Mojej córce Avary
i
mojemu Tacie
Dusza ta pełna jest w cieniu, grzech łatwo się w niej rodzi.
Winnym nie ten, kto grzeszy, lecz kto ciemność roztacza.
Victor Hugo, Nędznicy[1]
OD AUTORKI
Spora część tej książki bazuje na moich własnych wspomnieniach. Opisując wydarzenia, w których nie uczestniczyłam, odwołuję się do rozmów i wywiadów z członkami mojej rodziny, przyjaciółmi rodziny, sąsiadami i znajomymi. Odtworzyłam niektóre dialogi. Korzystałam z tego, co sama zapamiętałam, oraz z relacji świadków. Rekonstruując te rozmowy, starałam się przede wszystkim oddać ich sens, a nie dosłowne cytaty. Sięgałam również do dokumentów prawnych, wyciągów bankowych, zeznań podatkowych, prywatnych dzienników, dokumentów rodzinnych, korespondencji tradycyjnej i e-mailowej, SMS-ów, zdjęć i innych danych.
Przedstawiając tło wydarzeń, korzystałam z "New York Timesa", szczególnie z artykułu śledczego autorstwa Davida Barstowa, Susanne Craig i Russa Buettnera, który opublikowano 2 października 2018 roku; z "Washington Post", "Vanity Fair" i "Politico"; ze strony internetowej muzeum TWA oraz z książki Normana Peale'a Moc pozytywnego myślenia. Informacje o Steeplechase Park czerpałam głównie ze strony internetowej Coney Island History Project, z "Brooklyn Paper" oraz artykułu Dany Schulz opublikowanego 14 maja 2018 roku na stronie 6sqft.com. Za uwagi o "epizodycznym człowieku" dziękuję Danowi P. McAdamsowi. Opisując historię rodziny Trumpów oraz jej interesy i domniemane przestępstwa, posiłkowałam się danymi z artykułów dziennikarzy. To m.in.: nieżyjący już Wayne Barrett oraz David Corn, Michael D'Antonio, David Cay Johnston, Tim O'Brien, Charles P. Pierce i Adam Serwer - jestem im wszystkim bardzo wdzięczna. Dziękuję również Gwendzie Blair, Michaelowi Kranishowi i Marcowi Fisherowi - dodam tylko, że mój tato zmarł w wieku czterdziestu dwóch, a nie czterdziestu trzech lat.
PROLOG
Zawsze lubiłam swoje nazwisko. Gdy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku uczestniczyłam w obozach żeglarskich dla dzieci, wszyscy mówili do mnie po prostu "Trump"[2]. Napawało mnie to dumą. Jednak nie ze względu na władzę i bogactwo kojarzone z tym nazwiskiem (w tamtych czasach moją rodzinę znano jedynie na Brooklynie i w Queens), lecz dlatego, że coś w jego brzmieniu pasowało do mnie, twardej sześciolatki, która niczego się nie bała. W latach osiemdziesiątych, gdy byłam już na studiach, a wuj Donald zaczął oznaczać wszystkie swoje budynki na Manhattanie, moje odczucia wobec nazwiska Trump nieco się skomplikowały.
Trzydzieści lat później, 4 kwietnia 2017 roku, siedziałam w wagonie pociągu Amtrak zmierzającym do Waszyngtonu, gdzie miałam wziąć udział w rodzinnej kolacji zorganizowanej w Białym Domu. Dziesięć dni wcześniej dostałam e-mailowe zaproszenie na imprezę urodzinową mojej ciotki Maryanne, która dobiegała osiemdziesiątki, oraz ciotki Elizabeth, która kończyła siedemdziesiąt pięć lat. Ich młodszy brat Donald od stycznia urzędował w Gabinecie Owalnym.
Kiedy już wysiadłam na dworcu Union Station i omiotłam spojrzeniem charakterystyczny kopulasty sufit oraz czarno-białą marmurową podłogę, w drodze do wyjścia minęłam stoisko ulicznego handlarza, który sprzedawał zawieszone na sztaludze przypinki: moje nazwisko w czerwonym kółku przekreślone czerwonym paskiem i wkomponowane w napisy typu "DEPORTOWAĆ TRUMPA", "WYRZUCIĆ TRUMPA", "TRUMP TO SZARLATAN". Założyłam ciemne okulary i przyspieszyłam kroku.
Pojechałam taksówką do hotelu Trump International, w którym na tę jedną noc zgromadziła się moja rodzina. Zameldowałam się i przeszłam przez atrium, spoglądając na szklany sufit i błękitne niebo. Trzywarstwowe żyrandole zawieszone na głównej belce połączonych ze sobą łukowatych dźwigarów rzucały łagodne, miłe dla oka światło. Po jednej stronie sali znajdowały się ustawione w małych skupiskach fotele, sofy i kozetki - błękitne, jasnoniebieskie i kremowe - po drugiej stoliki i krzesła otaczające duży bar, gdzie później miałam się spotkać z bratem. Nie byłam tu nigdy wcześniej i sądziłam, że wystrój hotelu będzie krzykliwy i prostacki. Myliłam się.
Mój pokój również był gustownie urządzony. Wszędzie jednak widniało moje nazwisko umieszczone niemal na każdym przedmiocie: szampon TRUMP, odżywka TRUMP, kapcie TRUMP, czepek pod prysznic TRUMP, pasta do butów TRUMP, zestaw do szycia TRUMP, szlafrok TRUMP. Otworzyłam lodówkę, sięgnęłam po buteleczkę białego wina TRUMP i wlałam je do mojego Trumpowego gardła, by mogło przeniknąć do mojego Trumpowego krwiobiegu i dotrzeć do ośrodka przyjemności w moim Trumpowym mózgu.
Godzinę później spotkałam się z bratem Frederickiem Cristem Trumpem III, którego od dzieciństwa nazywałam po prostu Fritzem, oraz z jego żoną Lisą. Wkrótce dołączyli do nas pozostali uczestnicy przyjęcia: ciotka Maryanne, najstarsza spośród pięciorga dzieci Freda i Mary Trumpów i poważana sędzia federalnego sądu apelacyjnego; wuj Robert z dziewczyną, ulubieniec rodziny, który przez krótki czas był jednym z pracowników Donalda w Atlantic City, nim odszedł stamtąd w wyniku konfliktu na początku lat dziewięćdziesiątych; ciotka Elizabeth, środkowe dziecko Trumpów, oraz jej mąż Jim; kuzyn David Desmond (jedyne dziecko Maryanne i najstarszy wnuk Trumpów) z żoną; oraz kilkoro spośród najbliższych przyjaciół moich ciotek. Jedynym członkiem rodzeństwa, który nie mógł wziąć udziału w uroczystości, był mój ojciec Frederick Crist Trump Jr. Najstarszy syn Trumpów, nazywany przez wszystkim Freddym, zmarł ponad trzydzieści pięć lat wcześniej.
Gdy w końcu wszyscy byliśmy już razem, zameldowaliśmy się u agentów ochrony Białego Domu i wsiedliśmy do dwóch białych rządowych furgonetek niczym uniwersytecka drużyna lacrosse. Niektórzy spośród starszych członków rodziny mieli problemy z wejściem na strome stopnie. Nikt nie mógł się wygodnie usadowić na kanapach samochodu. Zastanawiałam się, dlaczego Biały Dom nie zechciał przysłać po moje ciotki choćby jednej limuzyny.
Gdy dziesięć minut później przystanęliśmy na podjeździe przy South Lawn (Południowy Trawnik), z budki strażniczej wyszło dwóch pracowników ochrony, którzy obejrzeli podwozie furgonetek i dopiero wtedy pozwolili nam przejechać przez frontową bramę. Po krótkiej przejażdżce zatrzymaliśmy się przy małym budynku ochrony przylegającym do Wschodniego Skrzydła i wysiedliśmy. Wchodziliśmy do środka jedno po drugim, w miarę jak wyczytywano nasze nazwiska, oddawano nasze torebki oraz telefony. Przeszliśmy przez bramkę z wykrywaczem metali.
Gdy byliśmy już we wnętrzu Białego Domu, szliśmy parami i trójkami przez długie korytarze obok okien wychodzących na ogrody i trawniki oraz obok naturalnej wielkości portretów byłych pierwszych dam. Zatrzymałam się przed portretem Hillary Clinton i stałam w bezruchu przez minutę. Zastanawiałam się ponownie, jak mogło do tego dojść.
Do niedawna nie miałam najmniejszego powodu, by przypuszczać, że kiedykolwiek odwiedzę Biały Dom, a już na pewno nie w takich okolicznościach. Sytuacja wydawała się po prostu surrealistyczna. Rozejrzałam się dokoła. Biały Dom był elegancki, okazały i majestatyczny, a ja miałam za chwilę po raz pierwszy od ośmiu lat spotkać się z wujem, człowiekiem, który tu mieszkał.
Wyszliśmy z cienistego korytarza na portyk okalający Ogród Różany i przystanęliśmy przed Gabinetem Owalnym. Przez drzwi balkonowe mogliśmy zobaczyć, że spotkanie wciąż trwa. Wiceprezydent Mike Pence stał z boku, ale spiker izby Paul Ryan, senator Chuck Schumer oraz kilkunastu kongresmenów i polityków zebrało się wokół Donalda, który siedział za biurkiem Resolute[3].
Ten obraz przywiódł mi na myśl jeden z ulubionych wybiegów biznesowych mojego dziadka: zawsze starał się, by petenci przychodzili do niego albo do biura na Brooklynie, albo do domu w Queens i stali przed jego obliczem, podczas gdy on siedział. Późną jesienią 1985 roku, dwanaście miesięcy po tym, jak zrobiłam sobie przerwę w nauce na Tufts University, stanęłam przed nim i poprosiłam o pozwolenie na powrót na uczelnię. Podniósł na mnie wzrok i oznajmił:
- To głupie. Po co chcesz to robić? Idź do jakiejś szkoły zawodowej i zostań recepcjonistką.
- Bo chcę zdobyć dyplom.
Powiedziałam to chyba z nutą irytacji, bo dziadek zmrużył oczy i patrzył na mnie przez moment tak, jakby chciał ocenić mnie na nowo. Wykrzywił jednak usta w pogardliwym uśmieszku, a potem się roześmiał. - To paskudne - stwierdził.
Kilka minut później spotkanie dobiegło końca.
Gabinet Owalny był mniejszy, a zarazem mniej kameralny, niż sobie wyobrażałam. Kuzyn Eric i jego żona Lara, której nigdy wcześniej nie spotkałam, stali tuż przy drzwiach, przywitałam ich więc, mówiąc: - Cześć, Eric. Jestem twoją kuzynką Mary.
- Oczywiście wiem, kim jesteś - odparł.
- Cóż, minęło sporo czasu - zauważyłam. - Kiedy się ostatnio widzieliśmy, chodziłeś chyba jeszcze do szkoły średniej.
- Pewnie tak - przyznał, wzruszając ramionami. Odszedł wraz z Larą, nie przedstawiwszy nas sobie. Rozejrzałam się dokoła. W międzyczasie dołączyli do nas Melania, Ivanka, Jared i Donny. Wszyscy stali obok Donalda, który nadal siedział za biurkiem. Mike Pence wciąż czaił się pod drugiej stronie pokoju z niewyraźnym uśmiechem na twarzy, niczym przyzwoitka, której wszyscy starają się unikać.
Przez chwilę wpatrywałam się w niego, próbując nawiązać kontakt wzrokowy, lecz on ani razu nie spojrzał w moją stronę.
- Proszę wszystkich o uwagę - przemówiła donośnym, pogodnym głosem fotografka z Białego Domu, drobna młoda kobieta w ciemnym spodnium. - Zbierzmy się wszyscy w jednym miejscu, żebym mogła zrobić zdjęcie, zanim przejdziemy na górę.
Kazała nam otoczyć Donalda, który wciąż nie wstał zza biurka.
Kobieta podniosła aparat:
- Trzy, dwa, jeden, uśmiech - powiedziała.
Kiedy już sesja zdjęciowa dobiegła końca, Donald wreszcie wstał i wskazał na oprawioną czarno-białą fotografię mojego dziadka ustawioną na stole obok jego biurka.
- Maryanne, czy to zdjęcie taty nie jest doskonałe?
Taka sama fotografia stała na stoliku w bibliotece w domu moich dziadków. Przedstawiała dziadka jako młodego jeszcze mężczyznę o rzedniejących, ciemnych włosach, wąsach i władczym spojrzeniu, które nie traciło swej mocy do czasu, gdy górę wzięła starcza demencja. Wszyscy widzieliśmy fotografię tysiące razy.
- Może powinieneś mieć też zdjęcie mamy - zasugerowała Maryanne.
- Świetny pomysł - odparł Donald, jakby nigdy wcześniej nawet nie przeszło mu to przez myśl. - Niech ktoś dostarczy mi zdjęcie mamy.
Spędziliśmy w Gabinecie Owalnym jeszcze kilka minut, zasiadając po kolei za biurkiem Resolute. Mój brat zrobił mi zdjęcie, a gdy je później oglądałam, zauważyłam wizerunek mojego dziadka unoszący się za mną niczym duch.
Przewodnik po Białym Domu dołączył do nas przed Gabinetem Owalnym, razem poszliśmy do rezydencji prezydenta na piętrze, rozpoczynając zwiedzanie budowli, po którym miała się odbyć rodzinna kolacja. Najpierw przeszliśmy do Sypialni Lincolna, gdzie ze zdumieniem ujrzałam nadjedzone jabłko leżące na stoliku nocnym. Gdy przewodnik opowiadał nam, co się działo tutaj na przestrzeni lat, Donald co jakiś czas komentował: - To miejsce nie wyglądało lepiej od czasów, gdy mieszkał tu George Washington.
Przewodnik był zbyt uprzejmy, by zauważyć głośno, że budynek oddano do użytku dopiero po śmierci Washingtona. Cała grupa ruszyła potem w głąb korytarza, w stronę Pokoju Traktatowego i jadalni.
Donald stał przy drzwiach i witał wchodzących. Dotarłam do niego jako jeden z ostatnich gości. Wcześniej nie miałam jeszcze okazji zamienić z nim choćby słowa, więc na mój widok wyraźnie się zdziwił, wskazał na mnie palcem i powiedział:
- Szczególnie zależało mi na tym, żebyś właśnie ty się tutaj pojawiła.
Często wygłaszał tego rodzaju uwagi, by zaskarbić sobie sympatię ludzi, i zawsze potrafił zręcznie dopasować komentarz do sytuacji, co było tym bardziej imponujące, że nie mówił wcale prawdy, o czym dobrze wiedziałam. Rozłożył szeroko ramiona i po raz pierwszy w życiu mnie uściskał.
Gdy weszłam do jadalni, od razu oczarowała mnie uroda tego miejsca: ciemne, idealnie wypolerowane drewno, olśniewająca oprawa, pięknie kaligrafowane litery na kartach z nazwiskami i jadłospisach (sałatka z sałaty lodowej, purée ziemniaczane - podstawowe dania w domu rodzinnym Trumpów - i stek z polędwicy wołowej). Zwróciłam również uwagę na rozmieszczenie gości. W mojej rodzinie zawsze można było ocenić czyjąś pozycję po miejscu, jakie mu przyznano. Nigdy się tym nie przejmowałam; wszyscy ludzie, których towarzystwo mi odpowiadało - mój brat i jego żona, pasierbica Maryanne i jej mąż - siedzieli obok mnie.
Każdy z kelnerów trzymał po butelce białego i czerwonego wina. Prawdziwego wina, a nie produktu TRUMP. Byłam tym zaskoczona. Nigdy dotąd nie widziałam, by podczas naszych rodzinnych spotkań serwowano alkohol. W domu dziadków podawano jedynie colę i sok jabłkowy.
Mniej więcej w połowie posiłku do jadalni wszedł Jared.
- Och, spójrzcie, Jared wrócił z podróży na Bliski Wschód - powiedziała Ivanka, klaszcząc w dłonie, jakbyśmy nie widzieli go przed momentem w Gabinecie Owalnym. Jared podszedł do swojej żony, pocałował ją zdawkowo w policzek, po czym pochylił się do Donalda siedzącego obok Ivanki. Przez kilka minut rozmawiali przyciszonymi głosami. Potem Jared wyszedł, nie przywitawszy się z nikim, nawet z moimi ciotkami. Kiedy opuszczał salę, Donny wyskoczył z krzesła i popędził za nim niczym podekscytowany szczeniak.
Gdy podawano deser, Robert wstał ze swojego miejsca i podniósł kieliszek z winem.
- To ogromny zaszczyt być tutaj z prezydentem Stanów Zjednoczonych - przemówił. - Dziękuję panu, panie prezydencie, że pozwolił nam pan świętować tutaj urodziny naszych sióstr.
Powróciłam myślami do dnia, w którym rodzina świętowała po raz ostatni Dzień Ojca w Peter Luger Steak House na Brooklynie. Wtedy, podobnie jak teraz, Donald i Rob siedzieli obok siebie, a ja dokładnie naprzeciwko nich. Nagle, bez żadnych wstępów i wyjaśnień, Donald odwrócił się do Roba i zagadnął: - Spójrz.
Odsłonił zęby i wskazał na nie palcem.
- Co? - zdziwił się Rob.
Donald tylko odciągnął wargi jeszcze mocniej i jeszcze wyraźniej na nie wskazał.
Robert zaczął się nerwowo wiercić na krześle. Nie miałam pojęcia, o co chodzi, ale przyglądałam się tej scenie z rozbawieniem, sącząc colę.
- Spójrz! - powtórzył Donald przez zaciśnięte zęby. - Co ty na to?
- Ale o czym ty mówisz? - Robert nie potrafił dłużej ukryć zakłopotania. Rozejrzał się dyskretnie dokoła, sprawdzając, czy nikt na niego nie patrzy, po czym wyszeptał: - Mam coś między zębami?
Przed chwilą wszyscy raczyli się kremem szpinakowym, który podano w miskach rozstawionych na całym stole, więc Rob rzeczywiście mógł mieć taki problem.
Donald rozluźnił wargi i opuścił rękę. Pogardliwy wyraz jego twarzy stanowił wyczerpujące podsumowanie całej ich rozmowy.
- Wybieliłem zęby. Co o tym sądzisz? - spytał wtedy cierpkim tonem.
Po krótkiej przemowie Roba Donald rzucił mu to samo lekceważące spojrzenie, jakie widziałam u Petera Lugera niemal dwadzieścia lat wcześniej. Potem, trzymając w dłoni szklankę coli bez cukru, Donald wygłosił jakieś zdawkowe uwagi o urodzinach moich ciotek, a następnie wskazał na swoją synową.
- Spójrzcie tylko na Larę - powiedział. - Nawet nie wiedziałem dobrze, kim ona jest, do cholery, naprawdę, ale potem wygłosiła świetne przemówienie na moim wiecu w Georgii.
W tym czasie Lara i Eric byli małżeństwem już od prawie ośmiu lat, więc Donald prawdopodobnie spotkał ją przynajmniej podczas ich ślubu. Wyglądało to jednak tak, jakby nie wiedział, kim właściwie jest, dopóki nie powiedziała w trakcie kampanii wyborczej czegoś miłego na jego temat. Jak zwykle w przypadku Donalda sama opowieść była istotniejsza od prawdy, z którą rozmijał się bez najmniejszych skrupułów, szczególnie jeśli kłamstwo upiększało opowieść.
Gdy nadeszła jej kolej, Maryanne powiedziała:
- Chciałabym podziękować wam wszystkim, że zechcieliście tu przyjechać i uczcić nasze urodziny. Przebyliśmy długą drogę od tamtego wieczora, gdy Freddy wysypał miskę tłuczonych ziemniaków na głowę Donalda, który rzeczywiście był wtedy nieznośny.
Wszyscy, którzy znali legendarną już historię o tłuczonych ziemniakach, parsknęli śmiechem - wszyscy prócz Donalda, który siedział z rękami skrzyżowanymi na piersiach i pochmurną miną. Jak zawsze, gdy Maryanne wspominała o tym incydencie. Denerwowało go to, jakby wciąż był tym siedmioletnim chłopcem. Najwyraźniej nadal czuł upokorzenie sprzed wielu lat.
Mój kuzyn Donny, który wrócił już z pościgu za Jaredem, nieoczekiwanie podniósł się z krzesła, by coś powiedzieć. Zamiast wznieść toast na cześć naszych ciotek, wygłosił coś w rodzaju przemówienia wyborczego:
- W listopadzie zeszłego roku naród amerykański zobaczył coś wyjątkowego i zagłosował na prezydenta, który go rozumie. Naród amerykański przekonał się, jaką jesteśmy wspaniałą rodziną, i utożsamił się z naszymi wartościami.
Zerknęłam na mojego brata i przewróciłam oczami.
Przywołałam gestem jednego z kelnerów.
- Mogę dostać jeszcze trochę wina? - poprosiłam.
Wrócił wkrótce z dwiema butelkami i spytał, czy wolę czerwone czy białe.
- Tak, poproszę - odparłam.
Gdy tylko skończyliśmy deser, wszyscy wstali. Minęły zaledwie dwie godziny, odkąd weszliśmy do Gabinetu Owalnego, lecz posiłek dobiegł już końca, a my mieliśmy wyjść. W sumie przebywaliśmy w Białym Domu mniej więcej dwa razy dłużej niż kiedykolwiek spędziliśmy w domu moich dziadków z okazji Święta Dziękczynienia czy Bożego Narodzenia, ale i tak przebywaliśmy z Donaldem krócej niż Kid Rock, Sarah Palin czy Ted Nugent dwa tygodnie później.
Ktoś zaproponował, by każdy z nas zrobił sobie oddzielne zdjęcie z Donaldem (choć nie z jubilatkami). Gdy nadeszła moja kolej, Donald uśmiechnął się do aparatu i podniósł oba kciuki, widziałam jednak zmęczenie ukryte za tym uśmiechem. Wyglądało na to, że zachowywanie idyllicznych pozorów mocno dawało mu się we znaki.
- Nie pozwól, żeby cię stłamsili - powiedziałam do niego, gdy mój brat robił nam zdjęcie.
Działo się to krótko po tym, jak pierwszy doradca Donalda do spraw bezpieczeństwa narodowego został zwolniony w atmosferze skandalu, a na wizerunku prezydentury pojawiły się pierwsze rysy.
Donald wysunął żuchwę do przodu i zacisnął zęby. Przez moment wyglądał wtedy jak duch mojej babki.
- Nie dopadną mnie - oznajmił z mocą.
Kiedy 16 czerwca 2015 roku Donald ogłosił, że zamierza kandydować na prezydenta, nie potraktowałam serio tej deklaracji. Nie sądziłam, by on sam traktował ją poważnie. Chciał po prostu zareklamować za darmo swoją markę. Robił już wcześniej podobne rzeczy. Kiedy jego notowania zaczęły rosnąć i gdy być może otrzymał od Władimira Putina zawoalowaną wiadomość, że Rosja zrobi wszystko, by wybory przebiegły po jego myśli, perspektywa zwycięstwa okazała się dla niego naprawdę kusząca.
- Przecież on jest błaznem - powiedziała moja ciotka Maryanne podczas jednego ze wspólnych lunchów. - Nigdy do tego nie dojdzie.
Zgadzałam się z nią.
Rozmawiałyśmy o tym, jak reputacja wyblakłej gwiazdy reality show i nieudolnego biznesmena przekreśli jego szanse na wygraną.
- Czy ktokolwiek w ogóle wierzy w te bzdury, że sam doszedł do wszystkiego? Co w ogóle osiągnął dzięki własnej pracy? - pytałam.
- Cóż - odpowiedziała Maryanne tonem równie oschłym jak piaski Sahary. - Doprowadził do bankructwa pięć banków.
Gdy Donald zajął się problemem nadużywania opioidów i wykorzystał tragiczną historię alkoholizmu mojego ojca, by uwiarygodnić swoje działania skierowane przeciwko uzależnieniom, obie byłyśmy wściekłe.
- Wykorzystuje pamięć o twoim ojcu dla celów politycznych - stwierdziła Maryanne. - A to grzech, tym bardziej że to właśnie Freddy powinien być gwiazdą tej rodziny.
Myślałyśmy, że jawnie rasistowska postawa, której Donald dał wyraz w przemówieniu wyborczym, doprowadzi go do klęski. Zostałyśmy jednak pozbawione złudzeń, gdy Jerry Falwell Jr oraz inni biali ewangelicy zaczęli go popierać. Maryanne, żarliwa katoliczka od całych pięćdziesięciu lat, kiedy to się nawróciła, była oburzona.
- Co się z nimi stało, do cholery? - pytała. - Donald chodzi do kościoła tylko wtedy, gdy są tam kamery. To się po prostu w głowie nie mieści. On nie ma żadnych zasad. Żadnych!
Żadna z wypowiedzi Donalda wygłoszonych podczas kampanii - od dyskredytujących uwag o sekretarz stanu Hillary Clinton, prawdopodobnie najbardziej kompetentnej kandydatce na prezydenta w historii naszego kraju, którą nazywał "paskudną kobietą", po drwiny z Serge'a Kovaleskiego, niepełnosprawnego dziennikarza "New York Timesa" - nie odbiegała od tego, czego się po nim spodziewałam. Właściwie przypominały mi wszystkie rodzinne posiłki, w których uczestniczyłam i podczas których Donald mówił o kobietach "grube fleje" lub o mężczyznach, zwykle bardziej utalentowanych lub potężniejszych od niego: "frajerzy". Zwykle budziło to rozbawienie mojego dziadka, Maryanne, Elizabeth i Roberta, którzy dzielnie mu sekundowali. Tego rodzaju dehumanizacja Bogu ducha winnych ludzi była czymś powszechnym przy stole Trumpa. Zdumiewał mnie jedynie fakt, że wciąż uchodziło mu to na sucho.
Potem otrzymał partyjną nominację. Okazało się, że rzeczy, które moim zdaniem dyskwalifikowały go jako kandydata na prezydenta, tylko wzmacniały jego pozycję. Nadal nieszczególnie się tym martwiłam - byłam przekonana, że przegra - lecz sama świadomość, że podejmuje taką próbę, była niepokojąca.
Późnym latem 2016 roku zastanawiałam się, czy nie powiedzieć głośno, dlaczego Donald zupełnie nie nadaje się na to stanowisko. Do tego czasu miał już za sobą krajową konwencję Partii Republikańskiej, z której wyszedł praktycznie bez szwanku, bez większego echa przeszedł również jego apel do "zwolenników Drugiej Poprawki", by powstrzymali Hillary Clinton. Wydawało się, że nie zaszkodził mu nawet atak na Khizra i Ghazalę Khanów, rodziców kapitana armii USA Humayuna Khana, który zginął w Iraku. Kiedy po ujawnieniu taśmy Access Hollywood większość republikańskich wyborców wciąż popierała Donalda, wiedziałam już, że podjęłam właściwą decyzję.
Zaczęłam odnosić wrażenie, że oglądam po raz wtóry moją rodzinę z Donaldem w roli głównej. Tyle że odgrywaną na wielką skalę. Podczas kampanii Donald teoretycznie stosował się do standardów, których rzeczywiście trzymał się zawsze mój ojciec. Tak naprawdę jednak uchodziły mu na sucho, a nawet przynosiły korzyść coraz bardziej rażące, nieodpowiedzialne i podłe postępki. "To nie może się dziać naprawdę, nie po raz kolejny" - myślałam. Ale tak właśnie było.
Uwadze mediów uchodził jakoś fakt, że żaden z członków rodziny Donalda, prócz jego dzieci, zięcia i obecnej żony, nie wsparł go ani słowem podczas kampanii prezydenckiej. Maryanne powiedziała mi, że ma szczęście, bo jako sędzia federalny musiała zachować całkowity obiektywizm. Była prawdopodobnie jedyną osobą w całym kraju, która ze względu na bliskie pokrewieństwo z Donaldem oraz swoją pozycję zawodową mogłaby wpłynąć na wynik wyborów, gdyby tylko zechciała przyznać otwarcie, że jej brat nie nadaje się na prezydenta. Miała jednak własne sekrety, które wolała zachować na zawsze dla siebie, nie byłam więc do końca zaskoczona, gdy po wyborach zdradziła mi, że głosowała na Donalda ze względu na "rodzinną lojalność".
Dorastając w rodzinie Trumpów, szczególnie jako dziecko Freddy'ego, musiałam stawiać czoła różnym wyzwaniom. Pod pewnymi względami byłam wyjątkowo uprzywilejowana. Uczęszczałam do świetnych prywatnych szkół i przez większość życia mogłam korzystać z dobrego ubezpieczenia medycznego. Z drugiej jednak strony wszyscy doświadczaliśmy pewnego poczucia braku - wszyscy prócz Donalda. Po śmierci mojego dziadka w 1999 roku dowiedziałam się, że linia mojego ojca została wymazana z testamentu, jakby najstarszy syn Freda Trumpa nigdy nie istniał, co doprowadziło do procesu sądowego. Ostatecznie doszłam do wniosku, że gdybym wypowiedziała się publicznie na temat mojego wuja, zostałabym przedstawiona jako zawiedziona, wydziedziczona bratanica, która chce wyrównać stare rachunki lub szuka łatwych pieniędzy.
Aby zrozumieć, co doprowadziło Donalda - i nas wszystkich - do tego miejsca, musimy zacząć od mojego dziadka i jego potrzeby uznania. To właśnie ta potrzeba stała się przyczyną, dla której Donald nabrał nieuzasadnionej wiary w swoją wielkość i wyjątkowość skrywającej w istocie jego patologiczne słabości i kompleksy.
Dorastając, Donald początkowo był zmuszony stać się własnym cheerleaderem, by przekonać swego ojca, że jest lepszym i pewniejszym siebie synem niż Freddy. Potem zachowywał się w ten sam sposób, bo wymagał tego od niego Fred. W końcu zaczął wtapiać się w tę przerysowaną autoreklamę, choć paradoksalnie w głębi duszy podejrzewał, że nikt mu nie wierzy. Do czasu, gdy podjął decyzję o starcie w wyborach prezydenckich, reagował na wszelkie próby uderzenia w jego ego z nieskrywaną złością. Tak naprawdę skrywał swoje lęki i słabości tak skutecznie, że nie musiał się przed nikim przyznawać do ich istnienia. I nigdy tego nie zrobił.
W latach siedemdziesiątych, gdy mój dziadek już od dłuższego czasu faworyzował Donalda, nowojorskie media przejęły pałeczkę i zaczęły umacniać niczym nieuzasadnione przekonanie o wyjątkowych talentach mojego wuja. W latach osiemdziesiątych dołączyły do mediów banki, które zaczęły finansować jego przedsięwzięcia. Ich gotowość (a potem konieczność) potwierdzania coraz mniej realnych twierdzeń o różnego rodzaju sukcesach Donalda wynikała z nadziei na odzyskanie poniesionych kosztów.
Po dziesięciu chudych latach, podczas których Donald musiał przełykać gorycz kolejnych porażek i bankructw, firmując swoją twarzą serię nieudanych produktów - od steków po wódkę - dostał jeszcze jedną szansę od producenta telewizyjnego Marka Burnetta. W programie telewizyjnym The Apprentice wykorzystano wizerunek Donalda jako zuchwałego biznesmena i człowieka sukcesu, czyli mit stworzony przed pięćdziesięciu laty przez mojego dziadka. Mit ten, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu i niezliczonym dowodom przeczącym jego prawdziwości, przetrwał w niemal niezmienionej postaci do nowego tysiąclecia. Nim w 2015 roku Donald ogłosił, że wystartuje w wyborach prezydenckich jako kandydat z ramienia Partii Republikańskiej, znacząca część narodu amerykańskiego wierzyła w ten mit.
Po dziś dzień kłamstwa, przeinaczenia i zmyślenia, które tworzą wizerunek mojego wuja, są powielane przez Partię Republikańską i białych protestantów. Ludzie przekonani o własnej nieomylności, tacy jak lider senackiej większości Mitch McConnell, czy wierni wyznawcy, tacy jak członek Izby Reprezentantów Kevin McCarthy, sekretarz stanu Mike Pompeo oraz prokurator generalny William Barr, oraz wielu, wielu innych ludzi, zbyt licznych, by wymieniać ich tu z nazwiska, przyczyniają się świadomie lub nie do umacniania tego fałszywego wyobrażenia.
Wszyscy członkowie rodzeństwa Trumpów zostali w taki czy inny sposób okaleczeni przez mojego dziadka, który był socjopatą, i choroby mojej babki, zarówno te fizyczne, jak i psychiczne. Wuj Donald i mój ojciec Freddy wycierpieli najwięcej. By stworzyć kompletny obraz Donalda, jego psychopatologii oraz znaczenia jego dysfunkcyjnego zachowania, musimy poznać całą historię rodziny.
Od trzech lat obserwuję, jak niezliczeni eksperci, psychologowie i dziennikarze raz po raz stawiają błędne diagnozy, używając określeń w rodzaju "złośliwy narcyzm" czy "narcystyczne zaburzenie osobowości", próbując w ten sposób zrozumieć dziwaczne, a czasami autodestrukcyjne zachowanie Donalda. Owszem, mogę śmiało nazwać go narcyzem - spełnia wszystkie dziewięć kryteriów wymienionych w Diagnostycznym i statystycznym podręczniku zaburzeń psychicznych (DSM-5) - lecz takie rozpoznanie to tylko część prawdy.
Otrzymałam tytuł doktora psychologii klinicznej w Instytucie Dernera, a prowadząc badania do pracy doktorskiej, przez rok pracowałam w izbie przyjęć Manhattan Psychiatric Center, placówki państwowej, gdzie diagnozowaliśmy, ocenialiśmy stan i leczyliśmy wielu ciężko chorych pacjentów. Przez kilka lat nie tylko pracowałam jako adiunkt i uczyłam na kursach z psychologii (obejmowały takie tematy, jak: trauma, psychopatologia i psychologia rozwojowa), ale też prowadziłam terapię i badania psychologiczne pacjentów w specjalistycznym ośrodku dla osób uzależnionych.
Te doświadczenia uświadamiały mi wielokrotnie, że diagnoza nie istnieje w próżni. Czy Donald ma jakieś inne objawy, o których nie wiemy? Czy cierpi na jakieś inne zaburzenia, które w równym albo i większym stopniu tłumaczą jego zachowanie? Być może można równie śmiało dowodzić, że Donald spełnia wszystkie kryteria właściwe osobowości dyssocjalnej. To zaburzenie w swej najostrzejszej postaci uważane jest za socjopatię, ale może się również odnosić do chronicznej przestępczości, arogancji i lekceważenia praw innych ludzi. Czy towarzyszą temu jeszcze jakieś choroby współistniejące? Prawdopodobnie. Donald może również spełniać niektóre kryteria osobowości zależnej, która objawia się między innymi niezdolnością do podejmowania decyzji lub przyjmowania odpowiedzialności, lękiem przed samotnością i podejmowaniem drastycznych nawet działań zmierzających do zdobycia uznania i wsparcia innych ludzi. Czy istnieją jeszcze jakieś czynniki, które należałoby wziąć pod uwagę? Zdecydowanie. Donald może od dawna cierpieć na niezdiagnozowane trudności z uczeniem się, które przez dziesięciolecia wpływały na jego umiejętność przetwarzania i analizy informacji. Poza tym Donald podobno wypija dziennie co najmniej tuzin coli bez cukru i bardzo mało śpi. Czy cierpi na zaburzenia snu wywołane szkodliwymi substancjami, w tym wypadku kofeiną? Fatalnie się odżywia i nie ćwiczy, co może prowadzić do powstawania lub nasilania się innych zaburzeń.
Prawda jest taka, że objawy chorobowe Donalda są tak złożone, a jego zachowanie tak często niewytłumaczalne, że postawienie trafnej i wyczerpującej diagnozy wymagałoby przeprowadzenia całego zestawu badań psychologicznych i neuropsychologicznych, którym nigdy się nie podda. W tym momencie nie możemy ocenić, jak funkcjonuje na co dzień, bo jako lokator Zachodniego Skrzydła został praktycznie zinstytucjonalizowany. Właściwie Donald był odcięty od świata przez większość swojego dorosłego życia, trudno więc powiedzieć, jak - i czy w ogóle - poradziłby sobie sam w realnym świecie.
Pod koniec przyjęcia urodzinowego moich ciotek w 2017 roku, gdy ustawialiśmy się do zdjęć, widziałam, że Donald doświadcza długotrwałego stresu, z jakim nie miał do czynienia nigdy wcześniej. W miarę jak w ciągu ostatnich trzech lat przytłaczały go coraz liczniejsze obowiązki i problemy, rosła rozbieżność między poziomem fachowości niezbędnym do rządzenia krajem. Niekompetencja Donalda w niespotykanym dotąd stopniu ujawniała iluzoryczną naturę jego rzekomego geniuszu.
Do tej pory wielu z nas - choć w żadnym wypadku nie wszyscy - nie doświadczyło najgorszych skutków tych zaburzeń dzięki stabilnej gospodarce i brakowi poważnych kryzysów. Jednak pandemia COVID-19, prawdopodobieństwo kryzysu gospodarczego, podziały społeczne biegnące wzdłuż linii sporów politycznych i pogłębiające się dzięki talentowi Donalda do dzielenia ludzi oraz wyniszczająca niepewność co do przyszłych losów naszego kraju stworzyły idealne warunki dla katastrof. Nikt chyba nie może w takiej sytuacji radzić sobie gorzej niż mój wuj. Przeciwdziałanie takim katastrofom wymagałoby odwagi, siły charakteru, szacunku i pokory wobec ekspertów, przyjęcia odpowiedzialności oraz wprowadzenia odpowiednich korekt po uprzednim przyznaniu się do popełnionych błędów. Donald potrafił jednak doskonale kontrolować trudne sytuacje za pomocą kłamstw, wykrętów i zatajeń. Praktycznie zatracił tę umiejętność w obliczu tragedii, którym musimy obecnie stawiać czoła. Skandaliczny i być może świadomie nieudolny sposób, w jaki radzi sobie z obecnym kryzysem, sprawił, że jego działania podlegają ścisłej kontroli, co z kolei budzi w nim jeszcze większą agresję i chęć odwetu. Dlatego skąpi tak bardzo potrzebnych funduszy, środków ochrony osobistej i respiratorów opłacanych z publicznych pieniędzy tym stanom, których gubernatorzy nie wchodzą mu w tyłek wystarczająco głęboko.
W filmie z 1994 roku opartym na powieści Mary Wollstonecraft Shelley potwór Frankensteina mówi: "Wiem, że dla współczucia jednej istoty ludzkiej pojednałbym się ze wszystkimi innymi. Mam w sobie miłość, której tobie podobni nie potrafiliby sobie wyobrazić, i gniew, w który podobni tobie nie byliby w stanie uwierzyć. Jeśli nie zaspokoję jednego z tych uczuć, poddam się drugiemu". Nawiązując do tego cytatu, Charles P. Pierce pisał w "Esquire": "[Donald] nie zadręcza się wątpliwościami dotyczącymi tego, co tworzy wokół siebie. Jest dumny ze swojego potwora. Chlubi się jego gniewem i jego destrukcyjnymi czynami, nie mogąc wyobrazić sobie jego miłości, wierzy całym sercem w jego wściekłość. Jest Frankensteinem bez sumienia".
Ten opis pasowałby bardziej do ojca Donalda, Freda, z jedną istotną różnicą: potwór Freda - jedyne dziecko, które się dla niego liczyło - stał się niezdolny do miłości właśnie ze względu na to, jak traktował go ojciec. Ostatecznie Donald nie doświadczał miłości, choć rozpaczliwie jej pragnął. Gniew i wściekłość, które mogły rozrastać się bez przeszkód, w końcu przyćmiły wszystko inne.
Gdy Rhona Graff, wieloletnia asystentka Donalda, przysłała mnie i mojej córce zaproszenie na wieczór wyborczy Donalda w Nowym Jorku, odrzuciłam je. Nie byłabym w stanie ukryć radości przy ogłoszeniu zwycięstwa Clinton, a nie chciałam być niegrzeczna. O piątej następnego ranka, zaledwie kilka godzin po tym, jak ogłoszono zdumiewające wyniki wyborów, chodziłam po swoim mieszkaniu równie zdenerwowana jak wielu innych ludzi. Miałam jednak bardziej osobiste powody: czułam, że 62 miliony 979 tysięcy 636 wyborców postanowiło zamienić ten kraj w wersję makro mojej przerażająco dysfunkcyjnej rodziny.
W ciągu kilku miesięcy od wyborów zaczęłam kompulsywnie oglądać wiadomości i sprawdzać swoje konto na Twitterze. Byłam rozbita i niezdolna skupić się na czymkolwiek innym. Choć nic z tego, co robił Donald, nie było dla mnie zaskoczeniem, tempo i zakres działań, którymi przenosił swe najgorsze popędy na cały kraj - od kłamstw o liczebności publiki podczas inauguracji i narzekań na złe traktowanie, poprzez redukcję działań na rzecz ochrony środowiska i ataki na Affordable Care Act (czyli tzw. Obamacare) odbierające dostęp do taniej opieki zdrowotnej milionom ludzi, po rasistowskie rozporządzenie 13769 skierowane przeciw muzułmanom - po prostu mnie przytłoczyły. Niewinne na pozór drobiazgi (takie jak widok twarzy Donalda czy dźwięk mojego nazwiska wiele razy dziennie) przenosiły mnie do czasów, gdy mój ojciec marniał i umierał w obliczu okrucieństwa i pogardy ze strony mojego dziadka. Straciłam ojca, gdy miał zaledwie czterdzieści dwa lata, a ja szesnaście. Przerażenie, jakie budziło we mnie okrucieństwo Donalda, wzmagał jeszcze fakt, że to, co robił, było teraz elementem oficjalnej polityki USA i wpływało na losy milionów ludzi.
Atmosfera podziałów stworzona przez mojego dziadka w rodzinie Trumpów to środowisko, w którym Donald porusza się z ogromną swobodą. Tworzenie podziałów to również zabieg, z którego wciąż czerpie korzyści. Kosztem innych. Te działania niszczą mój kraj, tak jak niszczyły mojego ojca. Zmieniają nas, w niczym jednocześnie nie szkodząc Donaldowi. Sprawiają, że coraz trudniej przychodzi nam traktować innych z dobrocią lub wierzyć w przebaczenie, bo Donald nigdy nie potrafił zrozumieć takich ideałów. Jego administracja i partia zostały podporządkowane polityce pretensji i roszczeń. Co gorsza, Donald, który nie ma pojęcia o historii, zasadach konstytucyjnych, geopolityce czy dyplomacji (ani tak naprawdę o niczym innym) i nigdy nie musiał się wykazywać wiedzą na takie tematy, ocenia wszystkie sojusze naszego kraju i wszystkie nasze programy społeczne wyłącznie przez pryzmat pieniędzy, jak nauczył go ojciec. Koszty i zyski związane z rządzeniem analizuje się wyłącznie w kategoriach finansowych, jakby Departament Skarbu USA był jego prywatną świnką skarbonką. W jego postrzeganiu świata każdy wydany dolar to osobista strata, a każdy oszczędzony - to osobisty zysk. Jedna osoba żyjąca w nieprzyzwoitym bogactwie i przepychu, korzystająca z wszelkich mechanizmów i przywilejów władzy czerpie korzyści wyłącznie dla siebie i, warunkowo, dla swej najbliższej rodziny, swych znajomych i pochlebców. Reszta ma cierpieć ciągły niedostatek, dokładnie tak, jak działo się to w naszej rodzinie rządzonej przez dziadka.
To zadziwiające, że pomimo tak ogromnego zainteresowania mediów i tak licznych materiałów na temat Donalda, które ukazywały się w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, on sam nie stał się nigdy celem dokładniejszych badań. Choć nigdy nie brakowało żartów ani komentarzy dotyczących jego wad i dziwnego zachowania, mało kto próbował zrozumieć nie tylko to, dlaczego stał się tym, kim jest, ale i dlaczego wciąż utrzymuje się na powierzchni, mimo że popełnia błąd za błędem.
W pewnym sensie Donald zawsze był oddzielony od swoich ograniczeń czy potrzeby samodzielnego dążenia do celów i odnoszenia sukcesów. Nigdy nie wymagano od niego uczciwej pracy, a bez względu na to, jak bardzo zawodził, zawsze wynagradzano go w trudny do pojęcia sposób. Nadal jest chroniony przed własnymi porażkami w Białym Domu, gdzie grupa klakierów wychwala każdą jego wypowiedź lub kryje jego karygodne zaniedbania, normalizując je do tego stopnia, że niemal całkiem zobojętnieliśmy na coraz bardziej rażące naruszenia. Teraz jednak stawka jest nieporównanie wyższa; mówimy tu dosłownie o sprawie życia i śmierci. W odróżnieniu od wcześniejszych okresów z życia Donalda teraz - gdy zagraża nam wszystkim - nie można już kryć czy ignorować jego wad i słabości.
Choć moje ciotki i moi wujowie będą odmiennego zdania, nie piszę tej książki dla zarobku czy z chęci zemsty. Gdyby rzeczywiście kierowała mną któraś z tych pobudek, napisałabym o naszej rodzinie wiele lat temu, gdy nikt jeszcze nie mógł przypuszczać, że Donald wymieni swoją reputację nieudolnego biznesmena, który doprowadził do licznych bankructw, oraz nieistotnego gospodarza reality show na miejsce w Białym Domu. Napisałabym ją, kiedy byłoby to znacznie bezpieczniejsze, bo mój wuj nie miałby dostatecznej władzy i środków, by grozić swoim krytykom i demaskatorom. Jednak wydarzenia ostatnich trzech lat zmusiły mnie do działania. Po prostu nie mogę już dłużej milczeć. Nim ta książka wyjdzie, życie setek tysięcy Amerykanów zostanie złożone na ołtarzu pychy i celowej ignorancji Donalda. Jeśli wybiorą go na drugą kadencję, będzie to koniec amerykańskiej demokracji.
Nikt nie wie lepiej, jak Donald stał się tym, kim jest, niż jego własna rodzina. Niestety, niemal wszyscy jej członkowie zachowują milczenie, czy to ze strachu, czy przez lojalność. Mnie nic nie powstrzymuje. Prócz relacji z pierwszej ręki, które przekazuję jako córka mego ojca i jedyna bratanica mojego wuja, mogę również przedstawić swoje racje z perspektywy doświadczonego psychologa klinicznego. Zbyt wiele i nigdy dość to opowieść o najbardziej rozpoznawalnej i najpotężniejszej rodzinie na świecie. I jestem jedynym jej członkiem gotowym przedstawić tę opowieść.
Mam nadzieję, że dzięki tej książce przestanie się mówić o "strategiach" i "programach" Donalda, jakby rzeczywiście działał według jakichś konkretnych zasad czy koncepcji. Nie działa. Ego Donalda było i jest kruchą, marną barierą między nim samym a realnym światem. Dzięki pieniądzom i władzy swego ojca nigdy nie musiał pokonywać tej granicy sam. Donald zawsze musiał utrwalać fikcję, którą stworzył mój dziadek - że jest silny, inteligentny i wyjątkowy - gdyż stawienie czoła prawdzie byłoby dla niego zbyt przerażające, by nawet brać taką ewentualność pod uwagę.
Donald, realizując wolę mego dziadka przy współudziale lub milczącej bierności pozostałych członków rodziny, zniszczył mojego ojca. Nie mogę pozwolić, by zniszczył też mój kraj.