Zbrodnie w Kotlinie Kłodzkiej. Milczenie. Zbrodnie w Kotlinie Kłodzkiej - Hubert Hender

Kup ebooka

36.90 zł
30.94 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Popa­trzył w okno, ale wypeł­niała je tylko ciem­ność, nic wię­cej. Przyj­rzał się swo­jemu zmar­no­wa­nemu obli­czu. Skrzy­wił się, zmru­żył oczy, ale nie dostrzegł żad­nego świa­tła, żad­nego kształtu ani syl­wetki. W pogo­to­wiu trzy­mał nóż i gumową pałkę ZOMO, którą odzie­dzi­czył po ojcu. Ude­rze­nie nią powo­do­wało potworny ból. Wie­dział o tym, bo wła­ści­wie to nie ojciec, lecz ona go wycho­wała. Gapił się jesz­cze przez chwilę, ale dał za wygraną. Niczego nie widział. Zalał her­batę wrząt­kiem. Kubek miał brą­zowy nalot od wie­lo­let­niego uży­wa­nia. Zamie­szał, obli­zał łyżeczkę i wrzu­cił ją do zlewu. Brud­nych naczyń było już za dużo. Wypłu­kał je powierz­chow­nie i odło­żył na suszarkę. Chwilę póź­niej roz­siadł się wygod­nie w fotelu. W wia­do­mo­ściach mówili o poli­tyce, afe­rach, korup­cji. Krzy­wił się, szcze­rząc zęby niczym wście­kły pies. Miał to gdzieś. Nie inte­re­so­wała go zgraja szkod­ni­ków, któ­rzy byli nie mniej­szymi ban­dy­tami od tych sie­dzą­cych w Rawi­czu. Banda pazer­nych zło­dziei, któ­rzy róż­nią się od więź­niów tym, że noszą ele­ganc­kie gar­ni­tury i dro­gie zegarki. I że potra­fią zgrab­nie pleść trzy po trzy przed kame­rami. Tak, to jedyna róż­nica, powie­dział sobie w duchu. Wolałby teraz oglą­dać tań­czące panienki, niż patrzeć na tę pie­przoną hołotę. Poża­ło­wał, że nie ma kom­pu­tera. Albo cho­ciaż kana­łów ero­tycz­nych. Musiał gapić się na to, co nada­wali w tele­wi­zji naziem­nej. Sam szajs, kilka pro­gra­mów na krzyż - wia­do­mo­ści, pro­gramy reli­gijne i powtórki fil­mów. No i serial, który znał na pamięć. Nie­które kwe­stie mógłby recy­to­wać z zamknię­tymi oczami. Psia mać, zaklął. Miał ochotę coś zro­bić. Nosiło go. Roz­ry­wało wręcz od środka i trudno było mu się opa­no­wać. Wie­dział, co mogłoby pomóc. Wódka albo piwo, butelka, dwie. Przy­po­mniał sobie jed­nak, że ma kil­ka­dzie­siąt zło­tych długu w pobli­skim barze, a osie­dlowy sklep pew­nie był już zamknięty. Ewen­tu­al­nie Żabka, ale to kawa­łek drogi, a on nie chciał ryzy­ko­wać. Nie po tym, co wyda­rzyło się kil­ka­na­ście dni temu, gdy otwo­rzył sze­roko okno i zoba­czył coś, co go zmro­ziło. A przy­naj­mniej zdzi­wiło. Ujrzał w ciem­no­ści dwie białe twa­rze. Myślał wów­czas, że ma omamy albo traci kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Fakt, był po kilku set­kach czy­stej. Ale wtedy stało się coś jesz­cze, coś, co go prze­ko­nało, że jed­nak to się dzieje naprawdę. Usły­szał szepty. Ciche, a mimo to wyraźne. Natych­miast zamknął okno. Zary­glo­wał też drzwi do miesz­ka­nia, a potem poszedł po nóż. Długi, ostry, nie­mal ide­alny do patro­sze­nia dzi­kich zwie­rząt. Być może, pomy­ślał, będzie musiał się bro­nić. Być może ktoś chciał go skrzyw­dzić. Od tam­tej nocy minęły już pra­wie dwa tygo­dnie i nic wię­cej się nie wyda­rzyło, ale wspo­mnie­nie tajem­ni­czych twa­rzy wciąż nie dawało mu spo­koju - czy to, co widział, było tylko wytwo­rem jego wyobraźni, czy ktoś naprawdę czaił się pod jego oknem? Jeśli tak, to kto? I dla­czego? Był zasko­czony, bo to jego na ogół uni­kali ludzie. Omi­jali go sze­ro­kim łukiem, przez całe życie. Kto miałby go nacho­dzić albo stra­szyć?

Od tam­tej nocy zasy­piał z dło­nią na uchwy­cie ostrego narzę­dzia. Aż do dzi­siaj. W końcu uznał, że nie musi bać się o swoje bez­pie­czeń­stwo, a jed­nak wciąż nie mógł się pozbyć tego odru­chu. Co dzień gapił się w okno, upew­niał, a potem pod­cho­dził do drzwi i spraw­dzał, czy są zamknięte.

Wyskro­bał z kie­szeni spodni sześć zło­tych. Spa­ko­wał do torby dwie butelki po piwie i wyszedł z miesz­ka­nia. Zamknął je, choć i tak nie było co ukraść. Zresztą kto miałby to zro­bić? W kamie­nicy miesz­kali sami sta­rusz­ko­wie, któ­rych jedy­nym zaję­ciem było oglą­da­nie Fami­liady i roz­ma­wia­nie o lekar­stwach. Zwy­kle nie wyściu­biali nosa ze swo­ich miesz­kań.

Sta­nął przed budyn­kiem i zapa­lił papie­rosa. Rozej­rzał się i nasłu­chi­wał. Mia­steczko, zato­pione w wie­czor­nej mgle, wyglą­dało jak po epi­de­mii. Ani jed­nej osoby. Żad­nych odgło­sów. Żad­nych zwie­rząt, chyba że gotowe na nocny żer szczury, które cze­kały tylko, aż wszy­scy znikną. Pstryk­nął wypa­lo­nego szluga przed sie­bie i ruszył do sklepu. Miesz­kał tu pra­wie całe życie i trak­to­wał to miej­sce jak swoje. Tu się wycho­wał i, jak mu się wyda­wało, znał wszyst­kich. Nikt go nie ruszał, nikt nie zacze­piał, wszy­scy prze­cież wie­dzieli, czym to grozi. Chrząk­nął gło­śno, jakby chciał wypluć złość, a potem ruszył przed sie­bie.

Przy­spie­szył kroku. Jesz­cze chwila i zamkną sklep. Przed sobą miał długą aleję, na któ­rej końcu lśniło żółte świa­tło latarni. Wil­gotna para prze­su­wała się leni­wie nad chod­ni­kiem. Przy­sta­nął. W oddali coś się poru­szyło. Naj­pierw oświe­tlony latar­niami puch mgły uniósł się, jakby za chwilę miał się poja­wić silny podmuch wia­tru. Zaraz potem dostrzegł dwa punkty. Ciemne, może czarne. Po chwili stały się wyraź­niej­sze. Dwie osoby stały na końcu alei. Dwie syl­wetki, podobne do sie­bie niczym klony, kogoś mu przy­po­mi­nały.

Zmru­żył oczy, zro­bił krok, prze­su­nął się do przodu.

Nie roz­po­zna­wał tych ludzi, nie miał poję­cia, kim byli.

Nagle zauwa­żył, że jeden z nich trzyma w dłoni nóż. Nie wie­dział, czy to żart, czy po pro­stu znów ma omamy. Postaci miały białe twa­rze, jakby wysma­ro­wane kredą. Wyglą­dały jak stare teatralne maski.

Czarne syl­wetki z ala­ba­stro­wymi twa­rzami powoli sunęły w jego stronę.

Męż­czy­zna zro­bił krok do tyłu.

Przez chwilę wyda­wało mu się, że tamci coś do sie­bie szep­czą.

Rozdział 1

1

Dokład­nie o pią­tej dzie­sięć pod­ko­mi­sarz Filip Krauze zapar­ko­wał zabyt­ko­wego jagu­ara na pod­mo­kłej łące w pobliżu lasu. Jaskrawa czer­wień lakieru wyglą­dała w ciem­no­ści jak wyschnięta krew. Trza­snął drzwiami. Tuż obok stał samo­chód pro­ku­ra­tora z Kłodzka. Krauze dostrzegł też spor­tową hondę kolegi z wydziału kry­mi­nal­nego, Igora Fijał­kow­skiego. Znali się ponad dwa­dzie­ścia lat i byli naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Przez całe doro­słe życie szli ramię w ramię - naj­pierw łączyło ich burz­liwe dora­sta­nie, potem szkoła poli­cyjna i wresz­cie wspólna praca. Spę­dzali ze sobą dużo czasu, bo pra­co­wali razem przy pra­wie każ­dym śledz­twie, spo­ty­kali się też pry­wat­nie nie­mal w każdy week­end. Ich żony też się bar­dzo lubiły, choć ostat­nio ta zna­jo­mość opie­rała się głów­nie na roz­mo­wach przez tele­fon, bo Ola, żona Filipa, od nie­dawna pro­wa­dziła wła­sną firmę i poświę­cała jej mnó­stwo ener­gii. Igor został nawet ojcem chrzest­nym Mar­cela, syna Krau­zego.

Honda jak zwy­kle była obita. Igor z dużą trud­no­ścią tra­fiał do garażu, jakby ten pro­sty manewr prze­kra­czał jego umie­jęt­no­ści - a mimo to od lat chwa­lił się na komen­dzie, że jest kró­lem szos i że nikt nie jeź­dzi tak dobrze jak on.

W oddali migał prze­kaź­nik tele­fo­nii komór­ko­wej. Znaj­do­wał się kilka kilo­me­trów stąd. Pod­ko­mi­sarz wycią­gnął sezamka i ugryzł go łap­czy­wie. Popa­trzył na zega­rek, ale na wszelki wypa­dek spraw­dził rów­nież godzinę w tele­fo­nie. Co dwie osie czasu, to nie jedna. Piąta jede­na­ście. Zasta­na­wiał się, dokąd pójść, lecz nie­mal w tej samej chwili usły­szał kroki. Poświe­cił latarką poro­zu­mie­waw­czo.

- Już myśla­łem, że się nie docze­kamy - ode­zwał się Igor. Miał na sobie woj­skowe ubra­nie, buty do pracy w pod­mo­kłym tere­nie oraz ciemną czapkę z dasz­kiem. Przy­wi­tali się sil­nym uści­skiem dłoni.

- Wyja­śnisz mi, z jakiego powodu musia­łem się zry­wać w nocy? Wiesz, że nor­malni ludzie śpią o tej porze? Ja się do takich zali­czam. Wpraw­dzie nie mam psa, nie jeż­dżę w nie­dzielę na działkę i nie mam na ścia­nie Jana Pawła II ani ceraty pod tele­wi­zo­rem. Ale resztę wymo­gów speł­niam i dbam o to, by ludzie uwa­żali mnie za nor­mal­nego czło­wieka - rzu­cił pod­ko­mi­sarz, prze­cze­su­jąc włosy na lewą stronę. Cze­sał się jak Brad Pitt w fil­mie Furia. Zapusz­czona góra i sta­ran­nie wygo­lone boki. Krauze jak zwy­kle był ubrany w bluzę spor­tową z logo ame­ry­kań­skiej dru­żyny koszy­kówki.

- Nie pier­dol, Filip. Niech ci wystar­czy, że nie umia­łem opo­wie­dzieć ci tego przez tele­fon. To jakaś cho­lerna, wręcz popier­dolona farsa. Sam zoba­czysz - powie­dział Igor i wska­zał dło­nią, dokąd mają iść. Krauze wyrzu­cił papie­rek po sezamku, a potem ruszył pod­mo­kłą łąką za kolegą. Oświe­tlali sobie drogę moc­nymi latar­kami. Ich syl­wetki rzu­cały dłu­gie cie­nie. Parę minut póź­niej weszli do lasu. Czuć było wil­goć po zale­ga­ją­cym śniegu oraz zapach gni­ją­cych liści. Gdzie­nie­gdzie dostrze­gali nie­roz­to­piony śnieg, który ucho­wał się w zagłę­bie­niach. Minęła połowa marca i wiele wska­zy­wało na to, że tego­roczna zima już za nimi. Niskie tem­pe­ra­tury utrzy­my­wały się dosłow­nie przez kilka dni i wyno­siły nie­wiele ponad dzie­sięć stopni poni­żej zera. To było i tak za cie­pło jak na gust Krau­zego. Zima powinna być mroźna, powinna wykrę­cać ludziom palce, mro­zić nos, skle­jać powieki i spra­wiać, że czło­wiek wciąż na nowo odkrywa urok zmian pór roku. Powoli już zaczy­nał tęsk­nić za pro­mie­niami słońca. Uzna­wał to za natu­ralne wyrów­ny­wa­nie rachun­ków przez naturę, które powinno się odby­wać cyklicz­nie, bez przerw i bez zacie­ra­nia się gra­nic mię­dzy porami roku. Rów­no­waga. Ona była naj­waż­niej­sza.

Po kilku minu­tach mar­szu dotarli do urwi­ska. Filip był już tro­chę zdy­szany.

- Złap się tutaj. - Igor wska­zał przy­ja­cie­lowi gałąź, oświe­tla­jąc ją, po czym ostroż­nie zeszli stro­mym spa­dem.

Krauze popa­trzył do góry. Czarne niebo robiło się gra­na­towe, choć miał wra­że­nie, że potężne drzewa i tak odci­nają roz­ro­śnię­tymi gałę­ziami dostęp do świa­tła, jakby były mitycz­nymi potwo­rami, które powra­stały w to miej­sce i nie pozwa­lały nikomu dostać się do środka. Świat mroku. Jakby wszystko i wszy­scy byli tu nie­mile widziani. Zamknięty świat dzi­kiej natury. Nawet świa­tło nie miało tu wstępu.

Usły­szał odgłos stru­mie­nia, który spły­wał gdzieś nie­opo­dal pomię­dzy wznie­sie­niami. Ock­nął się i ruszył za Igo­rem, który skrę­cił na pła­ski szlak o dwóch głę­bo­kich wyżło­bie­niach. Musiały tędy jeź­dzić mocarne maszyny z napę­dem na cztery koła.

- Cho­lera, mamy tu drogę, a ty kaza­łeś mi iść przez las? Nie mogli­śmy po pro­stu tutaj przy­je­chać? Albo cho­ciaż dojść na miej­sce jak cywi­li­zo­wani ludzie?

Igor nie prze­jął się jego sło­wami.

- Sze­dłem nią - powie­dział spo­koj­nie. - Tym skró­tem jest o wiele szyb­ciej. Droga okrąża wznie­sie­nie i zeszłoby nam znacz­nie dłu­żej. Wiem, co mówię, tkwimy tu wszy­scy od kilku godzin.

- Nie wie­rzę ci. Nie wie­rzy się czło­wie­kowi, który budzi cię w środku nocy i każe przy­jeż­dżać do pie­przo­nej dżun­gli. Kiedy wresz­cie doj­dziemy? - zapy­tał, bo nawet solidny snop świa­tła nie był w sta­nie prze­drzeć się przez gęstą ciem­ność.

- Jesz­cze kawa­łek. Maru­dzisz jak stary zrzęda.

Zeszli kolej­nym sko­sem, potem minęli zakręt. Pod­ko­mi­sarz dostrzegł w oddali kilka osób, krzą­ta­ją­cych się na tle migo­cą­cych świa­teł.

- Nie zauwa­ży­łem przed lasem auta tech­ni­ków - ode­zwał się.

- Tokarz powie­dział, że się spóźni - wyja­śnił Igor. - Wyje­chał na week­end z żoną, więc gna z Kato­wic. Sły­sza­łem przez tele­fon, że jest wkur­wiony. Co tu dużo mówić, schrza­ni­li­śmy mu week­end.

Krau­zego w ogóle to nie inte­re­so­wało. Każda sprawa chrza­niła komuś dzień lub noc.

Chwilę póź­niej dotarli na miej­sce. Pod­szedł do nich męż­czy­zna o posi­wia­łych wło­sach.

- Cie­szę się, że jesteś - powie­dział jeden z dwóch kłodz­kich pro­ku­ra­to­rów okrę­go­wych, Jerzy Soko­łow­ski. Miał jakieś sześć­dzie­siąt lat i wyglą­dał jak eme­ry­to­wany pro­fe­sor fizyki z eli­tar­nego angiel­skiego uni­wer­sy­tetu. Pod wymiętą mary­narką zawsze nosił koszulę w kratkę. Dziś bra­ko­wało tylko muchy, ale, jak się domy­ślił Krauze, jego rów­nież wyrwano z łóżka.

- Dowiem się wresz­cie, o co tu cho­dzi? Męczą mnie już te nie­do­po­wie­dze­nia - mruk­nął.

Soko­łow­ski nie odpo­wie­dział od razu. Spra­wiał wra­że­nie, jakby chciał odwlec w cza­sie prze­ka­za­nie mu infor­ma­cji. Zro­bił tylko kwa­śną minę. Być może cze­kał, aż ktoś go wyrę­czy. Ale tak się nie stało. W końcu rzekł wymi­ja­jąco:

- Chuj­nia z bryn­dzą, krótko mówiąc. Spójrz, Filip, na tam­tych poli­cjan­tów. - Wska­zał na odda­lo­nych nieco ludzi. Ich syl­wetki były oświe­tlone punk­towo świa­tłem lata­rek. Funk­cjo­na­riu­sze mieli takie miny, jakby przed momen­tem dowie­dzieli się o śmierci bli­skich im osób. - To, co zna­leź­li­śmy, wygląda naprawdę par­szy­wie. Dawno nie widzia­łem cze­goś rów­nie popier­do­lo­nego, a wyda­wało mi się, że widzia­łem już wszystko.

- Dobra, skończ­cie się uża­lać nad sobą, bo mam dość. Albo mówi­cie, co się dzieje, albo wra­cam do wyra spać. Jest nie­dziela, mam ochotę z tego sko­rzy­stać.

- Myśla­łem - zaczął pro­ku­ra­tor, jakby nie dosły­szał, co powie­dział kolega - że odejdę na eme­ry­turę w poczu­ciu dobrze wyko­na­nej roboty, nie doświad­cza­jąc takiego okru­cień­stwa. A tu wszystko jebło. Dziś w nocy. I to jesz­cze w week­end. Cho­ciaż... - Mach­nął ręką, dając znać, że nie­po­trzeb­nie filo­zo­fuje.

Krauze odwró­cił się i zoba­czył, że Igor został w tyle. Przy­siadł na dużym kamie­niu i gapił się przed sie­bie. Filip odniósł wra­że­nie, że ponury nastrój zaata­ko­wał wszyst­kich zebra­nych jak groźny wirus. Para­li­żo­wał stop­niowo, a czło­wiek nawet nie zda­wał sobie z tego sprawy.

- Możesz mi powie­dzieć, coście zna­leźli? Czy będzie­cie mnie trzy­mać tutaj jak uczest­nika pie­przo­nego tele­tur­nieju, żebym zga­dy­wał, robiąc z sie­bie kre­tyna?

Soko­łow­ski stał nie­wzru­szony. Słowa Filipa nie robiły na nim wra­że­nia.

- Chodź - naka­zał po chwili. - Czas już to ruszyć, cze­ka­li­śmy tylko na cie­bie.

Dotarli do prze­ciw­le­głego wznie­sie­nia. Przed nimi znaj­do­wała się kil­ku­na­sto­me­trowa stroma skarpa, podobna do tej, z któ­rej nie­dawno scho­dzili. Trzy­ma­jąc się krza­ków, wspi­nali się po wznie­sie­niu. Potem szli już po dość rów­nym tere­nie, na któ­rym leżało bar­dzo dużo gałęzi. Kilka razy musieli prze­sko­czyć powa­lone drzewa. Chyba ścięto je nie­dawno, bo w powie­trzu uno­sił się jesz­cze zapach drewna oraz oleju napę­do­wego. Wokół było mnó­stwo tro­cin. Minęli drzewa, a potem Soko­łow­ski zatrzy­mał się i wska­zał coś ręką. W ciem­no­ści i tak nie­wiele było widać. Pro­ku­ra­tor usta­wił stru­mień świa­tła.

- Popatrz tam. - Poświe­cił na jedno drzewo. Wiel­kie, nie­mal nie­skoń­cze­nie wyso­kie. Nie widać było wierz­chołka, nik­nął w ciem­no­ści. Kolejny straż­nik czar­nego świata natury. Krauze poczuł się jak intruz. - Widzisz?

W lesie pano­wała cisza, jedy­nie gdzieś nad nimi dało się sły­szeć cichy szum - podobny do tego, który pamię­tał znad morza. Krauze wytę­żył wzrok. Wśród nie­mal jed­na­ko­wych drzew jedno się wyróż­niało. Było naj­więk­sze. Górna część jego korony koły­sała się leni­wie pod wpły­wem wia­tru. Wokół uno­sił się zapach żywicy. Pod­ko­mi­sarz czuł, że coś jest nie tak, ale nie wie­dział jesz­cze co.

- Chyba tak - wyszep­tał.

- To wła­śnie tam - powie­dział Soko­łow­ski i ruszył w kie­runku drzewa.

Pod­ko­mi­sarz usta­wił odpo­wiedni punkt sku­pie­nia świa­tła i skie­ro­wał je na drzewo, które znaj­do­wało się kil­ka­dzie­siąt metrów od niego. Poło­żył dłoń na broni i dogo­nił pro­ku­ra­tora. W pew­nym momen­cie Krauze dostrzegł coś, co kazało mu się zatrzy­mać. Nie miał pew­no­ści, czy dobrze widzi. Zmro­ziło go. Przy­sta­nął. Na drze­wie znaj­do­wały się dło­nie. Obej­rzał się za sie­bie, a potem na boki. Zacho­wa­nie, z któ­rym czło­wiek się rodzi. Umie­jęt­ność, którą nabywa w trak­cie dosko­na­le­nia odru­chów. Bada­nie terenu, oko­licy, ocena zagro­że­nia. Zro­bił jesz­cze kilka kro­ków.

- Chry­ste Panie, co to ma być? - wyszep­tał, pod­cho­dząc coraz bli­żej. Wciąż trzy­mał broń w pogo­to­wiu. Czuł, jak jego ciało robi się coraz goręt­sze.

W skro­niach inten­syw­nie pul­so­wała krew. Zmru­żył oczy, by wyostrzyć pole widze­nia, nie­wiele to pomo­gło

Pień opla­tały ręce. Masywne męskie dło­nie. Wyglą­dały jak sztuczne. Jak u mane­kina. Sine, nabrzmiałe, wykrę­cone do tyłu. Popa­trzył na zie­mię, osza­co­wał bez­pieczną odle­głość, by nie zadep­ty­wać śla­dów. Dło­nie przy­bito do drzewa dużymi gwoź­dziami. Krew wsiąk­nęła w korę.

Okrą­żył pień i wtedy ujrzał coś tak prze­ra­ża­ją­cego, że aż nim zate­le­pało. Pobiegł kilka metrów dalej i zwy­mio­to­wał wczo­raj­szą kola­cję. Poczuł cierpki smak wymio­cin. Posi­łek, który nie został jesz­cze w cało­ści stra­wiony, leżał teraz przed nim w postaci żół­tej papki. Gdy skoń­czył, wytarł usta i ręce w chu­s­teczkę.

- Chry­ste, co to jest? Co się tutaj stało? - powie­dział cicho, nie­mal szep­tem, ale tak, by nikt go nie sły­szał. Wziął kilka głę­bo­kich wde­chów i wró­cił na miej­sce. Soko­łow­ski się nie poru­szył. Mil­czał, a jego mil­cze­nie było bar­dziej wymowne niż dzie­siątki słów. Krauze poświe­cił na drzewo, zmie­nia­jąc stru­mień świa­tła, tym razem tak, by obej­mo­wało całe ciało. I wtedy zoba­czył to jesz­cze raz, dużo wyraź­niej. Prze­łknął gło­śno ślinę, choć nie był tego świa­domy.

Napo­tkał wzrok męż­czy­zny w śred­nim wieku. Soko­łow­ski się nie mylił. To było par­szywe. To było gor­sze niż wszystko, co widział do tej pory. Szcze­gól­nie głowa i to, co z nią zro­biono. Wywa­lony język. Z otworu gębo­wego wysta­wał duży gwóźdź, który prze­bił czaszkę na wyso­ko­ści poty­licy. Wła­śnie on utrzy­my­wał ciało w tej pozy­cji. Wyglą­dało to jak praw­dziwa egze­ku­cja. Przy­twier­dzone do drzewa ręce, które opla­tały masywny pień, głowa wysu­nięta do przodu - zupeł­nie tak, jakby ofiara była zmu­szana, by patrzeć na swo­jego kata. Może za karę. Nogi roz­sta­wione na sze­ro­kość kroku. Spo­mię­dzy nich kilka godzin temu wycie­kła ciemna ciecz. Mocz, przy tak sil­nym ude­rze­niu nie było to dziwne. Moż­liwe, że puściły mu rów­nież zwie­ra­cze, ale Krauze nie mógł teraz tego spraw­dzić.

Krzywo przy­cięte czarne włosy, śred­niej wiel­ko­ści mał­żo­winy uszne, kształtny, choć tro­chę za duży nos. Kil­ku­dniowy zarost. Blada, wręcz kre­do­wo­biała twarz, wyba­łu­szone oczy. Spoj­rze­nie, które zasty­gło w ago­nii.

Krauze patrzył na ten odrzu­ca­jący widok i nie był pewien, czy to, co widzi, jest jakimś żar­tem, dosko­nale wyko­naną sce­no­gra­fią, czy praw­dzi­wym mor­der­stwem.

- Filip? - Krauze usły­szał swoje imię. Ale nie reago­wał, wciąż czuł się jak w tran­sie. Jego mózg cały czas reje­stro­wał obraz. Przy­swa­jał go, ukła­dał w gło­wie, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co tu się stało. Jak do tego doszło. Pyta­nie "po co?" wyda­wało się teraz mniej ważne. A może po pro­stu zbyt odle­głe. Znów usły­szał głos i to przy­wo­łało go do rze­czy­wi­sto­ści.

- Filip, to jesz­cze nie koniec.

- Co? - wyszep­tał i spoj­rzał na Soko­łow­skiego, ale było zbyt ciemno, by mogli poro­zu­mieć się za pomocą gestów lub mimiki. - Jak to nie wszystko?

- Chodź za mną - naka­zał pro­ku­ra­tor takim tonem, że nie dało się go nie posłu­chać. Prze­szli kil­ka­dzie­siąt metrów dalej. Po dro­dze musieli prze­sko­czyć następne wyżło­bie­nie i ponow­nie wspiąć się na wznie­sie­nie, bar­dzo podobne do tego, po któ­rym tu tra­fili. Całe to miej­sce kształ­tem przy­po­mi­nało natu­ralny lej, na któ­rego dnie znaj­do­wały się stru­mień oraz droga leśna. Soko­łow­ski przy­sta­nął. Doszli do jed­nego z tysiąca takich samych wyso­kich świer­ków. Pro­ku­ra­tor wska­zał pal­cem na jeden z nich, sam zaś sta­nął w pew­nej odle­gło­ści, jakby nie chciał już dalej pod­cho­dzić. Przy­kuc­nął, cze­ka­jąc, aż Krauze dotrze do kolej­nego zna­le­zi­ska.

Pod­ko­mi­sarz poświe­cił nie­pew­nie na drzewo. Ujrzał dokład­nie to samo, co przed kil­koma minu­tami, jakby zato­czyli koło. Jakby czas się cof­nął i poka­zał ten sam obraz. Stop. Prze­wi­nię­cie. I znów start. Krauze nie mógł w to uwie­rzyć. Popa­trzył na pro­ku­ra­tora. Ten tylko ski­nął głową.

Zło­żone na sobie dło­nie prze­bito dużym gwoź­dziem. Spod niego wypły­wała krew, która zdą­żyła już zakrzep­nąć i stwo­rzyć kolejną czarną linię, niczym bru­natna żywica, która swoim kolo­rem sym­bo­licz­nie oddzie­lała życie od śmierci, czło­wieka od natury, ist­nie­nie od nie­ist­nie­nia.

Obszedł drzewo, sta­ra­jąc się zacho­wać odpo­wied­nią odle­głość i niczego nie zadep­tać.

W końcu przy­sta­nął. Pró­bo­wał to ogar­nąć, ale nie wycho­dziło mu naj­le­piej. Przez parę­na­ście lat pracy w poli­cji widział wiele, ale ni­gdy nie widział przy­bi­tych do drzewa zwłok, które potrak­to­wano z taką bru­tal­no­ścią. I jesz­cze to miej­sce... Gęsty las, po któ­rym krzą­tali się poli­cjanci wyglą­da­jący jak śnięte muchy zamknięte w sło­iku. Jasnymi sno­pami świa­tła pró­bo­wali poroz­bi­jać ciem­ność na kawałki, by wydo­być jaki­kol­wiek ślad, który pod­po­wie im, co się tutaj wyda­rzyło.

- Jurek, możesz mi łaska­wie powie­dzieć, o co tu cho­dzi? To jakiś żart? Mam się teraz zaśmiać, że wykrę­ci­li­ście mi taki numer? Mie­siąc temu otrzy­ma­łem awans na pod­ko­mi­sa­rza, ale, do cho­lery, już świę­to­wa­li­śmy. Napier­do­li­li­śmy się jak dzi­kie węże, a teraz co? Popra­winy, dogrywka? Jakiś test, spraw­dzian? Co jest?

Jerzy Soko­łow­ski mil­czał. A mil­czący Soko­łow­ski zwia­sto­wał złe wia­do­mo­ści, bo na co dzień lubił dużo mówić. Krauze wyczuł, że nie doczeka się odpo­wie­dzi. Gdyby pro­ku­ra­tor miał coś do powie­dze­nia, już by się ode­zwał.

A więc teraz mój ruch, pomy­ślał Filip, choć wcale się tym nie pocie­szył. Był zdany na sie­bie. Ścią­gnęli go tu w środku nocy i nie poma­gali. Co za popier­do­lona sytu­acja. Dobra, Krauze, powie­dział do sie­bie w myślach, bierz się do roboty. Skup się. Od tego sporo zależy. Reszta wysta­wiła cię do wia­tru, sie­dzą sobie, a ty musisz zapie­przać za nich. Potarł mocno twarz, by się roz­bu­dzić, dodać sobie bodź­ców.

Zwłoki wyglą­dały tak samo. Spra­wiały wra­że­nie lustrza­nego odbi­cia tam­tych pierw­szych. Obaj zamor­do­wani mieli na sobie stroje robo­cze: stare dre­li­chowe spodnie, grubą fla­ne­lową koszulę. Iden­tyczne szy­cie szwów i guziki. Dło­nie - takie same. Palce rów­nież tej samej dłu­go­ści. Podobny układ uzę­bie­nia. Krót­kie, ale krzywo ścięte włosy. Ana­li­zo­wał każdy szcze­gół. Krauze nada­wał się do roboty, w któ­rej nale­żało dużo zapa­mię­ty­wać, porów­ny­wać, wycią­gać wnio­ski oraz odrzu­cać błędne zało­że­nia. Od kiedy zaczął pracę w poli­cji, wspi­nał się po szcze­blach kariery jak mało kto w komen­dzie powia­to­wej. Naczel­nik wydziału miał z nim sporo pro­ble­mów, głów­nie za sprawą nie­wy­pa­rzo­nego języka, wykłó­ca­nia się, narze­ka­nia na stary i skost­niały sys­tem oraz biu­ro­kra­cję, która go potwor­nie iry­to­wała. Wiele można mu było zarzu­cić, ale na pewno nie to, że nie przy­kła­dał się do śledz­twa.

Uklęk­nął. Ten sam fason spodni. Naszywki na bokach, które przy­po­mi­nały lam­pasy, choć w isto­cie były zapewne tylko wzmoc­nie­niem szwów. Ubra­nie typowe dla pra­cow­nika fizycz­nego. Solid­nie wyko­nane, nie­mal nie­znisz­czalne.

Naj­bar­dziej zaska­ku­jący był fakt, że męż­czyźni wyglą­dali iden­tycz­nie. Nie mogło być mowy o pomyłce. Przy­czyna śmierci rów­nież nie pozo­sta­wiała złu­dzeń. Gwóźdź wbity przez otwór gębowy prze­bił czaszkę i przy­twier­dził ją do drzewa. To na nim utrzy­my­wało się ciało. Popa­trzył na buty. Tu rów­nież nie dostrzegł róż­nicy. Typowe buty robo­cze. Na pewno pra­co­wali przy wycince drzew, co do tego nie miał wąt­pli­wo­ści. Wska­zy­wały na to ich spra­co­wane ręce, strój, dro­binki tro­cin wcze­pione w ubra­nia, plamy po oleju powstałe pod­czas pracy z piłą moto­rową.

- Ale popie­przone - ode­zwał się. Nie po raz pierw­szy miał prze­błysk myśli, że to kukły. Dotknął ciała. Poczuł pod pal­cami oporną mięk­kość, mimo stę­że­nia pośmiert­nego. Wło­żył latek­sowe ręka­wiczki i spró­bo­wał ponow­nie. Nagle usły­szał obo­jętny głos Soko­łow­skiego:

- Też to robi­łem. Ja rów­nież mia­łem wąt­pli­wo­ści. Takie same jak ty. Ale to się dzieje naprawdę. To są praw­dziwe zwłoki, uwierz mi. Chyba każdy przed tobą to zro­bił. Igor też. Trzeba będzie uprze­dzić tech­ni­ków, że wszy­scy wty­ka­li­śmy palce w ciała zamor­do­wa­nych, bośmy nie mogli się powstrzy­mać. Teraz już rozu­miesz, dla­czego tu jesteś?

Krauze poświe­cił latarką w kie­runku wierz­choł­ków drzew. W lesie wciąż było ciemno, choć niebo zaczy­nało się roz­ja­śniać. Ale ten pro­ces będzie postę­po­wał powoli niczym top­nie­nie lodu na wio­sen­nym słońcu. Minie kilka godzin, nim wsta­nie dzień. Tech­nicy muszą przy­wieźć dobry sprzęt, pomy­ślał.

- Dwie takie same osoby... Zamor­do­wane w taki sam spo­sób...

- Bliź­niacy. Nie mamy naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

- Tak, ale co się tu wyda­rzyło? - zapy­tał i poświe­cił w kie­runku zwłok. Czuł się tak, jakby roz­ma­wiał z ciem­no­ścią. Soko­łow­ski zapewne teraz wzru­szył ramio­nami, ale pod­ko­mi­sarz nie mógł tego widzieć.

- Wła­śnie dla­tego tu jesteś.

- No a Igor? Czemu nie on...

- Muszę odpo­wia­dać na to pyta­nie? Serio?

Krauze odpu­ścił. Wie­dział już, dla­czego po niego zadzwo­nili. Igor miał teraz sporo pro­ble­mów. Ponad tydzień temu zmarła jego matka, ale pomi­ja­jąc ten fakt, kłodzcy śled­czy wie­dzieli, że Igor nie nadaje się do pre­cy­zyj­nej roboty. Był zbyt narwany.

- Ja pier­dolę, Jurek, czuję się, jak­bym śnił. Wczo­raj oglą­da­łem popie­przony hor­ror, Dom w środku lasu czy coś takiego... Taka kaszana, że nie masz poję­cia. Czuję, jak­bym był boha­te­rem tam­tego filmu. Co za chora noc. Dwa takie kosz­mary.

- Żebyś wie­dział. Chore. Ina­czej się tego nie da okre­ślić. Teraz rozu­miesz, dla­czego Igor zadzwo­nił po cie­bie. Nie chcia­łem, by został sam z tą sprawą - dodał. Jego głos brzmiał tro­chę bar­dziej opty­mi­stycz­nie. Być może pro­ku­ra­tor czuł się nieco uspo­ko­jony fak­tem, że to Krauze pokie­ruje śledz­twem. - Spo­tkam się dzi­siaj z naczel­ni­kiem i popro­szę, by przy­dzie­lił ci wię­cej ludzi. Myślę, że nie będzie robił pro­ble­mów.

- Prze­cież wiesz, że on ni­gdy nie ma ludzi. Pier­do­lo­nemu cepowi zacięła się płyta. Cokol­wiek by się działo, on ni­gdy "nie ma ludzi, nie ma pie­nię­dzy".

- Filip, takiego gnoju już dawno tu nie mie­li­śmy. Jak nie uda mi się go prze­ko­nać w ten spo­sób, się­gnę po inne metody. Zostaw to mnie.

- Tylko pamię­taj, że w wydziale jest pięć osób, w tym jedna na urlo­pie zdro­wot­nym. Czyli cztery. Z tego jeden rąb­nięty, nasz kolega Igor, choć on nie będzie zdolny do roboty. Drugi to ter­mi­na­tor, co to się naoglą­dał w mło­do­ści Schwa­rze­neg­gera i zapra­gnął mieć takie same mię­śnie.

Krauze miał na myśli ich kolegę z wydziału, Domi­nika Rudz­kiego, który od wielu lat tre­no­wał na siłowni i sto­so­wał spe­cjalne diety.

- Więc przy­dzieli z innych wydzia­łów. Nie wyobra­żam sobie, by było ina­czej. Sam tutaj nic nie zro­bisz. Ty, Igor i ten mię­śniak to za mało.

Pro­ku­ra­tor wstał i pod­szedł bli­żej Krau­zego.

- Okej, na razie usta­lamy, co dalej. Od gada­nia nic się samo nie zrobi.

- Kto ich zna­lazł?

- Leśni­czy.

- Jak się nazywa?

- Ryszard Bie­lik. Mieszka nie­da­leko stąd, w sąsied­niej wsi.

- Czemu aku­rat on ich tutaj zna­lazł?

- Powie­dział, że był z nimi umó­wiony w sobotę wie­czo­rem. Mieli się ode­zwać po skoń­czo­nej robo­cie. A ponie­waż nie przy­je­chali, uznał, że dowie się, czemu mają opóź­nie­nia. Podej­rze­wał, że może popili i coś się stało.

- Niby co?

- Na przy­kład to, że zro­bili ogni­sko i doszło do pożaru. Głup­ków nie bra­kuje, sam wiesz. Albo że popili i wycięli nie to drzewo, co nale­żało.

Ale w marcu nie docho­dzi do poża­rów, pomy­ślał Krauze. Mimo to rozu­miał tok myśle­nia Soko­łow­skiego.

- Nie poja­wili się u niego, więc posta­no­wił wyjść im naprze­ciw - powie­dział Krauze.

Soko­łow­ski potak­nął i dokoń­czył:

- Ruszył do lasu. Wie­dział, gdzie będą wyci­nali, więc nie miał pro­ble­mów ze zna­le­zie­niem miej­sca. No i zoba­czył ich w takim sta­nie. Dokład­nie to, co my zoba­czy­li­śmy. Niczego nie ruszał. Resztę histo­rii już znasz.

- Widział kogoś? Sły­szał? - zapy­tał Filip, roz­glą­da­jąc się i świe­cąc po ciem­nym lesie, po potęż­nych drze­wach, wyglą­da­ją­cych tak, jakby ktoś polał je smołą, która lśniła pod wpły­wem świa­tła latarki. Ale to były kro­ple wody.

- Nie. Pyta­li­śmy go już.

- Gdzie on teraz jest?

- Ode­sła­łem go do domu, bo nie był w sta­nie tu dłu­żej sie­dzieć. Chcia­łem mu tego oszczę­dzić. Popro­si­łem go, żeby na razie nikomu niczego nie mówił z uwagi na dobro śledz­twa. To ważne, bo na razie nie chcemy żad­nego roz­głosu. Obie­cał mil­czeć.

- Zaj­miemy się nim póź­niej - powie­dział Krauze i zasta­no­wił się nad pyta­niami, które będzie musiał zadać leśni­czemu. - Na razie cze­kamy na tech­ni­ków. Teraz naj­waż­niej­sze, by niczego nie zadep­tać. - Wycią­gnął tele­fon i zro­bił kil­ka­na­ście zdjęć. Pierw­sze zwłoki. Czarne ubra­nie robo­cze, solidne buty, pode­szwy zato­pione w gru­bej war­stwie błota. Na ubra­niu dro­binki drewna, mnó­stwo tro­cin. Masywne, poczer­niałe dło­nie. Bruzdy na skó­rze dłoni wypeł­niało coś czar­nego, podej­rze­wał, że był to olej napę­dowy. Podob­nie wyglą­dały ręce mecha­ni­ków samo­cho­do­wych - nie byli w sta­nie ich domyć.

Świa­tło fle­sza apa­ratu w smart­fo­nie roz­bły­sło kil­ku­krot­nie. Filip przej­rzał wszyst­kie zdję­cia. Upew­nił się, że są wystar­cza­jąco dobre. Kilka tygo­dni temu kupił smart­fon z moż­li­wie naj­lep­szym apa­ra­tem. Musiał mieć stały dostęp do foto­gra­fii z miejsc popeł­nie­nia prze­stęp­stwa. Był zbyt nie­cier­pliwy, by cze­kać na zdję­cia zro­bione przez tech­ni­ków, wolał korzy­stać ze swo­jej małej bazy danych.

Obej­rzał miej­sce jesz­cze raz, a potem dał znak, że mogą już wra­cać.

W dro­dze powrot­nej odtwo­rzył w myślach robotę tech­ni­ków. Przede wszyst­kim będą musieli zro­bić pro­fe­sjo­nalne foto­gra­fie. Nagrać wideo z obu miejsc zbrodni. Następ­nie wyko­nają pomiary, zdejmą ślady linii papi­lar­nych z ciał, z gwoź­dzi, spraw­dzą ślady na drze­wach, bo ist­niało praw­do­po­do­bień­stwo, że mor­derca zosta­wił tam odci­ski. Nie­wy­klu­czone, że rów­nież ślady bio­lo­giczne. Wyko­nają odlewy pod­łoża tuż przy samym drze­wie, wraz z próbą ujaw­nie­nia krwi dzięki lumi­no­lowi, co wskaże im poten­cjalne miej­sce ataku. To dla­tego Krauze nie sta­wał bli­sko drzew. Zda­wał sobie sprawę, że odpo­wied­nie uło­że­nie zwłok, a potem przy­twier­dze­nie ich do drzewa wyma­gało podej­ścia do samego pnia. W kon­se­kwen­cji osoba, która to zro­biła, zosta­wiła po sobie ślad, odcisk, włos, może nawet ślinę, nie mówiąc o śmie­ciach, które mogły jej wypaść z kie­szeni. Cza­sami to zwi­nięty w kostkę rachu­nek, bilet, notatka, skra­wek papieru. Wszystko może być śla­dem, nawet dro­biazg może wska­zać mor­dercę.

Gdy dotarli z powro­tem na miej­sce, na leśną drogę, Krauze wziął Igora na bok. Sta­nęli w oddali, aby nikt ich nie sły­szał. Chciał zała­twić sprawę szybko i spraw­nie. Wie­dział, co gnębi przy­ja­ciela.

- Dobra, chło­pie, jedź do domu, ja się wszyst­kim zajmę.

- Chyba osza­la­łeś. Muszę chwilę odpo­cząć i biorę się do roboty - powie­dział cięż­kim gło­sem. Nie był jed­nak prze­ko­nu­jący.

- To moja oso­bi­sta prośba. Nie chcę, żebyś tu sie­dział. Nie teraz. Nie po tym, co cię ostat­nio spo­tkało. Wiem, że to nie­ła­twa rzecz. Za ciężki kali­ber. Leć do domu.

- Nie ma takiej opcji, jestem w pracy.

- W jakiej, kurwa, pracy? Od pięt­na­stu minut nie ruszy­łeś dupy i sie­dzisz tu na wpół żywy.

- Mniej­sza z tym, zaraz się zbiorę.

- Igor, powi­nie­neś zabrać Wero­nikę i Zuzię na jakąś wycieczkę. Jest nie­dziela. Cały dzień przed wami. Ode­rwij się od tego. Pro­szę cię, zapo­mnij o tym, co tu zoba­czy­łeś. No - szturch­nął go w ramię - jedź już. Dam sobie radę. A ty zabierz swoje dziew­czyny na lody.

- Zimą?

- To na gorącą cze­ko­ladę.

- Jest wpół do szó­stej rano, Filip.

- Ja pier­dolę, to idź i zrób im śnia­da­nie.

Fijał­kow­ski, który w oczach kole­gów ucho­dził za moc­nego gościa, od tygo­dnia był wyjąt­kowo nie­swój. Wszystko przez nagłą śmierć matki, z którą łączyły go trudne rela­cje. Ni­gdy nie akcep­to­wała jego wybo­rów zawo­do­wych. Nie chciała, aby jej jedyny syn był poli­cjan­tem. Liczyła raczej, że zosta­nie uty­tu­ło­wa­nym spor­tow­cem, ponie­waż Igor zapo­wia­dał się na świet­nego lek­ko­atletę. W szkole wygry­wał mnó­stwo olim­piad spor­to­wych, cie­szył się pucha­rami, które dziś trzy­mał w sta­rym pudle w piw­nicy. Matka nie mogła prze­bo­leć, że w ten spo­sób pokie­ro­wał swoją karierą.

Igor patrzył na kolegę przez dłuż­szą chwilę, po czym dał za wygraną.

- Mówisz poważ­nie?

- Jedź i mnie nie wkur­wiaj. Nie chcę, żebyś się tu męczył.

- A ty?

- Ja? Skoro mnie tu ścią­gną­łeś, to już zostanę. Olka z Mar­ce­lem są poza mia­stem. Chwi­lowo nie mam do kogo wra­cać.

Igor pokle­pał go po ramie­niu.

- Dzięki, fak­tycz­nie nie jestem w for­mie. Może wezmę jesz­cze dzień wol­nego. Zoba­czymy, co z tym wszyst­kim. - Kiw­nął głową w kie­runku drzew, choć stąd nie było widać miej­sca zbrodni. - Ciężko mi się pozbie­rać. Cho­lera, nie sądzi­łem, że to ude­rza w czło­wieka z taką siłą.

- Musisz prze­żyć żałobę, jak każdy po stra­cie. Nie uda­waj super­mena. To bez sensu. Nawet taki ktoś jak ty musi na moment zlu­zo­wać.

- Dzięki. I sorry, że cię w to wplą­ta­łem, nie mia­łem takiego zamiaru. Sam bym tu chęt­nie popra­co­wał, ale jakoś mi nie idzie. Nie potra­fię zebrać myśli.

- Trudno, stało się. Posta­wisz piwo i będziemy kwita. A teraz spa­daj, nim zmie­nię zda­nie.

Igor potak­nął i ruszył w głąb lasu.

Krauze wró­cił do zebra­nych. Pro­ku­ra­tor roz­ma­wiał z poli­cjan­tami, ale gdy zoba­czył Filipa, ski­nął poro­zu­mie­waw­czo. Sto­jący z pro­ku­ra­to­rem Domi­nik Rudzki, mocno zbu­do­wany męż­czy­zna po trzy­dzie­stce z wyta­tu­owa­nymi dłońmi i szyją, powie­dział:

- Trzy osoby są w tere­nie i szu­kają narzę­dzia zbrodni. Cze­szemy teren, szu­kamy śla­dów walki, krwi. Obsta­wiamy dwa miej­sca. Na razie za wcze­śnie na sądy, ale naj­praw­do­po­dob­niej jeden z męż­czyzn został zaata­ko­wany i zno­kau­to­wany z zasko­cze­nia. Na dru­giego przy­szła kolej chwilę póź­niej. Dzie­liło ich nie­mal sto metrów w linii pro­stej.

To "obsta­wiamy" zabrzmiało tak, jakby Domi­nik przy­je­chał tu co naj­mniej z ekipą anty­ter­ro­ry­styczną. Ale Rudzki lubił pod­nio­sły ton i powagę swo­jego zawodu. Był solid­nym poli­cjan­tem i trudno mu było cokol­wiek zarzu­cić. Poza jed­nym - wyglą­dał jak ban­dyta albo bram­karz w dys­ko­tece, a nie jak gli­niarz. Choć cza­sami dawało się to prze­kuć w zaletę.

- Skąd ta pew­ność? - zapy­tał, choć nie brzmiało to jak pyta­nie. Raczej zda­nie orze­ka­jące.

- Wła­śnie pew­no­ści nie ma, jest podej­rze­nie. Nie wiem, jak bli­sko do nich pod­cho­dzi­łeś. Od obu czuć alko­hol. I to jakiś podły, lichy bim­ber albo tania wóda, coś w ten deseń. A teraz wyobraź sobie moment, kiedy pra­co­wali. Zabić ich z zasko­cze­nia, jak na mój gust, to nie pro­blem. Kwe­stia obe­zna­nia w tere­nie i uży­cia odpo­wied­nich środ­ków.

- Jakich?

- Usta­limy. Coś jesz­cze? - zapy­tał dla porządku Rudzki.

Krauze popa­trzył na zega­rek. Piąta trzy­dzie­ści pięć. Czas pra­wie stał w miej­scu, choć Filip czuł się tak, jakby spę­dził tu już kilka godzin. Szok zacie­rał line­arne poczu­cie czasu, noc nie uła­twiała sprawy.

Chrząk­nął wymow­nie.

- Jeste­ście pewni, że nie ma wię­cej zwłok?

Pro­ku­ra­tor spoj­rzał na Filipa, jakby nie zro­zu­miał pyta­nia.

- Ale... jak to?

- Może jest ich wię­cej? Nikt z was o tym nie pomy­ślał?

- Ludzie od dawna prze­szu­kują teren. Na razie nic nie mają.

Krau­zemu to wystar­czyło. Jeśli coś pój­dzie nie tak, zostaną posą­dzeni o błąd zbio­rowy. Miał już dość cac­ka­nia się z naczel­ni­kiem, który zawsze - jak to mówili mię­dzy sobą na komen­dzie - strze­lał poci­skami z dupy. Zawsze się o coś przy­pier­da­lał i cią­gle coś było nie po jego myśli. Prze­ocze­nie ewen­tu­al­nych innych zwłok byłoby skan­da­lem.

- Nie­ba­wem zja­wią się tech­nicy, więc niech nikt już nie wcho­dzi na teren popeł­nie­nia prze­stęp­stwa. Trzy­maj­cie się od niego z daleka. Domi­nik, przy­nieś z radio­wozu taśmę i odgrodź to miej­sce w pro­mie­niu co naj­mniej pięć­dzie­się­ciu metrów. Niech ktoś tam sta­nie na wypa­dek, gdyby się napa­to­czył jeleń albo jakiś pies. Jesz­cze tego nam tu trzeba, żeby zwie­rzęta zaczęły się dobie­rać do zwłok.

Rudzki gwizd­nął na mło­dego funk­cjo­na­riu­sza i kazał mu biec po taśmę. Krauze przez chwilę drep­tał w miej­scu. Czuł prze­szy­wa­jący chłód. Wycią­gnął z kie­szeni kolej­nego sezamka i zaczął go prze­gry­zać. Przy­kuc­nął i wbił spoj­rze­nie w czarną zie­mię.

- Leśni­czy wspo­mi­nał, jak oni się nazy­wają? - zapy­tał.

Pro­ku­ra­tor zaj­rzał do notat­nika.

- Witak. Jerzy i Bar­tosz. Pra­cują w tar­taku. Wła­ści­wie pra­co­wali.

- Więc mamy bonus na start. Ale i tak trzeba to potwier­dzić. Musimy się prze­je­chać po oko­licz­nych wsiach i zapy­tać o bliź­nia­ków pra­cu­ją­cych w lesie. Nie ma tu w pobliżu miast, poza samym Kłodz­kiem i Kamień­cem Ząb­ko­wic­kim, więc zała­twimy to od ręki - powie­dział spo­koj­nie Filip, po czym pomy­ślał, że nie ma ochoty tkwić w lesie z tru­pami. - Może ja się tym zajmę. Las mi nie służy. Za duszno tu. Mam astmę - skła­mał. - Domi­nik, poje­dziesz ze mną.

- Astmę? Pierw­sze sły­szę. Prze­cież nie uży­wasz inha­la­tora.

- Ja też pierw­sze sły­szę. Nie uży­wam, ale zawsze mogę zacząć.

Rudzki przy­tak­nął i kiw­nął głową jak w woj­sku. Rzadko się uśmie­chał, był poważny, zdy­scy­pli­no­wany, a co naj­waż­niej­sze, oddany robo­cie. Gdyby w poli­cji pra­co­wało wię­cej takich osób, insty­tu­cja ta cie­szy­łaby się nie­po­szla­ko­waną opi­nią. Rze­czy­wi­stość jed­nak nie była taka kolo­rowa. Zresztą sam Filip miał w tym swój udział, choćby przez to, że wciąż wda­wał się w awan­tury.

- Jurek, my zała­twimy oko­licę, ty pocze­kasz na tech­ni­ków i... - Krauze prze­rwał, ponie­waż usły­szeli dźwięk krót­ko­fa­lówki Rudz­kiego. W tej głu­szy zabrzmiał niczym budzik o świ­cie, prze­ry­wa­jący głę­boki sen.

- Domi­nik, tu Tomek Kubiak. Zna­leź­li­śmy samo­chód. Wygląda na to, że należy do tych zamor­do­wa­nych.

- Skąd wie­cie, że to ich?

- Może intu­icja, może zbieg oko­licz­no­ści. Tak podej­rze­wamy. Jest cały zaje­bany tro­ci­nami. Są też czę­ści do piły i łań­cu­chy na zmianę.

- Gdzie jeste­ście?

- Z pół­tora kilo­me­tra od was, na skraju lasu.

- Co to za pojazd? Opisz go.

- Tere­nowy uaz. Zaje­bany ścin­kami drzew, wió­rami, sple­śnia­łym jedze­niem. Wygląda jak chlew na kół­kach. Wła­śnie go prze­szu­ku­jemy.

- Masz ręka­wiczki?

- Mam.

- Są tam jakieś doku­menty?

- Pocze­kaj­cie.

Dźwięk się urwał. Stali w mil­cze­niu, cze­ka­jąc na infor­ma­cje. Uaz, dobry stary radziecki gazik, który ide­al­nie nada­wał się do jeż­dże­nia nawet po lesie. Filip wie­lo­krot­nie jeź­dził takimi samo­cho­dami, kiedy był w szkole poli­cyj­nej. Przy­po­mniał sobie ten czas, gdy tuż po skoń­cze­niu szkoły śred­niej posta­no­wił zostać poli­cjan­tem - dla żartu zało­żył się z kole­gami, że zda egza­miny, mimo iż sam był na bakier z pra­wem i nawet parę razy wylą­do­wał na dołku, choć zwy­kle za drob­nostki. A potem życie poto­czyło się tak szybko i nie­spo­dzie­wa­nie, że nawet się nie zorien­to­wał, kiedy skoń­czył szkołę poli­cyjną. Zaczął pracę w komen­dzie miej­skiej i robota naprawdę go wcią­gnęła.

- Zdaje się, że nic nie ma - rzekł przez radio Kubiak. - Prze­szu­ku­jemy w środku, ale nie widzę żad­nych papie­rów. Zna­la­złem tylko zeszyt.

- Jaki?

- Zwy­kły. Jak ze szkoły. Ale nie jest pod­pi­sany.

- Coś w nim jest?

- Same słupki z obli­cze­niami. I notatki doty­czące drzew, wycinki, kubiki... no i kwoty.

- Dobra, zostaw­cie wszystko tak, jak jest. Już do was idziemy. Gdzie dokład­nie jeste­ście?

- Idź­cie leśną drogą w dół. Auto stoi na ubo­czu, ale widać je z drogi.

Ruszyli. Filip wycią­gnął tele­fon i wybrał numer do tech­nika. Czuł, że praca idzie zbyt wolno.

- Gdzie jesteś?

- Będę u was za dwa­dzie­ścia pięć minut. Tak mi mówi nawi­ga­cja.

- Macie solidne lampy? Bez nich nic nie zro­bi­cie. Tu jest jak w tunelu. Jebana ciem­ność. Jak w gło­wie naszego naczel­nika, jedna wielka nicość.

- Zaje­cha­łem do firmy, aby je zabrać. Wła­śnie wyru­szam z Kłodzka i jadę do was.

- Dosko­nale. Na miej­scu jest pro­ku­ra­tor. Pokie­ruje was.

- Gem­ba­row­ski?

- Soko­łow­ski.

- To dobrze, nie zno­szę tam­tego pata­fiana.

- Nie jesteś jedyny. Zadzwoń do Jurka, to wyśle kogoś po cie­bie. Pomoże ci tra­fić na miej­sce i prze­nieść sprzęt. Od razu ostrze­gam, że czeka cię co naj­mniej pół dnia roboty, a pew­nie cały dzień. Zresztą nie tylko cie­bie, nas wszyst­kich.

- Żar­tu­jesz sobie? - Krauze usły­szał wście­kły głos tech­nika.

- Chciał­bym, ale nie.

- Cho­lera, to dobrze, że zja­dłem przed przy­jaz­dem.

Krauze roz­łą­czył się, jak to miał w zwy­czaju. Nie­mal zawsze ury­wał roz­mowę w poło­wie zda­nia.

Źle, że jadłeś śnia­da­nie. Bo zaraz się porzy­gasz, pomy­ślał, a potem przy­spie­szyli.

Rozdział 2

2

W kabi­nie auta migo­tały świa­tła dwóch lata­rek. Poli­cjanci prze­cze­sy­wali porzu­cony na ubo­czu samo­chód. Krauze z Rudz­kim pode­szli bli­żej.

- Zna­leź­li­ście coś? - zapy­tał Rudzki.

- Nie­stety, nic wię­cej tu nie ma.

- To coś słabo szu­ka­cie. Wykaż­cie się przed pod­ko­mi­sa­rzem - zmo­ty­wo­wał ich. - Mie­li­ście co naj­mniej pięt­na­ście minut na to, by zgłę­bić temat, a wy macie tylko zeszy­cik? Kurwa, pano­wie, tak się nie pra­cuje. Jak wy chce­cie dostać awans? Wie­cie, że będzie­cie opi­nio­wani i będą brane pod uwagę wasze zasługi? Wie­cie. A tu stoi czło­wiek z wydziału kry­mi­nal­nego, pan pod­ko­mi­sarz, który pew­nie szep­nie słowo lub dwa waszemu prze­ło­żo­nemu. Ruchy, ruchy!

- Ale tu serio niczego nie ma poza tym zeszy­tem - rzekł poli­cjant, wycią­ga­jąc rękę z bru­lio­nem. Rudzki prze­ka­zał notat­nik Fili­powi, a ten zaczął prze­glą­dać go z cie­ka­wo­ścią.

Zawie­rał, tak jak powie­dzieli, zapi­ski doty­czące wyci­nek drzew oraz obli­cze­nia ścię­tych kubi­ków. Przy każ­dym słupku znaj­do­wały się hasła: "jesion", "buk", "krzywy dąb". Duże dru­ko­wane pismo, nie­dbałe. Każda litera inna. Tak pisał czło­wiek, który ni­gdy nie opa­no­wał do końca tej pod­sta­wo­wej umie­jęt­no­ści.

- Domi­nik, wrzuć to do folii, trzeba będzie prze­czy­tać, może się cze­goś dowiemy. A potem prze­ka­żemy do ana­lizy labo­ra­to­ryj­nej, może są jakieś ślady. I roz­wiń taśmę wokół pojazdu, żeby jakiś debil nam na niego nie wpadł. Trzeba go przy­pil­no­wać - powie­dział auto­ry­tar­nie Krauze, po czym spoj­rzał na mło­dych poli­cjan­tów. - Pano­wie, nie­zła robota, ale to wciąż za mało. Leć­cie do końca tej drogi i sprawdź­cie, czy coś tam jest. My się zaj­miemy samo­cho­dem. - Pogo­nił ich i sam zaczął spraw­dzać porzu­cony pojazd. W pierw­szej kolej­no­ści sil­nik, potem obej­rzał karo­se­rię, szu­ka­jąc ewen­tu­al­nych śla­dów krwi. Jeśli samo­chód nale­żał do zamor­do­wa­nych, to potwier­dzą ich toż­sa­mość jesz­cze przed świ­tem. Teo­re­tycz­nie znali nazwi­ska, ale potrzebna była stu­pro­cen­towa pew­ność. To pod­stawa.

- Sprawdź numery w bazie.

Rudzki wycią­gnął tele­fon i zadzwo­nił do dyżur­nego. Krauze nie dosły­szał jed­nak całej roz­mowy, ponie­waż otwo­rzył cięż­kie meta­lowe drzwi i zaj­rzał do środka. Wszę­dzie walały się śmieci, na tyl­nej pace dostrzegł mnó­stwo kory i tro­cin. Była tam też duża piła moto­rowa wraz z meta­lo­wym kani­strem na ben­zynę i zapa­so­wymi łań­cu­chami. Zamknął samo­chód i spraw­dził bak. Wło­żył do środka cienki patyk, wycią­gnął i przyj­rzał mu się. Paliwa było dużo. Wtedy usły­szał słowa aspi­ranta, który pod­szedł bli­żej.

- Filip, mamy mały pro­blem. Coś nam się nie zga­dza.

- Co znowu?

- To nie jest ich pojazd. Jest zare­je­stro­wany na inną osobę.

- Na kogo?

- Gość nazywa się Fran­ci­szek Sob­czak. Mieszka w Sła­wę­ci­nie. To nie­da­leko stąd. Zdaje się, że tro­chę dali­śmy dupy z tym autem. Prze­szu­ka­li­śmy nie ich samo­chód.

Rozdział 3

3

Gdy wra­cali, minęli się z Toka­rzem. Szedł obła­do­wany sprzę­tem i nawet nie miał jak podać im ręki na przy­wi­ta­nie. Powie­dział, że nie­długo doje­dzie drugi tech­nik, Daniel Zawada, który dowie­dziaw­szy się, co się stało, posta­no­wił olać takie drob­nostki jak zapa­le­nie gar­dła i pod­wyż­szona tem­pe­ra­tura. Krauze ucie­szył się, ale po tym, co tu dzi­siaj zoba­czył, mar­nie mu szło oka­zy­wa­nie rado­ści. Powie­dział tech­nikowi, czego ma się spo­dzie­wać, głów­nie po to, by przy­go­to­wać męż­czy­znę na widok zwłok. Może dzięki temu chłop się nie porzyga jak inni.

Kilka minut póź­niej wdra­pali się na wznie­sie­nie, dotarli do samo­chodu i odje­chali w kie­runku Sła­wę­cina. Nawi­ga­cja pod­po­wia­dała, że miej­sco­wość jest odda­lona o nieco ponad dwa kilo­me­try.

- Jaki tam był adres? - zapy­tał Krauze, jadąc powoli po wer­te­pach. Auto wzno­siło się i opa­dało. Musiał uwa­żać, by nie zerwać zawie­sze­nia.

- Sła­wę­cin dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć. To już nie­da­leko - odpo­wie­dział Rudzki, po czym odchy­lił się o parę­na­ście stopni na wygod­nym fotelu pasa­żera, jakby za moment mieli wyru­szyć na wycieczkę kra­jo­znaw­czą.

- Na wsi wszę­dzie jest "nie­da­leko" - odburk­nął Filip. - Lepiej patrz na numery. Jak znam życie, będą pomie­szane. Miesz­ka­łem kie­dyś na wsi. Nowy listo­nosz ni­gdy nie mógł tra­fić do wła­ści­wego domu. Nie­mal jak mój stary po solid­nej popi­ja­wie.

- Uwiel­biam twoją brykę.

- Szkoda, że nie usły­sza­łem tego od Olki.

- Wciąż jest zła?

- Jak­byś zgadł. Powie­działa, że nie będzie jeź­dziła tym zło­mem, bo nie speł­nia norm bez­pie­czeń­stwa.

- Prze­cież kie­dyś takie jeź­dziły po dro­gach. I było mniej wypad­ków.

Krauze nie­znacz­nie się uśmiech­nął.

- Jej to powiedz.

- Nie wiem, czemu się przy­pier­dala. Auto liczy pół wieku, ma prawo nie speł­niać norm. Poza tym normy są cią­gle zawy­żane. Jak ktoś jeź­dzi ostroż­nie...

- A ja jestem ostroż­nym kie­rowcą - wtrą­cił.

- No wła­śnie, to nie powo­duje wypad­ków. I nie ma obaw, kiedy się sunie czymś takim po mie­ście. Cho­lera, można się w nim poczuć jak James Bond z lat sześć­dzie­sią­tych.

- Ja się zawsze tak czuję, tyle że jestem od niego przy­stoj­niej­szy.

- Ile tym cudeń­kiem zasu­wa­łeś naj­wię­cej?

- Z Olką? Naj­wię­cej setkę. Z Mar­ce­lem sto pięć­dzie­siąt. Bałem się o niego. Sam zapier­da­la­łem szyb­ciej niż pen­do­lino po pol­skich torach. Sto osiem­dzie­siąt pięć. Tylko jej nie mów, bo mnie zaje­bie.

- Jestem poli­cjan­tem. Potra­fię docho­wać tajem­nicy zawo­do­wej. Pod warun­kiem, że też mnie prze­wie­ziesz z mak­sy­malną mocą.

- Za dużo ważysz, nie da rady. To nie cię­ża­rówka do prze­wo­że­nia gaba­ry­tów.

Wje­chali do nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści, leżą­cej zale­d­wie kilo­metr od prze­dzie­lo­nego na pół Jeziora Pacz­kow­skiego. Na samym środku znaj­do­wała się duża śluza oraz nie­wielka elek­trow­nia wodna. Jezioro leżało na gra­nicy woje­wódz­twa dol­no­ślą­skiego i opol­skiego. Minęli dom osiem­dzie­siąt sie­dem, potem dwa kolejne. Kil­ka­set metrów dalej ujrzeli numer dzie­więć­dzie­siąt.

- No pro­szę, nie są pomie­szane. Zaraz będziemy na miej­scu.

Chwilę póź­niej ich oczom uka­zały się budy­nek miesz­kalny i przy­le­ga­jące do niego sto­doła oraz staj­nia. Nie dostrze­gli wej­ścia i uznali, że musi się znaj­do­wać od strony podwó­rza. Kiedy Krauze wje­chał na błot­ni­sty plac, auto obie­gła sfora szcze­ka­ją­cych psów. Kilka małych kun­dli, jeden więk­szy, w typie owczarka nie­miec­kiego, oraz wielki stwór przy­po­mi­na­jący owcę. Krauze nie widział ni­gdy rów­nie dziw­nego zwie­rzę­cia. Psy gło­śno uja­dały, jakby chciały przy­wo­łać kolejne stwory z dale­kich lasów.

- Oby nie obszczały mi samo­chodu. Bo zaje­bię.

W drzwiach poja­wił się gospo­darz i po chwili ruszył w ich kie­runku. Wielki był z niego chłop. Miał na sobie robo­cze spodnie i brudną kurtkę, pod nosem gęste wąsy. Pod­ko­mi­sarz opu­ścił szybę, prze­chy­lił się i nie­malże oparł o kolano Rudz­kiego. Musiał się nagim­na­sty­ko­wać, by ogar­nąć wzro­kiem tę zwa­li­stą syl­wetkę

- Jest pan wła­ści­cie­lem uaza o nume­rze reje­stra­cyj­nym DKV zero jeden jeden jeden dwa?

- A kto pyta?

- Zna­leź­li­śmy go w lesie, trzy kilo­me­try stąd.

- No i co wam do tego?

- Niech pan odpo­wie na moje pyta­nie. Jeste­śmy z poli­cji. Chcemy się dowie­dzieć, dla­czego go pan tam zosta­wił.

- Tylko ponie­kąd jestem jego wła­ści­cie­lem, ale długo by o tym mówić - rzekł, po czym mach­nął potężną ręką. - Nie wyglą­da­cie mi na poli­cjan­tów.

No tak, stan­dard, pomy­ślał Krauze. Czę­sto to sły­szał. Nosił się raczej jak wiecz­nie zbun­to­wany gość, który nie zdą­żył zauwa­żyć, że prze­stał być nasto­lat­kiem parę­na­ście lat temu. Dżinsy i bluza spor­towa to był dla niego szczyt ele­gan­cji.

Ści­szył głos i powie­dział do kolegi:

- Się­gnij do schowka, powinna tam być odznaka.

Domi­nik przej­rzał zawar­tość skrytki, ale bez rezul­tatu.

- Nie ma.

Krauze pokle­pał się po kie­sze­niach, ale też jej nie zna­lazł.

- Pod­ko­mi­sarz Filip Krauze, a to młod­szy aspi­rant Domi­nik Rudzki. Jeste­śmy z Komendy Powia­to­wej z Kłodzka i szu­kamy wła­ści­ciela uaza...

- Już to sły­sza­łem. Macie te legi­ty­ma­cje czy nie? Bo jeśli nie, to mar­nu­je­cie mój czas. Zresztą poli­cja jeź­dzi chyba innymi samo­cho­dami... Takie coś - poki­wał głową - to tylko na fil­mach widzia­łem.

Krauze poczer­wie­niał ze zło­ści. Ale pew­nie sam by nie uwie­rzył, że dwaj mło­dzi goście w sta­rym spor­to­wym aucie sprzed pół wieku są poli­cjan­tami. Skrzy­wił się i cho­ciaż bez­sil­ność dopro­wa­dzała go do szału, opa­no­wał wybuch. Nagle przy­po­mniał sobie, że już raz w tym tygo­dniu zali­czył upo­mnie­nie.

Krauze spo­koj­nie jechał do domu po pracy, a kie­rowca przed nim nie­mal potrą­cił na pasach prze­chod­nia. Dosłow­nie otarł się o niego i nawet nie zwol­nił, pra­wie zabił czło­wieka. Przy skrzy­żo­wa­niu nie było moni­to­ringu. Krauze jechał za gościem ponad dwa kilo­me­try, aż na nie­duży par­king pod biu­row­cem. Tam wysko­czył z auta, poka­zał legi­ty­ma­cję i zaczął pouczać faceta. Wywią­zała się z tego ostra wymiana zdań, Krauze w końcu zaczął szar­pać kie­rowcę, wygra­ża­jąc, że mu się dobie­rze do dupy. Pech chciał, że facet pra­co­wał w kan­ce­la­rii praw­ni­czej i zło­żył skargę. Sprawa tra­fiła do naczel­nika. Krauze nasłu­chał się, że nie jest cho­ler­nym kow­bo­jem i że nie tak się zała­twia sprawy. Wyszedł od naczel­nika wście­kły, trza­ska­jąc drzwiami.

Uspo­koił się i zaczął się zasta­na­wiać, gdzie posiał legi­ty­ma­cję. W schowku rze­czy­wi­ście jej nie było.

- Eee, chodź­cie, świstki - powie­dział gospo­darz do psów i ruszył w kie­runku domu. - Przy­je­chali tylko dupę czło­wie­kowi zawra­cać wcze­śnie rano. No już, do budy!

Rudzki wresz­cie odna­lazł swoją legi­ty­ma­cję w tyl­nej kie­szeni spodni.

- Halo, pro­szę pocze­kać! - krzyk­nął.

Męż­czy­zna wró­cił i spoj­rzał na legi­ty­ma­cję młod­szego aspi­ranta. Na zdję­ciu wyglą­dał ina­czej, głów­nie dla­tego, że Domi­nik z roku na rok robił się coraz więk­szy.

- Niech będzie. Czego tu szu­ka­cie?

- Pan się nazywa Fran­ci­szek Sob­czak?

- Ano - odpo­wie­dział jak rasowy góral, choć do gór było daleko.

- Na pana zare­je­stro­wany jest uaz rocz­nik osiem­dzie­siąty pierw­szy?

- Tro­chę tak i tro­chę nie.

- Co to zna­czy, że tak i nie? - zapy­tał młod­szy aspi­rant.

- Bo sprze­da­łem go nie­dawno. Alem kasy nie zoba­czył jesz­cze.

- Nie mamy tego w reje­strze.

- Bo pew­nie mło­dziaki nie zgło­sili.

- Mło­dziaki?

Męż­czy­zna z wąsem oparł się o samo­chód i poczuli koły­sa­nie.

- Bo tak od małego na nich mówią. Mło­dziaki. Tacy dwaj tutejsi. Jak dwie kro­ple wody.

- Na kogo tak mówią?

- Na mło­dych Wita­ków.

- Czyli na kogo? - Krauze nie odpusz­czał.

- Tacy stąd. Pra­cują w tar­taku. Tam nie­da­leko. - Mach­nął ręką w nie­okre­ślo­nym kie­runku. - Znamy się od dawna. Sprze­da­łem im wóz, bo potrze­bo­wali, a ja już nie.

- Widział pan ich w ostat­nim cza­sie?

- Bodaj ze dwa, trzy dni temu.

- Gdzie?

- Tu. A niby gdzie?

- Co pana z nimi łączy?

- A co ma łączyć? Co to w ogóle za pyta­nia? I to w nie­dzielę!

- Niech pan odpo­wie.

- Nic nie łączy. Tyle że ich znam od dawna. Kupili ode mnie auto i jeż­dżą nim do lasu do roboty. To dla­tego mówię, że auto moje, bo mi jesz­cze nie oddali kasy. Mieli po week­en­dzie zapła­cić cztery tysiące. Musiał­bym w zeszyt spoj­rzeć, może cztery dwie­ście. No ale nie wiem, czemu nie zgło­sili tego do urzędu, pew­nie zaro­bieni są, jak tu wszy­scy. A skąd i po co te pyta­nia?

- Gdzie miesz­kają?

- Numer pięć­dzie­siąt trzy. Macie kawa­łek do prze­je­cha­nia. Z kilo­metr stąd, może tro­chę wię­cej.

- Mają rodzinę?

Męż­czy­zna zro­bił gry­mas, ale nie potra­fili go zin­ter­pre­to­wać. Zacho­wał się tak, jakby zabo­lały go plecy albo jakby coś sobie przy­po­mniał.

- Miesz­kają sami. Chyba że sobie kogoś przy­gru­chali w ostat­nim cza­sie.

- Nie zna ich pan aż tak dobrze?

Sob­czak ponow­nie wykrzy­wił usta, wpra­wia­jąc w ruch gęsty wąs.

- Ja tam nikomu nie zaglą­dam do domu. Ani do łóżka. Jak to mówią. Ale z tego, co pamię­tam, to zawsze sami żyli.

Krauze dał za wygraną. I tak się dowie­dzą.

- A ten tar­tak gdzie znaj­dziemy?

- Trzeba jechać tą drogą. - Męż­czy­zna wska­zał ręką.

- A macie ich wię­cej? - dopy­tał Rudzki dla pew­no­ści.

- Czego?

- Dróg.

- Ano nie, jedna jest - odpo­wie­dział męż­czy­zna. - Kawa­łek dalej skrę­ci­cie w lewo. Tar­tak jest w lesie, ale zoba­czy­cie z drogi.

- Tabliczkę, szyld?

- Żadną tam, cho­roba, tabliczkę. Zoba­czy­cie leżące kłody. Nawet ślepy roz­po­zna, że droga pro­wa­dzi do tar­taku.

Rozdział 4

4

Wieś budziła się do życia sen­nie i leni­wie. Z pod­mo­kłego wid­no­kręgu zaczy­nała powoli zni­kać mgła, która jesz­cze kil­ka­na­ście minut temu wyglą­dała jak uno­szący się nisko nad łąkami dym po wypa­la­niu traw, jakby tym magicz­nym rytu­ałem ktoś chciał przy­odziać wieś w nowe szaty, znisz­czyć wspo­mnie­nia i przy­wo­łać nowe, lep­sze.

Minęli kilka sypią­cych się budyn­ków i tylko dwa odno­wione. Mimo sta­rań wła­ści­cieli i tak wyglą­dały pokracz­nie - małe okienka, grube war­stwy sty­ro­pianu, nie­na­tu­ral­nie spa­dzi­ste dachy. Nic tu do sie­bie nie pasuje, pomy­ślał Krauze. Ludzie kom­bi­no­wali, jak mogli, by zakryć dawną przed­wo­jenną archi­tek­turę, a domy i tak wyglą­dały jak z kre­skówki. Bękarty daw­nej archi­tek­tury nie­miec­kiej, poka­le­czone, nie­udane. Nie­mal wszyst­kie stały wzdłuż drogi. Jak na jego gust zde­cy­do­wa­nie za bli­sko jezdni. Ale kie­dyś tak budo­wano, wie­dział, bo znał te oko­lice.

O tej porze na podwó­rzach było jesz­cze pusto. Nawet psy nie miały ochoty szcze­kać na jadący samo­chód.

Minęli zabu­do­wa­nie o nume­rze pięć­dzie­siąt pięć. Dwa domy dalej tra­fili wresz­cie pod adres, któ­rego szu­kali. Dom Wita­ków nie był duży. Obok stała nie­wielka zada­szona pro­wi­zo­ryczna wiata. Być może słu­żyła za garaż dla samo­chodu, który nie­dawno kupili. Na pło­cie nie było tabliczki ostrze­gaw­czej o groź­nym psie, więc weszli na teren pose­sji. W tej samej chwili Krauze usły­szał pik­nię­cie w tele­fo­nie. Uśmiech­nął się, bo był to ese­mes od Oli. Ale gdy prze­czy­tał treść, mina mu zrze­dła.

"Filip, pamię­taj o jutrzej­szej wizy­cie w szkole. To pilne". Przy­po­mniał sobie o piąt­ko­wej wia­do­mo­ści od wycho­waw­czyni Mar­cela. Ich syn znów miał pro­blemy w szkole. Tym razem nie wystar­czyła uwaga w dzien­niku. Krauze został wezwany do dyrek­torki. Co kilka tygo­dni to samo, pomy­ślał, cho­wa­jąc do kie­szeni tele­fon. I za każ­dym razem bez efektu, czcza gada­nina.

Przy drzwiach nie było dzwonka. Nie było też wycie­raczki z napi­sem "Dzień dobry", "Witamy" ani z inną łago­dzącą formą, która miała skra­cać dystans mię­dzy przy­by­szem a gospo­da­rzem. Żad­nych ozdób, kwia­tów donicz­ko­wych, klom­bów ani suszą­cych się dzie­cię­cych ubra­nek. Krauze sta­rał się jak naj­wię­cej odczy­tać ze zna­ków - tych mil­czą­cych zna­ków, na które mało kto zwra­cał uwagę.

- Co za prze­klęte miej­sce. Spójrz na to. - Rudzki poka­zał pal­cem na drzwi. - Farba odcho­dzi pła­tami. Tynk się sypie. Pordze­wiałe rynny. Zero życia.

- Pew­nie nie mieli czasu. Pamię­tasz ich dło­nie? Całe dnie w robo­cie, kto myśli o takich rze­czach.

- Łapy jak łopaty do węgla, fakt. Ale miesz­kać w takim syfie?

Krauze zastu­kał w drzwi i odru­chowo ode­rwał wiszący płat farby. Spra­wiło mu to dziwną przy­jem­ność. Nikt nie nad­cho­dził, mimo że cze­kali dłuż­szą chwilę. Zapu­kał jesz­cze kilka razy, zaj­rzał przez okno, lecz przez przy­sło­nięte firany niczego nie dało się dostrzec. Rzu­cił okiem na ramy okienne. Nie zauwa­żył niczego, co mogłoby wska­zy­wać na wła­ma­nie. Przy drzwiach też nikt nie grze­bał. Jesz­cze nie wie­dział, czy to dobrze, czy źle. Otak­so­wali podwó­rze, zba­dali pro­wi­zo­ryczny garaż na samo­chód i znów spo­tkali się pod drzwiami.

- Mieli przy sobie klu­cze do domu? - zapy­tał Krauze.

- Nie sądzę. Szu­ka­li­śmy, ale niczego takiego nie widzia­łem.

- To jak, wcho­dzimy?

- Jest po szó­stej.

- I co z tego?

- Jeśli ktoś tam jest, to pew­nie śpi. Jeśli nie, to może wyszli do roboty. Albo do kościoła, bo jest nie­dziela, albo do lasu... Cho­lera wie.

- A może poszli ich szu­kać. Tyle że to niczego nie zmie­nia. Jeste­śmy gli­nami, a nie świad­kami Jehowy, któ­rzy stoją pod drzwiami i boją się wejść. Poza tym nie będziemy nikomu truć dupy o Bogu i świa­tełku w tunelu.

Rudzki wzru­szył ramio­nami, wpra­wia­jąc w ruch mię­śnie czwo­ro­boczne. Mimo niskiej tem­pe­ra­tury miał na sobie tylko cia­sną koszulę, więc każdy mię­sień był dobrze wyeks­po­no­wany.

Krauze wycią­gnął sezamka, prze­gryzł i chwilę roz­my­ślał, gapiąc się w zie­mię. Na podwó­rzu było mnó­stwo pogni­łych po zimie liści.

- Okej, jebać to, może będą coś wie­dzieli w tar­taku.

- Jest nie­dziela, przy­po­mi­nam.

- Jak jest robota, to dni tygo­dnia nie mają zna­cze­nia. Nie pra­co­wa­łeś jako nasto­la­tek w waka­cje u wujka na wsi?

- No nie.

- A widzia­łeś sta­rego Sob­czaka? Od świtu na nogach, bo trzeba zająć się gospo­darką. Tutaj nie ma podziału na dni robo­cze i odpo­czy­nek.

Rudzki tylko mach­nął ręką.

Wyco­fali auto z pod­jazdu i ruszyli wąską drogą. Ta część miej­sco­wo­ści rów­nież wyglą­dała na wymarłą. Pół kilo­me­tra dalej dostrze­gli dłu­gie sągi drewna - Sob­czak miał rację, nie potrzeba żad­nych szyl­dów ani tablic infor­ma­cyj­nych. Skrę­cili w lewo i wje­chali na polną drogę. W kole­inach zale­gało błoto.

- Módl się, byśmy się nie wko­pali - powie­dział Krauze. - Jeśli ugrzęź­niemy, to nie wyjadę i będziesz musiał nas wypy­chać.

- Ni­gdy się nie modlę. Nie wie­rzę w dziadka z długą brodą, który kazał spi­sać ten stek bzdur zwany Biblią. Czło­wiek popra­cuje w poli­cji kilka lat i prze­staje wie­rzyć w Boga. Jakie­go­kol­wiek.

- Chry­ste, jakiś ty mądry w nie­dzielę o poranku. Chyba cię nie doce­nia­łem.

- Dobra, walić to. Zostaw auto. Przej­dziemy się.

Ruszyli błot­ni­stą drogą, po któ­rej pew­nie bez trudu prze­jeż­dżały potężne trak­tory oraz masywne cię­ża­rówki, ale nie auta oso­bowe i nie zabyt­kowy jaguar, któ­rego Krauze kupił za nie­wiel­kie pie­nią­dze na zło­mo­wi­sku. Przez kilka mie­sięcy dopro­wa­dzał samo­chód do stanu uży­wal­no­ści, w garażu spę­dzał wię­cej czasu niż z rodziną. Sporo go to kosz­to­wało, zarówno pie­nię­dzy, jak i pracy. Ale osta­tecz­nie efekt był zdu­mie­wa­jący. Czer­wony niski jaguar E-type robił wra­że­nie pra­wie na wszyst­kich, poza jego żoną Olą, która wolała nowe i funk­cjo­nalne auta. Ale im bar­dziej nie lubiła tego samo­chodu i im moc­niej go kry­ty­ko­wała, tym bar­dziej Krauze doce­niał jego ory­gi­nal­ność i nie­ty­powy wygląd. I z tym więk­szą ener­gią go bro­nił.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki