Zbliżenia. Julia - Anna Poinc-Chrabąszcz

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Ha­nia

Jak za­wsze trzy­dzie­stego pierw­szego grud­nia za­cho­dzę w głowę, dla­czego ktoś dawno temu do­szedł do wnio­sku, że ostatni dzień roku to oka­zja do świę­to­wa­nia. Hucz­nego w do­datku. Ten, kto wy­my­ślił taką bzdurę, chyba mu­siał się w ży­ciu mocno nu­dzić. Sie­dzę przy oknie w kuchni i ab­so­lut­nie nic mi się nie chce. Jest mi do­brze w mo­ich ge­trach, sta­now­czo za bar­dzo opię­tych na tyłku, i roz­wle­czo­nym swe­trze. Zresztą je­dyny męż­czy­zna, na któ­rym mi za­leży, i tak uważa mnie za naj­pięk­niej­szą z ko­biet.

Męż­czy­zna ów wła­śnie wy­cy­ga­nił ode mnie zgodę na włą­cze­nie ka­nału, który bez prze­rwy na­daje kre­skówki. W końcu jest syl­we­ster, a skoro już się utarło, że to ta­kie święto, niech so­bie młody po­świę­tuje. Niby za­rzeka się, że nie pój­dzie spać do pół­nocy i w tym roku wresz­cie zo­ba­czy te "fa­jer­dełki", ale pew­nie znowu pad­nie tuż po dwu­dzie­stej pierw­szej i za­śnie snem tak twar­dym, że na­wet wy­strzał ar­matni nie po­sta­wiłby go na nogi.

Jem skrawki tortu, jed­nego z pier­dy­liona, które Aga wy­pro­du­ko­wała w ostat­nich dniach w ra­mach do­ra­bia­nia do nędz­nej pen­sji na­uczy­cielki pla­styki w pod­sta­wówce. Ma co­raz wię­cej za­mó­wień, ale też trudno się temu dzi­wić - two­rzy praw­dziwe cu­deńka, w do­datku pyszne. Nie ta­kie jak te, które mają tylko do­brze wy­glą­dać. Oczy­wi­ście dla nas zo­stają okrawki po­zba­wione mi­ster­nych zdo­bień, lecz osta­tecz­nie i tak wszystko staje się jed­no­litą papką, kiedy tylko trafi do ust, więc to bez zna­cze­nia.

Oho, chyba ścią­gnę­łam Agę my­ślami.

- No i jak tam, Julka wró­ciła? - Wpada do miesz­ka­nia jak bomba, nio­sąc ze sobą lo­do­waty po­dmuch.

- Nie. Boże, za­mknij szybko te drzwi! - wrzesz­czę do niej, bo wieje po no­gach i aż dresz­czy do­staję z tego zimna.

- Do­bra, do­bra, nie wście­kaj się. Nie mia­łam ręki, tasz­czę ty­siąc pięć­set siat. Ależ prze­mar­z­łam, wieje jak w Kie­lec­kiem.

No tak, te­raz wy­pa­dła jej ko­lej. Tyle razy jej mó­wi­łam, że nie­po­trzeb­nie dźwiga. Ja tam wolę za­mó­wić on­line i tylko ode­brać torby od pana, który targa je za mnie. Oszczęd­ność czasu, ener­gii i wszyst­kiego. Aga i Julka oczy­wi­ście się upie­rają, że na Rynku Dęb­nic­kim wa­rzywa i owoce są naj­lep­sze na ca­łej pla­ne­cie. No i nie po­doba im się, że in­ter­ne­towy su­per­mar­ket pod­mie­nia to­wary na od­po­wied­niki in­nej marki, je­śli aku­rat cze­goś wska­za­nego przeze mnie nie ma. A mnie to, szcze­rze mó­wiąc, zwisa i po­wiewa.

- A wiesz, cio­ciu, mój ko­lega, ten Ka­ro­lek, co mieszka nad nami, ma w Kiel­cach bab­cię. I po­do­bno tam na­prawdę wieje bez prze­rwy, na­wet jedno osie­dle na­zywa się Wi­chrowe Wzgó­rze - in­for­muje Agę Sta­szek, który za­wsze zni­kąd zja­wia się tam, gdzie kon­wer­suje co naj­mniej dwoje do­ro­słych. Pod­słu­chi­wa­nie roz­mów to ulu­bione za­ję­cie mo­jego syna.

- A ty nie mia­łeś cza­sem oglą­dać ja­kiejś bajki? Wiesz, że wolę, że­byś się nie krę­cił po kuchni, kiedy aku­rat stoi na pal­niku sa­gan z wrzącą zupą - upo­mi­nam go, bo rze­czy­wi­ście ob­se­syj­nie się boję, żeby się nie po­pa­rzył.

Wstaję ze swo­jego fo­tela pod oknem i idę niby to za­mie­szać w ga­rze, ale tak na­prawdę chcę od­gro­dzić swoje dziecko od źró­dła po­ten­cjal­nego nie­bez­pie­czeń­stwa. Ro­bię - jak to ją na­zy­wamy - zupę śmiet­nik. Dziś tro­chę po mek­sy­kań­sku, z ku­ku­ry­dzą i fa­solką z puszki, które, ku­pione w pro­mo­cji, miały już bar­dzo krótki ter­min przy­dat­no­ści. Pły­wają tam jesz­cze ka­wałki mięsa, ziem­niaki i inne po­kro­jone w kostkę wa­rzywa. Może mało wy­kwint­nie jak na tę uro­czy­stą oka­zję (ha, ha), ale przy­naj­mniej mam z głowy obiad na ko­lejne dwa dni.

- Bajka - pry­cha Sta­szek z naj­wyż­szą po­gardą. - Tu­taj jest cie­ka­wiej.

- Cie­ka­wie to się zrobi, jak wróci Julka. Co ona tak długo? Ileż można zry­wać z fa­ce­tem? - nie­po­koi się Aga.

- Ona wcale jesz­cze nie prze­są­dziła o ze­rwa­niu - za­uwa­żam. - Miała po­ga­dać z Jac­kiem naj­pierw. Zresztą dzi­siaj jest dzień nie naj­lep­szy na ta­kie po­su­nię­cia. Przy­naj­mniej zgod­nie z obie­gową opi­nią, któ­rej, jak wiesz, nie po­dzie­lam - do­daję szybko, żeby so­bie nie po­my­ślała znowu Bóg wie czego. - Lu­dzie chcą świę­to­wać, cie­szyć się, a nie prze­ży­wać ży­ciowe dra­maty.

- O, ode­zwała się opty­mistka, która aż kipi ra­do­ścią. Nie­na­wi­dzę tego ba­nału. "Cha­łupa im się spa­liła, i to na same święta", tak jakby był na to lep­szy albo gor­szy mo­ment. A poza tym syl­we­ster to wła­śnie zna­ko­mita pora, żeby do­ko­ny­wać ży­cio­wych wy­bo­rów. Po co za­czy­nać ko­lejny rok związku, który i tak nie ma szans?

- A ja ci mó­wię, że ona z nim nie ze­rwie. Pięć lat to dzi­siaj ka­wał czasu, szkoda by było tak po pro­stu to prze­kre­ślić.

- Mama ma ra­cję. Sły­sza­łem u Ka­rolka, jak jego mama mó­wiła, że ko­biety bli­sko trzy­dziestki są zde­spe­rane i że­nią się z pierw­szym, co się tylko na­wi­nie - wtrąca się Sta­szek.

No tak. Za­po­mnia­łam, że to­wa­rzy­szy nam eks­pert od wszyst­kiego, po­wo­łu­jący się w do­datku na nie­kwe­stio­no­wany au­to­ry­tet. Ka­rolka, a do­kład­niej: jego mamę. To już w ogóle.

- Po pierw­sze, nie "zde­spe­rane", tylko zde­spe­ro­wane. Po dru­gie, ko­biety się nie że­nią, tylko wy­cho­dzą za mąż. Po trze­cie, nie uży­waj słów, któ­rych zna­cze­nia nie znasz - wy­gła­szam ro­dzi­ciel­ską mowę.

- No to po­wiedz mi, co to zna­czy.

- Ju­tro, do­brze? - Nie mam po­ję­cia, jak to, do cho­lery, wy­tłu­ma­czyć pię­cio­lat­kowi.

Wiem, że po­zby­łam się pro­blemu tylko na chwilę. Sta­szek jest dziec­kiem, które ni­gdy nie od­pusz­cza. Ju­tro na pewno mi przy­po­mni, co mam mu wy­tłu­ma­czyć, ale na szczę­ście na półce stoi słow­nik.

- Ho, ho, żeby Ja­cuś ze­chciał się że­nić, to nie by­łoby sprawy - kwi­tuje Aga.

- Strasz­nie je­steś na niego na­je­żona - mó­wię. Nie da się tego nie za­uwa­żyć. - Wła­śnie po to mają się spo­tkać, żeby ta­kie rze­czy omó­wić. Może on się nie do­my­śla, czego Ju­lia ocze­kuje.

- No wiesz co, to te­mat wy­maga omó­wie­nia twoim zda­niem? - obu­rza się Aga. - Po tylu la­tach fa­cet po pro­stu po­wi­nien wie­dzieć, jak się na­leży przy­zwo­icie za­cho­wać. Kie­dyś to taki ku­po­wał pier­ścio­nek, wie­cheć pod pa­chę brał i klę­kał. Sam z sie­bie. A dzi­siaj co?

- Nie je­steś ty aby tro­chę sta­ro­świecka? - drwi Pio­trek, który nie­spo­dzie­wa­nie zja­wia się w kuchni. - Po kim jak po kim, ale po to­bie nie spo­dzie­wał­bym się ta­kich słów. Cześć wszyst­kim - re­flek­tuje się.

Pio­trek to nasz są­siad z na­prze­ciwka i przy­ja­ciel domu, zwany Pier­ro­tem ze względu na swoje me­lan­cho­lijne uspo­so­bie­nie, zdrob­niale Pie­roż­kiem z po­wodu mi­ło­ści do ma­mi­nych ru­skich od­sma­żo­nych na pa­telni na chrupko, tak żeby miały złotą sko­rupkę.

- A dla­czego aku­rat po mnie nie? I znowu wsze­dłeś bez pu­ka­nia! - Aga oskar­ży­ciel­sko wy­tyka go pal­cem.

- Za­wsze wcho­dzimy do sie­bie bez pu­ka­nia, więc nie rób afery. A po to­bie bym się nie spo­dzie­wał, bo o ile mi wia­domo, nie masz sta­łego fa­ceta i z nie­szczę­śni­kami, z któ­rymi rand­ku­jesz, roz­sta­jesz się bez mru­gnię­cia, kiedy tylko ci się znu­dzą. Czyli bar­dzo szybko.

- Bo wciąż szu­kam ide­ału, ale ja­koś zna­leźć nie mogę - sy­czy Aga. Jej czarne oczy nie­bez­piecz­nie błysz­czą. Kiedy się de­ner­wuje, daje o so­bie znać jej pa­su­jący do wło­skiej urody, którą jest ob­da­rzona, tem­pe­ra­ment. - I tak, ta­kie mam ma­rze­nie, żeby ten wła­ściwy ktoś kie­dyś przede mną klęk­nął. Że­byś wie­dział, Pie­rożku.

- Wy wszyst­kie ma­cie ta­kie ma­rze­nie - bur­czy Pio­trek. - Ju­lia jesz­cze nie wró­ciła?

- No wła­śnie nie. - Za­czy­nam się po­waż­nie mar­twić, przez co ner­wowo sku­bię kciuk, i tak już po­sku­bany pra­wie do ko­ści.

- Coś długo jej nie ma. Już po dwu­na­stej, a mie­li­śmy dzi­siaj ku­pić dla niej suk­nię na tę ju­trzej­szą wielką galę.

- Jezu Chry­ste, to ona jesz­cze nic nie ku­piła? Zwa­rio­wała? Dzi­siaj sklepy będą czynne naj­wy­żej do szes­na­stej, a ju­tro wszystko po­za­my­kane! - prze­ra­żam się szcze­rze, bo znam Ju­lię nie od dziś i wiem, jaka jest na za­ku­pach. Po­wie­dzieć, że wy­bredna i nie­zde­cy­do­wana, to nic nie po­wie­dzieć.

- Ha­niu, wy­lu­zuj - pró­buje mnie uspo­koić Aga. - Ja z nią by­łam w ze­szłym ty­go­dniu, Pie­ro­żek ma jej po­móc do­ko­nać osta­tecz­nego wy­boru spo­śród czte­rech wstęp­nie wy­bra­nych kre­acji. Umie chło­pak do­ra­dzić. - Mruga do niego.

- Nie pod­li­zuj się. - Pio­trek po­ka­zuje jej ję­zyk. - Ale mó­wię wam, że coś długo jej nie ma. Może do niej za­dzwo­nić? Może trzeba tam je­chać i mordę Jac­kowi skuć?

- Co wam obojgu od­biło? - Nie kryję obu­rze­nia. - Pew­nie się po­go­dzili, do­ga­dali i te­raz gru­chają w ja­kimś mi­ło­snym gniazdku.

Pio­trek po­chmur­nieje.

- A weź. Nie po­do­bał mi się ten Ja­cek od sa­mego po­czątku. Mar­nuje tylko dziew­czyna czas.

Na chwilę za­lega po­nure mil­cze­nie, jakby każdy z nas od­twa­rzał w pa­mięci sceny z udzia­łem Jacka. Te­raz to już na­prawdę mar­twię się o Ju­lię. Ze­gar brzmi ja­koś zło­wrogo, jakby nam - no­men omen - wy­ty­kał ko­lejne se­kundy. Ze stresu za­lewa mnie fala mdło­ści. Sta­szek jest po­chło­nięty ukła­da­niem kloc­ków. Ci­sza robi się nie do wy­trzy­ma­nia.

Na­gle - jakby na za­wo­ła­nie - prze­rywa ją chrzęst klamki drzwi wej­ścio­wych. Na­dal nikt nie ma śmia­ło­ści się ode­zwać. Za­raz po­tem Ju­lia wcho­dzi do kuchni i ciężko opada na krze­sło. Przy­nio­sła ze sobą za­pach kra­kow­skiego mrozu, ota­cza ją jesz­cze mgiełka chłodu, ma za­ró­żo­wione po­liczki. Pa­trzymy na nią py­ta­jąco. Wresz­cie Pio­trek robi długi wy­dech, jakby prze­trzy­my­wał w płu­cach haust po­wie­trza, i ośmiela się ode­zwać:

- Ju­lia...? Wszystko okej?

- Nic nie jest okej. - Ju­lia wy­bu­cha pła­czem.

Są ta­kie sy­tu­acje w ży­ciu, kiedy po­rządny płacz, taki z trzewi, oka­zuje się do­bry i oczysz­cza­jący. W ogóle - wbrew obie­go­wym opi­niom i ty­po­wym re­ak­cjom ty­sięcy ma­tek zbun­to­wa­nych kil­ku­lat­ków - płacz jest da­rem, a nie prze­kleń­stwem. Daje upust sku­mu­lo­wa­nym emo­cjom, po­zwala roz­ła­do­wać na­pię­cie, przy­nosi ulgę. Trwamy więc przy Ju­lii do­bry kwa­drans i po pro­stu po­zwa­lamy jej się wy­pła­kać. Aga gła­dzi ją po ple­cach, Pio­trek przy­krywa jej dłoń swoją dło­nią i co ja­kiś czas pod­suwa chu­s­teczki. Ja przy­no­szę świeżo za­pa­rzoną me­lisę.

Po chwili wy­gląda na to, że naj­gor­sza fala szlo­chu już od­pływa. Ju­lia ociera łzy, czy­ści nos i chli­piąc, obej­muje rę­kami cie­pły ku­bek. Wpa­truje się w lu­stro zio­ło­wego na­paru, co naj­mniej jakby usi­ło­wała wy­czy­tać z niego przy­szłość.

- Po­wiesz nam, co się wy­da­rzyło, ko­chana? - za­ga­jam, zaj­mu­jąc wolne miej­sce koło Pie­rożka.

- Wo­la­ła­bym o tym za­po­mnieć. Ale mu­szę się wam wy­ga­dać, bo ina­czej zwa­riuję - chrypi Ju­lia i upija łyk me­lisy, po czym się krzywi.

- Pij, pij, to ci do­brze zrobi - za­chę­cam ją.

Ju­lia wzdy­cha i przez mo­ment zbiera my­śli.

- Nie wie­dzia­łam, że to bę­dzie ta­kie trudne... - stwier­dza. - Wie­cie, że umó­wi­łam się z Jac­kiem, żeby po­roz­ma­wiać o nas. Zna­cie mnie, nie mia­łam za­miaru na niego na­ci­skać, nie ocze­ki­wa­łam żad­nych de­kla­ra­cji, chcia­łam tylko, żeby mi po­wie­dział, jak on wi­dzi nasz zwią­zek i co mo­żemy zro­bić, żeby go na­pra­wić. Ostat­nio było chłodno i głodno. - Uśmie­cha się gorzko. - Jak w ja­kimś sta­rym, znu­dzo­nym mał­żeń­stwie, z tą róż­nicą, że my się pra­wie nie wi­dy­wa­li­śmy.

- No wiesz, Ju­lia, ob­ser­wuję wa­szą re­la­cję od po­czątku i nie mogę po­wie­dzieć, żeby za­szła ja­kaś ko­lo­salna zmiana - wtrąca się Aga. - Ja­cek za­wsze był pie­kiel­nie nudny.

- Ra­czej po­ukła­dany - pró­buje go bro­nić Ju­lia.

- Jak zwał, tak zwał, nie od dziś twier­dzę, że ten twój fa­cet to taki ty­powy po­lo­ni­sta - pod­su­mo­wuje Aga.

- A co ty mo­żesz wie­dzieć o ty­po­wych po­lo­ni­stach, co? Prze­cież je­steś po ASP! - Ju­lia pa­trzy na przy­ja­ciółkę z bły­skiem gniewu w oku.

- A tu się zdzi­wisz, moja droga, bo spa... - Aga urywa pod wpły­wem mo­jego ostrze­gaw­czego spoj­rze­nia.

Sta­szek niby sie­dzi w ką­cie i bawi się kloc­kami, ale znam swoje dziecko i je­stem pewna, że jak za­wsze bacz­nie słu­cha na­szej roz­mowy.

- ...ce­ro­wa­łam kie­dyś z jed­nym ta­kim po­lo­ni­stą - koń­czy.

- No i co? - oży­wia się Pie­ro­żek.

- No i taki ja­kiś był roz­la­zły. Niby wie­dział, do­kąd na­leży iść, ale... klu­czył okrężną drogą, cel za­czął się roz­my­wać, a mnie to tak znu­dziło, że... usnę­łam.

- Usnę­łaś na spa­ce­rze? - Oczy Fi­staszka ro­bią się okrą­głe z nie­opi­sa­nego zdu­mie­nia. - Jak to moż­liwe?

- Wła­śnie, jak to moż­liwe? - do­py­tuje zszo­ko­wana Ju­lia, zna­cząco za­glą­da­jąc Adze w oczy z od­le­gło­ści ja­kichś trzech cen­ty­me­trów.

- No bo on na­prawdę przy­nu­dzał...

- Nie no, to je­steś uspra­wie­dli­wiona - pry­cham. - Wspa­niale mu­siał się chło­pak po­czuć.

- Mógł się bar­dziej po­sta­rać.

- A może było ina­czej? - za­uważa Pio­truś. - Może on po­dał ci coś na sen, a po­tem usku­tecz­niał ja­kieś...

- Ekhem! - Znowu mu­szę chrząk­nąć.

- ...eks­tre­malne eska­pady...

- Żeby to! Po­nio­sło cię, Pie­rożku. - Aga kiwa głową z po­li­to­wa­niem. - Obu­dzi­łam się, a wła­ści­wie on sam mnie obu­dził. Nie wiem, może za­czę­łam chra­pać, może mia­łam świsz­czący od­dech...

- A może pu­ści­łaś bąka? - pod­suwa usłuż­nie Sta­szek.

- Sta­ni­sław! - hu­czę.

- No co?! Na­wet Luna pusz­cza przez sen!

Usły­szaw­szy swoje imię, na­sza czarna kotka o oczach wiel­kich jak dwa księ­życe w pełni wcho­dzi do kuchni i mru­cząc, ociera się o nogi Sta­sia.

- Do­bra, bo scho­dzimy na ja­kieś nie­bez­pieczne re­wiry - ucina te dy­wa­ga­cje Aga. - No w każ­dym ra­zie zo­rien­to­wał się, w czym rzecz, i po­wie­dział to­nem peł­nym pre­ten­sji: "Agnieszko, ty śpisz? Ja się tak sta­ram, żeby ci było do­brze". Coś tam mruk­nę­łam nie­przy­tom­nie, a on tylko zgar­nął swoje ubra­nia i uciekł.

- Hym, no bo w su­mie co miał zro­bić? Gość od­wa­lał pew­nie swój po­pi­sowy nu­mer, a ty od­sta­wi­łaś Śpiącą Kró­lewnę - stwier­dza Ju­lia.

- No i mógł się po­czuć tro­chę tak, jakby cię wy... - Pie­ro­żek urywa w pół słowa i za­sta­na­wia się przez mo­ment nad za­mien­ni­kiem, który bę­dzie neu­tralny i tym sa­mym nie wy­woła u mnie pal­pi­ta­cji - ...pro­wa­dził na ma­nowce. Na tym spa­ce­rze.

- No dzię­kuję wam ser­decz­nie! Tak się uża­la­cie nad bied­nym roz­la­złym po­lo­ni­stą, a nikt na­wet nie po­my­ślał, jak ja się po­czu­łam!

- Ale, ale! O czym my w ogóle ga­damy? - Po­sta­na­wiam uciąć te­mat, za­nim ktoś ośmieli się jed­nak za­py­tać, jak się Aga czuła. - Prze­cież to Julka jest główną bo­ha­terką w tej chwili!

Wszyst­kie oczy znowu kie­rują się na Ju­lię. Ja­koś tak to za­wsze jest, że na­wet kiedy to fak­tycz­nie ona po­winna być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia, uwaga ze­bra­nych szybko się roz­pra­sza, te­mat roz­mie­nia się na dy­wa­ga­cje pącz­ku­jące i wszy­scy za­po­mi­nają, jaki był punkt wyj­ścia. Wiem, że ona dawno do tego przy­wy­kła i to dla niej na­tu­ralny stan rze­czy.

- Zu­peł­nie stra­ci­łam wą­tek. - Ju­lia bez­rad­nie roz­kłada ręce.

- Mó­wi­łaś o tym, że ostat­nio w wa­szym związku nie było na­mięt­no­ści, rzadko się wi­dy­wa­li­ście i chcia­łaś po­roz­ma­wiać z Jac­kiem, jak to zmie­nić - pod­po­wia­dam jej spo­koj­nie.

Ta długa dy­gre­sja Agi miała jedną za­letę: at­mos­fera tro­chę się roz­ła­do­wała i Ju­lia wy­raź­nie się uspo­ko­iła.

- Dzięki, Ha­neczko. - Ju­lia wy­syła mi przez stół bu­ziaka. - Ja­cek mnie wy­słu­chał i oznaj­mił, że on nie wi­dzi pro­blemu. Już się ucie­szy­łam, że jest go­towy na ja­kieś po­ważne zmiany, ale szybko się oka­zało, że on nie wi­dzi pro­blemu do­słow­nie. Jego zda­niem do­brze jest, jak jest, on by ni­czego nie ru­szał, a już na pewno nie wy­pro­wa­dzi się od ma­musi, je­śli to mi cho­dzi po gło­wie, bo ONA nie jest na to go­towa.

- Kre­tyn! - pry­cha po­gar­dli­wie Pie­ro­żek.

- Za­py­ta­łam go, jak w ta­kim ra­zie wi­dzi na­szą przy­szłość. Jak so­bie wy­ob­raża nasz zwią­zek za pięć lat, bo ja mam wra­że­nie, że od dawna tkwimy na ja­kiejś cho­ler­nej mie­liź­nie. Stwier­dził, że nie robi aż tak DA­LE­KO­SIĘŻ­NYCH pla­nów, stara się po pro­stu żyć chwilą i mnie po­leca to samo.

- Taa, bo Ja­cek to jest król spon­tanu - drwi Aga.

Ju­lia spra­wia wra­że­nie, jakby nie sły­szała tych zło­śli­wo­ści, i nie­zra­żona cią­gnie:

- Po­wie­dzia­łam mu wprost, że od dawna nie je­stem z nim szczę­śliwa. I za­py­ta­łam, czy go to w ogóle ob­cho­dzi i czy ma po­mysł, co zro­bić, żeby ra­to­wać nasz zwią­zek. Spoj­rzał na mnie jak na ko­smitkę i stwier­dził, że skoro tak się UPIE­RAM, to on po­gada z mamą i ZA­PYTA, czy ewen­tu­al­nie mo­gła­bym się do nich wpro­wa­dzić. Wi­dzi­cie to? Ja­cek, moja nie­do­szła przy­szła te­ściowa, ja i jesz­cze ten ich nad­po­bu­dliwy sek­su­al­nie, ob­śli­niony bul­dog w mi­kro­sko­pij­nym M-2. W pierw­szym mo­men­cie po­my­śla­łam, że to ja­kiś żart, i za­czę­łam się roz­glą­dać za ukrytą ka­merą.

- Rany, by­łaś w ukry­tej ka­me­rze? - Sta­szek znowu się oży­wia.

Tylko kręcę głową i kładę pa­lec na ustach, żeby go uci­szyć. Wzdy­cha roz­dzie­ra­jąco i wraca do bu­do­wa­nia for­tecy.

- To i tak do­bra by­łaś, bo ja bym w tym mo­men­cie wstała, dała dra­niowi po py­sku i ob­ró­ciła się na pię­cie - de­kla­ruje bo­jowo Aga.

- Szcze­rze mó­wiąc, mia­łam wielką ochotę to zro­bić - przy­znaje Ju­lia.

- No i trzeba było - mru­czy pod no­sem Piotr.

- Na nic in­nego nie za­słu­żył - za­uwa­żam. - Ro­zu­miem, że w tym mo­men­cie z nim ze­rwa­łaś? - do­py­tuję.

- W pierw­szej chwili po pro­stu za­nie­mó­wi­łam - re­la­cjo­nuje Ju­lia. - I po­czu­łam się, jak­bym to ja zo­stała wła­śnie spo­licz­ko­wana, ewen­tu­al­nie opluta. Do­piero po do­brej chwili po­wie­dzia­łam mu, że naj­wy­raź­niej na­sze po­my­sły na wspólną przy­szłość się nie po­kry­wają i że w związku z tym le­piej bę­dzie, je­śli każde z nas pój­dzie swoją drogą. Chyba nie zro­zu­miał, bo za­czął do­py­ty­wać, co ja mam prze­ciwko jego ma­musi, i za­pew­niał mnie, że je­śli NIE BĘDĘ Z NIĄ DYS­KU­TO­WAĆ, to na pewno się do­ga­damy. Jak­bym roz­ma­wiała z zu­peł­nie ob­cym czło­wie­kiem. On za­wsze taki był, tylko ja tego nie do­strze­ga­łam?

- Tak - po­twier­dzają po­waż­nie, zgod­nym dwu­gło­sem Aga i Pio­trek.

- A wy to do­strze­ga­li­ście? - ra­czej stwier­dza, niż pyta Ju­lia.

- Tak. - Znowu pełna zgoda Agi i Pie­rożka.

- To dla­czego nic mi nie po­wie­dzie­li­ście?!

- Pró­bo­wa­li­śmy de­li­kat­nie - za­czyna Pie­ro­żek - ale nie chcie­li­śmy wyjść na ja­kichś wścib­skich bu­ra­ków. No wiesz, mi­łość nie wy­biera. Do­szli­śmy do wnio­sku, że skoro zdo­ła­łaś się w nim za­ko­chać, to naj­wy­raź­niej ma ja­kieś ukryte za­lety...

- Bar­dzo, bar­dzo głę­boko ukryte - pre­cy­zuje Aga.

- ...a my jako twoi przy­ja­ciele mu­simy za­ak­cep­to­wać twój wy­bór - koń­czy swoją myśl Pio­trek.

- Uuuuch! - Ju­lia za­ta­pia palce we wło­sach i za­ci­ska je w ge­ście roz­pa­czy. - A wie­cie, co jest w tym wszyst­kim naj­gor­sze?

- No? - za­chę­cam ją.

- Że ja nie czuje ja­kiejś strasz­nej roz­pa­czy, nie mam zła­ma­nego serca. Na­prawdę nie pla­no­wa­łam tego ze­rwa­nia, my­śla­łam, że na­sza roz­mowa po­to­czy się zu­peł­nie ina­czej. A kiedy zo­sta­wi­łam go zba­ra­nia­łego nad fi­li­żanką her­baty, po­czu­łam ulgę. Tak, ulgę, jakby wielki ka­mień z hu­kiem spadł mi z serca.

- To chyba do­brze...? - za­uwa­żam ostroż­nie.

- Nie, Ha­niu, to bar­dzo źle, fa­tal­nie wręcz! - go­rącz­kuje się Julka. - Bo wiesz, co to ozna­cza? Że ja zmar­no­wa­łam pięć lat. Pięć lat by­łam z nud­nym ma­min­syn­kiem, ja­kimś dup­kiem za­py­zia­łym. Dzi­siaj so­bie to wszystko prze­my­śla­łam i do­cho­dzę do wnio­sku, że na­sze po­czątki to czas mo­jego wiel­kiego za­kom­plek­sie­nia, pa­niki na myśl o tym, że to już trzeci rok stu­diów, a ja ni­kogo nie mam. A te­raz wi­dzę, że przede wszyst­kim to nie mia­łam po­ję­cia o ży­ciu, o związ­kach. I że naj­wy­raź­niej po­my­li­łam so­bie mi­łość z eu­fo­rią, że ktoś wresz­cie zwró­cił na mnie uwagę. - Ju­lia na dłuż­szą chwilę prze­rywa. Robi taką minę, jakby wła­śnie do­tarła do niej straszna prawda, zresztą w za­sa­dzie tak jest. - Jak ja mo­głam się tak oszu­ki­wać? Jak mo­głam to so­bie zro­bić? Po ja­kimś cza­sie za­czę­łam so­bie uświa­da­miać, że nie tak po­winna wy­glą­dać mi­łość, zwią­zek. Łu­dzi­łam się, że coś z Jacka wy­krze­szę, że ja­koś się zmieni, że się roz­kręci. Na­wet te­raz, na­wet jesz­cze dziś!, wma­wia­łam so­bie, że matka go zdo­mi­no­wała, że kiedy się od niej wy­pro­wa­dzi, spró­bu­jemy ży­cia na wła­sną rękę, to wszystko bę­dzie ina­czej, że jesz­cze mamy szansę. Kom­pletna ze mnie idiotka.

- Wcale nie - mó­wię ła­god­nie. - Po pro­stu tak jak każdy po­trze­bu­jesz mi­ło­ści, bli­sko­ści, cze­goś sta­łego.

- To ra­czej nie idiotka, tylko cho­lerna de­spe­ratka - po­pra­wia się Ju­lia mrocz­nie.

- Je­steś dla sie­bie sta­now­czo zbyt su­rowa - prze­ko­nuję ją. - Ważne, że wresz­cie wszystko prze­my­śla­łaś i za­czy­nasz to so­bie ukła­dać.

- Nowy rok na pewno bę­dzie dla cie­bie po­cząt­kiem cze­goś do­brego - po­cie­sza ją Pio­trek. - Zwłasz­cza że za­czyna się na­prawdę z przy­tu­pem - za­uważa.

- Jak to z przy­tu­pem? - pyta nie­przy­tom­nie Ju­lia, po­cią­ga­jąc no­sem.

- No wielka gala przed tobą, za­po­mnia­łaś? - Aga sio­strza­nym ge­stem mierzwi Ju­lii włosy. - Te­raz tylko umyj bu­zię zimną wodą i zbie­raj się szybko, bo czas już wielki. Dzi­siaj ga­le­rie są kró­cej czynne.

- Ni­g­dzie nie idę - oznaj­mia Ju­lia.

- Ju­lia, mu­sisz so­bie ku­pić po­rządną su­kienkę. To ważna oka­zja, nie mo­żesz pójść w bia­łej blu­ze­czce i czar­nej spód­niczce! - per­swa­duję.

- Nie, ja nie idę ju­tro na żadną galę.

- Jak to: nie idziesz?! - ob­ru­szam się. - Ty nie masz wy­boru, mu­sisz się tam po­ja­wić. To bę­dzie wielka pro­mo­cja płyty zna­nego kom­po­zy­tora, a prze­cież TY je­steś jego me­ne­dżerką i od­po­wia­dasz za całą kam­pa­nię.

- Nie ma mowy - ma­ru­dzi Ju­lia. - Je­stem w to­tal­nej roz­sypce.

- Ale sama przed chwilą mó­wi­łaś, że nie żal ci roz­sta­nia z Jac­kiem - wy­po­mina Pie­ro­żek.

- Je­stem w roz­sypce ży­cio­wej. Moje ży­cie jest bez sensu, po­dej­muję same głu­pie de­cy­zje, nie wiem, czego chcę. W ogóle nic nie wiem.

- To może czas to zmie­nić? - pyta ła­god­nie Pio­trek. - I ta ju­trzej­sza gala może być, ba, na pewno bę­dzie, po­cząt­kiem two­jej no­wej drogi! Wej­dziesz w wielki świat, po­znasz wpły­wo­wych lu­dzi, bę­dziesz miała szansę za­bły­snąć.

- Nie wiem czym. Chyba tym świe­cą­cym czer­wo­nym no­sem. - Ju­lia znowu chli­pie.

- Ju­lia, jazda, nie ma­zgaj się! - ko­men­de­ruje lekko już znie­cier­pli­wiona Aga. - Łeb pod kran, nos wy­smar­kaj i leć. Nic tak nie po­pra­wia hu­moru jak stary, do­bry shop­ping.

- Nie mam ochoty.

- Ju­lia. - Zaj­muję miej­sce Agi, która te­raz ner­wowo krąży po kuchni, biorę Ju­lię za rękę i pa­trzę jej głę­boko w oczy. - Ju­tro masz ży­ciową szansę, a dzi­siaj chyba nie jest do­bry czas na po­dej­mo­wa­nie ży­cio­wych de­cy­zji. Jedną już zresztą pod­ję­łaś. Jedź na te za­kupy. Je­śli ju­tro stwier­dzisz, że nie chcesz iść na galę, to naj­wy­żej od­dasz su­kienkę. Ale je­śli te­raz się nie ru­szysz, a ju­tro zmie­nisz zda­nie, to nie bę­dziesz miała w czym pójść i za­prze­pa­ścisz swoją szansę.

Ju­lia tylko kiwa głową, wi­dzę, że udało mi się prze­ła­mać jej opór.

- Uszy do góry, ko­chana! - po­cie­szam ją. - Pod­ję­łaś dzi­siaj mą­drą, doj­rzałą de­cy­zję. Ten dzień ma być po­cząt­kiem wszyst­kiego, a nie koń­cem. Je­steś te­raz inną ko­bietą, niż by­łaś pięć lat temu. Bar­dziej świa­domą, bar­dziej pewną sie­bie. Tam­ten zwią­zek po­trak­tuj jak lek­cję, w końcu przez całe ży­cie się uczymy. Czas za­cząć nowy roz­dział.

- A... A je­śli nikt już ni­gdy...

- Ej, Ju­lia, jedna ży­ciowa re­wo­lu­cja dzien­nie, okej? - włą­cza się Pie­ro­żek. - Na ra­zie nie myśl o tym, co kie­dyś, nie mu­sisz dzi­siaj szu­kać so­bie księ­cia. Dziś mu­simy zna­leźć dla cie­bie su­kienkę, więc...

- ...łeb pod kran i w drogę! - za­rzą­dza Agnieszka to­nem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

2

Ju­lia

- Mo­żesz na­wet nie mie­rzyć, od razu ci mó­wię, że żadna z tych. - Piotr pa­trzy na mnie z uśmie­chem po tym, jak ob­da­rzył szyb­kim spoj­rze­niem za­re­zer­wo­wane dla mnie cztery su­kienki, które eks­pe­dientka roz­ło­żyła przed nami na la­dzie.

- Pio­trek, żar­tu­jesz so­bie? - py­tam zroz­pa­czona.

- Je­stem śmier­tel­nie po­ważny. Może je pani od­wie­sić - zwraca się do dziew­czyny.

Zba­ra­niała sprze­daw­czyni wo­dzi wzro­kiem po na­szych twa­rzach.

- T-to co mam zro­bić? - pyta w końcu, zwra­ca­jąc się do mnie.

- Pro­szę zo­sta­wić! - Się­gam po wie­szaki, ale Pie­ro­żek za­trzy­muje moją rękę.

- Żadna z nich nie jest dla cie­bie - prze­ko­nuje. - No po­patrz: ta jak dla za­kon­nicy, długa, zwy­czajna, za­bu­do­wana. No i w czar­nym bę­dziesz wy­glą­dała staro i smutno. Ta znów zdzi­ro­wata, za duży de­kolt, tan­detne ce­kiny. Ta nie na taką oka­zję, to ra­czej kok­taj­lówka na we­sele. A ostat­nia to w ogóle nie mam słów, wszystko nie ta­kie - per­swa­duje, wska­zu­jąc pal­cem ko­lejne kre­acje, które wy­bra­ły­śmy z Agą. - Po­dzię­ku­jemy - mówi do eks­pe­dientki.

- A-ale była re­zer­wa­cja - jąka się dziew­czyna, roz­pacz­li­wie przy­zy­wa­jąc wzro­kiem wła­ści­cielkę sklepu.

Wła­ści­cielka, za­dbana czter­dziestka ob­wie­szona zło­tem, w końcu re­je­struje sy­gnał SOS wy­sy­łany przez pra­cow­nicę i pę­dzi do nas jak tor­nado z dru­giego końca lo­kalu, po­trą­ca­jąc po dro­dze rzędy wie­sza­ków. W biegu orien­tuje się w sy­tu­acji, ob­da­rza­jąc wni­kli­wym spoj­rze­niem naj­pierw zde­gu­sto­wa­nego Piotrka, po­tem zdez­o­rien­to­waną mnie, i już po chwili z przy­kle­jo­nym do twa­rzy służ­bo­wym uśmie­chem zwraca się do nas:

- Może pani cho­ciaż przy­mie­rzy? Prze­cież to nic nie kosz­tuje, prawda?

- Nie mamy czasu - sprze­ci­wia się Pie­ro­żek. - Za go­dzinę za­my­kają ga­le­rię.

Eks­pe­dientka za­lot­nie prze­chyla głowę i mruży oczy.

- Ma pan taką piękną żonę - mówi - że we wszyst­kim bę­dzie wy­glą­dać do­sko­nale. Nie chce się pan prze­ko­nać?

Wy­bu­cham ner­wo­wym śmie­chem.

- Nie, nie, to nie jest mój mąż - pro­stuję gor­li­wie. - No nie wiem, może jed­nak przy­mie­rzę?

Pio­trek ka­pi­tu­luje.

- Do­bra, je­śli ko­niecz­nie chcesz... Tylko pio­ru­nem - do­daje po­spiesz­nie - bo mu­simy mieć czas na plan B.

- A mamy ja­kiś plan B? - py­tam.

Pie­ro­żek tylko się ta­jem­ni­czo uśmie­cha.

Po przy­mie­rze­niu czte­rech su­kie­nek i spoj­rze­niu z no­wej per­spek­tywy oczy­wi­ście prze­ko­nuję się, że w jed­nej kiecce wy­glą­dam za­kon­ni­co­wato i staro, w dru­giej dla od­miany zdzi­ro­wato, w trze­ciej jak baba z we­sela, a na czwartą to w ogóle brak słów. Świet­nie, tylko że to ozna­cza, że nie mam się w co ubrać, a w nie­całą go­dzinę nie zdą­żymy na­wet do­trzeć do zbyt wielu skle­pów tej prze­past­nej ga­le­rii, nie mó­wiąc już o przy­mie­rze­niu cze­go­kol­wiek i pod­ję­ciu ja­kiejś de­cy­zji.

- Wiesz co, ja w ogóle nie po­win­nam tam iść. To ko­lejny znak - stwier­dzam, z re­zy­gna­cją od­su­wa­jąc za­słonę przy­mie­rzalni.

Pie­ro­żek wy­daje się dziw­nie spo­kojny.

- Oczy­wi­ście, że po­win­naś tam iść. Mu­sisz wręcz. A te kiecki to co naj­wy­żej znak, że Aga jest kiep­ską sty­listką. I że na wszel­kie za­kupy po­win­naś za­bie­rać mnie.

- Do­bra, ale to cały czas nie roz­wią­zuje mo­jego pro­blemu. Skoro tak się znasz na mo­dzie, to może przy­naj­mniej mi po­wiedz, która z tych czte­rech jest naj­mniej zła - ję­czę.

- Wszyst­kie są tak samo złe. Duszno tu strasz­nie. Pora opu­ścić ten lo­kal - de­cy­duje Pie­ro­żek, po­ru­sza­jąc koł­nie­rzy­kiem ko­szuli dla do­da­nia so­bie ochłody.

- Jak opu­ścić, prze­cież nie zdą­żymy już te­raz ni­czego wy­brać!

- Nie mu­simy ni­czego wy­bie­rać - oznaj­mia Pio­trek, bio­rąc mnie pod ło­kieć i wy­pro­wa­dza­jąc ze sklepu. W prze­lo­cie ob­da­rza zdę­białe eks­pe­dientki uprzej­mym ski­nie­niem głowy. - Ja już dawno wy­bra­łem i za­re­zer­wo­wa­łem. Tak na wszelki wy­pa­dek.

- Że co?! - Staję jak wryta na środku świą­tecz­nie tan­det­nej alejki. - Za­kła­da­łeś, że źle wy­bie­rzemy?

- A tam, od razu za­kła­da­łem. - Pio­trek cią­gnie mnie za sobą w od­męty tego przy­bytku han­dlu. - Ra­czej do­pusz­cza­łem taką moż­li­wość. No raz, raz, na­prawdę mamy mało czasu - po­pę­dza mnie.

Mkniemy główną aleją, co chwilę ko­goś po­trą­ca­jąc. Jest duszno, z gło­śni­ków są­czy się te­raz ja­kaś skoczna, szybka mu­zyka, która - jak gdzieś prze­czy­ta­łam - są­czy się wtedy, kiedy jest za dużo lu­dzi albo mało czasu do za­mknię­cia, żeby pod­pro­gowo zmu­sić klien­tów do pod­ję­cia bły­ska­wicz­nych de­cy­zji i po­spiesz­nego opusz­cze­nia ga­le­rii. Ką­tem oka wi­dzę mi­ga­jące jak drzewa wzdłuż eks­pre­sówki ko­lo­rowe szyldy ko­lej­nych skle­pów. Za­czyna mi się od tego krę­cić w gło­wie.

Wresz­cie Pio­trek przy­staje i pusz­cza mnie przo­dem do rzę­si­ście oświe­tlo­nego bu­tiku. Je­stem tak sko­ło­wana, że na­wet nie za­uwa­żam na­zwy. Pie­ro­żek już z da­leka uśmie­cha się do sto­ją­cej za ladą ele­ganc­kiej sprze­daw­czyni. Na jej twa­rzy ma­luje się wy­raz roz­po­zna­nia, od­po­wiada Pio­trowi ski­nie­niem głowy i od­wraca się do sto­ją­cego za nią wie­szaka, by przy­go­to­wać dla nas kre­ację z kar­teczką "RE­ZER­WA­CJA - Wa­recki". Uśmie­cham się, do­strze­ga­jąc na­zwi­sko Piotrka na su­kience, i już chcę się z nim po­dzie­lić ką­śliwą uwagą do­ty­czącą jego no­wej gar­de­roby, ale po­wstrzy­muje mnie wy­raz twa­rzy mo­jego przy­ja­ciela. Jest ja­kiś uro­czy­sty, na­bożny nie­mal. Po­sta­na­wiam, że nie będę psuła tej chwili.

Eks­pe­dientka pro­wa­dzi nas do przy­mie­rzalni. Eks­klu­zyw­nej. Za złotą bro­ka­tową za­słoną cze­kają na mnie bor­dowy szez­long i sty­lowa szafka na rze­czy, a na ścia­nie po pra­wej wisi krysz­ta­łowe lu­stro. Ten wy­strój mnie onie­śmiela. Sprze­daw­czyni umiesz­cza wie­szak na ozdob­nym ha­czyku i dys­kret­nie nas zo­sta­wia.

- Tylko jedna? - Pa­trzę na Pier­rota z pa­niką.

- A po co wię­cej? Ta bę­dzie do­sko­nała - za­pew­nia mnie Piotr z nie­zbitą pew­no­ścią.

Te­raz do­piero mam oka­zję przyj­rzeć się sukni. Jest w ko­lo­rze czer­wo­nego wina, długa i wy­daje się ra­czej do­pa­so­wana. Na cien­kich ra­miącz­kach, de­kolt woda. Ta­lia pod­kre­ślona czar­nym ko­ron­ko­wym pa­sem. Żad­nych do­dat­ko­wych ozdób. Od razu mi się po­doba.

Zdej­muję su­kienkę z wie­szaka z ja­kąś nie­okre­śloną tremą. Po­zwa­lam, by de­li­katny ma­te­riał ob­lał mnie przy­jem­nym chło­dem. Drżą­cymi pal­cami wal­czę z su­wa­kiem, ale nie udaje mi się pod­cią­gnąć go wy­żej niż do po­łowy ple­ców. Pro­szę o po­moc Piotrka.

Od­gar­nia za­słonę przy­mie­rzalni, upew­niw­szy się, że już może wejść. Stoję do niego ty­łem i po chwili czuję na skó­rze bi­jące od niego cie­pło, jego palce po­woli suną w górę mo­jego krę­go­słupa. Kiedy na ko­niec de­li­kat­nie od­gar­nia mi włosy z szyi na lewe ra­mię, mam gę­sią skórkę. Wszystko od­bywa się w ja­kiejś ry­tu­al­nej wręcz ci­szy, któ­rej żadne z nas nie ma od­wagi prze­rwać. Uświa­da­miam so­bie, że za­mknę­łam oczy.

Na­gle do­biega nas głos eks­pe­dientki, która pyta gdzieś z od­dali, jak leży su­kienka. Pio­trek od­ska­kuje ode mnie, jak­bym na­gle za­częła wy­twa­rzać silne pole elek­tro­ma­gne­tyczne.

- Pro­szę nam dać jesz­cze chwilę - od­krzy­kuje nie­swoim gło­sem.

Zbie­ram się na od­wagę, otwie­ram oczy i po­woli ob­ra­cam się w stronę lu­stra. Stoi przede mną ja­kaś zu­peł­nie obca ko­bieta. Piękna ko­bieta. Su­kienka leży na mnie jak druga, lep­sza skóra. Dość mocno, ale z klasą, eks­po­nuje biust, pod­kre­śla ta­lię, z le­wej strony od­sła­nia nogę mocno po­wy­żej ko­lana. I w tym ko­lo­rze wy­glą­dam tak ja­koś... bo ja wiem? Pro­mien­nie? Stoję oszo­ło­miona i wpa­truję się w sie­bie z nie­do­wie­rza­niem. To na­prawdę ja?

- Chodź, tu jest więk­sze lu­stro. - Pio­trek chwyta moją dłoń, pro­wa­dzi mnie do ko­ry­ta­rza po­cze­kalni i sta­wia przed ol­brzy­mią krysz­ta­łową ta­flą. - Zja­wi­skowa... - szep­cze, wy­raź­nie dumny ze swo­jego wy­boru.

Za­raz po­tem do­łą­cza do nas sprze­daw­czyni i dzieli się z nami fa­cho­wym ko­men­ta­rzem:

- Wy­śmie­ni­cie. Krój ide­alny dla pani, pięk­nie się układa. Od­cień w sam raz do pani cery i ko­loru wło­sów, do tego bę­dzie pa­so­wał lekki ma­ki­jaż z ak­cen­tem na usta, naj­le­piej, gdyby szminka była jak naj­bar­dziej zbli­żona do ko­loru su­kienki. Dam pań­stwu jesz­cze chwilę, z tym że bar­dzo pro­szę o moż­li­wie szybką de­cy­zję. Po­win­ni­śmy już za­my­kać, dziś syl­we­ster...

- Och, prze­pra­szam. W za­sa­dzie już zde­cy­do­wa­li­śmy, za mo­ment bę­dziemy przy ka­sie - uspo­kaja eks­pe­dientkę Pie­ro­żek, a ja ob­da­rzam go wdzięcz­nym uśmie­chem.

Cho­ciaż mu­simy się spie­szyć, nie od­ma­wiam so­bie przy­jem­no­ści do­kład­nego przyj­rze­nia się so­bie z każ­dej strony. Chyba pierw­szy raz w ży­ciu je­stem na­prawdę za­do­wo­lona z tego, jak wy­glą­dam. Zer­kam przez ra­mię. Wow, jaki ja mam w tej su­kience ty­łek! Uśmie­cham się do sie­bie w lu­strze.

- Tylko bła­gam, po­wiedz mi, że masz czarne szpilki i czarną to­rebkę - od­zywa się Pio­trek.

- A ba­le­rinki się nie nada­dzą?

Na twa­rzy Piotrka ma­luje się pa­nika.

- Na rany ko­guta, te­raz to na­prawdę...

- Żar­tuję - wcho­dzę mu w słowo. - Chyba każda ko­bieta ma w swo­jej sza­fie taki ze­staw. Na­wet ja. - Nie mogę prze­stać się uśmie­chać.

Pio­trek przy­kłada dłoń do klatki pier­sio­wej gdzieś w oko­licy serca i robi głę­boki wy­dech. A po­tem wy­mow­nie pa­trzy na ze­ga­rek.

Z ocią­ga­niem wra­cam do przy­mie­rzalni, ostroż­nie i z pew­nym ża­lem zsu­wam swoją kre­ację, po czym z na­bożną czcią ukła­dam ją na szez­longu. Te­raz już wiem, po co tu jest. Pstryk, i znów za­mie­niam się w Kop­ciuszka. Zbie­ram swoje rze­czy, a na ko­niec sta­ran­nie umiesz­czam su­kienkę na wie­szaku. I uśmiech na mo­jej twa­rzy za­styga.

- Pio­trek, ja nie mogę jej ku­pić! - szep­czę z roz­pa­czą, wy­cho­dząc z ka­biny przy­mie­rzalni.

- Nie żar­tuj, coś nie tak? - dziwi się mój przy­ja­ciel. - Coś pu­ściło na szwie?

- Chyba ci w mó­zgu coś pu­ściło - stro­fuję go. - Wi­dzia­łeś cenę?

- A, to...

- No, ten szcze­gół. Dzie­sięć ty­sięcy? Na głowę upa­dłeś? To są dwie moje pen­sje! Brutto!

- Ale Ma­kiełło to nie jest ja­kiś tam gra­jek, tylko świa­to­wej sławy kom­po­zy­tor - per­swa­duje Pio­trek nie­udol­nie. - Nie mo­żesz się u niego po­ka­zać w byle ja­kich szmat­kach!

- Wszystko się zga­dza, tylko czym ja się będę ży­wiła przez naj­bliż­sze dwa mie­siące? Strawą du­chową w po­staci wspo­mnień wiel­kiej gali? A Hance za ra­chunki za­płacę opo­wie­ściami z wiel­kiego świata, pie­śnią waj­de­loty? I w ogóle ja na­wet nie mam tyle na kon­cie! Pio­trek, wra­camy do tego pierw­szego sklepu.

- Yyy, ra­czej nie. Już jest za­mknięty. I na­prawdę nie mo­gła­byś się po­ka­zać na ta­kiej im­pre­zie w żad­nej z tam­tych kie­cek. - Pie­ro­żek dra­pie się po gło­wie. - Słu­chaj, ja ci ku­pię tę su­kienkę. To bę­dzie pre­zent ode mnie.

- Osza­la­łeś? - wrzesz­czę szep­tem. - Nie zga­dzam się na ta­kie dro­gie pre­zenty!

- Słu­chaj, ale ja mam do­brą pracę, na­prawdę spoko za­robki. Nie mam co z tą kasą ro­bić na­wet.

- To od­daj na bez­do­mne psiaki albo se lo­katę za­łóż na przy­szłość - sy­czę. - Nie zga­dzam się i ko­niec.

- Pro­szę pań­stwa, czy wszystko w po­rządku? Mogę w czymś po­móc? - do­biega nas uprzejmy, choć za­bar­wiony znie­cier­pli­wie­niem głos eks­pe­dientki.

- Tak, tak, już idziemy! - woła Pio­trek. - No to ci po­ży­czę. Po­trak­tuj to jak po­życzkę - zwraca się do mnie.

- Dzięki, tylko że po­życzki na­leży spła­cać. A ja nie będę miała z czego - uświa­da­miam go.

- Julka, ale na­prawdę nie bę­dziesz się mu­siała spie­szyć. Od­dasz, kiedy bę­dziesz mo­gła. - Przy­ja­ciel krze­piąco kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu i za­gląda mi w oczy z nie­win­nie unie­sio­nymi brwiami.

- A jak nie będę mo­gła? Je­żeli ni­gdy nie będę mo­gła? - py­tam już bli­ska łez.

- To wtedy uznamy to za pre­zent.

Nie wiem, co mam ro­bić. Su­kienka jest ide­alna, jak uszyta dla mnie, i w naj­śmiel­szych ma­rze­niach nie śni­łam, że mogę w czym­kol­wiek wy­glą­dać tak jak w niej. Ale prze­cież nie wy­dam dzie­się­ciu ty­sięcy na ciuch, który za­łożę tylko raz! Na­wet je­śli po­tem tę kieckę sprze­dam, przy opty­mi­stycz­nym za­ło­że­niu, że ktoś ją ze­chce ku­pić, nie od­zy­skam pew­nie ani po­łowy pie­nię­dzy. Su­kienki, które wy­bra­ły­śmy z Agą, kosz­to­wały jedną dzie­siątą tej kwoty. Tyle że te­raz już stały się nie­do­stępne, bo za­mknęli sklep. Wi­dzę tylko jedno wyj­ście:

- Po pro­stu tam nie pójdę - szep­czę do Piotrka zre­zy­gno­wana, prze­ły­ka­jąc łzy.

- Nie mo­żesz nie pójść! - obu­rza się Pier­rot. - Prze­cież wiesz, ja­kie tam będą na­zwi­ska. To dla cie­bie wielka szansa na na­wią­za­nie no­wych kon­tak­tów, może do­sta­niesz ja­kieś cie­kawe pro­po­zy­cje, wy­bi­jesz się. No i w ogóle prze­cież mó­wi­łaś, że po suk­ce­sie tej płyty Ma­kiełły awans masz w kie­szeni, a wtedy to już na pewno da­dzą ci pod­wy­żkę i od­dasz mi za tę su­kienkę, skoro mu­sisz, ja­koś w pięć­dzie­się­ciu ra­tach. Hej, Julka! - Pio­trek unosi pal­cem wska­zu­ją­cym mój pod­bró­dek, a kciu­kiem wy­ciera spły­wa­jącą mi po po­liczku łzę.

Znowu robi się ci­cho. Pa­trzę w te jego do­bre, po­czciwe ciemne oczy, które uśmie­chają się te­raz do mnie. I za­lewa mnie ja­kiś dziwny spo­kój.

- Pro­szę pań­stwa - od­zywa się na­gle sprze­daw­czyni. - Ja bar­dzo pań­stwa prze­pra­szam, ale jest już po­nad pół go­dziny po za­mknię­ciu, ochrona już dzwo­niła...

- Tak, tak, wła­śnie wy­cho­dzi­li­śmy - bą­kam prze­pra­sza­jąco.

- A su­kienka? Zde­cy­do­wała się pani?

- Nie - szep­czę le­dwo do­sły­szal­nie.

- Tak, weź­miemy ją - mówi w tym sa­mym mo­men­cie Pio­trek i za­nim zdą­żam za­pro­te­sto­wać, sta­now­czo wyj­muje su­kienkę z mo­ich bez­wład­nych rąk, po czym ru­sza z nią do kasy.

Idziemy przez pu­stą ga­le­rię od­pro­wa­dzani nie­chęt­nymi spoj­rze­niami ochro­nia­rzy. Jest ci­cho, sły­chać tylko skrzy­pie­nie na­szych bu­tów na wy­po­le­ro­wa­nej po­sadzce, żadne z nas się nie od­zywa. Po za­ku­po­wym szale, ad­re­na­li­nie i ca­łej tej ner­wówce z su­kienką udało mi się na chwilę za­po­mnieć o roz­sta­niu z Jac­kiem, ale je­stem okrop­nie zmę­czona i znowu do­pa­dają mnie wąt­pli­wo­ści. Se­cond tho­ughts. Ładna eks­por­towa na­zwa dla mo­jego stanu.

Może ja źle zro­bi­łam? Może nie­po­trzeb­nie się po­spie­szy­łam z tym ze­rwa­niem? Mało to par żyje, tak jak my ży­li­śmy, i ma się świet­nie? Żad­nych zo­bo­wią­zań, za­wsze uchy­lona furtka, je­śli coś pój­dzie bar­dzo nie tak. Osobne ży­cie, osobne miesz­ka­nia, osobne konta - mniej kłótni, mniej stre­sów. A ten brak za­an­ga­żo­wa­nia i na­mięt­no­ści w na­szym związku? Może to moja wina? Może mam w so­bie coś, co znie­chęca męż­czyzn? W końcu przez tyle lat by­łam sama. Do tego wiecz­nie za­jęta: naj­pierw po­chła­niały mnie stu­dia, po­tem do­szły jesz­cze prak­tyki, nie­wiele póź­niej praca na zle­ce­nie. Może za mało czasu za­in­we­sto­wa­łam w to uczu­cie? Może to ja się nie­wy­star­cza­jąco sta­ra­łam? Za mało sek­sow­nej bie­li­zny, wy­pa­dów we dwoje, ko­la­cji przy świe­cach? Może gdy­bym była inna, roz­bu­dzi­ła­bym w nim pra­gnie­nie re­ali­za­cji tych na­tu­ral­nie ludz­kich po­trzeb: sta­bi­li­za­cji, bli­sko­ści, a w dal­szej per­spek­ty­wie prze­ka­za­nia ge­nów? Może to ze mną coś jest nie tak? A je­śli ni­kogo już ni­gdy nie znajdę i zo­stanę starą panną z sied­mioma ko­tami? Nie chcę umrzeć w sa­mot­no­ści...

Po chwili do­ciera do mnie, że po­chło­nięta tymi po­nu­rymi my­ślami, na­wet nie za­uwa­ży­łam, kiedy zna­leź­li­śmy się na pod­ziem­nym par­kingu. Pół­mrok i echo na­szych kro­ków przy­wo­łują w mo­jej pa­mięci wszyst­kie obej­rzane do­tąd hor­rory, a zimno tu tak, że aż prze­cho­dzi mnie dreszcz. Pie­ro­żek jak zwy­kle nie bar­dzo pa­mięta, gdzie za­par­ko­wał, ale zo­stało le­d­wie parę aut, więc wy­star­czy się ro­zej­rzeć. Idzie te­raz przo­dem, na­dal bez słowa, i dzierży suk­nię, za­bez­pie­czoną po­krow­cem i pla­sti­kową osłonką, jakby niósł Świę­tego Gra­ala. Kroki sta­wia nie­pew­nie, a zgiętą rękę, przez którą prze­wie­sił moją kre­ację, trzyma sztywną i nie­ru­chomą. Po­czciwy Pie­ro­żek wy­gląda tak po­ciesz­nie, że nie po­tra­fię po­wstrzy­mać uśmie­chu.

Wresz­cie do­cie­ramy do auta. Pio­trek otwiera drzwi pi­lo­tem i przez dłuż­szą chwilę stoi skon­ster­no­wany. Za­sta­na­wia się, bie­da­czek, gdzie ulo­ko­wać su­kienkę, żeby prze­trwała po­dróż bez uszczerbku na uro­dzie.

- Może po­wieś ją na ha­czyku na tej rączce nad drzwiami? - pro­po­nuję.

- Nie da rady, bę­dzie do­ty­kała pod­łogi - sprze­ci­wia się. - Może ją po­ło­żyć z tyłu?

- Zsu­nie się przy pierw­szym ha­mo­wa­niu, bo ta fo­lia jest śli­ska - kry­ty­kuję jego po­mysł. - Daj no ją - mó­wię w końcu. - Te­raz ja prze­kła­dam so­bie suk­nię przez zgięte ra­mię i wsia­dam do sa­mo­chodu.

Pie­ro­żek za­pina mi pasy. Boję się drgnąć. Je­stem ży­wym wie­sza­kiem na su­kienkę. W końcu oboje wy­bu­chamy śmie­chem i to dziwne na­pię­cie mię­dzy nami na­resz­cie się roz­ła­do­wuje. Za­nim ru­szamy, Pio­trek pa­trzy na mnie ba­daw­czo i pyta jesz­cze:

- Czemu tak za­re­ago­wa­łaś w skle­pie, kiedy eks­pe­dientka wzięła mnie za two­jego męża?

- Jak za­re­ago­wa­łam? - dzi­wię się.

- Za­czę­łaś się hi­ste­rycz­nie śmiać. Nie na­daję się na męża twoim zda­niem?

- Ojejku, nie, prze­cież wiesz, o co cho­dzi.

- No wła­śnie nie mam po­ję­cia, oświeć mnie - drąży skon­ster­no­wany Piotr.

- Słu­chaj, Pie­rożku, je­steś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i za­pew­niam cię, że każda ko­bieta ma­rzy o ta­kim mężu jak ty. Ale... No kur­czę, co by na to po­wie­dział Bog­dan?

Pio­trek ude­rza się otwartą dło­nią w czoło.

- Ja pier­dolę, Bog­dan, zu­peł­nie o nim za­po­mnia­łem! Prze­cież my mamy dzi­siaj wy­stęp, a za pięt­na­ście mi­nut umó­wi­li­śmy się na ostat­nią próbę!

Ru­szamy z pi­skiem opon.

- Ko­chany Pie­ro­żek, za­wsze, za­wsze można na niego li­czyć - ko­men­tuje moją opo­wieść Ha­nia.

Sie­dzimy te­raz we trzy - ja, ona i Aga - przy du­żym stole w kuchni, pi­jemy so­bie pyszną go­rącą her­batę z pla­strem po­ma­rań­czy i ka­wał­kiem cy­na­monu, a na­prze­ciw nas na drzwiach wisi moja prze­piękna suk­nia. Pa­trzymy na nią jak urze­czone.

- Och tak, nasz Pio­truś to wy­mie­ra­jący ga­tu­nek - po­twier­dza żar­li­wie Aga. - Ale nie­stety poza na­szym za­się­giem, jak wszyst­kie wiemy - za­uważa, z na­ci­skiem na słowo "na­szym".

- I gust ma chło­pak jak pa­ry­ski sty­li­sta. - Ha­nia wzdy­cha z roz­ma­rze­niem. - Weź przy­mierz tę su­kienkę.

- Zu­peł­nie mi się nie chce, na­przy­mie­rza­łam się już dzi­siaj - pro­te­stuję. - Prze­cież zo­ba­czy­cie mnie ju­tro.

- A je­śli nam się nie spodo­basz? Je­śli coś bę­dzie nie w po­rządku? - pod­pusz­cza mnie Aga.

- To i tak nic z tym nie zro­bię - mó­wię le­ni­wie. - Ju­tro sklepy są za­mknięte, kraw­cowe nie pra­cują, w końcu ju­tro na­ro­dowe święto kaca. A poza tym tak mi tu do­brze w tym cie­pełku, że za nic na świe­cie nie zmu­si­cie mnie do ru­sze­nia się z miej­sca, nie mó­wiąc już o zdję­ciu choćby na chwilę mo­jego mięk­kiego swe­terka.

- Jak ro­zu­miem, syl­we­ster w kap­ciach? - upew­nia się Aga.

- Tak! - po­twier­dzamy zgod­nie z Hanką.

- Ja nie je­stem w na­stroju. Poza tym te za­kupy mnie wy­koń­czyły.

- A moje na­sta­wie­nie do świę­to­wa­nia ostat­niego dnia w roku wszy­scy znają - za­uważa słusz­nie Ha­nia.

- Ja z ko­lei mam trzy za­mó­wie­nia na ju­tro, wszyst­kie to torty na chrzciny - mówi Aga. - Tylko tro­chę głu­pio ze względu na Pie­rożka. Li­czył na nas w tym swoim klu­bie jaz­zo­wym, ma duży wy­stęp.

- Prze­żyje bez nas, prze­cież co ty­dzień tam gra - mówi Hanka.

- To może cho­ciaż te­raz po­słu­chajmy, jak chło­pa­kom idzie? - pro­po­nuję. - Le­cie­li­śmy tu na łeb, na szyję, bo Pie­ro­żek robi so­bie z Bo­dziem ostat­nią próbę. Dla niego mogę się po­świę­cić i opu­ścić tę swoją strefę kom­fortu.

- Żeby prze­nieść się do jego strefy kom­fortu - za­uważa z uśmie­chem Aga.

Daję jej kuk­sańca.

- Do­bry po­mysł - chwali mnie Hanka. - To wy już idź­cie, a ja sko­czę pię­tro wy­żej, żeby po­wie­dzieć Stasz­kowi, gdzie je­ste­śmy. Pie­cze z Ka­rol­kiem i jego bab­cią kru­che cia­steczka - wy­ja­śnia, na­po­ty­ka­jąc moje py­ta­jące spoj­rze­nie. - Bab­cia przy­je­chała do Ka­rolka z Kielc, bo jego ro­dzice oczy­wi­ście wy­bie­rają się na ja­kiś bal. - Prze­wraca z nie­sma­kiem oczami.

Już na klatce scho­do­wej sły­chać mu­zykę z miesz­ka­nia Piotrka. Wcho­dzimy bar­dzo ci­cho, żeby nie roz­pra­szać chło­pa­ków, i kie­ru­jemy się do sa­lonu, gdzie od­by­wają próbę. Pie­ro­żek opiera skroń o gryf swo­jej wio­lon­czeli, ale na nasz wi­dok od­rywa głowę od in­stru­mentu i uśmie­cha się do nas przy­jaź­nie. Bo­dek jest tak po­chło­nięty akom­pa­nio­wa­niem na pia­ni­nie, że na­wet nas nie za­uważa.

Sia­damy na wy­god­nej Pie­roż­ko­wej ka­na­pie. Lu­bię to jego oszczęd­nie urzą­dzone, prak­tyczne miesz­ka­nie. Wy­bór każ­dego przed­miotu jest tu po­dyk­to­wany prag­ma­ty­zmem i wy­godą, a ja­kimś cu­dem rów­no­cze­śnie wnę­trze spra­wia wra­że­nie przy­tul­nego. Wszy­scy się tu do­brze czują, ale może to po pro­stu kwe­stia go­spo­da­rza.

Da­jemy się po­nieść pięk­nej me­lo­dii. Chłonę mu­zykę, po­zwa­lam jej od­go­nić moje czarne my­śli, moją tremę przed ju­trem, moje dzi­siej­sze zmę­cze­nie. Dźwięk wio­lon­czeli wlewa się wprost do mo­jej du­szy jak ko­jący elik­sir. Czy­sty i płynny, wi­bruje w moim wnę­trzu. Pa­trzę na noc za oknem i na opa­da­jące po­woli na jej tle płatki śniegu.

Chło­paki sta­no­wią ide­al­nie zgrany duet, w swo­jej grze są per­fek­cyjni. Ro­bią jaz­zowe aran­ża­cje zna­nych i mniej zna­nych, ale za­wsze świet­nych pio­se­nek. Przy­słu­chuję się przez chwilę, żeby po kilku tak­tach roz­po­znać bal­ladę Ro­berta Ka­sprzyc­kiego List, a wła­ści­wie dwa. Wio­lon­czela pa­suje do niej ide­al­nie. Pio­trek z za­mknię­tymi oczami i zmarsz­czo­nymi brwiami pro­wa­dzi przej­mu­jącą in­stru­men­talną nar­ra­cję. Je­stem pewna, że na­wet ktoś, kto nie zna tek­stu, do­słu­cha się w tej me­lo­dii tę­sk­noty, roz­dar­cia, żalu za utra­coną mi­ło­ścią. Jak bar­dzo to pa­suje do uczuć, które wła­śnie prze­ży­wam, to jakby ko­men­tarz do mo­jego roz­sta­nia. Tyle że ja dziś po­grze­ba­łam je­dy­nie ma­rze­nie o praw­dzi­wej mi­ło­ści, opła­kuję pięć lat cze­ka­nia na coś, co nie miało prawa roz­kwit­nąć przy Jacku. Po krót­kim prze­ryw­niku na pia­ni­nie chłopcy prze­cho­dzą do re­frenu:

Kie­dyś by­li­śmy ra­zem, lecz

Tego nie można od­wró­cić.

Pre­cy­zyj­nie ciął lan­cet dwoje serc -

Wszyst­kie kłót­nie, plany, noce, nici, sny...

Pre­cy­zyj­nie ciął lan­cet każdą rzecz,

Która miała złą­czyć słowa "ja" i "ty".

Na­gle wio­lon­czela milk­nie, po chwili także pia­nino ucina akom­pa­nia­ment. Od­ry­wam wzrok od tań­czą­cych na wie­trze płat­ków i spo­glą­dam na Piotrka z unie­sio­nymi brwiami. Pio­trek pa­trzy na mnie. Oka­zuje się, że nie tylko on. Wszy­scy pa­trzą.

- Co? - py­tam ze zdu­mie­niem.

- Czemu ty się ni­gdy nie po­chwa­li­łaś, że masz taki piękny głos?! - wy­krzy­kuje Pier­rot.

O rany... Więc ja ten re­fren za­śpie­wa­łam? To nie wy­brzmiało wy­łącz­nie w mo­jej gło­wie? Ten dzień był jed­nak cięż­szy, niż my­śla­łam.

- Matko, prze­pra­szam cię bar­dzo, Pio­tru­siu. Nie chcia­łam wam prze­szko­dzić, sama nie wiem, kiedy za­czę­łam śpie­wać...

- No co ty, dziew­czyno, nie prze­pra­szaj! Je­steś nie­sa­mo­wita, nie mia­łem po­ję­cia, że masz taki ta­lent! - od­zywa się Bo­dzio.

- Nikt z nas nie miał - za­uważa Aga. - Ona na­wet pod prysz­ni­cem nie nuci.

To prawda, mam od­wagę śpie­wać tylko wtedy, gdy je­stem sama. Już te dy­wa­ga­cje na te­mat mo­jego wąt­pli­wego wy­ko­na­nia są dla mnie strasz­nie krę­pu­jące. Czuję, że ob­la­łam się ru­mień­cem, który spływa na moją szyję i de­kolt.

- Ojejku, no prze­stań­cie - pro­te­stuję. - To nic wiel­kiego, tylko so­bie pod no­sem za­mru­cza­łam prze­cież.

- Tylko za­mru­cza­łaś? To weź za­śpie­waj to te­raz z nami peł­nym gło­sem - prosi Pio­trek. - No! Raz, dwa i... - Daje znak Bod­kowi i płyną pierw­sze takty pio­senki.

- Nie, nie, nie! - prze­ry­wam im, gwał­tow­nie wsta­jąc i ner­wowo ma­cha­jąc rę­kami. - To nie wyj­dzie, chłopcy, ja nie śpie­wam pu­blicz­nie.

- Nie wy­głu­piaj się - per­swa­duje Bo­dek - prze­cież sami swoi, nie żadna pu­blicz­ność!

- I z ta­kim gło­sem nie masz się czego wsty­dzić - prze­ko­nuje Pio­trek. - Masz prze­piękną barwę, z taką lekką jaz­zową mgiełką. Ani jed­nej fał­szy­wej nuty! Julka! Uczy­łaś się gdzieś śpiewu?

- Nie żar­tuj! - pry­cham z za­kło­po­ta­niem.

- No to mamy sa­mo­rodny ta­lent! - woła za­chwy­cona Aga.

Jesz­cze chwilę się tak prze­ko­ma­rzamy, oni za wszelką cenę sta­rają się mnie na­mó­wić, że­bym coś im za­śpie­wała, a ja wiem, że nie zgo­dzę się za żadne skarby. W po­koju robi się gwar. Nikt z nas nie do­strzega, kiedy wcho­dzi Ha­nia.

- Wie­cie co - jej głos le­d­wie się prze­bija przez na­szą ener­giczną wy­mianę zdań - jak się roz­nie­sie po mie­ście, że nie za­my­kamy drzwi na klucz, to ktoś w końcu wle­zie do cie­bie, Pie­rożku, albo do nas i w naj­lep­szym ra­zie nas okrad­nie, a na­wet tego nie za­uwa­żymy.

- A co się ma roz­nieść? - pyta bez­tro­sko Aga. - Tyle czasu się nie za­my­kamy i do­brze jest.

- Więc le­piej po pro­stu nie kracz - po­piera Agę Pie­ro­żek.

- A czemu wy nie gra­cie, nie mie­li­ście ćwi­czyć przed wie­czor­nym wy­stę­pem? - dziwi się Hanka.

Te­mat mo­jego wiel­kiego mar­no­wa­nego ta­lentu jest wał­ko­wany od nowa. Moi przy­ja­ciele, prze­krzy­ku­jąc się, zdają Hani re­la­cję z tego, co ją omi­nęło. Pie­ro­żek wróży mi wielką ka­rierę, bę­dącą na wy­cią­gnię­cie ręki, a Bog­dan stwier­dza, że po­win­nam do­łą­czyć do ich ze­społu. Ja nie mam już siły z nimi wal­czyć i po pro­stu słu­cham tego wszyst­kiego z uśmie­chem. Na­gle Ha­nia do­znaje olśnie­nia:

- Ja wiem, co ją ośmieli. Wi-na, wi-na, wiiiina daj­cie - śpiewa ochry­ple, pstry­ka­jąc do rytmu pal­cami.

- Po al­ko­holu też nie śpie­wam... - roz­cza­ro­wuję ich.

- Naj­wy­raź­niej ni­gdy nie osią­gnę­łaś od­po­wied­niego stę­że­nia od­po­wied­niego trunku - kon­sta­tuje Bo­dek.

- Naj­wy­raź­niej - po­twier­dzam. - Ale z tym wi­nem to jest na­wet nie­głu­pia myśl - przy­znaję.

- Już się robi!

Pio­trek znika w kuchni, a po chwili wraca, po­brzę­ku­jąc szkłem, i sta­wia na stole moje ulu­bione porto.

- A czemu tylko trzy kie­liszki? - dziwi się Aga.

- No prze­cież dzi­siaj gramy - przy­po­mina Bo­dzio. - A sza­nu­jemy swoją pu­blicz­ność i ni­gdy nie wy­cho­dzimy na scenę na­wet po jed­nym.

Pio­trek uj­muje bu­telkę i zbliża ją do pierw­szego kie­liszka.

- Pie­rożku, tylko ja tak sym­bo­licz­nie - za­strze­gam. - Wiesz, że ju­tro mu­szę być w for­mie.

- Ja też - re­flek­tuje się Aga. - Mam jesz­cze do­koń­czyć na ju­tro te swoje torty, a to prze­cież dłu­ba­nina. Mu­szę ule­pić z masy cu­kro­wej setki kwia­tusz­ków i in­nych mo­tyl­ków, a po­tem pre­cy­zyj­nie je roz­mie­ścić. Nie może mi ręka drgnąć.

- I ja też tylko kro­pelkę - za­zna­cza Hanka. - No wie­cie, mam pod opieką ma­ło­lata, mu­szę być w każ­dym mo­men­cie go­towa na wszystko.

- Z wami to tylko pić. - Pie­ro­żek się śmieje, ale po­słusz­nie na­lewa każ­dej z nas le­d­wie po pół kie­liszka.

- No, graj­cie, graj­cie, chłopcy - przy­po­mina Ha­nia. - Że­by­ście dzi­siaj plamy nie dali.

Płyną ko­lejne mi­nuty, które dla mnie - gdyby po­mi­nąć to, co się dzi­siaj stało, i to, co ma się stać ju­tro - są ucie­le­śnie­niem ide­al­nego syl­we­stra. Świetna mu­zyka w per­fek­cyj­nym wy­ko­na­niu na żywo, do­bre wino w kie­liszku i do­bo­rowe to­wa­rzy­stwo. Mo­głoby tak zo­stać już na za­wsze. Wy­brzmie­wają ostat­nie takty szkoc­kiej pie­śni Auld Lang Syne, tra­dy­cyj­nie śpie­wa­nej w Sta­nach w ostatni dzień roku tuż przed pół­nocą. To no­stal­giczna opo­wieść o przy­jaźni i znowu na­cho­dzi mnie myśl, że chłopcy wy­brali re­per­tuar ide­al­nie pa­su­jący do chwili. Za­lega ci­sza, którą na­gle prze­ry­wają do­bie­ga­jące od drzwi po­wolne kla­śnię­cia.

Prze­szywa mnie dreszcz złego prze­czu­cia. Kto to może być, skoro wszy­scy je­ste­śmy tu­taj? Czy Pio­trek się ko­goś spo­dziewa? Pa­trzę na niego i wi­dzę jego sze­roko otwarte ze zdu­mie­nia oczy oraz zmie­niony wy­raz twa­rzy. Od­wra­cam się, bo cie­ka­wość oka­zuje się sil­niej­sza niż strach przed tym, kogo tam zo­ba­czę. W drzwiach stoi wy­soki, opa­lony, po­ra­ża­jąco przy­stojny męż­czy­zna. Opiera się ra­mie­niem o fu­trynę i uśmie­cha się, tro­chę krzywo, z nutką drwiny.

- Adam? - od­zywa się Pio­trek wy­raź­nie od­mie­nio­nym gło­sem. - Adam, co ty tu ro­bisz?

3

Aga

Dawno już - ku ucie­sze oko­licz­nych zwie­rząt do­mo­wych oraz ich wła­ści­cieli - uci­chły ostat­nie wy­strzały pe­tard, a ja na­dal sie­dzę w kuchni i koń­czę ozda­biać swoje torty. Sta­szek - zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Hanki - na­wet się nie obu­dził, kiedy za­częto hucz­nie wi­tać nowy rok, dla­tego mia­ły­śmy mnó­stwo czasu tylko dla sie­bie i mo­gły­śmy spo­koj­nie po­ga­dać.

Dziew­czyny do późna po­ma­gały mi w pracy, jed­nak po dru­giej stwier­dziły, że czas do łó­żek. Ja też bym chęt­nie po­szła w kimę, ale mu­szę zdą­żyć z wszyst­kim na rano, bo wtedy klienci mają so­bie ode­brać go­towe dzieła. Ju­lia wy­ci­nała z masy cu­kro­wej li­terki i mo­tylki, a Ha­nia kwia­tuszki, po czym do każ­dego pre­cy­zyj­nie przy­kle­jała za po­mocą lu­kru złotą cu­krową pe­rełkę uda­jącą śro­dek. Ja wy­gła­dza­łam boki oraz wierzch tor­tów i mi­ster­nie roz­miesz­cza­łam go­towe ele­menty, a także for­mo­wa­łam pal­cami te, któ­rych nie da się wy­ciąć przy uży­ciu wy­kra­wa­czy. To żmudne za­ję­cie, ale kiedy we trzy wzię­ły­śmy się do pracy, wszystko udało się zro­bić o wiele szyb­ciej, mimo że dziew­czyny nie mają ta­kiej wprawy jak ja. Drę­czą mnie tylko wy­rzuty su­mie­nia - Hanka so­bie nie ode­śpi tej noc­nej dzier­ga­niny, bo Sta­szek na pewno obu­dzi ją jak za­wsze tuż po siód­mej, a Ju­lia po­winna ju­tro - a wła­ści­wie dzi­siaj - wy­glą­dać olśnie­wa­jąco i świeżo, a nie jak ra­tow­nik z ka­retki po ca­ło­do­bo­wym dy­żu­rze. Po­cie­sza mnie, że gala roz­po­czyna się o osiem­na­stej, więc zdąży się dziew­czyna do tego czasu zre­ge­ne­ro­wać.

Do­brze nam było ra­zem przy tym wie­ko­wym dę­bo­wym stole. I do­brze nam się ga­dało. Zu­peł­nie jak­by­śmy za daw­nych cza­sów darły ra­zem pie­rze albo przę­dły len. Trzy­ma­ły­śmy się nie­pi­sa­nej za­sady, żeby już ani sło­wem nie wspo­mi­nać o Jacku ani Jul­ko­wym ze­rwa­niu. Te­ma­tem nu­mer je­den pod­czas na­szego bab­skiego plot­ko­wa­nia był za­tem ta­jem­ni­czy Adam, który po­ja­wił się zni­kąd u Piotrka. Przyj­rza­ły­śmy się mu dość po­bież­nie, bo nie­długo po tym, jak nie­ocze­ki­wany gość sta­nął w drzwiach, Pie­ro­żek i Bo­dek mu­sieli się zbie­rać na ten swój syl­we­strowy wy­stęp. Nie mo­gły­śmy się na chło­paka ja­koś na­chal­nie ga­pić (cho­ciaż ku­siło, nie po­wiem), żeby nie po­my­ślał so­bie nie wia­domo czego, lecz na­wet rzut oka wy­star­czył, żeby stwier­dzić, że jest me­ga­przy­stojny. Blon­dyn z dwu­dnio­wym za­ro­stem, który jesz­cze do­daje mu mę­sko­ści, wy­soki i pięk­nie zbu­do­wany, z ta­kim in­try­gu­ją­cym bły­skiem w oku. Świet­nie ubrany - niby styl ca­su­alowy, ale wi­dać było, że fa­cet miał na so­bie dro­gie ciu­chy, ide­al­nie do­brane i per­fek­cyj­nie wy­pra­so­wane. Co chwilę od­sła­niał w lekko drwią­cym uśmie­chu swoje śnież­no­białe hol­ly­wo­odz­kie zęby. I wspa­niale pach­niał.

Wszyst­kie je­ste­śmy ocza­ro­wane Ada­mem od pierw­szego wej­rze­nia. Pie­ro­żek przed­sta­wił go jako swo­jego przy­ja­ciela i współ­lo­ka­tora z cza­sów stu­diów we Wro­cła­wiu. Trudno po­wie­dzieć, czy kryje się za tym coś wię­cej, ale je­żeli się okaże, że fa­cet jest do wzię­cia, to z przy­jem­no­ścią na niego za­po­luję. Skoro to przy­ja­ciel Piotrka, to pew­nie łą­czy ich ja­kieś po­kre­wień­stwo dusz, mu­szą być z jed­nej gliny ule­pieni, a nasz są­siad po­zo­staje dla mnie - w ogóle dla nas wszyst­kich - ucie­le­śnie­niem ide­ału męż­czy­zny.

Dziew­czyny zgod­nie stwier­dziły, że od­stę­pują mi Adama. Ju­lia po­wie­działa, że na ra­zie musi od­po­cząć od fa­ce­tów, ca­łego tego rand­ko­wa­nia i flir­to­wa­nia. Po­sta­no­wiła dać so­bie tro­chę czasu, wszystko na chłodno, grun­tow­nie prze­my­śleć, żeby znowu nie po­peł­nić ta­kiego błędu jak z Jac­kiem. Bi­dulka. Źle wy­brała, za długo tkwiła w po­my­lo­nym związku i te­raz my­śli, że wszy­scy męż­czyźni są tak denni jak jej eks. Ha­nia z ko­lei nie była na randce od cza­sów sprzed ciąży i nie za­mie­rza ni­czego w tej kwe­stii zmie­niać. Utrzy­muje, że je­dy­nym męż­czy­zną jej ży­cia jest Sta­szek, jemu od­dała całe serce i całą du­szę. Ja ci­cho po­dej­rze­wam, że ona jesz­cze wzdy­cha to tego swo­jego dok­torka, Ar­tura, który zmaj­stro­wał jej dziecko i zwiał za ocean. Mogę się oczy­wi­ście my­lić. Adam jed­nak olśnił ją do tego stop­nia, że do swo­jego zwy­cza­jo­wego stasz­ko­wego ar­gu­mentu prze­ciw rand­ko­wa­niu do­dała jesz­cze stwier­dze­nie, że prze­cież przy­ja­ciel Piotrka to dla niej nie ta liga i że ona po po­ro­dzie ni­gdy nie wró­ciła do wy­glądu z cza­sów swo­jej mło­dzień­czej świet­no­ści, więc z czym do lu­dzi. Grubo prze­sa­dza moim zda­niem, krą­gło­ści tu i ów­dzie nie uj­mują jej ani tro­chę urody, a jest na­prawdę nie­prze­cięt­nie piękna. Obie zresztą są i obie w rów­nym stop­niu mie­rzą się z po­tęż­nymi kom­plek­sami. Od dawna pra­cuję nad pod­nie­sie­niem ich sa­mo­oceny, ale nie jest to ła­twe za­da­nie.

W tej sy­tu­acji jed­nak nie mogę nie za­uwa­żyć, że ich nie­chęć (mam na­dzieję, że mimo wszystko chwi­lowa!) do fa­ce­tów działa na moją ko­rzyść. Skoro dały mi wolną rękę, będę mo­gła się za­krę­cić koło tego przy­stoj­niaczka. Mu­szę tylko ostroż­nie wy­ba­dać Piotrka, żeby nie tra­cić ener­gii, gdyby to i tak miało się oka­zać po­zba­wione sensu. No i chcia­ła­bym się cze­goś wię­cej o tym ta­jem­ni­czym nie­zna­jo­mym do­wie­dzieć. Pier­rot na wi­dok przy­ja­ciela prze­żył wielki szok, lecz za­sko­cze­nie chyba nie było do końca po­zy­tywne. Wy­da­wało mi się, że nasz po­czciwy Pie­ro­żek jest tro­chę zmie­szany. No ale prze­cież spę­dzili ra­zem mło­dość "górną i durną", może na­ro­bili ja­kichś głu­pot po pi­jaku i nie chciałby, żeby to wy­pły­nęło. A może to wy­łącz­nie moje wra­że­nie. Kiedy do­ko­nano już wza­jem­nych pre­zen­ta­cji, wszel­kim kur­tu­azjom stało się za­dość i można było na chwilę ra­zem usiąść, Pio­trek za­czął wy­py­ty­wać przy­ja­ciela, skąd się tu w ogóle wziął. Jak się oka­zało, Adam jest praw­ni­kiem. Po stu­diach i ukoń­cze­niu apli­ka­cji wy­je­chał do An­glii i za­cze­pił się w ja­kiejś wiel­kiej mię­dzy­na­ro­do­wej fir­mie. Te­raz ta firma otwiera fi­lię w Kra­ko­wie i on zo­sta­nie tu­taj sze­fem. Czyli gruba ryba. Od razu wie­dzia­łam.

Ma miesz­ka­nie służ­bowe w apar­ta­men­towcu koło ronda Grun­waldz­kiego, rzut be­re­tem od nas. I coś mi się wy­daje, że bę­dzie tu czę­stym go­ściem. Już ja się po­sta­ram, żeby re­gu­lar­nie do nas wpa­dał. Nie mogę prze­stać o nim my­śleć. Zde­cy­do­wa­nie ma w so­bie ja­kąś za­gadkę, którą z przy­jem­no­ścią bym roz­wi­kłała. Oby tylko roz­wią­za­nie mnie nie roz­cza­ro­wało.

Może to nie przy­pa­dek, że Adam po­ja­wił się aku­rat dziś? Ju­lia już do­ko­nała ży­cio­wej zmiany, może przy­ja­ciel Piotrka bę­dzie przy­czyną wiel­kiego zwrotu w moim ży­ciu? Mam po­sta­no­wie­nie, żeby w tym roku zna­leźć tego je­dy­nego, wy­ma­rzo­nego fa­ceta, ustat­ko­wać się i prze­stać wresz­cie ska­kać z kwiatka na kwia­tek. Nie że­bym to lu­biła - po pro­stu chyba prze­śla­duje mnie pech i każdy nowy zwią­zek to dla mnie ko­lejny za­wód. Tyle że ja nie trwam w kiep­skiej re­la­cji la­tami tak jak Ju­lia - nie po­zwa­lam, żeby sy­tu­acja za bar­dzo się roz­wi­nęła, i umiem się wy­co­fać w do­brym mo­men­cie.

Nie za­py­ta­łam Hani, czy ona pla­nuje ja­kieś prze­wroty, zresztą chy­baby mnie wy­kpiła, zna­jąc jej na­sta­wie­nie do ma­gii syl­we­stro­wej nocy. Na pewno ja mu­szę się stać jej spi­ri­tus mo­vens i wresz­cie do­pro­wa­dzić do tego, żeby za­pi­sała Staszka do przed­szkola. Mały w czerwcu skoń­czy pięć lat, a cały czas sie­dzi w domu z mamą. Nie je­stem w tych spra­wach eks­per­tką, ale wy­daje mi się, że to ra­czej żad­nemu z nich nie służy. Wy­star­czy po­pa­trzeć, jak go cią­gnie do dzieci. Nie­za­prze­czal­nie też matka nie za­pewni ma­lu­chowi w domu ta­kich atrak­cji, ja­kie te­raz ofe­ruje się dzie­cia­kom w przed­szkolu, a to z ko­lei ne­ga­tyw­nie wpływa na jego roz­wój. Z kursu pe­da­go­gicz­nego pa­mię­tam zresztą, że dla dzieci ważny jest roz­wój zin­te­gro­wany, a ten spo­łeczny nie­stety w przy­padku na­szego Fi­staszka mocno ku­leje. W za­sa­dzie je­dy­nym rów­no­lat­kiem, z któ­rym Staś ma re­gu­larny kon­takt, po­zo­staje sza­lony Ka­ro­lek miesz­ka­jący pię­tro wy­żej, z tym że chłopcy wi­dują się tylko po­po­łu­dniami, bo on - w od­róż­nie­niu od synka Hanki - cho­dzi do przed­szkola.

Ta sprawa nie daje mi spo­koju także ze względu na na­szą przy­ja­ciółkę. Ona się zu­peł­nie za­mknęła w czte­rech ścia­nach. Zimą, kiedy spa­cery z ma­lu­chami przez więk­szość dni są nie­wska­zane ze względu na smog, w ogóle nie wy­cho­dzi z domu. Na­wet za­kupy za­ła­twia on­line, jakby kon­takt z trój­wy­mia­ro­wymi isto­tami (nie li­cząc oczy­wi­ście nas) był jej nie­miły. W se­zo­nie spa­ce­ro­wym też nie jest wiele le­piej, bo ona po pro­stu sku­pia się na Staszku, a je­śli już na­wet przy­sią­dzie gdzieś w parku na placu za­baw, to za­kłada na nos ciemne oku­lary i udaje, że czyta książkę (wi­dzia­łam to nie­raz, wiem, że udaje, bo tak na­prawdę nie spusz­cza oka ze swo­jego do­ka­zu­ją­cego w pia­skow­nicy dziecka), znie­chę­ca­jąc tym sa­mym lu­dzi wo­kół do na­wią­za­nia choćby bła­hego kon­taktu. Ona zresztą za­wsze po­wta­rza, że nie znosi tego świer­go­le­nia ma­tek o zup­kach, kup­kach i strup­kach, ale ja nie by­ła­bym w sto­sunku do nich aż taka kry­tyczna i do­szu­ki­wa­ła­bym się tu wy­miaru te­ra­peu­tycz­nego: można wy­lać swoje żale i jesz­cze się do­wie­dzieć, że wszy­scy mają w grun­cie rze­czy po­do­bne pro­blemy, tro­ski i wąt­pli­wo­ści. Jej pew­nie też by to do­brze zro­biło.

Mar­twię się o Hankę, bo ona sama sie­bie skre­śliła. Zdaje się, że za­kłada, że nic już jej w ży­ciu nie spo­tka, a je­dy­nym jej ce­lem i sen­sem ist­nie­nia jest wy­cho­wy­wa­nie dziecka. I o ile nie dzi­wię się, że ma bzika na punk­cie tego ma­lu­cha, o tyle bar­dzo się mar­twię, że ona za­nie­dbuje przy tym sie­bie. A to pro­wa­dzi do fru­stra­cji, zmę­cze­nia, znie­chę­ce­nia - je­den krok stam­tąd do de­pre­sji. My­ślę, że w przy­padku Hani to nie­stety na­wet nie krok, a kro­czek.

Mu­szę ja­koś spra­wić, żeby jej się za­chciało chcieć. Wy­słać ją wresz­cie do ko­sme­tyczki, do fry­zjera. Wy­pchnąć do lu­dzi. Bo ona nie po­trafi się wy­rwać z tego za­klę­tego kręgu: nie dba o sie­bie, więc wsty­dzi się gdzie­kol­wiek po­ka­zać, na­wią­zać nowe re­la­cje. Nie wy­cho­dzi do lu­dzi, to­też nie ma po­trzeby, żeby o sie­bie za­dbać. Poza tym jest zmę­czona: ca­łymi dniami zaj­muje się Stasz­kiem, a wie­czo­rami i no­cami pro­wa­dzi księ­go­wość kilku nie­du­żym fir­mom. Oczy­wi­ście on­line. Wy­sła­nie synka do przed­szkola na­prawdę bę­dzie dla obojga zba­wienne. A co naj­lep­sze, ja już mam plan, jak tego do­ko­nać.

Tym­cza­sem umiesz­czam na tor­cie ostat­nie mi­nia­tu­rowe mar­ge­rytki i ob­rzu­cam swoje dzieło zmę­czo­nym spoj­rze­niem. Jest okej, więc ostroż­nie prze­no­szę cia­sto do spe­cjal­nej nie­du­żej lo­dówki, w któ­rej trzy­mamy tylko torty dla mo­ich klien­tów. Jesz­cze raz spraw­dzam z li­stą, czy zga­dzają się wszyst­kie imiona z masy cu­kro­wej i wszel­kie za­mó­wione szcze­góły. Wy­gląda na to, że tak, dla­tego szybko sprzą­tam ze stołu na­rzę­dzia i omia­tam słodki ba­ła­gan, by po chwili z ulgą, wy­czer­pana, rzu­cić się do swo­jej chłod­nej, miło sze­lesz­czą­cej po­ścieli.

Wielki dzień Ju­lii roz­po­czął się dla nas wszyst­kich o siód­mej dwa­dzie­ścia trzy, kiedy to Sta­szek wstał z łóżka i po­sta­no­wił po­wi­tać nowy rok hucz­nie i z przy­tu­pem. Obiegł mia­no­wi­cie cały dom z tam­bu­ry­nem w dłoni i po­dzwa­nia­jąc nim ob­fi­cie do rytmu, na całe gar­dło wy­śpie­wał pio­senkę Przy­był Nowy Ro­czek ze­społu Fa­solki. Ha­nia pew­nie prze­klina dzień, w któ­rym po­sta­no­wiła za­po­znać swo­jego synka z re­per­tu­arem z wła­snego dzie­ciń­stwa.

Gdy udaje mi się do­czła­pać do kuchni, po nie­spełna czte­rech go­dzi­nach snu, Ha­nia już pichci Stasz­kowi owsiankę i pil­nuje po­sta­wio­nej na ga­zie ka­wiarki ci­śnie­nio­wej. Po chwili do­łą­cza do nas Ju­lia.

- O nie, cie­bie też Sta­szek obu­dził? - pyta zmar­twiona Hanka. - Mia­łaś spać do po­łu­dnia, żeby wie­czo­rem wy­glą­dać olśnie­wa­jąco. Może spró­buj się jesz­cze po­ło­żyć?

- To nie ma sensu, i tak nie za­snę - stwier­dza Ju­lia. - Zresztą tro­chę się jed­nak prze­spa­łam. Od razu pa­dłam jak za­bita, chyba uszedł ze mnie cały ten wczo­raj­szy stres.

- A jak się te­raz czu­jesz? Jak na­strój? - do­py­tuję.

- Cał­kiem nie­źle. Pew­nie by­łoby ina­czej, gdyby w grę wcho­dził ja­kiś dra­mat, zła­mane serce. W moim przy­padku na szczę­ście, a może: nie­stety, nie ma o tym mowy. No i po­sta­no­wi­łam się nie za­drę­czać roz­my­śla­niami o stra­co­nym cza­sie, w końcu "tych lat nie odda nikt".

- Zuch dziew­czyna! - chwali na­szą przy­ja­ciółkę Hanka. - No a jak się czu­jesz przed dzi­siej­szą galą? Masz tremę?

- Jesz­cze jaką! Pie­kiel­nie mnie kusi, żeby spę­dzić ten wie­czór z wami... Czego oczy­wi­ście nie zro­bię, świa­doma wagi wy­da­rze­nia - za­pew­nia po­spiesz­nie, ale z lekką kpiną Ju­lia, w re­ak­cji na na­sze zde­spe­ro­wane jęk­nię­cie.

- No i git - chwalę ją. - Skoro nie idziesz spać, to mu­simy so­bie usta­lić, ja­kim za­bie­gom upięk­sza­ją­cym i w ja­kiej ko­lej­no­ści cię pod­damy.

- Za­bie­gom? Nie było wcze­śniej mowy o żad­nych za­bie­gach! - broni się Ju­lia.

- Mu­sisz wy­glą­dać pięk­nie, ko­chana! - prze­ko­nuję. - Kiedy ostat­nio ro­bi­łaś so­bie pe­eling? Ma­seczkę oczysz­cza­jącą?

- Yyy...

- Tak my­śla­łam! Dla­tego też za­opa­trzy­łam się we wszystko, co nie­zbędne, i za­mie­rzam za­pre­zen­to­wać światu naj­lep­szą wer­sję cie­bie. A przy oka­zji twoją, Hanka, szy­kuj się.

- Że co? - dziwi się Ha­nia. - A ja to po co? Nie zga­dzam się!

- Mu­sisz, bo przy oka­zji bę­dziesz moim kró­li­kiem do­świad­czal­nym. Obie ma­cie wraż­liwą cerę, a w przy­padku Ju­lii nie mo­żemy so­bie dzi­siaj po­zwo­lić na żadną gwał­towną re­ak­cję skórną. Dla­tego każdą ma­seczkę, każdy krem na­ło­żymy naj­pierw to­bie. Je­śli po upły­wie paru chwil nie spuch­niesz ani nie za­czer­wie­nisz się jak bu­rak, to samo za­apli­kuję Ju­lii - oświad­czam. Tak to so­bie spryt­nie wy­kon­cy­po­wa­łam.

- Ale co w tym cza­sie bę­dzie ro­bił Sta­szek? Kto się nim zaj­mie? - Ha­nia sięga po starą nie­za­wodną broń.

- Za­ła­twi­łam z Pie­roż­kiem, że za­bie­rze go do kina, a po­tem na ja­kiś obiad, więc do po­po­łu­dnia mamy ich obu z głowy.

- Obiad? Ale prze­cież ugo­to­wa­łam zupę śmiet­nik - opo­nuje Hanka.

- To co? Ju­tro ją do­jemy, nic jej się nie sta­nie, nam, miejmy na­dzieję, też nie. Ani Stasz­kowi, je­śli raz na sto lat zje frytki. A Ju­lia po­winna dzi­siaj uni­kać wszyst­kiego, co strącz­kowe, fa­sola i ku­ku­ry­dza z zupy nie są dla niej, bo nie do­pnie su­kienki.

- I tak do wie­czora nic nie prze­łknę - za­uważa Ju­lia słabo.

- No nie, coś mu­sisz zjeść, ina­czej tam ze­mdle­jesz albo się upi­jesz. Coś lek­kiego. Mammy nie pusz­czała Scar­lett na przy­ję­cia o gło­dzie, żeby nie rzu­cała się na ser­wo­wane tam po­siłki jak wy­głod­niała hiena. Może stara idea, ale słuszna, cho­ciaż dziś z in­nych po­wo­dów - za­uważa Ha­nia, fanka Prze­mi­nęło z wia­trem Mar­ga­ret Mit­chell.

- Czy ktoś tu się w ogóle li­czy z moim zda­niem? - wzdy­cha zre­zy­gno­wana Ju­lia.

- Tak, je­śli wpi­suje się w na­sze plany - oświad­czam tylko tro­chę żar­to­bli­wie.

Sama nie wiem, ile za­bie­gów upięk­sza­ją­cych póź­niej koń­czę ro­bić Ju­lii fry­zurę i przy­mie­rzam się do ma­ki­jażu. Obej­rza­łam kilka tu­to­riali na YouTu­bie, za­opa­trzy­łam się w od­po­wied­nie ko­sme­tyki i te­raz sta­ram się, jak mogę, żeby nie dać po so­bie po­znać, jaką mam ogromną tremę. Na­prawdę mocno trzy­mamy kciuki za swoją przy­ja­ciółkę i chcemy, żeby dziś wie­czo­rem czuła się i wy­glą­dała świet­nie. Pre­sja jest tak duża, że mam wiel­kie obawy, czy nie drgnie mi ręka.

Zdaje się, że naj­więk­szego po­świę­ce­nia do­ko­nała Hanka, po­zwa­la­jąc mi na­kła­dać na sie­bie ko­lejne ma­zi­dła, ma­seczki, la­kiery... Mu­szę przy­znać, że efekt prze­szedł moje naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia i rów­nie do­brze ona mo­głaby dziś wy­sko­czyć na ja­kiś wielki bal. Wy­gląda młodo i pro­mien­nie, czyli tak, jak po­winna każ­dego dnia.

- O rany, to na­prawdę ja? - pyta te­raz ze zdzi­wie­niem, prze­glą­da­jąc się w lu­strze.

- Po­cze­kaj, aż zro­bię ci ma­ki­jaż - mó­wię dumna z sie­bie.

- Nie, nie, ja prze­cież ni­g­dzie nie wy­cho­dzę - sprze­ci­wia się Ha­nia. - Zresztą skup się na Ju­lii, nie zo­stało wam już wiele czasu.

- O Boże, nie przy­po­mi­naj mi - ję­czy Ju­lia. Stara się po­woli od­dy­chać i ma­łymi łycz­kami po­pija go­rącą me­lisę, ale i tak obie z Hanką wi­dzimy, jak trzęsą jej się ręce.

- Ju­lia, wy­lu­zuj - po­cie­szam ją. - Czym ty się tak wła­ści­wie przej­mu­jesz? Mó­wi­łaś, że gość jest spoko.

- "Gość jest spoko" to nie naj­lep­sza pre­zen­ta­cja hra­biego Je­rzego Ma­kiełły...

- Oj tam, ą-ę. Kul­tu­ralny, szar­mancki, ele­gancki to dla mnie de­fi­ni­cja "spoko".

- Je­śli tak, to wszystko się zga­dza.

- Wła­śnie. Poza tym nie bę­dziesz tam sama. Wspo­mi­na­łaś, że wy­biera się pre­zes od cie­bie, twoja sze­fowa...

- Jezu Chry­ste, słabo mi - na­rzeka Ju­lia.

- Co ty wy­pra­wiasz, Aga?! - Ha­nia pa­trzy na mnie z prze­ra­że­niem.

- No jak to co, pró­buję ją po­cie­szyć i wes­przeć - tłu­ma­czę.

- To na­prawdę wspa­niale ci idzie - mru­czy Ha­nia.

- Już bym wo­lała sama pójść - ma­ru­dzi Ju­lia. - A tak to nie dość, że się stre­suję samą tą galą, to jesz­cze będę się czuła jak na ja­kimś wiel­kim te­ście. Już wi­dzę sze­fową, jak ły­pie na mnie znad tych swo­ich oku­la­rów i tylko kon­tro­luje, czy i z kim roz­ma­wiam, li­czy, ile kie­lisz­ków wina wy­pi­łam, i spraw­dza, czy do zje­dze­nia mi­kro­sko­pij­nej ba­beczki uży­łam od­po­wied­niego wi­del­czyka. O Boże, czy mi­kro­sko­pijne ba­beczki jada się wi­del­czy­kiem?

- Nas py­tasz? Ja wiem, jak ta­kie upiec, ale zjada je ktoś inny. A już jak to zrobi, jest mi bo­sko obo­jętne - za­uwa­żam.

- Nie no, nie idę! - Ju­lia wy­raź­nie wpada w pa­nikę. To aku­rat zda­nie po­wta­rza się jak man­tra od wczo­raj, więc Hanka mówi ze sto­ic­kim spo­ko­jem:

- Wdech i długi wy­dech. I jesz­cze raz głę­boki wdech i wy­y­y­dech. Le­piej?

- Nie. - Ju­lia jest bli­ska pła­czu.

- Dziew­czyno, do­brze bę­dzie! - za­pew­niam ją krze­piąco. - Prze­cież tam przyj­dzie masa lu­dzi. W naj­gor­szym wy­padku po pro­stu wmie­szasz się w tłum. Nie wy­ry­waj się z ni­czym sama...

- Nie za­mie­rzam.

- ...i naj­wy­żej pod­patrz, jak inni je­dzą te cho­lerne ba­beczki. Zresztą co ty z tymi ba­becz­kami?!

- No tak, pew­nie są za mało ary­sto­kra­tyczne. Ho­mary ani mule nie ro­dzą ta­kich dy­le­ma­tów. Dzięki, po­cie­szy­łaś mnie - od­zywa się Ju­lia mrocz­nie.

- Nie zwie­szaj głowy, jak ci pod­kład na­kła­dam! - upo­mi­nam ją. - I nie krzyw się tak, bo to ma­zi­dło po­włazi ci w zmarszczki i bę­dziesz wy­glą­dała jak za­su­szona sta­ruszka!

- To nie rób jej ma­ki­jażu na sta­ruszkę! - upo­mina mnie Pio­trek, który wła­śnie wszedł ze Stasz­kiem.

- Mamo, było SU­PER! - woła syn Hani w tym sa­mym mo­men­cie i rzuca się jej w ra­miona, żeby zre­la­cjo­no­wać swo­jej dzi­siej­sze przy­gody.

Po chwili oboje wy­cho­dzą, żeby młody jed­nak się ro­ze­brał i umył ręce, więc zo­sta­jemy w trójkę.

- O, do­brze, że je­steś, może ty jej prze­mó­wisz do ro­zumu. Z ma­ki­ja­żem po­ra­dzę so­bie sama, dzię­kuję - zwra­cam się do Piotrka, ob­da­rza­jąc go ostrze­gaw­czym spoj­rze­niem za ten ko­men­tarz o sta­ruszce.

- Nie za­bi­jaj mnie wzro­kiem, Aga, po two­ich za­ku­po­wych wy­bo­rach za­kła­dam każdą ewen­tu­al­ność. Ale Hanka: cha­peau bas! - chwali mnie.

- Wi­dać, nie? Parę za­bie­gów i fry­zura, a od razu pięć lat mniej!

- Albo i dzie­sięć. A ty, Ju­lia, czemu so­bie zmarszczki fun­du­jesz, pod­czas gdy wiele ko­biet na świe­cie traci for­tunę, żeby się ich po­zbyć? - pyta Pie­ro­żek z uśmie­chem.

- To ma być ka­mu­flaż. Chcę, żeby mnie nikt nie po­znał - oświad­cza Ju­lia sar­ka­stycz­nie.

- No nie żar­tuj, po­win­naś i na pewno bę­dziesz tam błysz­czeć! - mówi gor­li­wie Pier­rot.

- Ta, jak Ru­ski zło­tym zę­bem.

- Ma wi­siel­czy hu­mor, bo nie wie, któ­rym wi­del­czy­kiem, ani czy w ogóle wi­del­czy­kiem, na­leży zjeść mi­kro­sko­pijną ba­beczkę albo in­nego mula, żeby było po hra­biow­sku - wy­ja­śniam.

- Je­śli bę­dzie ban­kiet, a za­kła­dam, że tak, to po­da­dzą da­nia, które jada się na sto­jąco, a więc bez uży­cia sztuć­ców - tłu­ma­czy Pio­trek. - Wszystko, co w miarę małe i nie­bru­dzące. Do le­wej ręki bie­rzesz ta­le­rzyk i trzy­masz go kciu­kiem oraz pal­cem wska­zu­ją­cym, mię­dzy wska­zu­jący i środ­kowy wkła­dasz zło­żoną w trój­kąt ser­we­tkę. Prawą ręką ob­słu­gu­jesz je­dze­nie. Gdy­byś mu­siała po­dać ko­muś dłoń na po­wi­ta­nie, uprzed­nio wy­cie­rasz palce w tę ser­we­tkę, którą trzy­masz pod ta­le­rzy­kiem.

Pa­trzymy na Piotrka onie­miałe. Gdy pierw­szy szok mija, wy­pa­lam:

- Ożeń się ze mną! Bła­gam, nie po­ża­łu­jesz!

- Chcia­ła­byś! - Pio­trek szcze­rzy się w uśmie­chu.

- Rany, Pie­rożku, no po pro­stu... WOW! Skąd ty wiesz ta­kie rze­czy? - dziwi się Ju­lia.

- Mam ojca w dy­plo­ma­cji, pa­mię­tasz? Te lek­cje do­brych ma­nier na coś się jed­nak wresz­cie przy­dały.

- Bra­łeś lek­cje do­brych ma­nier? I do­piero TE­RAZ mi to mó­wisz? - W gło­sie Ju­lii trudno nie za­uwa­żyć wy­rzutu.

- Za­mknij oczy - ko­men­de­ruję.

- Że co? - pyta zdu­miona Ju­lia.

- Skoń­czy­łam z ta­petą, pora na ma­ki­jaż oczu - in­for­muję.

- Ej, tylko nie prze­sadź. Julka nie po­trze­buje tony ko­sme­ty­ków - po­ucza mnie Pie­ro­żek.

- Jesz­cze jedna taka uwaga i wy­la­tu­jesz, ko­leś. - Ostrze­gaw­czo wy­mie­rzam w niego pę­dzel. - Ro­bię make-up no make-up, je­śli wiesz, co to ta­kiego.

- Nie wiem, ale znam an­giel­ski, tak że idea wy­daje mi się ja­sna. Zo­ba­czymy, co z tego wyj­dzie.

- Uwa­żaj, że­byś ty za­raz nie wy­szedł - mru­czę zło­wrogo.

- Do­bra, do­bra, daj­cie spo­kój - od­zywa się po­jed­naw­czo Ju­lia. - Synu dy­plo­maty, ja­kieś złote rady dla mnie?

- Je­stem pe­wien, że nie są ci po­trzebne. Na pewno wszyst­kich ocza­ru­jesz swoim uro­kiem. - Pio­trek uśmie­cha się do przy­ja­ciółki krze­piąco.

- Och, bła­gam cię. O czym ja mam w ogóle z tymi ludźmi roz­ma­wiać, o ile kto­kol­wiek ze­chce mnie za­szczy­cić kon­wer­sa­cją? Prze­cież tam bę­dzie cały wielki świat: naj­sław­niejsi mu­zycy, pi­sa­rze, po­li­tycy, pre­zy­dent Kra­kowa...

- Przede wszyst­kim nie cho­waj się po ką­tach i nie sta­raj się być nie­wi­dzialna. Ko­rzy­staj z tego, że będą ta­kie sławy, i sta­raj się jak naj­wię­cej z nich po­znać oso­bi­ście. No i jak to o czym masz roz­ma­wiać? O Ma­kielle, jego pły­cie, suk­ce­sach, pięk­nym domu... To on tam bę­dzie gwiazdą wie­czoru.

Słowa Pie­rożka po­krze­pi­łyby naj­więk­szego czar­no­wi­dza, ale Ju­lia to jest na­prawdę szcze­gólny przy­pa­dek. Ma ta­kie kom­pleksy, tak ni­ską sa­mo­ocenę i do tego stop­nia bra­kuje jej pew­no­ści sie­bie, że pój­ście na tę galę staje się w jej przy­padku zdo­by­wa­niem Mo­unt Eve­re­stu w wie­czo­ro­wej sukni i szpil­kach. Wy­trwale na­kła­dam ko­lejne ko­sme­tyki, sta­ran­nie je blen­duję, jak to w tu­to­ria­lach przy­ka­zano, a przy oka­zji two­rzę z Piotr­kiem wspie­ra­jący dwu­głos, żeby Ju­lia w ostat­niej chwili nie po­sta­no­wiła zde­zer­te­ro­wać. Do­łą­cza do nas Ha­nia, która po­zo­sta­wiła swoje dziecko w po­koju z ze­sta­wem puz­zli. Kiedy po ostat­nim mu­śnię­ciu nosa Ju­lii pu­drem trans­pa­rent­nym spry­skuję jej twarz utrwa­la­czem, my­ślę so­bie, że jest w miarę go­towa także we­wnętrz­nie.

- Mo­że­cie po­dzi­wiać - mó­wię do ze­bra­nych. - No jak, coś gdzieś po­pra­wić?

Oboje przy­glą­dają się z apro­batą.

- Spi­sa­łaś się, Aga, zwra­cam ho­nor - chwali mnie Pio­trek.

- Julka, wy­glą­dasz prze­pięk­nie! - za­chwyca się Ha­nia.

- To do­brze, że ci się po­doba, bo bę­dziesz na­stępna. - Szcze­rzę się do niej w uśmie­chu.

Zbywa to mach­nię­ciem ręką.

Ju­lia przy­gląda się so­bie w lu­strze i wi­dzę, że jest za­do­wo­lona. To fi­li­gra­nowa blon­dynka o nie­ska­zi­tel­nej ja­snej ce­rze i błę­kit­nych oczach. Nie po­trzeba wiele, żeby pod­kre­ślić jej nie­ba­na­lne atuty, ba, w jej wy­padku trzeba się wręcz pil­no­wać, żeby nie prze­sa­dzić z ma­ki­ja­żem, bo to do­da­łoby jej lat i z całą pew­no­ścią uję­łoby urody.

- Bar­dzo, bar­dzo ci dzię­kuję, Aga - od­zywa się wresz­cie. - Wszyst­kim wam ogrom­nie dzię­kuję.

- Od czego są przy­ja­ciele, ko­chana? - wzru­sza się Hanka.

- No! To te­raz mu­sisz się tylko prze­brać - przy­po­mi­nam jej - i mo­żesz, a wła­ści­wie: naj­wyż­sza pora, ru­szać na pod­bój mu­zycz­nego świata.

Sie­dzimy w swo­jej cie­płej, przy­tul­nej kuchni, niby ga­damy so­bie miło i swo­bod­nie o dzi­siej­szym wy­pa­dzie chło­pa­ków, ale wi­dzę, że wszy­scy za­cho­wują się ja­koś ner­wowo: tu­pią prawą nogą (Pie­ro­żek), sku­bią skórkę przy kciuku (Ha­nia) albo wiercą się na krze­śle jak na roz­ża­rzo­nych wę­glach (to ja). Je­den Sta­szek ze spo­ko­jem, nie­wzru­sze­nie za­jada okrawki mo­ich tor­tów, bo już zdą­żył zgłod­nieć. A my nie mo­żemy się do­cze­kać, kiedy Ju­lia wresz­cie wyj­dzie ze swo­jego po­koju i za­pre­zen­tuje nam się w peł­nej kra­sie. Wiemy, że na pewno bę­dzie się pre­zen­to­wać wspa­niale, a mimo to udziela się nam ja­kieś uro­czy­ste na­pię­cie.

Wresz­cie daje się sły­szeć stu­kot ob­ca­sów z przed­po­koju i po chwili uka­zuje nam się praw­dziwa pięk­ność. Milk­niemy jak przed pod­nie­sie­niem. Sta­szek z brzę­kiem upusz­cza ły­żeczkę na pod­łogę. Pio­trek na­gle wstaje, prze­raź­li­wie szu­ra­jąc krze­słem.

Na­sza przy­ja­ciółka wy­gląda, jakby za chwilę miała wejść na czer­wony dy­wan przed roz­da­niem Osca­rów. Po pro­stu za­piera nam dech. Piękna, zmy­słowa suk­nia sta­nowi ide­alne tło dla de­li­kat­nej, pra­wie dziew­czę­cej urody Ju­lii. Ma­te­riał jest lekki, na de­kol­cie spra­wia wra­że­nie, jakby do­słow­nie spły­wał. Mu­szę na­mó­wić Ju­lię, żeby mi w tej sukni kie­dyś za­po­zo­wała.

- No co tak nic nie mó­wi­cie? - od­zywa się wresz­cie na­sza gwiazda z nie­śmia­łym uśmie­chem.

- Za­bra­kło nam słów z za­chwytu - prze­ła­muje wresz­cie ci­szę Hanka.

- Dziew­czyno, pe­tarda! - wy­krzy­kuję.

- Wy­glą­dasz jak Kop­ciu­szek, cio­ciu - mówi z roz­ma­rze­niem i pełną bu­zią Sta­szek.

- Ojej - śmieje się Julka.

- Nie no, nie TAKI Kop­ciu­szek - pro­stuje gor­li­wie młody. - Jak już go wróżka za­mie­niła w taką piękną kró­lewnę.

- Ufff. - Ju­lia te­atral­nie ociera pot z czoła. - A ty nic nie po­wiesz, Pie­rożku?

- Ja... Ja na­dal... Ja za­wsze... - jąka się Pie­ro­żek, który na­gle spur­pu­ro­wiał, pew­nie z dumy. W końcu, trzeba mu to przy­znać, ma swój ogromny udział w tej baj­ko­wej me­ta­mor­fo­zie.

Na­gle dzwoni te­le­fon Ju­lii, co jest dla Pier­rota wy­ba­wie­niem. Dawno już za­uwa­ży­ły­śmy, że w chwi­lach pod­nio­słych nasz przy­ja­ciel nie po­trafi z sie­bie wy­du­sić słowa.

- Ojej, to moja tak­sówka. Lecę w ta­kim ra­zie, trzy­maj­cie za mnie kciuki.

- Jak tak­sówka, prze­cież obie­ca­łem, że cię pod­wiozę! - Pier­rot nie­spo­dzie­wa­nie od­zy­skuje głos.

- A ja ci mó­wi­łam, że dzię­kuję, we­zmę tak­sówkę, pa­mię­tasz?

- Ale bez­piecz­niej by­łoby, gdy­bym to ja cię od­sta­wił na miej­sce.

- Bo co, tak­sów­karz okaże się psy­cho­pa­tycz­nym mor­dercą, który mnie po­ćwiar­tuje?

- W dzi­siej­szych cza­sach świ­rów nie brak - za­uważa Ha­nia mrocz­nie.

- Nie, bo ro­ze­znał­bym te­ren i był­bym o cie­bie spo­koj­niej­szy - prze­ko­nuje Pio­trek.

- Nie ma mowy. Jak by to wy­glą­dało? - upiera się Julka. - Poza tym ja idę na pro­mo­cję płyty, a nie na czarną mszę sa­ta­ni­stów.

- To cho­ciaż nam ad­res za­pisz. Gdzie ma­cie no­tes, dłu­go­pis ja­kiś? - To ner­wowe py­ta­nie Pie­ro­żek kie­ruje do nas.

- Nie mam czasu, tak­sówka za­raz mi od­je­dzie!

- On ma ra­cję, Julka! - Hanka staje po stro­nie Pier­rota.

- Wy­ślę wam ese­me­sem - woła Julka już z przed­po­koju i po chwili sły­szymy tylko trza­śnię­cie drzwiami i po­spieszne kroki na scho­dach.

- Nie wiem dla­czego, ale mam ja­kieś złe prze­czu­cia - od­zywa się Pio­trek. - I pew­nie na tego ese­mesa się nie do­cze­kamy.

- Co ci dzi­siaj od­biło? - stro­fuję go. - Prze­cież ona bę­dzie w tłu­mie lu­dzi, w bla­sku fle­szy. Chyba czas od­sta­wić hor­rory.

- Mów, co chcesz, ale mnie się też stres udzie­lił - przy­znaje Ha­nia. - Ogólny, nie ja­kieś prze­czu­cie - wy­ja­śnia szybko. - Ju­lia jest taka de­li­katna, bę­dzie tam jak płotka w sta­dzie re­ki­nów. A ese­mes za­raz przyj­dzie, to w końcu Julka, so­lidna firma. Na pewno by nie chciała, że­by­śmy się mar­twili - po­cie­sza Pier­rota.

- No to co, skoro ja mam już wszyst­kie uten­sy­lia tu po­roz­sta­wiane, to za­pra­szam na krze­sło pod lampą. Zro­bię ci make-up na gwiazdę fil­mową.

- Oj, pro­szę, prze­stań. Całe lata się nie ma­luję. I po co zresztą na noc? Czy ja gdzieś wy­cho­dzę?

- A co ze mną? Będę się nu­dził - ję­czy Sta­szek.

- Wu­jek ułoży z tobą ten ze­staw Lego, który do­sta­łeś od Świę­tego Mi­ko­łaja - za­rzą­dzam.

Pier­rot ob­da­rza mnie spoj­rze­niem zbi­tego psa.

- No co? Dzięki temu wszy­scy bę­dziemy mieli umy­sły i ręce za­jęte. Czas do po­wrotu Julki tro­chę szyb­ciej nam zleci.

- A ja? Ani ręce, ani umysł - ma­ru­dzi Hanka.

- To się po­re­lak­su­jesz - uci­nam.

Sły­chać pik­nię­cie nad­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści.

- To mój, to mój - oznaj­mia Ha­nia. - Cze­kaj, spraw­dzę, co to, za­nim ka­żesz mi sie­dzieć bez ru­chu i za­mknąć oczy - mam­ro­cze. - A nie mó­wi­łam? To ten obie­cany ad­res od Ju­lii!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PO­DZIĘ­KO­WA­NIA

Skła­dam ser­deczne po­dzię­ko­wa­nia Ju­sty­nie Ku­kian z WAPI za to, że zo­ba­czyła po­ten­cjał w mo­jej po­wie­ści i zde­cy­do­wała się na jej wy­da­nie. Cie­szę się, że to wła­śnie Ty masz pod opieką mój książ­kowy de­biut, bo - jak do­brze wiesz - uwiel­biam z Tobą pra­co­wać.

Pani Ma­rii Za­jąc dzię­kuję za czujne oko re­dak­torki i fa­chowe uwagi do tek­stu. Pani An­nie Slo­torsz dzię­kuję za wspa­niałą okładkę. Ogromne po­dzię­ko­wa­nia kie­ruję do lek­to­rek Iwony Kar­lic­kiej, Mo­niki Pia­sec­kiej i Magdy Za­jąc, które dały moim bo­ha­ter­kom głos.

Na słowa szcze­gól­nej wdzięcz­no­ści za­słu­gują moi ro­dzice, Ja­goda i Le­szek Po­in­co­wie. To dzięki Wa­szym sta­ra­niom mo­głam roz­wi­nąć skrzy­dła i zre­ali­zo­wać swoje za­wo­dowe i li­te­rac­kie ma­rze­nia.

Dzię­kuję swo­jej sio­strze i szwa­growi, Pau­li­nie i Pio­trowi No­wic­kim. Wa­sze co­dzienne wspar­cie jest nie­oce­nione!

Za oka­zy­waną mi za­wsze życz­li­wość i ser­decz­ność oraz spo­tka­nia i roz­mowy na­peł­nia­jące mnie do­brą ener­gią dzię­kuję swoim przy­ja­cio­łom i zna­jo­mym, szcze­gól­nie Jo­an­nie Ber­na­to­wicz (rów­nież za uro­czy wschodni za­śpiew w chwi­lach wzbu­rze­nia! :)) i Asi Pieczce, które wspie­rały mnie pod­czas pi­sa­nia tej po­wie­ści, a także Agnieszce My­śliwy, która ma wy­jąt­kową zdol­ność pod­no­sze­nia mo­jej sa­mo­oceny. :)

Na ko­niec dzię­kuję swoim naj­bliż­szym - mę­żowi Mi­cha­łowi, który po­ka­zał mi, jak pięk­nym i uskrzy­dla­ją­cym uczu­ciem jest mi­łość, a także swoim ko­cha­nym có­recz­kom, Asi i Mani, za to, że każ­dego dnia przy­po­mi­nają mi o tym, co jest w ży­ciu naj­waż­niej­sze. Wszystko, co ro­bię, ro­bię dla Was.

Szcze­gólne po­dzię­ko­wa­nia na­leżą się Wam, czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom tej książki. Cie­szę się, że ze­chcie­li­ście po­świę­cić czas bo­ha­ter­kom i bo­ha­te­rom mo­jej po­wie­ści, i mam na­dzieję, że prze­ży­li­ście dzięki niej chwile ra­do­ści i wzru­szeń. Do zo­ba­cze­nia na kar­tach ko­lej­nych mo­ich ksią­żek i na moim in­sta­gra­mo­wym kon­cie an­na­_po­in­c_chra­basz­cz_au­tor.