2
Julia
- Możesz nawet nie mierzyć, od razu ci mówię, że żadna z tych. - Piotr patrzy na mnie z uśmiechem po tym, jak obdarzył szybkim spojrzeniem zarezerwowane dla mnie cztery sukienki, które ekspedientka rozłożyła przed nami na ladzie.
- Piotrek, żartujesz sobie? - pytam zrozpaczona.
- Jestem śmiertelnie poważny. Może je pani odwiesić - zwraca się do dziewczyny.
Zbaraniała sprzedawczyni wodzi wzrokiem po naszych twarzach.
- T-to co mam zrobić? - pyta w końcu, zwracając się do mnie.
- Proszę zostawić! - Sięgam po wieszaki, ale Pierożek zatrzymuje moją rękę.
- Żadna z nich nie jest dla ciebie - przekonuje. - No popatrz: ta jak dla zakonnicy, długa, zwyczajna, zabudowana. No i w czarnym będziesz wyglądała staro i smutno. Ta znów zdzirowata, za duży dekolt, tandetne cekiny. Ta nie na taką okazję, to raczej koktajlówka na wesele. A ostatnia to w ogóle nie mam słów, wszystko nie takie - perswaduje, wskazując palcem kolejne kreacje, które wybrałyśmy z Agą. - Podziękujemy - mówi do ekspedientki.
- A-ale była rezerwacja - jąka się dziewczyna, rozpaczliwie przyzywając wzrokiem właścicielkę sklepu.
Właścicielka, zadbana czterdziestka obwieszona złotem, w końcu rejestruje sygnał SOS wysyłany przez pracownicę i pędzi do nas jak tornado z drugiego końca lokalu, potrącając po drodze rzędy wieszaków. W biegu orientuje się w sytuacji, obdarzając wnikliwym spojrzeniem najpierw zdegustowanego Piotrka, potem zdezorientowaną mnie, i już po chwili z przyklejonym do twarzy służbowym uśmiechem zwraca się do nas:
- Może pani chociaż przymierzy? Przecież to nic nie kosztuje, prawda?
- Nie mamy czasu - sprzeciwia się Pierożek. - Za godzinę zamykają galerię.
Ekspedientka zalotnie przechyla głowę i mruży oczy.
- Ma pan taką piękną żonę - mówi - że we wszystkim będzie wyglądać doskonale. Nie chce się pan przekonać?
Wybucham nerwowym śmiechem.
- Nie, nie, to nie jest mój mąż - prostuję gorliwie. - No nie wiem, może jednak przymierzę?
Piotrek kapituluje.
- Dobra, jeśli koniecznie chcesz... Tylko piorunem - dodaje pospiesznie - bo musimy mieć czas na plan B.
- A mamy jakiś plan B? - pytam.
Pierożek tylko się tajemniczo uśmiecha.
Po przymierzeniu czterech sukienek i spojrzeniu z nowej perspektywy oczywiście przekonuję się, że w jednej kiecce wyglądam zakonnicowato i staro, w drugiej dla odmiany zdzirowato, w trzeciej jak baba z wesela, a na czwartą to w ogóle brak słów. Świetnie, tylko że to oznacza, że nie mam się w co ubrać, a w niecałą godzinę nie zdążymy nawet dotrzeć do zbyt wielu sklepów tej przepastnej galerii, nie mówiąc już o przymierzeniu czegokolwiek i podjęciu jakiejś decyzji.
- Wiesz co, ja w ogóle nie powinnam tam iść. To kolejny znak - stwierdzam, z rezygnacją odsuwając zasłonę przymierzalni.
Pierożek wydaje się dziwnie spokojny.
- Oczywiście, że powinnaś tam iść. Musisz wręcz. A te kiecki to co najwyżej znak, że Aga jest kiepską stylistką. I że na wszelkie zakupy powinnaś zabierać mnie.
- Dobra, ale to cały czas nie rozwiązuje mojego problemu. Skoro tak się znasz na modzie, to może przynajmniej mi powiedz, która z tych czterech jest najmniej zła - jęczę.
- Wszystkie są tak samo złe. Duszno tu strasznie. Pora opuścić ten lokal - decyduje Pierożek, poruszając kołnierzykiem koszuli dla dodania sobie ochłody.
- Jak opuścić, przecież nie zdążymy już teraz niczego wybrać!
- Nie musimy niczego wybierać - oznajmia Piotrek, biorąc mnie pod łokieć i wyprowadzając ze sklepu. W przelocie obdarza zdębiałe ekspedientki uprzejmym skinieniem głowy. - Ja już dawno wybrałem i zarezerwowałem. Tak na wszelki wypadek.
- Że co?! - Staję jak wryta na środku świątecznie tandetnej alejki. - Zakładałeś, że źle wybierzemy?
- A tam, od razu zakładałem. - Piotrek ciągnie mnie za sobą w odmęty tego przybytku handlu. - Raczej dopuszczałem taką możliwość. No raz, raz, naprawdę mamy mało czasu - popędza mnie.
Mkniemy główną aleją, co chwilę kogoś potrącając. Jest duszno, z głośników sączy się teraz jakaś skoczna, szybka muzyka, która - jak gdzieś przeczytałam - sączy się wtedy, kiedy jest za dużo ludzi albo mało czasu do zamknięcia, żeby podprogowo zmusić klientów do podjęcia błyskawicznych decyzji i pospiesznego opuszczenia galerii. Kątem oka widzę migające jak drzewa wzdłuż ekspresówki kolorowe szyldy kolejnych sklepów. Zaczyna mi się od tego kręcić w głowie.
Wreszcie Piotrek przystaje i puszcza mnie przodem do rzęsiście oświetlonego butiku. Jestem tak skołowana, że nawet nie zauważam nazwy. Pierożek już z daleka uśmiecha się do stojącej za ladą eleganckiej sprzedawczyni. Na jej twarzy maluje się wyraz rozpoznania, odpowiada Piotrowi skinieniem głowy i odwraca się do stojącego za nią wieszaka, by przygotować dla nas kreację z karteczką "REZERWACJA - Warecki". Uśmiecham się, dostrzegając nazwisko Piotrka na sukience, i już chcę się z nim podzielić kąśliwą uwagą dotyczącą jego nowej garderoby, ale powstrzymuje mnie wyraz twarzy mojego przyjaciela. Jest jakiś uroczysty, nabożny niemal. Postanawiam, że nie będę psuła tej chwili.
Ekspedientka prowadzi nas do przymierzalni. Ekskluzywnej. Za złotą brokatową zasłoną czekają na mnie bordowy szezlong i stylowa szafka na rzeczy, a na ścianie po prawej wisi kryształowe lustro. Ten wystrój mnie onieśmiela. Sprzedawczyni umieszcza wieszak na ozdobnym haczyku i dyskretnie nas zostawia.
- Tylko jedna? - Patrzę na Pierrota z paniką.
- A po co więcej? Ta będzie doskonała - zapewnia mnie Piotr z niezbitą pewnością.
Teraz dopiero mam okazję przyjrzeć się sukni. Jest w kolorze czerwonego wina, długa i wydaje się raczej dopasowana. Na cienkich ramiączkach, dekolt woda. Talia podkreślona czarnym koronkowym pasem. Żadnych dodatkowych ozdób. Od razu mi się podoba.
Zdejmuję sukienkę z wieszaka z jakąś nieokreśloną tremą. Pozwalam, by delikatny materiał oblał mnie przyjemnym chłodem. Drżącymi palcami walczę z suwakiem, ale nie udaje mi się podciągnąć go wyżej niż do połowy pleców. Proszę o pomoc Piotrka.
Odgarnia zasłonę przymierzalni, upewniwszy się, że już może wejść. Stoję do niego tyłem i po chwili czuję na skórze bijące od niego ciepło, jego palce powoli suną w górę mojego kręgosłupa. Kiedy na koniec delikatnie odgarnia mi włosy z szyi na lewe ramię, mam gęsią skórkę. Wszystko odbywa się w jakiejś rytualnej wręcz ciszy, której żadne z nas nie ma odwagi przerwać. Uświadamiam sobie, że zamknęłam oczy.
Nagle dobiega nas głos ekspedientki, która pyta gdzieś z oddali, jak leży sukienka. Piotrek odskakuje ode mnie, jakbym nagle zaczęła wytwarzać silne pole elektromagnetyczne.
- Proszę nam dać jeszcze chwilę - odkrzykuje nieswoim głosem.
Zbieram się na odwagę, otwieram oczy i powoli obracam się w stronę lustra. Stoi przede mną jakaś zupełnie obca kobieta. Piękna kobieta. Sukienka leży na mnie jak druga, lepsza skóra. Dość mocno, ale z klasą, eksponuje biust, podkreśla talię, z lewej strony odsłania nogę mocno powyżej kolana. I w tym kolorze wyglądam tak jakoś... bo ja wiem? Promiennie? Stoję oszołomiona i wpatruję się w siebie z niedowierzaniem. To naprawdę ja?
- Chodź, tu jest większe lustro. - Piotrek chwyta moją dłoń, prowadzi mnie do korytarza poczekalni i stawia przed olbrzymią kryształową taflą. - Zjawiskowa... - szepcze, wyraźnie dumny ze swojego wyboru.
Zaraz potem dołącza do nas sprzedawczyni i dzieli się z nami fachowym komentarzem:
- Wyśmienicie. Krój idealny dla pani, pięknie się układa. Odcień w sam raz do pani cery i koloru włosów, do tego będzie pasował lekki makijaż z akcentem na usta, najlepiej, gdyby szminka była jak najbardziej zbliżona do koloru sukienki. Dam państwu jeszcze chwilę, z tym że bardzo proszę o możliwie szybką decyzję. Powinniśmy już zamykać, dziś sylwester...
- Och, przepraszam. W zasadzie już zdecydowaliśmy, za moment będziemy przy kasie - uspokaja ekspedientkę Pierożek, a ja obdarzam go wdzięcznym uśmiechem.
Chociaż musimy się spieszyć, nie odmawiam sobie przyjemności dokładnego przyjrzenia się sobie z każdej strony. Chyba pierwszy raz w życiu jestem naprawdę zadowolona z tego, jak wyglądam. Zerkam przez ramię. Wow, jaki ja mam w tej sukience tyłek! Uśmiecham się do siebie w lustrze.
- Tylko błagam, powiedz mi, że masz czarne szpilki i czarną torebkę - odzywa się Piotrek.
- A balerinki się nie nadadzą?
Na twarzy Piotrka maluje się panika.
- Na rany koguta, teraz to naprawdę...
- Żartuję - wchodzę mu w słowo. - Chyba każda kobieta ma w swojej szafie taki zestaw. Nawet ja. - Nie mogę przestać się uśmiechać.
Piotrek przykłada dłoń do klatki piersiowej gdzieś w okolicy serca i robi głęboki wydech. A potem wymownie patrzy na zegarek.
Z ociąganiem wracam do przymierzalni, ostrożnie i z pewnym żalem zsuwam swoją kreację, po czym z nabożną czcią układam ją na szezlongu. Teraz już wiem, po co tu jest. Pstryk, i znów zamieniam się w Kopciuszka. Zbieram swoje rzeczy, a na koniec starannie umieszczam sukienkę na wieszaku. I uśmiech na mojej twarzy zastyga.
- Piotrek, ja nie mogę jej kupić! - szepczę z rozpaczą, wychodząc z kabiny przymierzalni.
- Nie żartuj, coś nie tak? - dziwi się mój przyjaciel. - Coś puściło na szwie?
- Chyba ci w mózgu coś puściło - strofuję go. - Widziałeś cenę?
- A, to...
- No, ten szczegół. Dziesięć tysięcy? Na głowę upadłeś? To są dwie moje pensje! Brutto!
- Ale Makiełło to nie jest jakiś tam grajek, tylko światowej sławy kompozytor - perswaduje Piotrek nieudolnie. - Nie możesz się u niego pokazać w byle jakich szmatkach!
- Wszystko się zgadza, tylko czym ja się będę żywiła przez najbliższe dwa miesiące? Strawą duchową w postaci wspomnień wielkiej gali? A Hance za rachunki zapłacę opowieściami z wielkiego świata, pieśnią wajdeloty? I w ogóle ja nawet nie mam tyle na koncie! Piotrek, wracamy do tego pierwszego sklepu.
- Yyy, raczej nie. Już jest zamknięty. I naprawdę nie mogłabyś się pokazać na takiej imprezie w żadnej z tamtych kiecek. - Pierożek drapie się po głowie. - Słuchaj, ja ci kupię tę sukienkę. To będzie prezent ode mnie.
- Oszalałeś? - wrzeszczę szeptem. - Nie zgadzam się na takie drogie prezenty!
- Słuchaj, ale ja mam dobrą pracę, naprawdę spoko zarobki. Nie mam co z tą kasą robić nawet.
- To oddaj na bezdomne psiaki albo se lokatę załóż na przyszłość - syczę. - Nie zgadzam się i koniec.
- Proszę państwa, czy wszystko w porządku? Mogę w czymś pomóc? - dobiega nas uprzejmy, choć zabarwiony zniecierpliwieniem głos ekspedientki.
- Tak, tak, już idziemy! - woła Piotrek. - No to ci pożyczę. Potraktuj to jak pożyczkę - zwraca się do mnie.
- Dzięki, tylko że pożyczki należy spłacać. A ja nie będę miała z czego - uświadamiam go.
- Julka, ale naprawdę nie będziesz się musiała spieszyć. Oddasz, kiedy będziesz mogła. - Przyjaciel krzepiąco kładzie mi dłoń na ramieniu i zagląda mi w oczy z niewinnie uniesionymi brwiami.
- A jak nie będę mogła? Jeżeli nigdy nie będę mogła? - pytam już bliska łez.
- To wtedy uznamy to za prezent.
Nie wiem, co mam robić. Sukienka jest idealna, jak uszyta dla mnie, i w najśmielszych marzeniach nie śniłam, że mogę w czymkolwiek wyglądać tak jak w niej. Ale przecież nie wydam dziesięciu tysięcy na ciuch, który założę tylko raz! Nawet jeśli potem tę kieckę sprzedam, przy optymistycznym założeniu, że ktoś ją zechce kupić, nie odzyskam pewnie ani połowy pieniędzy. Sukienki, które wybrałyśmy z Agą, kosztowały jedną dziesiątą tej kwoty. Tyle że teraz już stały się niedostępne, bo zamknęli sklep. Widzę tylko jedno wyjście:
- Po prostu tam nie pójdę - szepczę do Piotrka zrezygnowana, przełykając łzy.
- Nie możesz nie pójść! - oburza się Pierrot. - Przecież wiesz, jakie tam będą nazwiska. To dla ciebie wielka szansa na nawiązanie nowych kontaktów, może dostaniesz jakieś ciekawe propozycje, wybijesz się. No i w ogóle przecież mówiłaś, że po sukcesie tej płyty Makiełły awans masz w kieszeni, a wtedy to już na pewno dadzą ci podwyżkę i oddasz mi za tę sukienkę, skoro musisz, jakoś w pięćdziesięciu ratach. Hej, Julka! - Piotrek unosi palcem wskazującym mój podbródek, a kciukiem wyciera spływającą mi po policzku łzę.
Znowu robi się cicho. Patrzę w te jego dobre, poczciwe ciemne oczy, które uśmiechają się teraz do mnie. I zalewa mnie jakiś dziwny spokój.
- Proszę państwa - odzywa się nagle sprzedawczyni. - Ja bardzo państwa przepraszam, ale jest już ponad pół godziny po zamknięciu, ochrona już dzwoniła...
- Tak, tak, właśnie wychodziliśmy - bąkam przepraszająco.
- A sukienka? Zdecydowała się pani?
- Nie - szepczę ledwo dosłyszalnie.
- Tak, weźmiemy ją - mówi w tym samym momencie Piotrek i zanim zdążam zaprotestować, stanowczo wyjmuje sukienkę z moich bezwładnych rąk, po czym rusza z nią do kasy.
Idziemy przez pustą galerię odprowadzani niechętnymi spojrzeniami ochroniarzy. Jest cicho, słychać tylko skrzypienie naszych butów na wypolerowanej posadzce, żadne z nas się nie odzywa. Po zakupowym szale, adrenalinie i całej tej nerwówce z sukienką udało mi się na chwilę zapomnieć o rozstaniu z Jackiem, ale jestem okropnie zmęczona i znowu dopadają mnie wątpliwości. Second thoughts. Ładna eksportowa nazwa dla mojego stanu.
Może ja źle zrobiłam? Może niepotrzebnie się pospieszyłam z tym zerwaniem? Mało to par żyje, tak jak my żyliśmy, i ma się świetnie? Żadnych zobowiązań, zawsze uchylona furtka, jeśli coś pójdzie bardzo nie tak. Osobne życie, osobne mieszkania, osobne konta - mniej kłótni, mniej stresów. A ten brak zaangażowania i namiętności w naszym związku? Może to moja wina? Może mam w sobie coś, co zniechęca mężczyzn? W końcu przez tyle lat byłam sama. Do tego wiecznie zajęta: najpierw pochłaniały mnie studia, potem doszły jeszcze praktyki, niewiele później praca na zlecenie. Może za mało czasu zainwestowałam w to uczucie? Może to ja się niewystarczająco starałam? Za mało seksownej bielizny, wypadów we dwoje, kolacji przy świecach? Może gdybym była inna, rozbudziłabym w nim pragnienie realizacji tych naturalnie ludzkich potrzeb: stabilizacji, bliskości, a w dalszej perspektywie przekazania genów? Może to ze mną coś jest nie tak? A jeśli nikogo już nigdy nie znajdę i zostanę starą panną z siedmioma kotami? Nie chcę umrzeć w samotności...
Po chwili dociera do mnie, że pochłonięta tymi ponurymi myślami, nawet nie zauważyłam, kiedy znaleźliśmy się na podziemnym parkingu. Półmrok i echo naszych kroków przywołują w mojej pamięci wszystkie obejrzane dotąd horrory, a zimno tu tak, że aż przechodzi mnie dreszcz. Pierożek jak zwykle nie bardzo pamięta, gdzie zaparkował, ale zostało ledwie parę aut, więc wystarczy się rozejrzeć. Idzie teraz przodem, nadal bez słowa, i dzierży suknię, zabezpieczoną pokrowcem i plastikową osłonką, jakby niósł Świętego Graala. Kroki stawia niepewnie, a zgiętą rękę, przez którą przewiesił moją kreację, trzyma sztywną i nieruchomą. Poczciwy Pierożek wygląda tak pociesznie, że nie potrafię powstrzymać uśmiechu.
Wreszcie docieramy do auta. Piotrek otwiera drzwi pilotem i przez dłuższą chwilę stoi skonsternowany. Zastanawia się, biedaczek, gdzie ulokować sukienkę, żeby przetrwała podróż bez uszczerbku na urodzie.
- Może powieś ją na haczyku na tej rączce nad drzwiami? - proponuję.
- Nie da rady, będzie dotykała podłogi - sprzeciwia się. - Może ją położyć z tyłu?
- Zsunie się przy pierwszym hamowaniu, bo ta folia jest śliska - krytykuję jego pomysł. - Daj no ją - mówię w końcu. - Teraz ja przekładam sobie suknię przez zgięte ramię i wsiadam do samochodu.
Pierożek zapina mi pasy. Boję się drgnąć. Jestem żywym wieszakiem na sukienkę. W końcu oboje wybuchamy śmiechem i to dziwne napięcie między nami nareszcie się rozładowuje. Zanim ruszamy, Piotrek patrzy na mnie badawczo i pyta jeszcze:
- Czemu tak zareagowałaś w sklepie, kiedy ekspedientka wzięła mnie za twojego męża?
- Jak zareagowałam? - dziwię się.
- Zaczęłaś się histerycznie śmiać. Nie nadaję się na męża twoim zdaniem?
- Ojejku, nie, przecież wiesz, o co chodzi.
- No właśnie nie mam pojęcia, oświeć mnie - drąży skonsternowany Piotr.
- Słuchaj, Pierożku, jesteś moim najlepszym przyjacielem i zapewniam cię, że każda kobieta marzy o takim mężu jak ty. Ale... No kurczę, co by na to powiedział Bogdan?
Piotrek uderza się otwartą dłonią w czoło.
- Ja pierdolę, Bogdan, zupełnie o nim zapomniałem! Przecież my mamy dzisiaj występ, a za piętnaście minut umówiliśmy się na ostatnią próbę!
Ruszamy z piskiem opon.
- Kochany Pierożek, zawsze, zawsze można na niego liczyć - komentuje moją opowieść Hania.
Siedzimy teraz we trzy - ja, ona i Aga - przy dużym stole w kuchni, pijemy sobie pyszną gorącą herbatę z plastrem pomarańczy i kawałkiem cynamonu, a naprzeciw nas na drzwiach wisi moja przepiękna suknia. Patrzymy na nią jak urzeczone.
- Och tak, nasz Piotruś to wymierający gatunek - potwierdza żarliwie Aga. - Ale niestety poza naszym zasięgiem, jak wszystkie wiemy - zauważa, z naciskiem na słowo "naszym".
- I gust ma chłopak jak paryski stylista. - Hania wzdycha z rozmarzeniem. - Weź przymierz tę sukienkę.
- Zupełnie mi się nie chce, naprzymierzałam się już dzisiaj - protestuję. - Przecież zobaczycie mnie jutro.
- A jeśli nam się nie spodobasz? Jeśli coś będzie nie w porządku? - podpuszcza mnie Aga.
- To i tak nic z tym nie zrobię - mówię leniwie. - Jutro sklepy są zamknięte, krawcowe nie pracują, w końcu jutro narodowe święto kaca. A poza tym tak mi tu dobrze w tym ciepełku, że za nic na świecie nie zmusicie mnie do ruszenia się z miejsca, nie mówiąc już o zdjęciu choćby na chwilę mojego miękkiego sweterka.
- Jak rozumiem, sylwester w kapciach? - upewnia się Aga.
- Tak! - potwierdzamy zgodnie z Hanką.
- Ja nie jestem w nastroju. Poza tym te zakupy mnie wykończyły.
- A moje nastawienie do świętowania ostatniego dnia w roku wszyscy znają - zauważa słusznie Hania.
- Ja z kolei mam trzy zamówienia na jutro, wszystkie to torty na chrzciny - mówi Aga. - Tylko trochę głupio ze względu na Pierożka. Liczył na nas w tym swoim klubie jazzowym, ma duży występ.
- Przeżyje bez nas, przecież co tydzień tam gra - mówi Hanka.
- To może chociaż teraz posłuchajmy, jak chłopakom idzie? - proponuję. - Lecieliśmy tu na łeb, na szyję, bo Pierożek robi sobie z Bodziem ostatnią próbę. Dla niego mogę się poświęcić i opuścić tę swoją strefę komfortu.
- Żeby przenieść się do jego strefy komfortu - zauważa z uśmiechem Aga.
Daję jej kuksańca.
- Dobry pomysł - chwali mnie Hanka. - To wy już idźcie, a ja skoczę piętro wyżej, żeby powiedzieć Staszkowi, gdzie jesteśmy. Piecze z Karolkiem i jego babcią kruche ciasteczka - wyjaśnia, napotykając moje pytające spojrzenie. - Babcia przyjechała do Karolka z Kielc, bo jego rodzice oczywiście wybierają się na jakiś bal. - Przewraca z niesmakiem oczami.
Już na klatce schodowej słychać muzykę z mieszkania Piotrka. Wchodzimy bardzo cicho, żeby nie rozpraszać chłopaków, i kierujemy się do salonu, gdzie odbywają próbę. Pierożek opiera skroń o gryf swojej wiolonczeli, ale na nasz widok odrywa głowę od instrumentu i uśmiecha się do nas przyjaźnie. Bodek jest tak pochłonięty akompaniowaniem na pianinie, że nawet nas nie zauważa.
Siadamy na wygodnej Pierożkowej kanapie. Lubię to jego oszczędnie urządzone, praktyczne mieszkanie. Wybór każdego przedmiotu jest tu podyktowany pragmatyzmem i wygodą, a jakimś cudem równocześnie wnętrze sprawia wrażenie przytulnego. Wszyscy się tu dobrze czują, ale może to po prostu kwestia gospodarza.
Dajemy się ponieść pięknej melodii. Chłonę muzykę, pozwalam jej odgonić moje czarne myśli, moją tremę przed jutrem, moje dzisiejsze zmęczenie. Dźwięk wiolonczeli wlewa się wprost do mojej duszy jak kojący eliksir. Czysty i płynny, wibruje w moim wnętrzu. Patrzę na noc za oknem i na opadające powoli na jej tle płatki śniegu.
Chłopaki stanowią idealnie zgrany duet, w swojej grze są perfekcyjni. Robią jazzowe aranżacje znanych i mniej znanych, ale zawsze świetnych piosenek. Przysłuchuję się przez chwilę, żeby po kilku taktach rozpoznać balladę Roberta Kasprzyckiego List, a właściwie dwa. Wiolonczela pasuje do niej idealnie. Piotrek z zamkniętymi oczami i zmarszczonymi brwiami prowadzi przejmującą instrumentalną narrację. Jestem pewna, że nawet ktoś, kto nie zna tekstu, dosłucha się w tej melodii tęsknoty, rozdarcia, żalu za utraconą miłością. Jak bardzo to pasuje do uczuć, które właśnie przeżywam, to jakby komentarz do mojego rozstania. Tyle że ja dziś pogrzebałam jedynie marzenie o prawdziwej miłości, opłakuję pięć lat czekania na coś, co nie miało prawa rozkwitnąć przy Jacku. Po krótkim przerywniku na pianinie chłopcy przechodzą do refrenu:
Kiedyś byliśmy razem, lecz
Tego nie można odwrócić.
Precyzyjnie ciął lancet dwoje serc -
Wszystkie kłótnie, plany, noce, nici, sny...
Precyzyjnie ciął lancet każdą rzecz,
Która miała złączyć słowa "ja" i "ty".
Nagle wiolonczela milknie, po chwili także pianino ucina akompaniament. Odrywam wzrok od tańczących na wietrze płatków i spoglądam na Piotrka z uniesionymi brwiami. Piotrek patrzy na mnie. Okazuje się, że nie tylko on. Wszyscy patrzą.
- Co? - pytam ze zdumieniem.
- Czemu ty się nigdy nie pochwaliłaś, że masz taki piękny głos?! - wykrzykuje Pierrot.
O rany... Więc ja ten refren zaśpiewałam? To nie wybrzmiało wyłącznie w mojej głowie? Ten dzień był jednak cięższy, niż myślałam.
- Matko, przepraszam cię bardzo, Piotrusiu. Nie chciałam wam przeszkodzić, sama nie wiem, kiedy zaczęłam śpiewać...
- No co ty, dziewczyno, nie przepraszaj! Jesteś niesamowita, nie miałem pojęcia, że masz taki talent! - odzywa się Bodzio.
- Nikt z nas nie miał - zauważa Aga. - Ona nawet pod prysznicem nie nuci.
To prawda, mam odwagę śpiewać tylko wtedy, gdy jestem sama. Już te dywagacje na temat mojego wątpliwego wykonania są dla mnie strasznie krępujące. Czuję, że oblałam się rumieńcem, który spływa na moją szyję i dekolt.
- Ojejku, no przestańcie - protestuję. - To nic wielkiego, tylko sobie pod nosem zamruczałam przecież.
- Tylko zamruczałaś? To weź zaśpiewaj to teraz z nami pełnym głosem - prosi Piotrek. - No! Raz, dwa i... - Daje znak Bodkowi i płyną pierwsze takty piosenki.
- Nie, nie, nie! - przerywam im, gwałtownie wstając i nerwowo machając rękami. - To nie wyjdzie, chłopcy, ja nie śpiewam publicznie.
- Nie wygłupiaj się - perswaduje Bodek - przecież sami swoi, nie żadna publiczność!
- I z takim głosem nie masz się czego wstydzić - przekonuje Piotrek. - Masz przepiękną barwę, z taką lekką jazzową mgiełką. Ani jednej fałszywej nuty! Julka! Uczyłaś się gdzieś śpiewu?
- Nie żartuj! - prycham z zakłopotaniem.
- No to mamy samorodny talent! - woła zachwycona Aga.
Jeszcze chwilę się tak przekomarzamy, oni za wszelką cenę starają się mnie namówić, żebym coś im zaśpiewała, a ja wiem, że nie zgodzę się za żadne skarby. W pokoju robi się gwar. Nikt z nas nie dostrzega, kiedy wchodzi Hania.
- Wiecie co - jej głos ledwie się przebija przez naszą energiczną wymianę zdań - jak się rozniesie po mieście, że nie zamykamy drzwi na klucz, to ktoś w końcu wlezie do ciebie, Pierożku, albo do nas i w najlepszym razie nas okradnie, a nawet tego nie zauważymy.
- A co się ma roznieść? - pyta beztrosko Aga. - Tyle czasu się nie zamykamy i dobrze jest.
- Więc lepiej po prostu nie kracz - popiera Agę Pierożek.
- A czemu wy nie gracie, nie mieliście ćwiczyć przed wieczornym występem? - dziwi się Hanka.
Temat mojego wielkiego marnowanego talentu jest wałkowany od nowa. Moi przyjaciele, przekrzykując się, zdają Hani relację z tego, co ją ominęło. Pierożek wróży mi wielką karierę, będącą na wyciągnięcie ręki, a Bogdan stwierdza, że powinnam dołączyć do ich zespołu. Ja nie mam już siły z nimi walczyć i po prostu słucham tego wszystkiego z uśmiechem. Nagle Hania doznaje olśnienia:
- Ja wiem, co ją ośmieli. Wi-na, wi-na, wiiiina dajcie - śpiewa ochryple, pstrykając do rytmu palcami.
- Po alkoholu też nie śpiewam... - rozczarowuję ich.
- Najwyraźniej nigdy nie osiągnęłaś odpowiedniego stężenia odpowiedniego trunku - konstatuje Bodek.
- Najwyraźniej - potwierdzam. - Ale z tym winem to jest nawet niegłupia myśl - przyznaję.
- Już się robi!
Piotrek znika w kuchni, a po chwili wraca, pobrzękując szkłem, i stawia na stole moje ulubione porto.
- A czemu tylko trzy kieliszki? - dziwi się Aga.
- No przecież dzisiaj gramy - przypomina Bodzio. - A szanujemy swoją publiczność i nigdy nie wychodzimy na scenę nawet po jednym.
Piotrek ujmuje butelkę i zbliża ją do pierwszego kieliszka.
- Pierożku, tylko ja tak symbolicznie - zastrzegam. - Wiesz, że jutro muszę być w formie.
- Ja też - reflektuje się Aga. - Mam jeszcze dokończyć na jutro te swoje torty, a to przecież dłubanina. Muszę ulepić z masy cukrowej setki kwiatuszków i innych motylków, a potem precyzyjnie je rozmieścić. Nie może mi ręka drgnąć.
- I ja też tylko kropelkę - zaznacza Hanka. - No wiecie, mam pod opieką małolata, muszę być w każdym momencie gotowa na wszystko.
- Z wami to tylko pić. - Pierożek się śmieje, ale posłusznie nalewa każdej z nas ledwie po pół kieliszka.
- No, grajcie, grajcie, chłopcy - przypomina Hania. - Żebyście dzisiaj plamy nie dali.
Płyną kolejne minuty, które dla mnie - gdyby pominąć to, co się dzisiaj stało, i to, co ma się stać jutro - są ucieleśnieniem idealnego sylwestra. Świetna muzyka w perfekcyjnym wykonaniu na żywo, dobre wino w kieliszku i doborowe towarzystwo. Mogłoby tak zostać już na zawsze. Wybrzmiewają ostatnie takty szkockiej pieśni Auld Lang Syne, tradycyjnie śpiewanej w Stanach w ostatni dzień roku tuż przed północą. To nostalgiczna opowieść o przyjaźni i znowu nachodzi mnie myśl, że chłopcy wybrali repertuar idealnie pasujący do chwili. Zalega cisza, którą nagle przerywają dobiegające od drzwi powolne klaśnięcia.
Przeszywa mnie dreszcz złego przeczucia. Kto to może być, skoro wszyscy jesteśmy tutaj? Czy Piotrek się kogoś spodziewa? Patrzę na niego i widzę jego szeroko otwarte ze zdumienia oczy oraz zmieniony wyraz twarzy. Odwracam się, bo ciekawość okazuje się silniejsza niż strach przed tym, kogo tam zobaczę. W drzwiach stoi wysoki, opalony, porażająco przystojny mężczyzna. Opiera się ramieniem o futrynę i uśmiecha się, trochę krzywo, z nutką drwiny.
- Adam? - odzywa się Piotrek wyraźnie odmienionym głosem. - Adam, co ty tu robisz?