Zbrodnie w Kotlinie Kłodzkiej. Polowanie. Zbrodnie w Kotlinie Kłodzkiej - Hubert Hender

Kup ebooka

44.90 zł
37.21 zł (31,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kilka dni wcześniej

Kilka dni wcze­śniej

Po kolej­nym łyku poczuł lekki zawrót głowy. Autem zako­ły­sało. Rzu­cił pustą butelkę na fotel pasa­żera. Droga mie­niła mu się przed oczami niczym powierzch­nia zimo­wej brei w stru­mie­niu. Chwilę póź­niej, kiedy przy­drożne latar­nie zostały w tyle, asfalt nie­wiele się róż­nił od czar­nej nocy.

Dodał gazu. Chciał być już w domu, usiąść w fotelu i zapo­mnieć o męczą­cym dniu. Zapo­mnieć, ile dzi­siaj zro­bił i ile roboty czeka go jutro i poju­trze. Zer­k­nął na białą torbę na fotelu pasa­żera. Zostało mu jesz­cze parę bute­lek. Miał ochotę sku­tecz­nie się znie­czu­lić, tak by urwał mu się film.

Do domu miał nie­spełna trzy kilo­me­try, rap­tem kilka minut.

Manew­ro­wał na zakrę­tach na pamięć, znał tu każdy łuk, każdą dziurę, każde drzewo i znak dro­gowy, stare słupy ener­ge­tyczne, które w środku nocy stra­szyły niczym mon­stra. Mijał słupki, które odmie­rzały cel. Jesz­cze nie­całe dwa kilo­me­try. Na mostku auto wznio­sło się, nie­znacz­nie pod­sko­czyło. Prze­je­chał przez skrzy­żo­wa­nie, butelki i puszki podzwa­niały dźwię­kami wol­no­ści i zapo­mnie­nia. Nie­znacz­nie przy­ha­mo­wał, by nie stra­cić kon­troli nad pojaz­dem.

Się­gnął po puszkę. Zawleczka zasy­czała. Spod alu­mi­nio­wej blaszki wyło­niła się biała piana, którą wessał z przy­jem­no­ścią. Wziął duży łyk.

Pół­tora kilo­me­tra. Za chwilę będzie w domu, włą­czy dobry film i odpły­nie na dobre.

Znów pod­niósł puszkę do ust, kiedy zoba­czył idą­cego środ­kiem jezdni nagiego męż­czy­znę. Wci­snął hamu­lec. Auto wydało prze­raź­liwy pisk, wresz­cie zatrzy­mało się ze spo­rym pośli­zgiem. Piwo roz­lało się po desce roz­dziel­czej. Męż­czy­zna zatrzy­mał się, obró­cił i popa­trzył na pojazd, ale nie wyglą­dał na wystra­szo­nego. Był zaro­śnięty. Tors, nogi, ręce, dawno nie­strzy­żone włosy, jakby przez ostat­nie tygo­dnie miesz­kał w lesie. Może skądś uciekł. Przy­glą­dał się sto­ją­cemu samo­cho­dowi, potem się rozej­rzał i powoli ruszył w kie­runku auta. Chyba był pijany, choć się nie zata­czał.

Wpierw szedł powoli, ale po chwili zaczął sta­wiać sta­now­cze, coraz szyb­sze kroki. Sta­nął przy samo­cho­dzie, po czym zastu­kał w szybę.

Kie­rowca uchy­lił ją, wci­ska­jąc przy­cisk przy drzwiach.

- Jest pan ranny? Coś się stało?

Nagi męż­czy­zna nie odpo­wia­dał. Mijały sekundy. Wresz­cie coś wyję­czał, a potem, nagle, uśmiech­nął się niczym opę­tany i ude­rzył z całej siły pię­ścią w skroń kie­rowcy. Po chwili wymie­rzył kolejny cios. Drugą ręką szarp­nął za drzwi. Wywlekł kie­rowcę na zimny asfalt. Miał sporo siły. Nawet za dużo. Kolejne ude­rze­nie. Pro­sto w nos. I jesz­cze jedno.

- Prze­sta­aań! - wrza­snął, zasła­nia­jąc się. - Nic ci nie zrrr­ro­biiii... - Nie dokoń­czył, bo padło kolejne ude­rze­nie. Czuł, że jeśli nie zasłoni twa­rzy, wykrwawi się, a z nosa zosta­nie mia­zga.

Nagi czło­wiek wypro­sto­wał się, popa­trzył na swoją ofiarę i usiadł na miej­scu kie­rowcy. Zatrza­snął drzwi, po czym wyco­fał spraw­nie, zawró­cił i ruszył w stronę mia­sta prze­klę­tego.

W stronę Kłodzka.

Rozdział 9

9

- Musiał mieć przy­go­to­waną drogę ucieczki. Oka­zuje się, że Jasz­czur to jeden z naj­więk­szych sukin­ko­tów, naj­gor­szy z całej trójki. Zwy­rol, jakich mało. Pie­przony pedo­fil, gwał­ci­ciel mający na kon­cie wiele prze­stępstw sek­su­al­nych, w tym na nie­let­nich. Mole­sto­wa­nie. Nakła­nia­nie do pro­sty­tu­cji. Han­del kobie­tami. Kra­dzieże, nar­ko­tyki, dopa­la­cze.

Igor aż się zago­to­wał. Żywił się takim tru­chłem. Uwiel­biał takich nękać, lać po mor­dzie, gnę­bić, a potem zamy­kać.

Poru­szał ner­wowo nogami. Nie mógł nad tym zapa­no­wać. Doku­czały mu dresz­cze. Nie wie­dział, czy wciąż sza­leje mu układ ner­wowy, wciąż jesz­cze nie­zre­ge­ne­ro­wany, czy to drgawki z zimna.

- Szu­ka­li­ście go?

- Tylko przez jakiś czas. Wysta­wi­li­śmy list goń­czy, powia­do­mi­li­śmy komendy i komi­sa­riaty w rejo­nie. Póź­niej zro­biło się za dużo zamie­sza­nia, cała uwaga sku­piła się na Fili­pie. Poza tym nie ma kim pra­co­wać. Komen­dant pod­jął decy­zję, że mamy zosta­wić stare sprawy, zająć się bie­żą­cymi, a Jasz­czur wcze­śniej czy póź­niej wypły­nie.

Igor potak­nął, popi­ja­jąc piwo bez­al­ko­ho­lowe. Nie mógł sobie pozwo­lić na nic moc­niej­szego, bo w połą­cze­niu z sil­nymi lekami mogłoby go za bar­dzo poskła­dać.

- Co z tą dziew­czyną, którą upro­wa­dził?

- Od paru dni jest w szpi­talu na obser­wa­cji. Pod­ję­li­śmy próbę prze­słu­cha­nia, ale ledwo nawią­zy­wała kon­takt. Leka­rze zabro­nili nam się do niej zbli­żać. Silny stres poura­zowy. Trzeba będzie ścią­gnąć dobrego psy­chia­trę. Na razie udało nam się tylko uzy­skać od niej dane oso­bowe. Dobrze, że jest z nią rodzina, matka z ojcem - wyja­śnił Domi­nik. Sie­dział naprze­ciwko w sza­rej blu­zie z napi­sem Car­hartt. Pew­nie nosił roz­miar XL, ale i tak była mocno dopa­so­wana. Igor musiał jed­nak przy­znać, że Rudzki dobrze wygląda, nie jak typowy masywny mię­śniak. Raczej odpo­wied­nio zbu­do­wany atleta. Nie­raz widział kum­pla bez koszulki i wiele razy się zasta­na­wiał, czy dałby mu radę w poje­dynkę. Może kie­dyś będzie musiał spró­bo­wać. - Leka­rze tor­pe­dują wszel­kie nasze dzia­ła­nia. Mówią, że jeśli teraz będziemy naci­skać, możemy pogor­szyć jej stan.

- Co się mogło z nim stać? - rzu­cił Fijał­kow­ski w prze­strzeń.

- Podej­rze­wam, że zwiał gdzieś daleko. Pew­nie tu nie wróci, bo w Kłodzku jest spa­lony.

- Chyba że ma jesz­cze jakąś melinę.

- Może, ale na razie tego nie spraw­dzimy. Nie mamy jak. Nie mamy kim.

- Prze­klęty zwy­rol - syk­nął wście­kły Igor. Miał ochotę trzep­nąć z całej siły w cokol­wiek, byle roz­ła­do­wać buzu­jące w nim napię­cie. Nie pano­wał nad tym. Od zawsze był ner­wowy i od kiedy pamię­tał, roz­ry­wało go od środka. Miał ochotę jeb­nąć każ­demu, kto choćby krzywo na niego spoj­rzy. Albo powie coś nie tak. Każ­demu, kto się mu sprze­ciwi lub nie odpo­wie na pyta­nie.

A taką osobą był ktoś, z kim miał zamiar dzi­siaj poga­dać. Komen­dant.

Tylko że nie­stety aku­rat jemu nie mógł przy­pier­do­lić. A szkoda. Nie miał nic do Borka, nie był złym komen­dan­tem, ale nie potra­fił podej­mo­wać odważ­nych decy­zji, bał się nagi­nać pro­ce­dury. A to wła­śnie, zda­niem Igora, blo­ko­wało dobrą pracę śled­czych. Pie­przone prawo i stan­dardy stały na dro­dze naj­sku­tecz­niej­szemu spo­so­bowi ści­ga­nia prze­stęp­ców i wymie­rza­niu spra­wie­dli­wo­ści. Bo na ban­dy­tów były potrzebne metody ban­dyc­kie. Tylko one dzia­łały.

- Pojedź do aresztu. Podejdź ich jakoś. Powiedz, że jeśli wskażą, gdzie mógł się ukryć Jasz­czur, dostaną łagod­niej­szy wyrok.

- Może jutro. A ty? Jaki masz teraz plan?

Igor opróż­nił butelkę do końca. To był jeden długi łyk. Odsta­wił ją na stół z taką siłą, że pra­wie pękła.

- Chcę odna­leźć Filipa. Za wszelką cenę.

- A co potem?

- A potem ich wszyst­kich zapier­dolę. Po kolei. Aż do ostat­niego sukin­skur­wy­syna.

Wra­ca­jąc z komendy, wstą­pił do Gale­rii Twier­dza po pre­zenty dla swo­ich dziew­czyn. Chciał w ten spo­sób zła­go­dzić wciąż wiszącą w powie­trzu złość.

Było już po osiem­na­stej, gdy doje­chał do domu. Kiedy wycią­gnął torby i trza­snął klapą bagaż­nika, usły­szał tele­fon. Melo­dia No Easy Way Out z filmu Rocky. Uwiel­biał ją, tak jak wszyst­kie filmy z Sylve­strem Stal­lone'em. Zwłasz­cza całą serię o Rambo i Roc­kym. Ale lubił też Cobrę, film o bez­względ­nym poli­cjan­cie. Nie był wytraw­nym widzem, zado­wa­lał się sta­rymi fil­mami sen­sa­cyj­nymi, dużo prze­mocy, wybu­chy, pościgi. To samo doty­czyło ksią­żek. Prze­czy­tał tylko kilka o wiel­kich bitwach z okresu dru­giej wojny świa­to­wej i jakąś sen­sa­cyjną. No i głu­pawe fil­miki w inter­ne­cie. Lubił oglą­dać Jac­kas­sów. Czuł, że coś ich z nimi łączy. Być może jakaś silna potrzeba zada­wa­nia sobie bólu, jakby to w nim kryła się tajem­ni­cza moc dopeł­nia­jąca codzienną egzy­sten­cję.

Popa­trzył z nie­chę­cią na dzwo­niący coraz gło­śniej tele­fon i komu­ni­kat "Nie­znany numer".

Nie miał ochoty odbie­rać. Być może było to coś waż­nego, ale miał to w dupie. Odrzu­cił roz­mowę. Po chwili tele­fon zadzwo­nił ponow­nie, a on zro­bił to samo. Włą­czył tryb samo­lo­towy. Nie miał ochoty na żadne tele­foniczne gierki. Czy to ludzi z komendy, czy to tele­mar­ke­te­rów.

W sumie i jedni, i dru­dzy byli rów­nie upier­dliwi.

Po kola­cji poło­żył się na kana­pie. Wero­nika krzą­tała się po domu. Wzięła prysz­nic, potem zaczęła szy­ko­wać obiad na następny dzień. Igor poszedł do Zuzi. Sie­dział z nią w pokoju, aż w końcu powie­działa, że musi się zająć pro­jek­tem z histo­rii. Zale­żało mu na tym, by poczuła jego bli­skość. To, że może na niego liczyć, że wró­cił, jest obok. Uści­skał ją naj­moc­niej, jak potra­fił, powie­dział, że ją kocha, a potem zszedł na dół i prze­brał się w dresy.

Sta­nął przed lustrem. Punk­towe halo­geny oświe­tlały jego syl­wetkę, twarz. Nacią­gał usta, doty­kał deli­kat­nie nosa, potem uszu. Miał nieco nade­rwane płatki. Do tego roz­trza­skane łuki brwiowe, sińce pod oczami, nad­kru­szone dwa zęby, obo­lała żuchwa, obite policzki. Miał nadzieję, że dzięki sil­nym lekom i okła­dom z lodu przy­wróci ją do porządku.

Zro­bił kil­ka­na­ście pom­pek, tro­chę paja­cy­ków, a potem zaczął roz­cią­gać mię­śnie. Wło­żył buty spor­towe, kurtkę prze­ciw­wia­trową i wyszedł. Uznał, że przyda mu się tro­chę ruchu na świe­żym, chłod­nym powie­trzu.

Po paru­na­stu minu­tach wró­cił zdy­szany pod dom. Po krót­kim jog­gingu poczuł się lepiej.

Przez okno widział krzą­ta­jącą się na par­te­rze Wero­nikę, a na pię­trze roz­ma­wia­jącą z kimś przez tele­fon Zuzię. Pew­nie nawi­jała z kole­żanką o spra­wach szkol­nych. A może o swo­ich pierw­szych zauro­cze­niach? Wiele razy się zasta­na­wiał, czy wie wszystko o swo­jej córce. Czy miała przed nimi tajem­nice? Zuzia była pogodną, ładną nasto­latką. Choć nie chciał dopusz­czać do sie­bie tej myśli, miał świa­do­mość, że na pewno podoba się kole­gom z liceum.

Być może nie­długo przed­stawi rodzi­com swo­jego pierw­szego chło­paka. Może już go miała?

Co się wyda­rzy, kiedy go przy­pro­wa­dzi do domu? Jak Igor go potrak­tuje? Czy obu­dzi się w nim demon, który za wszelką cenę będzie chciał obro­nić córkę? Zaak­cep­tuje, ostrzeże, wygoni go z domu? A co, jeśli na początku związku ten chło­pak będzie dla niej kochany, miły, a potem ją skrzyw­dzi, upo­ko­rzy, sprawi, że będzie cier­piała? Zacznie ją hej­to­wać, oczer­niać albo wyśmie­wać przy kole­gach. Igor kochał Zuzię nad życie, była jego oczkiem gło­wie. Nikomu nie pozwo­liłby jej zra­nić.

Już miał wejść do środka, ale house'owa muzyka, któ­rej lubił słu­chać pod­czas ćwi­czeń, została prze­rwana. Usły­szał dzwo­nek tele­fonu i ode­brał.

- Halo - rzu­cił nie­przy­jem­nym tonem.

- Ta sprawa jesz­cze się nie skoń­czyła - powie­dział niski głos.

- Jaka sprawa?

- Musimy to zakoń­czyć.

- Co, kurwa? Co ty bre­dzisz?

- Masz ostat­nią szansę - odpo­wie­dział. Głos był pozba­wiony emo­cji, akcentu.

- Kto mówi?

- Ostat­nia szansa, rozu­miesz? Masz dwa dni. A potem przy­stę­pu­jemy do akcji.

- Kto... - Chciał zapy­tać, ale nie zdą­żył. Roz­mówca się roz­łą­czył.

Fijał­kow­ski popa­trzył na ekran. Zoba­czył bez­li­to­śnie miga­jące cyfry poka­zu­jące czas połą­cze­nia. Pięt­na­ście sekund. Zaraz potem ujrzał główny ekran tele­fonu. Wszedł odru­chowo w histo­rię połą­czeń, ale poza ostat­nio wybie­ra­nymi kon­tak­tami z listy nie było żad­nych nume­rów. Na samej górze znaj­do­wał się tylko wpis "Brak ID dzwo­nią­cego". A więc zastrze­żony.

W tym momen­cie usły­szał puka­nie w okno. Zza szyby uśmie­chała się Wero­nika. Poma­chała mu, a potem gestem poka­zała, że na niego czeka. Po chwili ujrzał syl­wetkę Zuzi, zeszła na dół i sta­nęła w kuchni. Roz­ma­wiały o czymś.

Popa­trzył na dwie uko­chane osoby. Dwie rado­sne kobiety, które żyły tak cał­kiem innymi spra­wami niż on. Nie inte­re­so­wały się moty­wami mor­derstw, wyni­kami sek­cji zwłok, nie bywały na miej­scu zbrodni. Nikogo ni­gdy nie ude­rzyły, nie popchnęły, nie zła­mały żad­nego prze­pisu, nie musiały ści­gać, tro­pić, nie patrzyły na zwłoki samo­bój­ców, ludzi z pustymi oczo­do­łami albo napuch­nię­tych po wie­lo­dnio­wym prze­by­wa­niu w wodzie.

To nie był ich świat. One żyły w świe­cie, w któ­rym liczyły się oceny, wyniki spraw­dzia­nów, zbli­ża­jąca się wiel­kimi kro­kami matura. Roz­ma­wiały o ubra­niach, kosme­ty­kach, kre­mach, wyjaz­dach na waka­cje, kre­acjach na bal stud­niów­kowy, na który Zuzia wybie­rała się w przy­szłym roku.

To było nor­malne życie. Takie, któ­rego sam nie wybrał, bo nie potra­fił się w nim odna­leźć. Nie umiał prze­li­czać ocen na radość, myśleć o lek­cjach, egza­mi­nach ani pro­jek­tach.

To był świat, któ­rego nie rozu­miał, choć sta­rał się uda­wać, że jest ina­czej.

Codzien­nie się do nich uśmie­chał, przy­tu­lał je, a mimo to momen­tami czuł, że żyje obok - niby w tym samym świe­cie, a jed­nak innym, jakby rów­no­le­głym, oddzie­lo­nym nie­wi­doczną ścianą.

Patrzył jak zahip­no­ty­zo­wany w okno, w odbi­ja­jące się od niego ciem­nie­jące niebo, patrzył na zacho­dzącą resztę jasnej poświaty odda­lo­nego w nie­po­li­czal­nej odle­gło­ści paź­dzier­ni­ko­wego słońca.

Odtwo­rzył w myślach treść roz­mowy, by pamięć jej nie zatarła.

"Ta sprawa się jesz­cze nie skoń­czyła".

"Musimy to zakoń­czyć".

"Masz ostat­nią szansę".

"Masz dwa dni. A potem przy­stę­pu­jemy do akcji".

Krót­kie zda­nia wypo­wie­dziane mato­wym, pozba­wio­nym emo­cji gło­sem.

Znów spoj­rzał w okno. Nie umiał się uśmiech­nąć po tym, co usły­szał, bo zaczy­nało do niego docie­rać, co się nie­długo wyda­rzy.

Rozdział 1

1

Silne szarp­nię­cie spra­wiło, że nie­mal wszyst­kie gumowe i pla­sti­kowe rurki runęły na pod­łogę. W pomiesz­cze­niu zro­biło się gło­śno.

Obej­rzał się, wytarł masywną dło­nią mokrą twarz. Był jak w amoku. Z ust sączyła się ślina niczym u dzi­kiej bestii, która za moment ugry­zie czło­wieka. Miał na to ochotę. Miał ochotę ugryźć, wbić ostre kły w czy­jeś ciało.

- Co się dzieje? Gdzie jest... - Nie dokoń­czył.

- Co ty robisz, do cho­lery?! - Usły­szał zde­ner­wo­wany głos czło­wieka ubra­nego w śnieżną biel wyglą­da­ją­cego jak anioł. Oczy pró­bo­wały wyła­pać ostrość.

- Zamknij się. Pomóż mi się pod­nieść.

- Osza­la­łeś?! Nie dasz rady stać o wła­snych siłach.

Mimo ostrze­żeń Igor Fijał­kow­ski pró­bo­wał się pod­nieść z łóżka. Za pierw­szym razem wylą­do­wał na pod­ło­dze. Poczuł nie­mi­ło­sierny ból, ale prze­cież ni­gdy się nim nie przej­mo­wał.

- Leż. Uspo­kój się. Trzy dni temu odzy­ska­łeś przy­tom­ność. Trzy - wyce­dził przez zęby Jan Paw­łow­ski. - Nikt nie jest w sta­nie cho­dzić po takim pobi­ciu. Daj sobie pomóc, do cho­lery!

- Wła­śnie, jesteś medy­kiem, więc mi po pro­stu pomóż. No dawaj, pod­nieś mnie.

Lekarz, krę­cąc głową, pod­szedł do niego i pomógł mu się wypro­sto­wać na nogach.

- Co ty chcesz zro­bić?

- Muszę wra­cać do pracy - odpo­wie­dział Igor. Ubrany był w piżamę w kratkę. Prze­szka­dzały mu pla­stry i ban­daże po wielu wkłu­ciach oraz wenflon. Na gło­wie rów­nież miał ban­daż. Z tego, co pamię­tał, był zszy­wany. Nie wie­dział, czy raz, czy wię­cej.

- Wiem, że jesteś wście­kły, ale zostaw to. Zaraz pad­niesz na kory­ta­rzu albo zle­cisz ze scho­dów, a my znów cię będziemy musieli sta­wiać na nogi.

- Wresz­cie się na coś przy­da­cie - wysa­pał poli­cjant, po czym usiadł na krze­śle. Tylko tyle dał radę przejść. Zady­szał się, jakby wbiegł po scho­dach na dzie­siąte pię­tro. - Musisz mi jesz­cze raz wszystko opo­wie­dzieć. - Rozej­rzał się po nie­wiel­kiej sali, w któ­rej prze­le­żał ostat­nie dni. - Od początku. Muszę mieć pew­ność, że dobrze zro­zu­mia­łem.

- Jakieś trzy dni temu dzwo­ni­łeś do Filipa.

- Tak - potak­nął, pró­bu­jąc zebrać myśli. Pamię­tał, że roz­ma­wiał ze swoim naj­lep­szym kolegą Fili­pem Krau­zem, z któ­rym od dwu­dzie­stu lat pra­co­wał w wydziale kry­mi­nal­nym, choć miał wra­że­nie, że może to mu się przy­śniło. Wszystko mu się zle­wało, dzień i noc, sen i jawa. Co jakiś czas ury­wał mu się film, choć i tak czuł się o niebo lepiej niż przed paroma dniami, gdy został umiesz­czony na OIOM-ie. Wie­dział, że był ope­ro­wany, potem wpro­wa­dzony w stan śpiączki far­ma­ko­lo­gicz­nej, a następ­nie został wybu­dzony. Od razu zate­le­fo­no­wał do Filipa. Chciał mu wszystko opo­wie­dzieć, od początku do końca. Przede wszyst­kim o tym, jak wpadł w wir nie­bez­piecz­nych wyda­rzeń. Jak sko­pał paru kłodz­kich ban­dy­tów, któ­rzy mieli powią­za­nia z gan­giem. A potem jak już go dopa­dli ludzie z grupy kłodz­kiej. Kiedy to już wszystko się skoń­czyło, zadzwo­nił do Filipa, umó­wili się na spo­tka­nie. Potem znów urwał mu się film. Obu­dził się następ­nego dnia. Spał, potem znów się wybu­dzał. Pytał poja­wia­jące się co jakiś czas pie­lę­gniarki, co się dzieje, ale odpo­wia­dały zdaw­kowo, że musi dużo wypo­czy­wać. Wkur­wiało go to.

- Zadzwo­ni­łeś do Filipa. Mie­li­ście się spo­tkać, ale się nie udało - kon­ty­nu­ował lekarz. - Pamię­tam, co mówi­łeś, bo sta­łem obok. Nie­długo póź­niej dowie­dzia­łem się, że ktoś do niego strze­lał.

- Żyje?

- Nie wiem. Zabrało go pogo­to­wie, ale nie do nas, do jakie­goś innego szpi­tala.

- Niby, kurwa, dokąd?

Lekarz wzru­szył ramio­nami.

Igor rozej­rzał się po sali. Miał mroczki przed oczami. Bolała go głowa, szyja, kark. Potarł nie­cier­pli­wie twarz. Nie golił się od paru dni. Nie mógł tego wie­dzieć, ale zda­wał sobie sprawę, że wygląda jak trup.

- Gdzie moje ubra­nia?

- Wyrzu­ci­li­śmy, wszystko było we krwi. Nie trzy­mamy zakrwa­wio­nych ubrań, na któ­rych mogłyby się znaj­dowa... - Nie dokoń­czył, bo zoba­czył, że Igor wstaje o wła­snych siłach. - Sia­daj...

- Mam do cie­bie oso­bi­stą prośbę. A ja rzadko kogoś o coś pro­szę.

- Ja też mam prośbę. Jeśli chcesz prze­żyć, zostań. Nie wychodź stąd. Przez kilka dni musimy cię mieć na obser­wa­cji. Potem, przy­się­gam, oso­bi­ście cię wypi­szę, bo mi dzia­łasz na nerwy.

- Dzięki za posta­wie­nie mnie na nogi. Ale potrze­buję cze­goś jesz­cze.

Lekarz mach­nął ręką zre­zy­gno­wany. Wie­dział, że nie wygra. Igor był jak dzi­kie zwie­rzę, które kie­ruje się instynk­tem, nie rozu­mem i logiką.

- Czego?

- Daj mi naj­sil­niej­sze leki prze­ciw­bó­lowe, jakie masz. Daj mi cokol­wiek, by cho­ciaż tro­chę zała­go­dzić to kure­stwo. I jakieś koń­skie leki na wzmoc­nie­nie.

- Nie jestem wete­ry­na­rzem.

- Więc cho­ciaż bądź czło­wie­kiem i pomóż.

- Tak, jestem, czło­wie­kiem myślą­cym, odpo­wie­dzial­nym za twoje życie. Póki jesteś w tej sali.

- To wyjdźmy na kory­tarz albo na zewnątrz.

- Nie mogę, Igor. To nie­etyczne.

- Do chuja pana, Janek. Postaw się na moim miej­scu. Led­wie usze­dłem z życiem. Polują na mnie. Chcieli mnie odje­bać. Nie udało im się, ale ude­rzyli w Filipa. Muszę się dowie­dzieć, kto za tym stoi. I nie mogę tu zostać, żeby was nie nara­żać. Mogą prze­cież tu wró­cić.

Lekarz przyj­rzał się pacjen­towi, który wyglą­dał raczej jak wię­zień zakładu kar­nego o zaostrzo­nym rygo­rze. Wyraz twa­rzy, poobi­jane dło­nie, posi­nia­czona twarz, nabite ciało. Wyglą­dał na sil­nego, tyle że chwiał się pod wła­snym cię­ża­rem.

Ale i tak dało się wyczuć, dostrzec w Igo­rze rodzaj zwie­rzę­cej siły. Z czymś takim trzeba się uro­dzić.

Lekarz ana­li­zo­wał sytu­ację. Nie miał poję­cia, co się dokład­nie stało, ale potra­fił dodać dwa do dwóch i wie­dział, że Igor i Filip wpa­ko­wali się w nie­złe gówno. I nie chciał tego gówna w swoim szpi­talu. Wolałby się pozbyć Fijał­kow­skiego, i to moż­li­wie szybko.

Nie mógł mu jed­nak pozwo­lić na legalne opusz­cze­nie budynku. Wypi­sa­nie pacjenta w takim sta­nie bar­dzo źle by się dla niego, jako leka­rza, skoń­czyło.

Wresz­cie uznał, że z nim nie wygra.

- Możesz się wypi­sać na wła­sne żąda­nie. Przy­niosę ci druk, a potem rób, co chcesz. Ja ci w niczym nie pomogę, rozu­miesz? Jeśli chcesz stąd wyjść, wyj­dziesz sam, o wła­snych siłach. Z lekami też ci nie pomogę.

- Muszę... zro­zum.

Lekarz po raz kolejny gło­śno wes­tchnął.

- Okej, przy­jedź do mnie wie­czo­rem - powie­dział cicho, po czym podał mu wizy­tówkę. - Zadzwoń, gdy będziesz w pobliżu, ale nie pod­jeż­dżaj pod mój dom. Zała­twię ci coś, co cię postawi na nogi. To będzie jed­no­ra­zowa przy­sługa. Taka, o któ­rej nikt się nie dowie. Zresztą i tak się wyprę. Czy to jasne?

- Jak, kurwa, twój prze­śliczny far­tu­szek, dok­torku - odpo­wie­dział Igor, spo­glą­da­jąc na zega­rek.

Usiadł na krze­śle i przy­mknął oczy.

Musiał wszystko dokład­nie zapla­no­wać.

Rozdział 2

2

- Nie ma powo­dów do paniki, na pewno znaj­dziemy pana samo­chód. Jak mówi­łem, sprawa jest w toku.

- Ale ja mam dość cze­ka­nia. Zrób­cie coś, do cho­lery, albo opi­szę w gaze­cie wasze śli­ma­cze tempo. Poli­cja, tfu, śmiać mi się chce. Jaka, kuźwa, pytam się, poli­cja? Co wy tam robi­cie na tym komi­sa­ria­cie?

- Komen­dzie - popra­wił go odru­chowo Rabicki.

- Dla mnie to to samo. Złap­cie go i postaw­cie przed sądem.

- Wiem, dosta­li­śmy kopię.

- Wie­cie w ogóle, kto to był? Co to za czło­wiek?

- Jesz­cze nie, jeste­śmy w trak­cie usta­leń.

- Zadzwo­nię jutro, mam nadzieję, że sprawa wresz­cie ruszy. Jak nie, to media się za was wezmą.

- Jeśli coś usta­limy, ode­zwiemy się. Mamy pana numer.

Męż­czy­zna się roz­łą­czył.

- Debil.

- Znowu ten sam? - zapy­tał Domi­niki Rudzki. Aspi­rant opie­rał się o ścianę i lekko poru­szał dło­nią, w któ­rej trzy­mał szej­ker z odżywką biał­kową. Był dobrze zbu­do­wa­nym męż­czy­zną z przy­strzy­żoną brodą i krót­kimi wło­sami cze­sa­nymi na bok.

- Ta - potak­nął Rabicki. Wstał i pod­szedł do dużej szafy, w któ­rej trzy­mali akta. Otwo­rzył jedno skrzy­dło i wycią­gnął pękaty segre­ga­tor. - Kilka dni, a ten myśli, że zła­piemy zło­dzieja jego roz­kle­ko­ta­nego golfa. Prze­cież tyle tego jest, że nie wiem, za co się brać.

- Przej­rzyj moni­to­ring. Żeby nie było, że nic nie zro­bi­li­śmy.

- Mam co robić.

- Ja też, wrócę tu po siłowni, bo zaraz mam tre­ning.

- Zawsze masz tre­ning.

- Nie, w nie­dziele i nie­które soboty robię sobie wolne. Rege­ne­ra­cja.

- Roze­sła­łem wia­do­mo­ści do pobli­skich komi­sa­ria­tów. - Rabicki wzru­szył ramio­nami. - Cze­kam na wie­ści. Na nic wię­cej nie mam ochoty.

- Zleć to komuś nowemu, niech popyta, podzwoni, a potem napi­sze raport - naka­zał Rudzki i zaczął się pako­wać. Scho­wał do torby bidon i tabletki, zmie­nił obu­wie. W tej samej chwili zadzwo­nił tele­fon sta­cjo­narny, tym razem na jego biurku. - Halo?

- Tu Krzy­siek z dyżurki, dzwoni jakiś facet do kry­mi­nal­nego, pyta o Igora.

- Nie ma mnie. Wła­śnie wycho­dzę - odpo­wie­dział.

- Dzwo­nił wczo­raj wie­czo­rem. I dziś rano. Mówił, że ma wia­do­mość do prze­ka­za­nia, więc pomy­śla­łem, że to ważne.

- Krzysz­to­fie, dzięki za cynk, ale stoję w drzwiach. Zapisz dane. Oddzwo­nię jutro - powie­dział i odło­żył słu­chawkę. Popa­trzył za okno. Na szczę­ście nie padało. Koń­czył się paź­dzier­nik, za parę dni przyj­dzie listo­pad, desz­cze, zimne wia­try, krót­kie, ciemne dni. Miał jed­nak wąt­pli­wo­ści, czy tym razem ich praca choć tro­chę się wyci­szy, jak to zwy­kle bywało w sezo­nie jesienno-zimo­wym. Mieli tyle spraw na gło­wie, że z bez­sil­no­ści nie wie­dział, za co się zabrać. Cho­ciaż zwy­kle oddzie­lał życie zawo­dowe od pry­wat­nego, to ostat­nio nawet po powro­cie do domu nie mógł się sku­pić ani na odpo­czynku, ani na dziew­czy­nie. Męczyła go sprawa Filipa, który został postrze­lony w swoim miesz­ka­niu. Do tej pory nie­wiele się wyja­śniło. Kto. Dla­czego. Co dalej...

Doku­czała mu też myśl, że sprawa ma dwa wymiary: ofi­cjalny i nieofi­cjalny, zaku­li­sowy. Śledz­two było skom­pli­ko­wane, cho­ciaż o wielu rze­czach nie wie­dział, bo nie miał dostępu do nie­któ­rych akt. Albo ktoś chciał temu ukrę­cić łeb, albo śledz­two się jesz­cze na dobre nie roz­krę­ciło. Pró­bo­wał roz­ma­wiać z sze­fem, ale za każ­dym razem sły­szał to samo. Dwa zda­nia: "Nie wpier­da­laj się. Pra­cują nad tym ludzie z wewnętrz­nej, my im tylko poda­jemy kawę i robimy, co każą".

Sprawa miała jesz­cze jeden wymiar - pry­watny. Igor miał rodzinę, Filip miał rodzinę. Wdali się w jakieś pora­chunki, które mogły się odbić na ich bli­skich. Co prawda zaj­rzał raz do żony Igora, zapy­tał, czy wszystko w porządku, czy może jakoś pomóc, ale Wero­nika zapew­niła, że dają sobie radę. Poszedł rów­nież do miesz­ka­nia Filipa, ale nie zastał Oli i Mar­cela. Drzwi wciąż były zaplom­bo­wane.

Syf. Jeden wielki syf.

Powtó­rzył to słowo w myślach kilka razy. Wyda­rze­nia ostat­nich dni były czymś znacz­nie wię­cej. To był kosz­mar, któ­rego chyba nikt nie potra­fił pojąć. Ude­rzyli w poli­cjan­tów. Weszli do ich domów, gro­zili rodzi­nom. Prze­ra­żało go, że kto­kol­wiek stał za tym wszyst­kim, pozwo­lił sobie na tak dużo.

Do tego parę dni temu doszło do zbio­ro­wej egze­ku­cji kilku kłodz­kich gang­ste­rów, wysoko posta­wio­nych ludzi oraz trzech żoł­nie­rzy. Nawet nie można było ziden­ty­fi­ko­wać ofiar, bo nie mieli jesz­cze wyni­ków badań gene­tycz­nych.

Wciąż miał przed oczami widok roze­rwa­nych na strzępy ciał. Sze­ściu nie­bez­piecz­nych ludzi, któ­rzy zgi­nęli w prze­klę­tych męczar­niach, kil­ka­na­ście kilo­me­trów od Kłodzka w nie­wiel­kiej przy­bu­dówce domu eme­ry­to­wa­nego poli­cjanta Kon­rada Kar­po­wi­cza.

"Co za prze­klęty syf", powtó­rzył w myślach.

- Lecę na siłow­nię, wpadnę póź­niej - rzu­cił w stronę Rabic­kiego, po czym wyszedł z budynku komendy.

Kiedy wsia­dał do swo­jego sta­rego sub­aru, usły­szał dzwo­nek tele­fonu. Popa­trzył na ekran. Obcy numer, pew­nie jakiś tele­mar­ke­ter, ankie­ter albo inny wci­skacz kitu na eta­cie.

- Co tym razem? Foto­wol­ta­ika czy kre­dyt za nerkę? - zapy­tał but­nie, by odpo­wied­nio usta­wić roz­mówcę.

I wtedy usły­szał dosko­nale znany mu głos. Tyle że brzmiący tak, jakby Fijał­kow­ski dzwo­nił z kost­nicy.

- Musisz mi pomóc, teraz. Cze­kam pod szpi­ta­lem miej­skim. Pospiesz się.

Rozdział 3

3

Domi­nik roz­po­znał go z daleka. Nie dało się go pomy­lić z nikim innym, choć nie spo­dzie­wał się, że Igor będzie w aż tak złym sta­nie. Na co dzień wyglą­dał na sil­nego raso­wego dżu­dokę, teraz przy­po­mi­nał wete­rana wojen­nego po tygo­dniach cięż­kiej walki. Fijał­kow­ski, nie­okrze­sany czło­wiek z nie­po­ha­mo­waną potrzebą przy­pie­prze­nia każ­demu, kto sta­nął mu na dro­dze, sie­dział na ławce na wprost szpi­tala miej­skiego w Kłodzku w piża­mie w kratkę. Miał zmę­czoną twarz, ogromne sińce pod oczami, opuch­nięte łuki brwiowe i zaban­da­żo­wane pię­ści.

Domi­nik wje­chał pra­wym kołem na chod­nik. Igor na widok zna­nego auta pod­niósł się z tru­dem i pod­szedł do niego od strony kie­rowcy.

- Dzięki, jestem twoim dłuż­ni­kiem. A teraz chodź, postaw mi coś chu­jo­wego do jedze­nia.

Domi­nik ski­nął głową.

W pobli­skim tanim barze zamó­wili trzy hot dogi, wszyst­kie dla Fijał­kow­skiego.

- Cie­szę się, że cię widzę. I że żyjesz. Choć, mię­dzy nami, nie wyglą­dasz na żywego - ode­zwał się Rudzki.

- Też się cie­szę - odpo­wie­dział Igor na odczepne, sia­da­jąc przy oknie. - Co z Fili­pem? Gdzie on jest? Co tu się odpier­do­liło w tym prze­klę­tym mie­ście?

- Nie wiem, sze­fo­wie nic nie mówią. Nic - pod­kre­ślił.

Domi­nik umiał kon­tro­lo­wać emo­cje. Lata tre­nin­gów na siłowni nauczyły go sku­pie­nia oraz bene­dyk­tyń­skiej dys­cy­pliny, ale teraz nie mógł nad sobą zapa­no­wać. Par­sk­nął śmie­chem, pró­bu­jąc poka­zać bez­sil­ność. Ale i wście­kłość na Igora. W sumie na nich wszyst­kich. Obaj coś przed nim ukry­wali. Pró­bo­wał ich roz­gryźć. Wie­dział, że się wplą­tali w ostro popie­przone sprawy, ale nie miał poję­cia, jaki mieli zwią­zek z masa­krą doko­naną przez Kon­rada Kar­po­wi­cza. Zresztą doda­wał dwa do dwóch już wtedy, kiedy roz­ma­wiał z Fili­pem. Wie­dział, że działo się coś złego. Ale o niczym mu nie powie­dzieli, i to go wku­rzyło. Chciał być trak­to­wany jak równy im.

- Co się tak naprawdę stało parę dni temu? Nie musisz przede mną niczego ukry­wać.

- Tyle wiem, że od paru dni jestem mar­twy.

- Czemu?

- Długo by o tym mówić. Włą­czy­łem sobie w gło­wie tryb samo­lo­towy i lata­łem w chmu­rach. Przez paru sukin­skur­wy­sy­nów z mia­sta.

- Kto i dla­czego cię ściga?

- Im mniej wiesz, tym mniej­sze ryzyko, że pój­dziesz na odstrzał, Domi­nik. Serio, nie wpier­da­laj się w to. Wolę ci tego oszczę­dzić.

- Pew­nie, że nie chcę się wpie­przać w gówno, ale bez tego nie jestem w sta­nie ci pomóc.

Igor Fijał­kow­ski popa­trzył na kolegę. Sporo się wyda­rzyło. Chyba jesz­cze ni­gdy tyle nie namie­szał. Lubił syf, lubił brud, żywił się miej­ską padliną, uwiel­biał się bić, pro­wo­ko­wać, zacze­piać. To był jego świat - ostry wpier­dol, trza­ska­nie po ryjach, wyzwi­ska. Tak samo jak rodzinę kochał siłowe roz­wią­za­nie spraw, zwłasz­cza takich, w któ­rych nie skut­ko­wały żadne pro­ce­dury.

- Wkur­wi­łem paru gości. Znasz mnie. Wiesz, że nie usie­dzę na dupie. Gdy widzę, że źle się dzieje, walę na oślep.

- Wszy­scy się zasta­na­wiają, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Komen­dant kręci się pode­ner­wo­wany, z nikim nie chce gadać, co chwilę gdzieś znika, chyba popija. Zastępca komen­danta jesz­cze gorzej, jest jak tyka­jąca bomba. Na komen­dzie panuje chora atmos­fera. Może polecą głowy.

- To chyba muszę prze­my­śleć, czy wra­cać do pracy, czy nie - sko­men­to­wał Igor.

- A tak serio?

- A tak serio... - Roze­śmiał się gorzko. Nie był dobrym mówcą. Nie uży­wał eufe­mi­zmów, nie potra­fił mydlić oczu. - Zacho­wasz to dla sie­bie?

- Zacho­wuję wszystko od lat, po co ten tekst.

- Zaje­ba­łem ostro paru gościom. Tyle tylko, że przez to wdep­ną­łem w nie­złe gówno i wkur­wi­łem parę osób, które sporo zna­czą w rejo­nie.

- Coś nie­coś się domy­śla­łem. Ale nie wie­rzę, że przez to roz­pę­tało się w Kłodzku takie pie­kło, Igor. Mam swój rozum. To nie może być wszystko.

Igor mach­nął masywną ręką. Pod szpi­talną piżamą uwi­docz­niły się żyły oraz posi­nia­czone mię­śnie przed­ra­mie­nia.

- Nie pamię­tam szcze­gó­łów, mam tylko prze­bły­ski. Wyrwa­nie z łóżka. Pięść Mań­kuta. Elmera. Kara­kana. Ale chyba jesz­cze kogoś. Wytasz­czyli mnie stam­tąd. Zabrali do jakiejś psiej nory. Potem chcieli prze­jąć mój dom. Mój dom, rozu­miesz? Jako zabez­pie­cza­nie, żebym im wię­cej nie pod­ska­ki­wał. Żebym ich wię­cej nie ruszał. Mam sekun­dowe fla­sh­backi. Coś się poja­wia, zaraz potem znika. Dopiero zaczy­nam skle­jać te urywki.

- Kurwa, Igor, jeste­śmy kum­plami, ale i poli­cjan­tami. Wiesz, że to dopiero nabie­rze obrotu. Tej sprawy nikt nie zamie­cie pod dywan. Zro­bi­li­ście w Kłodzku rze­czy, po któ­rych to mia­sto długo się nie otrzą­śnie.

Igor zer­k­nął na Rudz­kiego. Musiał odsło­nić przed nim cho­ciaż część prawdy, choćby dla­tego, że chciał prze­cią­gnąć go na swoją stronę.

- Pamię­tam, że byłem w miesz­ka­niu tego luja Gaw­rona. Tego, co bił swo­jego syna i part­nerkę. Tę, którą zna­leź­li­ście na wysy­pi­sku pod Ląd­kiem. Wpier­do­li­łem mu. Potem poje­cha­łem za Mań­ku­tem i Elme­rem, oni ją wcze­śniej zgwał­cili. Było ostro. Bar­dzo ostro. Pole­ciały sto­liki, butelki, chyba też krze­sło. Nie mam pew­no­ści, ale moż­liwe, że jed­nego zla­łem nogą od krze­sła. Wszyst­kim, co było pod ręką. Ja też od nich dosta­łem. Gdy się ock­ną­łem, sie­dzia­łem w jakimś warsz­ta­cie. Pamię­tam, że roz­ma­wia­łem z Bam­bo­szem, trza­skał mnie po mor­dzie.

Domi­nik przy­po­mniał sobie to, co wywnio­sko­wał ze wszyst­kich roz­mów z Fili­pem. Na jego prośbę spraw­dzał w bazach danych ludzi z mia­sta. Krauze pytał o pseu­do­nimy, samo­chody, czy­tał sporo akt. Ci ludzie skoń­czyli spa­leni w komórce Kar­po­wi­cza.

Rudzki nie bar­dzo wie­dział, co z tego zle­pić.

Igor naj­wy­raź­niej też nie.

- Myśla­łem, że prze­pa­dłem, że mnie tam zatłuką. To była zapla­no­wana prze­dłu­żona egze­ku­cja. Mia­łem zwią­zane ręce, nie mogłem się bro­nić, Bam­bosz mnie kato­wał. Zaczą­łem się modlić, żegnać z rodziną. I nagle coś się wyda­rzyło. Wła­śnie ten huk. Błysk. Jakiś dym. Myśla­łem, że coś wybu­chło. I wtedy go zoba­czy­łem.

- Filipa?

- Tak. Zja­wił się w tym jeba­nym warsz­ta­cie jak duch. Obez­wład­nił żoł­nie­rzy Bam­bo­sza, a potem... znów mi się urwał film. Kolejny rol­ler­co­aster. Prze­wo­żono mnie. Widzia­łem jasne świa­tła. Sufit. Obce twa­rze. A gdy odzy­ska­łem przy­tom­ność, było już po wszyst­kim. Leka­rze mówili, że w Kłodzku wybu­chła jakaś afera. W domu Kar­po­wi­cza zabito kilku gang­ste­rów z Kłodzka, w tym samego Roxa, jego ludzi, Kara­kana, Bam­bo­sza i Dakotę. Istny, kurwa, cyrk. - Igor zamilkł. Rozej­rzał się po ścia­nach nie­wiel­kiego baru. Patrzył na wypo­sa­że­nie, meble, półki, świa­tła, obrazy; przy­glą­dał się im, ale ich nie dostrze­gał. Roz­my­ślał. - Od razu do niego zadzwo­ni­łem.

- Co powie­dział?

- Że już po wszyst­kim. Potem znów zapa­dłem w jakiś, kurwa, nie­koń­czący się sen, jak­bym był w samym pie­kle. Spa­łem, jak­bym był mar­twy. Obu­dzi­łem się dopiero dzi­siaj. Pew­nie znów mi dowa­lili jakieś leki. Pamię­tam leka­rza. Zja­wił się nade mną niczym posła­niec samego dia­bła. Powie­dział, że Filip może nie żyć. Ode­brało mi mowę. Ale na szczę­ście nie świa­do­mość. Wiesz, co to zna­czy?! To mój przy­ja­ciel! Mój brat. Kocham go. Znam go od dziecka. Zro­bię dla niego wszystko. Zabiję, kogo trzeba, by spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość. - Igor urwał, zaci­snął pię­ści. Bił się z myślami. - Nie mia­łem do kogo zadzwo­nić... Jesteś jedyną osobą, która może wie­dzieć, co tu się, do chuja pana, dzieje.

Domi­nik przy­glą­dał się zmal­tre­to­wa­nemu kole­dze. Igor pod wpły­wem emo­cji mówił nie­skład­nie. A jeśli chcieli zro­bić cokol­wiek sen­sow­nego, musieli dzia­łać meto­dycz­nie, dokład­nie tak, jak go uczono. Chciał zło­żyć wszyst­kie strzępki infor­ma­cji w całość, zanim podej­mie jaką­kol­wiek decy­zję.

Wresz­cie się ode­zwał.

- Też jestem wście­kły, wierz mi, ale nie możemy dać się ponieść emo­cjom. To trudna sprawa. Na razie nie ma dowodu, że Filip nie żyje. Może część osób woli, byśmy tak myśleli. Moim zda­niem on żyje. Jeśli chcesz coś zro­bić, jeśli mam ci pomóc, trzeba to bar­dzo dokład­nie zapla­no­wać.

- Mówię ci, nie babraj się w tym syfie, nie ma sensu. Pomóż mi pozy­skać tro­chę danych, to wszystko.

Domi­nik ski­nął głową.

"Może takie wyj­ście na razie będzie naj­lep­sze. A potem się zoba­czy", pomy­ślał.

- Co jesz­cze chcesz wie­dzieć? - zapy­tał Igor.

- Wszystko - odpo­wie­dział bez namy­słu.

Igor nie­znacz­nie ski­nął głową, prze­żu­wa­jąc spory kawa­łek jedze­nia. Domi­nik nie jadał takiego syfu, więc popi­jał tylko zimną wodę mine­ralną. Sie­dzieli przy oknie, patrząc na jeden z głów­nych dep­ta­ków Kłodzka, po któ­rym w to paź­dzier­ni­kowe popo­łu­dnie ludzie mknęli po zakupy, z pracy albo do niej. Oprócz nich w barze było jesz­cze tylko dwóch klien­tów, dla­tego mogli roz­ma­wiać swo­bod­nie, bez obaw, że ktoś ich usły­szy.

- Część infor­ma­cji jest pew­nie w aktach, cho­ciaż nie wiem, co dokład­nie usta­li­li­ście. W każ­dym razie byłem w tej prze­klę­tej kamie­nicy chwilę po tym, jak zgwał­cili tę dziew­czynę. Miną­łem się z tymi zwy­rod­nial­cami w kory­ta­rzu, z Elme­rem i Mań­ku­tem, choć wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łem, co zro­bili. Dowie­dzia­łem się póź­niej. I tak to się wszystko zaczęło. Od głu­piego przy­padku.

- Poje­cha­łeś na Kole­jową, bo dosta­łeś cynk, że Gaw­ron znowu pobił swoją dziew­czynę?

Igor potwier­dził. Domi­nik nie umiał oce­nić, czy kolega wsty­dzi się tego, co zro­bił, czy jest z sie­bie dumny. Ale zna­jąc Igora, podej­rze­wał, że raczej to dru­gie.

- Krzy­siek z dyżurki był mi winien drobną przy­sługę, więc dał mi cynk. Poje­cha­łem tam sam. Pla­no­wa­łem to zała­twić tak, jak się powinno zała­twiać takie sprawy. Czyli na peł­nej piź­dzie. Tyle że tam było dziecko. Kil­ku­letni Damian. Kaza­łem mu wyjść z domu, a potem zro­bi­łem, co mia­łem zro­bić. Nale­żało mu się. Gaw­ron przy­znał się, że tamci dwaj ją zgwał­cili. On ją im sprze­da­wał. Regu­lar­nie. Im i pew­nie innym. Rozu­miesz? Dzień w dzień, tydzień w tydzień. Bili ją, gwał­cili. I to pie­kło widział ten mały chło­piec - urwał i zamknął oczy. Twarz Igora zro­biła się czer­wona. Znów zaci­snął pię­ści.

Rudzki posta­no­wił dać mu tro­chę czasu. Napił się wody, a potem zaczął ści­skać przed­ra­miona, jakby roz­ma­so­wy­wał zakwasy po inten­syw­nym tre­ningu. Po chwili jego żela­zne palce prze­su­nęły się w kie­runku bicep­sów. Z prze­wie­szo­nej przez ramię nerki wycią­gnął pięć kap­su­łek ami­no­kwa­sów i popił je wodą.

- Dowie­dzia­łem się, gdzie ona może być - zaczął znów Igor. - Poje­cha­łem za nimi pod jakąś kamie­nicę. Cze­ka­łem. Dość długo. A potem ktoś do nich wyszedł. Roz­ma­wiali z jakimś gościem. Weszli do środka. Uzna­łem, że przy­go­tuję im małą nie­spo­dziankę. Wywio­złem chłopca, a potem wró­ci­łem na miej­sce. Aku­rat wsia­dali do samo­chodu. Musia­łem pod­jąć decy­zję, co robić. Wejść do kamie­nicy, zro­bić tam porzą­dek czy jechać za nimi.

Domi­nik popa­trzył na niego pyta­jąco, prze­krę­ca­jąc nie­znacz­nie głowę w bok.

- I poje­cha­łeś za nimi?

- Na szczę­ście robiło się już ciemno. Wyje­chali z Kłodzka, kie­ro­wali się na połu­dnie. Prze­je­cha­łem za nimi kil­ka­na­ście kilo­me­trów, w pew­nym momen­cie skrę­cili w las. Nie mogłem pod­je­chać bli­żej, boby się zorien­to­wali. Wysze­dłem z auta, chcia­łem podejść bli­żej, ale zaraz potem ich auto ruszyło. Wró­ci­łem po swoją hondę, ruszy­łem za nimi bez włą­cza­nia świa­teł. Wyje­chali z tej leśnej drogi w kie­runku Lądka. Cały czas podą­ża­łem za nimi, czu­łem, że coś jest grane. Coś ostrego. Przed Ląd­kiem ich zgu­bi­łem. Doje­cha­łem do samego Lądka, pokrę­ci­łem się chwilę po mie­ście, ale uzna­łem, że szu­ka­nie ich tam nie ma sensu. Musieli się zatrzy­mać gdzieś przed mia­stem. Wró­ci­łem powoli tą samą trasą. No i oka­zało się, że mia­łem rację.

- I co? - pona­glił Domi­nik, bo wyczuł, że kolega zro­bił zbyt długą pauzę. Igor się skrzy­wił. Naj­praw­do­po­dob­niej z bólu. Widać było, że cierpi.

- Zosta­wi­łem auto i pod­sze­dłem do ich bmw. To było na takim placu. Wtedy sko­ja­rzy­łem, gdzie jestem. Przy samym wysy­pi­sku śmieci. Zro­bi­łem zdję­cia, choć w ciem­no­ści wyszły słabo. Zaczą­łem się roz­glą­dać, mia­łem złe prze­czu­cie. Tro­chę to trwało, aż wresz­cie tra­fi­łem na ich ślad. I wtedy zrozumia­łem, co się stało.

- Co?

- Pew­nie sytu­acja wymknęła się spod kon­troli. Może wtedy w tym lesie, a może póź­niej. Może chcieli ją uci­szyć. Albo za mocno ude­rzyli. Fakt jest fak­tem, zabili ją, przy­pad­kiem lub nie.

- Co widzia­łeś na wysy­pi­sku? - zapy­tał Rudzki. Pamię­tał, że był tam w nocy z Fili­pem, pro­ku­ra­to­rem oraz miej­sco­wymi poli­cjan­tami.

- Stali tam, pró­bo­wali przy­kryć worek, zasy­pać go innymi śmie­ciami. Teraz już wiem, że musiała być w środku. - Domi­nik przy­tak­nął, by dać Igo­rowi do zro­zu­mie­nia, że ma rację. - Zro­bi­łem zdję­cia. To zna­czy pró­bo­wa­łem zro­bić, bo wyszły roz­ma­zane. Prak­tycz­nie sama czerń i pik­sele. Ale chcia­łem ich dopaść, nor­mal­nie, mając dowody. Musia­łem zro­bić zdję­cia lep­szej jako­ści, dla­tego pod­sze­dłem bli­żej. Nagle w coś wdep­ną­łem. Może w stare puszki, może coś innego, nie pamię­tam za dobrze. Ale zaczęli drzeć japy. Padł strzał. Jeden, zaraz potem drugi.

- Co zro­bi­łeś?

- Nie jestem aż tak poje­bany, by ryzy­ko­wać. Poza tym, gdyby mnie dopa­dli, mogliby mi zabrać tele­fon. A w nim mia­łem zdję­cia. Dowód w mor­der­stwie. Poza tym, póki byłem żywy, byłem świad­kiem. Świa­dek poli­cjant, pamię­taj. Nie ma nikogo bar­dziej wia­ry­god­nego. Ale mia­łem chu­jowe moż­li­wo­ści, musia­łem stam­tąd spie­przyć. Zaczą­łem biec w stronę auta. No i udało mi się uciec. Przy­naj­mniej czę­ściowo - dodał Fijał­kow­ski, po czym się­gnął po hot doga. - Ale to już nie ma zna­cze­nia.

- Kurde, Igor. Jak nie ma zna­cze­nia? Zgi­nęły dwie dziew­czyny. Jedną z nich jest Monika Mar­czuk. Druga miesz­kała z Gaw­ro­nem. Jesteś jedyną osobą, która widziała, co się tak naprawdę stało. I jedyną, która może ich uwa­lić.

- I to zro­bię. - Igor zaklął do sie­bie szep­tem. - Ale daj mi naj­pierw zmar­twych­wstać. - Sprawa był dość skom­pli­ko­wana i nie umiał jej sobie jesz­cze poukła­dać. Nie odzy­wał się przez chwilę. Jadł i odtwa­rzał w myślach każdy moment. To, co zro­bił. Co powie­dział. Gdzie był. Nano­sił je w myślach na oś czasu, na mapę Kłodzka i oko­licy. - Moje zezna­nie i zdję­cia wystar­czą? - zapy­tał wresz­cie.

- Zbie­ramy ślady, pytamy świad­ków, prze­chod­niów, coś tam do nas powoli spływa, ale giniemy w zna­kach zapy­ta­nia. Sprawy się na sie­bie nakła­dają. Wiemy już, kto za tym stał, dzięki tobie. Wiemy mniej wię­cej, co się wyda­rzyło póź­niej, bo też sporo usta­lił Filip. To on roz­pra­co­wał Mań­kuta i Elmera. I to on namie­rzył Jasz­czura. To naj­więk­szy sukin­kot spo­śród nich, ale nam spie­przył. Dosłow­nie niczym cień, duch. Ale, odpo­wia­da­jąc na pyta­nie, tak, powinny wystar­czyć, żeby ich uje­bać.

- Jasz­czura? - zapy­tał Igor, igno­ru­jąc resztę infor­ma­cji. Nagle z boha­tera tego całego zamie­sza­nia stał się kimś, kto coraz mniej rozu­miał. Sporo się działo, kiedy leżał nie­przy­tomny. Pró­bo­wał sko­ja­rzyć pseu­do­nim, ale nic nie przy­cho­dziło mu do głowy. - Nie znam żad­nego Jasz­czura - rzu­cił z namy­słem. - Ale... prze­cież to nie on za tym stał. Nie mógł. To nie­moż­liwe. Prze­cież oni je zamor­do­wali.

- Matkę tego chłopca tak. Ale nie mamy dowo­dów, że zabili Mar­czuk. Z dzia­łań ope­ra­cyj­nych wynika, że w gru­pie pory­wa­ją­cej kobiety dowo­dził Jasz­czur, Damian Rogoza, miesz­kał w Kłodzku przy Trau­gutta. To wła­śnie tam na niego polo­wa­li­śmy. I tam zna­leź­li­śmy tę porwaną z Głusz­czyc Domi­nikę. Pamię­tasz ją?

- Pamię­tam - przy­znał zamy­ślony. A więc ten cały Jasz­czur musiał być z nimi powią­zany. Czyżby gang kłodzki dys­po­no­wał róż­nymi gru­pami, podgru­pami? Jeśli tak, to Elmer, Mań­kut i Jasz­czur byli odpo­wie­dzialni za han­del kobie­tami. Sute­ner­stwo. Porwa­nia. Jeśli nale­żeli do grupy, pew­nie dla­tego zostały zaan­ga­żo­wane tak duże siły. Po pro­stu została wezwana bojówka do roz­wią­za­nia pro­blemu. Naj­pierw paru żoł­nie­rzy, a potem Dakota, Kara­kan, Bam­bosz. I na sam koniec lider, Rox. - Jak Filip mógł ich namie­rzyć? Jak niby to połą­czył? Jak wcią­gnął Kar­po­wi­cza?

- Tam­tej nocy, kiedy wszystko się wyda­rzyło, wypy­ty­wał mnie o mia­sto­wych. Pytał o żoł­nie­rzy. O ofi­ce­rów, o lide­rów. Dzwo­nił kilka razy, pro­sił, bym mu spraw­dził sam szczyt gangu. Czu­łem, że dzieje się coś popie­przo­nego.

Igor spoj­rzał na Domi­nika. Lubił go, ale nie ufał mu na tyle, by wszystko mówić. Był to wyuczony odruch obronny. Nie mówić wszyst­kiego. Nie ufać każ­demu. Mówić tylko tyle, by nie zaszko­dzić. Spra­wie albo sobie.

- Ale zaje­bał ich Kar­po­wicz, tak?

- Na to wska­zują wszyst­kie dowody. Nie wiem, jak było naprawdę. Ofi­cjal­nie wie­rzę papie­rom.

- A nie­ofi­cjal­nie?

Domi­nik zaśmiał się gorzko, ale szybko spo­waż­niał, jakby w sekundę zro­zu­miał, że śmiech jest tu naj­mniej sto­sow­nym zacho­wa­niem.

- Pozwól, że odpo­wiem dyplo­ma­tycz­nie. Wolę wie­rzyć doku­men­tom. Na razie nie mam powo­dów, by je pod­wa­żać. A to, co myślę pry­wat­nie, to moja sprawa.

- Pier­do­lisz. Niby jak on to zro­bił? Jak mógł uwa­lić paru tak ostrych i nie­bez­piecz­nych ludzi jak Kara­kan czy Dakota? A na koniec Roxa, jed­nego z naj­ostrzej­szych zawod­ni­ków, jakich w życiu pozna­łem? I jak jesz­cze do tego wszyst­kiego na koniec dnia zdo­łał zamor­do­wać Bara­kudę? Jak go w ogóle zna­lazł? Prze­cież ten czło­wiek nie ist­niał. Żył niczym, kurwa, dzia­dow­ski duch.

- Więc już teraz chyba wiesz, czemu wolę - Rudzki zaak­cen­to­wał to słowo - wie­rzyć doku­men­tom, a nie logice? Tam­tej nocy oni wszy­scy zgi­nęli. A ja czu­łem, że albo się na nich szy­kuje, albo sprze­daje infor­ma­cje Kar­po­wi­czowi.

"Albo jedno i dru­gie", pomy­ślał Igor, ale zacho­wał to dla sie­bie. A zatem zanim Filip ura­to­wał mu dupę, pomógł Kar­po­wi­czowi namie­rzyć ich wszyst­kich. I dla­tego zapła­cił tak wysoką cenę.

- Widzia­łeś akta?

- Tak, ale nie byłem na miej­scu. Wiem, że Bara­kudę zna­lazł Kon­rad - powie­dział rze­czowo Rudzki. - Może namie­rzył go dawno temu, a egze­ku­cję pla­no­wał mie­sią­cami, może latami, a spo­tka­nie z Fili­pem tylko zwień­czyło ten moment?

- Gdzie go zna­lazł?

- Miesz­kał w Lewi­nie Kłodz­kim, miał tam duży ponie­miecki gości­niec. Ofi­cjal­nie. A nie­ofi­cjal­nie, pew­nie nikogo nie przyj­mo­wał. Zasła­niał się remon­tem, ale kasę nabi­jał. Albo prał w innym miej­scu. To już nie nasza działka.

- Ale jak Kar­po­wicz go tam dorwał?

- Mogę się jedy­nie domy­ślać, że skoro dopadł ofi­ce­rów i samego Roxa, to pew­nie któ­ryś się roz­pruł. Kar­po­wicz mógł ich tor­tu­ro­wać, według rapor­tów z sek­cji jeden z nich miał poła­mane żebra i spi­ło­wane zęby, ale bez badań gene­tycz­nych trudno dociec który.

- Czyli ktoś się wyga­dał.

- Pew­nie tak. Nie było śla­dów wła­ma­nia. Pew­nie niczego nie­świa­domy Bara­kuda otwo­rzył drzwi. I wtedy, jak podej­rze­wamy, Kon­rad się na niego rzu­cił. Ślady z miej­sca zbrodni wska­zują na to, że się szar­pali. Prze­szli, napier­da­la­jąc się, do jed­nego z pomiesz­czeń. Tam Bara­kuda się­gnął po sie­kierę, która stała przy kominku. W tym cza­sie Kar­po­wicz wycią­gnął nóż. Kon­rad dźgnął go kilka razy w trze­wia. Bara­kuda odpła­cił się tym samym. Nim padł na zie­mię i stra­cił siłę w nogach, zdą­żył roz­pruć Kar­po­wicza niczym wprawny rzeź­nik.

- Nie chce mi się w to wie­rzyć - powie­dział głu­cho Igor.

- Mnie też, ale widzia­łem zdję­cia. Dużo zdjęć. Za dużo. Kosz­marny widok, wierz mi. Dwóch braci. Jeden, lider gangu, drugi, eme­ry­to­wany poli­cjant. Całe życie z dala od sie­bie, a obaj skoń­czyli tak par­szy­wie. Leżeli obok sie­bie. Kurwa, los sobie ład­nie z nich zadrwił.

Domi­nik skoń­czył, Igor rów­nież się nie odzy­wał. Ukła­dał to sobie w całość. Nie żało­wał tych ludzi.

- No dobra, to teraz do sedna. Co wiesz o Fili­pie? Co się mogło wyda­rzyć w jego miesz­ka­niu?

- Mało wiemy. Za mało. Strasz­nie mi to śmier­dzi.

- Tobie to wszystko śmier­dzi. Co mówi wła­dza? Komen­dant? Zastępca?

- Nic. Odsu­wają nas. Nie dopusz­czają do akt. Byłem u naczel­nika, powie­dział, żebym się nie wpier­da­lał w gno­jówkę, bo nie jestem gów­nem i nie utrzy­mam się na powierzchni.

- W cho­lerę głę­boka meta­fora życia według Byczew­skiego. Ale skoro tak powie­dział, to moż­liwe, że coś wie.

- Albo jego też nie dopusz­czają.

- Więc kto i co może wie­dzieć?

Domi­nik wzru­szył umię­śnio­nymi ramio­nami.

- A Ola? Mar­cel? Co z nimi?

- Nie mam poję­cia. Dowie­dzia­łem się o wszyst­kim parę godzin po fak­cie. Na komen­dzie zro­biło się gorąco, cho­ciaż pró­bo­wano to zataić. Zje­chało się sporo ludzi, część spoza mia­sta. Nie wiem kto to, może Wro­cław, Opole. Wiem, że było pogo­to­wie. Gdzieś go zabrali. Nawet nie wia­domo, czy żywego.

- Zasta­na­wia­łeś się, kto na niego polo­wał?

- Moż­liwe, że ktoś się dowie­dział, że Filip poma­gał Kar­po­wi­czowi. A może miał coś, co chcieli odzy­skać. Wiele razy pyta­łem go, co się dzieje, ale wciąż mnie odsy­łano z kwit­kiem. Komen­dant rzadko bywa w pracy. Zastępca, Muszyń­ski, jesz­cze rza­dziej.

Igor skoń­czył jeść, dopił colę.

- Mam prośbę, pod­rzuć mnie do domu. Muszę się spo­tkać z Werą. Nie widzia­łem jej od paru dni - powie­dział, wsta­jąc od sto­lika. - Chciał­bym też przej­rzeć akta spraw. Nie możemy tak tego zosta­wić - powie­dział, wsta­jąc. - I dzięki za hot dogi. Tak się prze­żar­łem, że zaraz mi się włą­czy wsteczny i zacznie cofa­nie. Po dobrym i soczy­stym pawiu od razu poczuję, że żyję.

Rozdział 4

4

Sły­szę swoje kroki, sta­wiam je szybko, ale ostroż­nie. Każde dotknię­cie pod­łoża, wil­got­nej czar­nej ziemi, kamieni, paty­ków spra­wia mi ogromny ból. Prze­szy­wa­jące impulsy rażą jak prą­dem.

Nie zwra­cam na to uwagi, sta­ram się biec przed sie­bie, nie zwa­żać na to, co się znaj­duje przede mną, pode mną - nawet jeśli każdy krok powo­duje cier­pie­nie, jeśli czuję się, jak­bym szła po roz­grza­nym do czer­wo­no­ści węglu.

Ale innej drogi nie ma. Tylko ta męka przez czarny las pełen potwo­rów.

Drzewa. Wszę­dzie tylko one.

Ciche niczym niemi straż­nicy pie­kła. Ale co jakiś czas sły­szę ich szepty. Mówią do mnie, a może do sie­bie. A może to tylko wiatr.

Patrzę w górę, chyba nie­długo będzie peł­nia. Niebo wska­zuje mi drogę, jasny księ­życ oświe­tla to pie­kło, czarne, duszne, zamknięte.

Zwal­niam. Moje oczy przy­wy­kły do ciem­no­ści, stały się czujne, dzi­kie. Od paru dni są wyczu­lone na ruch. A ruch jest zagro­że­niem. Uni­kam go. Ucie­kam przed nim.

Gdzie ja w ogóle jestem? Roz­glą­dam się, patrzę, nasłu­chuję. Wiem, że czas ruszyć dalej.

Znów przy­spie­szam, pra­wie bie­gnę. Przy­staję nagle, bo wyczu­wam spory spad. Ale muszę tam zejść, nie ma innej drogi.

Nasłu­chuję. Mam wra­że­nie, że spo­mię­dzy czar­nych drzew wyła­niają się oczy dzi­kich zwie­rząt. Patrzą na mnie.

Pil­nują mnie. A może na mnie polują.

Widzę je, jest ich coraz wię­cej, są tak nie­rze­czy­wi­ste, że zdaje mi się, jakby coś do sie­bie szep­tały.

Co mówią?

Ruszam dalej, w dół, powoli, byle przed sie­bie.

Ucie­kam przed czarną bestią, która za mną kro­czy, która jest gdzieś tam, w oddali.

Czarny bez­li­to­sny potwór.

Scho­dzę, powoli, a kiedy docie­ram niżej, znów ruszam, ucie­kam, bie­gnę, ale poty­kam się. Upa­dam, pod­no­szę się, ucie­kam.

Przy­staję. Wiem, że gdzieś tam jest, ale nie sły­szę jego kro­ków.

Jestem tu sama, zmar­z­nięta, naga. Obdarta ze wszyst­kiego, co mnie dotych­czas chro­niło.

Czuję się jak zwie­rzyna na polo­wa­niu.

Chcę wyć, krzyk­nąć, zawo­łać kogoś, ale nie mogę. Jestem na końcu świata, nie ma tu niczego poza ciem­no­ścią i wiel­kimi drze­wami.

Nie mogę się pod­dać. Muszę prze­żyć. Muszę myśleć o prze­trwa­niu, o tym, że z każdą sekundą odda­lam się od tam­tego miej­sca.

Od tam­tego prze­klę­tego miej­sca.

Jestem coraz dalej. I nagle spo­mię­dzy drzew wyła­nia się cień. Widzę go. Ale syl­wetka niczego mi nie przy­po­mina, jest ciem­niej­sza od czerni lasu.

Idzie za mną.

Przy­ci­skam dłoń do ust. Zasła­niam je, by niczego nie powie­dzieć, nie krzyk­nąć, by stać się wro­śnię­tym w to miej­sce mar­twym posą­giem. Prze­staję oddy­chać. Nie­ru­cho­mieję.

Czarna postać jest za mną.

Idzie po moich śla­dach.

Rozdział 5

5

- I co, wiesz, gdzie on może być? - szep­nęła.

- Nie, ale znajdę go, obie­cuję.

- Boże, Igor, w co wyście się wpa­ko­wali? - zapy­tała z taką roz­pa­czą, że aż zadrżał. Pła­kała. Naj­pierw, kiedy go ujrzała, roz­pła­kała się z rado­ści. Ale potem ta radość prze­ro­dziła się we wście­kłość, a wresz­cie w smu­tek.

- W syf, Wera, jak zawsze. Co mam ci powie­dzieć? Wiesz, że naj­pierw robię, potem myślę.

- Igor, choć raz bądź poważny, dobrze? Dzwo­niła do mnie Ola, potem poli­cjanci. Twój szef, naczel­nik, potem zastępca komen­danta. Muszyń­ski. Czy jak mu tam. Nie wie­dzia­łam, co mówić i co odpo­wia­dać. Odcho­dzę od zmy­słów.

- Spo­tka­łem sta­rych zwy­roli, któ­rym nale­żało się ostre lanie. Znasz mnie. Wiesz, że nie odpusz­czam, bo zwy­roli trzeba lać.

- Nie, Igor. Od tego jest wymiar spra­wie­dli­wo­ści, a nie twoje pię­ści. Życie to nie film.

- Wymiar nie zawsze działa, jak należy. Zanim by się za nich wzięli, dzie­ciak widziałby jesz­cze dzie­sięć albo dwa­dzie­ścia razy gwał­coną matkę. Pobitą. Mal­tre­to­waną.

- Wtedy, kiedy wró­ci­łeś pijany do domu, to było już po wszyst­kim? - zapy­tała po raz kolejny. Kiedy wró­cił do domu przed godziną, rzu­ciła się mu w ramiona, a potem długo nie chciała puścić. Doty­kała jego zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy, szlo­chała. Od jakie­goś czasu sie­dzieli w salo­nie, roz­ma­wiali już spo­koj­niej, bo emo­cje już nieco opa­dły.

- Tak - odpo­wie­dział i popa­trzył na nią. Miała na sobie ciemną bluzę z kap­tu­rem. Chyba poży­czyła od Zuzi, bo nie koja­rzył, by wcze­śniej coś takiego nosiła. Wyglą­dała, jak zawsze jego zda­niem, pięk­nie, ale była wyraź­nie zmę­czona. Wła­śnie zdał sobie sprawę, jak bar­dzo ją skrzyw­dził i jak się to na niej odbiło.

- Co chcesz teraz zro­bić?

- Nie spo­cznę, dopóki się nie dowiem, co z Fili­pem.

- A pomy­śla­łeś o nas? Co z nami? Wiesz, że ktoś na nas polo­wał? Że ktoś stra­szył Zuzię? Ktoś obser­wo­wał nasz dom?

- Wiem, przez co prze­szły­ście. Prze­pra­szam za to. Prze­pra­szam za wszystko. Cały czas o was myślę. Ale teraz muszę pomy­śleć o Fili­pie i jego rodzi­nie. Naj­le­piej będzie, jak wyje­dzie­cie.

- Igor, do jasnej cho­lery! Dopiero co wró­ci­ły­śmy do domu. Filip wywiózł nas do swo­jego dru­giego miesz­ka­nia, mówiąc, że tam będziemy bez­pieczne. Poka­zy­wał mi, jak się posłu­gi­wać para­li­za­to­rem, nożem. Naprawdę myślisz, że po tym wszyst­kim znów uciek­niemy? Nie pomy­śla­łeś, że mamy tak po pro­stu dość?

- Nie mam wyj­ścia - prze­rwał jej. - Prze­pra­szam, Wera, to się naprawdę nie­długo skoń­czy. Ale póki co muszę was ochro­nić, bo mogą mnie szu­kać. Obie­cuję, dwa, może trzy dni.

- Nie wie­rzę ci.

- Będzie dobrze. Przy­się­gam. Muszę go zna­leźć, bo wiem, że Filip żyje. Odnajdę go. Muszę to zro­bić. A potem wszystko wróci do normy - powie­dział, krzy­wiąc się, bo poczuł falę prze­szy­wa­ją­cego bólu. Impuls roz­prze­strze­nił się po całym ciele niczym rażące ude­rze­nie pio­runa. - Ale naj­pierw muszę spra­wić, byście były bez­pieczne, a dom nie jest bez­pieczny. Oni wie­dzą, gdzie miesz­kamy.

- Boże, Igor. Kto? - zapy­tała głu­cho. - Kto wie, gdzie miesz­kamy? - zapy­tała, ale nie docze­kała się odpo­wie­dzi.

Igor wresz­cie się pod­dał. Splótł masywne dło­nie, a jego napięta od bólu i zło­ści twarz się roz­luź­niła. Zła­mał się. Z wielu powo­dów. Z powodu tra­ge­dii, jaką ścią­gnął na Wero­nikę, Zuzię, na sie­bie. A potem na Filipa i jego rodzinę. Wie­dział, że Filip posta­wił wszystko na jedną kartę. Ura­to­wał go, a potem sam obe­rwał kilka kul.

Wero­nika zada­wała mu kolejne pyta­nia, ale na wiele z nich nie znał odpo­wie­dzi.

Kiedy mówił, czuł się tak, jakby się spo­wia­dał. Spa­dał z niego cały cię­żar. Cie­szył się, że powoli docho­dzi do sie­bie. Widok całej i zdro­wej Wero­niki, widok domu, miej­sca, które kochał, spra­wił, że zaczęły mu wra­cać siły. Może to wcale nie leki spra­wiają, że czło­wiek docho­dzi do sie­bie. Może to bli­scy, ci, któ­rych kochamy, są naj­lep­szym lekar­stwem na wszel­kie cier­pie­nia.

- Przy­bie­gła do nas sąsiadka z naprze­ciwka, by zapy­tać, czy wiem, co się stało. Powie­działa, że został zastrze­lony jakiś poli­cjant. Myślała, że cho­dzi o cie­bie. Od razu zadzwo­ni­łam do Filipa. Nie odbie­rał, ale udało mi się zła­pać Domi­nika. Powie­dział, że nic nie wie, ale nie­ba­wem się ode­zwie. Oddzwo­nił, mówiąc, że ktoś postrze­lił Filipa. Poje­cha­łam pod ich dom. Stał tam radio­wóz, nie wpu­ścili mnie do środka. Byłam też u cie­bie w szpi­talu i wresz­cie pozwo­lili mi cię zoba­czyć. Sta­łam tam. Patrzy­łam na cie­bie. Pła­ka­łam. Sama nie wiem, czy z roz­pa­czy, czy ze szczę­ścia, czy z bez­sil­no­ści. Wresz­cie kazali mi wyjść. Kolej­nego dnia znów to samo.

- Dowie­dzia­łaś się, co z Olą? Co z Mar­ce­lem?

- Nie mam poję­cia. Dzwo­ni­łam kil­ka­na­ście razy i nic. Dostaję już szału.

Poszedł do kuchni po wodę. Musiał się nawad­niać. Zaczął masze­ro­wać w tę i z powro­tem po salo­nie.

Ana­li­zo­wał, myślał.

Dzie­siątki, setki obra­zów.

Pamię­tał, jak wró­cił do samo­chodu, do chłopca, któ­rego chciał wyrwać z tego okrut­nego świata gwał­tów, alko­holu i nar­ko­ty­ków. Dość się już naoglą­dał. Pamię­tał, że jechał jak zahip­no­ty­zo­wany, mija­jąc dobrze znane ulice, kamie­nice, zakręty, świa­tła, reklamy, pla­katy, bil­l­bo­ardy, porzu­cone budy, w któ­rych kie­dyś były sklepy. Pamię­tał swoją wście­kłość. Pio­ru­nu­jące wkur­wie­nie się­ga­jące poziomu, jakiego jesz­cze w życiu nie doświad­czył. Gdyby mógł, zabiłby ich bez uży­cia broni. Każ­dego po kolei. Chciał ich wszyst­kich udu­sić wła­snymi rękami. Bez niczy­jej pomocy. Bez prze­pi­sów, pro­ce­dur. Z bestiami trzeba było roz­ma­wiać ich języ­kiem. Na dwóch sukin­sy­nów, któ­rzy pół godziny wcze­śniej bru­tal­nie zgwał­cili matkę chłopca, nie zadzia­ła­łyby słowa. Wie­dział to. Miał ochotę ich ska­to­wać, a potem powy­bi­jać zęby i poob­ci­nać im kutasy.

Na hory­zon­cie poja­wili się oni. Z matką chłopca.

Jakie­kol­wiek dzia­ła­nie byłoby dla Damiana zbyt trau­ma­tyczne. Igor popro­sił go, by zadzwo­nił do kogoś, u kogo może prze­no­co­wać. Dzie­ciak powie­dział, że ma jedną cio­cię, Monikę. Nie znał nazwi­ska. Wyre­cy­to­wał z pamięci numer, bo to była jedyna osoba, do któ­rej cza­sami dzwo­nił, kiedy w domu działo się pie­kło. Kiedy z nią roz­ma­wiał, cio­cia mówiła mu miłe słowa. Powie­działa, że nie­długo go z tego wycią­gnie. I żeby był dzielny.

Powie­działa, że zaraz po niego przyj­dzie.

Igor roz­ma­wiał z nią przez chwilę, powie­dział, że pod­rzuci go do niej, by się nim zaopie­ko­wała.

- Igor? - usły­szał cichy głos żony.

Nie zatrzy­my­wał się. Krą­żył mię­dzy salo­nem a kuch­nią.

Potem poja­wił się kolejny fla­sh­back.

Wysy­pi­sko, ucieczka. Zwiał im. Albo tak mu się wyda­wało. Poje­chał do mia­sta się napić. Wszedł do baru Aca­pulco, któ­rego sze­fem był stary Kazik, ban­dyta, który posta­no­wił ustat­ko­wać się po pięć­dzie­siątce. Znał Igora, a Igor jego. Nie wcho­dzili sobie w drogę, sza­no­wali się.

Zamó­wił piwo, potem dru­gie. Wpa­ro­wali do baru, gdy już był po trzech i po setce wódki. A to była zła mie­szanka, kurew­sko zła mie­szanka, wie­dział o tym, nie­stety oni nie.

Kolejny błysk.

Pró­bo­wali go zaata­ko­wać, ale chwy­cił masywną krysz­ta­łową popiel­niczkę i trzep­nął nią w głowę Mań­kuta. Ten aż się zachwiał i upadł na zie­mię. Potem ude­rzył nią Elmera. Stary Kazik poszedł do drzwi, zamknął je, nie chciał nikogo wpusz­czać, bo wie­dział, co się będzie działo.

Igor poło­żył się na Elme­rze i zaczął go walić z całych sił. Dostał kil­ka­na­ście cio­sów w twarz. Mań­kut wresz­cie się pod­niósł, Igor ude­rzył go z liścia z dwóch stron, potem zaczął ude­rzać go w twarz do czasu, aż tam­ten padł, a potem spo­koj­nie usiadł przy barze. Dopił wódkę. Zamó­wił piwo i poszedł do toa­lety.

Potem - pustka.

Nicość.

Czerń.

Wie­dział, że coś musiało się wyda­rzyć, ale co?

Pamię­tał ciemny maga­zy­nek, w któ­rym uno­siła się woń oleju, smaru i beto­no­wej pod­łogi.

Miał przed oczami twarz jed­nego z naj­więk­szych skur­wieli, jakich poznał w swoim życiu, Bam­bo­sza. Czło­wieka, któ­remu kilka razy miał przy­jem­ność roz­kwa­sić mordę. Pamię­tał, że śmier­działo mu z ryja. I tym jego osił­kom rów­nież.

Pró­bo­wali nego­cjo­wać. Pod­sta­wili mu pod twarz umowę sprze­daży domu. Zaraz potem usły­szał huki. Bły­ski. Fle­sze. Para­li­za­tor. Narzę­dzia, któ­rymi Filip wymie­rzał spra­wie­dli­wość.

To było wszystko, co pamię­tał.

Nie­stety wciąż nie wie­dział, od czego zacząć. Sprawa była deli­katna, a on nie potra­fił dzia­łać deli­kat­nie. Potra­fił wywle­kać ludz­kie sła­bo­ści za pomocą ostrych słów i cel­nych ude­rzeń. To był jego poli­cyjny talent. Resztę odwa­lał Filip.

Teraz role się odwró­ciły. Musiał spró­bo­wać dzia­łać meto­dycz­nie, spo­koj­nie, tak by niczego nie spie­przyć. Pla­no­wać każdy ruch.

Nagle usły­szał hałas. Coś się działo przy drzwiach.

Cały się spiął i odru­chowo się­gnął po długi kuchenny nóż. Zga­sił świa­tło. Prze­su­nął się bez­sze­lest­nie w kie­runku drzwi.

Usły­szał naci­ska­nie klamki, po chwili prze­krę­ca­nie klu­cza w zamku. Zaraz potem ujrzał w drzwiach wej­ścio­wych szczu­płą syl­wetkę Zuzi. Na widok ojca upu­ściła torbę. A potem krzyk­nęła z rado­ści.

Rozdział 6

6

Chcia­łam krzyk­nąć, ale musia­łam zdu­sić w sobie ten odruch.

Mam już tak pora­nione stopy, że nie­długo stracę czu­cie. Wiem, że zosta­wiam za sobą ścieżkę krwi, która zwabi dzi­kie zwie­rzęta.

Napi­łam się zim­nej wody ze stru­mie­nia. Dzięki niej prze­trwam jesz­cze jakiś czas. Każda sekunda i minuta dają mi nadzieję, że prze­żyję. Że ten wyścig z cza­sem skoń­czy się moją wygraną.

Tyle że to nie jest gra.

To walka o prze­trwa­nie.

A ja muszę prze­trwać. Chcę wró­cić do bli­skich. Do swo­jego synka Jasia. Chcę go zoba­czyć. Uści­skać, przy­tu­lić, dotknąć, poba­wić się. Po pro­stu z nim być. Cho­dzi do przed­szkola, potrze­buje mnie. Kto się nim zaj­mie tak dobrze jak ja? Mama? Czy da sobie radę? Pew­nie się zamar­twia, gdzie jestem. Gdzie ucie­kłam, gdzie znik­nę­łam. Dla­czego posta­no­wi­łam ich opu­ścić. Czy ucie­kłam, czy ktoś mnie porwał. Choć nie, w ich życiu nie ma takiego słowa jak porwa­nie. Ale w moim już jest.

Z kim teraz jest? Co robi? O czym myśli? Jak jest ubrany? Co dzi­siaj, wczo­raj, przedwczo­raj, cztery dni temu zjadł?

Dała­bym wszystko, abso­lut­nie wszystko, by mu teraz powie­dzieć: "Nie martw się, jestem, żyję, może prze­trwam".

Bie­gnę do cie­bie, bo wiem, że prze­trwam. Jesz­cze dzień, może dwa dni i znów będziemy razem. Usią­dziemy przed tele­wi­zo­rem, będziemy oglą­dać śmieszne filmy, znów będziemy razem zasy­piać, będę ci czy­tała do snu twoje ulu­bione książki, przy któ­rych zawsze się śmie­jemy. Nie­długo wrócę, zaopie­kuję się tobą, pogłasz­czę cię po gło­wie, przy­tulę się do cie­bie przed snem. Pro­szę, cze­kaj na mnie, obie­cuję, że wrócę. Niczego innego nie chcę, tylko prze­żyć. To dla cie­bie kale­czę stopy, dla cie­bie ucie­kam po ciem­nym lesie naga, zakrwa­wiona. Od dwóch dni nic nie jadłam, choć bar­dziej od jedze­nia potrze­buję cie­bie.

Kocham cię, syneczku. Kocham cię, mój skar­bie.

Poty­kam się o coś.

Ugi­nają się pode mną kolana, ale nie ustaję, idę, potem znów bie­gnę. Każda sekunda i każda minuta spra­wiają, że jestem coraz bli­żej.

W pew­nej chwili zatrzy­muję się obok kolej­nego wiel­kiego drzewa, podob­nych minę­łam już tysiące. Jest tak wyso­kie, jakby chciało dosię­gnąć samych chmur. Ale na szczę­ście dziś jest ich mało, dzięki temu coś widzę, może zaraz wyj­dzie księ­życ i oświe­tli tę mar­twą kra­inę.

Widzę ostre niczym igły strze­li­ste drzewa wyra­sta­jące z ciem­nej ziemi.

Ale gdzie jestem? Chcia­ła­bym ci to powie­dzieć, synku, mamo, byście mogli to prze­ka­zać innym. Byście powia­do­mili, kogo trzeba. Ale nie wiem. Myślę, spraw­dzam, patrzę w niebo, na samo­loty lecące tysiące metrów nade mną. Może lecą też nad wami - może za moment też je zoba­czy­cie. Spójrz­cie w niebo, pro­szę. Zaraz zoba­czy­cie miga­jące świa­tła. Jestem gdzieś tu, pod tym samo­lo­tem, który leci wysoko, wysoko nade mną.

Bła­gam, spójrz­cie w niebo i powiedz­cie mi, czy też go widzi­cie.

Znów patrzę przed sie­bie. W tym miej­scu nie ma nic poza drze­wami. Czuję się tak, jak­bym brała udział w dia­bel­skim torze prze­szkód albo prze­klę­tym obo­zie prze­trwa­nia.

Choć nie mam już sił, wiem, że muszę ucie­kać. Byle dalej od tego pie­kła. Nie chcę już czuć tam­tego miej­sca. Nie chcę tam­tej ciem­no­ści. Smrodu. Nie chcę sły­szeć tych pisków, pła­czu ani poję­ki­wań.

Chcę być jak naj­da­lej od tam­tego miej­sca. Nie zasłu­ży­łam, by w nim być, nie zro­bi­łam nic złego.

Idę, mijam skały, które wyra­stają z ziemi niczym wyska­ku­jące na mój widok olbrzymy.

Czarne olbrzymy, ura­tuj­cie mnie - mówię do nich, ale mnie nie sły­szą. Chcę popro­sić, by dały mi schro­nie­nie, wska­zały ręką, w któ­rym kie­runku mam biec, albo by cho­ciaż zagro­dziły drogę tam­tym. Ale one mil­czą niczym zaklęte w kamie­niach mar­twe dusze.

Mówią, choć nie wydo­by­wają z sie­bie żad­nego słowa. Sły­szę je.

Wiem, że kie­dyś musi się to wresz­cie skoń­czyć.

Wiem, że jestem coraz bli­żej.

Czuję już wasz zapach. Sły­szy­cie mnie? Czuję wasz zapach, otwórz­cie już drzwi. Za chwilę będę na miej­scu.

Rozdział 7

7

Patrzył w ciem­ność za uchy­lo­nym oknem. Widział swoje zmar­no­wane obli­cze odbite w szy­bie. Był po lek­tu­rze więk­szo­ści akt, jakie prze­słał Domi­nik, i czuł się tak, jakby po raz kolejny dostał w łeb. To, co przed paroma dniami wyda­rzyło się w Kłodzku oraz na działce Kon­rada Kar­po­wi­cza, było nie do pomy­śle­nia. Chyba kom­plet­nie nikt nie brał pod uwagę, że jeden z eme­ry­to­wa­nych poli­cjan­tów może schwy­tać paru kłodz­kich gang­ste­rów i doko­nać tak okrut­nej egze­ku­cji.

Igor Fijał­kow­ski w trak­cie pracy w poli­cji widział nie­mal wszystko, a jed­nak, ana­li­zu­jąc te zdję­cia i wczy­tu­jąc się w opisy, omal nie zwy­mio­to­wał. To była nie­wy­obra­żalna rzeź, niczego podob­nego jesz­cze ni­gdy nie mieli na komen­dzie.

Pocie­szała go myśl, że po tym, jak złoży zezna­nia i dołą­czy zdję­cia, uda im się uwa­lić Elmera i Mań­kuta. Nie przy­zna­wali się do winy, mimo że prze­słu­chi­wali ich Domi­nik, Tomek Rabicki, nawet sam naczel­nik i pro­ku­ra­tor. Ale mil­czeli, powta­rza­jąc, że są nie­winni.

- Taki chuj - powie­dział do sie­bie. - Uje­biemy was.

Patrzył w ciemne niebo. Widział szy­ku­jący się do pełni księ­życ, który co jakiś czas prze­bi­jał się przez chmury. Zamknął okno, bo zro­biło się za zimno. Chciał zapa­lić papie­rosa, ale nie miał żad­nego. Nie był pala­czem, rzadko się­gał po szluga, ale dziś miał ochotę.

Kiedy zamy­kał oczy, obrazy nie zni­kały. Wciąż były w gło­wie. Ciemne, osmo­lone ściany z sza­rych pusta­ków, nie­mal czarne, pokryte sadzą, dymem. I czymś jesz­cze. Pew­nie reszt­kami nad­pa­lo­nego mięsa. Widział frag­menty roze­rwa­nej biżu­te­rii, zegar­ków, łań­cusz­ków. Na czar­nej jak smoła ziemi leżały przy­pa­lone torsy z ponadry­wa­nymi kiku­tami.

Jego zmy­sły nie nadą­żały. Miał wra­że­nie, że wciąż śni, że to prze­dłu­ża­jący się szpi­talny kosz­mar, z któ­rego jesz­cze się nie wybu­dził.

W tej samej chwili usły­szał dźwięk tele­fonu. Ode­brał po pierw­szym sygnale.

- Obie­ca­łem ci jedno. I tylko tę jedną obiet­nicę speł­nię - powie­dział męż­czy­zna ostrym tonem i zamilkł na chwilę. Być może cze­kał, aż Igor zada jakieś pyta­nie, ale się nie docze­kał. Usły­szał tylko wymowne wes­tchnię­cie. - Pamię­tasz, gdzie miesz­kam?

Zapar­ko­wał w pobliżu dużego domu jed­no­ro­dzin­nego. Budy­nek był ogro­dzony niskim pło­tem, nowy i zupeł­nie nie w jego stylu. Nie chciałby w takim miesz­kać. Za duży prze­pych, z któ­rego nic nie wyni­kało. Poza jed­nym - zbyt oczy­wi­stym fak­tem, że wła­ści­ciel ma forsę.

Zadzwo­nił domo­fo­nem. Nikt się nie ode­zwał, ale po chwili furtka zabrzę­czała. Nim zdą­żył zastu­kać w drzwi, te otwo­rzyły się na oścież. Ujrzał syl­wetkę leka­rza, który przez ostat­nie dni rato­wał mu życie. Męż­czy­zna wyszedł na zewnątrz, trzy­ma­jąc w dło­niach nie­wiel­kie opa­ko­wa­nia, i zamknął za sobą drzwi. Był to wymowny gest.

- Robię to w dro­dze wyjątku - powie­dział ści­szo­nym gło­sem.

- Podobno, kurwa, wyjątki potwier­dzają regułę, więc nie wiem, jak mam to rozu­mieć.

Lekarz skrzy­wił się, jakby ktoś wła­śnie pory­so­wał jego dro­giego mer­ce­desa.

- Boże... Tylko tyle masz mi do powie­dze­nia? Takim dur­nym tek­stem chcesz mi się odwdzię­czyć?

- Sorry, nie jestem naj­lep­szy w roz­mo­wach. Ale niech będzie. Cie­szę się, że zadzwo­ni­łeś. Ni­gdy ci tego nie zapo­mnę. Jestem twoim dłuż­ni­kiem. Lepiej?

- Nie ma sprawy - odpo­wie­dział nie­prze­ko­nu­jąco, nie­znacz­nie się uśmie­cha­jąc. - Obie­ca­łem pomóc, a ja dotrzy­muję słowa. Ale to nasze ostat­nie spo­tka­nie. Nagią­łem prawo.

- Bez obaw, gdyby ktoś ci gro­ził poli­cją, dzwoń do mnie. Przy­jadę natych­miast z całą sforą szcze­ka­ją­cych psów.

Usta leka­rza znów się nie­znacz­nie skrzy­wiły.

- Okej, do rze­czy. Tu masz naj­sil­niej­sze leki prze­ciw­bó­lowe, jakie udało mi się zna­leźć, a za które może nikt mnie nie będzie ści­gał. Masz zapas na tydzień. Nie bierz wię­cej jak trzy tabletki dzien­nie, bo odfru­niesz...

- ...do cie­płych kra­jów z bocia­nami - dokoń­czył za niego Igor.

- Tylko nie tykaj alko­holu. A tu - powie­dział już innym tonem, po czym się­gnął do dru­giej kie­szeni - masz coś, co cię postawi na nogi. Sto­su­jemy to cza­sami w kry­tycz­nych sytu­acjach, kiedy pacjent nie może do sie­bie dojść po ope­ra­cji. Szybko sta­wia na bacz­ność, ale nie możesz przedaw­ko­wać, bo wyki­tu­jesz na serce. Wali w cały układ ner­wowo-naczy­niowy. Pamię­taj, Igor. Jedna tabletka. Plus odpo­wied­nia dieta, tro­chę umiar­ko­wa­nego ruchu i powinno cię nieco napro­sto­wać. Pyta­nia?

- Czemu mi tego nie zaapli­ko­wa­li­ście w szpi­talu?

Lekarz nie odpo­wie­dział.

- Okej, ścią­gaj gacie - mruk­nął. - Pierw­szy zastrzyk masz ode mnie gra­tis, potem radź sobie sam. Po paru daw­kach poczu­jesz się lepiej, ale pamię­taj, że się goisz i rege­ne­ru­jesz. Byłeś zszy­wany, więc uwa­żaj na sie­bie. Na brzuch, na twarz. Poza tym możesz odczu­wać spore skoki ener­gii. Ale za parę dni będzie lepiej. Ten pierw­szy zastrzyk robię, żebyś wie­dział, gdzie i jak - wyja­śnił i roze­rwał zębami folię ochronną nie­wiel­kiej strzy­kawki, potem to samo zro­bił z igłą. Nakłuł nią gumkę, odmie­rzył odpo­wied­nią ilość, a następ­nie wyce­lo­wał w górną część pośladka. Igor się nawet nie skrzy­wił. Parę sekund póź­niej było już po wszyst­kim.

- Czyli mówisz, że sam mogę to sobie robić?

- Możesz, tylko wal w górną część, raczej zewnętrzną. O tu. - Wska­zał pal­cem. - Żeby nie uszko­dzić nerwu, zwłasz­cza kul­szo­wego, bo może ci gro­zić para­liż nogi. Całej albo czę­ści.

- Nie takie rze­czy mi szwan­kują. Nie bój dupy, sze­fie. Dam radę.

Igor podzię­ko­wał, tym razem szcze­rze. Wró­cił do zde­ze­lo­wa­nego auta. Miało roz­wa­lony przedni zde­rzak, roz­trza­skane lampy, pęk­niętą szybę. Ale nie przej­mo­wał się tym. Samo­chód był narzę­dziem do prze­miesz­cza­nia się z miej­sca na miej­sce. Jak dla niego mógł nie mieć świa­teł, reje­stra­cji, spo­ile­rów, uszcze­lek i tysiąca innych rze­czy. Ważne, że miał cztery koła i jechał do przodu.

Usiadł ciężko w fotelu. Od razu wrzu­cił do ust tabletki, które dał mu lekarz. Roz­gryzł je i poczuł gorycz. Zadrżał, jakby wyszedł z zim­nej kąpieli na jesz­cze zim­niej­szy wiatr.

Włą­czył muzykę. W radiu leciał jego ulu­biony utwór Grace Jones Love Is the Drug.

Zamknął oczy.

Była już noc, pew­nie dwu­dzie­sta druga, a może póź­niej. Był wkur­wiony i roz­pa­lony do czer­wo­no­ści. Nie miał tyle sił co zawsze. A lubił żyć na swo­ich warun­kach.

Trzep­nął pię­ścią w kie­row­nicę. Po chwili moc­niej.

Zasta­na­wiał się, co robić. Miał tyle pomy­słów, a zara­zem tyle obaw. Chciał rato­wać kolegę, bo wie­dział, że Filip żyje i na pewno potrze­buje pomocy. Musiał się też dowie­dzieć, gdzie są Ola i Mar­cel. Dzwo­nił do nich kilka razy, ale ich tele­fony mil­czały. Jego chrze­śniak nie odzy­wał się, nie pisał. Wszystko trwało w jakimś popie­przo­nym zawie­sze­niu i cha­osie.

Nie wie­dział, co zro­bić, by to wszystko odkrę­cić.

Parę minut póź­niej jego ciało prze­szły dresz­cze. Być może zastrzyk zaczął dzia­łać. Zaraz potem poczuł upra­gniony stan. Zawył, jakby ktoś mu wal­nął w mordę. Jeśli tknęli rodzinę Filipa, jeśli cokol­wiek stało się Oli albo Mar­ce­lowi, spali ich wszyst­kich żyw­cem.

Rozdział 8

8

Widzę w oddali mie­niące się wierz­chołki drzew, które wska­zują mi, dokąd mam iść. Chcia­ła­bym biec, ale nie mam już sił, a pora­nione od nie­koń­czą­cego się mar­szu stopy za moment powie­dzą "dość".

Nie daję rady.

Księ­życ roz­świe­tlił ciem­ność.

Widzę mie­niące się szczyty, na któ­rych chcia­ła­bym się poło­żyć, by mnie ponio­sły w dal, daleko przed sie­bie, do mojego domu, do synka, do innego miej­sca niż to.

Ważne jest tylko to, czy jest bez­pieczny.

Kucam, potem kładę się na mokrej ziemi. Zamy­kam oczy. Chcę odpo­cząć.

Wiem, że już go nie pogłasz­czę.

Wiem, że już go nie przy­tulę, ni­gdy go nie dotknę, nie opo­wiem mu bajki na dobra­noc. Ni­gdy. Choć tak bar­dzo bym chciała.

Odda­ła­bym wiele lat życia, by cię zoba­czyć, by się z tobą spo­tkać, by pową­chać twoją pach­nącą głowę, włosy. Pójść z tobą na spa­cer, pohuś­tać cię, poga­niać się po placu zabaw.

Jasiu, widzę twoją twarz coraz lepiej, kocha­nie, każdą dro­binkę na twoim drob­nym, łagod­nym obli­czu.

Nagle otwie­ram oczy. Pod­no­szę się. A może coś mnie unosi, jakaś siła. Może jed­nak duch ciem­no­ści. Może to jego kra­ina.

Sły­szę w oddali głos. Cho­wam się za czymś, ale nie chcę doty­kać tego wiel­kiego pnia, bo jest taki zimny.

Moje zmy­sły się wyostrzają.

Odgłos. Chyba szcze­ka­nie.

Ktoś kogoś woła.

I znów pies. A może psy.

Sły­szę je coraz wyraź­niej.

Chry­ste, tylko nie to. Ura­tuj mnie. Pro­szę. Idą po moich śla­dach, są coraz bli­żej. Nie umiem oce­nić, jak daleko stąd się znaj­dują, ale idą moim tro­pem.

Wychy­lam się zza pnia. Ostroż­nie, powoli. Pró­buję coś dostrzec, ale nic nie widzę. Może zaczy­nam tra­cić resztki zdro­wego roz­sądku.

I wtedy dostrze­gam w oddali syl­wetkę. Widzę postać. Ciemny, nie­mal czarny czło­wiek z psami na dłu­gich linach, a może smy­czach. Trzyma je, ale one się wyszar­pują, pró­bują się rzu­cić w pogoń, w dal.

I potem w ułamku sekundy dzieje się coś, czego ni­gdy w życiu nie chcia­łam zoba­czyć. Przy­staje w miej­scu, sięga po długą broń, mie­rzy we mnie. Patrzy przez celow­nik. I choć nie mogę tego widzieć, wiem, że mi się przy­gląda.

Patrzy na mnie, widzi moją twarz, najeż­dża krzy­ży­kiem na śro­dek mojej głowy.

Uspo­kaja oddech, celuje.

Przy­mie­rza. Bada kąt nachy­le­nia. Siłę wia­tru. Pod­nosi deli­kat­nie sztu­cer.

I nagle robi coś, czego się nie spo­dzie­wam.

Odkłada broń.

Nie strze­lił, zro­bił coś znacz­nie gor­szego. Coś, co nie spo­wo­duje szyb­kiej bez­bo­le­snej śmierci.

Widzę to wyraź­nie, jak w zwol­nio­nym tem­pie. Widzę to w gło­wie, bo jest zbyt ciemno, by dostrzec takie szcze­góły wzro­kiem.

Jego palce się roz­prę­żają. Każdy palec się pro­stuje, naj­pierw jeden, potem drugi, po dwóch sekun­dach wszyst­kie.

I sły­szę jego śmiech. Głupi, pro­sty, bestial­ski.

Pusz­cza smy­cze. W sekundę dwa wiel­kie wil­czury są już na wol­no­ści.

Dzieli nas tylko ta odle­głość. Krótka, ponad­dwu­stu­me­trowa. Dobie­gną do mnie w ciągu pół minuty.

Mam ostat­nią szansę, by się ura­to­wać.

Została mi dosłow­nie chwila.

Ktoś za moment zgi­nie, a ktoś prze­trwa.