Zdrowie bez wymówek - Tadeusz Oleszczuk

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
.

Kiedy spo­ty­kam się z róż­nymi spe­cja­li­stami: ge­ne­ty­kiem, on­ko­lo­giem, dia­be­to­lo­giem, or­to­pedą, neu­ro­lo­giem, pe­dia­trą czy oku­li­stą, psy­chia­trą lub kar­dio­lo­giem, to za­wsze roz­ma­wia­jąc o zdro­wiu, do­cho­dzimy do tego, że klu­czowo ważny jest styl ży­cia pa­cjenta. Każdy spe­cja­li­sta, mó­wiąc o za­le­ce­niach, zwraca więc uwagę na je­dze­nie, na ak­tyw­ność fi­zyczną czy ogra­ni­cze­nie stresu. Nie­stety sys­tem me­dy­cyny za­chod­niej sta­wia le­ka­rza spe­cja­li­stę na ścieżce cho­rego do­piero wtedy, gdy ten jest już obo­lały, trzeba szybko po­sta­wić roz­po­zna­nie, nadać nu­meru ICD-11 i roz­po­cząć sche­mat le­cze­nia. Czyli: le­karz po­ja­wia się w mo­men­cie, kiedy ob­jawy są do­kucz­liwe. To raz. Dwa, że każdy spe­cja­li­sta od­po­wiada za swoją spe­cja­li­za­cję, za pracę okre­ślo­nego na­rządu czy układu. Nie ma ta­kiej prak­tyki, aby spe­cja­li­sta pa­trzył ca­ło­ściowo. Je­śli kar­dio­log ma wąt­pli­wo­ści co do pracy układu ner­wo­wego, to od­syła do spe­cja­li­sty neu­ro­loga. Ten prosi o kon­sul­ta­cję oku­li­stę, aby oce­nił stan na­czyń krwio­no­śnych mó­zgu. Je­śli są ce­chy nad­ci­śnie­nia - wy­sy­łamy do le­ka­rza le­czą­cego nad­ci­śnie­nie. Ale kto ma po­łą­czyć wszyst­kie kropki ra­zem? Kto po­pa­trzy z góry na cały or­ga­nizm, który jest skom­pli­ko­wa­nym, ale jed­nym ukła­dem sca­lo­nym?

Od po­czątku, czyli snop świa­tła na mi­to­chon­dria

Po­czą­tek ży­cia to po­je­dyn­cza ko­mórka ze swoim ją­drem, cy­to­pla­zmą i za­si­la­niem, czyli mi­to­chon­drium. Jego pa­li­wem jest glu­koza. To ona jest pod­sta­wo­wym po­kar­mem, do­star­czy­cie­lem ener­gii po­trzeb­nej do dzia­ła­nia każ­dej ko­mórce. To ona po­zwala na utrzy­ma­nie sta­ło­ści rów­no­wagi elek­tro­li­to­wej i sta­bil­no­ści błon ko­mór­ko­wych. To dzięki niej ko­mórka może spraw­nie dzia­łać i speł­niać swoją rolę, czyli two­rzyć tkanki, z któ­rych na­stęp­nie po­wstają na­rządy. Na­rządy z ko­lei bu­dują całe sys­temy - choćby ta­kie jak układ krą­że­nia, po­kar­mowy, ner­wowy czy hor­mo­nalny. Żeby cały or­ga­nizm mógł pra­wi­dłowo funk­cjo­no­wać, musi mieć do­star­czaną ener­gię plus ma­te­riał bu­dul­cowy ko­mó­rek. Czyli to, co za­wiera się w de­fi­ni­cji żyw­no­ści. Jest to bar­dzo ważne w kon­tek­ście zro­zu­mie­nia ho­li­stycz­nego oglądu zdro­wia. Żyw­ność to są sub­straty, które mogą być wy­ko­rzy­stane do po­wsta­wa­nia ener­gii lub do two­rze­nia tka­nek. Dzięki niej ro­śniemy, roz­wi­jamy się, mo­żemy żyć długo i szczę­śli­wie. Kło­pot w tym, że "żyw­ność", któ­rej po­trze­bują na­sze ciała, po­woli prze­staje się po­kry­wać z tym, co pod na­zwą "żyw­ność" przy­go­to­wują nam jej pro­du­cenci. Wejdźmy do do­wol­nego du­żego sklepu. Co­raz czę­ściej jest w nim wy­dzie­lony mały re­gał, opi­sany jako "żyw­ność zdrowa". Całą po­zo­stałą roz­le­głą po­wierzch­nię zaj­muje żyw­ność inna. Jaka? Skoro nie na­leży do zbioru "zdrowa"? Po­pa­trzmy na nią. Dłu­gie półki wy­peł­niają pro­dukty wy­so­ko­prze­two­rzo­nych pro­duk­tów, z za­twier­dzo­nymi przez FDA po­nad 10 ty­sią­cami do­dat­ków. Na mar­gi­ne­sie: w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku były do­pusz­czone do uży­cia, uwaga: 174 do­datki do żyw­no­ści. Dziś nie tylko są licz­niej­sze, ale też pro­cen­towo do­daje się ich znacz­nie wię­cej niż kie­dyś. Bywa, że ilość sztucz­nego do­datku prze­wyż­sza za­war­tość war­to­ścio­wych skład­ni­ków da­nego pro­duktu, jego bia­łek, tłusz­czów czy wę­glo­wo­da­nów. Czy je­śli pro­dukt składa się z nie­mal sa­mych syn­te­tycz­nych do­dat­ków czy wy­peł­nia­czy, można go jesz­cze na­zy­wać po­kar­mem? Skoro nie "karmi"? Nie pro­wa­dzi do po­wsta­wa­nia ener­gii? Kło­pot w tym, że co­raz czę­ściej nie tylko nic nie daje, ale jesz­cze za­biera. Blo­kuje en­zymy mi­to­chon­drialne, przy­czy­nia­jąc się do po­gor­sze­nia pracy mi­to­chon­driów, do za­bu­rzeń funk­cji ko­mórki, a osta­tecz­nie do jej śmierci.

A my taką "żyw­ność" jemy każ­dego dnia. Nie­rzadko ki­lo­gra­mami.

Co­raz czę­ściej można prze­czy­tać na przy­kład, że zwięk­szona zo­stała za­war­tość ja­kie­goś do­pusz­czal­nego skład­nika tok­sycz­nego. Czyli stwier­dzono jego tok­sycz­ność, ale ktoś uznał, że w ma­leń­kiej dawce nie sta­nowi za­gro­że­nia. Tyle że po pierw­sze, skoro jest tok­syczna, to zna­czy, że może szko­dzić. Czyli gdy zjemy jedną paczkę, to nic nam nie bę­dzie. Co jed­nak się sta­nie, je­śli się­gniemy po dwie? Co, je­śli paczkę z "nie­wielką ilo­ścią tru­ci­zny" bę­dzie zja­dało na­sze dziecko co­dzien­nie w szkole. Sie­dem w ty­go­dniu, 20 pa­czek z tru­ci­zną w mie­siącu. Czy na pewno mo­żemy być spo­kojni? Po dru­gie: nikt nie bada - bo też i trudno to okre­ślić - jak za­działa mie­sza­nina róż­nych ta­kich związ­ków tok­sycz­nych. W końcu poza kon­kretną paczką z jed­nym skład­ni­kiem dziecko ma jesz­cze inne "przy­smaki" pod ręką plus syn­te­tyczne na­poje, gumy do żu­cia itd. Poza wszyst­kim co­raz czę­ściej do żyw­no­ści tra­fia nie je­den "po­lep­szacz", ale kilka, dla za­pew­nie­nia ca­łej gamy po­żą­da­nych efek­tów. Prze­mysł spo­żyw­czy jest bo­wiem żywo za­in­te­re­so­wany tym, aby sprze­da­wać jak naj­wię­cej swo­ich wy­ro­bów. Że­by­śmy wra­cali po nie - bo cie­szą oko, są pyszne, wy­godne, nie psują się szybko, bo mają długi ter­min waż­no­ści, dzięki czemu można je trzy­mać i mie­siąc w roz­grza­nym sa­mo­cho­dzie. Trudno się dzi­wić pro­du­cen­tom, że ro­bią co mogą, aby zwięk­szyć sprze­daż (wszy­scy mamy ro­dziny na utrzy­ma­niu, ma­rze­nia o więk­szych do­mach, lep­szych au­tach), w związku z czym się­gają po co­raz bar­dziej wy­szu­kane do­datki che­miczne. W końcu czemu nie, są do­zwo­lone przez prawo.

Jakby tego było mało - ko­lejna rzecz, którą so­bie warto uświa­do­mić - za­biegi "uspraw­nia­nia" pro­duk­tów spo­żyw­czych dzieją się na każ­dym eta­pie ich po­wsta­wa­nia. Przyj­rzyjmy się do­wol­nemu pro­duk­towi, na przy­kład mię­snemu, ulu­bio­nym kieł­ba­skom na­szego dziecka. Ich "uche­micz­nia­nie" za­czyna się na eta­pie uprawy pa­szy, jaka zo­staje po­dana zwie­rzę­tom. Jest "sy­pana", żeby jej zbiory były oka­załe, wolne od chwa­stów i nie­usz­ko­dzone przez pa­so­żyty czy gry­zo­nie. Po czym znowu jest sy­pana, żeby ją za­bez­pie­czyć przed ze­psu­ciem, za­ple­śnie­niem już po ze­bra­niu, na przy­kład pod­czas ma­ga­zy­no­wa­nia. Da­lej: także zwie­rzęta prze­zna­czone na ubój do­stają leki, hor­mony czy an­ty­bio­tyki, żeby szyb­ciej ro­sły, na­bie­rały ciała i nie cho­ro­wały. Po­tem mamy etap pro­duk­cji mięsa, a po­tem wy­ro­bów z niego. Tu za­czyna się pro­ces ko­lej­nych do­dat­ków - kon­ser­wan­tów, upięk­sza­czy, po­lep­sza­czy kon­sy­sten­cji, smaku, za­pa­chu, ko­loru. Na ko­niec je­ste­śmy ob­da­ro­wy­wani jesz­cze mi­kro­pla­sti­kiem po­cho­dzą­cym z opa­ko­wań, w tym związ­kami ta­kimi jak bis­fe­nol, je­śli przyj­dzie nam do głowy pod­grze­wać w ku­chence mi­kro­fa­lo­wej kieł­ba­ski w ich skle­po­wym opa­ko­wa­niu. Zsu­mujmy: na każ­dym eta­pie do­da­wane są nowe sub­stan­cje syn­te­tyczne, które mają zwięk­szyć szanse pro­duktu na to, że go wy­bie­rzemy. Trudno się dzi­wić, że już są wszę­dzie. Na­prawdę wszę­dzie: na­wet we krwi pę­po­wi­no­wej ssa­ków na An­tark­ty­dzie stwier­dza się obec­ność pla­stiku. Każda osoba na świe­cie nosi w so­bie 0,5 proc. pla­stiku, bo sto­so­wany po­wszech­nie prze­do­staje się do wód grun­to­wych, po­wie­trza. Syn­te­tyki mamy nie tyko w je­dze­niu, pi­ciu, w le­kach, ale i w ko­sme­ty­kach, ja­kimi się my­jemy czy na­kła­damy na sie­bie i cze­kamy, aż się wchłoną - czyli prze­do­staną do krwi i wraz z jej krą­że­niem do­trą do wą­troby. Wiele z tych związ­ków, z któ­rymi kon­takt mamy każ­dego dnia o każ­dej po­rze, za­bu­rza na­tu­ralną pracę na­szych hor­mo­nów, po­bu­dza na przy­kład re­cep­tory ko­mó­rek tucz­nych, pro­wa­dząc do gro­ma­dze­nia się tłusz­czu, czyli roz­ro­stu tkanki tłusz­czo­wej.

Czy żyw­ność wy­so­ko­prze­two­rzona ma ja­kieś do­bre strony? Ow­szem. Jest ła­twa do zje­dze­nia, bo go­towa - wy­star­czy wy­jąć z opa­ko­wa­nia i pro­szę bar­dzo, mamy po­si­łek. Przez do­da­tek spe­cjal­nych sub­stan­cji bywa na­wet bar­dzo ape­tyczny, po­bu­dza ośro­dek na­grody, spra­wia przy­jem­ność. Tyle że to oszu­ki­wa­nie mó­zgu, który uf­nie przyj­muje, że coś, co ak­cep­tują oko, nos i ję­zyk, to do­bry po­karm dla ca­łego ciała. Poza tym taka żyw­ność jest sze­roko do­stępna - na­wet 75 proc. tego, co mamy w skle­pach na pół­kach, to je­dze­nie śmie­ciowe. Świat nam je wręcz pod­tyka pod nos - można je zna­leźć w każ­dym osie­dlo­wym skle­piku, au­to­ma­cie, na sta­cji ben­zy­no­wej. A przez to, że żyw­ność wy­so­ko­prze­two­rzona jest pro­du­ko­wana prze­my­słowo, jest ta­nia i jest to jej nie­za­prze­czalny plus. A tak na­prawdę wielki mi­nus. Bo ow­szem, względ­nie mało za nią za­pła­cimy w skle­pie. Ale już nie u le­ka­rza czy w ap­tece, gdy przyj­dzie nam po­no­sić kon­se­kwen­cje jej re­gu­lar­nego spo­ży­wa­nia.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
.

Każ­dego dnia do­staję dzie­siątki wia­do­mo­ści, SMS-ów, ma­ili, te­le­fo­nów od dziew­czyn, które dały się za­pro­sić do tej ho­li­stycz­nej po­dróży. Po­łą­czyły fakty i pod­jęły de­cy­zje o zmia­nie na­wy­ków. Po­czuły, że to, o czym mó­wię i pi­szę, ma sens. Od lat dzielę się wie­dzą, po­cho­dzącą z za­wo­do­wej, le­kar­skiej prak­tyki, ale też z wie­dzy na­uko­wej, śle­dze­nia ba­dań, któ­rych wy­niki ide­al­nie się z moim do­świad­cze­niem po­kry­wają. Ten ze­staw po­zwala mi pro­po­no­wać ta­kie roz­wią­za­nia, które dają re­alną po­prawę zdro­wia mo­ich pa­cjen­tek (oraz co­raz licz­niej­szych pa­cjen­tów!). Za­wsze kie­ruję się do­brem dru­giego czło­wieka, które jest dla mnie cen­niej­sze niż wła­sny kom­fort czy wy­goda re­ali­za­cji pro­ce­dur me­dycz­nych. Sta­ram się zro­zu­mieć przy­czyny scho­rzeń, po nitce do kłębka dojść do po­czątku zdro­wot­nego pro­blemu. Py­tam "ale dla­czego?" tak długo, aż do­trę do "a, dla­tego!". Nie uczą tego na stu­diach me­dycz­nych, uczy ży­cie. I ja już wiem, że źró­dło cho­roby naj­czę­ściej tkwi w na­szych co­dzien­nych prak­ty­kach i w za­nie­cha­niach. Zna­jąc je - wtedy i tylko wtedy! - mogę po­móc wyjść z pro­ble­mów ze zdro­wiem. Nie: za­tu­szo­wać do­le­gli­wość na chwilę, a po­zbyć się jej na do­bre.

Dzię­kuje za od­po­wiedź. Moja mama zmarła na raka piersi, ja re­gu­lar­nie ba­dam piersi, ro­bię cy­to­lo­gię, ba­da­nia krwi, ale ni­gdy nie po­my­śla­łam, żeby do tego zba­dać tar­czycę (USG z oceną ob­ję­to­ści w mi­li­li­trach). Nie spo­tka­łam na swo­jej dro­dze le­ka­rza z po­dej­ściem ho­li­stycz­nym, który by mi to po­wie­dział. Cie­szę się, że za­ło­ży­łam konto na In­sta­gra­mie i że za­czę­łam słu­chać Pana Dok­tora. Mam tylko na­dzieję, że nie jest za późno. Po­zdra­wiam.

Po­wiem Panu, że sto­suję się do diety i za­uwa­ży­łam, że już nie boli mnie w ogóle głowa i bu­dzę się w końcu wy­po­częta. Prze­sy­piam całą noc, a nie jak wcze­śniej mia­łam pięć po­bu­dek. Dzię­kuję.

Dok­to­rze, sie­dem mie­sięcy temu cał­ko­wi­cie prze­sta­wi­łam dietę i wy­eli­mi­no­wa­łam wszystko to, co Pan wska­zał, a co - sama te­raz wi­dzę - nie słu­żyło mi. Dziś mogę po­wie­dzieć, że tak do­brego sa­mo­po­czu­cia to nie mia­łam ni­gdy. Je­stem pełna ener­gii i siły do pracy. Je­stem ogrom­nie wdzięczna za to, że na dro­dze do le­cze­nia tar­czycy Pan się po­ja­wił. Dzię­kuję bar­dzo.

Pa­nie dok­to­rze, od­sta­wi­łam glu­ten i już dwa mie­siące su­per się czuję. Dzię­kuję.

Sza­nowny Pa­nie Dok­to­rze! Na po­czątku chcia­ła­bym ser­decz­nie po­dzię­ko­wać za wszyst­kie tre­ści, które umiesz­cza Pan w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych oraz w swo­ich książ­kach. To nie­sa­mo­wite, jak wiele osób znaj­duje w nich in­spi­ra­cję i wie­dzę po­trzebną do zmiany swo­jego ży­cia. Dla mnie Pana książki stały się praw­dzi­wym prze­wod­ni­kiem i im­pul­sem do zmiany stylu ży­cia oraz po­dej­ścia do wła­snego zdro­wia. Cho­ro­wa­łam na en­do­me­triozę głę­boko na­cie­ka­jącą mię­dzy ma­cicą a od­by­tem. Po po­sta­wie­niu dia­gnozy by­łam prze­ra­żona, czu­łam się bez­radna. Nie mia­łam wyj­ścia - zde­cy­do­wa­łam się na cał­ko­witą zmianę stylu ży­cia. Wpro­wa­dzi­łam prze­ciw­za­palną dietę, pra­co­wa­łam nad emo­cjami, sto­so­wa­łam su­ple­men­ta­cję, zioła i oczysz­cza­nie or­ga­ni­zmu. To była ciężka praca, która trwała trzy lata, ale wy­niki ba­dań po tym cza­sie wy­ka­zały, że en­do­me­trioza cał­ko­wi­cie znik­nęła. Ta wia­do­mość była dla mnie ogrom­nym prze­ło­mem. Nie tylko przy­nio­sła ulgę, ale także za­in­spi­ro­wała mnie do głęb­szego dba­nia o sie­bie i roz­wi­ja­nia wie­dzy o zdro­wiu. Wkrótce po tym za­szłam bez pro­blemu w ciążę, a dwa lata póź­niej po raz ko­lejny. To, co le­ka­rze okre­ślali jako mało praw­do­po­dobne, stało się dla mnie rze­czy­wi­sto­ścią. A to wszystko dzięki de­ter­mi­na­cji i świa­do­mej pracy nad swoim cia­łem i umy­słem. Chcia­ła­bym kon­ty­nu­ować tę po­dróż i zgłę­biać wie­dzę, szcze­gól­nie w ob­sza­rze hor­mo­nów oraz zdro­wia je­lit, które - jak wiem - są fun­da­men­tem na­szego zdro­wia. Raz jesz­cze dzię­kuję za to, co Pan robi, Pana praca in­spi­ruje i wspiera wiele osób. Ży­czę wszyst­kiego do­brego i ser­decz­nie po­zdra­wiam.

Od kiedy nie jem na­biału, glu­tenu, cu­kru i nie piję so­ków owo­co­wych anty TG spa­dły z 57 do 5,8. Dzię­kuję, Pa­nie Dok­to­rze, za wie­dzę, którą Pan nam prze­ka­zuje.

Mam nie­do­czyn­ność tar­czycy i ha­shi­moto od kilku lat. Mam też tor­biele w pier­siach - i co sły­szę od mo­jego en­do­kry­no­loga? Ow­szem: "Taka pani uroda". Mam tych tor­bieli tyle, że piersi mi pę­kają. Na USG jest ich mnó­stwo. Po­ja­wia się też ko­lejny pro­blem - leu­ko­cyty we krwi na po­zio­mie 2,8-2,9. He­ma­to­log stwier­dza, że wszystko jest ok, że może lekka ane­mia, ale umywa ręce. "Ma pani ob­fite mie­siączki, pro­szę iść do gi­ne­ko­loga". Gi­ne­ko­log mówi, że ten typ tak ma i że "pro­szę iść do ga­stro­en­te­ro­loga". Po­szłam. Zro­bił ga­stro­sko­pię. Wy­szło, że ko­smki je­li­towe są małe i praw­do­po­dob­nie jest to ce­lia­kia. Zro­biono prze­ciw­ciała - nie wy­szła ce­lia­kia. Matko ko­chana, od Iwana do po­gana, i da­lej nic. Leu­ko­cyty 2,9 od kilku lat, tor­bieli co­raz wię­cej, ane­mia się po­wta­rza, w okre­sie mam dru­giego dnia fon­tannę, a piersi pę­kają. O huś­tawce na­stro­jów na­wet nie wspo­mnę. A en­do­kry­no­log pa­trzy na TSH i stwier­dza, że jest w nor­mie, więc dawki Eu­thy­roxu nie trzeba pod­wyż­szać.

Dzień do­bry, Dok­to­rze! Tra­fi­łam na Pana Tik­Toka i słu­cha­jąc Pana, za­czę­łam łą­czyć kropki (moje złe sa­mo­po­czu­cie, nie­od­po­wied­nia dieta, nie­do­czyn­ność tar­czycy i inne) i za­czę­łam współ­pracę z die­te­ty­kiem. Oka­zało się, że mam in­su­li­no­opor­ność, moja fer­ry­tyna była tra­gicz­nie ni­ska, tak samo po­ziom wi­ta­miny D... Długo by opo­wia­dać. Po kilku mie­sią­cach sto­so­wa­nia diety, su­ple­men­ta­cji, wska­zó­wek rów­nież z Pań­skich Tik­To­ków, moje ży­cie to­tal­nie się od­mie­niło. Nie wiem, czy to Pan od­czyta, ale dzię­kuję za Pana dzia­łal­ność w in­ter­ne­cie!

Dzień do­bry, Pa­nie Dok­to­rze. Tra­fi­łam na Pana filmy w kwiet­niu tego roku, kiedy na wi­zy­cie kon­tro­l­nej do­wie­dzia­łam się, że mam mię­śniaka 1,5 cm. Mam 47 lat. Mój le­karz, gdy go za­py­ta­łam, dla­czego tak, skąd mi się ten mię­śniak wziął, tylko wzru­szył ra­mio­nami i po­wie­dział: "A co ja, wróżka?". Sama za­czę­łam szu­kać, w głębi sa­mej sie­bie. Zro­bi­łam tzw. on­ko­pa­kiet, zba­da­łam tar­czycę, prze­czy­ta­łam wszyst­kie Pana książki. Dziś nie jem na­biału, cu­kru i psze­nicy. Schu­dłam 14 kg (do te­raz, a mamy li­sto­pad), za­sto­so­wa­łam wszyst­kie po­rady z Pana ksią­żek. Pa­nie Dok­to­rze: ja przez 28 lat mia­łam mi­greny. Dziś ich nie mam. Czuję się do­brze. Ko­biety, ko­le­żanki py­tają, co ta­kiego zro­bi­łam. Wszyst­kim mó­wię o Pana książ­kach i wszyst­kim po­le­cam. Wspa­niały le­karz. Dzię­kuję.

Jak się wziąć za sie­bie? Na­ma­wiam, aby naj­pierw po­znać me­cha­ni­zmy zdro­wia, zgod­nie z naj­now­szymi da­nymi na­uko­wymi. Na­stęp­nie okre­ślić, ja­kie mamy po­trzeby i ocze­ki­wa­nia wo­bec ciała, umy­słu i du­cha. Po­tem wy­ko­najmy ba­da­nia i przyj­rzyjmy się ich wy­ni­kom. I z nimi, jak z kom­pa­sem, wy­bierzmy naj­lep­szą dla nas drogę po­stę­po­wa­nia.

UWAGA

książka ta nie jest po­rad­ni­kiem me­dycz­nym i nie za­stąpi kon­taktu z le­ka­rzem. Jest pod­po­wie­dzią, gdzie szu­kać przy­czyn i ja­kie mogą być roz­wią­za­nia, aby żyć co­raz dłu­żej w do­brym zdro­wiu, w spraw­no­ści fi­zycz­nej, psy­chicz­nej, spo­łecz­nej (re­la­cje mię­dzy­ludz­kie są dla zdro­wia ogrom­nie ważne). Wszyst­kiego tego uczymy się sami, o ile je­ste­śmy otwarci na nowe do­świad­cze­nia. Za­wsze jed­nak ła­twiej jest po­ru­szać się i omi­jać pu­łapki czy ślepe za­ułki, kiedy mamy prze­wod­nika. A zro­zu­mie­nie, że nikt za nas nie na­prawi na­szego zdro­wia, to po­czą­tek drogi. Cu­dow­nej drogi.