Alek Rogoziński. O mio babbino caro
Alek Rogoziński
O mio babbino caro
Zazdrość to podatek, jaki się płaci od sukcesu.
David Nicholls
Babbo, pieta, pieta..., dramatycznie zamierający sopran spinto
pozostawił publiczność, zapełniającą do ostatniego miejsca widownię
Opery Narodowej, w mistycznej wręcz ciszy. Dopiero po chwili rozległy
się pierwsze nieśmiałe, pojedyncze oklaski, które w kilka sekund
przerodziły się w niekończącą się owację na stojąco.
Na twarzy Małgorzaty Wójcik pojawił się triumfalny uśmiech. Choć nie za
bardzo pasował on akurat do tego momentu opery Gianni Schicchi Giacoma
Pucciniego, w którym to córka tytułowego bohatera drży z trwogi o przyszłość swojego związku, to primadonna doskonale wiedziała, że nikt
nie zwróci na tę niezręczność najmniejszej uwagi. Aria O mio babbino
caro była jej wizytówką.
"Nawet sam Puccini oklaskiwałby mnie na stojąco, bo przecież napisał ją
dokładnie pod mój głos", oświadczyła kiedyś w jednym z wywiadów
telewizyjnych. I choć wypowiedzi tej nijak nie dało się uznać za
skromną, to nikt nie śmiał zaprzeczyć, że Wójcik miała solidne podstawy,
aby ją wygłosić. W końcu twórca Madame Butterfly i Toski wiele razy
podkreślał, że to właśnie sopran spinto, najrzadziej spotykany głos
kobiecy, pozwalający idealnie interpretować na scenie zarówno liryczne,
jak i dramatyczne partie wokalne, uważa za najszlachetniejszy i najpiękniej brzmiący spośród wszystkich, jakimi obdarzyła płeć piękną
Matka Natura.
- Boszzzz, jak ja jej nienawidzę...
Konrad Małecki, piastujący w operze najbardziej odpowiedzialną funkcję,
czyli inspicjenta, poprawił nerwowym gestem zsuwające mu się z nosa
okulary, po czym odwrócił głowę w prawo i obrzucił zdziwionym
spojrzeniem stojącą obok niego kobietę.
- Czemu?! - zapytał, szybko wracając wzrokiem do dzierżonego w ręku
harmonogramu zmian scenografii.
W Giannim Schicchim było ich na szczęście tyle, co kot napłakał,
podobnie jak innych punktów spektaklu, nad których koordynacją przyszło
mu czuwać, mógł więc sobie pozwolić na małe rozproszenie uwagi. Tym
bardziej że nie wypadało mu lekceważyć swojej towarzyszki. Bo choć w świecie opery stawiała ona dopiero pierwsze kroki, to i tak śmiało można
ją było uznać za najbardziej znaną osobę znajdującą się obecnie w gmachu
Teatru Wielkiego. Dwudziestopięcioletnia Marcelina Radecka była córką
byłego prezydenta, a do tego internetową influencerką i szefową całkiem
nieźle prosperującej agencji reklamowej. Słynęła też z odkrywania w sobie co kilka miesięcy nowego talentu i przekuwania go w mniejszy lub
większy sukces. Niestety, do wszystkiego miała też słomiany zapał i zaraz po osiągnięciu celu nudziła się dotychczasowym zajęciem i zaczynała szukać kolejnego. W ten sposób udało jej się wygrać najpierw
show Top Model, następnie Taniec z gwiazdami, potem o mało co nie
wywalczyła sobie przepustki na Konkurs Piosenki Eurowizji, zagrała
główną rolę w filmie u jednego z najbardziej znanych polskich reżyserów,
przyciągnęła tłumy do teatru, w którym przez całe trzy miesiące
występowała w sztuce Mistrz i Małgorzata, a na koniec zatriumfowała w programie Azja Express u boku swojego ówczesnego ukochanego. Ten
zresztą zaraz po ich sukcesie powiedział jej: "Żegnaj na zawsze", bo -
jak szczerze wyznał w jednym z wywiadów - nie mógł darować Marcelinie
tego, że kiedy tuż przed metą skręcił nogę, jego narzeczona, zamiast się
owym faktem przejąć, nazwała go "leniwym misiem koalą" i kazała mu
podskakiwać do finiszu na drugiej, zdrowej kończynie, popędzając go przy
tym tak miłymi słowami, jak "łamaga", "niedojda" czy "safanduła".
Oczywiście od czasu do czasu pojawiały się głosy, że żadne z osiągnięć
Marceliny nie byłoby możliwe, gdyby nie wpływy i niesłabnąca popularność
jej ojca. Jednak nawet najbardziej zagorzali krytycy panny Radeckiej nie
potrafili jej odmówić talentu, prezencji, inteligencji, a przede
wszystkim piekielnej pracowitości. Obecna próba podbicia serc fanów
opery była logiczną konsekwencją recenzji jej eurowizyjnego wstępu,
której autor zauważył, że przykro, iż tak potężny głos marnuje się na
jakieś dyskotekowe umpa-umpa, kiedy jego właścicielka równie dobrze
mogłaby zachwycać melomanów w mediolańskiej La Scali czy londyńskim
Royal Opera House. I choć napisał to tylko po to, aby podlizać się
byłemu prezydentowi, który po zakończeniu kadencji został szefem
wielkiego koncernu medialnego, to jego myśl trafiła na podatny grunt.
Marcelina na kilka miesięcy zamknęła się w domu z trenerami wokalnymi i po wielogodzinnych, żmudnych ćwiczeniach zaczęła się starać o rolę w jednym ze spektakli wystawianych przez Operę Narodową. I, jak łatwo było
przewidzieć, zdobyła ją bez specjalnych problemów, bowiem włodarze tego
miejsca doskonale zdawali sobie sprawę, jak dużo darmowej promocji
zyskają, zatrudniając prezydentównę, i to nawet do jakiejś niewielkiej
rólki. Nie przewidzieli jednak, że ambicje Marceliny będą o wiele
większe niż skala jej głosu.
- Przecież ona się nie nadaje do roli Lauretty - warknęła wyraźnie
wściekłym głosem Radecka. - Ile ona ma lat? Siedemdziesiąt?
Osiemdziesiąt?! Żeby ją uwiarygodnić, to ten facet, który gra jej ojca,
powinien mieć sto i nie wbiegać na scenę, tylko być wwożony na wózku
inwalidzkim! Albo kuśtykać o laseczce.
- Żadnych wózków! - zaprotestował odruchowo, acz z lekkim roztargnieniem
Konrad. - Z wózkami są zawsze problemy! Nie było cię tu jeszcze, kiedy
reżyser Krzesiewski miał wizję opery Manru, w której część Romów miała
jeździć na wózkach, a mój zmiennik zagapił się i zapomniał dopilnować,
żeby scena obróciła się tylko o dziewięćdziesiąt, a nie sto
osiemdziesiąt stopni, więc połowa obsady powpadała do orkiestronu. Potem
jeden z recenzentów napisał, że widział już różne inscenizacje tej
opery, ale ta slapstikowa podobała mu się najbardziej. I że skoro
jesteśmy tacy nowatorscy, to teraz czeka na Madame Butterfly, w której
główna bohaterka zrobi striptiz, oraz Czarodziejski flet w wersji
operowo-hiphopowej. A co do pani Małgorzaty, to jutro skończy
pięćdziesiąt lat. Już dzisiaj zaczęły przychodzić pierwsze prezenty z tej okazji. Jeden chyba nawet od twojego ojca.
- Nie mówiłam?! Po prostu jest za stara! - Marcelina wzruszyła
ramionami.
- Nie żartuj! - Konrad podniósł nieco głos. - Pani Małgorzata to piękna
i atrakcyjna kobieta!
- Jasne - mruknęła Radecka. - Miss domu spokojnej starości...
- A poza tym widzisz w tej roli kogoś innego? - zapytał Konrad,
uświadamiając sobie, że doskonale wie, co za chwilę usłyszy.
- Ta rola jest napisana dla znacznie młodszej osoby - wyjaśniła Radecka.
- Ćwiczyłam partie Lauretty wiele razy z moimi nauczycielami i zdaniem
wszystkich wypadałam w nich rewelacyjnie. Nie wiem, czemu reżyser upiera
się obsadzać w tej roli jakieś stare próchno!
- Może dlatego, że ktoś, kogo nazywasz próchnem, od lat jest uznawany za
najlepszą polską diwę operową? - podsunął Konrad, nie odrywając wzroku
od rozpiski kolejnych działań scenicznych. - Chwila! - poprawił
umieszczony przy ustach mikrofonik. - Garderobiana proszona jest na
scenę główną od strony Moliera. Błyskawiczna przebiórka Lauretty!
Władziu, przygotuj drugi wózek od Wierzbowej, wjazd za półtorej minuty!
- A miało nie być wózków... - mruknęła Marcelina.
- Te są inne - wyjaśnił cierpliwie Małecki. - Sceniczne. Umożliwiają
zmianę scenografii...
- Przecież wiem! - przerwała mu z irytacją Radecka. - Nie jestem tu
pierwszy dzień!
Konrad wzruszył ramionami i darował sobie uwagę, że dla części
występujących w tym miejscu śpiewaków skomplikowany system pozwalający
zrealizować na scenie praktycznie każdy, nawet najbardziej niedorzeczny
kaprys reżyserów nawet po wielu latach pracy pozostaje jedną wielką
enigmą.
- Dałabym wszystko za to, żeby ktoś ją wreszcie odesłał na emeryturę -
Marcelina wróciła do tematu, który ostatnimi czasy stał się jej obsesją.
- A co? - Konrad na chwilę znów zwrócił na nią wzrok. - Liczysz, że
wskoczyłabyś na jej miejsce?
- Być może...
- Jassssssne...! - Małecki wydał z siebie niezbyt mile brzmiący w uszach
jego towarzyszki rechot. - Mierz siły na zamiary!
- Myślisz, że nie dałabym rady?! - w głosie Radeckiej było czuć złość.
- Myślę, że powinnaś się jeszcze sporo nauczyć - westchnął inspicjent,
po czym znów poprawił mikrofonik. - Władziu, możesz ruszać z tym koksem!
Marcela, naprawdę, bardzo cię przepraszam, ale nie mogę z tobą
rozmawiać, bo w końcu coś tu zawalę...
- Jasne, jasne - mruknęła prezydentówna.
Przez chwilę postała jeszcze przy Małeckim, obserwując z podziwem
błyskawiczną zmianę dekoracji. Wymyślone w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, podczas powojennej odbudowy Opery Narodowej
rozwiązania, wówczas uznawane za rewolucyjne i czyniące to miejsce
technologicznym ewenementem na skalę całego świata, nadal działały
bezbłędnie. I choć Gianniego Schicchiego można było spokojnie
zaprezentować bez zmian scenografii, to reżyser zdecydował się na kilka
eksperymentów. Niestety, wymiana głównej diwy nie była jednym z nich.
Marcelina westchnęła ciężko i niespiesznym krokiem udała się w kierunku
garderób. Rzecz jasna, ta stara lampucera posiadała swoją własną,
urządzoną w dodatku tak, jakby miała z niej korzystać jakaś królowa.
Porcelanowe naczynia, meble a la Ludwik któryś tam, bo z nerwów
Radecka nie umiała sobie nawet przypomnieć liczby przydzielonej do Króla
Słońce, cholerny złoty szezlong, na którym Wójcik zrobiła sobie ostatnio
zdjęcia dla magazynu "Viva!", marmurowa toaletka, cenne obrazy na
ścianach... Do kompletu brakowało jeszcze tylko gablotki na koronę,
berła i złotego jabłka!
Czując, jak zaczyna ją ogarniać furia, Marcelina doszła do swojej
lichawej i pozbawionej królewskich mebli garderoby, którą na dodatek
była zmuszona dzielić z kilkoma innymi śpiewaczkami. Nie weszła jednak
do niej, tylko ją minęła, kierując się w stronę pomieszczenia
przygotowanego dla primadonny. Nacisnęła klamkę, otworzyła drzwi i powoli weszła do środka. Z nienawiścią przesunęła wzrokiem po toaletce,
wieszaku z kreacjami i wielkim, kryształowym, zabytkowym lustrze w grubych, złotych, misternie rzeźbionych ramach. Po sekundzie dostrzegła
obok owego wartego dziesiątki tysięcy złotych dzieła sztuki coś, czego
poprzednio nigdy tu nie widziała. Podeszła bliżej...
Dwie minuty później, kiedy opuściła garderobę Małgorzaty, na jej twarzy
gościł uśmiech, o którym jej znajomi powiedzieliby, że nie wróży niczego
dobrego.
* * *
- Co my tu mamy? - komisarz Krzysztof Darski z trudem opanował
ziewnięcie.
Jego stały współpracownik, podkomisarz Jerzy Grzelak, przyjrzał mu się z ciekawością.
- Wciąż dziecko? - upewnił się z lekkim uśmieszkiem.
- Yhm - Darski pokiwał głową. - Wciąż. Zwłaszcza w te dni. Wykończy mnie
to jak nic.
- Nie grzesz! - Grzelak pokręcił głową z niesmakiem. - I korzystaj, póki
możesz! Gdy już w końcu wam się uda, to zobaczysz, co będzie po
porodzie. Seks tylko z okazji urodzin, rocznicy ślubu i od wielkiego
dzwonu, na przykład na walentynki, ale też nie każde.
- Mówisz z doświadczenia - Darski zmrużył ironicznie oko - czy
teoretycznie?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym teoretyzować - westchnął ponuro
podkomisarz. - Moja daje się jeszcze uprosić na miesięcznicę dnia
naszego ślubu, ale już zaznaczyła, że być może zmienimy harmonogram na
kwartalny. Nie udało mi się wywalczyć nawet Barbórki!
- Czemu Barbórki? - zdumiał się Darski, nieco zaskoczony tak oryginalnym
wyborem święta.
- Bo przecież moja ma na imię Barbara - przypomniał Grzelak. - Myślałem,
że dzień patronki może ją jakoś przekona, jednak nie...
- No dobrze - Darski, usiłujący zatrzeć wizję erotycznych figli swojego
podwładnego i jego doskonale mu znanej małżonki ubranych jedynie w paradne czaka, wolał nie drążyć tematu częstotliwości jego i swoich
wyczynów erotycznych. Tym bardziej że narzekanie na nadmiar seksu
wydawało mu się dokładnie tym samym co kwękanie na to, że latem jest za
gorąco, a zimą za zimno, czyli idiotycznym malkontenctwem. - Co mnie
czeka w środku?
- Denatka nazywa się Małgorzata Wójcik - Grzelak zerknął w swoje
notatki. - Śpiewaczka. Pracowała tutaj od dwudziestu dwóch lat. Jutro
skończyłaby pięćdziesiątkę. Jakiś nieludzki ten morderca, że załatwił ją
w przeddzień urodzin...
- Bo jakby załatwił ją dzień po, to byłby ludzki? - zdziwił się Darski z lekkim niesmakiem.
- Nie, nie o to chodzi - Grzelak machnął ręką. - Tylko... Sam zobaczysz.
Cała garderoba tonie w kwiatach i przesyłkach od wielbicieli. I w tym
wszystkim, na samym środku, leży ona. Wszystko to wygląda jak
scenografia filmowa, a nie rzeczywistość.
- Przyczyna zgonu?
- Uduszenie. Zdaniem Piotrusia morderca użył linki. Być może
żeglarskiej, ale pewności co do tego nie ma.
- Narzędzia zbrodni pewnie też nie - domyślił się Darski.
- Oczywiście, że nie - potwierdził Grzelak. - Za to czas zgonu mamy
określony zaskakująco dokładnie. Przedstawienie zakończyło się o dwudziestej drugiej. Wójcik wychodziła jeszcze do swoich wielbicieli,
fotografowała się, odbierała jakieś prezenty. Normalnie nigdy tego nie
robiła, ale ludzie przyszli złożyć jej życzenia urodzinowe, więc nie
chciała im robić przykrości. Zdaniem świadków udała się do garderoby
dopiero o dwudziestej drugiej trzydzieści, z tolerancją pięć minut w tę,
pięć minut we w tę. Co w sumie nie jest ważne, bo potem i tak
garderobiana pomagała jej pozbyć się kostiumu. Wyszła od niej o dwudziestej trzeciej. Wójcik została, bo chciała jeszcze z kimś
porozmawiać przez telefon. Trzy kwadranse później znalazł ją ochroniarz.
Przyszedł ją zapytać, kiedy opuści teatr, bo chciało mu się już trochę
pokimać. To on zadzwonił pod sto dwanaście.
- Poczekaj, poczekaj - Darski podrapał się po głowie, przy okazji
mierzwiąc trochę swoją bujną czuprynę. - Ile osób mogło tu być po
dwudziestej trzeciej?! Chyba niezbyt wiele...
- Yhm - Grzelak pokiwał głową. - Sześć.
Darski zmarszczył brwi.
- Chcesz mi powiedzieć, że prawie już mamy mordercę? - zapytał ze
zdumieniem.
- Być może - westchnął podkomisarz. - Tym bardziej że dwie osoby z tej
szóstki dają sobie wzajemnie alibi.
Doszli do garderoby primadonny, gdzie pracę kończyła właśnie ekipa pod
wodzą doktora Piotra Kryńskiego, serdecznego przyjaciela komisarza
Darskiego, a zarazem niedoszłego męża jego nemezis, popularnej pisarki
kryminałów, Róży Krull. Po przekroczeniu progu tego pomieszczenia Darski
musiał przyznać rację Grzelakowi. Faktycznie wnętrze prezentowało się
tak, jakby ktoś specjalnie je zaaranżował. Podłoga była usłana
pojedynczymi kwiatami, a wokół leżącej na samym środku śpiewaczki
ustawiono większe wiązanki i bukiety. Sama Wójcik wyglądała tak, jakby
na chwilę dla relaksu położyła się na owym kwietnym dywanie i jako taka
skojarzyła się komisarzowi ze Śpiącą Królewną. Tyle że akurat w tym
przypadku nie było co liczyć na księcia, który mógłby ją obudzić
pocałunkiem.
- Jeśli się nad tym zastanawiasz - Piotr podszedł do Darskiego i uścisnął mu rękę w powitalnym geście - to odpowiedź brzmi: "Tak". Zwłoki
zostały przeniesione. Wszystko wskazuje na to, że morderca zaskoczył ją,
kiedy siedziała przy toaletce. Usiłowała się bronić, czego dowodzą ślady
na dłoniach. Jest nadzieja, że w trakcie walki podrapała go i znajdziemy
pod jej paznokciami coś, co się przyda w śledztwie, ale to sprawdzę
dopiero w trakcie autopsji. W każdym razie na pewno nie została uduszona
na podłodze, bo ślad na szyi jest typowy dla mordercy stojącego za, a nie nad ofiarą. A, i jeszcze musiał być dość silny. Przynajmniej sporo
silniejszy od niej.
- Dzięki... - Darski rozejrzał się uważniej po garderobie, a następnie
podniósł wzrok i przez moment się zastanawiał, co właściwie ma przed
oczami.
Piotr podążył za jego spojrzeniem.
- Trochę makabryczne, prawda? - rzekł, doskonale rozumiejąc zdziwienie
przyjaciela, bo sam przeżył podobne, tylko że kilkadziesiąt minut
wcześniej.
Duża część sufitu była niewidoczna za czarnymi balonami.
- Jeśli próbujesz je policzyć, to mogę cię wyręczyć - Piotr uśmiechnął
się pod nosem. - Jest ich pięćdziesiąt. Dokładnie tyle, ile lat
skończyłaby dzisiaj nieboszczka.
- I pojawiły się tu tuż przed jej śmiercią... - mruknął Grzelak.
- Jak to? - Darski przeniósł na niego nadal zdziwiony wzrok.
- Ano tak - podkomisarz wzruszył ramionami. - Ktoś umieścił je tutaj w trakcie występu Wójcik na scenie. Nie wiadomo kto. Tak przynajmniej
zeznała Zuzanna Andrzejczyk.
- Kto to?
- Garderobiana.
- Jakim cudem już ją przesłuchałeś? - Darski poczuł, że przybycie na
miejsce z lekkim spóźnieniem sprawia, że potem człek jest wszystkim
zaskoczony. - Przecież mówiłeś, że wyszła.
- Ale wróciła! - wyjaśnił Grzelak. - Opuściła operę o dwudziestej
trzeciej, ale wróciła przed północą, bo przypomniało jej się, że
zapomniała zabrać kostium, który miała zawieźć na przedstawienie do
Łodzi.
- I ona tu jeszcze jest?
- Owszem - podkomisarz kiwnął głową. - Zatrzymałem do twojego przybycia
całą piątkę, która była w teatrze po jedenastej. Szósty był ochroniarz,
który jednak skończył już zmianę i zdążył pójść do domu. Tych pięcioro
rozsadziłem w różnych miejscach, żeby nie mogli się porozumiewać.
- Coś o nich? Tak w telegraficznym skrócie.
Grzelak znów zerknął w swoje notatki.
- Alojzy Dudek. To ten ochroniarz, który odkrył zwłoki primadonny. Sam
też zasługuje na to miano. Narobił takiego rabanu, że podobno słychać go
było w całym Teatrze Wielkim. Gdy przyjechaliśmy na miejsce i zobaczył
lekarza, to próbował go nie dopuścić do nieboszczki i zająć sobą, bo
twierdził, że jej już i tak nic nie pomoże, a on zaraz dostanie czegoś,
od czego zejdzie jej do towarzystwa. Tylko nie mógł się zdecydować, czy
zawału, czy udaru. Więc mu Piotruś coś zaordynował. Przeciwzawałowego.
Jak go znamy, to najpewniej witaminę C. Ale dzięki temu niezawodnemu
środkowi facet odpuścił i dał nam pracować.
- Jakoś strasznie frywolnie dziś raportujesz... - zauważył Darski nieco
karcącym tonem.
- Weź, jest prawie trzecia w nocy, nie wymagaj ode mnie za dużo -
poprosił Grzelak, ponownie zerkając w swoje notatki. - W każdym razie na
ryk Dudka przyleciała tutaj cała reszta. To znaczy Konrad Małecki,
inspicjent, Jerzy Mogielnicki, reżyser, i, teraz trzymaj się mocno,
Marcelina Radecka.
Darski zrobił wielkie oczy.
- Ta Marcelina Radecka? - upewnił się. - Skąd ona się tu wzięła?!
- Oj, widzę, że nie jesteś na bieżąco - mruknął Grzelak. - Ty? Taki spec
od show-biznesu?! I celebrytów!
- Zejdź ze mnie - poprosił stanowczo komisarz, który miał po dziurki w nosie tego, że trafiają mu się wszystkie sprawy kryminalne, w które są
zamieszani "znani i lubiani". - Co córka prezydenta robiła o północy w Operze Narodowej?
- Ona tu występuje - poinformował go Grzelak. - A co robiła tak długo po
spektaklu...? Hmmm... Na mój nos, ale z góry zaznaczam, że nie mam na to
żadnego dowodu, romansowała z reżyserem.
- Serio? - Darski popatrzył na niego z powątpiewaniem.
- W każdym razie to reżyser daje jej alibi. A właściwie dają je sobie
nawzajem. Zgodnie zeznali, że byli zajęci rozmową o spektaklu i przyszłych planach. Rozmawiali mniej więcej od dwudziestej drugiej
trzydzieści do czasu, aż usłyszeli krzyki ochroniarza.
- A inspicjent?
- Konrad Małecki - przypomniał Grzelak. - Moim zdaniem kręci co do tego,
dlaczego siedział tutaj tak długo.
- A co mówi?
- Że jeden z pozostałych inspicjentów zachorował i musiał się
przygotować, żeby przejąć jego robotę. Nie rozumiem tylko, dlaczego
robił to tutaj, a nie w domu.
- To jeszcze nie przestępstwo - zauważył Darski. - Może w domu nie ma
warunków.
- A co? Myślisz, że też starają się z narzeczoną o dziecko? - podsunął
złośliwie podkomisarz.
- Jurek! - Darski spiorunował go wzrokiem.
- Dobra, dobra - mruknął Grzelak. - Już się tak nie unoś! W każdym razie
jest w jego zachowaniu coś dziwnego. Choć zakładam, że o trzeciej w nocy
może mi się tylko tak wydawać. Sam ocenisz. Jeśli chcesz z nimi
porozmawiać, to przygotowałem ci jedną z garderób.
- Poczekaj, poczekaj... - poprosił Darski. - Wymieniłeś pięć osób. A szósta?
- Szósta to ochroniarz z poprzedniej zmiany. Piotr Sobieszczak. Mieli
się wymienić z Dudkiem o dwudziestej drugiej, ale Alojzy miał stłuczkę,
trzeba było wzywać policję i zrobili to dopiero po dwudziestej trzeciej.
Darski pokiwał głową, jeszcze raz zlustrował wzrokiem miejsce zbrodni,
pokontemplował balony, po czym przeszedł do wskazanego przez podwładnego
pomieszczenia. Jako pierwszy został tam zaproszony Alojzy Dudek, który w czasie ledwie dziesięciominutowej rozmowy zdążył ich poinformować, że po
pierwsze, ta noc na pewno zaprowadzi go do gabinetu psychiatrycznego, a kto wie, czy nawet nie do szpitala dla obłąkanych, po drugie, że właśnie
ma wylew, udar i migotanie przedsionków, w związku z czym teoretycznie
należałoby wezwać do niego ambulans. Prosiłby jednak, żeby Darski tego
nie robił, bo jak nic zawiozą go na SOR, gdzie wykańcza się ludzi
taśmowo, tak jak jego znajomą, która pojechała tam z bólem łokcia i czekała na pomoc tak długo, aż wreszcie umarła. Po trzecie, zapewnił, że
panią Wójcik bardzo lubił, bo zawsze pytała go o zdrowie i przynosiła mu
znakomite leki na nadkwasotę, dnę moczanową, astmę, wysypkę, ból
kręgosłupa i łysienie plackowate. I wreszcie po czwarte, podkreślił, że
nie może nic powiedzieć o miejscu zbrodni, bo gdy tylko tam wszedł i zobaczył zwłoki, to od razu zamknął oczy, żeby nie utrwalać sobie tego
widoku, żeby go nie prześladował w nocy, zwłaszcza że już i tak ma
wiecznie koszmary, bo na okrągło śni mu się poseł Kowalski w ludowym
stroju łowickim, i to w dodatku damskim. Poza tym nie omieszkał
podsumować, że dzień ten uważa za wyjątkowo pechowy, bo najpierw jakiś
debil wjechał mu swoim autem w tył samochodu i uciekł, zanim ktokolwiek
zdążył spisać jego numery, a teraz jeszcze ta tragedia, więc na pewno
będzie musiał odreagować to wszystko pobytem w sanatorium, tylko innym
niż to, w którym był ostatnio, bo nie chce drugi raz zjeść karalucha
zaserwowanego najwyraźniej jako wkładka mięsna do żurku po staropolsku.
Od jego słowotoku, połączonego z łapaniem się za rozmaite bolące organy,
od zawałowego serca począwszy, a na puchnącej kostce skończywszy, Darski
sam poczuł się lekko chory i kiedy tylko ochroniarz opuścił jego
tymczasowy gabinet, czym prędzej zażył ibuprom, który od lat traktował
jak uniwersalny lek na każdą dolegliwość.
Jerzy Mogielnicki, niewysoki, szczupły, brodaty czterdziestolatek z bujną czupryną inspirowaną najwyraźniej koafiurą Alberta Einsteina za
młodu, sprawił na Darskim wrażenie uczciwego i godnego zaufania.
Potwierdził swoją poprzednią wersję wydarzeń. Od dwudziestej drugiej
trzydzieści spędzał czas w swoim gabinecie wraz z prezydentówną, która
chciała go przekonać do tego, aby dał jej szansę na rolę w kolejnym,
przygotowywanym dopiero przez niego do wystawienia spektaklu. Przy
okazji rozmawiali też o Giannim Schicchim i o tym, czy media,
kierowane przez ojca Radeckiej, nie mogłyby więcej miejsca poświęcać
kulturze. Rozmawiało im się tak dobrze, że nawet nie zauważyli upływu
czasu i dopiero krzyki dobiegające z oddali oderwały ich od konwersacji.
Na pytanie, czy zmarła primadonna miała jakichś wrogów, Mogielnicki
uśmiechnął się krzywo i stwierdził, że diwa bynajmniej nie była aniołem,
ale wszyscy już się do tego przyzwyczaili i przechodzili do porządku
dziennego nad jej kaprysami i fochami.
- Wiadomo, że wszyscy wielcy artyści to przy okazji i oryginały, więc z czasem człowiek przestaje się tym przejmować. A Małgosia w swojej
dziedzinie była prawdziwą geniuszką, więc sam pan rozumie... - rzekł z westchnieniem.
Pomny swoich przygód w świecie celebrytów Darski był skłonny podzielić
jego opinię.
W przeciwieństwie do reżysera Konrad Małecki, zgodnie z tym, co zauważył
podkomisarz, sprawiał wrażenie kogoś, kto stara się coś ukryć. Co
kilkadziesiąt sekund nerwowo poprawiał okulary, pocił się i unikał
wzroku Darskiego. Jednak jego tłumaczenia, dlaczego został dłużej w gmachu opery, wbrew temu, co twierdził Grzelak, brzmiały dość
przekonująco. Miał mało czasu na przygotowanie się do kolejnego
przedstawienia, bo jego zmiennik nagle zachorował. A właściwie nie
zachorował, tylko uparł się udowodnić rodzinie, z którą przebywał na
Mazurach, że mają nieopodal domku letniskowego znakomite molo, z którego
można skakać na głowę do jeziora, i zrobił to tak przekonująco, że potem
nie tylko trzeba było mu nastawiać kręgosłup, ale i przez kwadrans
wyplątywać z jakichś glonów, na które, jak się okazało, miał uczulenie.
Obecnie leży w szpitalu w kołnierzu ortopedycznym i na sterydach.
Teoretycznie Konrad mógłby poznawać swoje zadania w domu, ale
praktycznie tutaj wszystko miał na miejscu i gdyby cokolwiek mu się nie
zgadzało, to mógł to od razu sprawdzić. Darski, który podzielał zdanie
swojego podwładnego co do niepewności w zeznaniach inspicjenta, zahaczył
go o jeszcze kilka dodatkowych kwestii. Małecki przeszedł gładko przez
wszystkie pytania dotyczące zmarłej śpiewaczki i dopiero przy tym -
zadanym przez komisarza na chybił trafił - o Marcelinę wyraźnie się
zmieszał.
- No... Jakby to ująć... - rzekł niepewnie. - Nie da się ukryć, że nie
za bardzo przepadała za panią Małgorzatą.
- Dlaczego? - komisarz popatrzył na niego uważnie.
Było widać, że Konrad waha się nad odpowiedzią.
- Uważała, że pani Małgorzata miała zbyt dużo lat jak na role, które
grała - wydusił z siebie w końcu, poprawiając okulary - i że... -
wyraźnie ugryzł się w język.
- Proszę, niech pan dokończy. I że...? - policjant posłał mu pytające
spojrzenie.
- Że ona nadawałaby się do nich o wiele bardziej - przyznał niechętnie
Małecki. - Rozmawialiśmy o tym nawet dzisiaj, w trakcie trwania
spektaklu.
- Interesujące... - mruknął Darski.
- Ale to o niczym nie świadczy! - Konrad wyraźnie się spłoszył. - Jestem
pewny, że ona nie miała nic wspólnego z tym morderstwem!
- Pani Radecka ma alibi na czas zabójstwa - rzekł powoli Darski. - Cały
czas spędziła w pokoju reżysera spektaklu. Była tam od dwudziestej
drugiej trzydzieści do chwili, kiedy ochroniarz odkrył zwłoki.
- Naprawdę...? - Konrad zmarszczył brwi. - Bo wydawało mi... - urwał
nagle.
- Co się panu wydawało? - popędził go Darski, nie mogąc się doczekać
końca wypowiedzi.
Małecki wolno pokręcił głową.
- Nic - rzekł stanowczo, ponownie mocując na nosie zsuwające mu się
okulary. - Pewnie się pomyliłem.
- Ale w czym? - nie odpuszczał komisarz.
- Przeszedłem za scenę, żeby zobaczyć, czy scenograf dobrze rozłożył
rekwizyty, bo akurat w przypadku spektaklu, który mam teraz prowadzić,
ma to duże znaczenie. I kiedy wracałem do siebie, to wydawało mi się, że
widzę na korytarzu pana Jerzego...
- Która była wtedy godzina?
- Na pewno po dwudziestej trzeciej - Konrad na chwilę się zamyślił. - Od
siebie wyszedłem dokładnie o pełnej godzinie. Wiem, bo włączył mi się
alarm w telefonie. To przypomnienie, że powinienem zacząć ostatnią
dzienną gimnastykę. Ćwiczę regularnie w domu ze względu na słaby
kręgosłup.
- Rozumiem - Darski pokiwał głową. - Po jakim czasie pan wracał?
- Dojście do sceny zajęło mi ze dwie minuty, powrót tyle samo, tam
mogłem spędzić nie więcej niż trzy, cztery, czyli w sumie siedem, osiem
minut...
- I wydawało się panu, że widzi pan na korytarzu pana Jerzego... Tylko
się wydawało, czy jest pan tego pewny?
- Oświetlenie tutaj, jak sam pan widzi, nie jest idealne, ale jestem
prawie pewny. Tak na dziewięćdziesiąt procent.
- W korytarzu, to znaczy gdzie dokładnie?
- Między garderobą pana Walenckiego - widząc pytający wzrok Darskiego,
szybko wyjaśnił: - Aktora, który gra główną rolę w Giannim Schicchim.
Tak więc między jego garderobą a tą należącą do pani Małgorzaty. Od razu
wydało mi się to dziwne...
- Dlaczego? - przerwał Darski. - Nie ma chyba nic dziwnego, że reżyser
odwiedza gwiazdę swojego spektaklu?
- Nie w tym przypadku - wyjaśnił inspicjent, starając się wyglądać na
zmieszanego, choć komisarz był pewny, że jego rozmówca jest daleki od
takiego uczucia. - Od kilku tygodni ze sobą nie rozmawiali.
- Czemu?
- Nie chciałbym wyjść na plotkarza - zarzekł się Małecki - ale chodziły
słuchy, że łączyło ich coś więcej niż tylko współpraca...
- Romans? - uściślił Darski.
Konrad pokiwał głową.
- Jednak od jakiegoś czasu, tak mniej więcej z półtora miesiąca, unikali
się jak ognia. Pani Małgorzata pozwalała sobie publicznie na takie różne
niemiłe komentarze pod adresem pana Jerzego. Potrafiła nawet przy całym
zespole zignorować jego uwagi dotyczące swojego występu. Nie było to
eleganckie.
Słowa Małeckiego kilka minut później potwierdziła garderobiana. Zuzanna
Andrzejczyk była prostą kobietą, nieprzebierającą w słowach i pod tym
względem wzbudziła w Darskim skojarzenia z jego babcią, która słynęła z walenia prawdy między oczy z siłą udarowego młota pneumatycznego i nawet
proboszczowi swojej parafii wygarnęła kiedyś, że "jak trzeci raz w tym
roku kupił sobie nowe auto, to mógłby już przestać żebrać na mszach o datki na remont zakrystii", bo się jej "flaki od tego przewracają".
- No jasne, że ze sobą spali! - prychnęła w odpowiedzi na pytanie o stosunki łączące reżysera z primadonną. - A potem ona go pogoniła!
Faceci szybko jej się nudzili. Oj, szybko. Ale wie pan komisarz, to była
artystka! Takie france to muszą mieć przemiał niczym kopalnia
"Czatkowice", bo inaczej zaczynają cierpieć. Czuje pan? Och, ach... -
przyłożyła teatralnym gestem dłoń do skroni. - Nikt mnie nie kocha, nikt
mnie nie chce, o ja nieboga! A tak naprawdę to była, panie, harpia.
Wykorzystywała facetów i ich rzucała. Oni cierpieli po cichu, bo
przecież chłopu nie wypada inaczej, a ona odgrywała teatr, jaka to jest
pokrzywdzona.
- I tak było też z panem Mogielnickim?
- A jakże! Wzdychał do niej od wielu lat, więc wreszcie go jakoś
upchnęła w kalendarzu. Ale na krótko. Był chłopina potem załamany. A ona? Ile to razy pokazywała mi telefon i wiadomości od niego. "Niech
skamle, mój piesek", śmiała się. Zawsze w takich momentach miałam ochotę
wygarnąć jej, że może i jej kochankowie skamlą niczym pieski, ale to ona
zachowuje się jak suka. W każdym tego słowa znaczeniu!
- Ale nigdy jej pani tego nie powiedziała?
- No co pan! - Zuzanna wzruszyła ramionami z politowaniem, wyraźnie całą
siłą woli powstrzymując się od popukania się w czoło. - Przecież od razu
by mnie wywalili! A ja lubię tę pracę. I większość ludzi, którzy tu
pracują. Poza tymi... gwiazdami - w jej głosie pojawił się akcent
pogardy. - Mówię panu, im kto wyżej zajdzie, tym mu bardziej sodówka
uderza do głowy. Tak jak tej nowej... Prezydentównie!
- Pannie Radeckiej?
- No - Andrzejczyk pokiwała głową. - Ta to dopiero ma napieprzone pod
daszkiem! Ledwo co zaczęła tu pracować, a już by chciała, żeby ją
obsadzali w głównych rolach. I żeby jeszcze toto coś umiało. Ale nie!
Sadzi się, jakby była nie wiadomo kim, a przecież wszyscy wiedzą, że bez
tatusia niczego by nie osiągnęła. Tkwiłaby za kasą w Żabce i tyle. Ale
tatuś o wszystko zawsze zadba. Nawet tutaj. A to zaprosił całą dyrekcję
na weekend do SPA, a to naszej diwie, która nie żyła za dobrze jego
córunią, jakieś prezenty przysłał, a to zafundował malowanie ścian. Wie
pan, jak to jest. Nazwisko i pieniądze zawsze robią swoje.
- Czyli pani Wójcik i pani Radecka też się nie lubiły? - wyłapał z jej
paplaniny Darski.
- A skądże! - prychnęła Zuzanna. - Młodsza widziała się na scenie na
miejscu starszej, a ta ostatnia uważała, że takie beztalencie powinno
być wdzięczne, że w ogóle przebywa na jednej scenie wraz z nią.
- A kto pani zdaniem... mógł się posunąć aż do morderstwa?
Było widać, że Andrzejczyk początkowo chciała odpowiedzieć, ale w jednej
sekundzie się pomiarkowała.
- Morderstwo to poważna sprawa - odpowiedziała powoli - i trzeba mieć do
niego bardzo ważny powód. Nie wydaje mi się, żeby miał go Jureczek. W końcu gdyby przy każdym rozstaniu ktoś miał kogoś mordować, to niedługo
zabrakłoby ludzi na Ziemi. Ta cała Marcelina też by chyba jednak nikomu
krzywdy nie zrobiła.
- Pan Małecki? - podsunął Darski.
- Konradek? - garderobiana się roześmiała. - Może gdyby ktoś mu zgubił
plan spektaklu, to popełniłby zbrodnię w szale. W tym no... Jak to się
mówi? Takie krótkie słowo na "f"!
- W afekcie - podpowiedział komisarz.
- No właśnie! - Zuzanna obdarzyła go wdzięcznym spojrzeniem. -
Wiedziałam, że na "f"! Konradek to miły i skrupulatny chłopiec. Bardzo
dobrze wychowany. Wójcik zawsze miała do niego słabość. Traktowała go
jak syna. Była bezdzietna, więc nie ma co się dziwić, że niektórym
matkowała. Jemu wyjątkowo.
- A wasz ochroniarz?
- Ten wariat? - Andrzejczyk aż się wzdrygnęła. - Wiecznie na wszystko
chory. No, ale to go niby nie czyni mordercą. Nie wiem. Nie potrafię
znaleźć powodu, dla którego miałby ją zabijać. Zawsze była dla niego
miła. To już prędzej ten drugi.
- Drugi? - Darski zmarszczył czoło, przy okazji uświadamiając sobie, że
zapomniał zapytać Dudka o jego zmiennika. Widać późna pora jemu też
rzuciła się na rozum.
- Ten, który był dziś zmianę wcześniej - wyjaśniła garderobiana. - Nigdy
wcześniej go tutaj nie widziałam, ale mówię panu, że źle mu z oczu
patrzy! Mały, zarośnięty, jakiś taki pokurczony. Złamanego grosza bym za
niego nie dała!
- Ostatnie pytanie. Balony... Podobno pojawiły się w czasie spektaklu.
Zuzanna przytaknęła.
- Kiedy przygotowywałam naszą gwiazdę do występu, na pewno ich tam nie
było, a potem, kiedy pomagałam jej się rozebrać z kostiumu, wisiały nam
nad głowami. Zauważyła nawet, że widać ktoś chciał jej zrobić przykrość,
dekorując garderobę na czarno, ale trafił kulą w płot, bo ona uwielbia
ten kolor.
- Nie ma pani żadnych podejrzeń, skąd się tam wzięły?
Andrzejczyk pokręciła głową.
- Widać ktoś zrobił sobie głupi żart...
Jako ostatnia na fotelu przez Darskim usiadła prezydentówna.
- Nie, Konrad musiał się pomylić! - zapewniła kategorycznie, kiedy
Darski powtórzył jej tę część zeznań Małeckiego, która dotyczyła
Mogielnickiego. - Jerzy nie wychodził z pokoju, w którym rozmawialiśmy,
ani na sekundę!
- Jest pani tego pewna?
- Absolutnie! Nie wiem, kogo on widział, ale na pewno nie jego.
- Pan Małecki wydawał się tego pewny.
- Ciekawe, jakim cudem, skoro jest ślepy jak kret - mruknęła Radecka.
- Słucham? - zdziwił się szczerze Darski.
- Och, nie zauważył pan? - Marcelina uśmiechnęła się ironicznie. - Gdy
nosi okulary, to nie widzi nic, co znajduje się nawet kilka metrów od
niego, a gdy je zdejmie, to z kolei ma problem z przeczytaniem tego, co
ma przed nosem. Musiałby go pan zapytać, czy kiedy widział Jerzego, miał
je na sobie, czy też nie. Poza tym nie ufałabym mu za bardzo...
- Dlaczego?
- To dziwak. Miał... To znaczy pewnie ciągle ma obsesję na punkcie tej
całej Wójcik... - nazwisko primadonny Marcelina wypowiedziała tak, jakby
było obelgą.
- Dlaczego pani tak uważa?
- Nadskakiwał jej, jakby był jej osobistym lokajem.
- Nie lubiłyście się?
- Nie było powodów, żebyśmy się miały lubić - Radecka wzruszyła
ramionami. - Ona występowała tu od miliarda lat i wszyscy się przed nią
płaszczyli, jakby była Bóg wie kim. A tak naprawdę już dawno powinno się
ją przestać obsadzać w rolach nastolatek, bo na scenie wypadało to
żenująco. I blokowało drogę do kariery innym. Być może nawet
zdolniejszym od niej.
Darski darował sobie pytanie, kogo miała na myśli. Odpowiedź była
oczywista. Na kolejne, o ewentualnych wrogów primadonny, Marcelina
odpowiedziała kpiąco, że gdyby wziąć pod uwagę wszystkie osoby, które
Wójcik potraktowała źle, to należałoby podejrzewać prawie wszystkich z grona dziewięciuset pracowników Opery Narodowej oraz pewnie z pół
Polski. Komisarz poczuł się nieco zniesmaczony prezentowanym przez
Radecką radosnym nastrojem i czym prędzej zakończył z nią rozmowę, a sam
udał się do pokoju ochrony. Alojzy siedział w fotelu z boleściwą miną,
lekko postękując i przykładając sobie do czoła jakiś wściekle zielony
ręcznik. Dokoła roztaczał się zapach melisy mający swoje źródło w stojącym przed Dudkiem kubku.
- A, owszem, był tu mój poprzednik - stwierdził ochroniarz, rozmasowując
sobie wolną ręką kolano. - Artretyzm mi włazi coraz częściej. Pewnie już
niebawem nie będę mógł normalnie chodzić.
- O której dokładnie pan przyjechał? - zapytał Darski, z miejsca czując,
że i jego coś kłuje w kolanie, i przez chwilę zastanawiając się, czy
artretyzm może być zaraźliwy.
- Jakoś kwadrans po jedenastej - odpowiedział Alojzy, wydając z siebie
przy okazji stęknięcie. - Od razu powinienem był zrobić obchód, tym
bardziej że nie znałem swojego poprzednika i nie wiedziałem, czy można
mu ufać. Ale byłem tak rozbity po tym wypadku, że musiałem przez chwilę
odsapnąć.
- Jak to nie znał pan swojego poprzednika?
- No, pracował tu ledwie kilka dni i tak jakoś wyszło, że jeszcze nie
mieliśmy okazji się zapoznać - wyjaśnił Dudek. - Dziwny facet...
- To znaczy? - komisarz postanowił podrążyć temat.
- Mrukliwy, nieprzyjemny - westchnął Alojzy. - W ogóle nie chciał
słuchać o moim wypadku, tylko powiedział, że wszystko jest w porządku,
szybko się pożegnał i sobie poszedł, jakby go ktoś gonił.
- Mógłby go pan opisać? - poprosił Darski.
- Taki niewielki, z brodą i takimi zmierzwionymi włosami. Całkiem jak
pan Mogielnicki. Można by ich było pomylić...
I dokładnie w tym momencie za plecami Alojzego, a konkretnie za stojącym
za jego krzesłem biurkiem, rozległ się cichy, stłumiony jęk. Kiedy po
chwili się powtórzył, już nieco głośniej, Darski zrobił kilka kroków,
wychylił się znad biurka i z niedowierzaniem dostrzegł leżącego tam z zamkniętymi oczami młodego, krótko ostrzyżonego blondyna, trzymającego
się za głowę i wciąż wydającego z siebie ciche pojękiwania.
- Kim pan jest? - zapytał komisarz. - Co pan tu robi?
Młodzieniec otworzył oczy i popatrzył na Darskiego półprzytomnie.
- Nazywam się Piotr Sobieszczak - wyszeptał z wyraźnym trudem - i jestem
tutaj ochroniarzem.
* * *
Siedzący w swoim gabinecie w Komendzie Głównej Darski po raz nie wiadomo
który wpatrywał się w niezbyt wyraźny film z kamery monitorującej
wejście do Opery Narodowej, a dokładnie w ten jego fragment, na którym
dwóch mężczyzn, mających na głowach czapeczki z daszkami, skutecznie
utrudniające identyfikację ich twarzy, wnosi do gmachu duże pudło.
Komisarz wiedział już, że zostało ono, zresztą pod życzliwym okiem
mającego wówczas dyżur Piotra Sobieszczaka, wniesione do garderoby
Małgorzaty Wójcik. I choć nikt nie skontrolował zawartości owej
przesyłki, to Darski miał pewność, że w środku znajdowały się nie tylko
czarne balony, lecz także ktoś, kto pozbawił życia primadonnę, a potem
zaprawił czymś ciężkim w głowę ochroniarza, udał, że sam nim jest, a następnie spokojnie opuścił budynek. Kamera uchwyciła nawet ten ostatni
moment, tyle że i to nagranie nic Darskiemu nie dawało, bo pokazywało
kogoś, kto po zdjęciu peruki i sztucznej brody mógł być nawet kobietą.
Jedyne ziarnko nadziei dawało zlecone przez niego badanie balonów, ale i to skończyło się klęską, bo nadmuchano je mechanicznie.
- Myślisz, że kiedykolwiek to wyjaśnimy? - zapytał cicho Grzelak.
- Nie wiem... - Darski nie lubił oszukiwać swoich podwładnych ani też
łudzić samego siebie. - Szczerze mówiąc, nie sądzę.
* * *
Marcelina weszła do gabinetu ojca i nie pierwszy raz z lekkim niesmakiem
zlustrowała wnętrze tego pomieszczenia. Choć Michał Radecki często był
nazywany przez media wizjonerem i człowiekiem, który idzie za pan brat z nowoczesnością, to akurat miejsce, które urządził sobie do pracy,
świadczyło o czymś odwrotnym. Prezentowało się niczym osiemnastowieczne
muzeum. Drewniane meble, koszmarny, zdaniem Marceliny, dywan tkany w jakieś średniowieczne esy-floresy, przeszklone regały wypełnione starymi
księgami. Jak w Hogwarcie, pomyślała, ale kolejny raz zachowała te
spostrzeżenie dla siebie, uroczo uśmiechając się do wstającego właśnie z fotela byłego prezydenta.
- Cóż to sprawiło, że przyjechałaś z wizytą do swojego staruszka? -
zapytał Michał, podchodząc do niej i tuląc ją na powitanie.
- Już ty mnie nie zbijaj z tropu tym staruszkiem - zaśmiała się
Marcelina.
Faktycznie, nawet mając pięćdziesiąt pięć lat, były prezydent mógł być
uznawany za wyjątkowo atrakcyjnego. Dbający o sylwetkę, uczęszczający
regularnie na siłownię i basen, odwiedzający często salony SPA, zawsze
bezbłędnie ubrany Radecki bez przerwy trafiał do rankingów najbardziej
seksownych polskich "znanych i lubianych". A że w kategorii "stary, ale
jary", to już inna sprawa.
- Cóż więc cię sprowadza w gościnne progi domu, który niegdyś był twoim
rodzinnym? - zapytał inaczej Michał, wracając na swój fotel, podczas gdy
Marcelina zajęła identyczny, znajdujący się po drugiej stronie biurka. -
I czemu mnie nie uprzedziłaś? Poleniuchowalibyśmy w ogrodzie, a tak to
mamy ledwie kilka minut, zanim przyjedzie delegacja z Japonii i zmusi
mnie do jedzenia jakichś białych robali i innych oślizgłych morskich
paskudztw, które musiałem z okazji ich wizyty zamówić. Czy ci Azjaci nie
mogliby wreszcie docenić schabowego z buraczkami? Czemu to zawsze musi
smakować jak smarki z nosa?
- Naprawdę próbowałeś smarków? - Marcelina nie była w stanie ukryć
zniesmaczenia.
- A znasz dziecko, które by przynajmniej raz nie spróbowało? - zdziwił
się szczerze jej ojciec.
- Owszem, znam. Siebie.
- Zawsze byłaś oryginalnym dzieckiem.
- A ty bardzo oryginalnym ojcem.
- Dziękuję - Radecki kiwnął głową - o ile, rzecz jasna, to miał być
komplement. A więc... Czemuż zawdzięczam zaszczyt goszczenia cię tutaj?
- wrócił do nurtującego go zagadnienia.
- Chciałam ci podziękować.
- Mnie? - zdziwił się Michał. - Za co?
- Za usunięcie przeszkody, która stała mi na drodze do tego, aby dostać
główną rolę w Giannim Schicchim - wypowiadając te słowa, Marcelina
patrzyła mu prosto w oczy. I jeśli jeszcze przed wejściem do jego
gabinetu miała pewne wątpliwości dotyczące tego, kto stał za
wydarzeniami rozgrywającymi się tydzień wcześniej w operze, to teraz
pozbyła się ich całkowicie. Ojciec mógł omamić kilkadziesiąt milionów
swoich rodaków, ufających, że jest prawym i szlachetnym człowiekiem, ale
przed nią nie umiał niczego ukryć. I nigdy nawet nie próbował tego
zrobić.
- A, proszę bardzo - rzekł powoli. - Jesteś zadowolona?
- Musiałeś się jej pozbyć w taki sposób? - westchnęła. - Nie mogłeś
potrząsnąć sakiewką? To zawsze dawało dobre rezultaty.
- Myślisz, że nie próbowałem? - Michał wzruszył ramionami. - Ale w jej
przypadku to była przegrana sprawa. Nigdy by na to nie poszła, a przecież wiedziałem, jak ci na tym zależy.
- Powiedz mi jeszcze, po co były te balony.
- Na wypadek, gdyby komuś wpadło do głowy, żeby otworzyć pudło i zobaczyć, co jest w środku. A jakim cudem ty się domyśliłaś, jeśli można
spytać?
- Byłam w jej garderobie. To pudło mnie zaciekawiło. Otworzyłam je i balony same zaczęły wylatywać. To był swoją drogą głupi pomysł. Gdy
wyleciało kilka, odsłonił się twój prawdziwy prezent.
- Cud, że nie oberwałaś...
- O mały włos! Ale kiedy tylko ów ktoś w środku zobaczył, kogo ma przed
sobą, od razu spasował. I dokładnie w tym samym momencie uświadomiłam
sobie dlaczego.
- I nie próbowałaś go powstrzymać? - ojciec posłał jej ironiczne
spojrzenie. - Uratować swojej starszej koleżanki?
- Żartujesz? - Marcelina wzruszyła ramionami. - Sama dumałam nad tym,
jak się pozbyć tej wiedźmy. Poza tym nie zapominajmy, czyją jestem
córką. Mam twoje geny.
Pukanie do drzwi dało znać, że delegacja japońskiego koncernu prasowego
właśnie dotarła na miejsce i Radecki powinien ją przywitać.
- Moje geny... - były prezydent wstał z fotela
- Yhm - przytaknęła Marcelina z uśmiechem. - Psychopatycznej
przestępczyni. Leć, nie daj im czekać, a ja zostawię ci na biurku
zaproszenie na nową premierę Gianniego Schicchiego ze mną w roli
głównej. No już, sio! I pamiętaj, że cię kocham, staruszku.
* * *
Babbo, pieta, pieta..., sopran Marceliny, wpatrującej się ze sceny,
zamiast w aktora grającego Gianniego Schicchiego, prosto w twarz
siedzącego w pierwszym rzędzie ojca, na moment pozostawił publiczność
Opery Narodowej w ciszy. Jednak po chwili rozległy się głośne brawa.
Michał Radecki poderwał się z fotela jako pierwszy, a za jego przykładem
poszła też grzecznie reszta widowni.
Moja kochana dziewczynka, pomyślał były prezydent. Zrobiłbym dla niej
wszystko. Zawsze.