiazda hol­ly­wo­odz­kich fil­mów akcji. Namó­wił też kil­koro boga­tych zna­jo­mych, żeby zro­bili to samo. No i zmie­nili Ard­noch wła­śnie w to - pry­watny klub dla elity prze­my­słu fil­mo­wego i tele­wi­zyj­nego.

Nie będę kła­mać. Po czę­ści nie­na­wi­dzi­łam tych zmian. Mam silny instynkt tery­to­rialny, oba­wia­łam się więc, że goście nie wykażą nale­ży­tego sza­cunku dla sie­dziby i histo­rii naszej rodziny. W głębi duszy wie­dzia­łam jed­nak, że tak się nie sta­nie, ponie­waż Lachlan ni­gdy by na to nie pozwo­lił. Zda­wa­łam sobie też sprawę, że gdyby nie klub zało­żony w zamku i posia­dło­ści Ard­noch, nasza rodzina stra­ci­łaby swą sie­dzibę na zawsze. Lachlan musiałby ją sprze­dać. A tak przy­naj­mniej pozo­stała w naszych rękach.

- Dla­czego sto­isz tu samot­nie? I skąd ta nie­szczę­śliwa mina? - Thane, mój drugi z kolei star­szy brat pod­szedł do mnie z żoną Fran­cine u boku.

Wzru­szy­łam ramio­nami i uśmiech­nę­łam się do niego smutno.

- Nie wydaje ci się to dziwne?

Rozej­rzał się wokół.

- Ow­szem, bar­dzo. Ale to jest wielka, wspa­niała budowla, jakby stwo­rzona na takie oka­zje.

Przy­zna­łam mu rację, lekko uno­sząc kie­li­szek.

- Przy­naj­mniej pasu­jesz do oto­cze­nia. - Fran­cine objęła mnie ramie­niem i lekko uści­snęła. - Wyglą­dasz olśnie­wa­jąco i wcale nie róż­nisz się od tych wszyst­kich hol­ly­wo­odz­kich gwiazd. Ja nato­miast przy­po­mi­nam wie­lo­ryba.

- Wcale nie - zapro­te­sto­wa­łam. - Jesteś zachwy­ca­jąca i pro­mienna. - Fran była w pią­tym mie­siącu ciąży. Ocze­ki­wali z Thane'em dru­giego dziecka. Uwiel­bia­łam swo­jego bra­tanka Lewisa i nie mogłam się już docze­kać nowego członka rodziny.

Fran przy­gła­dziła ciemne loki i prze­su­nęła dło­nią po zaokrą­glo­nym brzu­chu.

- Dzięki, ale wcale się tak nie czuję.

- Jesteś piękna - rzekł Thane szorst­kim tonem. Zauwa­ży­łam jed­nak, że przy­cią­gnął ją do sie­bie.

Mój brat i bra­towa w miej­scach publicz­nych zwy­kle oka­zy­wali sobie tyle czu­ło­ści, że na ten widok chcia­łam ucie­kać gdzie pieprz rośnie. Po pierw­sze, nie mia­łam ochoty patrzeć, jak przy­sy­sają się do sie­bie, po dru­gie, czu­łam lekką zazdrość. Cie­szy­łam się szczę­ściem Thane'a, ale cza­sami tęsk­ni­łam za taką miło­ścią, jaką darzył żonę. Nie­stety, praw­do­po­do­bień­stwo, że kie­dyś znajdę podobne uczu­cie, było nikłe, wziąw­szy pod uwagę, że zako­cha­łam się bez wza­jem­no­ści. Prze­ra­żała mnie myśl, że ni­gdy się nie odko­cham.

Nie byłam na tyle ego­cen­tryczna, żeby nie zauwa­żyć napię­cia mię­dzy Thane'em a Fran. Albo tego, że mój brat ostat­nio odsu­nął się od ludzi. Nie zda­wa­łam sobie sprawy, jak inten­syw­nie mu się przy­glą­dam, dopóki nie chwy­cił żony za rękę, tak jakby sły­szał moje myśli. Ona zaś z widoczną ulgą przy­lgnęła do jego boku.

- Gdzie są Bro­dan i Arran? - zapy­tał.

Wzru­szy­łam ramio­nami i poszu­ka­łam wzro­kiem braci.

- Muszą gdzieś tu być. Pew­nie szu­kają kogoś, kogo mogliby poca­ło­wać o pół­nocy.

- A ty, Arro? Zna­la­złaś kogoś takiego? - zapy­tała z sze­ro­kim uśmie­chem Fran.

"Ow­szem", pomy­śla­łam, ale potrzą­snę­łam głową. Cho­ciaż zna­la­złam kogoś, z kim mogła­bym się cało­wać do końca życia, wąt­pi­łam, żeby odwza­jem­nił moje poca­łunki. A skoro już o tym mowa...

- Gdzie jest Mac? - zapy­ta­łam. - Nie widzia­łam go tu dzi­siaj. Chyba nie pra­cuje?

Fran wzru­szyła ramio­nami.

- Prze­cież jest sze­fem ochrony.

- Nie pra­cuje - oznaj­mił Thane. - Lachlan dał mu wolny wie­czór, żeby mógł razem z nami powi­tać Nowy Rok. Ktoś z zespołu prze­jął jego obo­wiązki.

- No to gdzie jest Mac?

Moja bra­towa prych­nęła roz­ba­wiona.

- Pew­nie ucieka przed sta­dem bab, które chcą go zacią­gnąć do łóżka.

Wzdry­gnę­łam się lekko na te słowa, a Thane puścił do mnie oko.

- Skar­bie - zwró­cił się do żony. - Faceci przed tym nie ucie­kają.

- Ach, ty... - Odwró­ciła się, żeby przy­wo­łać go do porządku, ale przy­cią­gnął ją do sie­bie i poca­ło­wał.

Cie­szyło mnie, że znów zacho­wują się wobec sie­bie nor­mal­nie, ale nie chcia­łam na to patrzeć.

- Baw­cie się dobrze! - zawo­ła­łam, prze­krzy­ku­jąc muzykę, i ruszy­łam w stronę wyj­ścia z sali balo­wej.

Maca na pewno tu nie było, a szcze­rze mówiąc, tylko jego twarz mia­łam ochotę oglą­dać tego wie­czoru.

Jak zwy­kle.

Tak było, odkąd zmarł tata.

A może dłu­żej. Pozna­łam Maca, kiedy mia­łam czter­na­ście lat, ale wtedy nie spę­dza­łam z nim zbyt wiele czasu. On i Lachlan stale włó­czyli się po świe­cie - mój brat był akto­rem, a Mac sze­fem jego ochrony. Dokład­nie pamię­tam jed­nak Gwiazdkę, którą spę­dzi­li­śmy razem, kiedy mia­łam osiem­na­ście lat. Wła­śnie zaczę­łam pierw­szy semestr stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie w Aber­deen i cie­szy­łam się na święta w domu, z rodziną. Mac i Lachlan rów­nież spę­dzili dwa tygo­dnie prze­rwy w Ard­noch, a ja zadu­rzy­łam się po uszy w doj­rza­łym męż­czyź­nie, któ­rego mój brat uwa­żał za naj­bliż­szego przy­ja­ciela. Mac miał wtedy trzy­dzie­ści jeden lat i nie wyka­zy­wał naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia nasto­let­nią sio­strą przy­ja­ciela. Wtedy mnie to nie mar­twiło. Uwiel­bia­łam takie prze­lotne zauro­cze­nia, które dostar­czały mi dresz­czyku emo­cji, pobu­dzały zmy­sły, uru­cha­miały roman­tyczne fan­ta­zje o obiek­cie fascy­na­cji. To była świetna zabawa!

Miłość jed­nak wcale nie była zabawna.

Miłość raniła.

Po tym pierw­szym zauro­cze­niu i odbu­do­wa­niu naszej posia­dło­ści przez Lachlana i Maca, po upły­wie nie­mal ośmiu lat zako­cha­łam się w Mac­ken­no­nie Gal­bra­icie. Byłam prze­ko­nana, że na­dal postrzega mnie jedy­nie jako młod­szą sio­strzyczkę Lachlana.

I wła­śnie dla­tego tak się dzi­siaj wystro­iłam. Cho­ciaż ten jeden raz wyko­rzy­sta­łam drobną część spadku, którą otrzy­ma­łam od Lachlana, kiedy sprze­dał poło­żony w dużej odle­gło­ści od Ard­noch kawa­łek ziemi nale­żą­cej do rodziny. Kupi­łam sobie nie­do­rzecz­nie drogą suk­nię, dzięki któ­rej czu­łam się piękna i sek­sowna. Z zawodu byłam inży­nie­rem leśni­kiem, co ozna­czało, że naj­czę­ściej prze­by­wa­łam w górach, ubrana w dżinsy lub spor­towe spodnie, wygod­nie bluzy i T-shirty. Tym razem chcia­łam pod­kre­ślić figurę.

Wygła­dziw­szy dłońmi suk­nię, krą­ży­łam w poszu­ki­wa­niu Maca po mniej­szych poko­jach, zmie­nio­nych przez Lachlana w salo­niki, w któ­rych goście mogli swo­bod­nie gawę­dzić i udzie­lać się towa­rzy­sko.

Lachlan miał nieco ziry­to­waną minę, kiedy mnie zoba­czył, ale na szczę­ście powstrzy­mał się przed komen­ta­rzem. Bar­dzo chciał na­dal widzieć we mnie swoją smar­katą sio­strzyczkę, ale ja już nią nie byłam. Sta­łam się kobietą. Mia­łam dwa­dzie­ścia pięć lat, pra­wie dwa­dzie­ścia sześć, i mogłam podej­mo­wać samo­dzielne decy­zje. Jak tę, żeby wło­żyć długą suk­nię, w któ­rej czu­łam się pra­wie naga. Była dopa­so­wana, uszyta z jedwa­biu w chłod­nym odcie­niu błę­kitu, który ide­al­nie paso­wał do moich oczu. Gdyby ozdo­biono ją koron­kami, wyglą­da­łaby jak peniuar.

Popro­si­łam sty­listkę, żeby roz­ja­śniła moje natu­ral­nie jasne włosy do pla­ty­no­wego blondu. W efek­cie moje oczy wyda­wały się jesz­cze bar­dziej nie­bie­skie, co tak mi się spodo­bało, że posta­no­wi­łam nie upi­nać fry­zury, tylko pozwo­lić luź­nym falom opaść na ramiona.

W ciągu pierw­szej godziny przy­ję­cia flir­to­wało ze mną dwóch hol­ly­wo­odz­kich gwiaz­do­rów.

Rzadko potrze­bo­wa­łam tego rodzaju zain­te­re­so­wa­nia, żeby dodać sobie pew­no­ści sie­bie, ale Mac nie przy­po­mi­nał żad­nego z face­tów, któ­rzy wcze­śniej mi się podo­bali. Przede wszyst­kim był moją pierw­szą miło­ścią.

Nie nale­żał do męż­czyzn skłon­nych do poważ­nych związ­ków, ale widy­wa­łam go w towa­rzy­stwie kobiet, z któ­rymi spo­ty­kał się bez zobo­wią­zań. Nie zauwa­ży­łam, żeby miał swój ulu­biony typ urody, ist­niała więc wielka szansa, że mu się spodo­bam. Ze względu na to, jak zosta­łam wycho­wana, nie bra­ko­wało mi pew­no­ści sie­bie i nie mia­łam kom­plek­sów. Kogo zresztą obcho­dzi, co myślą inni? O czym­kol­wiek! Dora­sta­łam w miej­sco­wo­ści, w któ­rej wszy­scy wszystko o sobie wie­dzieli. Zwa­rio­wa­ła­bym, gdy­bym przej­mo­wała się opi­niami innych.

Tego wie­czoru wystę­po­wa­łam bez sta­nika i mia­łam to gdzieś. Sukienka miała wąskie ramiączka, a jedwab był tak cienki, że wło­że­nie cze­goś pod spód nie wcho­dziło w grę.

No dobra. To był świa­domy wybór. Chcia­łam spraw­dzić, czy Mac zauważy. Przy­znaję się do winy.

Trudno jed­nak, by zauwa­żył, skoro nie mogłam go ni­gdzie zna­leźć.

Nagle przy­szło mi do głowy, że mógł się skryć w swoim biu­rze. Zawró­ci­łam i uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego z gośćmi, skrę­ci­łam w kory­tarz prze­zna­czony dla per­so­nelu.

Drzwi do biura Maca były zamknięte.

Wzię­łam głę­boki wdech, po czym zapu­ka­łam i weszłam do środka.

Mac sie­dział w fotelu na środku nie­wiel­kiego pokoju wypeł­nio­nego pół­kami na książki. Odwró­cił się, a moje serce stop­niało na widok jego pięk­nych oczu i melan­cho­lij­nego spoj­rze­nia.

Bez słowa zro­bi­łam krok naprzód i zamknę­łam za sobą drzwi.

- Mac?

Jego wzrok prze­su­nął się po moim ciele, zatrzy­mu­jąc na biu­ście. Zabra­kło mi tchu, a z emo­cji ści­snęło w żołądku.

Mac jed­nak tylko skrzy­wił się lekko i spu­ścił oczy.

- Co tutaj robisz? Powin­naś się bawić na przy­ję­ciu.

- Z gro­madą nie­zna­jo­mych ludzi? - Prych­nę­łam iro­nicz­nie i przy­sia­dłam na skraju biurka. - Nie, dzię­kuję.

Upar­cie wpa­try­wał się w pod­łogę, a mnie emo­cje na­dal zapie­rały dech w piersi.

Na ogół Mac zacho­wy­wał się tak cza­ru­jąco, że trudno było z nim nie flir­to­wać. Uśmie­chał się łobu­zer­sko i zwy­kle miał coś miłego do powie­dze­nia.

Jed­nak przez ostat­nie dwa lata nie­raz widy­wa­łam go pogrą­żo­nego w ponu­rej zadu­mie. Lachlan nie chciał zdra­dzić, co go wpę­dzało w tak dziwny nastrój, choć despe­racko sta­ra­łam się tego dowie­dzieć. Żeby go pocie­szyć, ukoić ból, cokol­wiek to było. Tak jak on i Lachlan pocie­szali mnie i wspie­rali po tym, jak ojciec zmarł w moich ramio­nach.

Na to wspo­mnie­nie łzy zapie­kły mnie pod powie­kami, odwró­ci­łam wzrok.

- Co takiego jest w nocy syl­we­stro­wej, że działa na ludzi tak depre­syj­nie? - rzu­ci­łam.

Usły­sza­łam szorst­kie prych­nię­cie i znów spoj­rza­łam na Maca. Nasze oczy się spo­tkały, serce zaczęło mi bić szyb­ciej.

Kur­czę, czy kie­dy­kol­wiek jakiś inny męż­czy­zna będzie na mnie dzia­łał tak mocno jak on?

- Nowy rok ozna­cza nowy począ­tek - odrzekł.

Jego niski głos zda­wał się prze­ni­kać moje ciało, wywo­łu­jąc we mnie nagły dreszcz.

Nie. Głę­boko wąt­pi­łam, czy ktoś kie­dyś będzie mnie pocią­gał tak jak Mac­ken­non Gal­bra­ith. Czu­łam się tak, jakby moje strefy ero­genne łączyły się z jego cia­łem nie­wi­dzial­nymi nićmi.

- A nowy począ­tek, chcąc nie chcąc, przy­po­mina nam o prze­szło­ści i o tym, o czym chcemy zapo­mnieć.

Ostroż­nie wypu­ści­łam powie­trze i odwa­ży­łam się na pyta­nie:

- A ty o czym chciał­byś zapo­mnieć, Mac?

Cho­ciaż było to dość ego­istyczne, bałam się, że cho­dzi o jakąś kobietę.

Nie odpo­wie­dział. Wstał z wolna z fotela, a ja powio­dłam za nim wzro­kiem. Był solid­nie zbu­do­wany, miał metr dzie­więć­dzie­siąt pięć wzro­stu i syl­wetkę fil­mo­wego super­bo­ha­tera - sze­roką w ramio­nach, a wąską w pasie. Kiedy pierw­szy raz zauwa­ży­łam pod obci­słym T-shir­tem jego wydatne bicepsy, kolana się pode mną ugięły. Chyba byłam wyjąt­kowo płytka.

Zawsze uwa­ża­łam się za osobę, która nie zwraca uwagi na powierz­chow­ność - moi byli part­ne­rzy pre­zen­to­wali się róż­nie - ale bijąca od Maca siła dzia­łała na mnie nie­sa­mo­wi­cie. Siła połą­czona z surową szorst­ko­ścią. Zupeł­nie nie przy­po­mi­nał gład­kich przy­stoj­nia­ków, ale był nie­wia­ry­god­nie męski. Począw­szy od wyso­kiego czoła przez orli nos aż po wyraź­nie zary­so­waną szczękę, któ­rej kształtu nie zdo­łałby ukryć nawet lekki zarost.

Wize­ru­nek Maca Gal­bra­itha mógł słu­żyć za ilu­stra­cję słow­ni­ko­wego hasła "męski". Mimo że uwa­ża­łam się za osobę w pełni cywi­li­zo­waną, jego fizycz­ność budziła we mnie jakieś pier­wotne instynkty, któ­rych nie umia­ła­bym się wyprzeć.

I być może nawet potra­fi­ła­bym się oprzeć fizycz­nemu pocią­gowi do tego faceta, gdyby nie to, że jed­no­cze­śnie od dwóch lat był on moim naj­cu­dow­niej­szym, naj­tro­skliw­szym przy­ja­cie­lem.

Mac pod­szedł do kre­densu sto­ją­cego pod ścianą i sta­nął przy nim, odwró­cony do mnie ple­cami. Wokół jego umię­śnio­nych łydek koły­sał się kilt. Zagry­złam wargę, sta­ra­jąc się nie myśleć o tym, jak ten szkocki strój uła­twia dostęp do pew­nych czę­ści ciała.

To zakra­wało na zbo­cze­nie.

Maca wyraź­nie coś gnę­biło, tym­cza­sem ja nie mogłam prze­stać myśleć o sek­sie.

Wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści i sta­ra­łam się sku­pić myśli, pod­czas gdy on wyjął butelkę whi­sky i dwie krysz­ta­łowe szklanki.

- Napi­jesz się?

Wypi­łam już dwa kie­liszki szam­pana i tylko dzięki nim odwa­ży­łam się wyru­szyć na poszu­ki­wa­nie Maca. Kto wie, do czego mogę być zdolna po whi­sky?

- Jasne.

Pod­szedł do mnie ze szklanką w ręce, a ja cały czas patrzy­łam mu pro­sto w oczy.

- Dobrze ci w kil­cie - stwier­dzi­łam, gdy odbie­ra­łam od niego drinka.

Kąciki jego warg lekko się unio­sły.

- Dzięki. - Obrzu­cił mnie spoj­rze­niem i uciekł wzro­kiem w bok. - Wyglą­dasz bar­dzo ład­nie.

Zmarsz­czy­łam nos.

- Dzię­kuję. - Chyba.

Pocią­gnę­łam wzmac­nia­jący łyk whi­sky Cly­ne­lish i poczu­łam, jak przy­jem­nie pali w gar­dle.

- A dla­czego ty jesteś dziś przy­gnę­biona? - zapy­tał.

Na­dal stał przy mnie, więc musia­łam odchy­lić głowę, żeby spoj­rzeć mu w twarz. Wyobra­ża­łam sobie, że seks z Makiem musi być tro­chę jak pod­da­nie się pod­bo­jowi. Cho­ciaż poza sypial­nią byłam cał­ko­wi­cie nie­za­leżną kobietą i jeży­łam się na samą myśl o tym, że ktoś mógłby mnie kon­tro­lo­wać, to wizja Maca prze­zwy­cię­ża­ją­cego mój opór spra­wiała mi przy­jem­ność. Ale fan­ta­zjo­wa­łam rów­nież o tym, że przy­wią­zuję mu ręce do ramy łóżka i ujeż­dżam go, aż oboje nie­mal tra­cimy przy­tom­ność z roz­ko­szy. Tak to wyglą­dało.

Prze­łknę­łam wię­cej trunku niż zazwy­czaj, żeby zmu­sić się do powrotu do rze­czy­wi­sto­ści.

- Arro? - Mac zmarsz­czył brwi.

Przy­po­mnia­łam sobie, o co spy­tał, i wzru­szy­łam ramio­nami.

- Po pro­stu dziw­nie się czuję, kiedy widzę dom rodzinny wypeł­niony tłu­mem gości... a nie ma wśród nich taty.

Stu­art Adair był trud­nym czło­wie­kiem i nie­ła­two się było do niego zbli­żyć. Prawdę mówiąc, to Lachlan odgry­wał wobec mnie rolę ojca, kiedy byłam dziec­kiem. Wie­dzia­łam jed­nak, że tata mnie kocha, a kiedy wró­ci­łam do Ard­noch po stu­diach na Uni­wer­sy­te­cie Aber­deen, bar­dzo się do sie­bie zbli­ży­li­śmy.

Mijały już nie­mal dwa lata, odkąd zmarł na zawał serca. Spa­ce­ro­wa­li­śmy po plaży z jego psem, Bra­mem, wiel­kim char­tem szkoc­kim, któ­rego adop­to­wał, kiedy wyje­cha­łam na stu­dia.

Nie mogłam mu pomóc.

Nie mogłam go ura­to­wać.

Ta bez­sil­ność była...

Prze­łknę­łam jesz­cze jeden łyk whi­sky, powstrzy­mu­jąc łzy wywo­łane bole­snym wspo­mnie­niem. I poczu­ciem winy.

- Hej. - Mac ujął mnie za pod­bró­dek i uniósł go lekko, żebym popa­trzyła mu w oczy. Spo­glą­dał na mnie z nie­wy­po­wie­dzianą czu­ło­ścią. - Musisz się pozbyć tego poczu­cia winy, Arro.

- Mac­ken­no­nie, czyż­byś potra­fił czy­tać w myślach?

Cof­nął dłoń, nieco zdzi­wiony, kiedy jego imię w peł­nej for­mie roz­nio­sło się echem po biu­rze. Nikt się tak do niego nie zwra­cał, więc w moich ustach "Mac­ken­non" zabrzmiało dziw­nie intym­nie.

Podo­bało mi się to.

Przez sekundę patrzył badaw­czo na moją twarz, a ja spo­glą­da­łam w jego stale zmie­nia­jące się oczy. W zasa­dzie były brą­zowe, ale ich kolor zale­żał od oświe­tle­nia. W ostrym świe­tle biura przy­brały barwę nie­bie­sko­szarą.

- Nie, nie potra­fię tego. Po pro­stu na odle­głość umiem roz­po­znać poczu­cie winy. Chyba dzi­siaj drę­czy nas ono oboje.

- Masz jakiś powód, by czuć się winny?

Wes­tchnął ciężko.

- Jeśli ci powiem, będziesz źle o mnie myślała, a z tym pew­nie nie dał­bym sobie rady.

Dotknę­łam jego ramie­nia.

- Ni­gdy bym o tobie źle nie pomy­ślała.

Zanim odwró­cił się i jed­nym hau­stem wypił resztę whi­sky, zauwa­ży­łam drobny nerw drga­jący na jego szczęce. Pod­szedł do kre­densu i nalał sobie drugą szklankę alko­holu. Jego nastroje były tak zmienne i nie­prze­wi­dy­walne. Nie podo­bało mi się to, tym bar­dziej że pod tym wzglę­dem bar­dzo się od niego róż­ni­łam.

- Mac­ken­no­nie, pro­szę, powiedz mi, co się dzieje.

Rzu­cił mi przez ramię groźne spoj­rze­nie.

- Dla­czego nazy­wasz mnie Mac­ken­no­nem?

- Ponie­waż jest to piękne imię i lubię je wyma­wiać.

Cze­ka­łam na reak­cję, ale się nie docze­ka­łam.

Mac nalał sobie kolej­nego drinka i oparł się o kre­dens. Jakby celowo chciał zacho­wać dystans mię­dzy nami.

- Powin­naś wró­cić na przy­ję­cie - rzekł wresz­cie.

Zsu­nę­łam się z biurka, nie pode­szłam jed­nak do niego.

- Nie wrócę tam, dopóki nie powiesz mi, co cię drę­czy.

- Mam córkę! - wypa­lił nagle.

Znie­ru­cho­mia­łam, wstrzą­śnięta tym wyzna­niem.

Mac lekko się skrzy­wił.

- Nie spo­dzie­wa­łaś się takiej nowiny, prawda?

- Co takiego? - zdzi­wi­łam się i zro­bi­łam krok w jego stronę. - To zna­czy... kiedy...? Jak to...? - "Czy to świeża sprawa?", prze­mknęło mi przez głowę.

Na myśl o tym, że jakaś baba mogła wkro­czyć w jego życie i mi go ode­brać, wpa­dłam w panikę. Samo­lubna reak­cja, ale tak wła­śnie było!

- Kiedy mia­łem pięt­na­ście lat, zro­bi­łem dziecko pew­nej dziew­czy­nie.

O mój Boże.

- To było nie­długo po tym, jak prze­nio­słem się do Sta­nów, żeby pra­co­wać w warsz­ta­cie wujka.

Wie­dzia­łam, że bab­cia wysłała go do wuja, do Bostonu, gdzie pra­co­wał jako mecha­nik, a kiedy osią­gnął odpo­wiedni wiek, wstą­pił do bostoń­skiego wydziału poli­cji. Póź­niej prze­niósł się do pracy w pry­wat­nej fir­mie ochro­niar­skiej.

Ale córka...?

- Mac?

- Nazywa się Robyn. Ma dwa­dzie­ścia trzy lata.

Na litość... Mac liczył zale­d­wie trzy­dzie­ści osiem lat, a wyglą­dał, jakby był nie­wiele po trzy­dzie­stce. I on, na miłość boską, miał dwu­dzie­sto­trzy­let­nią córkę?

- Jak to moż­liwe, że nic o tym nie wie­dzia­łam?

- Nie mia­łem z nią kon­taktu, odkąd skoń­czyła czter­na­ście lat. Unie­moż­li­wiała mi to jej mama. - Potarł twarz dło­nią. - Nie wal­czy­łem wystar­cza­jąco zażar­cie. Wszyst­kie listy, wszyst­kie pre­zenty wra­cały do mnie. Teraz jest doro­słą kobietą, poli­cjantką. - Wzru­szył bez­rad­nie ramio­nami. - To swo­jego ojczyma uważa za tatę. Ja jestem tylko dawcą spermy. - Wychy­lił resztę whi­sky. - Dup­kiem, który ją opu­ścił, tak samo jak moja mama opu­ściła mnie. - Zdu­miona dostrze­głam łzy w jego oczach. - Nie wie, jak bar­dzo ją kocham. Szcze­rze mówiąc, nie zasłu­guję na taki przy­wi­lej. Nie zasłu­guję na to, żeby się o tym dowie­działa.

- Och, Mac. - Pode­szłam do niego, odsta­wi­łam szklankę na sto­lik sto­jący za nim i uści­ska­łam przy­ja­ciela.

Przy­tu­lił twarz do mojej szyi i objął mnie kur­czowo. Poczu­łam, że drży z emo­cji, i łzy napły­nęły mi do oczu.

Nie mia­łam o niczym poję­cia.

Zacie­śni­łam uścisk i przy­war­łam do niego tak mocno, jak tylko mogłam.

W końcu się roz­luź­nił i - na­dal do mnie przy­tu­lony - pod­niósł głowę, by spoj­rzeć mi w oczy. Cier­pie­nie na jego twa­rzy zelżało. Przy­ci­snę­łam dło­nie do jego piersi i poczu­łam, jak szybko bije mu serce. Dotarły do mnie jego bli­skość, cie­pło męskiego ciała, idąca od niego siła, zapach... Sta­ra­łam się tego nie dostrze­gać, wydało mi się to cał­kiem nie na miej­scu, ale czu­łam, że jego dotyk wywo­łuje we mnie mro­wie­nie i ciarki na skó­rze.

- Spraw­dzi­łem się jako tata małej Robyn - pod­jął. - Z jej mamą, Sta­cey, roz­sta­li­śmy się, kiedy Rob­bie była jesz­cze malutka. Ale zawsze słu­ży­łem jej wspar­ciem. Sta­cey miała wybu­chową naturę i kon­flik­towy cha­rak­ter. Trudno się było z nią poro­zu­mieć, ale robi­łem, co musia­łem, byle tylko nie stra­cić Robyn. Sytu­acja się popra­wiła, kiedy moja eks wyszła za mąż za Setha. Wszy­scy dobrze się doga­dy­wa­li­śmy. Seth był kolegą z bostoń­skiej poli­cji. Cie­szy­łem się, że będzie w życiu Robyn w chwi­lach, w któ­rych ja nie mogłem przy niej być. I ni­gdy nie sta­rał się odciąć mnie od córki.

Wszystko się zmie­niło, kiedy zaczą­łem pracę w fir­mie ochro­niar­skiej i musia­łem czę­ściej wyjeż­dżać ze względu na obo­wiązki zawo­dowe. Sta­cey znów stała się opry­skliwa i agre­sywna. Kiedy Lachlan zapro­po­no­wał mi pracę u sie­bie, a to ozna­czało prze­pro­wadzkę na drugi koniec kraju, nie chciała sły­szeć o wspól­nej opiece nad dziec­kiem. Pro­po­no­wa­łem, żeby Robyn spę­dzała waka­cje ze mną w Kali­for­nii. Ba! Zamie­rza­łem odwie­dzać ją nawet w Bosto­nie, kiedy mia­łem kilka dni wol­nego. Nie­stety Sta­cey posta­wiła sprawę na ostrzu noża. Wszystko albo nic.

Wzru­szył ramio­nami.

- A ja oka­za­łem się samo­lub­nym sukin­sy­nem i wybra­łem pracę. Dobrze mi pła­cili. Mogłem kupo­wać Robyn różne rze­czy, na co ina­czej nie mógł­bym sobie pozwo­lić. Tyle że tę decy­zję pod­ją­łem nie tylko ze względu na córkę. Pod­ją­łem ją dla sie­bie. Byłem zbyt dumny, żeby pozwo­lić Sta­cey dyk­to­wać warunki doty­czące mojego życia. Przed­ło­ży­łem dumę nad wła­sne dziecko.

- A gdy­byś wie­dział, że przy­ję­cie tej pracy ozna­cza utratę córki, też wybrał­byś dumę?

- Ni­gdy - odrzekł szorstko, jakby bła­gał, żebym mu uwie­rzyła. - Arro, ni­gdy. Robyn jasno dała mi do zro­zu­mie­nia, że nie chce mieć ze mną nic wspól­nego. Rok w rok wysy­ła­łem jej listy i pre­zenty, ale zawsze do mnie wra­cały. Już tego nie napra­wię. - Gła­dził mnie po nagich ramio­nach, jakby to on mnie pocie­szał. Robił to bez­wied­nie. - Kocham Lachlana jak brata i kocham Ard­noch. Nie zamie­nił­bym tego na nic innego, z wyjąt­kiem niej. Dla niej wyrzekł­bym się wszyst­kiego, co dawało mi szczę­ście, byle tylko znów zaist­niała w moim życiu. Żałuję, że w ogóle przy­ją­łem tę pracę.

Łzy współ­czu­cia napły­nęły mi do oczu. Nie wie­dzia­łam, że nosi w sobie tyle bólu i żalu.

- Mac­ken­no­nie - wyszep­ta­łam, kła­dąc dłoń na jego policzku. Szorstki zarost lekko mnie ukłuł, a nasze oczy się spo­tkały. - Nie zmie­nisz prze­szło­ści. Możesz się tylko z nią pogo­dzić. Chcia­ła­bym cof­nąć czas, ale w rze­czy­wi­stym świe­cie to tak nie działa. Żyjemy tu i teraz. To jed­nak nie zna­czy, że niczego nie można zmie­nić. - Bez­wied­nie przy­war­łam do niego cia­śniej i poczu­łam, że oparł dło­nie na moich bio­drach. - Można zmie­nić przy­szłość.

- Nie zasłu­guję na przy­szłość z córką.

Z bólem zro­zu­mia­łam, że on naprawdę tak myśli, że nie wie­rzy w swoją war­tość.

- Jesteś dobrym czło­wie­kiem - wychry­pia­łam gło­sem peł­nym emo­cji. - Naj­lep­szym.

Potrzą­snął głową, ale unie­ru­cho­mi­łam go, kła­dąc mu dło­nie na policz­kach.

- To moje zda­nie. I uwa­żam, że jesteś wspa­niały. Wiem, że nie prze­trwa­ła­bym ostat­nich dwóch lat bez two­jej pomocy. Szkoda, że nie możesz spoj­rzeć na sie­bie moimi oczami.

Zaci­snął dło­nie na moich bio­drach, wzrok mu pociem­niał.

- Arro...

Wtedy ogar­nęło mnie jakieś sza­leń­stwo. Przy­cią­gnę­łam jego głowę do sie­bie i przy­war­łam do ust. Kiedy poczu­łam na nich smak whi­sky, z pod­nie­ce­nia aż zady­go­ta­łam. Mac jęk­nął i zasko­czony roz­chy­lił wargi. Wyko­rzy­sta­łam to natych­miast i dotknę­łam języ­kiem jego języka.

Jego głu­che stęk­nię­cie zawi­bro­wało w moim ciele. Poczu­łam, że odpo­wiada poca­łun­kiem na mój poca­łu­nek.

Natych­miast zapło­nął we mnie ogień, mózg prze­stał pra­co­wać, otu­ma­niony pożą­da­niem i potrzebą bli­sko­ści. Całe lata tłu­mio­nych pra­gnień wybu­chły ze zwie­lo­krot­nioną siłą.

Nasz poca­łu­nek stał się dziki i łap­czywy. Wsu­nę­łam palce w ciemne włosy Maca, jego zarost dra­pał mi policzki, dło­nie mięły jedwab sukni, roz­cią­ga­jąc ją na moich wraż­li­wych pier­siach.

Tak, tak, TAK.

Ni­gdy jesz­cze nie dozna­łam tak gwał­tow­nego pożą­da­nia.

Chcia­łam czuć jego ręce na całym ciele.

Ale naj­bar­dziej pra­gnę­łam je poczuć mię­dzy nogami. Nie. Wola­ła­bym, żeby zna­la­zły się tam jego usta.

Jęk­nę­łam na samą myśl o tym.

Mac chwy­cił mnie mocno za ramiona.

I gwał­tow­nie od sie­bie odsu­nął.

Zachwia­łam się, gdy wpa­dłam na opar­cie fotela.

Mia­łam wra­że­nie, że każdy cen­ty­metr mojej skóry roz­grzał się do czer­wo­no­ści. Wargi mi nabrzmiały.

Mac patrzył na mnie, jakby zoba­czył mnie pierw­szy raz w życiu. Opu­ścił wzrok na moje piersi i oczy mu pociem­niały. Odwró­cił się, po czym mocno zaci­snął dło­nie po bokach.

Zer­k­nę­łam w dół i spo­strze­głam, że stward­niałe sutki odzna­czały się widocz­nie pod cien­kim mate­ria­łem sukni. Policzki zapło­nęły mi żywym ogniem, ale posta­no­wi­łam się nie zasła­niać.

Spoj­rza­łam wojow­ni­czo na sto­ją­cego do mnie tyłem męż­czy­znę.

- Może byś tak na mnie spoj­rzał?

Odwró­cił się gwał­tow­nie. Twarz mu spo­chmur­niała, malo­wało się na niej uczu­cie, któ­rego nie potra­fi­łam ziden­ty­fi­ko­wać, ale wie­dzia­łam, że mi się nie podoba. Prze­cze­sał włosy pal­cami i zaklął pod nosem.

- Mac, wszystko jest w porządku.

- Nic nie jest w porządku. - Patrzył na mnie gniew­nie. - Wła­śnie dobra­łem się do smar­ka­tej sio­stry mojego przy­ja­ciela. Do smar­ka­tej sio­stry szefa! Chry­ste, jesteś zale­d­wie trzy lata star­sza od mojej córki.

Skrzy­wi­łam się z nie­za­do­wo­le­niem.

- Nie mów tak. Kiedy for­mu­łu­jesz to w ten spo­sób, brzmi gorzej, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Jesteś ode mnie o trzy­na­ście lat star­szy, Mac­ken­no­nie. To nic wiel­kiego.

- Wręcz prze­ciw­nie. - Mówił teraz ciszej, a jego twarz zła­god­niała, przy­bie­ra­jąc nie­mal bła­galny wyraz. - Arro... Lachlan to jedyna rodzina, jaką mam. Ni­gdy nie zra­nił­bym ani jego, ani cie­bie. - To... - wska­zał gestem dłoni na nas oboje - ...to, moja droga, nie może się stać. Ni­gdy się nie wyda­rzy. Nie rozu­muję dzi­siaj jasno, więc nie powi­nie­nem... nie powin­ni­śmy... Nie myślę o tobie w ten spo­sób.

Odrzu­cił mnie, a to zabo­lało jak pchnię­cie nożem.

Nie chcia­łam, żeby zauwa­żył moją reak­cję.

"Nie myślę o tobie w ten spo­sób".

W porządku. Teraz przy­naj­mniej mia­łam pew­ność, prawda?

Czyż­bym wyko­rzy­stała chwilę sła­bo­ści przy­ja­ciela? Ta myśl prze­szyła mnie na wylot.

Nie chcia­łam utra­cić jego przy­jaźni z takiego powodu.

- Prze­pra­szam, Mac. To był tylko poca­łu­nek. Oboje za dużo wypi­li­śmy. Nikt nie musi się o nim dowie­dzieć i to się... to się ni­gdy wię­cej nie powtó­rzy. Już ni­gdy tego nie zro­bię. Prze­pra­szam. Mię­dzy nami wszystko w porządku. Już dobrze, prawda?

Lekko zmru­żył oczy i spoj­rzał na mnie badaw­czo. Z całych sił sta­ra­łam się zacho­wać neu­tralny wyraz twa­rzy. W końcu ode­tchnął z ulgą i wyraź­nie się roz­luź­nił.

- Moja droga, nie ma za co prze­pra­szać. Wszystko w porządku. Mię­dzy nami jest dobrze.

- Świet­nie. - Przy­gła­dzi­łam włosy, z wysił­kiem zacho­wu­jąc spo­kój. - Lepiej będzie, jeśli wrócę na przy­ję­cie przed pół­nocą. Ty też powi­nie­neś tam pójść. Wejść mię­dzy ludzi. Zająć czymś myśli, żeby choć przez chwilę nie zadrę­czać się roz­wa­ża­niami o Robyn.

Ponuro ski­nął głową.

- Zja­wię się tam za chwilę.

Kiedy wyszłam z biura, na kory­ta­rzu owio­nął mnie nagły chłód. Oszo­ło­miona powę­dro­wa­łam z powro­tem do wiel­kiej sali, tym razem ski­nie­niem głowy wita­jąc krę­cą­cych się wokół gości. Na języku wciąż czu­łam smak Maca, wargi na­dal pul­so­wały od jego poca­łunku, a ciało wibro­wało od nie­speł­nio­nego pożą­da­nia.

"Otrzą­śnij się, Arro".

Usły­sza­łam dono­śny głos Lachlana. Brat wygła­szał wła­śnie nowo­roczne prze­mó­wie­nie i dokład­nie w chwili, w któ­rej weszłam do sali balo­wej, zawo­łał, sto­jąc u szczytu scho­dów:

- Oby­ście byli szczę­śliwi, a wasi wro­go­wie o tym wie­dzieli! Slainte Mhath!

Wszy­scy goście unie­śli kie­liszki i odpo­wie­dzieli okrzy­kiem:

- Slainte Mhath!

Cze­ka­łam pod ścianą, kiedy poja­wił się per­so­nel z ple­dami ze sztucz­nego futra dla gości. Ludzie zaczęli się nimi otu­lać, a ja nagle zoba­czy­łam, że przede mną stoi Lachlan.

- Tu jesteś. - Narzu­cił mi pled na ramiona. - Czas na fajer­werki, zanim dzwon wybije pół­noc.

Ski­nę­łam głową i pozwo­li­łam mu popro­wa­dzić się na zewnątrz, dokąd zmie­rzali rów­nież inni zapro­szeni.

- Gdzie się podzie­wa­łaś?

- Musia­łam chwilę ode­tchnąć - skła­ma­łam. - Ta impreza nieco mnie przy­tła­cza.

Lachlan przy­cią­gnął mnie do swo­jego boku.

- Wiem, skar­bie. Ale zapew­niam cię, że warto to wytrzy­mać.

Przy­tak­nę­łam i sta­nę­łam obok niego na pod­jeź­dzie, gdzie zgro­ma­dzili się wszy­scy goście. Z oddali roz­le­gły się dźwięki Auld Lang Syne, grane przez dudzia­rza.

Nagle powie­trze prze­szył ostry, świsz­czący dźwięk, a po sekun­dzie roz­legł się ogłu­sza­jący huk. Na ciem­nym nie­bie eks­plo­do­wały sre­brzy­ste, nie­bieskie i różowe bły­ski, a goście zaczęli gromko wiwa­to­wać i bić brawa.

Na chwilę zatra­ci­łam się w tym wspa­nia­łym poka­zie świa­tła i kolo­rów.

Poczu­łam go, zanim zoba­czy­łam.

Odwró­ci­łam głowę i spoj­rza­łam na Maca, który wła­śnie sta­nął u mojego dru­giego boku.

Nie odwró­cił wzroku, tylko patrzył na mnie nie­pew­nie, pełen wyrzu­tów sumie­nia.

Abso­lut­nie nie chcia­łam, żeby czuł się wobec mnie winny.

I tak już zbyt wiele musiał dźwi­gać na swo­ich bar­kach.

Nie powi­nien na doda­tek żało­wać cze­goś, co wią­zało się ze mną. Wola­łam już pogo­dzić się z odrzu­ce­niem.

Wsu­nę­łam dłoń w jego rękę.

- Przy­ja­ciele na zawsze - powie­dzia­łam bez­gło­śnie.

Jego spoj­rze­nie natych­miast poja­śniało i z wdzięcz­no­ścią lekko uści­snął moją dłoń.

A ja unio­słam wzrok ku niebu i obser­wo­wa­łam pokaz sztucz­nych ogni, uda­jąc, że przy każ­dej barw­nej eks­plo­zji serce nie pęka mi na tysiąc kawał­ków.

1

Arro

OBEC­NIE

ARD­NOCH, HRAB­STWO SUTHER­LAND

SZKO­CJA

Przez sie­dem lat obser­wo­wa­łam, jak w głów­nej sali mojego rodzin­nego zamku raz po raz odby­wały się naj­róż­niej­sze imprezy i przy­ję­cia. Ni­gdy dotąd żadna z tych uro­czy­sto­ści nie wyda­wała się jed­nak tak paso­wać do tego miej­sca jak obecna. Kro­czy­łam środ­kiem sali jako druhna na ślu­bie mojego naj­star­szego brata. Po obu stro­nach dłu­giego, wąskiego dywanu w jasno­zło­tym kolo­rze usta­wiono rzędy krze­seł. Sta­ro­modne lam­piony zna­czyły począ­tek każ­dego rzędu, pro­wa­dząc do impo­nu­ją­cych scho­dów na końcu sali, które wio­dły do pode­stu na pół­pię­trze, oświe­tlo­nego słoń­cem wpa­da­ją­cym przez wyso­kie, witra­żowe okna, które brat kazał pie­czo­ło­wi­cie odre­stau­ro­wać. Cze­kali tam Lachlan, Thane, nasz pastor i mój mały bra­ta­nek Lewis, pre­zen­tu­jący się zachwy­ca­jąco w takim samym kil­cie, jaki mieli na sobie jego ojciec i wuj.

Córka Thane'a, Eilidh, szyb­kimi kro­kami wbie­gła na schody, roz­rzu­ca­jąc wokół ostat­nie płatki czer­wo­nych róż. Oso­bi­ście wybrała na tę oka­zję sukienkę, która przy każ­dym kroku pod­ska­ki­wała, uka­zu­jąc war­stwę halek. Wła­śnie taki efekt chciała osią­gnąć. Wargi same roz­cią­gnęły mi się w uśmie­chu, kiedy patrzy­łam, z jakim prze­ję­ciem moja bra­ta­nica wyko­nuje swój obo­wią­zek. Pod­nio­sła roz­ra­do­wane oczy na wuja i ojca, a oni obaj spoj­rzeli na nią z taką miło­ścią, że aż coś mnie ści­snęło w sercu. Zale­d­wie kilka mie­sięcy wcze­śniej Eilidh i Lewis zna­leźli się w wyjąt­kowo dra­ma­tycz­nej sytu­acji, jakiej nie powinno doświad­czyć żadne dziecko. Mar­twi­łam się bar­dzo, czy przy naszej pomocy uda im się odzy­skać rów­no­wagę. Ale dzieci oka­zały się nad­zwy­czaj odporne i ku mojej nie­opi­sa­nej uldze znów wyda­wały się szczę­śliwe i spo­kojne.

Regan Pen­ha­li­gon, młod­sza sio­stra narze­czo­nej Lachlana, szła wdzięcz­nym kro­kiem przede mną, ubrana w suk­nię star­szej druhny. Czu­łam do niej wielką wdzięcz­ność, ponie­waż to w dużej mie­rze dzięki niej Eil i Lew znów mogli się cie­szyć szczę­śli­wym dzie­ciń­stwem. Wyglą­dała pro­mien­nie w sre­brzy­stej sukni, z mister­nie upię­tymi mie­dzia­no­ru­dymi lokami. Lekko weszła po scho­dach, uno­sząc skraj sukni, i sta­nęła naprze­ciw Thane'a. Spoj­rzeli na sie­bie z takim żarem, że aż ukłuła mnie zazdrość. Wzięła Eilidh za rękę, a dziew­czynka przy­tu­liła się do jej boku. Mój brat spo­gla­dał na nią z taką miło­ścią, jakby za chwilę miał eks­plo­do­wać z jej nad­miaru.

Jesz­cze nie widzia­łam Thane'a w takiej wer­sji. Ani kiedy dora­sta­łam, ani kiedy był w mał­żeń­stwie z Fran. Regan spra­wiła, że na nowo prze­ży­wał mło­dość. Wła­ści­wie ni­gdy nie wyda­wał się tak mło­dzień­czy, nawet kiedy był w jej wieku. Oboje mar­twili się dzie­lącą ich róż­nicą trzy­na­stu lat, ale nie na tyle, by z sie­bie zre­zy­gno­wać. Rzu­cili się na oślep w swą namiętną miłość, ponie­waż wie­dzieli, że nie potra­fią ina­czej.

Ta mie­sza­nina rado­ści i ulgi, jaką czu­łam ze względu na brata, łączyła się ze świa­do­mo­ścią, że jego uczu­cie stało się kata­li­za­to­rem uni­ce­stwie­nia mojej miło­ści.

"Prze­stań", upo­mnia­łam się w duchu, kro­cząc po scho­dach. Ode­pchnę­łam od sie­bie ego­istyczne, melan­cho­lijne myśli i posła­łam uśmiech Lachla­nowi. On rów­nież uśmiech­nął się do mnie czule. Następ­nie, sta­nąw­szy obok Regan, wymie­ni­łam uśmie­chy też z nią. Dzi­siaj to nie ja byłam ważna.

Powio­dłam spoj­rze­niem po gościach, któ­rzy repre­zen­to­wali naj­róż­niej­sze śro­do­wi­ska i zawody. Sta­wili się miesz­kańcy mia­steczka i przy­ja­ciele, z któ­rymi dora­sta­li­śmy, akto­rzy, pio­sen­ka­rze, spor­towcy, znani reży­se­rzy, pisa­rze. Dostrze­głam też kilka nie­zna­jo­mych twa­rzy przy­ja­ciół Robyn i jej rodziny z Bostonu. W pierw­szym rzę­dzie sie­działo dwóch moich braci, Bro­dan i Arran, któ­rzy wró­cili na łono rodziny z oka­zji ślubu.

Arrana nie widzie­li­śmy od tak dawna, że jego obec­ność wpro­wa­dziła lekko ner­wową atmos­ferę. Jed­nak w takim szczę­śli­wym dniu pra­gnę­łam czuć tylko ulgę, że brat - naj­bar­dziej zbli­żony do mnie wie­kiem - za któ­rym bie­ga­łam jako dziecko, wró­cił do domu i był tu bez­pieczny. Przy­naj­mniej cza­sowo.

Nasze oczy się spo­tkały i Arran posłał mi swój cha­rak­te­ry­styczny chło­pięcy uśmiech, tak bar­dzo podobny do uśmie­chu Lachlana. Tyle że natych­miast stra­ci­łam jego uwagę, ponie­waż prze­niósł ją na mija­jącą go jedną z dru­hen.

Nasza przy­ja­ciółka, Ere­dine Wil­lows, pre­zen­to­wała się nie­zwy­kle ele­gancko w sre­brzy­stej sukni. Miała tak bujne włosy, że sty­listka upięła tylko połowę jej ciem­no­brą­zo­wych loków, a resztę roz­pu­ściła luźno na ple­cach. Poły­skliwa srebrna tka­nina pięk­nie kon­tra­sto­wała ze zło­to­brą­zową kar­na­cją Ere­dine i zgrab­nie opi­nała jej ele­gancką syl­wetkę. Ery wyglą­dała jak gwiazda fil­mowa lub super­mo­delka.

Nie tylko Arran nie mógł ode­rwać od niej oczu. Wie­dzia­łam, że dziew­czyna nie znosi być w cen­trum uwagi, więc gdy zatrzy­mała się obok mnie, przy­su­nę­łam się bli­żej, by wes­przeć ją bez słów. Za Ery szła bostoń­ska przy­ja­ciółka Robyn, Jasmine, a raczej Jaz, ponie­waż tak wła­śnie chciała, żeby się do niej zwra­cać. Wyglą­dała po kró­lew­sku. Sre­bro sukni kon­tra­sto­wało z jej ciem­no­brą­zową skórą, a włosy sple­cione w war­ko­czyki miała upięte tak mister­nie, że moja fry­zura wyglą­dała przy nich nudno.

Nie wiem, jak Robyn udało się wybrać na suk­nie dla dru­hen meta­liczną tka­ninę i krój, które paso­wały do każ­dego odcie­nia kar­na­cji i typu figury. Może pomo­gło jej wprawne oko foto­grafki. Po pro­stu ogar­niała takie sprawy instynk­tow­nie, jak kom­po­zy­cję i świa­tło na zdję­ciach.

A oto nade­szła i ona sama.

Robyn Pen­ha­li­gon, już wkrótce Adair.

Oczy­wi­ście już dziś ją widzia­łam. Spę­dzi­ły­śmy cały ranek w jed­nym z pokoi gościn­nych, zmie­nio­nych dzi­siaj w gar­de­robę panny mło­dej.

W bia­łej, roz­sze­rza­ją­cej się ku dołowi sukni była naj­bar­dziej sek­sowną, a jed­no­cze­śnie naje­le­gant­szą panną młodą, jaką widzia­łam. Kre­acja miała głę­boki dekolt, obszyty deli­katną koronką. A ponie­waż pod nią znaj­do­wał się cie­niutki prze­zro­czy­sty mate­riał, koronka wyglą­dała tak, jakby ktoś arty­stycz­nie wyma­lo­wał ją na skó­rze. Rękawy rów­nież uszyto z koronki, przez którą tu i ówdzie prze­świ­ty­wała skóra. Suk­nia opi­nała ciało, jakby i ona została na nim nama­lo­wana. Od kolan w dół roz­sze­rzała się, prze­cho­dząc w tren, także wykoń­czony koronką. Wie­dzia­łam, że dekolt na ple­cach jest wyzy­wa­jąco głę­boki, a obcią­gnięty jedwa­biem guzik w jego dol­nej czę­ści przy­cią­gał wzrok do krą­głej pupy, któ­rej kształt do per­fek­cji dopro­wa­dziły bie­ga­nie i upra­wia­nie mie­sza­nych sztuk walki.

Jed­nym sło­wem, Robyn wyglą­dała olśnie­wa­jąco.

Spoj­rza­łam na Lachlana i wzru­szy­łam się, kiedy zoba­czy­łam go onie­mia­łego z zachwytu, kiedy narze­czona szła ku niemu, cały czas patrząc mu w oczy. Czy kie­dy­kol­wiek jakiś męż­czy­zna tak głę­boko kochał kobietę? Coś ści­snęło mnie bole­śnie w piersi. Nikt bar­dziej od niego nie zasłu­gi­wał na takie dozna­nia. Lachlan opie­ko­wał się nami wszyst­kimi od lat, aż nazbyt długo, i nad­szedł naj­wyż­szy czas, żeby zyskał towa­rzyszkę życia, dzięki któ­rej poczuje się mniej samotny.

Z tru­dem prze­nio­słam wzrok na Robyn, a wła­ści­wie na męż­czy­znę, na któ­rego ramie­niu się wspie­rała w dro­dze do narze­czo­nego. Uni­ka­łam spo­tka­nia z nim, kiedy przy­je­chał po córkę, ażeby popro­wa­dzić ją do ołta­rza. Miała przed nim poślu­bić jego przy­ja­ciela i zara­zem szefa.

Mac Gal­bra­ith.

Zupeł­nie nie wyglą­dał na kogoś, kto mógłby mieć córkę w wieku Robyn, ale prze­cież został ojcem jako szes­na­sto­la­tek. Robyn pochy­liła się ku niemu, on wyszep­tał jej coś do ucha, a ona uśmiech­nęła się, patrząc na niego z miło­ścią. Mac pew­nie w naj­śmiel­szych marze­niach nie przy­pusz­czał, że nadej­dzie w jego życiu taka piękna chwila.

Rok wcze­śniej Robyn przy­była do Ard­noch wła­śnie po to, żeby spo­tkać się z ojcem. Chciała uzy­skać od niego wyja­śnie­nie, dla­czego znik­nął z jej życia. Nie wie­działa, że matka odsy­łała jego listy i pre­zenty. Zamar­twia­łam się wtedy, że przy­je­chała wzbu­dzać w nim poczu­cie winy z powodu zerwa­nych więzi rodzin­nych, tym­cza­sem prędko się oka­zało, że Robyn bar­dzo kocha Maca i bar­dzo go potrze­buje.

Ich pojed­na­nie z wielu powo­dów nie oka­zało się łatwe, ale byli do sie­bie zbyt podobni, łączyło ich zbyt wiele, żeby do niego nie doszło. Nikt nawet sobie nie wyobra­żał, że pod­czas odtwa­rza­nia więzi z ojcem Robyn zako­cha się w moim naj­star­szym bra­cie ani że Lachlan straci dla niej głowę do tego stop­nia, że oświad­czy się led­wie po kilku mie­sią­cach zna­jo­mo­ści i będzie nale­gał na popro­wa­dze­nie jej do ołta­rza w ciągu roku.

"Kiedy jest się cze­goś pew­nym, to jest się pew­nym", mówił.

Ich zwią­zek oka­zał się bar­dzo korzystny dla Maca, ponie­waż Robyn mogła teraz pozo­stać w Szko­cji na stałe i posta­no­wiła to zro­bić. Nie musiał znów się z nią roz­sta­wać. Wie­dzia­łam, jak wiele to dla niego zna­czy. Po pro­stu uwiel­biał córkę.

I wła­śnie z tego powodu, przez tę miłość łączącą go z Robyn i z całą resztą mojej rodziny, moja przy­szłość zapo­wia­dała się okrop­nie. Za każ­dym razem, kiedy znaj­dziemy się w jed­nym pomiesz­cze­niu, będę musiała uda­wać, że go nie nie­na­wi­dzę. Że nie czuję do niego urazy i nie żałuję, że go w ogóle pozna­łam.

Przy­spo­rzył mi jedy­nie bólu.

A teraz doszło do tego upo­ko­rze­nie.

Nie­na­wi­dzi­łam go.

Trzy­na­ście lat róż­nicy mię­dzy Regan i Thane'em.

Trzy­na­ście lat róż­nicy mię­dzy Makiem a mną.

Skoro oni mogli się ze sobą zwią­zać, to prze­cież my też możemy, prawda?

Tak naiw­nie zakła­da­łam.

Jed­nak Mac jed­no­znacz­nie wska­zał mi błąd w rozu­mo­wa­niu. Jego reak­cja na to, co mię­dzy nami zaszło kilka tygo­dni temu, była bru­tal­nie upo­ka­rza­jąca. Posta­no­wi­łam ni­gdy mu tego nie wyba­czyć.

Na samo wspo­mnie­nie poczu­łam ostry skurcz w gar­dle. Mac pochwy­cił moje spoj­rze­nie, zanim zdą­ży­łam odwró­cić wzrok.

Ten drań miał czel­ność przy­brać nie­szczę­śliwą minę!

Z wysił­kiem sku­pi­łam uwagę na Lachla­nie.

Widać było, że z tru­dem docze­kał chwili, kiedy Robyn odstą­piła od boku Maka i pode­szła do niego. Wbrew tra­dy­cji przy­cią­gnął ją do sie­bie i wyszep­tał ochry­ple:

- Jesteś taka piękna. - A potem lekko dotknął ustami jej warg.

On przy­naj­mniej zdo­był swoją miłość.

I Thane odna­lazł swoją.

Cóż, skoro ja nie mogłam zdo­być wła­snej miło­ści, cie­szy­łam się, że naj­bliżsi mi ludzie mieli wię­cej szczę­ścia.

* * *

Orga­ni­za­torka przy­ję­cia zmie­niła wielką jadal­nię zamku w salę weselną. Usta­wiono w niej okrą­głe stoły nakryte bia­łymi obru­sami i ozdo­bione lam­pio­nami, a wszę­dzie wokół skrzyły się gir­landy świetlne. Z czę­ści jadal­nej można było przejść do następ­nej sali, rów­nież odmie­nio­nej. Zamon­to­wano w niej tym­cza­sowy par­kiet. Póź­niej muzyką miał się zająć didżej, ale na począ­tek Lachlan spro­wa­dził z Orka­dów kapelę skrzyp­cową, gra­jącą współ­cze­sną muzykę szkocką. Ich występ zapla­no­wano po obie­dzie; wie­dzia­łam, że szybka, rado­sna muzyka ludowa spodoba się gościom. Już kie­dyś zda­rzyło się nam zatrud­nić ten zespół i został dosko­nale przy­jęty przez wszyst­kich uczest­ni­ków imprezy.

Gości popro­szono o zosta­wie­nie tele­fo­nów komór­ko­wych w poko­jach lub dom­kach na tere­nie posia­dło­ści. Jedyną osobą, która mogła robić zdję­cia, był wyna­jęty na tę oka­zję zawo­dowy foto­graf. Lachlan nie chciał, żeby fotki z jego wesela zdo­biły strony tytu­łowe wszyst­kich bru­kow­ców w kraju. Kiedy porzu­cił karierę w Hol­ly­wood, żeby zająć się pro­wa­dze­niem naszego eks­klu­zyw­nego klubu, wie­dział, że ni­gdy nie zdoła cał­kiem zerwać z daw­nym życiem gwiazdy filmu. Chciał jed­nak, by jego ślub pozo­stał uro­czy­sto­ścią pry­watną. I tak w ciągu ostat­nich mie­sięcy wia­do­mo­ści z życia rodziny Ada­irów zbyt czę­sto poja­wiały się w mediach.

Sie­dzia­łam z boku stołu w kształ­cie pod­kowy. Na prawo od Robyn spo­czął Mac; Thane zajął miej­sce na lewo od Lachlana; Regan sie­działa obok Thane'a, za nią Eli­lidh, Lewis i ja. Spe­cjal­nie umie­ści­li­śmy dzieci mię­dzy mną, Regan i Thane'em, ponie­waż naszą trójkę darzyły naj­więk­szym zaufa­niem, a takie duże przy­ję­cie mogło być dla nich nieco przy­tła­cza­jące. Chcie­li­śmy, żeby czuły się bez­pieczne i szczę­śliwe, zwłasz­cza po tym, co je spo­tkało.

Obok Maka wyzna­czono miej­sce jego byłej dziew­czy­nie, a matce Robyn, Sta­cey. Kiedy się uśmie­chała, było widać, że to ładna kobieta, nie­stety przez więk­szość dnia poka­zy­wała światu gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Obok Sta­cey, po prze­ciw­le­głej czę­ści stołu sie­dział ojczym Robyn, a ojciec Regan, Seth Pen­ha­li­gon. Polu­bi­łam go. Był przy­ja­ciel­ski, trzeźwo myślący i wylu­zo­wany.

Robyn musiała pod­jąć trudną decy­zję i wybrać, który z ojców popro­wa­dzi ją do ołta­rza. Odbyła długą roz­mowę z Sethem, a ten w końcu jej pora­dził, żeby popro­siła o to Maca. Powie­działa mi, że jego zda­niem, jeśli chciała, żeby Mac był jej ojcem już do końca życia, powinna tak wła­śnie go trak­to­wać.

Moim zda­niem to wiele mówiło o tym, jakim czło­wie­kiem jest Seth Pen­ha­li­gon. Prze­cież to on wycho­wy­wał Robyn przez więk­szość jej życia. Nie­stety, od chwili przy­jazdu do Szko­cji Sta­cey jasno dawała do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo ją wku­rza, że to nie Seth wypełni ten obo­wią­zek. Wszy­scy jed­nak, włącz­nie z mężem, igno­ro­wali jej nabur­mu­szoną minę i nie­przy­ja­zne zacho­wa­nie.

Obok Setha usia­dła Ere­dine, dalej Jaz, a przy okrą­głym stole naj­bli­żej nas sie­dzieli Bro­dan, Arran, mąż Jaz, Autry, i ich dwie córki, Asia i Jada.

Pod­czas obiadu więk­szość czasu spę­dzi­łam, poma­ga­jąc Regan przy dzie­ciach lub śmie­jąc się z dow­ci­pów, które opo­wia­dał Bro­dan. Ani razu nie spoj­rza­łam na Maca.

W pew­nej chwili muzyka uci­chła i roz­legł się cichy brzęk szkła. Ktoś ude­rzał łyżeczką o kie­li­szek, sygna­li­zu­jąc, że za chwilę nastąpi prze­mó­wie­nie. Serce pod­sko­czyło mi do gar­dła, kiedy Mac wolno wstał zza stołu. Zer­k­nął na mnie, a potem spoj­rzał na Robyn. Pod­nio­sła na niego wzrok z nie­skry­wa­nym uwiel­bie­niem, a wtedy - mimo że tak bar­dzo mnie zra­nił - oprócz gory­czy poczu­łam wielką radość. Przez całe swoje doro­słe życie tęsk­nił za takim spoj­rze­niem córki.

Jed­no­cze­śnie jed­nak radość z powodu jego szczę­ścia budziła we mnie wście­kłość.

Sły­sza­łam, jak Regan uci­sza papla­jącą Eilidh, ale nie mogłam ode­rwać oczu od Maca.

Wziął do ręki mikro­fon.

- Infor­ma­cja dla tych, któ­rzy nie wie­dzą. Jestem Mac, ojciec Robyn.

Przez salę prze­szedł szmer zasko­cze­nia.

- Czyli nie­któ­rzy jed­nak nie wie­dzieli - prych­nął z roz­ba­wioną miną.

Goście się roze­śmiali, a ja sobie uświa­do­mi­łam, jak sil­nie działa na mnie jego uśmiech.

- Ow­szem, to może być spora nie­spo­dzianka. - Spoj­rzał na Robyn, a ta uśmiech­nęła się poro­zu­mie­waw­czo. - Oba­wiam się, że jeśli Robyn usły­szy jesz­cze jeden komen­tarz w stylu: "Chyba jesteś za młody, żeby mieć córkę w tym wieku", to może komuś zle­cić sprząt­nię­cie mnie, żeby wię­cej nie musieć tego słu­chać.

Goście wybuch­nęli śmie­chem, ale Robyn lekko się skrzy­wiła.

- To nie zabrzmiało zbyt miło - powie­działa cicho, ale Lachlan oto­czył ją ramie­niem i przy­cią­gnął do sie­bie. Wyszep­tał jej do ucha coś, co ją roz­śmie­szyło, i poca­ło­wał w skroń.

Znów poczu­łam w piersi ukłu­cie bólu.

- Kiedy Robyn przy­szła na świat, byłem bar­dzo młody. - Mac mówił teraz poważ­nym tonem. - Zbyt młody. Wła­ści­wie sam byłem jesz­cze dziec­kiem. I popeł­ni­łem wię­cej błę­dów, niż chciał­bym pamię­tać.

- Tato... - ode­zwała się Robyn bez­gło­śnie, po czym ści­snęła go za ramię.

Mac uśmiech­nął się do niej blado.

- Kiedy jed­nak byłem nie­obecny, matka Robyn, Sta­cey... - poło­żył dłoń na jej ramie­niu, a ona drgnęła zasko­czona; potem wska­zał na Setha - ... i jej ojczym, Seth, wycho­wali nie­zwy­kłą kobietę, która jest świa­dec­twem ich miło­ści i tro­ski.

Słowa Maca wyci­snęły łzy z oczu Sta­cey. Twarz jej zła­god­niała, a Seth z wdzięcz­no­ścią ski­nął głową.

Cały Mac. Zawsze spra­wie­dliwy. Zawsze życz­liwy.

No... może nie zawsze.

Znów spoj­rzał na Robyn, a jego głos stał się ochry­pły z emo­cji.

- Jesteś nie­zwy­kła, Robyn. Mówię to nie jako zaśle­piony ojciec. Taka jest prawda. Jesteś wyjąt­kowa na wiele spo­so­bów, odważna, inspi­ru­jąca, dobra, lojalna i uczciwa. Wszyst­kie te cechy chcia­łem sam posia­dać, a teraz widzę je u cie­bie. A to naj­więk­szy dar od losu, o jaki rodzice mogą pro­sić - żeby dziecko stało się lep­sze od nich, żeby ich prze­ro­sło.

Wargi Robyn zadrżały. Zoba­czy­łam, że ści­ska Lachlana za rękę.

Kątem oka spo­strze­głam, że Regan ociera łzy.

Ja czu­łam, jak palą mnie w gar­dle, ale posta­no­wi­łam nie pła­kać.

- Jako twój ojciec mam prawo uwa­żać, że nikt nie jest cie­bie godny - cią­gnął Mac. - Jeśli jed­nak już ktoś musiał się poja­wić, cie­szę się, że to Lachlan. - Sku­pił uwagę na moim bra­cie. - Jesteś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i powie­rzam ci osobę, którą kocham ponad wszystko.

Lachlan i Mac przez chwilę patrzyli sobie w oczy, roz­ma­wia­jąc bez słów. Wyraź­nie dało się wyczuć napię­cie emo­cjo­nalne i z wiel­kim tru­dem udało mi się powstrzy­mać te cho­lerne łzy.

Mac się­gnął po kie­li­szek z szam­pa­nem. Jego wzrok nagle pobiegł w moją stronę, a potem znów do Robyn i mojego brata.

- Gdy­by­śmy wszy­scy mogli zna­leźć tak wielką miłość jak wasza, świat stałby się lep­szym miej­scem. Za Robyn i Lachlana!

- Za Robyn i Lachlana! - Zgro­ma­dzeni unie­śli zgod­nie kie­liszki.

Zer­k­nę­łam na gości sie­dzą­cych przy dru­giej czę­ści stołu. Wielu z nich ocie­rało ser­we­tami łzy z oczu, tak wzru­szyła ich emo­cjo­nalna prze­mowa Maca. Miał w sobie coś takiego. Dar wzbu­dza­nia miło­ści. Siłę przy­cią­ga­nia.

Poczu­łam, że nara­sta we mnie gorycz, i pró­bo­wa­łam zdu­sić to uczu­cie. Nagle napo­tka­łam spoj­rze­nie Maca. Nie wiem, co zoba­czył w mojej twa­rzy, ale drgnął lekko i natych­miast odwró­cił wzrok. Ja rów­nież ucie­kłam wzro­kiem w inną stronę i spo­strze­głam, że przy­gląda mi się Regan.

Zwę­żo­nymi oczami popa­try­wała to na mnie, to na Maca.

Cho­lera jasna.

Uśmiech­nę­łam się do niej ner­wowo i szybko pochy­li­łam się nad Lewi­sem, chcąc go zapy­tać, czy ma ochotę jesz­cze coś zjeść. W tej samej chwili Thane prze­jął mikro­fon i wstał. Gwar roz­mów znów ucichł.

- Jestem Thane Adair, jeden z braci Lachlana i jego drużba - przed­sta­wił się. - Bar­dzo żałuję, że wypa­dło mi prze­mó­wić tuż po Macu - dodał, jak zwy­kle samo­kry­tyczny.

Roze­śmia­łam się wraz z innymi. Teraz, kiedy Mac zakoń­czył swoją mowę, nieco się roz­luź­ni­łam.

- Cóż mogę rzec o swoim star­szym bra­cie? - Poło­żył dłoń na ramie­niu Lachlana i spoj­rzał na jego świeżo poślu­bioną żonę. - Chyba już za późno, żeby powie­dzieć: "Ucie­kaj, Robyn! Ucie­kaj ile sił w nogach"!

Znów roz­le­gły się wybu­chy śmie­chu, a Lachlan zmie­rzył brata żar­to­bli­wie groź­nym wzro­kiem.

- Żar­to­wa­łem. Lachlan to wspa­niały mate­riał na męża. - Thane z prze­ko­na­niem ski­nął głową. - Teraz. Ale to dobrze, że Robyn nie poznała go, kiedy miał dwa­dzie­ścia kilka lat... ponie­waż była wtedy nie­let­nia, więc... - Ze zna­czą­cym gry­ma­sem na twa­rzy spoj­rzał na gości, a ci znów się roze­śmiali.

- Naprawdę chcesz drą­żyć ten temat? - zapy­tał Lachlan, wska­zu­jąc na Regan.

Więk­szość gości nie mogła tego usły­szeć, ale domy­ślili się, co powie­dział, i par­sk­nęli śmie­chem.

Thane uniósł ramiona w geście pod­da­nia.

- Zgoda - odrzekł roz­ba­wiony.

Dobrze było usły­szeć, jak żar­tuje z róż­nicy wieku dzie­lą­cej jego i Regan. Do nie­dawna był to dla niego draż­liwy temat.

- Chcę tylko powie­dzieć, że jako dwu­dzie­sto­la­tek Lachlan był zupeł­nie innym czło­wie­kiem - cią­gnął. - Nie wiem, czy wtedy spodo­bałby się Robyn. Z dru­giej strony, o ile dobrze pamię­tam, przez pierw­sze mie­siące zna­jo­mo­ści też nie bar­dzo jej się podo­bał.

Roz­le­gły się ciche okrzyki zdzi­wie­nia. Robyn przy­tak­nęła, a Lachlan z rezy­gna­cją prze­wró­cił oczami.

- To rodzi pewne podej­rze­nia - mówił Thane z zasta­no­wie­niem. Spoj­rzał na Robyn, uśmie­cha­jąc się poro­zu­mie­waw­czo, i wyszep­tał do mikro­fonu: - Jeśli zna­la­złaś się tu pod przy­mu­sem, wystar­czy, że mru­gniesz. - Sam z prze­sad­nym zapa­łem puścił do niej oko. - Ura­tu­jemy cię.

Wszy­scy roze­śmiali się jesz­cze gło­śniej, a Lachlan posłał bratu mor­der­cze spoj­rze­nie, choć rów­nież zachi­cho­tał.

Całe to przed­sta­wie­nie napeł­niło mnie rado­ścią.

To znów był Thane, któ­rego pamię­ta­łam z dzie­ciń­stwa. On i Lachlan zawsze byli naj­po­waż­niejsi z braci, ale też wyka­zy­wali się sar­ka­stycz­nym, czę­sto prze­wrot­nym poczu­ciem humoru. Gdzieś po dro­dze Thane zatra­cił tę cechę. Aż do czasu, gdy poja­wiła się Regan.

- Nie...? - zapy­tał teraz bra­tową, prze­cią­ga­jąc tę scenkę.

Robyn ze śmie­chem potrzą­snęła głową.

- Skoro tak twier­dzisz... - Uda­jąc, że jej nie dowie­rza, powiódł zna­czą­cycm spoj­rze­niem po zgro­ma­dzo­nych. Roz­le­gły się gło­śnie chi­choty. Mój brat miał ukryty talent kome­diowy. Zaraz potem uśmiech­nął się sze­roko i zwró­cił do szczę­śli­wych nowo­żeń­ców. - Ale żarty na bok. Nie­zmier­nie się cie­szę waszym szczę­ściem. Mac się mar­twił, czy jaki­kol­wiek męż­czy­zna będzie godny jego córki, a ja się mar­twiłem, czy znaj­dzie się kobieta, która dorówna mojemu bratu duchem, poczu­ciem lojal­no­ści, umi­ło­wa­niem rodziny i ape­ty­tem na życie. A póź­niej w nasze życie wkro­czyła Robyn Gal­bra­ith Pen­ha­li­gon i już wie­dzia­łem, że mimo nie­zbyt uda­nego startu ci dwoje są dla sie­bie stwo­rzeni.

Kiw­nął głową.

- Byłeś dla mnie naj­lep­szym bra­tem, jakiego mogłem sobie życzyć. - Thane mocno chwy­cił Lachlana za ramię. - Jestem cho­ler­nie zado­wo­lony, że zna­la­złeś Robyn... - Jego uśmiech stał się łobu­zer­ski. - Jestem zado­wo­lony ze względu na cie­bie i na sie­bie, ponie­waż Robyn spro­wa­dziła tu... - Spoj­rzał na Regan. - Cóż, Robyn wnio­sła w nasze życie wiele dobrego i jestem jej za to dozgon­nie wdzięczny.

Thane wyraź­nie musiał wytę­żyć całą siłę woli, żeby ode­rwać wzrok od Regan. Po chwili odchrząk­nął i uniósł kie­li­szek z szam­pa­nem.

- Oboje musie­li­ście się zmie­rzyć z dra­ma­tycz­nymi wyda­rze­niami i wyszli­ście z tego umoc­nieni, sta­jąc się dla nas wszyst­kich inspi­ra­cją i lek­cją, jak powinna wyglą­dać miłość. Za Robyn i Lachlana!

Kiedy Lachlan pod­niósł się zza stołu, żeby wygło­sić swoją mowę, nie byłam pewna, czy moje serce to wytrzyma.

- Jako aktor pew­nie was zasko­czę, ponie­waż moja mowa będzie krótka i miła - powie­dział do mikro­fonu. - Po pierw­sze, dzię­kuję Macowi i Thane'owi za wszyst­kie ser­deczne słowa. Cho­ciaż, drogi bra­cie, mogłeś się powstrzy­mać przed insy­nu­acją, że moja żona nie jest tu z wła­snej woli.

Roz­le­gły się salwy śmie­chu.

- Moja żona - powtó­rzył ciszej, patrząc na Robyn z uwiel­bie­niem. - Cho­lera, jak to fan­ta­stycz­nie brzmi.

Odpo­wie­działy mu pełne zachwytu jęki gości.

- Po dru­gie, dzię­kuję wszyst­kim za przy­by­cie na naszą uro­czy­stość. To dla nas wiele zna­czy. - Zato­czył koło ręką z kie­lisz­kiem. - Posta­no­wi­li­śmy z Robyn użyć tra­dy­cyj­nych słów przy­sięgi mał­żeń­skiej, ale po namy­śle chciał­bym coś dodać. Jestem wiel­kim szczę­ścia­rzem - cią­gnął, patrząc w oczy żony. - Zjeź­dzi­łem cały świat, prze­ży­łem nie­zwy­kłe chwile, robi­łem rze­czy, które tylko nie­wiel­kiej czę­ści ludzi udało się zro­bić. Mam dobrych przy­ja­ciół, rodzinę, którą kocham nad życie.

Serce ści­snęło mi się w piersi.

- Doświad­czy­łem też straty. Poważ­nej straty. Może nie czyni to ze mnie szczę­ścia­rza, ale dzięki temu dosta­łem lek­cję, która mnie wiele nauczyła. Teraz wiem, że liczą się ludzie, któ­rymi się ota­czasz. To dzięki ludziom, któ­rych kochasz, życie jest coś warte. Robyn, kiedy poja­wi­łaś się w moim życiu, po pro­stu zwa­li­łaś mnie z nóg. Sta­łaś się dla mnie wszyst­kim. Jesteś naj­od­waż­niej­szą osobą, jaką spo­tka­łem, i każ­dego dnia nie­ustan­nie mnie zdu­mie­wasz.

Łzy ciur­kiem popły­nęły mi z oczu.

- Za Robyn, moją żonę. Moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. - Wzniósł kie­li­szek.

- Za Robyn!

Kiedy Lachlan zajął miej­sce za sto­łem, Robyn poca­ło­wała go tak długo i głę­boko, że dopiero gwizdy gości (to zna­czy Bro­dana i Arrana) ode­rwały ich od sie­bie.

Widok ich szczę­ścia spra­wił, że zapo­mnia­łam o drę­czą­cej mnie gory­czy. Znów poczu­łam się sobą.

2

Arro

- Wyda­jesz się tro­chę szczę­śliw­sza - zauwa­żył Arran, kiedy tań­czy­li­śmy wolny utwór zespołu Idle­wild.

- Szczę­śliw­sza? - Zmarsz­czy­łam czoło, koły­sząc się w wol­nym ryt­mie muzyki. - Doprawdy? A ja wła­śnie myśla­łam o tym, jaka ta pio­senka jest przy­gnę­bia­jąca.

Zespół ludowy gra­jący rado­sną, szybką muzykę, która pod­ry­wała wszyst­kich do tańca, zakoń­czył swój występ. Teraz do dzieła przy­stą­pił didżej i grał ulu­bione pio­senki Robyn i Lachlana.

- Prze­stań uni­kać tematu.

- Jakiego tematu?

- Tematu swo­jego nastroju. Wiem, że od czasu mojego przy­jazdu do domu panuje mię­dzy nami wszyst­kimi tro­chę napięta atmos­fera, ale cie­bie drę­czy coś innego. - Arran pochy­lił głowę, żeby zmu­sić mnie do spoj­rze­nia mu w oczy, rów­nie nie­bie­skie jak oczy Lachlana.

Wszy­scy moi bra­cia byli przy­stoj­nymi nie­bie­sko­okimi blon­dy­nami, ale Lachlan i Thane pre­zen­to­wali szorstki, surowy typ męskiej urody, Bro­dan zaś był kla­sycz­nie przy­stojny, a Arran wyglą­dał jak młod­sza, gład­sza wer­sja Lachlana.

Cho­ciaż Lachlan i Thane nie poj­mo­wali, dla­czego Arran odczuwa taką potrzebę wyrwa­nia się z domu i prze­by­wa­nia z dala od nas, ja sta­ra­łam się to zro­zu­mieć. Kiedy dora­sta­łam, Lachlan odgry­wał wobec mnie rolę ojca, Thane był typo­wym, nado­pie­kuń­czym star­szym bra­tem, ale Bro­dan i Arran byli nie tylko moimi star­szymi braćmi, lecz także kum­plami. Zwłasz­cza Arran. Odkąd pamię­ta­łam, zawsze marzył o przy­go­dach. Prze­by­wa­nie w jed­nym miej­scu przez dłuż­szy czas po pro­stu nie leżało w jego natu­rze.

Musia­łam jed­nak szcze­rze przy­znać, że jego prze­dłu­ża­jąca się nie­obec­ność mnie raniła. Nie rozu­mia­łam tego. Arran był wędrow­cem z wyboru, ale jesz­cze kilka lat temu jasno dawał do zro­zu­mie­nia, że rodzina jest dla niego naj­waż­niej­sza.

- Gdzie się podzie­wa­łeś? - Zmie­ni­łam temat roz­mowy.

Zaci­snął moc­niej rękę na mojej dłoni.

- Prze­pra­szam, że tak długo mnie nie było.

- Arra­nie - powie­dzia­łam, przy­su­wa­jąc się bli­żej, żeby nikt nas nie pod­słu­chał. - W tym cza­sie ktoś pró­bo­wał zamor­do­wać Lachlana. Pewien czło­wiek porwał i zwią­zał twoją bra­ta­nicę i bra­tanka, żeby zastra­szyć Regan. Czy ty to w ogóle rozu­miesz?

Zbladł i było widać, że ogar­nia go poczu­cie winy.

- Tak mi przy­kro.

- Po pro­stu wyja­śnij mi - cią­gnę­łam bła­gal­nie - dla­czego nie wró­ci­łeś, kiedy tak bar­dzo cię potrze­bo­wa­li­śmy?

Jego mina stward­niała.

- Co się dzieje mię­dzy tobą a Makiem? - wypa­lił.

Zesztyw­nia­łam.

- Nic się nie dzieje.

Uśmiech­nął się z chłodną iro­nią.

- W takim razie nie ma chyba dobrego powodu, dla któ­rego nie przy­je­cha­łem tu wcze­śniej. Po pro­stu jestem zwy­kłym zła­ma­sem.

- Nie wie­rzę.

- W takim razie się mylisz. - Odwró­cił wzrok, a drobny nerw na jego policzku zdra­dził zde­ner­wo­wa­nie.

Znów ści­snął moc­niej moją dłoń, a oczy mu się zwę­ziły. Podą­ży­łam za jego spoj­rze­niem i ze zdu­mie­niem stwier­dzi­łam, że patrzy na Ere­dine tań­czącą z Bro­da­nem.

Bro­dan przy­cią­gnął ją bar­dzo bli­sko sie­bie i szep­tał jej do ucha coś, co spra­wiło, że nie­śmiało się uśmie­chała.

Podej­rze­wa­łam, że od dłuż­szego czasu Bro­dan czuje coś do Ery, ale z jakie­goś powodu nie wyko­nał żad­nego ruchu. Ery była tak zamknięta w sobie, że jakie­kol­wiek dzia­ła­nia z jego strony i tak naj­praw­do­po­dob­niej nie spo­tka­łyby się z życz­li­wym przy­ję­ciem. Jed­nak cza­sami zda­rzało mi się spo­strzec, że patrzy na niego w spo­sób, który świad­czył, że i ona jest nim zafa­scy­no­wana.

Ze zmarsz­czo­nym czo­łem spoj­rza­łam na Arrana. Nie znał zbyt dobrze Ere­dine, ponie­waż nie gościł w domu wystar­cza­jąco długo, by się dowie­dzieć o niej cze­goś wię­cej. Nie dzi­wiło mnie, że zwró­cił na nią uwagę. Po pierw­sze, była fan­ta­styczną osobą, miłą i sym­pa­tyczną, a jed­no­cze­śnie inte­li­gentną i obda­rzoną poczu­ciem humoru. Oczy­wi­ście tę ostat­nią cechę można było zauwa­żyć dopiero po bliż­szym pozna­niu. Po dru­gie, przez całą mło­dość, odkąd zaczęli inte­re­so­wać się płcią prze­ciwną (to zna­czy, kiedy Arran skoń­czył dzie­sięć lat - on i Bro­dan szybko doj­rzeli, jeśli cho­dzi o roman­tyczne zapędy), moi bra­cia rywa­li­zo­wali o te same dziew­czyny. Nie­stety, jeśli cho­dzi o dam­ską urodę, mieli nie­po­ko­jąco podobne gusty. Jakoś sobie z tym radzili, dopóki Arran nie prze­spał się z bli­ską przy­ja­ciółką Bro­dana, Mon­roe Sinc­lair. Wtedy pokłó­cili się na dobre.

Bro­dan twier­dził, że Arran prze­kro­czył gra­nicę, gdy poszedł do łóżka z tą dziew­czyną, cho­ciaż przed­tem usta­lili, że żaden z nich tego nie zrobi. Ja podej­rze­wa­łam, że kryje się za tym coś jesz­cze. Być może Mon­roe zna­czyła dla Bro­dana wię­cej, niż chciał sam przed sobą przy­znać. Jak­kol­wiek było, po tym zda­rze­niu dziew­czyna zosta­wiła moich braci i swoją rodzinę i wyje­chała z Ard­noch. Arran i Bro­dan w końcu się pogo­dzili i już ni­gdy wię­cej nie uga­niali się za tą samą kobietą.

- Jest piękna, miła, bystra, powścią­gliwa i nie­ła­two się do niej zbli­żyć. Nawet ja, jej naj­bliż­sza przy­ja­ciółka tutaj, tak naprawdę jej nie znam.

Arran zmarsz­czył czoło, wciąż sku­piony na Ery.

- Co?

- Mówię o Ere­dine.

Teraz patrzył na mnie.

- Ale że niby co?

- To zaka­zany teren - ostrze­głam. - Dla was obu.

Jego wargi zadrgały.

- Naj­droż­sza sio­strzyczko, nie mam żad­nych zamia­rów wobec two­jej przy­ja­ciółki. Czy facet nie może gapić się na kobietę bez ukry­tych inten­cji?

- Jeśli tylko o to cho­dzi, to w porządku.

- Wiesz... - zaczął, pro­wa­dząc mnie w tańcu prze­sad­nie zama­szy­ście. - Spo­dzie­wa­łem się, że spo­śród całej rodziny to ty będziesz trak­to­wać mnie naj­przy­jaź­niej.

- Prze­cież jestem dla cie­bie miła. Tań­czymy, prawda?

- To taki taniec z lito­ści. - Wyraź­nie się ze mną draż­nił. Oczy roz­bły­sły mu łobu­zer­sko. - Znam się na tym.

- Spa­daj! - wymam­ro­ta­łam pod nosem. - Przez całe życie muszę zno­sić kobiety, które uga­niają się za moimi braćmi. Dzi­siej­szy wie­czór nie jest wyjąt­kiem. Dzi­wię się, że jesz­cze żadna nie roz­dzie­liła nas siłą, żeby się do cie­bie dobrać.

- Nie nasza wina, że skut­kiem prze­kleń­stwa losu zosta­li­śmy obda­rzeni wybitną urodą i zwie­rzę­cym magne­ty­zmem.

Uda­łam, że się krztu­szę, jak­bym zaraz miała zwy­mio­to­wać, a mój brat roze­śmiał się uba­wiony.

Coś za moimi ple­cami przy­cią­gnęło jego wzrok i nagle zmie­nił mu się wyraz twa­rzy. Nie spodo­bało mi się to.

- Widzę, że nie tylko bra­cia Ada­iro­wie cie­szą się dzi­siaj powo­dze­niem u kobiet. Mac też nie ma na co narze­kać.

Zamar­łam, ale się nie odwró­ci­łam.

- No tak - cią­gnął mój brat. - Jego dzi­siej­sza prze­mowa na pewno spra­wiła, że kilka pań miało mokro w majt­kach.

Otwartą dło­nią ude­rzy­łam go w głowę. Tylko czę­ściowo żar­to­bli­wie.

- A za co to? - wyję­czał jak mały chło­piec.

- Nie mów do mnie w ten spo­sób. Jestem twoją sio­strą. Okaż mi tro­chę sza­cunku.

- Phi. Chyba bar­dziej cho­dzi tu o Maca niż o mnie - burk­nął. - O mało nie wybi­łaś mi oka - bia­do­lił.

- To było tylko lek­kie klep­nię­cie. Prze­stań się mazać.

- Dobry pomysł, Arro. - Lachlan i Robyn zbli­żyli się do nas w tańcu. Lachlan wycią­gnął rękę i pac­nął brata w tył głowy, dużo sil­niej, niż ja to zro­bi­łam. - To za karę, że przez ostat­nie dwa lata musia­łem się o cie­bie mar­twić.

- Ożeż, kurwa! - Arran wypu­ścił mnie z uści­sku, żeby roz­ma­so­wać poty­licę. - Czy to było konieczne?

- Zde­cy­do­wa­nie tak. Czuję się teraz o wiele lepiej. Powiem Thane'owi, jakie to oczysz­cza­jące uczu­cie. Też powi­nien ci przy­ło­żyć. Przy­go­tuj się. - Z łobu­zer­skim uśmie­chem wraz z Robyn odda­lił się w tańcu na drugi koniec par­kietu.

- Żar­to­wał, prawda? - Arran czuj­nie rozej­rzał się wokół.

Nie wyglą­dał teraz na swoje trzy­dzie­ści pięć lat.

Roze­śmia­łam się wesoło.

- Na twoim miej­scu do końca imprezy zacho­wa­ła­bym wzmo­żoną czuj­ność.

- Nie ma jak w domu - wymam­ro­tał zre­zy­gno­wany.

* * *

Ledwo wró­ci­łam na swoje miej­sce obok Ere­dine, nio­sąc kolejny kie­li­szek szam­pana, kiedy pod­szedł do mnie jakiś męż­czy­zna. Wyglą­dał zna­jomo, więc doszłam do wnio­sku, że to jakiś aktor. Przy­wi­tał nas ski­nie­niem głowy i uśmie­chem. Potem wycią­gnął do mnie rękę.

- Czy mogę pro­sić o następny taniec?

Grano wła­śnie pio­senkę Adele.

- Idź. - Ere­dine wzięła ode mnie kie­li­szek i lekko popchnęła w kie­runku wyglą­da­ją­cego zna­jomo Ame­ry­ka­nina.

"Dla­czego nie?", pomy­śla­łam.

Uśmiech­nę­łam się i poda­łam mu rękę. Kiedy szli­śmy w stronę par­kietu, przed­sta­wił mi się.

- Jestem Gray. Pięt­na­ście lat temu gra­łem z twoim bra­tem w jed­nym fil­mie. Zaprzy­jaź­ni­li­śmy się.

Gdy podał swoje imię, sko­ja­rzy­łam, kto to jest. Nie był sław­nym akto­rem, ale pamię­ta­łam, że Lachlan o nim mówił.

- Gray­son Evans? - upew­ni­łam się.

- To ja - potwier­dził z uśmie­chem. Weszli­śmy na par­kiet, gdzie lewą dło­nią ujął mnie za rękę, a prawą poło­żył na mojej talii. - A ty jesteś Arro­char. Dziwne, że znam Lachlana od dawna, a my dwoje ni­gdy dotąd się nie spo­tka­li­śmy.

- Nie pra­cuję w prze­my­śle fil­mo­wym. - "I ni­gdy bym tam nie chciała pra­co­wać", doda­łam w myślach.

- A powin­naś. Masz fil­mową urodę.

Odpo­wie­dzia­łam mu chłod­nym uśmie­chem i prze­nio­słam wzrok w głąb sali, ponad jego ramie­niem.

- To zna­czy... Oczy­wi­ście, mogła­byś wnieść do aktor­stwa o wiele wię­cej niż urodę.

Prych­nę­łam lek­ce­wa­żąco, a on pojął swój błąd.

- Bar­dzo w to wąt­pię. Bar­dziej nadaję się do inży­nie­rii leśnic­twa niż do gra­nia w fil­mach.

- Jesteś inży­nie­rem leśni­kiem? - Otwo­rzył usta ze zdu­mie­nia.

Nie­stety, z takimi reak­cjami mia­łam do czy­nie­nia przez całe życie zawo­dowe. Pra­co­wa­łam w branży zdo­mi­no­wa­nej przez męż­czyzn. Odpo­wia­da­łam za prace w tere­nie, za wykre­śla­nie map topo­gra­ficz­nych dla tere­nów obję­tych wyrę­bem, za pla­no­wa­nie i kie­ro­wa­nie budową tras dro­go­wych i szy­no­wych, nie­zbęd­nych do trans­portu bali z poręby do skła­dów drewna i punk­tów prze­ła­dun­ko­wych. To ja musia­łam nad­zo­ro­wać budowę obo­zo­wisk, ramp, mostów, maga­zy­nów sprzętu i sys­te­mów dostawy wody. Wybie­ra­łam metody i sprzęt do trans­portu bali, zarzą­dza­łam face­tami wyko­nu­ją­cymi tę robotę. Oględ­nie mówiąc, byłam wete­ranką bitew z naj­róż­niej­szymi prze­ja­wami mizo­gi­nii.

- Tak, jestem - odrze­kłam krótko.

- Prze­pra­szam. - Skrzy­wił się lekko. - Głu­pio to zabrzmiało. Zro­bi­łem fatalne wra­że­nie. Ale po pro­stu jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łem leśniczki. Tak naprawdę nawet nie wiem, na czym polega ta praca.

Zmię­kłam, czu­jąc lek­kie ukłu­cie winy za opry­skliwe zacho­wa­nie, które zupeł­nie nie leżało w mojej natu­rze. Wytłu­ma­czy­łam mu, na czym polega mój zawód.

- O, kur­czę. Czyli masz praw­dziwą pracę!

Roze­śmia­łam się pogod­nie.

- A ty nie?

- Ludzie nie uwa­żają aktor­stwa za pracę.

- Ależ to jest praw­dziwa praca - zapew­ni­łam go. - Wiem od Lachlana, jakie to cięż­kie zaję­cie.

- Miło, że tak mówisz.

- Nie mogę uwie­rzyć, że Gal­bra­ith jest ojcem Robyn - ode­zwała się jakaś kobieta obok, odcią­ga­jąc moją uwagę od Ame­ry­ka­nina.

Roz­po­zna­łam w niej angiel­ską aktorkę, Ange­line Pot­ter. Nie wie­dzia­łam, kim jest jej towa­rzysz, ale oboje gapili się na Maca tań­czą­cego z Jasmine. Tego wie­czoru nie bra­ko­wało mu part­ne­rek, ale przy­naj­mniej mia­łam pew­ność, że Jaz to teren, na który nie ma wstępu. Inne jego part­nerki budziły we mnie nie­chęć i zazdrość, o którą sama sie­bie nie podej­rze­wa­łam.

- Wła­śnie. Nic dziw­nego, że ludzie stale mu mówią, że jest za młody na jej ojca. - Z akcentu wywnio­sko­wa­łam, że towa­rzysz Ange­line to Ame­ry­ka­nin.

- Cie­kawe, ile miał lat, kiedy się uro­dziła. Trzy­na­ście? Nie może mieć wię­cej niż czter­dzie­ści, prawda?

- Wtedy Robyn musia­łaby mieć dwa­dzie­ścia kilka, a jestem pewien, że ma ze trzy­dzie­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki