Część I
I
W początku lipca, pod wieczór niezwykle upalnego dnia, pewien młodzieniec wyszedł na ulicę ze swej izdebki, którą podnajmował od lokatorów przy ulicy S-ej, i powoli, jakby niezdecydowany, skierował się ku mostowi K-mu.
Na schodach szczęśliwie uniknął spotkania ze swoją gospodynią. Jego izdebka mieściła się tuż pod dachem wysokiej, pięciopiętrowej kamienicy i bardziej przypominała szafę niż mieszkanie. Gospodyni zaś, od której wynajmował tę izdebkę wraz z obiadem i obsługą, zajmowała mieszkanie oddzielne, o piętro niżej; i za każdym razem, gdy wychodził na ulicę, koniecznie musiał przejść mimo jej kuchni, prawie zawsze na oścież otwartej na schody. I za każdym razem, przechodząc mimo, młodzieniec doznawał jakiegoś chorobliwego uczucia lęku, które go napełniało wstydem i wywoływało grymas. Już dużo był winien gospodyni i obawiał się ją spotkać.
Nie znaczy to, by był tak tchórzliwy i zahukany, wręcz przeciwnie, lecz od pewnego czasu był w stanie jakiegoś rozdrażnienia i napięcia podobnego do hipochondrii. Tak dalece pogrążył się w sobie, tak stronił od ludzi, że w ogóle lękał się wszelkiego spotkania, nie tylko z gospodynią. Gnębiło go ubóstwo, ale nawet te trudne warunki ostatnio przestały mu ciążyć. Swymi bieżącymi sprawami zupełnie przestał, zupełnie nie chciał się zajmować. Właściwie wcale gospodyni się nie bał, choćby ta nie wiadomo co przeciw niemu knuła. Lecz zatrzymywać się na schodach, wysłuchiwać paplaniny o tych wszystkich powszednich błahostkach, które go nic a nic nie obchodziły, wysłuchiwać wszystkich tych nagabywań o komorne, pogróżek, skarg, a przy tym wykręcać się, wykłamywać, przepraszać - nie, już lepiej prześliznąć się schodami jak kot i zwiać tak, by nikt nie widział.
Zresztą tym razem obawa spotkania z wierzycielką zdumiała nawet i jego, gdy wyszedł na ulicę.
"Chcę się porwać na taką rzecz, a zarazem boję się takich głupstw! - pomyślał z dziwnym uśmiechem. - Hm... tak... Wszystko jest w ręku człowieka, a on pozwala zdmuchnąć sobie wszystko sprzed nosa, jedynie i wyłącznie z tchórzostwa... to pewne... Ciekawe, czego ludzie najbardziej się boją? Nowego kroku, nowego własnego słowa obawiają się nade wszystko... Zresztą za wiele ględzę. Dlatego też nic nie robię, że ględzę. A może i przeciwnie: dlatego ględzę, że nic nie robię. To przez ten ostatni miesiąc nauczyłem się ględzić, całymi dniami wylegując się w swoim kącie i rozmyślając... o niebieskich migdałach. Na przykład, po co teraz idę? Czyż jestem zdolny do tego? Czyż to jest poważne? Wcale nie poważne. Ot, dla dodania sobie fantazji bawię się myślami! Tak, bodaj że tylko się bawię!".
Na ulicy skwar był okropny, a przy tym zaduch, ścisk, co krok wapno, rusztowania, cegły, kurz i ten szczególny letni smród, tak dobrze znany każdemu petersburżaninowi, którego nie stać na letnisko - to wszystko naraz niemile wstrząsnęło nerwami młodzieńca, już i tak rozstrojonego. Nieznośny zaś fetor bijący z szynków, bardzo licznych w tej dzielnicy, oraz pijacy co chwila spotykani, mimo że to był dzień powszedni, jeszcze wzmacniali wstrętną i smutną barwę obrazu. Po delikatnej twarzy młodzieńca przemknął wyraz najgłębszej odrazy. Trzeba dodać, że był niepospolicie przystojny, o pięknych ciemnych oczach, ciemny blondyn, wzrostu więcej niż średniego, smukły i zgrabny. Lecz niebawem wpadł jakby w głęboką zadumę albo nawet raczej w jakąś nieprzytomność i dalej szedł, już ani dostrzegając, ani chcąc dostrzec otoczenie. Z rzadka tylko mruczał coś do siebie, powodowany nałogiem monologowania, do którego przyznał się sobie przed chwilą. Obecnie zaś sam zdawał sobie sprawę, że od czasu do czasu myśli mu się mącą i że jest bardzo osłabiony: już drugi dzień prawie nic nie miał w ustach.
Odziany był tak licho, że niejeden, nawet otrzaskany z biedą, w dzień krępowałby się wyjść na ulicę w takich łachmanach. Skądinąd, dzielnica była tego rodzaju, że niełatwo byłoby zaskoczyć tu kogokolwiek swym strojem. Bliskość placu Siennego, obfitość lokali wiadomego autoramentu, ludność przeważnie rękodzielnicza i rzemieślnicza, stłoczona w tych śródmiejskich petersburskich ulicach i zaułkach - niekiedy urozmaicały ogólną panoramę takimi typami, że naprawdę trudno się było zdziwić na widok takiej czy owakiej figury. Ale w duszy młodzieńca nagromadziło się tyle zaciekłej pogardy, że mimo swojej drażliwości, czasem bardzo jeszcze młodocianej, najmniej się wstydził swoich łachmanów właśnie na ulicy. Inna sprawa, gdy trafiał na znajomych albo na dawnych kolegów, z którymi w ogóle nie lubił się spotykać... A jednak gdy jakiś pijak, którego nie wiadomo po co i dokąd wieziono ulicą w ogromnym wozie, zaprzężonym w ogromnego wałacha, nagle zawołał do niego w przejeździe: "Hej, ty niemiecki kapeluszniku!" i zaryczał na całe gardło, wskazując na niego ręką - młodzieniec zatrzymał się znienacka i kurczowo schwycił się za kapelusz. Był to kapelusz wysoki, okrągły, zimmermanowski, ale znoszony do szczętu, wyrudziały, w dziurach i plamach, bez ronda, szkaradnie zgnieciony z jednego boku. Lecz młodzieńca ogarnął nie wstyd, tylko zupełnie inne uczucie, przypominające raczej przestrach.
- A co, czy nie wiedziałem! - mamrotał spłoszony. - Właśnie tak myślałem! To już najgorsze! Przecie jakieś takie głupstwo, jakiś najzwyklejszy drobiazg może pokrzyżować cały zamiar! Tak, ten kapelusz zanadto rzuca się w oczy... Jest śmieszny i dlatego rzuca się w oczy... Przy takich łachmanach jak moje muszę koniecznie mieć kaszkiet, choćby jakiś stary naleśnik, a nie to czupiradło. Nikt tak nie nosi, gotowi o milę zauważyć, zapamiętać... Grunt, że potem sobie przypomną, no i masz poszlakę. Tu trzeba możliwie najmniej rzucać się w oczy... Drobiazgi, drobiazgi są najważniejsze!... Bo te drobiazgi gubią zawsze i wszędzie...
Drogę miał niedaleką; wiedział nawet, ile kroków od bramy swego domu: dokładnie siedemset trzydzieści. Porachował je kiedyś, gdy się zanadto rozmarzył. Podówczas sam jeszcze nie wierzył tym swoim marzeniom i tylko podjudzał się ich potwornym, ale i kuszącym zuchwalstwem. Teraz zaś, po upływie miesiąca, już zaczynał patrzeć na to inaczej i wbrew wszystkim przekornym monologom o własnej bezsile i niezdecydowaniu jakoś mimo woli przywykł już poczytywać "potworne" marzenie za realny plan, chociaż w dalszym ciągu nie wierzył sobie. Ot, i teraz szedł dokonać próby swego planu i z każdym krokiem wzruszenie jego rosło coraz gwałtowniej.
Z zamierającym sercem, z nerwowym drżeniem podszedł do olbrzymiej kamienicy, z jednej strony wychodzącej na kanał, z drugiej zaś na ulicę W-ą. Dom ten składał się z samych małych mieszkanek, a najmowali je różni rękodzielnicy, krawcy, ślusarze, kucharki, jacyś tam Niemcy, własnym przemysłem żyjące panny, drobni urzędnicy i tak dalej. Wchodzący i wychodzący przesmykiwali się raz po raz pod obydwiema bramami i na obydwu podwórkach. Pracowali tutaj trzej czy czterej stróże. Młodzieniec bardzo był rad, że nie spotkał żadnego z nich, i niepostrzeżenie przemknął się zaraz z bramy na prawo, na schody. Schody były ciemne i ciasne, "kuchenne", ale on to wszystko już przedtem wiedział i zbadał, i całe to otoczenie dogadzało mu: w takich mrokach nawet ciekawskie spojrzenie nie było niebezpieczne. "Jeżeli tak się boję teraz, to cóż by było, gdyby rzeczywiście doszło do tego?..." - pomyślał mimo woli, idąc na czwarte piętro. Tutaj zatarasowali mu drogę wysłużeni żołnierze-tragarze, wynoszący meble z jednego z mieszkań. Już wiedział, że mieszkanie to zajmuje pewien familijny Niemiec, urzędnik z rodziną. "Więc Niemiec się teraz wyprowadza; więc na czwartym piętrze, przy tych schodach i przy tym podeście pozostaje na jakiś czas tylko jedno zajęte mieszkanie - staruchy... To dobrze... na wszelki wypadek..." - pomyślał znowu i zadzwonił do drzwi staruszki.
Dzwonek dźwięknął wątle, jakby był z blachy, a nie z miedzi. Wszystkie mieszkania w takich domach miewają podobne dzwonki. Już nie pamiętał tego osobliwego dźwięczenia, więc teraz mu jakby coś przypomniało, coś jasno ukazało... Drgnął cały: widać zanadto osłabły mu nerwy tym razem. Po chwili drzwi się uchyliły nieznacznie; przez malutką szparkę lokatorka oglądała przybysza z widoczną nieufnością, tak że można było dostrzec tylko jej błyszczące w ciemności oczka. Lecz zobaczywszy na podeście dużo ludzi, nabrała otuchy i otworzyła zupełnie. Młodzieniec przestąpił próg ciemnej sionki, przedzielonej przepierzeniem, za którym mieściła się maleńka kuchnia. Stara stała przed nim w milczeniu i patrzyła na niego pytająco. Była to drobniutka, sucha starowinka, w wieku jakich sześćdziesięciu lat, z ostrymi, złymi oczkami, z malutkim spiczastym nosem, bez chustki na głowie. Płowe, ledwie siwizną przyprószone włosy były tłusto nasmarowane olejem. Cienka i długa szyja, podobna do kurzej nogi, była omotana jakimiś flanelowymi gałgankami, a z ramion, mimo upału, zwisała zniszczona i pożółkła salopka na futrze. Staruszka raz po raz kaszlała i postękiwała. Widocznie młodzieniec spojrzał na nią jakoś osobliwie, bo i w jej oczach mignęła naraz uprzednia nieufność.
- Raskolnikow, student; byłem już u pani przed miesiącem - pośpieszył mruknąć młody człowiek z półukłonem, przypomniawszy sobie, że należy być grzeczniejszym.
- Pamiętam, mój dobrodzieju, bardzo dobrze pamiętam, żeś już był - rzekła dobitnie staruszka, wciąż nie spuszczając pytających oczu z jego twarzy.
- Więc właśnie... I znowu w takiej sprawie... - ciągnął Raskolnikow, trochę zmieszany i zdziwiony nieufnością starej.
"A może ona zawsze jest taka, tylko zeszłym razem nie zauważyłem" - pomyślał z nieprzyjemnym uczuciem.
Stara milczała, jakby w zamyśleniu, potem usunęła się i wskazawszy mu drzwi do pokoju, rzekła, puszczając gościa przodem:
- Proszę wejść, dobrodzieju.
Nieduży pokój, do którego wszedł młodzieniec, pokój z żółtą tapetą, z geranium i muślinowymi firaneczkami na oknach, był w tej chwili jaskrawo oświetlony zachodzącym słońcem. "Więc wtedy też będzie świeciło słońce!..." - mimochodem błysnęło w umyśle Raskolnikowa.
Szybkim spojrzeniem obrzucił wszystko w pokoju, ażeby w miarę możności zbadać i zapamiętać rozkład. Lecz nie było tam nic szczególnego. Na umeblowanie z brzozy, bardzo stare, składała się kanapa z olbrzymim giętym drewnianym oparciem, owalny stół przed kanapą, między oknami gotowalnia ze zwierciadełkiem, krzesła pod ścianami i dwa czy trzy groszowe obrazki w żółtych ramkach, przedstawiające niemieckie panienki z ptaszkami w ręku - oto i wszystko. W kącie przed niewielkim świętym obrazem paliła się lampka oliwna. Wszystko było nader schludne: meble i podłogi wyszorowane do połysku, wszystko lśniło. "To robota Lizawiety - pomyślał młodzieniec. - Ani pyłku nie znalazłbyś w całym mieszkaniu. Tylko u złych i starych wdów bywa tak czysto" - ciągnął w duchu Raskolnikow i ciekawie zerknął na perkalikową zasłonę przed drzwiami do drugiej malutkiej izdebki, gdzie stało łóżko starej i komoda, a dokąd jeszcze nigdy nie zaglądał. Całe mieszkanie składało się z tych dwu pokoi.
- O co chodzi? - rzekła surowo stara, wchodząc i znowu stając przed nim tak, żeby mu patrzeć prosto w twarz.
- Przyniosłem zastaw, proszę! - I wydobył z kieszeni stary, płaski srebrny zegarek. Na kopercie wyryty był globus. Łańcuszek był stalowy.
- Ale przecież już minął termin poprzedniego zastawu. Przedwczoraj upłynął miesiąc.
- Zapłacę pani procent za jeszcze jeden miesiąc, proszę mieć trochę cierpliwości.
- A, mój dobrodzieju, to zależy od mojej dobrej woli, czy mieć cierpliwość, czy też zaraz sprzedać tę twoją rzecz.
- Za zegarek dużo dostanę, Alono Iwanowno?
- Et, przynosisz byle co, nic to pewnie niewarte. Za pierścionek dałam ci zeszłym razem dwa papierki, a u jubilera można i nowy taki dostać za półtora rubla.
- Niech pani da ze cztery ruble, wykupię na pewno, to zegarek ojcowski. Wkrótce dostanę pieniądze.
- Półtora rubelka i procent z góry, jeżeli pan chce.
- Półtora rubla?! - zawołał młodzieniec.
- Jak się panu podoba. - I starucha podała mu zegarek z powrotem.
Młody człowiek wziął go i tak się rozzłościł, że już miał odejść, lecz natychmiast się pomiarkował na myśl, że już więcej nie ma dokąd pójść i że zresztą przybył tutaj jeszcze w jednej sprawie.
- Niech pani daje! - rzekł grubiańsko.
Stara sięgnęła do kieszeni po klucze i poszła do drugiego pokoju za zasłonę. Młodzieniec, zostawszy sam pośrodku pokoju, ciekawie nasłuchiwał i kombinował. Usłyszał, jak stara otwiera komodę. "To zapewne górna szuflada - medytował. - A więc klucze nosi w prawej kieszeni... Wszystkie w jednym pęku, na stalowym kółeczku... Jeden z kluczy jest ze trzy razy większy od reszty, ma karbowane piórko; jest oczywiście nie od komody... To znaczy, że jest jeszcze jakaś szkatułka czy skrzynka... To ciekawe. Skrzynki zawsze miewają takie klucze... Swoją drogą, jakie to wszystko podłe...".
Stara wróciła.
- Oto masz, mój dobrodzieju. Licząc po dziesiątce miesięcznie od rubla, za półtora rubla należy mi się piętnaście kopiejek, za miesiąc z góry. A za poprzednie dwa ruble jeszcze mi się należy, wedle tegoż rachunku, z góry dwadzieścia kopiejek. Czyli razem trzydzieści pięć. Więc teraz dostaniesz za zegarek ogółem rubla i piętnaście kopiejek. Oto są.
- Jak to?! Więc teraz tylko rubla piętnaście?
- Ano tak.
Młodzieniec nie wdawał się w spory i wziął pieniądze. Patrzył na starą i nie śpieszył z odejściem, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć czy zrobić, tylko sam nie wiedział, co mianowicie...
- Możliwe, Alono Iwanowno, że w najbliższych dniach przyniosę jeszcze jedną rzecz... srebrną... ładną... papierośnicę... jak tylko zwróci mi ją przyjaciel...
Zmieszał się i umilkł.
- Ha, to wtedy pomówimy o tym, dobrodzieju.
- Żegnam panią... A pani wciąż sama siedzi w domu? Siostry nie ma? - zapytał możliwie najswobodniej, wychodząc do sionki.
- A co ci do niej, mój dobrodzieju?
- Ależ nic oczywiście. Tak sobie zapytałem. A pani zaraz... Do widzenia, Alono Iwanowno!
Raskolnikow wyszedł, na dobre stropiony. Uczucie to wciąż się potęgowało. Na schodach kilkakrotnie nawet przystawał, jakby czymś znienacka zaskoczony. A w końcu, będąc już na ulicy, wykrzyknął:
- O Boże! Jakie to wszystko obmierzłe! I czyż naprawdę, czy naprawdę ja... Nie, to nonsens, to niedorzeczność! - dorzucił stanowczo. - I czy rzeczywiście coś tak okropnego mogło mi przyjść do głowy? Tak czy owak, do jakiej podłości zdolne jest moje serce! Bo to przede wszystkim podłe, paskudne, wstrętne, wstrętne!... A ja, przez cały miesiąc...
Ale nie mógł wyrazić ani słowami, ani okrzykami swojego wzburzenia. Bezgraniczna odraza, która zaczęła gnębić i trapić jego serce już wtedy, gdy dopiero szedł do staruchy, wzmogła się teraz do takich rozmiarów i nabrała takiej wyrazistości, że nie wiedział, gdzie się podziać od tej udręki. Szedł chodnikiem jak pijany, nie widząc przechodniów i potrącając ich, a opamiętał się dopiero na następnej ulicy. Rozejrzawszy się, spostrzegł, że stoi koło szynkowni, do której zstępowało się, z chodnika po schodkach w dół, do sutereny. Z drzwi wychodziło właśnie dwóch pijaków; podtrzymując się wzajemnie i wymyślając sobie, gramolili się na ulicę. Niewiele myśląc, Raskolnikow od razu zszedł na dół. Dotychczas nigdy jeszcze nie wstępował do szynkowni, ale teraz kręciło mu się w głowie, a na dobitkę nękało go palące pragnienie. Zachciało mu się wypić zimnego piwa, tym bardziej że swoje nagłe osłabienie przypisywał głodowi. Usiadł w ciemnym i brudnym kącie, za lepkim stolikiem, kazał sobie podać piwo i łapczywie wychylił pierwszą szklankę. Od razu poczuł ulgę, a myśli się przejaśniły. "Wszystko to są głupstwa - rzekł sobie z otuchą - i wcale nie było powodu tak się przejmować! Po prostu osłabienie fizyczne! Wystarczy szklanka piwa, kawałek sucharka - i oto w jednej chwili umysł się wzmacnia, myśl staje się jasna, zamiary nabierają tężyzny! Tfu, jakież to wszystko marne!...".
Ale mimo tego pogardliwego splunięcia patrzył już wesoło, jak gdyby nagle wyzwolony od jakiegoś okropnego brzemienia, i przyjaźnie mierzył okiem obecnych. Jednak i w tej chwili mgliście przeczuwał, że całe to optymistyczne nastawienie również jest chorobliwe.
W szynkowni o tej porze pozostało niewielu gości. Oprócz tych dwóch pijaków, z którymi się zetknął na schodkach, tuż po nich wytoczyła się jeszcze cała gromada, jakieś pięć osób, z dziewczyną i z harmonią. Po ich wyjściu zrobiło się cicho i przestronno. Pozostali: jeden podchmielony, ale nie zanadto, siedzący nad piwem, z wyglądu mieszczanin, oraz jego towarzysz, otyły, siwobrody drągal w kożuszku, mocno zawiany; ten drzemał na ławce i z rzadka, nagle, jak gdyby rozbudzony ze snu, zaczynał strzelać z palców, rozstawiwszy ręce, i podrzucać górną częścią tułowia, nie wstając z ławki, przy czym nucił jakieś banialuki, usiłując przypomnieć sobie wiersze w rodzaju:
Cały rok pieściłem żonę,
Cał-ły rok pieś-ciłem żo-nę...
Albo raptem, znowu się przecknąwszy:
Raz na miasto się wybrałem,
Dawną miłą swą spotkałem...
Ale nikt nie podzielał jego rozanielenia; milkliwy jego towarzysz patrzył na wszystkie te wybuchy nawet wrogo i nieufnie. Był tu jeszcze jeden człowiek, wyglądający na emeryta. Siedział na uboczu, przed swoją flaszką, z rzadka łykał jeden haust i rozglądał się dookoła. On także wydawał się czymś wzburzony.
II
Raskolnikow nie był przyzwyczajony do tłumu i jakeśmy już powiedzieli, unikał wszelkiego towarzystwa, zwłaszcza w ostatnich czasach. Ale teraz pociągnęło go nagle do ludzi. Dokonywało się w nim coś nowego, a zarazem budziła się potrzeba obcowania z ludźmi. Tak go wymęczył ten cały miesiąc ostrej udręki i ponurego podniecenia, że chciał bodaj przez chwilę zaczerpnąć powietrza w innym świecie, jakimkolwiek bądź; i bez względu na całe niechlujstwo otoczenia z przyjemnością siedział teraz w szynkowni.
Gospodarz lokalu był w innej izbie, ale często wchodził tutaj, do izby głównej, skądś do niej zstępując po schodkach, przy czym ukazywały się najpierw jego eleganckie lakierowane buty z dużymi czerwonymi wyłogami. Miał na sobie spencerek i okropnie zatłuszczoną, czarną atłasową kamizelkę, był bez krawata, a cała jego twarz zdawała się naoliwiona niby żelazna kłódka. Za szynkwasem stał czternastoletni może wyrostek, drugi zaś, młodszy chłopiec usługiwał, gdy goście czego zażądali. Stały talerzyki z mizerią, czarnymi sucharkami i na dzwonka pokrajaną rybą; wszystko to pachniało nader niezachęcająco. Nieznośnie duszne powietrze sprawiało, że trudno było wysiedzieć, a wszystko było tak przepojone odorem okowity, że miało się wrażenie, iż od samego tego zaduchu można w ciągu pięciu minut stać się pijanym.
Niekiedy spotykamy ludzi zupełnie nam obcych, którymi zaczynamy się interesować od pierwszego wejrzenia, jakoś raptownie, znienacka, zanim choć słowem się do nich odezwiemy. Właśnie takie wrażenie wywarł na Raskolnikowie ów gość, który siedział opodal i przypominał emerytowanego urzędnika. Później młodzieniec kilkakrotnie uprzytomnił sobie to pierwsze wrażenie, ba, przypisywał je przeczuciu. Ustawicznie popatrywał na urzędnika, naturalnie i z tego powodu, że tamten również uparcie na niego patrzał i najwidoczniej miał chętkę wdać się z nim w rozmowę. Na resztę zaś obecnych, nie wyłączając i gospodarza, urzędnik patrzał z obojętnością i nawet ze znudzeniem, a jednocześnie z odcieniem jakiejś lekceważącej wyższości, niby na ludzi niższego stanu i poziomu, z którymi nie warto się zadawać. Był to człowiek już po pięćdziesiątce, średniego wzrostu i krępej budowy, szpakowaty, z dużą łysiną, z twarzą nalaną wskutek ciągłego pijaństwa, żółtą, aż zielonkawą, z nabrzmiałymi powiekami, spoza których błyszczały malutkie jak szparki, ale żywe, przekrwione oczki. Lecz było w nim coś bardzo dziwnego; w jego wzroku świeciła jakaś egzaltacja - kto wie, może by się znalazła i roztropność, i rozum - ale zarazem migało chwilami jak gdyby szaleństwo. Ubrany był w stary, do cna obszarpany frak, z poobrywanymi guzikami; tylko jeden trzymał się jeszcze z biedą, i na ten jeden guzik urzędnik się zapinał, widać przez resztki dbałości o pozory. Spod nankinowej kamizelki sterczał półkoszulek, zmiętoszony, wybrudzony i zalany. Twarz była po urzędniczemu ogolona, lecz tak już dawno, że gęsto zaczynała występować sinawa szczeć. A i w jego sposobie bycia zaznaczała się rzeczywiście jakaś urzędnicza stateczność. Ale teraz był w rozterce, burzył sobie włosy, a od czasu do czasu ruchem przygnębienia ujmując głowę obiema rękoma, kładł dziurawe łokcie na mokrym i lepkim stole. W końcu spojrzał na Raskolnikowa wprost, po czym przemówił głośno i dobitnie:
- A czy mi wolno, łaskawy panie, zwrócić się do niego z rozmową pełną przyzwoitości? Albowiem jakkolwiek nie wygląda pan teraz imponująco, wszelakoż moje doświadczenie wyróżnia w panu człowieka wykształconego i do trunków nienawykłego. Sam zawsze czciłem wykształcenie połączone z zaletami serca, ponadto zaś mam honor być radcą tytularnym. Marmieładow... takie nazwisko, radca tytularny. Ośmielę się zapytać: pan był w służbie państwowej?
- Nie, studiuję... - odparł młody człowiek, trochę zdziwiony i tym osobliwym górnolotnym stylem, i okolicznością, że się do niego zwrócono tak wręcz, prosto z mostu. Choć niedawno pragnął przelotnie jakiegokolwiek bądź zetknięcia się z ludźmi, jednak teraz, przy pierwszym istotnie zwróconym do siebie słowie, nagle poczuł znowu zwykłą, gniewną i przykrą odrazę do każdego obcego, który się otarł albo dopiero chciał się otrzeć o jego osobowość.
- Więc student lub były student! - wykrzyknął urzędnik. - Właśnie tak sobie pomyślałem! Doświadczenie, szanowny panie, niejednokrotne doświadczenie! - I na znak uznania przytknął sobie palec do czoła. - Był pan studentem, czyli zgłębiał dziedzinę wiedzy! Pan pozwoli...
Tu wstał, zachwiał się, zagarnął swą butelkę, szklaneczkę i przysiadł się do młodzieńca, nieco na ukos od niego. Był pijany, ale mówił potoczyście i wartko, z rzadka tylko tracąc tu i ówdzie wątek i kołując. Na Raskolnikowa rzucił się wprost zachłannie, jak gdyby i on także przez cały miesiąc z nikim nie rozmawiał.
- Łaskawy panie! - zagaił niemal uroczyście. - Ubóstwo nie jest występkiem, to fakt. Wiem dobrze, że i pijaństwo nie jest cnotą; tym ci gorzej. Ale nędza, szanowny panie, nędza to występek. W biedzie człowiek jeszcze zachowuje szlachetność wrodzonych uczuć, natomiast w nędzy - nikt i nigdy. Za nędzę... nie powiem nawet, by kijem wypędzano, ale wprost miotłą wymiatają z ludzkiego towarzystwa, ku tym większej zniewadze. I słusznie, albowiem w nędzy ja pierwszy gotów jestem sam siebie znieważać. I stąd trunkowość! Szanowny panie, przed miesiącem małżonkę moją obił niejaki pan Lebieziatnikow, a moja małżonka to nie to co ja! Rozumie pan? Pozwolę sobie zapytać jeszcze, ot, po prostu z ciekawości: czy szanownemu panu zdarzało się nocować na Newie, na berlinkach z sianem?
- Nie, nie zdarzało się - odparł Raskolnikow. - Cóż to takiego?
- No, a ja właśnie stamtąd, i to już piątą noc...
Nalał sobie do szklaneczki, wypił i zamyślił się. W rzeczy samej, na jego ubraniu i nawet we włosach widniały gdzieniegdzie ździebełka siana. Było to bardzo prawdopodobne, że od pięciu dni nie rozbierał się i nie mył. Zwłaszcza ręce miał brudne, zasmolone, czerwone, z czarnymi paznokciami.
Jego gadanina ściągnęła na siebie ogólną uwagę, zresztą ospałą. Smarkacze za szynkwasem zachichotali. Gospodarz specjalnie bodaj zszedł z górnego pokoju, żeby posłuchać "żartownisia", i siadł opodal, ziewając leniwie, lecz z dostojeństwem. Widocznie Marmieładow był tu znany od dawna. A i zamiłowania do hałaśliwych rozpraw nabrał przypuszczalnie wskutek częstych szynkownianych rozmów z różnymi nieznajomymi. Czasem ten nawyk przeistacza się u alkoholików w prawdziwą potrzebę, szczególnie zaś u tych, których w domu traktuje się szorstko i którymi się pomiata. Dlatego też w kompanii pijaków usiłują oni zawsze jakby zdobyć sobie usprawiedliwienie, gdy się zaś uda, to i szacunek.
- Ty, żartowniś! - rzekł gromko gospodarz. - A czemu nie pracujesz, czemu nie służysz, skoroś urzędnik?
- Czemu nie służę, szanowny panie? - podchwycił Marmieładow, zwracając się wyłącznie do Raskolnikowa, jakby to on zadał mu pytanie. - Czemu nie jestem w służbie? A czyż serce moje nie boleje nad tym, że się czołgam bezowocnie? Gdy przed miesiącem pan Lebieziatnikow własnoręcznie pobił moją małżonkę, a ja leżałem pijaniuteńki, czyżem nie cierpiał? Daruj, młodzieńcze: czy ci się trafiło... hm... na przykład zabiegać o pożyczkę beznadziejnie?
- Owszem... ale niby jak to: beznadziejnie?
- To znaczy z beznadziejnością całkowitą, z góry wiedząc, że z tego nic nie będzie. Oto na przykład pan wie z góry i niezachwianie, że ten a ten człowiek, ten a ten wysoce prawomyślny i wysoce użyteczny obywatel za żadne skarby pieniędzy panu nie da, bo i po cóż, pytam, miałby dać? Przecie wie, że mu nie zwrócę. Ze współczucia? Ależ pan Lebieziatnikow, który śledzi rozwój mych myśli, tłumaczył świeżo, że w naszych czasach współczucie zostało zakazane nawet przez naukę, i tak się już dzieje w Anglii, gdzie panuje ekonomia polityczna. Więc po cóż, pytam, miałby dać? Otóż, z góry wiedząc, że on nie da, pan mimo to wybiera się w drogę i...
- W jakimż celu? - wtrącił Raskolnikow.
- Dobrze, a jeżeli nie ma już do kogo, nie ma już dokąd pójść! Przecie koniecznie trzeba, żeby każdy człowiek mógł choć dokądkolwiek pójść, choć gdziekolwiek bądź! Gdy córka moja po raz pierwszy wyszła z żółtym biletem, i ja także poszedłem wtedy... gdyż moja córka legitymuje się żółtym biletem... - dodał nawiasowo, z pewnym niepokojem patrząc na młodzieńca. - To nic, łaskawy panie, to nic! - dorzucił skwapliwie i z pozornym spokojem, gdy obaj chłopcy parsknęli śmiechem, a i sam gospodarz się uśmiechnął. - To nic! Tego kiwania głowami nie biorę sobie do serca, albowiem już wszystkim wiadomo i cokolwiek było tajne, na jaw wychodzi; a mam się do tego nie ze wzgardą, lecz z pokorą. Niech tam! niech tam! Ecce homo! Daruj, młodzieńcze: czy możesz... Ale nie, trzeba to powiedzieć mocniej i wyraziściej: nie czy możesz, lecz czy się ośmielisz, spoglądając w tej chwili na mnie, orzec twierdząco, żem nie świnia?
Młodzieniec nie odpowiedział ani słowa.
- Owóż - ciągnął dalej mówca, statecznie i nawet ze spotęgowaną tym razem godnością, przeczekawszy, aż umilkną ponowne chichoty. - Owóż, niech będę świnia, ale ona jest damą! Ja dźwigam na sobie podobieństwo zwierzęce, lecz Katarzyna Iwanowna, moja małżonka, jest osobą wykształconą, córką oficera sztabowego. Niechaj, niechaj będę szubrawcem, natomiast ona jest i wzniosłego serca, i pełna uczuć wyszlachetnionych przez edukację. A tymczasem... o, gdybyż ona mnie pożałowała! Szanowny panie, szanowny panie, przecież trzeba, żeby każdy człowiek miał bodaj jedno takie miejsce, gdzie by go pożałowano! A Katarzyna Iwanowna jest wprawdzie damą wielkoduszną, ale niesprawiedliwą... I chociaż sam rozumiem, że kiedy mię targa za kudły, to targa je nie inaczej, tylko z żałości serdecznej (albowiem, powtarzam to bez fałszywego wstydu, ona mnie targa za kudły, młodzieńcze - potwierdził z tym większą godnością, znowu słysząc prześmiechy), ale, mój Boże, gdybyż ona choć jeden raz... Lecz nie! Nie! Wszystko to nadaremnie i nie ma o czym gadać! Nie ma o czym gadać!... Albowiem już nieraz zdarzało się to upragnione, już nieraz żałowano mnie, lecz... lecz taki już jest rys mego charakteru: jestem urodzone bydlę!
- Ja myślę! - zauważył gospodarz, ziewając.
Marmieładow z determinacją stuknął pięścią w stół.
- Taki już rys mego charakteru! Czy ci wiadomo, czy ci wiadomo, szanowny panie, żem przepił nawet jej pończochy? Nie trzewiki, bo to by jeszcze choć trochę przypominało zwykłą kolej rzeczy, ale przepiłem jej pończochy, pończochy! Chusteczkę jej z koziej wełny także przepiłem... darowaną, dawną, jej własną, nie moją; mieszkamy zaś w zimnym kącie; tak, że tejże zimy przeziębiła się i zaczęła kaszleć, już krwią. A drobnych dziatek mamy troje i Katarzyna Iwanowna jest zaharowana od rana do nocy, szoruje, pucuje, dzieci myje, albowiem od maleńkości przywykła do ochędóstwa, a pierś ma słabą, skłonną do suchot, i ja to odczuwam. Czyż nie odczuwam? Owszem, im więcej piję, tym więcej odczuwam. Właśnie dlatego piję, że w trunku tym szukam współczucia i serca. Nie wesela szukam, lecz jedynie boleści... Piję, albowiem pragnę dotkliwiej cierpieć!
I jakby w rozpaczy oparł głowę o stół.
- Młodzieńcze - podjął, znów się wyprostowawszy - z twojej twarzy czytam niejaką boleść; jak tylko wszedłeś, wyczytałem to i dlatego zwróciłem się od razu do ciebie. Komunikując bowiem panu dzieje żywota mego, nie pragnę wystawić się na pośmiewisko tych oto próżniaków, którzy i tak o wszystkim już wiedzą, lecz szukam człowieka czułego i wykształconego. Wiedz tedy, że moja małżonka pobierała edukację w szlacheckim gubernialnym instytucie dla dobrze urodzonych panien i że po końcowym egzaminie tańczyła z szalem w obecności gubernatora i innych osobistości, za co też otrzymała złoty medal oraz świadectwo uznania na piśmie. Medal... ha, medal sprzedaliśmy... już dawno... hm... świadectwo zaś przechowuje dotychczas w swoim kufrze i świeżo pokazywała je gospodyni mieszkania. Bo jakkolwiek między nią a tą gospodynią najnieustanniej wywiązują się niesnaski, ale zachciało się jej przed kimkolwiek poszczycić, kogokolwiek powiadomić o szczęśliwych dniach przeszłości. I ja nie potępiam, nie potępiam, jako że to jedno jej pozostało we wspomnieniach, cała zaś reszta poszła w rozsypkę!
Tak, tak, dama to porywcza, dumna i nieugięta. Sama szoruje podłogę, żywi się razowcem, ale nikomu nie pozwoli na brak szacunku dla siebie. Dlatego też i panu Lebieziatnikowowi nie zechciała puścić płazem jego ordynarności, a gdy ją za to pan Lebieziatnikow poturbował, rozchorowała się nie tyle z powodu razów, ile z powodu urażonych uczuć. Ja ją poślubiłem już jako wdowę z trojgiem dziatek, jedno mniejsze od drugiego. Po raz pierwszy wyszła za mąż za oficera piechoty, z miłości, i z nim uciekła z domu rodzicielskiego. Męża kochała nadmiernie, lecz on się zaczął bawić karciętami, trafił za kratki i tak już zmarł. Pod koniec bijał ją; ona zaś, jakkolwiek mu nie folgowała, o czym mi wiadomo autentycznie i na podstawie dokumentów, wszelakoż dotychczas go wspomina ze łzami w oczach i mnie go stawia za wzór; a ja się cieszę, cieszę, że przynajmniej w wyobraźni widzi się szczęśliwą niegdyś... I została po nim z trojgiem nieletnich dzieci w powiecie dalekim i bestialskim, gdzie i ja się podówczas znajdowałem; została w takiej beznadziejnej nędzy, że chociaż bywałem w życiu w różnorakich opałach, ale nawet nie jestem w stanie tego opisać. Wszyscy zaś krewni odstrychnęli się. Bo też była dumna, nad miarę dumna... I otóż wtedy, szanowny panie, wtedy ja, również wdowiec, z pierwszej żony czternastoletnią córkę mający, oświadczyłem się jej, jako że nie mogłem patrzeć na takie cierpienie. Pan może z tego sądzić, do jakiego stopnia doszła jej niedola, skora ona, dobrze wychowana i wykształcona, ze znanej rodziny, zdecydowała się wyjść za mnie! Ale wyszła! Płacząc i łkając, załamując ręce... wyszła! Bo nie miała gdzie pójść.
Czy pan rozumie, czy pan rozumie, łaskawy panie, co to znaczy, kiedy człowiek nie ma już gdzie pójść? Nie! Tego pan jeszcze nie rozumie... I przez cały rok spełniałem swą powinność po bożemu i święcie, nie tykałem tego - tu szturknął palcem butelkę - albowiem serce mam. Aliści i tym nie potrafiłem dogodzić; a tymczasem straciłem posadę... takoż nie z własnej winy, tylko wskutek przesunięć personelu; i wówczas dotknąłem!... Już temu półtora roku znaleźliśmy się, po wędrówkach i licznych niedolach, w tej oto stolicy wspaniałej i niezliczonymi pomnikami uświetnionej. Tutaj dostałem posadę... Dostałem i znów straciłem. Rozumie pan? Tutaj już straciłem z własnej winy, albowiem opętało mnie to... Zamieszkujemy teraz kątem u gospodyni, Amalii Fiodorowny Lippewechsel, z czego zaś żyjemy i z czego płacimy... nie wiem. Mieszka tam dużo osób poza nami... Najniemożliwsza Sodoma... Hm... tak...
A tymczasem podrosła moja córka z pierwszego małżeństwa, ile zaś wycierpiała ta moja córka od swej macochy, gdy podrastała, o tym zmilczę. Bo aczkolwiek Katarzyna jest pełna wielkodusznych uczuć, ale to dama porywcza, drażliwa i czasem... Tak! No, ale nie ma o czym wspominać! Edukacji, jak pan to sobie łatwo wyobrazi, Sonia nie otrzymała. Przed jakimiś czterema laty próbowałem przechodzić z nią geografię i historię powszechną; ale że i sam byłem w tej dziedzinie nietęgi, a przyzwoitych podręczników nie miałem, bo książki, jakieśmy posiadali... no, słowem, nie ma już tych książek, więc na tym cała nauka się skończyła. Przerwaliśmy na Cyrusie Perskim. Potem, gdy już przyszła do lat, przeczytała kilkoro ksiąg treści romansowej, a niedawno, za pośrednictwem pana Lebieziatnikowa, z wielkim zajęciem przewertowała jedno dzieło, Fizjologię1 Lewesa (szanowny pan to zna?), i nawet urywkami na głos nam udzielała; oto i cała jej oświata. Teraz zaś, szanowny mój panie, we własnym imieniu skieruję do pana pytanie prywatne: czy zdaniem pańskim panna uboga, lecz uczciwa, dużo może zarobić własną uczciwą pracą?... Ani piętnastu kopiejek dziennie nie zarobi, proszę pana, jeżeli jest uczciwa i nie posiada specjalnych talentów; a i to pod warunkiem, że ręce sobie urobi! Na domiar radca Klopstock, Iwan Iwanowicz (szanowny pan słyszał o nim?), nie dość, że dotychczas nie uiścił należności za uszycie pół tuzina koszul holenderskich, lecz owszem, w sposób obraźliwy wyrzucił ją, tupiąc nogami i piętnując nieprzystojnym przezwiskiem, pod pozorem, jakoby kołnierz koszuli uszyto nie wedle miary i krzywo. A tymczasem dzieciarnia głodna... A tymczasem Katarzyna, załamując ręce, chodzi po pokoju, na policzkach jej ukazują się wypieki, jak to zawsze bywa w tej chorobie. Że niby: "Mieszkasz tu u nas, darmozjadzie jeden, jesz, pijesz, korzystasz z ciepła...". Bogiem zaś a prawdą, cóż ona tam "je i pije", kiedy w domu chuda fara, że nawet dziatwa po trzy dni z rzędu nie widuje skórki chleba!
Leżałem wtedy... ha, nie będę obwijał w bawełnę! Leżałem pijaniusieńki, a wtem słyszę, jak moja Sonia mówi (cichutka jest taka, głosik ma taki potulny... blondyneczka, liczko zawsze bledziutkie, chudziutkie), słyszę, jak mówi: "Więc jakże to, Katarzyno Iwanowno? Czyż mam się puścić na taką rzecz?". A trzeba panu wiedzieć, że niejaka Daria Francowna, niewiasta złej woli i policji wielokrotnie znana, już ze trzy razy dopytywała się przez gospodynię. "Ha - odpowiada Katarzyna z przekąsem - o cóż masz się drożyć? To mi dopiero skarby!". Ale niech pan nie wini, panie szanowny, niech pan nie wini! Powiedziane to było nie przy zdrowych zmysłach, lecz przy uczuciach wzburzonych, w chorobie, przy płaczu dzieci o chleb, zresztą zostało to powiedziane raczej dla obrazy niż w ścisłym znaczeniu... Albowiem małżonka moja taki już ma charakter, że gdy się dzieci rozpłaczą, chociażby z głodu, natychmiast zaczyna je bić. I oto widzę o jakiej szóstej godzinie: Sonieczka wstała, włożyła chusteczkę, włożyła paletko i wyszła z mieszkania, a o dziewiątej wróciła. Przyszła, idzie wprost do Katarzyny i w milczeniu kładzie przed nią na stole trzydzieści rubli. Ani słówka przy tym nie pisnęła, nie spojrzała nawet, tylko wzięła nasz duży dradedamowy zielony pled (mamy taki wspólny pled, z dradedamu), nakryła nim głowę i twarz i położyła się na łóżku, twarzą do ściany, że tylko ramionka i ciało dygocą... Ja zaś leżałem w takimże stanie jak poprzednio... I widziałem wówczas, młodzieńcze, widziałem, jak później Katarzyna, również ani słowa nie mówiąc, podeszła do łóżeczka Soni i cały wieczór przeklęczała przy niej, nogi jej całowała, nie chciała wstać, a potem obydwie razem zasnęły, objąwszy się... obydwie... obydwie... tak... a ja... leżałem pijaniuteńki.
Marmieładow umilkł, jakby mu głos odebrało. Potem porywczo nalał sobie, wypił, odchrząknął.
- Od tego czasu, panie mój - ciągnął po chwili milczenia - od tego czasu, wskutek pewnego niepomyślnego wydarzenia i na podstawie doniesień osób złej woli, w czym brała najczynniejszy udział Daria Francowna, ponoć za to, że jej uchybiono w należnym szacunku, od tego czasu córka moja Zofia zmuszona była wyrobić sobie żółty bilet i z tej racji nie może już przebywać z nami. Albowiem i gospodyni, Amalia Fiodorowna, nie chciała na to pozwolić (choć przedtem sama szła na rękę owej Darii), a i pan Lebieziatnikow... hm... właśnie o Sonię wywiązało się to zajście między nim a moją małżonką. Przedtem on sam molestował Sonieczkę, a teraz wzbił się raptem w ambicję: "Jak to! Ja, człowiek tak oświecony, mam przebywać w jednym mieszkaniu z taką?...". A Katarzyna tego nie przełknęła, ujęła się... No i wybuchło... Teraz Sonieczka bywa u nas tylko o zmierzchu, stara się pomóc Katarzynie, w miarę sił i możności dostarcza środków... Mieszka zaś u krawca Kapernaumowa, podnajmuje u nich stancję; a Kapernaumow jest kulawy i ma kluski w ustach, i cała jego liczna rodzina także ma kluski w ustach. Kluski w ustach ma też jego żona... Gnieżdżą się w jednym pokoju, a Sonia ma swój, osobny, za przepierzeniem... Hm, tak... Ludzie to wielce ubodzy i z utrudnioną wymową... tak... Jakem tylko wstał wówczas nazajutrz, wdziałem łachmany moje, ramiona wzniosłem ku niebu i udałem się do jego ekscelencji Iwana Afanasjewicza. Szanowny pan zna jego ekscelencję Iwana Afanasjewicza?... Nie? W takim razie nie zna pan bożego człowieka! Jest to wosk... wosk przed Obliczem Pańskim; jako wosk tający! Raczył wszystkiego wysłuchać i nawet łzę uronił. "Ha, Marmieładow! Już raz mnie zawiodłeś... Biorę ciebie raz jeszcze na swoją osobistą odpowiedzialność - tak się właśnie wyraził - zakonotuj to sobie - powiada - ruszaj!". Ucałowałem proch u stóp jego, myślowo, bo w rzeczywistości nie pozwoliłby, będąc dostojnikiem i mężem nowych, państwowotwórczych i oświeconych poglądów. Wróciłem do domu, a kiedym oświadczył, żem znowu zaliczony do personelu i pobieram pensję... o Boże, cóż to wówczas było!...
Marmieładow znowu przerwał, mocno przejęty. W tej chwili weszła z ulicy cała kompania opojów, już urżniętych; za drzwiami rozległy się dźwięki wynajętej katarynki, a dziecięcy, zerwany siedmioletni głosik zaśpiewał Futorek. Wszczął się harmider. Gospodarz i służba zajęli się nowo przybyłymi. Marmieładow, nie zwracając uwagi na przybyszów, podjął swe opowiadanie. Zdaje się, że bardzo osłabł, lecz im bardziej rozbierała go wódka, tym stawał się gadatliwszy. Wspomnienia o świeżym sukcesie biurowym ożywiły go i nawet odbiły się na jego twarzy jakąś promiennością. Raskolnikow słuchał uważnie.
- Działo się to, panie łaskawy, przed pięcioma tygodniami. Tak... Skoro tylko dowiedziały się obie, Katarzyna i Sonieczka... o Boże, jakbym się przeniósł do raju niebieskiego. Dawniej, bywało, leży człowiek jak bydlę i słyszy tylko wymysły. A teraz chodzą na paluszkach, uciszają dzieci: "Ojciec zmęczył się w biurze, odpoczywa, cyt!". Przed wyjściem do biura poją mnie kawą, grzeją śmietankę! Zaczęły się starać o prawdziwą śmietankę, słyszy pan! Skąd wytrzasnęły jedenaście rubli pięćdziesiąt kopiejek na przyzwoite umundurowanie dla mnie - pojęcia nie mam. Buty, świeże półkoszulki - jak najwspanialsze, madapolamowe, uniform, wicmundur, wszystko za jedenaście i pół rubla w najprzedniejszym gatunku. Pierwszego dnia przychodzę przed południem z biura, patrzę: Katarzyna przyrządziła dwa dania, zupę i peklowinę z chrzanowym sosem, o jakich to rzeczach nie było przedtem słuchu ani duchu. Sukienek nie ma ona żadnych... ale to, co się zowie, żadnych, a tu raptem jak gdyby się wybierała w odwiedziny, wystroiła się, i to nie byle jak; z niczego potrafi wszystko zrobić... i patrzcie mi, zupełnie inna osoba, odmłodniała, wyprzystojniała. Sonieczka, ptaszyna moja, wspierała tylko pieniędzmi, mnie zaś samej - powiada - nie wypada teraz bywać u was często, chyba dopiero o zmierzchu, żeby nikt nie widział. Słyszy pan, słyszy pan? Po obiedzie przyszedłem się zdrzemnąć - i cóż pan myśli? Małżonka moja nie wytrzymała: nie dalej niż przed tygodniem naurągały sobie z gospodynią, z Amelią Fiodorowną, na czym świat stoi, a teraz zaprosiła ją na filiżankę kawy. Przesiedziały dwie godziny i ciągle szuszu między sobą. Że niby: "Teraz mąż mój jest na posadzie, bierze pobory, chodzi do samego ekscelencji, a ekscelencja wyszedł do niego osobiście, wszystkim kazał czekać, a męża wziął pod rękę i przy wszystkich zaprowadził do gabinetu". Słyszy pan, słyszy pan? "Siemionie Zacharyczu - powiada - ja naturalnie pamiętam o pańskich zasługach i chociaż pan hołduje tej lekkomyślnej słabostce, ale ponieważ teraz dałeś obietnicę, a ponadto nam tu bez ciebie szło kulawo (słyszy pan, słyszy?), więc polegam na twoim szlachetnym słowie". Czyli, powiadam panu, wszyściuteńko wyssała z palca, i to nawet nie z trzpiotowatości, dla próżnej przechwałki! Nie, sama we wszystko wierzy, własnymi urojeniami bawi siebie, jak Boga kocham!
A ja nie potępiam; nie, tego ja nie potępiam! Gdy zaś przed sześciu dniami przyniosłem, nic nie uszczknąwszy, pierwszą swoją pensję, dwadzieścia trzy ruble czterdzieści kopiejek, nazwała mnie dziubdziusiem. "Dziubdziusiu ty mój!" - powiada. I to na osobności, rozumie pan? Zdawałoby się, że cóż we mnie miłego, że jakiż tam ze mnie mąż! Otóż nie; uszczypnęła mnie w policzek i powiada: "Dziubdziusiu ty mój!".
Marmieładow umilkł, chciał się uśmiechnąć, ale nagle broda zaczęła mu się trząść. Jednak opanował się. Ten szynk, twarz nosząca ślady rozpusty, pięć nocy na barkach z sianem, ta butelka, a zarazem ta chorobliwa miłość do żony i rodziny - wszystko to zbijało z tropu jego słuchacza. Raskolnikow słuchał w napięciu, lecz z dotkliwą przykrością. Był zły na siebie, że tu przyszedł.
- Szanowny panie, szanowny panie! - zawołał Marmieładow, otrząsnąwszy się. - O szanowny mój panie, może pana to wszystko śmieszy, jak i innych, może nudzę pana głupotą tych wszystkich mizernych szczególików domowego życia mego; ale mnie jest nie do śmiechu! Albowiem ja to wszystko odczuwam... I cały ten rajski dzień żywota mego, i cały ów wieczór spędziłem w polotnych marzeniach: jak ja to wszystko urządzę i dzieciarni sprawię przyodziewek, i jej zapewnię spokój, i córkę swą jednorodzoną dźwignę z otchłani upadku z powrotem na łono rodziny... I różne takie różności... To przecie wolno, proszę pana. Aliści, łaskawco mój - tu Marmieładow drgnął znienacka, podniósł głowę i wpatrzył się prosto w swego słuchacza - aliści już nazajutrz po wszystkich tych rojeniach (czyli dokładnie przed pięcioma dobami), pod wieczór, za pomocą podstępnego fortelu, jako złodziej nocny, przywłaszczyłem sobie klucz od kuferka małżonki mojej, wydobyłem wszystko, co zostało z przyniesionej pensji, już nie pamiętam, ile mianowicie... no i proszę spojrzeć na mnie! Pięć dni, jak wyszedłem z domu, a tam mnie szukają, z posadą amen, mundur leży w szynkowni przy moście Egipskim; za co też otrzymałem w zamian to oto obłóczenie. Wszystko skończone!
Marmieładow uderzył się pięścią w czoło, zaciął zęby, zamknął oczy i mocno oparł się łokciem na stole. Lecz po chwili twarz mu się nagle zmieniła; z jakimś udanym kpiarstwem, z wymuszoną bezczelnością popatrzył na Raskolnikowa, zaśmiał się i powiedział:
- A dzisiaj byłem u Soni, poprosiłem o gotóweczkę na poprawiny! Che, che, che!
- Chyba nie dała? - krzyknął ze strony któryś z nowo przybyłych, krzyknął i zarechotał na całe gardło.
- Ta oto butelka została nabyta za jej pieniądze - ciągnął Marmieładow, zwracając się wyłącznie do Raskolnikowa. - Dała mi trzydzieści kopiejek własną rączką, ostatnie, wszystko, co miała, sam widziałem... Nie powiedziała nic, tylko w milczeniu przyjrzała mi się... To nie na ziemi, ale tam boleją nad ludźmi w taki sposób, opłakują, a wyrzutów nie robią, nie robią! I tym boleśniej, tym boleśniej, że nie robią wyrzutów!... Trzydzieści kopiejek, tak jest. A przecież i jej samej one teraz potrzebne, nie? Jak pan sądzi, panie mój kochany? Przecie teraz musi dbać o schludność. A schludność, taka, wie pan, specjalna, kosztuje. Rozumie pan? Chociażby te jakieś pomadki, bo i jakże? Halki krochmalone, trzewiczki takie figlarniejsze, żeby można było pokazać nóżkę, kiedy wypadnie przeskakiwać kałużę. A rozumie pan, rozumie, co znaczy taka schludność? Otóż ja, rodzony ojciec, capnąłem te trzydzieści kopiejek na poprawiny w szynku! I piję! I już przepiłem!... Więc któż pożałuje takiego jak ja, hę? Czy pan mnie teraz żałuje, czy nie żałuje? Mów pan: żałujesz czy nie? Che, che, che, che!
Chciał sobie dolać, ale nic z tego. Flaszka była próżna.
- A za co ciebie żałować? - krzyknął gospodarz, który znowu znalazł się obok nich.
Rozległ się śmiech i nawet połajanki. Śmiali się i wymyślali zarówno ci, co słyszeli, jak i ci, co nie słyszeli - ot, na sam widok emerytowanego urzędnika.
- Żałować! Za co mnie żałować! - wrzasnął z nagła Marmieładow, wstając z wyciągniętą ręką, w istnym natchnieniu, jak gdyby tylko czekał na te słowa. - Za co mnie żałować, powiadasz? Racja! Mnie żałować nie ma za co! Ukrzyżować mnie trzeba, do krzyża przybić, a nie żałować! Więc ukrzyżuj, sędzio, ukrzyżuj, lecz ukrzyżowawszy, pożałuj! A wówczas ja sam przyjdę do ciebie, żebyś mię ukrzyżował, albowiem szukam nie wesela, jeno łez i boleści!... Czy ci się zdaje, przekupniu, że ta twoja butelka słodką mi była? Boleści, boleści szukałem na jej dnie, boleści i łez; jakoż znalazłem je, zakosztowałem ich; a pożałuje nas Ten, który ulitował się nad wszystkimi, który wszystkich i wszystko rozumiał, On też jeden jest sędzią. Nastanie dzień i On zapyta: "A gdzie jest córa owa, która macosze złej i suchotniczej, która dziatkom obcym i nieletnim złożyła siebie w ofierze? Gdzie córa owa, która pożałowała rodzica swego ziemskiego, pijanicy nieużytecznego, nie brzydząc się jego zezwierzęceniem?". I powie: "Przyjdź! Już ci raz odpuściłem... Przebaczyłem ci raz... A i teraz odpuszczone ci są twoje mnogie grzechy, albowiem wieleś umiłowała...". I przebaczy mojej Soni, już wiem, że przebaczy...
Odczułem to w sercu moim, gdym u niej był ostatnio... I osądzi wszystkich sprawiedliwie i przebaczy dobrym i złym, wyniosłym i pokornym... A gdy już skończy ze wszystkimi, naonczas przemówi i do nas: "Chodźcie i wy! - powie. - Chodźcie, pijaniuteńcy! Chodźcie, słabiutcy! Chodźcie, zasromani!". I my wszyscy przyjdziemy, nie wstydząc się, i staniemy przed Nim. A On powie: "Świnie jesteście! Na obraz i podobieństwo bestii; ale chodźcie i wy też!". Wówczas rzekną mądrzy, rzekną roztropni: "Panie! Przecz dopuszczasz tych oto?". A On powie: "Dlatego ich dopuszczam, o mądrzy, dlatego ich dopuszczam, o roztropni, że z nich żaden nie poczytywał siebie nigdy za godnego tej łaski...". I wyciągnie ku nam prawicę swoją, a my przypadniemy... i zapłaczemy... i wszystko zrozumiemy! Wtedy zrozumiemy wszystko!... I wszyscy zrozumieją... Katarzyna... także zrozumie. Panie, przyjdź królestwo Twoje!
Opadł na ławkę, wycieńczony i osłabiony, nie patrząc na nikogo, jakby zapomniał o otoczeniu, i głęboko się zadumał. Jego słowa wywarły pewne wrażenie; na chwilę zaległa cisza, lecz niebawem dały się znowu słyszeć śmiechy i urągania:
- Powiedział, co wiedział!
- Mądrala!
- Urzędnik!
I tak dalej, i tak dalej.
- Chodźmy, panie - rzekł nagle Marmieładow, podnosząc głowę i zwracając się do Raskolnikowa. - Niech pan mnie odprowadzi... Kamienica Kozela, oficyna. Pora... do Katarzyny Iwanowny...
Raskolnikow już dawno miał ochotę wyjść, o tym zaś, żeby mu pomóc, już i sam myślał. Okazało się, że Marmieładow ma nogi daleko słabsze niż język; ciężko się oparł o młodego człowieka. Mieli przejść jakie dwieście, trzysta kroków. Im bliżej domu, tym większy lęk i wstyd ogarniał pijaka.
- Nie Katarzyny Iwanowny boję się teraz - bąkał, zalterowany - ani tego, że mi się wczepi we włosy. Co tam włosy!... Furda włosy! Ja ci to mówię. Nawet lepiej, żeby się wczepiła, i wcale nie tego się boję... Boję się... jej oczu... tak... oczu... Wypieków boję się także... i tego... jej oddechu się boję... Widziałeś, jak się oddycha w tej chorobie... przy wzburzonych uczuciach? I boję się jeszcze płaczu dzieci... Bo, uważasz, jeżeli Sonia ich nie nakarmiła, to... już nie wiem! Nie wiem! A wytuzowania nie boję się... Wiedz, mój panie, że mi wyżej wspomniane tuzy nie przyczyniają bólu, lecz owszem, są mi rozkoszą... Żyć bez tego nie mogę. Tak jest lepiej. Niech mnie pobije, niech sobie ulży... tak jest lepiej... A oto i dom. Kamienica Kozela. Ślusarza, Niemca bogatego... Prowadź!
Weszli od podwórza i jęli się wspinać na czwarte piętro. Im wyżej, tym schody były ciemniejsze. Zbliżała się jedenasta i chociaż w Petersburgu o tej godzinie jeszcze nie ma prawdziwej nocy, u szczytu schodów było zupełnie mroczno.
Na najwyższym piętrze, u wylotu schodów, małe zasmolone drzwiczki stały otworem. Ogarek oświetlał najnędzniejszy w świecie pokój, jakie dziesięć kroków długi i w całości widoczny z sieni. Wszystko tu było porozrzucane w nieładzie, zwłaszcza różne dziecięce gałganki. Kąt w głębi zawieszono dziurawym prześcieradłem, za którym prawdopodobnie mieściło się łóżko. W samym zaś pokoju były tylko dwa krzesła i ceratowa, mocno obszarpana kanapa, przed którą stał stary stół kuchenny z surowej sośniny, niczym nieprzykryty. Na brzeżku stołu dopalał się ogarek łojówki w blaszanym lichtarzu. Okazało się, że rodzina Marmieładowa mieszka w osobnym pokoju, a nie kątem, lecz pokój ich był przechodni. Drzwi do dalszych pomieszczeń czy klitek, z których się składało mieszkanie Amalii Lippewechsel, były uchylone. Panował tam hałas i rwetes. Ktoś śmiał się głośno. Widocznie grano w karty i pito herbatę. Niekiedy dolatywały wyrazy zgoła nieparlamentarne.
Raskolnikow od razu poznał Katarzynę Iwanownę. Była to straszliwie wychudzona kobieta, gibka, dosyć wysoka i zgrabna, ze ślicznymi jeszcze, ciemnoblond włosami i, w rzeczy samej, z ceglastymi wypiekami na twarzy. Chodziła tam i sam po swym niewielkim pokoju, skuliwszy ręce na piersi, z zaciśniętymi spieczonymi wargami; oddychała nierówno, urywanie. Oczy jej błyszczały jak w gorączce, ale spojrzenie było ostre i nieruchome; przykre wrażenie sprawiała ta suchotnicza, wzburzona twarz, po której pełgały ostatnie odblaski dogorywającej łojówki. Raskolnikow uznał, że ma ze trzydzieści lat i że istotnie nie stanowi dobranej pary z Marmieładowem...
Wchodzących nie słyszała i nie zauważyła; rzekłbyś, że jest otumaniona, nic nie widzi, nic nie słyszy. W izbie było duszno, lecz okna nie otworzyła; ze schodów bił zaduch, jednak drzwi na schody były uchylone; z wewnętrznych pokoi, przez niedomknięte drzwi, napływały fale dymu tytoniowego, Marmieładowa kaszlała, ale drzwi nie zamknęła. Najmłodsza dziewczynka, sześcioletnia może, spała na podłodze, przykucnąwszy, z głową wetkniętą w róg kanapy. O rok starszy od niej chłopak drżał w kącie jak liść i płakał. Widocznie dostał tylko co w skórę. Starsza dziewczynka, mająca jakie dziewięć lat, wysoka i cieniutka jak zapałka, stała w kącie, objąwszy małego braciszka za szyję długim, wyschniętym jak szczapa ramieniem. Miała na sobie tylko lichutką i w wielu miejscach dziurawą koszulinę, a na gołych ramionach narzucony wyświechtany płaszczyk dradedamowy, który zapewne sprawiono jej dwa lata temu, bo teraz nie sięgał nawet do kolan. Starała się utulić brata, coś mu szeptała do ucha, pocieszała, jak mogła, żeby czasem nie zachlipał znowu, a równocześnie ze strachem wodziła za matką ogromnymi ciemnymi oczami, które zdawały się jeszcze większe w jej chudej i przerażonej twarzyczce.
Marmieładow, nie wchodząc do pokoju, uklęknął tuż na progu, a Raskolnikowa popchnął naprzód. Na widok nieznajomego kobieta z roztargnieniem zatrzymała się przed nim, ocknąwszy się na mgnienie i jak gdyby zastanawiając się: po co tu wszedł? Ale snadź pomyślała sobie zaraz, że gość idzie do dalszych izb, bo ta była przechodnia. Zmiarkowawszy to i już nie zwracając na niego uwagi, podeszła do drzwi od sieni, żeby je domknąć - i nagle krzyknęła, ujrzawszy na progu klęczącego męża.
- A! - wrzasnęła w zapamiętaniu. - Wróciłeś! Kajdaniarzu! Wyrzutku!... A gdzież pieniądze? Co masz w kieszeni, pokaż! I garnitur nie ten! Gdzie twój garnitur? Gdzie pieniądze? Gadaj!...
I rzuciła się na niego, chcąc go zrewidować. Marmieładow natychmiast rozłożył ręce potulnie i kornie, żeby jej ułatwić przetrząśnięcie kieszeni. Nie znalazła ani kopiejki.
- Gdzie są pieniądze? - krzyczała. - O Boże, czyżby wszystko przepił! Przecie w kuferku było jeszcze dwanaście rubli!... - I raptem, z wściekłością, chwyciła go za włosy i powlokła do pokoju. Marmieładow sam ułatwił jej te wysiłki, ulegle czołgając się za nią na klęczkach.
- I to mi jest rozkoszą! I to mi nie jest bólem, lecz roz-ko-szą, sza-now-ny pa-nie! - pokrzykiwał, szarpany za włosy, a nawet raz wyrżnąwszy łbem o podłogę.
Chłopczyk w kącie nie wytrzymał, zadygotał, krzyknął i rzucił się ku siostrze w okropnym przestrachu, nieomal w ataku. Starsza dziewczynka drżała jak liść.
- Przepił! Wszystko, wszystko przepił! - łkała rozpaczliwie nieszczęśliwa kobieta. - I ubranie na nim inne! Głodne, głodne! - I załamując ręce, wskazywała na dzieci. - O, po trzykroć przeklęte życie! A pan, pan wstydu nie ma - cisnęła się nagle do Raskolnikowa. - Z szynku! Tyś także z nim pił? Piłeś z nim także! Precz mi stąd!
Młodzieniec pokwapił się wyjść, nie mówiąc ani słowa. Zwłaszcza że otworzyły się wewnętrzne drzwi, spoza których zajrzało kilku ciekawych. Wyciągnęły się obleśnie roześmiane gęby, z papierosami, z fajkami, w myckach na głowie. Jakieś postacie w rozchełstanych szlafrokach, sprośnie roznegliżowane, niektóre z kartami w ręku. Z największym ubawieniem śmiali się wtedy, gdy Marmieładow, wleczony za włosy, krzyczał, że mu to sprawia rozkosz. Ba, zaczęli wchodzić do pokoju. W końcu rozległ się złowrogi jazgot: to nadciągała sama Amalia Lippewechsel, ażeby po swojemu dokonać rozprawy i po raz setny nastraszyć nieszczęsną kobietę okraszonym przekleństwami rozkazem, żeby się zaraz nazajutrz stąd wynosili. Na odchodnym Raskolnikow zdążył wygrzebać z kieszeni ileś tam miedziaków, które dostał w szynku jako resztę z rubla, i niepostrzeżenie położyć je na oknie. Potem, już na schodach, pomiarkował się i chciał wrócić.
"Co za głupie fanaberie wyczyniam - skarcił siebie. - Przecie oni mają tę swoją Sonię, a ja muszę sam o sobie myśleć". Lecz wziąwszy na rozum, że tych pieniędzy wycofać już nie sposób i że tak czy owak nie zrobiłby tego, machnął ręką i ruszył do siebie. "Przecie Sonia musi sobie kupić pomadki! - ciągnął dalej, krocząc ulicą i zjadliwie się uśmiechając. - Taka schludność kosztuje... Hm! Zresztą kto wie, może i sama Sonieczka dzisiaj cienko przędzie, boć to zawsze na dwoje babka wróżyła, rzecz przypadku... niby łowy na grubszego zwierza... albo szukanie ukrytych skarbów... A w takim razie bez tych moich pieniędzy osiedliby jutro na lodzie... Górą Sonia! Potrafili sobie stworzyć źródło dochodów! I korzystają! Bo przecie korzystają! Przyzwyczaili się. Najpierw popłakali, później przywykli. Człowiek jest podły, do wszystkiego przywyka!".
Zamyślił się.
- A jeżelim zełgał? - zawołał nagle mimo woli. - Jeżeli w rzeczywistości człowiek nie jest podły... w takim razie cała reszta... to zabobony, wymyślone strachy, i nie istnieją żadne nieprzekraczalne granice, i nie powinny istnieć!...
III
Nazajutrz obudził się późno, po niespokojnym śnie, który go nie pokrzepił. Obudził się w nastroju żółciowym, rozdrażniony, zły, i z nienawiścią spojrzał na swoją ciupkę. Była to maluteńka klitka, jakie sześć kroków długa, żałośnie wyglądająca ze swoją żółtawą, zakurzoną, poodlepianą tapetą, a tak niska, że człowiek choć trochę słuszniejszy czuł się tu nieswojo, co chwila czekając, że zawadzi głową o sufit. Umeblowanie było odpowiednie: trzy stare, koślawe krzesła, zabejcowany stół, na którym leżało kilka zeszytów i książek - gruba warstwa kurzu świadczyła, że od dawna nie dotykała ich niczyja ręka - wreszcie pokraczna, duża sofa, zajmująca bez mała całą ścianę i połowę szerokości izdebki, niegdyś obita kretonem, teraz obdarta i zastępująca Raskolnikowowi łóżko. Często sypiał na niej w ubraniu, bez prześcieradła, okrywając się starym, zniszczonym płaszczem studenckim, z głową na jednej małej poduszeczce, pod którą wtykał wszystką swoją bieliznę, czystą i brudną, aby mieć wyższe wezgłowie. Przed sofą stał stoliczek.
Trudno było o większe zaniedbanie i niechlujstwo; lecz Raskolnikowowi, w jego obecnym usposobieniu, to nawet dogadzało. Odgrodził się od całego świata, schował się jak żółw w skorupie, tak że nawet twarz służącej, której obowiązkiem było mu posługiwać i która czasem zaglądała do jego pokoju, przyprawiała go o napady złości i konwulsje. Tak bywa z monomanami, gdy się nadmiernie skupią na jednym przedmiocie. Gospodyni już od dwóch tygodni przestała mu przysyłać jedzenie, a jemu do głowy nie przyszło, żeby się z nią rozmówić na ten temat, choć siedział bez obiadu. Anastazja - kucharka i jedyna służąca gospodyni - po części była rada z takiego nastroju lokatora i zupełnie zaniechała sprzątania i zamiatania, ot, chyba tak sobie, raz na tydzień, od niechcenia przejechała miotłą.
To właśnie ona obudziła go teraz.
- Wstawaj, dosyć tego spania! - wrzasnęła mu nad uchem. - Już dziesiąta. Przyniosłam herbaty, chcesz? Pewnikiem czczo ci jest?
Lokator otworzył oczy, drgnął i poznał Anastazję.
- To gospodyni przysyła herbatę czy co? - zapytał, powoli i z wyrazem cierpienia unosząc się na sofie.
- Jaka tam gospodyni!
Postawiła przed nim własny nadpęknięty imbryk z cienką herbatą i położyła dwie żółtawe kostki cukru.
- Masz, Anastazjo, weź, proszę cię - rzekł, szukając w kieszeni (spał bowiem w ubraniu) i wyciągając parę miedziaków - idź i kup mi bułkę. A u masarza weź choć kilka plasterków kiełbasy, tej tańszej.
- Bułkę przyniosę ci zaruteńko, a co do kiełbasy, to może byś wolał barszczu? Dobry barszcz, wczorajszy. Wczoraj zostawiłam dla ciebie, aleś późno wrócił. Dobry barszcz.
Gdy mu przyniosła barszcz i gdy się doń zabrał, Anastazja usiadła obok na krześle i zaczęła paplać. Była to baba wiejska i bardzo gadatliwa.
- Nasza pani chce ciebie zaskarżyć do policji - powiedziała.
Skrzywił się.
- Do policji? O cóż jej chodzi?
- Nie płacisz komornego, z mieszkania się nie wyprowadzasz. Wiadomo, o co jej chodzi.
- Tylko tego brakowało - warknął, zgrzytając zębami. - Nie, teraz mi to... nie na rękę... Głupia jest! - dorzucił głośno. - Wstąpię dzisiaj do niej, rozmówię się.
- Głupia, bo głupia, tak samo jak ja; ale tyś mądrala, a leżysz jak tłumok, po próżnicy. Mówiłeś, żeś przedtem chodził uczyć dzieci; czemu teraz nic nie robisz?
- Robię... - odpowiedział Raskolnikow niechętnie i surowo.
- Co robisz?
- Pracuję...
- Co to za praca?
- Myślę - odparł poważnie po chwili milczenia.
Anastazja aż się zatoczyła ze śmiechu. Była śmieszką i gdy ją co ubawiło, zaczynała się śmiać bezgłośnie, trzęsąc się całym ciałem, aż ją samą zamroczyło.
- I dużoś uciułał pieniędzy tym myśleniem? - wykrztusiła wreszcie.
- Bez butów nie można iść na korepetycje. Zresztą gwiżdżę na to.
- Gwizdaniem się nie najesz.
- Za korepetycje płacą grosze. Wielka mi pociecha z tych kilku kopiejek! - ciągnął niechętnie, jakby odpowiadając na własne myśli.
- A ty byś od razu chciał cały majątek?
Popatrzył na nią dziwnie.
- Tak, cały majątek - rzekł z mocą po chwili milczenia.
- Oj, wolnego, wolnego, bo mi napędzisz strachu, że ha! - zadrwiła. - Więc jakże? Mam iść po bułkę?
- Jak chcesz.
- Aha, byłabym zapomniała! Wczoraj, jak cię nie było, przyniesiono list do ciebie.
- List! Do mnie! Od kogo?
- Tego nie wiem. Trzy kopiejki dałam listonoszowi z własnej kieszeni. Chyba zwrócisz mi, co?
- Dawajże, na miłość boską! - zawołał Raskolnikow, mocno przejęty. - O Jezu!
Po chwili przyniosła list. A jakże! Od matki, z guberni r-skiej. Aż pobladł, biorąc go. Dawno nie otrzymywał listów, lecz teraz z innego jeszcze powodu ścisnęło mu się serce.
- Anastazjo, zlituj się, idź sobie; masz tutaj swoje trzy kopiejki, tylko, na miły Bóg, idź sobie czym prędzej!
List drżał mu w ręku. Nie chciał rozrywać koperty przy niej; pragnął pozostać z tym listem sam na sam. Po wyjściu Anastazji szybko podniósł go do ust i ucałował; następnie długo się wpatrywał w litery adresu, w znajome i tak mu miłe, drobne i skośne pismo matki, która go kiedyś uczyła czytać i pisać. Zwlekał, nawet jakby się czegoś bał. Nareszcie rozdarł kopertę; list był długi, gruby, ważył dwa łuty; dwa duże arkusze listowego papieru były zapisane gęsto i drobno.
Mój Rodia - pisała matka - oto już przeszło dwa miesiące, jak nie gawędziłam z Tobą listownie, co i mnie samą przyprawiało o cierpienie, tak że czasem myśli całą noc nie dawały mi oka zmrużyć. Ale Ty na pewno nie masz mi za złe tego mimowolnego milczenia. Wiesz, jak Cię kocham; ja i Dunia mamy tylko Ciebie; Tyś nasze wszystko, nasza jedyna nadzieja i otucha. Co się ze mną działo, gdyś mi napisał, że przed kilkoma miesiącami porzuciłeś uniwersytet, nie mając z czego żyć, że się skończyły korepetycje i inne źródła dochodu! Cóż mogłam zrobić dla Ciebie ze swoimi stu dwudziestoma rublami rocznej emerytury? Te piętnaście rubli, które Ci posłałam cztery miesiące temu, pożyczyłam, jak Ci wiadomo, na rachunek tejże emerytury, od tutejszego naszego kupca, Afanasija Wachruszyna. Dobry to człowiek, przyjaźnił się jeszcze z Twoim ojcem. Ale ponieważ upoważniłam go do podjęcia emerytury w moim imieniu, więc musiałam czekać, aż się dług wyrówna, a to stało się dopiero teraz, tak że przez cały ten czas nie mogłam Ci nic posłać. Lecz teraz, Bogu dzięki, zdaje się, będę mogła znów Ci przysłać, i w ogóle możemy się pochwalić, że się nam poszczęściło, o czym też śpieszę Ci donieść.
Po pierwsze, czybyś się domyślił, drogi mój Rodia, że Twoja siostra już od sześciu tygodni mieszka tu ze mną i na przyszłość już się nie rozstaniemy. Chwała Bogu Najwyższemu, skończyły się jej udręki, ale opowiem Ci wszystko kolejno, żebyś wiedział, jak to było i cośmy dotychczas ukrywały przed Tobą. Gdyś mi pisał dwa miesiące temu, że słyszałeś od kogoś, że podobno Dunia znosi wiele przykrości wskutek ordynarnego obejścia w domu państwa Swidrygajłowów, i gdy żądałeś ode mnie szczegółów - cóż miałam Ci odpowiedzieć? Gdybym napisała szczerą prawdę, tobyś, kto wie, rzucił wszystko i przyszedł do nas bodaj piechotą, bo przecież znam Twój charakter i serce, że nie pozwoliłbyś krzywdzić siostry. Byłam w rozpaczy, ale cóż miałam począć? Zresztą i sama nie znałam wszystkiej prawdy. Najfatalniejsze to, że Dunieczka, godząc się do nich w zeszłym roku na guwernantkę, z góry pobrała aż sto rubli, które miano potrącać jej co miesiąc z pensji, więc przecie nie mogła porzucić posady, nie uiściwszy tego długu. Tę zaś kwotę (teraz mogę Ci wszystko wytłumaczyć, ukochany mój Rodia) wzięła głównie dlatego, żeby móc posłać Ci sześćdziesiąt rubli, których tak pilnie potrzebowałeś i które też dostałeś od nas zeszłego roku. Myśmy Cię wówczas oszukały, napisałyśmy, że to poprzednio przez Dunieczkę poczynione oszczędności, ale tak nie było, a teraz donoszę Ci całą prawdę, gdyż Pan Bóg wszystko teraz zmienił na lepsze, i żebyś wiedział, jak Ciebie Dunia kocha i jakie ma złote serce.
Rzeczywiście, pan Swidrygajłow z początku traktował ją bardzo ordynarnie, pozwalał sobie na różne niegrzeczności i kpinki przy stole... Ale nie chcę się wdawać w te wszystkie przykre detale, żeby Cię nie irytować bez potrzeby, kiedy już wszystko się ułożyło. Krótko mówiąc, mimo że Marfa Pietrowna, małżonka pana Swidrygajłowa, i wszyscy domownicy traktowali Dunię bardzo dobrze i szlachetnie, Duni było nader ciężko, szczególnie kiedy pan Swidrygajłow, wedle dawnego pułkowego przyzwyczajenia, znajdował się pod wpływem Bachusa. Ale cóż się później okazało? Wystaw sobie, że ten szalona pała już dawno zapłonął afektem do Duni, lecz ukrywał to pod pozorami gburowatości i lekceważenia. Może i sam się wstydził i przerażał, że on, człowiek w latach i ojciec dzieciom, żywi takie płoche nadzieje, i właśnie dlatego mimo woli złościł się na Dunię. Ale i to możliwe, że chciał swoim grubiaństwem i drwinami zasłonić przed wszystkimi istotną prawdę. Lecz w końcu nie wytrzymał i poważył się zrobić Duni niedwuznaczną a haniebną propozycję, obiecując jej złote góry i że ponadto przeniesie się z nią do innej wsi albo i za granicę. Wyobrażasz sobie jej cierpienia! Z miejsca rzucić posady nie mogła, nie tylko z racji długu pieniężnego, ale również przez wzgląd na Marfę Pietrownę, która by mogła powziąć podejrzenia, co by popsuło ich pożycie. Zresztą nie obeszłoby się bez wielkiego skandalu i dla Duni. Było tutaj dużo różnych powodów, tak że przed upływem sześciu tygodni Dunia w żaden sposób nie mogła liczyć na wyrwanie się z tego okropnego domu. Naturalnie, znasz Dunię, wiesz, jaka ona mądra i jaki ma silny charakter. Dunieczka potrafi wiele znieść i w najtrudniejszych nawet okolicznościach zdobyć się na tyle męstwa, żeby nie stracić hartu ducha. Nic mi o tym nie donosiła, nie chcąc mnie martwić, a przecie myśmy często pisywały do siebie.
Rozwiązanie zaś tej historii przyszło niespodzianie. Marfa Pietrowna niechcący podsłuchała, jak jej mąż molestuje Dunieczkę w ogrodzie, zrozumiała wszystko na opak, zwaliła wszystko na nią, sądząc, że to ona nawarzyła piwa. Tu w ogrodzie wynikła okropna awantura: Marfa Pietrowna nawet uderzyła Dunię, nie chciała nic słuchać, chociaż sama wrzeszczała całą godzinę, i wreszcie kazała natychmiast odwieźć Dunię do mnie do miasta zwykłym wozem drabiniastym, na który rzucono wszystkie jej rzeczy, bieliznę, sukienki, jak popadło, niezwiązane i niespakowane. Na domiar lunął ulewny deszcz i Dunia, zelżona i okryta hańbą, musiała jechać z chłopem aż siedemnaście wiorst furką bez budy. Powiedz sam, cóż mogłam Ci napisać w odpowiedzi na Twój list - otrzymany dwa miesiące temu - o czym pisać? Byłam w rozpaczy; napisać Ci prawdy nie miałam odwagi, bo Ty byś był bardzo nieszczęśliwy, struty i oburzony, a cóż byś mógł poradzić? Jeszcze byś, broń Boże, zrobił sobie co złego, a i Dunieczka mi zakazała; wypełniać zaś listu bagatelami i byle czym, kiedy w sercu żal - nie mogłam. Przez cały miesiąc u nas tutaj krążyły po mieście plotki o tej historii i doszło do tego, żeśmy obie z Dunią nie mogły się pokazać w cerkwi ze względu na pogardliwe spojrzenia i szepty, a nawet głośno w naszej obecności były różne powiedzenia. Wszystko to zawdzięczałyśmy Marfie Pietrownie, która zdążyła zaszargać i błotem obrzucić Dunię we wszystkich domach. Ona tutaj zna wszyściuteńkich i tamtego miesiąca przyjeżdżała raz po raz do miasta, a że jest cokolwiek gadatliwa i lubi rozpowiadać o swoich sprawach domowych, a zwłaszcza skarżyć się na męża wszem wobec i każdemu z osobna, co jest bardzo nieładne, więc też rozniosła całą historię w krótkim czasie, nie tylko w mieście, lecz i po całym powiecie. Rozchorowałam się, ale Dunieczka miała więcej hartu niż ja i szkoda, żeś nie widział, jak ona wszystko znosiła i jeszcze mnie pocieszała, dodawała otuchy! Prawdziwy anioł! Lecz Bóg miłosierny ulitował się i położył kres naszym strapieniom; pan Swidrygajłow opamiętał się, poczuł skruchę, widocznie zrobiło mu się żal Duni i przedstawił żonie całkowity i oczywisty dowód, że Dunia Bogu ducha winna, a mianowicie: list, który Dunia, zanim jeszcze Marfa Pietrowna zaszła ich w ogrodzie, była zmuszona napisać i przesłać mu, ażeby uchylić osobiste rozmowy i potajemne schadzki, których się napierał, a który to list po wyjeździe Dunieczki pozostał w ręku pana Swidrygajłowa. W tym liście wyrzucała mu jak najgoręcej i z wielkim oburzeniem właśnie jego nieszlachetny stosunek do Marfy Pietrowny, kładąc mu przed oczy, że przecie jest ojcem i małżonkiem, i wreszcie, że jaka to podłość z jego strony - nękać i unieszczęśliwiać dziewczynę, już i tak nieszczęśliwą i bezbronną.
Słowem, kochany mój Rodia, list ten jest napisany tak szlachetnie i wzruszająco, żem się spłakała przy czytaniu, a i dotychczas nie mogę go czytać bez łez. Ponadto na usprawiedliwienie Duni złożyły się zeznania służby, która jak to zwykle bywa, widziała i wiedziała daleko więcej, niż sobie wyobrażał sam Swidrygajłow. Marfa Pietrowna "była piorunem rażona", jak sama nam wyznała, ale za to upewniła się zupełnie o niewinności Dunieczki i zaraz nazajutrz, w niedzielę, przyjechała wprost do soboru, gdzie na klęczkach i ze łzami w oczach błagała Najświętszą Pannę o siły do zniesienia tego nowego dopustu i do spełnienia obowiązku. Potem prosto z soboru, do nikogo nie wstępując, przyjechała do nas, opowiedziała nam wszystko, płakała gorzko i z wielką skruchą brała Dunię w objęcia, prosząc o przebaczenie. Tegoż poranka, bez żadnej zwłoki, prosto od nas udała się do wszystkich domów w mieście i wszędzie w słowach dla Dunieczki najpochlebniejszych, wylewając łzy, stwierdzała jej niewinność, szlachetność jej serca i postępowania. Nie dość tego: pokazywała wszystkim i głośno odczytywała własnoręczny list Dunieczki do Swidrygajłowa, a nawet kazała porobić odpisy (co już uważam za przesadę). Tak więc była zmuszona kilka dni z rzędu objeżdżać wszystkich w mieście, bo niektórzy czuli się dotknięci, że dała innym pierwszeństwo, i w ten sposób powstała cała kolejka, tak że w każdym domu już z góry wiedziano, iż takiego to dnia Marfa Pietrowna będzie tam odczytywała ten list, i na każde czytanie zbierali się nawet ci, co ten list już kilka razy słyszeli i u siebie, i u znajomych, kolejno. Ja uważam, że bynajmniej, bynajmniej nie wszystko to było potrzebne, ale taka już jest Marfa Pietrowna. No, ale przynajmniej w pełni zwróciła Dunieczce honor, a cała szkarada tej sprawy legła niezatartym piętnem hańby na jej mężu, jako głównym winowajcy, tak że nawet mi go szkoda: aż za surowo postąpiono z tym postrzeleńcem. Duni zaraz zaczęto proponować lekcje w niektórych domach, ale odmówiła. W ogóle zaczęto ją naraz traktować ze szczególnym szacunkiem.
To wszystko w znacznym stopniu przyczyniło się do tego nieoczekiwanego zdarzenia, które teraz, że tak powiem, zmienia cały nasz los. Dowiedz się, drogi mój Rodia, że o Dunię zaczął się starać kawaler i że już nawet są po słowie, o czym też śpieszę zakomunikować Ci co rychlej. I chociaż to się zdecydowało bez poradzenia się Ciebie, jednak przypuszczam, że nie będziesz miał żalu ani do mnie, ani do siostry, bo zaraz się przekonasz, żeśmy żadnym sposobem nie mogły czekać i odkładać aż do otrzymania odpowiedzi od Ciebie. Zresztą i Ty byś nie zdołał z daleka wszystkiego szczegółowo rozważyć. Więc słuchaj, jak to było. On już jest radcą dworu - Piotr Pietrowicz Łużyn, daleki krewny Marfy Pietrowny, która niemało przyczyniła się do tej rzeczy. Zaczął od tego, że poprzez nią wyraził życzenie zawarcia z nami znajomości; myśmy go przyjęły jak należy, poczęstowałyśmy go kawą, a już nazajutrz nadesłał list, w którym bardzo grzecznie się oświadczył i prosił o szybką i stanowczą odpowiedź. Człowiek to poważny, ma wiele zajęć i pilno mu teraz do Petersburga, tak że każda chwila jest mu droga. Ma się rozumieć, byłyśmy zrazu zupełnie oszołomione, ponieważ to wszystko stało się bardzo nagle i niespodziewanie. Naradzałyśmy się obydwie i namyślały przez cały dzień. Człowiek to budzący zaufanie, majętny, ma dwie posady i już odłożył spory grosz. Co prawda ma już czterdzieści pięć lat, ale jest dosyć miłej powierzchowności i jeszcze może się podobać kobietom, i w ogóle człowiek to bardzo solidny, przyzwoity, tylko że troszeczkę posępny i jak gdyby wyniosły. Ale może to tylko tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Uprzedzam Cię, kochany Rodia, kiedy się z nim zobaczysz w Petersburgu, co stanie się bardzo niedługo, nie sądź go zbyt pochopnie, jak to masz w zwyczaju, o ile przy pierwszym spotkaniu coś Ci się w nim niezupełnie spodoba. Mówię to na wszelki wypadek, choć jestem pewna, że wywrze na Tobie wrażenie dodatnie. Bo też w ogóle, chcąc kogoś poznać należycie, trzeba zbliżać się do niego stopniowo i ostrożnie, żeby nie wpaść w pomyłkę i uprzedzenie, które później bardzo trudno naprawić i zatrzeć. A Piotr Pietrowicz - przynajmniej z wielu oznak sądząc - zupełnie zasługuje na szacunek. Zaraz za pierwszą bytnością oświadczył nam, że jest człowiekiem pozytywnym, lecz pod niejednym względem podziela, jak sam się wyraził, "zapatrywania naszej nowej generacji" i jest wrogiem wszelkich przesądów. Dużo mówił też innych rzeczy, gdyż jest jak gdyby cokolwiek próżny i bardzo lubi, żeby go słuchano, ale to przecie nieznaczna przywara, prawda?
Ja, oczywiście, mało co rozumiem, lecz Dunia mi wytłumaczyła, że człowiek to chociaż bez wielkiego wykształcenia, ale rozumny i, zdaje się, dobry. Znasz usposobienie siostry, Rodia. To dziewczyna rozsądna, dla siebie surowa, dziewczyna cierpliwa i wielkoduszna, choć serca zapalczywego, które tak dobrze poznałam. Ma się rozumieć, ani z jej, ani z jego strony szczególniejszej miłości tu nie ma, lecz Dunia jest nie tylko dziewczyną mądrą, ale także istotą szlachetną jak anioł i ma sobie za powinność zapewnić szczęście mężowi, który by ze swej strony dbał o jej szczęście, o tym zaś wątpić nie mamy na razie większych powodów, chociaż, co tu gadać, trochę za prędko to poszło. Na dobitkę, człowiek to bardzo roztropny i, naturalnie, sam pozna, że jego własne szczęście małżeńskie będzie tym pewniejsze, im lepiej będzie z nim Dunieczce. A że tam jakieś drobne usterki charakteru, jakieś zadawnione nawyki czy nawet pewne rozbieżności poglądów (czego przecież i w najbardziej dobranych stadłach nie da się uniknąć), to na ten temat Dunieczka powiedziała mi sama, że polega na sobie; że nie ma się o co frasować i że ona potrafi dużo znieść, pod warunkiem żeby przyszłe pożycie było uczciwe i prawe. Na przykład on mi się z początku wydał jakby trochę szorstki; ale to wszak może pochodzić właśnie stąd, że jest człowiekiem prostolinijnym; tak, na pewno stąd. Na przykład za drugą wizytą, już mając jej zgodę, wyraził się w trakcie rozmowy, że już dawniej, przed poznaniem Duni, postanowił sobie poślubić pannę uczciwą, ale bez posagu, i tylko taką, która zakosztowała biedy; bo jego zdaniem mąż nie powinien nic zawdzięczać żonie i daleko jest lepiej, jeżeli żona uważa męża za swego dobroczyńcę. Dodam, że on to wysłowił nieco miękcej i łagodniej, niż ja napisałam, bo dokładne jego zwroty wyleciały mi z głowy, zapamiętałam tylko sens, a przy tym powiedział to wcale nie z rozmysłu - widocznie wyrwało mu się w zapale konwersacji, tak że później starał się nawet sprostować i złagodzić, tak czy owak, mnie się to wydało jakby trochę szorstkim i później mówiłam o tym Duni. Lecz ona z niezadowoleniem odpowiedziała, że "co innego słowa, co innego czyny" - i, naturalnie, miała świętą rację. Przed powzięciem decyzji Dunieczka nie spała całą noc i sądząc, że ja już śpię, wstała z łóżka i całą noc chodziła po pokoju; wreszcie uklękła, długo i gorąco modliła się przed obrazem, a nazajutrz rano oświadczyła mi, że się zdecydowała.
Wspomniałam Ci już, że Piotr Pietrowicz udaje się do Petersburga. Ma tam duże interesy, chce otworzyć w Petersburgu publiczną poradnię adwokacką. Od dawna chodzi koło różnych pozwów i podań i właśnie ostatnio wygrał jeden znaczniejszy proces. Do Petersburga musi teraz koniecznie pojechać i dlatego, że ma w senacie jedną poważną sprawę. Tak więc, drogi mój Rodia, on i Tobie może być wielce pomocny w niejednym, a właściwie we wszystkim, i myśmy obie z Dunią umyśliły sobie, że już z dniem dzisiejszym mógłbyś rozpocząć na dobre swoją przyszłą karierę i uważać dalsze swoje losy za wyraźnie wytknięte. Och, gdybyż to się ziściło! Byłoby to takie wspaniałe, że trzeba by to uznać za szczególniejszą nad nami opiekę Opatrzności. Dunia o niczym innym nie marzy. Wzięłyśmy się na odwagę i już powiedziałyśmy Piotrowi Pietrowiczowi kilka słów w tej mierze. Odpowiedział oględnie, zaznaczając, że ponieważ, naturalnie, on sobie nie da rady bez sekretarza, więc, ma się rozumieć, lepiej jest płacić pensję nie obcemu, tylko krewniakowi, o ile ten okaże zdolności (Ty byś miał nie okazać zdolności!), lecz od razu zastrzegł się, że ma obawy, czy studia uniwersyteckie zostawią Ci dosyć czasu na pracę w jego biurze. Na tym się na razie skończyło, ale Dunia obecnie o niczym innym nie myśli. Teraz, od kilku dni, jest jak w gorączce i ułożyła sobie cały plan, że w przyszłości możesz zostać współpracownikiem, a nawet wspólnikiem Piotra Pietrowicza w jego sprawach sądowych, tym bardziej że jesteś na wydziale prawniczym. Ja zaś, Rodia, całkiem się z nią zgadzam i podzielam wszystkie jej plany i nadzieje, które wydają mi się zupełnie realne; bez względu więc na obecną, całkiem zrozumiałą powściągliwość Piotra Pietrowicza (gdyż on Ciebie jeszcze nie zna) Dunia jest przekonana, że dopnie wszystkiego przez swój dobry wpływ na przyszłego męża, i jest tego pewna. Ma się rozumieć, aniśmy napomknęły Piotrowi Pietrowiczowi o tych dalszych naszych marzeniach, a szczególnie o tym, że miałbyś być jego wspólnikiem. Jest człowiekiem pozytywnym, więc mógłby to przyjąć bardzo obojętnie, ponieważ wszystko wydałoby mu się czczym rojeniem.
Podobnie, obie z Dunią nie puściłyśmy pary z ust o naszej niezłomnej nadziei, że on nam pomoże zasilać Cię pieniężnie, dopóki jesteś na uniwersytecie. Nie wspomniałyśmy o tym dlatego, że po pierwsze, to się zrobi samo przez się w przyszłości, i Piotr Pietrowicz na pewno bez próżnego gadania sam to zaproponuje (tego by tylko brakowało, żeby odmówił Dunieczce!), zwłaszcza że możesz się stać jego prawą ręką w kancelarii i otrzymać od niego tę zapomogę nie jako dobrodziejstwo, ale jako należne Ci wynagrodzenie. Tak właśnie Dunieczka chce to urządzić, ja się z nią zupełnie zgadzam. Po wtóre, nie wspomniałyśmy o tym dlatego, że ogromnie chciałabym postawić Ciebie, przy Waszym rychłym spotkaniu, na równej z nim stopie. Gdy mu Dunia mówiła o Tobie z entuzjazmem, odrzekł, że każdego człowieka trzeba najpierw obejrzeć samemu jak najskrupulatniej, żeby móc o nim sądzić, i że zamierza, poznawszy Ciebie, urobić sobie własny sąd. Wiesz co, mój złocisty? Mnie się zdaje z różnych względów (które zresztą bynajmniej nie dotyczą Piotra Pietrowicza, lecz ot tak sobie, dla różnych moich własnych, osobistych, może nawet staruszkowskich, babskich kaprysów) - mnie się zdaje, że może lepiej zrobię, jeżeli po ich pobraniu się zamieszkam osobno, tak jak teraz, a nie razem z nimi. Jestem przeświadczona, że będzie o tyle szlachetny i delikatny, iż sam mnie zaprosi i zaproponuje, bym się już nie rozstawała z córką, a jeżeli dotychczas nie mówił o tym, to naturalnie dlatego, że to się rozumie bez słów; ale ja odmówię. Już nieraz w życiu widziałam, że teściowe niekoniecznie przypadają zięciom do gustu, ja zaś nie tylko nie chcę być nikomu najmniejszym nawet ciężarem, ale też i dla siebie pragnę zupełnej swobody, dopóki mam własny kawałeczek chleba, no i takie dzieci jak Ty i Dunieczka. Jeżeli to będzie możliwe, zamieszkam w pobliżu obojga - bo, Rodia, rzecz najprzyjemniejszą odłożyłam na sam koniec listu.
Otóż dowiedz się, mój najmilszy, że może w bardzo już krótkim czasie spotkamy się i uściskamy wszyscy troje po trzyletniej prawie rozłące! Już postanowiono na pewno, że ja i Dunia jedziemy do Petersburga, kiedy mianowicie - nie wiem, lecz w każdym razie bardzo, bardzo niedługo, może nawet za tydzień. Wszystko zależy od decyzji Piotra Pietrowicza, który natychmiast po rozejrzeniu się w Petersburgu da nam znać. Z pewnych względów chciałby możliwie przyśpieszyć ceremonię ślubu i gdyby się udało - wyprawić wesele już teraz, w mięsopuście, jeśli zaś to się nie da zrobić wskutek zbyt krótkiego terminu, no to zaraz po uspienskim poście.
Och, z jakim uszczęśliwieniem przytulę Cię do serca! Dunia nie posiada się z radości na myśl o zobaczeniu Ciebie i kiedyś powiedziała mi żartem, że choćby dlatego wyszłaby za Piotra Pietrowicza. Twoja siostra to anioł! Dzisiaj nie dopisuje się do tego listu, tylko kazała mi napisać, że ma z Tobą tyle, tyle do pomówienia, iż teraz pióro wypada jej z ręki, bo w kilku linijkach nic powiedzieć nie można, tylko bez potrzeby człowiek się zdenerwuje; kazała uściskać Cię mocno i przesłać Ci od niej sto tysięcy pocałunków. Lecz chociaż może bardzo już niedługo zobaczymy się osobiście, ja Ci w najbliższych dniach prześlę, ile tylko będę mogła, pieniędzy. Teraz, kiedy się wszyscy dowiedzieli, że Dunieczka wychodzi za Piotra Pietrowicza, mój kredyt wzrósł raptownie i nie wątpię, że teraz Afanasij Iwanowicz zgodzi się dać mi na rachunek emerytury do siedemdziesięciu pięciu rubli, tak że, być może, prześlę Ci ze dwadzieścia pięć rubli albo i trzydzieści. Posłałabym i więcej, ale boję się, czy wystarczy na koszta podróży. I chociaż Piotr Pietrowicz był tak poczciwy, że wziął na siebie część wydatków związanych z naszą jazdą do stolicy, a mianowicie sam się ofiarował własnym sumptem przewieźć nasz bagaż i duży kufer (ma jakieś możliwości przez znajomych), lecz i tak musimy coś mieć, bo nie można przyjechać do Petersburga bez grosza, trzeba coś mieć przynajmniej na pierwsze dnie. Zresztą myśmy z Dunieczką już wszystko obmyśliły najdokładniej i wypadło, że podróż wyniesie niewiele. Do stacji kolejowej mamy zaledwie dziewięćdziesiąt wiorst i na wszelki wypadek jużeśmy umówiły jednego znajomego chłopa woźnicę; a dalej sypniemy sobie z Dunieczką trzecią klasą. Toteż może prześlę Ci nie dwadzieścia pięć rubli, tylko trzydzieści - nawet na pewno trzydzieści wysupłam.
Ale basta; dwa arkusze zapisałam szczelnie i już nie ma miejsca; cała nasza historia; ale bo też tyle nagromadziło się wydarzeń! A teraz, mój Ty najzłocistszy, ściskam Cię, do rychłego zobaczenia, i przesyłam Ci swoje macierzyńskie błogosławieństwo. Rodia, kochaj Dunię, siostrę swoją; kochaj tak, jak ona Ciebie kocha, i wiedz, że ona Cię kocha bezgranicznie, więcej niż siebie samą. To anioł, Rodia; Ty zaś - Ty nasze wszystko, nasza nadzieja i cała otucha. Bądź tylko szczęśliwy, a i my będziemy szczęśliwe. Rodia, czy Ty się po dawnemu modlisz i czy wierzysz w nieskończoną dobroć Stwórcy i Zbawiciela naszego? Drży moje serce, czy i Tyś się nie zaraził modną dzisiaj niewiarą? Jeżeli tak, to ja się za Ciebie modlę. Przypomnij sobie, kochany, jak w dzieciństwie, jeszcze za życia ojca, szczebiotałeś paciorek na moich kolanach i jacyśmy wtedy byli wszyscy szczęśliwi! Żegnaj, a raczej do widzenia! Ściskam Cię mocno, mocno i całuję niezliczoną ilość razy.
Twoja do grobu
Pulcheria Raskolnikowa
W trakcie całego prawie czytania listu, od pierwszych słów, Raskolnikow miał twarz mokrą od łez, lecz kiedy skończył, twarz ta była blada, ściągnięta skurczem, a ponury, śledzienniczy, zły uśmiech wykrzywił mu wargi. Położył się na wznak, z głową na płaskiej, wybrudzonej poduszce, i myślał, długo myślał. Mocno biło mu serce, mocno kotłowały się jego myśli. Wreszcie zrobiło mu się duszno i ciasno w tej żółtej izdebce, podobnej do szafy czy skrzyni. Wzrok i myśli domagały się otwartej przestrzeni. Porwał kapelusz i wyszedł, tym razem już nie obawiając się żadnego spotkania na schodach: wyleciało mu to z pamięci. Skierował się w stronę Wyspy Wasiliewskiej poprzez aleję W-ską, jakby śpiesząc tam w pilnej sprawie, lecz swoim zwyczajem szedł, nic nie widząc, szepcząc do siebie, a nawet głośno gadając, czym wielce zadziwiał przechodniów. Wielu brało go za pijanego.
IV
List matki znękał go. Lecz co do najważniejszego, kapitalnego punktu - nie wahał się ani chwili, nawet w trakcie odczytywania listu. Co się tyczy istoty rzeczy, decyzja już w nim zapadła, decyzja nieodwołalna: "Ten ślub nie odbędzie się, dopóki ja żyję, i niech diabli porwą pana Łużyna!".
"Bo to jest rzecz oczywista - mruczał w duchu, uśmiechając się i ze złośliwym triumfem przewidując sukces swego postanowienia. - Nie, mamo, nie, Duniu, na plewy mnie nie weźmiecie!... A jeszcze przepraszają, że nie zasięgnęły mojej rady i powzięły decyzję beze mnie! Dobre sobie! Są pewne, że teraz już klamka zapadła; ano zobaczymy, zapadła czy nie zapadła! I co za przepyszne tłumaczenie: Piotr Pietrowicz ma takie interesy, takie interesy, że nawet ożenić się nie może inaczej, tylko łapu-capu, omal że nie w pociągu. Nie, Dunieczko, ja wszystko widzę i wiem, o czym to masz ze mną tyle, tyle do mówienia; wiem także, o czym myślałaś, całą noc chodząc tak po pokoju, i o co się modliłaś przed Matką Boską Kazańską, która stoi w maminej sypialni. Bo na Golgotę wstąpić niełatwo. Hm... A więc postanowiono nieodwołalnie: Awdotia Romanowna wychodzi za wyznawcę racjonalizmu, za człowieka interesów, który ma kapitalik (już ma kapitalik - to brzmi solidniej, bardziej imponująco), który ma dwie posady i który podziela zapatrywania naszej nowej generacji (jak pisze mama), wreszcie który "zdaje się, jest dobry", jak to zauważyła sama Dunieczka. To zdaje się jest najparadniejsze! I taż sama Dunieczka idzie za mąż za owo zdaje się!... Wyborne! Wyborne!
...Swoją drogą, jestem ciekaw, po co mi mama napisała o "nowej generacji"? Czy po prostu dla charakterystyki osoby, czy z ukrytym zamiarem zjednania mnie panu Łużynowi? O przebiegłości! Warto by wyjaśnić jeszcze jedną okoliczność: w jakiej mierze one były ze sobą szczere owego dnia i owej nocy oraz w całym okresie następnym? Czy padły między nimi wszystkie słowa, czy też obie zrozumiały, że jedna i druga ma to samo na sercu i na myśli, tak że już nie ma o czym mówić głośno, bo jeszcze człowiek gotów się wygadać. Przypuszczam, że po części tak właśnie było. Z listu to widać: mamie on się wydał szorstki - troszeczkę - więc w naiwności ducha poszła do Duni jak w dym ze swymi spostrzeżeniami. A Dunia, rzecz prosta, rozgniewała się i "odparła z niezadowoleniem"! Ja myślę, każdy by się wściekł, kiedy i bez naiwnych uwag sprawa jest jasna jak dzień i kiedy człowiek postanowił, że nie ma o czym gadać. I dlatego pisze mi: "Rodia, kochaj Dunię, ona Ciebie kocha więcej niż siebie samą"? Czyżby i mamę ruszyło sumienie, że zgodziła się poświęcić córkę dla syna? "Tyś nasza nadzieja, tyś nasze wszystko!". Oj, mamusiu!...".
Coraz gwałtowniej wrzał w nim gniew i gdyby w tej chwili spotkał pana Łużyna, gotów byłby go zabić!
"Hm, to prawda - ciągnął dalej, idąc za biegiem swych myśli, które w dzikim pędzie kołowały mu w głowie - to prawda, że do człowieka "trzeba się zbliżać stopniowo i ostrożnie, by go poznać"; ale pan Łużyn jest aż nadto przejrzysty. Grunt, że to "człowiek interesu i, zdaje się, dobry". Nie byle co: wziął na siebie przewiezienie bagażu i dużego kufra! Więc czyż nie dobry? One zaś obie, narzeczona i matka, umówiły sobie chłopka woźnicę i furkę przykrytą rogożą (przecie i ja tak jeździłem)! To nic! Wszak to tylko dziewięćdziesiąt wiorst, "a dalej sypniemy sobie trzecią klasą" tysiąc wiorstek. Bardzo rozsądnie: wedle stawu grobla; ale co pan na to, panie Łużyn, hm? Przecie to pańska narzeczona... I pan nie mógł nie wiedzieć, że matka na tę podróż zapożycza się pod zastaw swojej emerytury? Naturalnie, macie wspólny obrót handlowy, przedsiębiorstwo oparte na obopólnych korzyściach i na równych udziałach, więc też i rozchody po połowie; jak w przysłowiu: chleb i sól - razem, tytoń - każdy dla siebie. Ale i tu człowiek interesu z lekka je naciągnął: przewóz bagażu kosztuje taniej niż ich przejazd, a jak dobrze pójdzie, to i za darmochę. Więc jakże? Czy one tego nie widzą, czy też umyślnie zamykają oczy? A w dodatku są zadowolone, dalibóg! I pomyśleć, że to dopiero początek; że im dalej w las, tym więcej drzew! Bo o co im chodzi? Mniejsza zresztą o skąpstwo, mniejsza o liczykrupstwo, grunt to ten ton wszystkiego. Przecie to zapowiedź tonu późniejszego, tonu po ślubie... I z jakiej to racji mama się zrobiła taka szczodra? Z czym przybędzie do Petersburga? Z trzema rublami czy z dwoma "papierkami", jak mówi... tamta... starucha... hm! Na co liczy, z czego zamierza żyć w Petersburgu? Przecie na podstawie jakichś oznak już zrozumiała, że z Dunią nie będzie mogła mieszkać po jej zamążpójściu, nawet na początek. Przyjemniaczek widocznie "wygadał się", dał poznać po sobie, choć mama się tego wypiera z całych sił: "Ja sama odmówię". Więc na co i na kogo liczy? Na sto dwadzieścia rubli emerytury, z potrąceniem należności Afanasja Iwanowicza? Robi na drutach jakieś tam zimowe chusteczki, wyszywa mankieciki, psuje stare swoje oczy. Ale chusteczki dodają do owych stu dwudziestu rubli wszystkiego dwadzieścia rubli na rok, przecież wiem. Więc mimo wszystko rachuje na szlachetne uczucia pana Łużyna: "Sam zaproponuje, będzie się napraszał". Nadstawiaj kieszeni! I to zawsze tak bywa z tymi schillerowskimi pięknoduchami: do ostatniej chwili stroją człowieka w pawie piórka, do ostatniej chwili oczekują dobra, nie zła; i choć czują pismo nosem, za nic w świecie nie powiedzą sobie prawdy zawczasu; skręcają się na samą taką myśl; oburącz opędzają się prawdzie - aż do momentu, gdy upiększony przez nich człowiek własnoręcznie puści im fimfę w nos. Ciekawe, czy pan Łużyn ma ordery? Założę się, że ma order Anny i że go wkłada, idąc na obiad do przedsiębiorców lub kupców. Może i na swój ślub go włoży! Zresztą pal go diabli!...
...No, mama jak mama, Bóg z nią, taka już jest; lecz jakże Dunia? Dunieczko, kochanie, przecie ja ciebie znam! Przecie miałaś już dwudziesty rok, kiedyśmy się widzieli ostatnio: już wtedy cię rozgryzłem. Mama pisze, że "Dunieczka wiele potrafi znieść". Ja to wiedziałem, moja pani. Ja to wiedziałem już półtrzecia roku temu i od tego czasu przez dwa i pół roku myślałem o tym, o tym właśnie, że "Dunieczka wiele potrafi znieść". Skoro potrafiła znieść pana Swidrygajłowa, z całym dobrodziejstwem inwentarza, to już wystarczający dowód, że istotnie potrafi znieść wiele. A teraz ubrdała sobie z mamą, że można znieść również i pana Łużyna, który wykłada teorię o zaletach żon wyciągniętych z nędzy i wszystko mężom zawdzięczających, a na dobitkę wykłada to omalże nie przy pierwszej bytności. Ha, przypuśćmy, że się "wygadał", choć to wyznawca racjonalizmu (wobec czego sądzę jednak, że wcale się nie wygadał, lecz owszem, chciał od razu postawić rzecz jasno); ale Dunia, Dunia? Przecie ona go widzi na wylot i przecie z tym człowiekiem ma żyć. Wiem, że ona się raczej zgodzi jeść tylko czarny chleb i popijać wodą, niż zaprzedać duszę; a swej moralnej niezależności nie odda za żadne wygody życiowe; za księstwo udzielne, za cały Szlezwik-Holsztyn jej nie odda, cóż dopiero za pana Łużyna. Nie, Dunia była nie taka, o ile ją znałem, no i... na pewno nie zmieniła się i teraz. Swidrygajłowie są ciężcy, ani słowa!... Ciężko jest za dwieście rubli rocznie całe życie kołatać jako guwernantka od dworu do dworu, ale ja i tak wiem, że moja siostra raczej służyłaby jak Murzynka u plantatora, jak Łotyszka u bałtyckiego Niemca, niżby upodliła swą duszę i poczucie moralne związkiem z człowiekiem, którego nie szanuje i z którym nic nie ma wspólnego - związkiem na wieki, jedynie dla swej osobistej korzyści! Chociażby pan Łużyn był ze szczerego złota, chociażby był brylantowy, ona i wtedy nie zgodzi się zostać ślubną nałożnicą pana Łużyna! Więc czemuż teraz się zgadza? W czym tu sęk? Gdzie rozwiązanie tej zagadki? Sprawa prosta jak drut: nie sprzedałaby siebie dla własnej wygody, nawet dla ocalenia siebie od śmierci, lecz dla kogo innego - gotowa się sprzedać! Sprzeda się dla miłego, dla ubóstwianego człowieka! W tym też tkwi cały sęk: dla brata, dla matki zaprzeda siebie, zaprzeda wszystko! O, tutaj, w razie konieczności, gotowiśmy wziąć w łyka nasze poczucie moralne; naszą wolność, spokój, nawet sumienie - wszystko, wszystko poniesiemy na targ. Niechaj przepada życie! Byleby tylko te nasze najukochańsze istoty były szczęśliwe. Nie dość tego: wynajdziemy własną kazuistykę, sięgniemy po naukę do jezuitów i na pewien czas, kto wie, uspokoimy sami siebie, wmówimy sobie, że właśnie tak być powinno, bo cel jest dobry. Oto jacy jesteśmy - wszystko tu jasne jak dzień. Jasne, że tym, o kogo tu chodzi, kto stoi na pierwszym planie, jest nie kto inny, tylko Rodion Romanowicz Raskolnikow. Bo i jakże? Dunia może mu stworzyć szczęście, łożyć na jego uniwersytet, zrobić go współwłaścicielem kancelarii, zapewnić mu karierę; niewykluczone, że w przyszłości będzie bogaczem, umrze zaś jako człowiek szanowany, honorowany, może nawet sławny! Matka? Matce chodzi o Rodię, nieoszacowanego Rodię, o pierworodne dziecię! Czyż można dla takiego pierworodnego nie poświęcić nawet takiej córki? O miłe, o niesprawiedliwe serca! Ha, w razie czego gotowiśmy się zgodzić nawet na los Sonieczki! Sonieczka, Sonieczka Marmieładowa, wiekuista Sonieczka, dopóki świat światem! Ale czyście w pełni zgłębiły tę ofiarę? Co? Czy sił wystarczy? Czy to pożyteczne? Rozsądne? Czy wiesz, Dunieczko, że los Soni zgoła nie jest gorszy od losu przy boku pana Łużyna? "O miłości nie ma tu mowy" - pisze mama. Dobrze, a jeśli nie tylko o miłości, lecz i o szacunku nie ma mowy, a za to już teraz jest odraza, pogarda, wstręt - cóż wtedy? Wtedy się okaże, że trzeba będzie "dbać o schludność". Może nie? Czy rozumiesz, czy rozumiesz, co oznacza owa "schludność"? Czy rozumiesz, że schludność Łużynowska jest tym samym co i schludność Sonina, a może nawet gorsza, plugawsza, podlejsza, bo mimo wszystko ty, Dunieczko, rachujesz jednak na pewną nadwyżkę zbytku, a tam idzie po prostu o uniknięcie śmierci głodowej! Drogo, drogo, Dunieczko, kosztuje schludność owa! A jeżeli później nie starczy ci sił? Jeżeli pożałujesz? Ileż wtedy bólu, smutku, przekleństw, łez w ukryciu! Bo jednak ty nie jesteś Marfą Pietrowną. A co będzie wtedy z matką? Wszak ona już dziś jest niespokojna, już dziś się trapi, a wtedy, gdy wszystko przejrzy? No a ze mną?... Na litość boską, co ty sobie o mnie myślisz? Nie chcę twojej ofiary, Dunieczko, nie chcę, mamusiu! To się nie stanie, póki ja żyję, nie stanie, nie stanie! Nie przyjmuję!".
Ocknął się nagle i zatrzymał.
"Nie stanie? A cóż ty zdziałasz, żeby się nie stało? Zabronisz? A czy masz prawo po temu? Co możesz im przyrzec ze swej strony, ażeby posiąść takie prawo? Może obiecasz im poświęcić całą swą przyszłość, całe życie? gdy ukończysz nauki i otrzymasz posadę? Jużeśmy to słyszeli, ale to przecie gołąb na sęku, a co dziś? Toż tutaj trzeba coś zrobić natychmiast, rozumiesz czy nie rozumiesz? A co ty teraz robisz? Siedzisz im na karku. Skąd one biorą pieniądze? Pod zastaw sturublowej emerytury, pod zastaw znajomości z panami Swidrygajłowami! A w jaki sposób ty je obronisz od Swidrygajłowów, od Afanasija Wachruszyna, przyszły milionerze, Zeusie rozporządzający ich losem? Za dziesięć lat, powiadasz? Ależ za dziesięć lat matka zdąży oślepnąć od chusteczek, jeżeli nie od łez, zmarnieje z niedojadania. A siostra? Spróbuj się domyślić, co może stać się z siostrą za dziesięć lat albo w ciągu tych lat dziesięciu? Domyśliłeś się?".
Tak oto dręczył siebie i jątrzył tymi pytaniami, nawet z pewną lubością. Zresztą nie były to pytania nowe ani nagłe, lecz owszem, dawne, dobrze znane, bolesne. Już dawno zaczęły go nękać i stargały mu serce na nic. Od niepamiętnych czasów rodziła się w nim ta cała obecna udręka, narastała, wzbierała, a ostatnio dojrzała i skupiła się, przybierając kształty okropnego, dzikiego i urojonego pytania, które zamęczyło mu serce i umysł, natrętnie żądając rozwiązania. Teraz list matki uderzył w niego jak piorun. Było jasne, że teraz należy nie utyskiwać, nie cierpieć biernie, nie rozmyślać z bólem, że te pytania są nierozwiązywalne, lecz koniecznie coś przedsięwziąć - i to zaraz, natychmiast. Za wszelką cenę trzeba się na coś zdecydować albo...
- Albo wyrzec się życia całkowicie! - zawołał nagle w zapamiętaniu. - Pokornie przyjąć los, jaki się nastręczy, raz na zawsze, i stłamsić w sobie wszystko, zrzec się wszelkiego prawa do działania, życia i miłości!
"Czy pan rozumie, czy pan rozumie, panie szanowny, co to znaczy, gdy już nie ma dokąd pójść? - przypomniało mu się znienacka wczorajsze pytanie Marmieładowa. - Albowiem trzeba, żeby każdy człowiek miał jakiekolwiek miejsce, dokąd by mógł pójść...".
Wzdrygnął się: pewna myśl, również wczorajsza, śmignęła mu w głowie. Lecz drgnął nie dlatego, że śmignęła ta myśl. Przecie wiedział, przeczuwał, że "śmignie" ona nieuchronnie, i z góry na nią czekał; a na dobrą sprawę myśl ta bynajmniej nie była wczorajsza. Z tą jednak różnicą, że przed miesiącem, ba, jeszcze wczoraj, była tylko majakiem, teraz zaś... teraz ukazała się nagle nie jako majak, lecz w jakiejś nowej, groźnej i zgoła mu jeszcze nieznanej postaci, a on nagle uprzytomnił to sobie... Krew uderzyła mu do głowy, w oczach pociemniało. Rozejrzał się pośpiesznie, szukał czegoś. Chciał usiąść, więc szukał ławki; szedł zaś bulwarem K-skim. Zobaczył ławkę o sto kroków przed sobą. Ruszył możliwie najprędzej, lecz po drodze przytrafiła mu się drobna przygoda, która na kilka minut pochłonęła całą jego uwagę.
Wypatrując ławeczki, zauważył, o jakie dwadzieścia kroków przed sobą, idącą kobietę, ale zrazu nie zwrócił na nią uwagi, jak nie zwracał jej dotychczas na żadne otaczające go przedmioty. Na przykład wielokrotnie mu się zdarzało wrócić do domu i zupełnie nie pamiętać, którędy szedł, i już się przyzwyczaił tak chodzić. Jednak w tej kobiecie było coś tak dziwnego, coś tak rzucającego się w oczy od pierwszego spojrzenia, że stopniowo uwaga Raskolnikowa zaczęła do niej przywierać - z początku niechętnie i jakby opornie, potem coraz mocniej a mocniej. Zapragnął naraz zrozumieć, co mianowicie jest w tej kobiecie takie dziwne. Po pierwsze, ta prawdopodobnie dziewczyna, i to bardzo młodziutka, szła w taki skwar bez kapelusza, bez parasolki i bez rękawiczek, jakoś tak śmiesznie kołysząc rękami. Miała na sobie sukienkę z lekkiego jedwabiu - "materialną" - lecz i ta sukienka była cudacznie włożona, ledwie pozapinana, a z tyłu, w pasie, gdzie się zaczyna spódnica, rozdarta tak, że cały strzęp odstawał i fruwał. Na gołą szyję miała narzuconą chusteczkę, lecz i ta sterczała jakoś krzywo, bokiem. Na domiar dziewczyna szła niepewnie, potykając się i nawet zataczając. To spotkanie pobudziło wreszcie wszystką uwagę Raskolnikowa. Zetknął się z dziewczyną tuż przy ławce, lecz ona, zaledwie dotarłszy do ławki, padła na nią w kąciku, odrzuciła głowę na oparcie i zamknęła oczy, widocznie wyczerpana do ostateczności. Spojrzawszy na nią, pojął od razu, że jest zupełnie pijana. Dziwny i niesamowity widok. Przyszło mu nawet do głowy, że może się pomylił. Miał przed sobą twarz młodziutką, twarz dziewczyny szesnasto- lub może dopiero piętnastoletniej - drobną, okoloną włosami blond, ładniutką, lecz rozpaloną i jak gdyby obrzmiałą. Zdaje się, że dziewczyna była już ledwie przytomna, zarzuciła nogę na nogę, wystawiając ją przy tym na widok znacznie ponad utarte zwyczaje; wszystko wskazywało, że nie zdaje sobie sprawy, iż jest na ulicy.
Raskolnikow nie usiadł i nie chciał odejść; ot, stał przed nią zafrasowany. Na tym bulwarze było zawsze pusto; teraz zaś, o drugiej po południu i w taki upał, nie było prawie żywej duszy. A tymczasem opodal, o jakieś piętnaście kroków, na krawężniku bulwaru zatrzymał się jeszcze jeden jegomość, który najwidoczniej miał także wielką ochotę podejść do dziewczyny, w wiadomych sobie zamiarach. Prawdopodobnie i on także zobaczył ją z daleka i ścigał, lecz przeszkodził mu Raskolnikow. Rzucał na niego złe spojrzenia, starając się jednak, by tego nie zauważył, i niecierpliwie oczekiwał swojej kolei, gdy uprzykrzony obdartus odejdzie. Sprawa była jasna. Jegomość ten miał ze trzydzieści lat, był krępy, tłuściutki - krew z mlekiem, różowe wargi, mały wąsik; ubrany był bardzo elegancko.
Raskolnikow się rozjuszył; nagle przyszła mu ochota obrazić strojnego tłuścioszka. Na chwilę porzucił dziewczynę i podszedł do jegomościa.
- Ej, mój panie Swidrygajłow! Czego pan tu szuka? - krzyknął, zaciskając pięści i śmiejąc się spienionymi ze wściekłości ustami.
- Co to ma znaczyć? - zapytał ostro jegomość, marszcząc brwi i wyniośle się dziwiąc.
- Fora ze dwora, ot, co to znaczy!
- Jak śmiesz, kanalio!...
I zamierzył się laseczką. Raskolnikow runął na niego z pięściami, nie rozważywszy nawet, że ów krępy jegomość mógł sobie łatwo poradzić z dwoma takimi jak on. Ale w tej chwili ktoś mocno uchwycił go z tyłu. Między nimi stał policjant.
- Panowie, dajcież spokój, nie wolno się bić w miejscach publicznych. Czego panu potrzeba? Coś pan za jeden? - zwrócił się surowo do Raskolnikowa, widząc jego łachmany.
Raskolnikow przyjrzał mu się bacznie. Była to poczciwa żołnierska twarz, z siwymi wąsami i bokobrodami, o roztropnym spojrzeniu.
- Właśnie was mi potrzeba! - zawołał, chwytając go za rękę. - Jestem byłym studentem. Raskolnikow... Tego i pan może się dowiedzieć - zwrócił się do jegomościa. - A wy chodźcie no tu, coś wam pokażę... - I pociągnął stójkowego za rękę do ławeczki. - Patrzcie: zupełnie pijana, tylko co szła bulwarem... nie wiadomo, co za jedna, lecz nie wygląda na zawodową. Najpewniej spojono ją gdzieś i skrzywdzono... po raz pierwszy... rozumiecie? A potem wypuszczono na ulicę. Patrzcie, jaka rozdarta sukienka, spójrzcie, jak włożona; widać, że ktoś ją ubierał, nie sama się ubierała, ubierały ją zaś ręce niewprawne, męskie. To widać. A teraz spójrzcie tu: ten facet, z którym miałem się bić, jest mi nieznany, pierwszy raz go widzę; ale on także wziął ją na oko po drodze, przed chwilą - pijaną, nieprzytomną - i teraz okropnie mu się chce podejść i złapać ją, ponieważ ona jest w takim stanie, i gdzieś zawieźć!... Na pewno jest tak, jak mówię, wierzcie mi, że się nie mylę. Sam widziałem, jak ją obserwował i śledził, tylko że ja mu popsułem szyki, więc teraz czeka, żebym się wyniósł. Ot, i teraz odszedł troszeczkę, stoi, udaje, że skręca sobie papierosa... Co mamy zrobić, żeby mu jej nie dać? Jak mamy ją odprowadzić do domu, zastanówcie no się!
Stójkowy w mig wszystko pojął i zmiarkował. Co do tęgiego jegomościa, nie było co się wahać, oczywiście; lecz pozostawała dziewczyna. Stary żołnierz pochylił się nad nią, przyjrzał bacznie i szczere współczucie odbiło się w jego rysach.
- Ach, pożal się Boże! - rzekł, kiwając głową. - Zupełnie jeszcze dziecko. Skrzywdzili ją, jak amen w pacierzu. Proszę pani - zaczął ją budzić - gdzie pani mieszka?
Dziewczyna otworzyła zmęczone, osowiałe oczy, tępo popatrzyła na pytających i machnęła ręką.
- Słuchajcie - rzekł Raskolnikow - weźcie to - poszukał w kieszeni i jakimś cudem znalazł dwudziestkę - zawołajcie dorożkę i każcie odstawić ją wedle adresu. Musimy koniecznie dowiedzieć się adresu!
- Panienko, hej, panienko! - podjął stójkowy, biorąc pieniądze. - Zaraz zawołam dorożkę i sam panienkę odwiozę. Dokąd pani każe, co? Gdzie pani zamieszkuje?
- Od... czepcie się!... - wymamrotała dziewczyna i znowu opędziła się ręką.
- Ach, ach, jak nieładnie! Ach, jaki wstyd, panienko, jaki wstyd! - Znów pokiwał głową, wstydząc ją, żałując jej i oburzając się. - To mi orzech do zgryzienia! - rzekł do Raskolnikowa, przy czym znowu obejrzał go nieznacznie od stóp do głów. Widać i on także wydał mu się dziwny: obszarpaniec, a szasta pieniędzmi!
- Daleko stąd znalazł ją pan? - zagadnął.
- Przecie mówię: szła przede mną, zataczając się, tu na bulwarze. Kiedy podeszła do ławki, zaraz się zwaliła.
- Ach, jaka to teraz sromota rozpleniła się na świecie, Panie święty! Tak smarkata, a już pijana! Skrzywdzili ją, jak Bóg w niebie! I sukienka rozdarta... Ach, co to za rozpusta dzisiaj!... Może nawet ze szlachty, z jakiejś podupadłej... Teraz dużo takiej się namnożyło. Wygląda mi na delikatniejszą, niby prawdziwa panienka. - I znowu pochylił się nad nią.
Może i on sam miał dorastające córki - "niby prawdziwe panienki, z tych delikatniejszych", z pretensjami do dobrego wychowania i ze wszelkimi nabytymi już fochami...
- Grunt - troskał się Raskolnikow - to, żeby jej nie dać temu podlecowi! Gotów do reszty ją zbezcześcić. Widać na wylot, czego mu się zachciewa; patrzcie go, drania jednego: nie odchodzi!
Raskolnikow mówił głośno i bez ceregieli wskazywał na niego ręką. Tamten usłyszał i chciał się rozgniewać, ale dał pokój i poprzestał na wzgardliwym spojrzeniu. Potem wolniutko odszedł jeszcze z dziesięć kroków i znowu przystanął.
- Nie dać mu jej, owszem, to można - odparł w zadumie były sierżant. - Żeby tylko powiedziała, gdzie ją odstawić, no bo tak... Panienko, hej, panienko! - Pochylił się znowu.
Wtem otworzyła oczy szeroko, uważnie spojrzała, jakby pojęła coś, wstała z ławki i ruszyła z powrotem tam, skąd przyszła.
- Tfu, bezwstydni, czepiają się! - mamrotała, raz jeszcze czyniąc ruch odpychania. Szła szybko, ale zataczając się jak przedtem.
Elegant podążył za nią, lecz po drugiej stronie alei, i nie spuszczał jej z oczu.
- Niech pan będzie spokojny, nie dam jej! - zapowiedział stanowczo wąsal i poszedł za nimi. - Ech, jaka to teraz rozpusta! - powtórzył głośno, wzdychając.
W tej chwili jakby giez uciął Raskolnikowa; jakby go coś błyskawicznie odmieniło.
- Hola, słuchajcie no tam! - krzyknął za odchodzącym wąsalem.
Ten się obrócił.
- Dajcie pokój! Co wam do tego? Zostawcie! Pal go licho, niech się zabawi - wskazał na eleganta. - Czy to wasz interes?
Policjant nie rozumiał i wytrzeszczył na niego oczy. Raskolnikow zaniósł się śmiechem.
- E-et! - mruknął stójkowy, machnął ręką i podążył za gagatkiem i dziewczyną, prawdopodobnie biorąc Raskolnikowa bądź za wariata, bądź za coś jeszcze gorszego.
- Moje dwadzieścia kopiejek wziął - bąknął ze złością Raskolnikow, zostawszy sam. - Teraz niech weźmie również od tamtego ananasa, później niech puści z nim dziewczynkę i na tym wszystko się skończy... Po co się wtrącałem z pomocą! Śliczny ze mnie pomocnik, nieprawdaż? Czy ja mam prawo pomagać? Choćby się nawzajem popołykali żywcem... co mi do tego? I kto mi pozwolił wydać te dwadzieścia kopiejek? Czyż one są moje?
Mimo tych czupurnych słów zrobiło mu się bardzo ciężko na duszy. Usiadł znowu na ławce. Myśli jego były w rozsypce. W ogóle trudno mu było myśleć w tej chwili o czymkolwiek. Rad by odrętwieć do cna, zapomnieć o wszystkim, potem się obudzić i zacząć zupełnie na nowo...
- Biedne dziewczątko! - rzekł, spojrzawszy na opuszczone przez nią miejsce na ławce. - Wyczmucha się, popłacze, potem matka się dowie... Najpierw uderzy, potem wychłosta boleśnie i hańbiąco, a może i wypędzi... Jeżeli zaś wypędzi, to i tak ją zwąchają różne takie Darie Francowny, no i dziewczynka pójdzie w obroty, tędy, owędy... Zaraz potem lecznica (zawsze tak bywa z takimi, które mieszkają z bardzo uczciwymi matkami i swawolą w ukryciu przed nimi), a potem... a potem znowu lecznica... wódka... szynczki... i znów lecznica... Po dwóch lub trzech latach - kaleka; tak że całego jej życia, od urodzenia, będzie dziewiętnaście, może osiemnaście lat całej parady... Czyż nie widywałem takich? A jak się to staje? Oto właśnie tak się staje jak tutaj... Tfu! Niech tam! Podobno tak być powinno. Powiadają, że taki a taki procent musi rokrocznie odpadać... dokądś tam... przypuszczalnie do diabła, ażeby reszcie nie przeszkadzać i tę resztę odświeżać. Procent! Jak Boga kocham, oni mają doskonałe słóweczka, takie uspokajające, naukowe. Skoro padł termin: procent, więc widocznie nie ma się czym turbować. Gdyby użyć innego słowa, a, to inna sprawa... i wówczas, być może, wyglądałoby to mniej przyjemnie... A jeżeli, na psa urok, Dunieczka również trafi do procentu?!... Nie do tego, to do innego?...
"Ale dokąd ja idę? - pomyślał nagle. - Dziwne. Przecież szedłem w jakimś celu. Zaraz po przeczytaniu listu wyruszyłem... Aha, już wiem: szedłem na Wyspę Wasiliewską, do Razumichina; teraz... przypomniałem sobie. Dobrze, ale po co? Czemu właśnie teraz strzeliło mi do głowy, żeby pójść do Razumichina? To ciekawe".
Dziwił się sobie. Razumichin był jednym z jego byłych kolegów uniwersyteckich. Godne uwagi, że Raskolnikow, za pobytu w uniwersytecie, z nikim prawie nie przestawał, stronił od wszystkich, nikogo nie odwiedzał, a u siebie przyjmował niechętnie. Toteż niebawem wszyscy się od niego odstrychnęli. Nie brał udziału ani we wspólnych zebraniach, ani w rozmowach, zabawach, w niczym. Uczył się zażarcie, nie szczędząc siebie - szanowano go za to, lecz nikt go nie lubił. Był bardzo ubogi, a przy tym odstręczająco dumny, zamknięty w sobie, jakby miał coś do ukrycia. Niektórzy koledzy mieli wrażenie, że patrzy na nich wszystkich jak na dzieci, z wysoka, jakby ich wszystkich wyprzedził i w rozwoju, i w wiedzy, i w przekonaniach, toteż na ich przekonania i zainteresowania spogląda jak na coś niższego.
Z Razumichinem zaś zbliżył się z jakiegoś powodu; może nawet nie tyle się zbliżył, lecz był z nim troszeczkę rozmowniejszy, szczerszy. Zresztą do Razumichina nie sposób było inaczej się ustosunkować. Był to chłopiec nadzwyczaj wesoły i wylewny, poczciwy aż do prostoduszności. Najlepsi spośród kolegów rozumieli to, wszyscy go lubili. Był całkiem niegłupi, choć niekiedy w rzeczy samej naiwny. Miał charakterystyczną powierzchowność - wysoki, chudy, czarnowłosy, zawsze niedogolony. Czasem wyprawiał brewerie i uchodził za osiłka. Kiedyś w nocy, w wesołej kompanii, jednym uderzeniem pięści unieszkodliwił olbrzymiego stróża bezpieczeństwa. Pić potrafił jak smok, ale mógł też i nie pić wcale; czasem broił niedopuszczalnie, lecz potrafił wcale nie broić. Ponadto Razumichin odznaczał się tym, że żadne niepowodzenia go nie peszyły, i zdawało się, iż najgorsze tarapaty nie dadzą mu rady. Mógł mieszkać chociażby na dachu, znosić piekielną głodówkę i podbiegunowe mrozy. Ubogi był jak mysz, sam jak palec; z niczyjej pomocy nie korzystał, zdobywając środki utrzymania różnymi pracami. Znał co niemiara źródeł zarobków - uczciwych, naturalnie. Którejś zimy ani razu nie palił w piecu i twierdził, że to nawet przyjemnie, bo w zimnym pokoju lepiej się śpi. Obecnie on także był zmuszony opuścić uniwersytet, ale nie na długo, i wyłaził ze skóry, ażeby poprawić swoją sytuację materialną i móc na nowo podjąć naukę. Raskolnikow nie był u niego już ze cztery miesiące, a Razumichin nawet nie wiedział, gdzie on mieszka. Raz spotkali się na ulicy przed jakimiś dwoma miesiącami, lecz Raskolnikow odwrócił się i nawet przeszedł na drugą stronę, żeby go kolega nie spostrzegł. Razumichin wprawdzie go spostrzegł, ale poszedł dalej, nie chcąc wprawiać przyjaciela w zakłopotanie.
V
"To prawda, jeszcze niedawno chciałem prosić Razumichina, żeby mi pomógł dostać pracę, jakie lekcje czy coś... - badał siebie Raskolnikow - ale teraz w czymże mi on może być pomocny? Dajmy na to, że wystara mi się o korepetycje, dajmy na to, że się podzieli ostatnią kopiejką, o ile tę kopiejkę ma, tak że będę mógł sprawić sobie nawet buty i dać garnitur do reperacji, żeby było w czym chodzić na lekcje... hm... Dobrze, ale co dalej? Co ja zdziałam za parę groszy? Czyż tego mi teraz potrzeba? Doprawdy, to aż śmieszne, że postanowiłem iść do Razumichina...".
Kwestia, czemu się teraz udał do Razumichina, niepokoiła go bardziej, niż sam zdawał sobie z tego sprawę; trwożnie doszukiwał się jakiegoś złowróżbnego dla siebie znaczenia w tym na pozór tak zwykłym postępku.
"Czyż rzeczywiście zamierzałem wszystkiemu zaradzać samym tylko Razumichinem? Czyż w Razumichinie upatrywałem wyjścia z całej sytuacji?" - zapytywał siebie ze zdumieniem.
Rozmyślał, tarł sobie czoło i, rzecz dziwna, jakoś ni stąd, ni zowąd, z nagła, jakby sama przez się, po bardzo długiej zadumie przyszła mu do głowy pewna najosobliwsza myśl.
- Hm... do Razumichina - powiedział naraz zupełnie spokojnie, jak gdyby powziąwszy ostateczną decyzję - do Razumichina pójdę, to pewne, lecz... nie teraz... Pójdę do niego... nazajutrz po tamtym, gdy tamto będzie już skończone i gdy wszystko się potoczy nową koleiną...
Nagle się opamiętał.
- po tamtym? - krzyknął, zrywając się z ławki. - Ale czyż tamto się stanie? Czyż ma się stać naprawdę?
Opuścił ławkę i ruszył, nieomal pobiegł; zamierzał wracać do siebie, ale raptem myśl powrotu do domu przejęła go okropnym wstrętem: przecie to tam, w tym kącie, w tej obmierzłej szafie, wylęgło się tamto i dojrzewało już przeszło miesiąc. Zaczął iść, gdzie oczy poniosą.
Nerwowy dreszcz zmienił się w jakieś febryczne drżenie. Zaczęło go nawet ziębić: w taki upał zrobiło mu się zimno. Z wysiłkiem, prawie nieświadomie, ale pod naciskiem wewnętrznej konieczności, jął się wpatrywać we wszystkie napotykane przedmioty, jak gdyby dla rozerwania myśli; ale nie bardzo mu się to udawało i raz po raz wpadał w zadumę. Kiedy zaś, drgnąwszy, znowu podnosił głowę i rozglądał się dookoła, natychmiast zapominał, o czym przed chwilą myślał i nawet którędy szedł. W taki sposób minął całą Wyspę Wasiliewską, dotarł nad Małą Newę, przeszedł most i zawrócił ku Wyspom. Zieleń i świeżość zrazu podobała się jego zmęczonym oczom, nawykłym do miejskiego kurzu, wapna i do olbrzymich, napierających i przytłaczających kamienic. Tutaj nie było ani duszności, ani smrodu, ani szynków. Lecz wkrótce i te nowe, przyjemne wrażenia stały się bolesne i drażniące. Czasami przystawał przed jakąś willą tonącą w zieloności, zaglądał przez sztachetki, widział w oddali, na gankach i tarasach, strojne kobiety i biegające po ogrodach dzieci. Zwłaszcza pociągały go kwiaty, na nie też patrzył najdłużej. Spotykał również zabytkowe powozy albo konno jadących panów i panie; ciekawie odprowadzał ich wzrokiem, a zapominał o ich istnieniu, zanim zdążyli zniknąć mu z oczu. Raz zatrzymał się i porachował pieniądze: miał około trzydziestu kopiejek. "Dwadzieścia stójkowemu, trzy Anastazji za list... a zatem wczoraj dałem Marmieładowom jakieś czterdzieści siedem lub pięćdziesiąt" - pomyślał, nie wiedzieć po co czyniąc ten rachunek, ale po chwili już zapomniał nawet, po co w ogóle dobył sakiewkę z kieszeni. Przypomniał to sobie dopiero wtedy, gdy mijał jakiś zakład gastronomiczny, w rodzaju garkuchni, i poczuł, że jest głodny. Wstąpiwszy tam, wypił kieliszek wódki i zjadł kawałek pieroga z nadzieniem. Dojadał go już na ulicy. Od bardzo dawna nie pił wódki, więc teraz poczuł od razu jej działanie, choć to był tylko jeden kieliszek. Nogi stały się jak z ołowiu, uczuł nieprzemożną senność. Ruszył ku domowi; ale gdy już był przy Wyspie Pietrowskiej, zatrzymał się doszczętnie wyczerpany, zszedł z drogi, wlazł między krzaki, rzucił się na murawę i natychmiast usnął.
W stanach chorobliwych sny częstokroć odznaczają się niezwykłą plastyką, wyrazistością i nadzwyczajnym podobieństwem do rzeczywistości. Niekiedy powstają obrazy potworne, lecz otoczenie i cały przebieg inscenizacji bywają przy tym tak łudząco prawdopodobne, pełne szczegółów tak subtelnych, nieoczekiwanych, artystycznie zaś tak odpowiadających całokształtowi obrazu, że nigdy by ich nie wymyślił tenże śniący, chociażby takim był artystą jak Puszkin czy Turgieniew. Sny tego rodzaju, chorobliwe sny, zawsze są długo pamiętane i wywierają silne wrażenie na rozstrojonym i już podnieconym organizmie człowieka.
Straszny sen przyśnił się Raskolnikowowi. Przyśniło mu się dzieciństwo w rodzinnym jeszcze miasteczku. Ma ze siedem lat i w dzień świąteczny, przed wieczorem, przechadza się z ojcem za miastem. Zaczyna się szarówka, dzień jest duszny, okolica zupełnie taka jak ta, co przetrwała w jego pamięci; ale nie: w pamięci zatarła mu się daleko bardziej niż to, co teraz miał przed sobą we śnie. Miasteczko stoi na wydmuchu, niby na dłoni, dookoła ani krzaczka; gdzieś bardzo daleko, aż na skraju widnokręgu, czernieje lasek. O kilka kroków za ostatnim miejskim warzywniakiem stoi szynk, który zawsze robił na nim jak najprzykrzejsze wrażenie i nawet budził w nim strach, kiedy go mijał w towarzystwie ojca. Panował tam zawsze zgiełk, ścisk, ktoś wrzeszczał, śmiał się, sadził diabłami, ludzie śpiewali szkaradnie i ochryple, ba, często wodzili się za łby. Wokół szynku szwendały się zawsze pijackie i straszne gęby... Przy spotkaniu z nimi mocno się tulił do ojca i drżał cały. Około szynku - opłotki, droga, zawsze pełna kurzu, a kurz na niej zawsze taki czarny. Biegnie ta dróżka przeklęta, a i jakie trzysta kroków stąd skręca w prawo, okalając miejski cmentarz. Pośrodku cmentarza - murowana cerkiew z zieloną banią; do tej cerkwi chodził dwa razy do roku z ojcem i z matką na mszę, kiedy odprawiano nabożeństwo żałobne za babkę, która zmarła już dawno i której nigdy nie widział. W takich razach brali zawsze ze sobą kutię na białym półmisku, w serwecie; kutia była słodka, z ryżu, z rodzynkami powtykanymi do ryżu tak, że tworzyły krzyż. Lubił tę cerkiew i stare w niej obrazy, przeważnie bez ram, i starego popa z trzęsącą się głową. Obok babuninego grobu, na którym widniała płyta, był malutki grób jego młodszego brata, który umarł jako sześciomiesięczne dziecko i którego również wcale nie znał ani mógł pamiętać; powiedziano mu jednak, że miał kiedyś maleńkiego brata, więc za każdym razem, gdy odwiedzał cmentarz, pobożnie i z uszanowaniem żegnał się nad mogiłką, bił pokłony i całował ziemię... Otóż śni mu się: idą z ojcem drogą wiodącą na cmentarz, mijając szynk. Trzyma ojca za rękę i ze strachem ogląda się na szynk. Szczególniejsza okoliczność przyciąga jego uwagę: tym razem odbywa się tu jakaś zabawa - ciżba wyfiokowanych mieszczek, wiejskich bab, ich mężów i wszelkiej hołoty. Wszyscy pijani, wszyscy śpiewają, a pod gankiem szynku stoi wóz, lecz wóz to osobliwy: taki duży wóz, zaprzężony w wielkie konie pociągowe i służący do przewożenia towarów oraz beczek okowity. Zawsze lubił patrzeć na te ogromne konie, z długą grzywą, z nogami jak słupy - konie idące spokojnie, miarowym krokiem i ciągnące za sobą istną górę bez żadnego wysiłku, owszem, tak jakby z wozami było im lżej niż bez wozów. Ale teraz, rzecz dziwna, do takiego dużego wozu zaprzężono szkapinę małą, chłopską bułankę, chudą, jedną z tych, które (widywał to często gęsto) robią bokami, wlokąc wóz drew czy siana, zwłaszcza gdy furmanka ugrzęźnie w błocie lub utknie w koleinie, przy czym woźnica zawsze je bije tak dotkliwie, czasem nawet po łbie i po oczach, a jemu tak żal, tak żal na ten widok, że gotów się rozpłakać, a mamusia zawsze odciąga go od okna. Wtem powstaje harmider. Z szynku wychodzą - z krzykiem, z pieśniami, z bałabajkami - pijani ogromni chłopi w czerwonych i niebieskich koszulach, w giermakach zarzuconych na ramiona.
- Wsiadajcie, wsiadajcie wszyscy! - krzyczy jeden z nich, młody jeszcze, z takim grubym karkiem i z twarzą mięsistą, czerwoną jak marchew. - Wszystkich powiozę, wsiadajcie!
Rozlega się śmiech i okrzyki:
- Taka chabeta, gdzież ona powiezie!
- Mikołka! Czy ty masz dobrze w głowie: taką szkapinę założyłeś do takiego wozu!
- Nie inaczej, tylko ta bułanka ma dobre dwadzieścia lat, chłopcy!
- Wsiadajcie, wszystkich powiozę! - woła znowu Mikołka, pierwszy wskakuje na wóz, ujmuje lejce i staje wyprostowany na przodku. - Gniadego wziął wczoraj Matwiej - krzyczy z wozu. - A ta kobyłka, braciszkowie, tylko krew mi psuje; z ochotą zamordowałbym cholerę, darmo żre obrok. Wsiadajcie, mówię! Puszczę ją w cwał! Cwałować będzie! - I bierze w ręce bicz, z rozkoszą gotując się do okładania bułanki.
- No to wsiadajmy, czemu nie! - śmieje się ciżba. - Słyszycie: będzie cwałowała!
- Pewnikiem nie cwałowała już z dziesięć lat.
- Teraz pocwałuje!
- Nie żałujcie, chłopcy, każdy bierze batog, przygotujcie się!
- Racja! Rżnijcie ją!
Wszyscy się gramolą na wóz Mikołki ze śmiechem i konceptami. Wlazło ze sześciu; jeszcze jest miejsce. Biorą ze sobą jedną babę, pulchną i rumianą. Ma na sobie czerwony kaftanik, kiczkę z paciorkami, na nogach miękkie ciżmy; gryzie orzeszki i z cicha chichocze. Tłum zrywa boki ze śmiechu, bo i jakże się nie śmiać: taka kobyłka od siedmiu boleści ma cwałem ciągnąć taki ciężar! Dwa parobczaki na wozie od razu ujmują baty, by pomagać Mikołce. Rozlega się: "Wio!", szkapina szarpie z całej siły, ale nie tylko w cwał, lecz nawet stępa ledwie, ledwie rusza, przebiera nogami, postękuje i przysiada pod ciosami trzech batów sypiących się na nią jak groch. Śmiech na wozie i w tłumie potęguje się, lecz Mikołka jest zły i ze wściekłości smaga, coraz gęściej smaga kobyłkę, jakby istotnie sądził, że będzie mogła pójść w cwał.
- Bracia, zabierzcie i mnie! - rozochocił się któryś parobek spośród tłumu.
- Wsiadajcie! Wszyscy wsiadajcie! - krzyczy Mikołka. - Ona wszystkich powiezie. Zamorduję! - I grzmoci, grzmoci, już sam nie wie, czym bić, tak się zapamiętał.
- Tatusiu, tatusiu - woła mały Rodion do ojca - tatusiu, co oni robią! Tatusiu, biją biednego konika!
- Chodźmy, chodźmy! - mówi ojciec. - Pijani, durnie, awanturują się; chodźmy, nie patrz. - I chce go odciągnąć, lecz on mu się wyrywa i jak nieprzytomny biegnie do konia. Ale z nieszczęsnym konikiem już się marnie dzieje. Dyszy ciężko, przystaje, znów szarpie, omal nie pada.
- Smagaj na śmierć! - wrzeszczy Mikołka. - Było nie było. Zakatrupię!
- Cóż to, diable wcielony, nie chrzczono ciebie czy jak? - woła staruszek z tłumu.
- Słyszane rzeczy, żeby taki koniczek wlókł taki ciężar - dorzuca drugi.
- Zamęczysz go! - krzyczy trzeci.
- Cicho bądźcie! To moja klacz! Co zechcę, to zrobię. Wsiadajcie! Wszyscy wsiadajcie! Chcę, żeby poszła w cwał!...
Nagle śmiech wybucha jak salwa i pokrywa wszystko: kobyłka nie wytrzymała coraz gęstszych razów i z rozpaczy zaczęła wierzgać. Nawet staruszek nie utrzymał powagi, uśmiechnął się. No, bo proszę: takie byle co, a wierzga!
Jeszcze dwóch parobków z tłumu chwyta bicze i podbiega do konika, by go okładać z boków. Każdy nadbiega ze swej strony.
- Po łbie ją, po ślepiach, po ślepiach! - wrzeszczy Mikołka.
- Zaśpiewajmy, bracia! - proponuje ktoś w wasągu, a wszyscy podchwytują. Rozlega się hulaszcza pieśń, dzwonią dzwoneczki, śpiewają, przygwizdują. Babinka gryzie orzeszki i z cicha chichocze.
...Malec biegnie obok szkapiny, zabiega od przodu, widzi, jak ją smagają po oczach, po samych oczach! Płacze. Serce podstępuje mu do gardła, płyną łzy. Jeden z bijących zadrasnął go po twarzy; on tego nie czuje; łamie ręce, krzyczy. Rzuca się do staruszka z siwą brodą, który kiwa głową, potępiając tę całą hecę. Jedna z kobiet bierze go za ręce i chce odciągnąć, ale on się wyrywa i znowu biegnie do szkapy. Ta już goni resztkami sił, lecz jeszcze raz próbuje wierzgnąć.
- A niech cię wszyscy diabli! - ryczy rozjuszony Mikołka. Odrzuca bat, pochyla się i wyciąga z dna wozu długą, grubą hołoblę, oburącz bierze ją za jeden koniec i z wysiłkiem podnosi nad bułanką.
- Ukatrupi! - wołają wszyscy.
- Zabije!
- Moja klacz! - krzyczy Mikołka i z rozmachem spuszcza hołoblę. Rozlega się ciężki cios.
- Grzmoćcie ją, grzmoćcie! Co się gapicie? - padają głosy z tłumu.
A Mikołka zamierza się po raz drugi i oto drugi cios z całego rozmachu pada na grzbiet nieszczęśliwej szkapy. Ona przysiada całym zadem, ale się podrywa i szarpie, szarpie ze wszystkich sił, targa w różne strony, żeby wóz wyciągnąć; zewsząd jednak chłoszcze ją sześć biczy, a hołobla znowu się podnosi i spada po raz trzeci, potem po raz czwarty, miarowo, z rozmachem. Mikołka szaleje ze wściekłości, że nie może jej zabić od pierwszego ciosu.
- Uparta bestia! - krzyczą dookoła.
- Zaruteńko padnie na pewno, bracie! Przyszła na nią kreska! - krzyczy ktoś z tłumu.
- Siekierą ją, co tam! Skończyć z nią od razu! - poddaje trzeci.
- Et, co się będę cackał! Rozstąpić się! - wrzeszczy Mikołka jak wariat, odrzuca hołoblę, znowu się schyla i z dna wasągu wydobywa żelazny drąg... - Uwaga! - krzyczy i co sił ogłusza z rozmachem biednego konika.
Cios łomotnął: klaczka się zachwiała, przysiadła, chciała znów szarpnąć, ale łom powtórnie pada z rozmachem na jej grzbiet; szkapina wali się na ziemię, jakby jej kto podciął wszystkie cztery nogi naraz.
- Dobijać ją! - ryczy Mikołka i jak opętany zeskakuje z wozu.
Kilku parobków, również czerwonych i pijanych, chwyta, co wpadnie pod rękę - bicze, kije, hołoblę, i biegnie ku zdychającej kobyłce. Mikołka staje z boku i na oślep zaczyna bić ją po grzbiecie. Szkapa wyciąga łeb, ciężko wzdycha i umiera.
- Zadręczył! - wołają z ciżby.
- A czemu nie chciała pójść w cwał!
- Moja klacz! - krzyczy Mikołka z łomem w ręku, z krwią nabiegłymi oczami. Stoi, jakby żałując, że już nie ma kogo katować.
- Widać naprawdę nie masz Boga w sercu! - padają z tłumu coraz liczniejsze głosy.
Lecz biedny chłopczyk już jest jak nieprzytomny. Z krzykiem przedziera się przez ciżbę do bułanki, zarzuca ramiona na jej martwy skrwawiony łeb i całuje, całuje w oczy, w pysk... Później nagle zrywa się i w zapamiętaniu rzuca się z piąstkami na Mikołkę. W tej chwili ojciec, który od dawna biegł za nim, porywa go wreszcie i wynosi z tłumu.
- Chodźmy! Chodźmy! - powiada. - Chodźmy do domu!
- Tatusiu! Za cóż oni... biednego konika... zabili? - chlipie mały, lecz traci oddech i słowa wyrywają mu się ze zdławionej piersi jako krzyk.
- To pijacy... awanturnicy... nie nasza rzecz, chodźmy sobie! - mówi ojciec.
Chłopiec okala jego szyję ramionami, ale na piersi mu ciężko, ciężko. Chce zaczerpnąć tchu, coś wykrzyknąć - i budzi się.
Raskolnikow obudził się cały w potach, z mokrymi włosami, zziajany. Uniósł się przerażony.
- Bogu dzięki, że to tylko sen! - rzekł, siadając pod drzewem i głęboko zaczerpując powietrza. - Ale co to jest? Może początek gorączki? Taki ohydny sen!
Ciało miał jak pobite, w duszy zamęt i mrok. Oparł łokcie na kolanach i obydwiema rękoma ujął głowę.
- Boże! - zawołał. - Czyż ja naprawdę, rzeczywiście wezmę siekierę, zacznę walić po głowie, zmiażdżę jej czaszkę... będę się ślizgał w lepkiej, ciepłej krwi, wyłamywał zamek, kradł, dygotał? Czyż będę się ukrywał, cały zalany krwią... z siekierą?... Jezus Maria, czyżby?
Mówiąc to, drżał jak liść.
- Ale o czym ja bredzę! - ciągnął dalej, kładąc się znowu i jak gdyby w głębokim zdumieniu. - Wiedziałem przecie, że temu nie podołam, więc czemużem dotychczas siebie dręczył? Przecie już wczoraj, wczoraj, kiedym szedł robić tę... próbę, przecie już wczoraj zrozumiałem w pełni, że nie sprostam... Więc dlaczego teraz?... Czemu dotychczas miałem wątpliwości? Przecie już wczoraj, zstępując ze schodów, powiedziałem sobie, że to podłe, plugawe, nikczemne, nikczemne... Przecie sama myśl o tym na jawie przyprawiła mnie o mdłości i przejęła zgrozą... Nie, nie podołam, nie podołam! Choćby nawet nie było najmniejszej wątpliwości w tej całej rachubie, choćby to wszystko, com sobie przez ten miesiąc umyślił, było jasne jak dzień i bezbłędne jak arytmetyka. Jezu! Toż ja i tak się nie zdecyduję! Przecie nie zniosę, nie zniosę!... Więc czemu, czemu dotychczas...
Wstał, rozejrzał się w osłupieniu, jakby się dziwił temu nawet, że tu przyszedł, i ruszył ku mostowi T-mu. Był blady, oczy go paliły, czuł słabość we wszystkich członkach, ale zaczął jakby lżej oddychać. Miał wrażenie, że zrzucił z siebie to okropne brzemię, które go gniotło od tak dawna, i na duszy zrobiło mu się nagle lekko i spokojnie. "Boże! - modlił się - ukaż mi moją drogę, a ja się wyrzeknę tego przeklętego... marzenia!".
Idąc przez most, cicho i spokojnie patrzył na Newę, na jarzący zachód czerwonego słońca. Mimo osłabienia wcale nie czuł się zmęczony w tej chwili. Jak gdyby wrzód na sercu, nabierający przez cały miesiąc, pękł nagle. Wolność, wolność! Jest teraz wolny od tych czarów, guseł, od zaklęć, od opętania!
Gdy sobie później przypominał ten okres i wszystko, co się z nim działo w owych dniach, minuta po minucie, punkt po punkcie, szczegół po szczególe, zawsze aż zabobonnie uderzała go jedna okoliczność, w gruncie rzeczy wcale nie taka niezwykła, ale która później ustawicznie mu się wydawała jakby jakimś przeznaczeniem. Mianowicie w żaden sposób nie mógł pojąć ani wytłumaczyć sobie, czemu on, taki zmęczony, wyczerpany, zamiast wracać do domu najkrótszą drogą, wrócił przez plac Sienny, którędy bynajmniej nie musiał iść. Wprawdzie niewiele nadłożył przez to drogi, ale nadłożył niewątpliwie i bez żadnej potrzeby. Zapewne dziesiątki razy zdarzało mu się wracać do domu, nie pamiętając ulic, jakimi szedł. Ale dlaczego - pytał siebie zawsze - dlaczego takie ważne, takie dla niego rozstrzygające, a jednocześnie takie najzupełniej przypadkowe spotkanie na placu Siennym (którędy wcale nie był zmuszony iść) trafiło mu się akurat o tej godzinie, o tej minucie w jego życiu, akurat w takim nastroju i w takich okolicznościach, w których tylko, a nie w żadnych innych, mogło ono, to spotkanie, wywrzeć na cały jego los wpływ jak najbardziej decydujący i ostateczny? Można by pomyśleć, że to spotkanie świadomie czekało tu na niego!
Zbliżała się godzina dziewiąta, kiedy mijał plac Sienny. Wszyscy handlarze przy straganach, w budkach, w sklepach i sklepikach zamykali swoje lokale lub zdejmowali i chowali towar i podobnie jak klientela rozchodzili się do domów. Pod garkuchniami, na dolnych piętrach, na brudnych i cuchnących podwórkach kamienicy przy Siennym, zwłaszcza zaś koło szynków, tłoczyło się mnóstwo ludu roboczego i łachmaniarzy. Raskolnikow zawsze lubił bywać w tych miejscach oraz w przyległych zaułkach, gdy wychodził z domu bez celu. Tutaj nikt nie patrzył z góry na jego łachmany; mógł sobie chodzić w dowolnym stroju, nikogo nie gorsząc. Tuż u wylotu zaułka K-go, na rogu, jakiś mieszczanin i jego baba sprzedawali na dwóch straganach swój towar: nici, tasiemki, perkalikowe chustki i tym podobne. Oni też mieli już wracać, lecz zagadali się ze znajomą. Tą znajomą była Lizawieta Iwanowna, czyli jak ją wszyscy nazywali, po prostu Lizawieta, młodsza siostra tej staruchy, Alony Iwanowny, wdowy po regestratorze kolegialnym i lichwiarki, do której Raskolnikow chodził wczoraj, by zastawić zegarek i dokonać swojej próby... Od dawna wiedział wszystko o tej Lizawiecie, a i ona trochę go znała. Było to wysokie, niezgrabne, pokorne i nieśmiałe pannisko trzydziestopięcioletnie, omal nie idiotka; całkowicie zawojowana przez siostrę, pracowała dla niej dzień i noc, drżała przed nią, cierpliwie znosiła nawet bicie. Teraz stała zamyślona, z zawiniątkiem w ręku, przed tamtymi dwojgiem i uważnie słuchała. Ci gorąco jej coś przedkładali. Gdy ją Raskolnikow niespodzianie zobaczył, przejęło go jakieś dziwnie uczucie, podobne do najgłębszego zdumienia, choć przecie to spotkanie nie miało w sobie nic osobliwego.
- Niechby Lizawieta Iwanowna zadecydowała osobiście - mówił głośno straganiarz. - Proszę przyjść jutro, o jakiej siódmej. Tamci także przyjdą.
- Jutro?... - rzekła Lizawieta przeciągle, w zamyśleniu, jakby niezdolna do decyzji.
- A to dopiero ma pani boja przed siostrą! - zaterkotała żona handlarza, babina rezolutna. - Patrzę na panią i myślę sobie: prawdziwe dziecko. Przecie to nawet nie rodzona panina siostra, tylko przyrodnia, a chodzi pani u niej jak w dyszlu.
- Ja radzę: tym razem proszę nic nie mówić Alonie Iwanownie - przedkładał mąż. - Niech pani wstąpi do nas, nie opowiadając się. To interes korzystny. Później i panina siostrzyczka sama to zmiarkuje.
- Może naprawdę wstąpić?...
- O siódmej, jutro; i tamci także przybędą; pani postanowi osobiście.
- I herbatką poczęstujemy - dodała żona.
- Dobrze, przyjdę - powiedziała Lizawieta, wciąż jeszcze zamyślona, i z wolna jęła się zabierać do odejścia.
Raskolnikow wyminął ich i nic już więcej nie słyszał. Szedł był powoli, chyłkiem, starając się nie uronić ani jednego słowa. Jego początkowe zaskoczenie stopniowo ustępowało miejsca zgrozie; skóra mu cierpła. Oto się dowiedział, dowiedział się nagle, raptownie i zupełnie niespodziewanie, że jutro, punktualnie o siódmej wieczór, Lizawieta - siostra staruchy i jedyna jej współmieszkanka - wyjdzie z domu i że zatem stara punkt o siódmej wieczór zostanie w domu sama.