Zdrowie i sprawność. Zmień swoje życie w 3 tygodnie - Dr William Davies

Kup ebooka

39.90 zł
33.48 zł (33,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wiele osób zmaga się z róż­nymi nie­do­sko­na­ło­ściami syl­wetki. Obwi­sła skóra na ramio­nach, masywne bio­dra, boczki, podwójny pod­bró­dek, tłuszcz nagro­ma­dzony na brzu­chu albo wyle­wa­jący się z fotela, bie­li­zna wyszczu­pla­jąca, która ści­ska wypu­kło­ści ciała w jed­nym miej­scu, powo­du­jąc powsta­wa­nie nie­chcia­nych fałd w innym. To nie wstyd z powodu ciała, ale pełna kon­fron­ta­cja z tym, czego doświad­cza wielu z nas w naszym spo­łe­czeń­stwie. Któż nie zma­gał się z jakąś formą nie­po­żą­da­nych defek­tów lub krą­gło­ści swo­jego ciała? Dla wielu ludzi walka z róż­nymi pro­ble­mami z syl­wetką stała się normą. Nie­stety dla pokaź­nej ich liczby koń­czy się prze­graną. Leka­rze czę­sto wska­zują, że pro­blemy z cia­łem są uwa­run­ko­wane gene­tycz­nie. Zale­cają wię­cej ruchu i ogra­ni­cze­nie jedze­nia. Die­te­tycy zachę­cają do "odsu­nię­cia tale­rza" albo "spo­ży­wa­nia w ciągu dnia małych por­cji co dwie godziny". Media, cele­bryci i influ­en­ce­rzy, branża die­te­tyczna i wciąż zmniej­sza­jąca się liczba osób szczu­płych wpę­dzają w poczu­cie winy, zarzu­ca­jąc brak sil­nej woli, obżar­stwo lub brak kon­troli. Żadna z tych rze­czy nie jest jed­nak prawdą -?sta­li­śmy się ofia­rami nie­praw­dzi­wych infor­ma­cji, błęd­nych inter­pre­ta­cji lub nie­słusz­nych rad.

Branża far­ma­ceu­tyczna kusi szyb­kimi roz­wią­za­niami -?zastrzy­kami mają­cymi wyeli­mi­no­wać uczu­cie głodu -?nie infor­mu­jąc, że albo będziemy musieli sto­so­wać ten lek do końca życia, pono­sząc znaczne koszty zdro­wotne i finan­sowe, albo wró­cimy do daw­nej wagi, czego następ­stwem będzie dra­ma­tyczne pogor­sze­nie zdro­wia. Nie­unik­nione ponowne przy­bie­ra­nie na wadze stwa­rza ryzyko roz­woju cukrzycy typu 2 i innych czę­sto spo­ty­ka­nych pro­ble­mów zdro­wot­nych. W książce Zdro­wie i spraw­ność wyja­śnię, w jaki spo­sób i dla­czego po odsta­wie­niu leków ponowne przy­bra­nie na wadze jest gwa­ran­to­wane. Dzieje się tak, ponie­waż więk­szość począt­kowo utra­co­nych kilo­gra­mów jest wyni­kiem zmniej­sze­nia się masy mię­śnio­wej. To zja­wi­sko, poznane dzięki naj­now­szym osią­gnię­ciom nauki, spra­wia, że tłuszcz zawsze powraca, nawet jeśli utrzy­mamy styl życia obej­mu­jący ści­słe ogra­ni­cze­nie liczby spo­ży­wa­nych kalo­rii i ćwi­cze­nia. To samo doty­czy reduk­cji masy ciała uzy­ska­nej dzięki wyrze­cze­niom zwią­za­nym ze zmniej­sze­niem liczby spo­ży­wa­nych kalo­rii czy nawet ope­ra­cji baria­trycz­nej: masa tkanki tłusz­czo­wej powraca, ponie­waż spa­dek wagi wyni­kał z utraty masy mię­śnio­wej. Mimo to więk­szość kon­wen­cjo­nal­nych metod reduk­cji masy ciała w żaden spo­sób nie odnosi się do głów­nego pro­blemu, jakim jest masa mię­śniowa, przez co powrót do poprzed­niej wagi wynika z przy­ro­stu masy tłusz­czu, co spra­wia, że po tym wszyst­kim stan zdro­wia jest gor­szy niż na początku.

W tej książce nie zaj­muję się kry­ty­ko­wa­niem syl­wetki. Moim celem jest pomoc w zro­zu­mie­niu, dla­czego mamy wła­śnie taką syl­wetkę i skład masy ciała, a jeśli nie jeste­śmy z tego zado­wo­leni, to co możemy z tym zro­bić -?łatwo, od razu, szybko, natu­ral­nie i niskim kosz­tem. Jak suge­ruje tytuł książki, zapro­po­nuję plan, który pomoże odzy­skać utra­coną masę mię­śniową i spa­lić zbędny tłuszcz. Ta metoda nie wymaga licze­nia kalo­rii ani "punk­tów" -?spra­wia­ją­cego, że wciąż zma­gamy się z wil­czym gło­dem. Nie pro­po­nuje leków zmniej­sza­ją­cych ape­tyt, po któ­rych odczu­wamy mdło­ści, ani ope­ra­cji baria­trycz­nych, któ­rych skut­kiem są defekty ana­to­miczne. Nie wymaga też ope­ra­cji pla­stycz­nych pole­ga­ją­cych na odsy­sa­niu tłusz­czu z bio­der i poślad­ków ani zabie­gów ultra­dź­wię­kami, mają­cych na celu zmniej­sze­nie podwój­nego czy potrój­nego pod­bródka. Nie wyko­rzy­stuje apli­ka­cji na tele­fon, które napo­mi­na­łyby nas w chwi­lach sła­bo­ści i karały za zje­dze­nie cze­goś wię­cej, niż prze­wi­duje norma. Metoda, którą opi­szę, polega na odbu­do­wa­niu ele­men­tów, które miały towa­rzy­szyć nam w życiu, dopóki nie znisz­czyły ich współ­cze­sne wyna­lazki, takie jak anty­bio­tyki, dodatki do żyw­no­ści, leki i zale­ce­nia die­te­tyczne, które namie­szały w tej całej sytu­acji, pozo­sta­wia­jąc nas z pyta­niem, co, u dia­bła, się stało, i z nie­po­wo­dze­niem w poszu­ki­wa­niu lep­szych roz­wią­zań. Obej­dziemy pro­blemy towa­rzy­szące kon­wen­cjo­nal­nym meto­dom reduk­cji masy ciała, które w ogóle nie odno­szą się do nie­unik­nio­nej utraty masy mię­śnio­wej przy­czy­nia­ją­cej się do skró­ce­nia życia. Tak, do skró­ce­nia życia.

Jesz­cze nie­dawno ludzie zadrę­czali się pro­ble­mami zwią­za­nymi z wyglą­dem, na który mają nie­wielki lub zerowy wpływ: ze zbyt dużym nosem odzie­dzi­czo­nym po rodzi­cach, z sze­ro­kimi sto­pami nie­miesz­czą­cymi się w wąskim obu­wiu, z trud­nymi do ujarz­mie­nia krę­co­nymi wło­sami po irlandz­kich przod­kach ze strony matki. W miej­sce tych nieco dzi­wacz­nych zmar­twień wręcz epi­de­micz­nie poja­wił się cały sze­reg zupeł­nie nowych, nie­uwa­run­ko­wa­nych gene­tycz­nie pro­ble­mów zwią­za­nych z budową ciała.

Wia­domo, że ludzie mają różne syl­wetki i postury, które prze­szły prze­dziwną trans­for­ma­cję. To zja­wi­sko jest w dużej mie­rze spe­cy­ficzne dla ostat­niego pół­wie­cza. W latach sześć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku nie było roz­miaru XXXL, a paski zazwy­czaj nie musiały obej­mo­wać obwodu talii prze­kra­cza­ją­cego 90 cen­ty­me­trów. Zale­d­wie dwa poko­le­nia wstecz kil­ka­na­ście kilo­gra­mów nad­wagi ozna­czało, że dana osoba była naj­cięż­sza w gru­pie przy­ja­ciół, sąsia­dów czy współ­pra­cow­ni­ków. Obec­nie jest to ponad 40, a nawet 90 kilo­gra­mów. Widać to wokół: ludzie nie są w sta­nie się schy­lić, aby zawią­zać sznu­rówki butów, mają pro­blem z wej­ściem na pierw­sze pię­tro, pod­czas zaku­pów poru­szają się mię­dzy alej­kami na wózku zaku­po­wym z mecha­nicz­nym napę­dem.

Ame­ry­kań­skie Cen­tra Kon­troli i Pre­wen­cji Cho­rób (CDC) śle­dzą te trendy. Według naj­now­szych danych, obej­mu­ją­cych rok 2021 (ska­ta­lo­go­wa­nych w cza­sie pisa­nia tej książki), 42 pro­cent Ame­ry­ka­nów osią­gnęło wskaź­nik masy ciała BMI z prze­działu wska­zu­ją­cego na oty­łość. BMI jest miarą sto­sunku masy ciała do wzro­stu (pod­nie­sio­nego do dru­giej potęgi -?przyp. tłum.), a war­tość 30 lub więk­sza ozna­cza oty­łość. Ponie­waż pro­blemy z oty­ło­ścią przy­bie­rają na sile, leka­rze wpro­wa­dzili nowe poję­cie "oty­ło­ści olbrzy­miej" (albo III stop­nia) odno­szące się do osób o wskaź­niku BMI prze­kra­cza­ją­cym 40, jed­nak nie wymy­ślili jesz­cze okre­śleń dla wskaź­nika BMI wyno­szą­cego 50, 60 lub nawet wię­cej. Ciało współ­cze­snego czło­wieka, niczym prze­peł­nione wysy­pi­sko nie­mo­gące pomie­ścić wciąż napły­wa­ją­cych odpa­dów, nie może zna­leźć miej­sca dla nad­miaru tkanki tłusz­czo­wej, two­rząc dziwne, nie­spo­ty­kane wcze­śniej wypu­kło­ści i złogi tłusz­czu na sercu, kola­nach, bio­drach, trzu­stce, ner­kach, mię­śniach. Sło­wem: wszę­dzie. Gro­ma­dzący się w róż­nych nie­ty­po­wych miej­scach tzw. tłuszcz ekto­powy jest zja­wi­skiem przy­śpie­sza­ją­cym dege­ne­ra­cję tych orga­nów. Leka­rze ruszają cho­rym na ratu­nek, prze­pi­su­jąc leki i ordy­nu­jąc różne pro­ce­dury medyczne, udzie­lają porad die­te­tycz­nych nie­przy­no­szą­cych pozy­tyw­nych efek­tów, ale ni­gdy nie odno­szą się do przy­czyn źró­dło­wych. Załóżmy, że męż­czy­zna ma wskaź­nik BMI wyno­szący 51, waży 160 kilo­gra­mów przy wzro­ście 176 cen­ty­me­trów i pod­daje się ope­ra­cji baria­trycz­nej. Reduk­cja masy ciała jest impo­nu­jąca -?35 kilo­gra­mów. Jed­nak nawet przy tej nowej wadze 125 kilo­gra­mów BMI wynosi 40, a więc na­dal mie­ści się w zakre­sie odpo­wia­da­ją­cym oty­ło­ści olbrzy­miej. Kon­wen­cjo­nal­nych "roz­wią­zań" w zakre­sie reduk­cji masy ciała nie można uznać za wła­ściwe. Tak jak wiele innych for­teli sto­so­wa­nych we współ­cze­snej opiece zdro­wot­nej i far­ma­cji, sta­no­wią jedy­nie tym­cza­sowe i nie­pełne środki zarad­cze dla znacz­nie więk­szego pro­blemu. W rze­czy­wi­sto­ści pro­blemy te łatwo ziden­ty­fi­ko­wać i roz­wią­zać po odrzu­ce­niu stan­dar­do­wego podej­ścia do leków i pro­ce­dur sto­so­wa­nych w róż­nych sytu­acjach zdro­wot­nych.

Czyż jako spo­łe­czeń­stwo nie popa­damy w gnu­śność, leni­stwo i brak umiaru, co spra­wia, że na naszym ciele poja­wiają się w róż­nych miej­scach nie­chciane wypu­kło­ści i zaczy­namy się go wsty­dzić? Nie mamy odwagi wło­żyć kostiumu kąpie­lo­wego. Sta­jemy się ofia­rami pro­ble­mów zdro­wot­nych powo­do­wa­nych przez tłuszcz gro­ma­dzący się w róż­nych czę­ściach ciała. Czy współ­cze­sne ludz­kie doświad­cze­nie znie­kształ­ce­nia ciała bie­rze się ze sła­bo­ści i pokus, czy jest skut­kiem dzia­ła­nia tego, co spo­ży­wamy w for­mie anty­bio­ty­ków, dodat­ków do żyw­no­ści, mikro­pla­stiku, "wiecz­nych" che­mi­ka­liów (PFAS), tok­sycz­nych ole­jów z nasion, napo­jów gazo­wa­nych z ogromną ilo­ścią cukru i wyso­ko­prze­two­rzo­nej żyw­no­ści? To nie jest tak, że po pro­stu ewo­lu­owa­li­śmy do tego stanu przez ostat­nie pięć­dzie­siąt czy sześć­dzie­siąt lat.

Dzi­siej­sze kon­wen­cjo­nalne, pełne cha­osu metody reduk­cji masy ciała przy­wo­dzą na myśl szpi­tal dla ner­wowo cho­rych, w któ­rym w dzie­więt­na­stym wieku na "sza­leń­stwo" sto­so­wano zamknię­cie, kaftany bez­pie­czeń­stwa, upusz­cza­nie krwi, a "histe­rię" kobiet zwal­czano histe­ro­to­mią. Te wik­to­riań­skie metody "lecze­nia" były oczy­wi­ście nie­sku­teczne, bar­ba­rzyń­skie i nie­ludz­kie, ale mimo to sto­so­wano je ponad miarę. Współ­cze­sne medyczne podej­ście do masy ciała i syl­wetki nie jest dale­kie od tych poża­ło­wa­nia god­nych daw­nych prak­tyk w dzie­dzi­nie zdro­wia psy­chicz­nego, prak­tyk czy­nią­cych z nas zakład­ni­ków nie­sku­tecz­nych lub w naj­lep­szym przy­padku tym­cza­so­wych spo­so­bów na reduk­cję masy ciała. Nie wolno krę­po­wać kafta­nami bez­pie­czeń­stwa ludzi cier­pią­cych na cho­roby psy­chiczne, tak jak nie powin­ni­śmy sto­so­wać kon­wen­cjo­nal­nych spo­so­bów reduk­cji masy ciała, pomi­ja­ją­cych naj­now­szą wie­dzę i tak naprawdę szko­dzą­cych zdro­wiu i pogar­sza­ją­cych wygląd.

Nie cho­dzi tu jedy­nie o este­tykę. Jest to rów­nież kwe­stia zdro­wia emo­cjo­nal­nego i dobro­stanu. Wiele osób zma­ga­ją­cych się ze swoją wagą, syl­wetką i skła­dem masy ciała trak­tuje te pro­blemy jak oso­bi­stą porażkę. We współ­cze­snym życiu doświad­cze­nie zde­for­mo­wa­nego ciała może poważ­nie wpły­nąć na poczu­cie wła­snej war­to­ści, wiarę w zdol­ność do roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów życio­wych czy przy­cią­gnię­cia uwagi albo utrzy­ma­nia życio­wego part­nera, a nawet na moż­li­wość zna­le­zie­nia pracy.

Mia­łem wielu pacjen­tów, któ­rzy roz­kle­jali się psy­chicz­nie, opo­wia­da­jąc o swo­ich fru­stra­cjach i roz­cza­ro­wa­niu zwią­za­nym z ich prze­ko­na­niem o nie­moż­no­ści reduk­cji nad­mier­nej masy ciała lub powrotu do syl­wetki zbli­żo­nej do nor­mal­nej. Wciąż mam w pamięci czter­dzie­stocz­te­ro­let­nią kobietę, która nie mogąc zapa­no­wać nad kom­pul­syw­nym obja­da­niem się o pod­łożu emo­cjo­nal­nym, się­gnęła po roz­wią­za­nie pole­ga­jące na zało­że­niu bypassu żołąd­ko­wego. Dwa lata po ope­ra­cji sie­dzia­łem naprze­ciw jej szlo­cha­ją­cego dwu­dzie­sto­dwu­let­niego syna, który zna­lazł mar­twą matkę w kuchni. Przy­czyną śmierci była ope­ra­cja. Zapew­niano ją, że jest bez­pieczna i sprawi, że kobieta schud­nie, a zwią­zane z tym ryzyko jest nie­wiel­kie, takie jak przy każ­dej ope­ra­cji.

Praw­do­po­dob­nie nie wiesz, że w walce o reduk­cję masy ciała wszystko sprzy­sięga się prze­ciwko tobie. Nie cho­dzi tylko o to, że przed­sta­wi­ciele służby zdro­wia nie ujaw­niają praw­dzi­wych reguł, ale o to, że wska­zują te, które już dawno powinny były zostać odrzu­cone jako nie­sku­teczne. Przy­kła­dowo, wcho­dzisz do kasyna z tysią­cem dola­rów, wrzu­casz monety do każ­dego auto­matu, a potem wycho­dzisz spłu­kany, zosta­wia­jąc tam wszyst­kie pie­nią­dze tylko dla­tego, że twoje szanse na wygraną w każ­dym przy­padku były nie­wiel­kie. W przy­padku walki o reduk­cję masy ciała twoje szanse są jesz­cze mniej­sze. Sto­su­jąc kon­wen­cjo­nalne reguły, możesz ucie­szyć się z począt­ko­wych pozy­tyw­nych efek­tów, które wcią­gną cię w to tylko po to, by w dłu­gim ter­mi­nie doświad­czyć demo­ra­li­zu­ją­cej prze­gra­nej pole­ga­ją­cej na tym, że nie tylko zaczniesz przy­bie­rać na wadze i "odzy­ski­wać" stra­cone kilo­gramy, ale rów­nież zma­gać się ze znie­kształ­ce­niem ciała i zabu­rze­niem jego składu, co ruj­nuje postrze­ga­nie sie­bie i zdro­wie.

Aby wygrać tę walkę, musisz poznać praw­dziwe reguły. Zaczniemy tę drogę od przyj­rze­nia się, dla­czego wszyst­kie rady, jakich udzie­lali pra­cow­nicy służby zdro­wia, zarówno są nie­sku­teczne, jak i zapo­wia­dają porażkę. Być może kosz­to­wało cię to sporo pie­nię­dzy, czasu i wysiłku, udziału całej rodziny w tej die­te­tycz­nej sza­ra­dzie, zaufa­łeś wie­dzy leka­rza lub die­te­tyka, tylko po to, by potem zoba­czyć, jak twoja waga powraca lub jak pod­upa­dasz na zdro­wiu.

Przyj­rzyjmy się zatem, jakie czyn­niki nie­obecne lub nie­wy­star­cza­jąco brane pod uwagę spra­wiają, że nasze ciało ulega defor­ma­cji i zostają zakłó­cone jego pro­por­cje, a w związku z tym kształt i skład ciała ostat­nich dwóch poko­leń zna­cząco różni się od tego, co można było zaob­ser­wo­wać we wcze­śniej­szych poko­le­niach. Na szczę­ście jeste­śmy w sta­nie obu­do­wać wszyst­kie te czyn­niki.

Wielu czy­tel­ni­ków zna mnie z serii ksią­żek o die­cie bez psze­nicy, w któ­rych oma­wiam tezę, że w erze pro­mo­wa­nia diety nisko­tłusz­czo­wej spo­ży­cie "zdro­wego peł­nego ziarna" było poważ­nym błę­dem na świa­tową skalę, zwłasz­cza że to, co teraz nazy­wamy "psze­nicą", jest czymś zupeł­nie innym od tego, co znały nasze bab­cie. Psze­nica jest obec­nie czter­dzie­sto­pię­cio­cen­ty­me­trową rośliną o gru­bych łody­gach i dużych nasio­nach, mody­fi­ko­waną przez gene­ty­ków. Wygląda ina­czej, jest inna pod wzglę­dem bio­che­micz­nym i wywo­łuje nowe, nie­zwy­kłe skutki u niczego nie­podej­rze­wa­ją­cych ludzi, któ­rzy ją kon­su­mują. Choć stwo­rzona ze szla­chet­nych pobu­dek, aby zapew­nić rol­ni­kom więk­sze plony i umoż­li­wić wykar­mie­nie gło­du­ją­cych na całym świe­cie, nie­umyśl­nie stała się mon­strum ze zmie­nioną bio­che­mią, wywo­łu­ją­cym groźne kon­se­kwen­cje zdro­wotne.

Nie­któ­rzy być może znają mnie rów­nież z mojej naj­now­szej książki Zdro­wie kryje się w jeli­tach, w któ­rej wyja­śniam, jak utra­ci­li­śmy ze swo­jego mikro­biomu ważne mikroby, co nara­ziło na szwank fun­da­ment zdro­wia, oraz poka­zuję, jak i gdzie gro­ma­dzony jest tłuszcz i budo­wane są mię­śnie. Być może zdia­gno­zo­wano u cie­bie takie cho­roby jak depre­sja, stany lękowe, zespół jelita draż­li­wego, fibro­mial­gia czy kamica ner­kowa. Więk­szość z nich jest skut­kiem zabu­rze­nia eko­sys­temu, jaki nosisz pod prze­poną w nie­mal dzie­się­cio­me­tro­wym odcinku prze­wodu pokar­mo­wego.

W książce Zdro­wie i spraw­ność nie powta­rzam tez przed­sta­wio­nych w Die­cie bez psze­nicy czy pozy­cji Zdro­wie kryje się w jeli­tach, ale na pod­sta­wie tych doświad­czeń wiemy już na tyle dużo o wadze, ape­ty­cie, skła­dzie masy ciała, mikro­bio­mie i ogól­nym zdro­wiu, że warto wró­cić do kilku tam zapre­zen­to­wa­nych wnio­sków. W ciągu ostat­nich kil­ku­na­stu lat, kiedy poru­szy­łem świat die­te­tyki argu­men­tami z ksią­żek o pszen­nym brzu­chu, obser­wa­cje i prze­my­śle­nia na temat składu masy ciała poczy­niły ogromny krok naprzód. Wraz ze swoją grupą naukową prze­pro­wa­dzi­łem bada­nia kli­niczne na ludziach, które dopro­wa­dziły do nie­sa­mo­wi­tych i zaska­ku­ją­cych wnio­sków, wska­zu­jąc stra­te­gie, które jesz­cze bar­dziej zmie­niają kształt i skład ciała. Przy­pusz­czam, że czy­tel­nicy tej książki rów­nież będą zdu­mieni tymi odkry­ciami. Być może o wielu z nich w ogóle nie sły­szeli, choć te mogą dia­me­tral­nie zmie­nić syl­wetki i zdro­wie ludzi. Można ocze­ki­wać, że w wieku sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat będziesz fan­ta­stycz­nie pre­zen­to­wać się w bikini i szyb­kim, pew­nym kro­kiem przy­cią­gać pełne podziwu spoj­rze­nia, a w wieku sie­dem­dzie­się­ciu lat wcho­dzić po scho­dach po dwa stop­nie naraz, pod­czas gdy twoi rówie­śnicy będą wspo­ma­gać się laskami, cho­dzi­kami czy wóz­kami lub wal­czyć z innymi dole­gli­wo­ściami zazwy­czaj zwią­za­nymi ze sta­rze­niem się -?a wszystko to pod kon­trolą leka­rza.

Z kon­wen­cjo­nal­nymi meto­dami reduk­cji masy ciała wiąże się fun­da­men­talny, para­li­żu­jący pro­blem: ludzie, któ­rzy począt­kowo tracą na wadze, z cza­sem odzy­skują więk­szość zrzu­co­nych kilo­gra­mów. Dzieje się tak cza­sami po kilku tygo­dniach, cza­sami po kilku mie­sią­cach lub latach, ale jest to nie­unik­nione. Powrót do daw­nej masy ciała jest zja­wi­skiem, któ­remu towa­rzy­szą zwięk­szone ryzyko poważ­nych i dłu­go­ter­mi­no­wych kon­se­kwen­cji zdro­wot­nych, roz­cza­ro­wa­nie, roz­ża­le­nie i roz­pacz. Zja­wi­sko to zacho­dzi dla­tego, że reduk­cja masy ciała osią­gnięta kon­wen­cjo­nal­nymi meto­dami polega na zmniej­sze­niu masy mię­śnio­wej, co daje nie­mal stu­pro­cen­tową pew­ność utraty kon­troli nad tem­pem prze­miany mate­rii (czyli tem­pem, w jakim "spa­lamy kalo­rie"), które na wiele lat istot­nie się obniży. Tak - nie tygo­dni, nie mie­sięcy, lecz lat. Odzy­ski­wana masa ciała to nie­mal wyłącz­nie tłuszcz. Jeśli reduk­cji masy ciała towa­rzy­szy utrata masy mię­śnio­wej, to po powro­cie do daw­nej wagi jest wię­cej tłusz­czu, a mniej mię­śni niż na początku i dodat­kowo jeste­śmy nara­żeni na więk­sze ryzyko kom­pli­ka­cji zdro­wot­nych, takich jak cho­roby serca czy demen­cja. Żadne z tych kon­wen­cjo­nal­nych dzia­łań nawet nie pró­buje odnieść się do pod­sta­wo­wych przy­czyn, nie jest więc zasko­cze­niem, że wszyst­kie powią­zane pro­blemy z wagą i zdro­wiem wra­cają z jesz­cze więk­szą siłą. Jeśli nie chcesz pójść w ślady swo­jego ojca lub dziadka, któ­rzy prze­szli zawał serca, a potem ope­ra­cję wsz­cze­pie­nia bypas­sów, albo matki lub babci, u któ­rych poja­wiły się pro­blemy poznaw­cze i demen­cja, przez co nie roz­po­zna­wały nawet wła­snych dzieci, życzę ci powo­dze­nia w odwró­ce­niu pro­ce­sów zapo­cząt­ko­wa­nych przez kon­wen­cjo­nalne spo­soby reduk­cji masy ciała.

Roz­wią­za­nie tak naprawdę leży w zasięgu ręki. Przyj­rzyjmy się na przy­kład oso­bom, które wystą­piły w pro­gra­mie Dużo do stra­ce­nia i wytrwały w nim do końca. Uczest­nicy codzien­nie pozba­wiani kalo­rii, nama­wiani do wie­lo­go­dzin­nego aero­biku i zachę­cani, aby się nie pod­da­wać, tracą naprawdę dużo na wadze i na zakoń­cze­nie pro­gramu wyglą­dają fan­ta­stycz­nie. Jed­nak ta histo­ria wcale nie koń­czy się tak, jak myślisz. Więk­szość uczest­ni­ków, któ­rzy z suk­ce­sem dotrwali do finału pro­gramu, a po powro­cie do domu utrzy­mali nisko­ka­lo­ryczną dietę i nawyk umiar­ko­wa­nych ćwi­czeń, w końcu odzy­skuje dawną wagę. Osoby bio­rące udział w ory­gi­nal­nym ame­ry­kań­skim pro­gra­mie (The Big­gest Loser) były po jego zakoń­cze­niu badane i moni­to­ro­wane przez zespół naukow­ców z Naro­do­wego Insty­tutu Zdro­wia (NIH). Bada­cze odkryli, że wystą­piły u nich utrzy­mu­jące się przez wiele lat ogromne zmiany fizjo­lo­giczne, które w zasa­dzie gwa­ran­to­wały powrót do daw­nej masy ciała. Ciężko wypra­co­wana reduk­cja wagi skoń­czyła się tym, że wró­ciły ogromne ilo­ści tłusz­czu, nie tylko wywo­łu­jąc poczu­cie zawodu i porażki, ale rów­nież przy­czy­nia­jąc się do pogor­sze­nia para­me­trów zwią­za­nych z cukrzycą typu 2, cho­ro­bami serca i demen­cją. Możemy się uczyć na tych przy­kła­dach.

Odejdźmy zatem od nazbyt uprosz­czo­nego poję­cia "odchu­dza­nia się" i zamiast tego zacznijmy mówić o popra­wie składu masy ciała -?w pierw­szej kolej­no­ści utra­cie tłusz­czu z naj­waż­niej­szych obsza­rów; utrzy­ma­niu, a nawet zwięk­sze­niu masy mię­śnio­wej (mło­dzień­czych mię­śni utra­co­nych w wyniku pro­ce­sów sta­rze­nia, jak rów­nież masy mię­śnio­wej zmniej­szo­nej wsku­tek złych porad doty­czą­cych odchu­dza­nia) bez wie­lo­go­dzin­nych tre­nin­gów w siłowni i umoż­li­wie­niu swo­jemu ciału powrotu do nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia. Mówmy o osią­ga­niu opty­mal­nej syl­wetki, opty­mal­nego składu masy ciała, fizjo­lo­gii i zdro­wiu. W tym świe­cie nie ma "bocz­ków", podwój­nego pod­bródka, dżin­sów w roz­mia­rze XXXL, cukrzycy, nad­ci­śnie­nia, zawa­łów serca, raka jelita gru­bego, demen­cji ani wyszy­dza­nia sła­bo­ści moral­nej.

W książce Zdro­wie i spraw­ność mam nadzieję poka­zać czy­tel­ni­kom, jak odbu­do­wa­nie kilku ele­men­tów, które utra­ci­li­śmy, może pomóc zli­kwi­do­wać ten pro­blem bez leków i pro­ce­dur medycz­nych. Nie­które z tych wnio­sków wyni­kały z doświad­czeń zebra­nych z całego świata w związku z książ­kami Dieta bez psze­nicy i Zdro­wie kryje się w jeli­tach, źró­dłem innych były nowe obser­wa­cje, w tym wła­sne bada­nia kli­niczne, jak rów­nież coraz więk­sza liczba badań pro­wa­dzo­nych przez innych naukow­ców. Wszyst­kie poka­zały, że zacho­wa­nie lub zwięk­sze­nie masy mię­śnio­wej sta­nowi punkt zwrotny w zapo­bie­ga­niu powro­towi do daw­nej wagi oraz trwale popra­wia syl­wetkę i skład masy ciała. W celu utrwa­le­nia wła­ści­wych nawy­ków przed­sta­wię tutaj pro­sty trzy­ty­go­dniowy plan prak­tycz­nego zasto­so­wa­nia tej wie­dzy w celu pozby­cia się wysta­ją­cego brzu­cha i dodat­ko­wych pod­bród­ków, nada­nia wła­ści­wych kształ­tów bio­drom i poślad­kom, aby znowu móc kupo­wać sukienki i spodnie w naj­mniej­szych roz­mia­rach, sta­wiać kroki bez żad­nych pomocy i w naj­od­waż­niej­szej kre­acji tań­czyć tango lub salsę. I wszystko to bez poświę­ca­nia dłu­gich godzin na ćwi­cze­nia.

Część I. Ludzie o różnych sylwetkach i posturach

Część I

Ludzie o róż­nych syl­wet­kach i postu­rach

"Bez­kształtna, gru­zło­wata i pękata" -?tymi sło­wami kry­tyk mody Richard Blac­kwell bez­myśl­nie zażar­to­wał z Oprah Win­frey, naśmie­wa­jąc się z jej publicz­nego mówie­nia o walce o utrzy­ma­nie wła­ści­wej masy ciała oraz wzlo­tów i upad­ków w pró­bach powrotu lub przy­naj­mniej zbli­że­nia się do ide­al­nej syl­wetki. Powin­ni­śmy z uzna­niem przy­jąć to, że zde­cy­do­wała się publicz­nie powie­dzieć o swo­ich zma­ga­niach, a nawet zaan­ga­żo­wała się finan­sowo w ruch Weight Wat­chers i w pracę w radzie orga­ni­za­cji, choć z punktu widze­nia syl­wetki i składu masy ciała wszystko to było na nic.

Jeśli jed­nak nawet Oprah ze swo­imi ogrom­nymi zaso­bami -?nie tylko finan­so­wymi -?nie zdo­łała zbyt wiele osią­gnąć w tej dzie­dzi­nie, to na co mogą liczyć zwy­kli ludzie? Jeśli miliony dola­rów, dostęp do naj­lep­szych tre­ne­rów per­so­nal­nych i die­te­ty­ków, otwarte drzwi do człon­ko­stwa w każ­dym klu­bie fit­ness i pro­gra­mie odchu­dza­nia wciąż skut­ko­wały kolej­nymi upo­ka­rza­ją­cymi nie­po­wo­dze­niami, to jak mogli­by­śmy zro­bić to jesz­cze lepiej? Oczy­wi­ście Oprah nie jest niczemu winna ani tro­chę bar­dziej niż miliony innych ludzi zma­ga­ją­cych się z opon­kami i wałecz­kami tłusz­czu pomimo sto­so­wa­nia zale­ceń leka­rzy i die­te­ty­ków. Być może podob­nie jak Oprah muszą zmie­rzyć się z nie­tak­tow­nymi uwa­gami ludzi, któ­rych cie­szą porażki innych. To jesz­cze jeden przy­kład, że kłam­stwo powta­rzane wystar­cza­jąco czę­sto staje się prawdą. Tak było w faszy­stow­skich Niem­czech, tak jest w dzi­siej­szych cza­sach nie­praw­dzi­wych infor­ma­cji i dezinfor­ma­cji i tak jest w przy­padku wszyst­kich popu­lar­nych opi­nii na temat spo­so­bów na odchu­dza­nie. Nie popeł­nij tego błędu. Ludzie zara­biają mnó­stwo pie­nię­dzy na nie­ustan­nym powta­rza­niu nie­praw­dzi­wych prze­ka­zów. Nie­ważne, czy nazwiemy to Weight Wat­chers, Wegovy, czy opa­ska baria­tryczna, wszy­scy ich orę­dow­nicy są winni pro­pa­go­wa­nia tego samego nie­praw­dzi­wego prze­kazu.

Prawda jest taka, że możesz osią­gnąć znacz­nie lep­sze rezul­taty. Nie będzie się to jed­nak wią­zało z wyko­rzy­sta­niem żad­nych z tych stra­te­gii, narzę­dzi czy pro­gra­mów, w które zaan­ga­żo­wały się Oprah i miliony innych osób. Zestaw stra­te­gii, któ­rymi zaj­miemy się w tej książce, jest zupeł­nie inny i opiera się na wie­dzy zdo­by­tej z nie­ocze­ki­wa­nych źró­deł. Naszym celem nie jest odchu­dza­nie samo w sobie, lecz osią­gnię­cie naj­bar­dziej odpo­wied­niego roz­kładu tłusz­czu i mię­śni, czyli syl­wetki i składu masy ciała, odbu­do­wa­nie mło­dzień­czej musku­la­tury, odzy­ska­nie pła­skiego brzu­cha i gład­szej cery. Tak -?naszym celem jest nie tylko lep­sza syl­wetka, ale rów­nież cof­nię­cie zegara, jeśli cho­dzi o zwin­ność, żywot­ność, zdro­wie sek­su­alne i wygląd.

W pierw­szej czę­ści książki roz­pra­wimy się ze wszyst­kimi błę­dami, które były i są na­dal popeł­niane w kon­wen­cjo­nal­nym podej­ściu do odchu­dza­nia. Musimy wyple­nić wszyst­kie głę­boko zako­rze­nione prze­ko­na­nia, aby uwol­nić się od wszech­ogar­nia­ją­cej tyra­nii tego, co mówią media, leka­rze, pro­gramy na temat odchu­dza­nia i wszy­scy pro­pa­gu­jący metody nie­uchron­nie pro­wa­dzące do klę­ski.

1. Jak doszło do tego, że staliśmy się tak bezkształtni

1

Jak doszło do tego, że sta­li­śmy się tak bez­kształtni

Załóżmy, że możemy cof­nąć się w cza­sie do roku 50 000 przed naszą erą, mniej wię­cej dwa tysiące poko­leń wstecz, kil­ka­dzie­siąt lat przed poja­wie­niem się pierw­szych ludz­kich cywi­li­za­cji i miast. Bez kup­ców i skle­pów, bez kana­li­za­cji w budyn­kach, bez spe­cja­li­za­cji zawo­do­wej wszy­scy są myśli­wymi zbie­ra­czami wal­czą­cymi o prze­trwa­nie w dzi­czy od tro­pi­ków po Ark­tykę. Przez więk­szość dni nosimy na bio­drach swoją naj­lep­szą prze­pa­skę i owi­jamy stopy zwie­rzę­cymi skó­rami, aby chro­nić je przed zra­nie­niem o kamie­nie i gałę­zie. Na polo­wa­niach prze­bie­gamy kilka lub kil­ka­na­ście kilo­me­trów, włócz­nią lub maczugą sta­ra­jąc się zdo­być kolejny posi­łek. My sami i inni człon­ko­wie naszego klanu od paru dni nie jedli­śmy nic oprócz kilku pta­sich jaj, grzy­bów i roślin. Nad­szedł więc czas, żeby upo­lo­wać jakąś zdo­bycz.

Wyru­szamy, wypa­tru­jąc zna­jo­mych śla­dów zwie­rząt, które będziemy w sta­nie dogo­nić lub schwy­tać w zasta­wioną wcze­śniej pułapkę. Wyru­szamy o świ­cie, aby wró­cić o zmierz­chu z cen­nym tro­feum. Wraz z rodziną i całym kla­nem opra­wiamy łup, łako­mie zja­da­jąc kawałki suro­wego mięsa i zosta­wia­jąc resztę do upie­cze­nia nad ogniem. Dzie­limy serce, mózg, płuca, żołą­dek, jelita, wątrobę, nerki, mię­śnie, skórę... Tak, wszystko, nawet ścię­gna, chrząstki i kości gotują się nad ogniem w wodzie, do któ­rej dorzu­camy korzonki i liście zebrane przez innych człon­ków klanu. Tak wygląda przy­go­to­wa­nie zupy lub gula­szu peł­nego tłusz­czu i ścin­ków róż­nych tka­nek. W tym świe­cie, w któ­rym wraz z innymi ludz­kimi towa­rzy­szami ciężko pra­cu­jesz, aby zdo­być poży­wie­nie, niczego się nie wyrzuca.

Nie­wielu ludzi w naj­now­szej histo­rii prze­żyło coś podob­nego. Taki styl życia, obej­mu­jący spo­ży­wa­nie wszel­kich czę­ści ciał zwie­rząt, dostar­czał ludziom skład­ni­ków odżyw­czych, któ­rych bra­kuje we współ­cze­snym świe­cie, gdzie we wszyst­kim poma­gają nam smart­fony, a zakupy robimy w super­mar­ke­tach. Nie jemy mózgów ani skóry, więc nie spo­ży­wamy kwasu hia­lu­ro­no­wego. Zapewne nie wygo­to­wu­jemy kor­pu­sów, aby z wię­za­deł, ścię­gien i chrzą­stek odzy­skać kola­gen. Zatem praw­do­po­dob­nie każdy, kto unika pro­duk­tów zwie­rzę­cych, nie przyj­muje żad­nych ilo­ści skład­ni­ków odżyw­czych wpły­wa­ją­cych na syl­wetkę, ponie­waż pocho­dzą one wyłącz­nie z takich źró­deł jak organy, mię­śnie i inne czę­ści ciał zwie­rząt. Jak zoba­czymy, zwięk­sze­nie spo­ży­cia tych dwóch skład­ni­ków nie tylko pro­wa­dzi do reduk­cji tkanki tłusz­czo­wej w oko­li­cach brzu­cha i zwięk­sze­nia masy beztłusz­czo­wej tkanki mię­śnio­wej, ale działa rów­nież korzyst­nie na skórę, stawy, tęt­nice i mózg. Współ­cze­sne uza­leż­nie­nie od fast foodów, wyso­ko­prze­two­rzo­nych pro­duk­tów spo­żyw­czych i bez­sen­sow­nych zale­ceń die­te­tycz­nych ozna­cza, że spo­ży­cie karo­te­no­idów kształ­tu­ją­cych syl­wetkę jest przy­gnę­bia­jąco niskie. Co gor­sza, przez lata prze­cho­dzimy wiele kura­cji anty­bio­ty­ko­wych, pijemy chlo­ro­waną wodę i spo­ży­wamy prze­two­rzoną żyw­ność zawie­ra­jącą mnó­stwo syn­te­tycz­nych dodat­ków, które zabiły lub zre­du­ko­wały w naszym mikro­bio­mie wiele szcze­pów bak­te­rii mają­cych istotny wpływ na naszą syl­wetkę i skład masy ciała.

Największe szanse na sukces: klasa sprzed pięćdziesięciu tysięcy lat przed naszą erą

Od czasu, kiedy Homo sapiens zamiesz­kał tę pla­netę, fascy­nuje nas róż­no­rod­ność syl­we­tek ludzi. Ludz­kie ciało jest prze­cież piękne, jest cudem inży­nie­rii zdol­nym do spek­ta­ku­lar­nych wyczy­nów. Polu­jąc w celu zdo­by­cia poży­wie­nia i ubra­nia, jeste­śmy zdolni do wie­lo­go­dzin­nego pościgu za zwie­rzę­ciem, aż do jego wyczer­pa­nia, potra­fimy wyko­rzy­stać wyjąt­kową kon­struk­cję dłoni do budo­wa­nia narzę­dzi albo two­rze­nia dzieł sztuki. Mamy usta, język oraz struny gło­sowe i jeste­śmy w sta­nie wyar­ty­ku­ło­wać wiele róż­nych dźwię­ków, które można uznać za mowę lub śpiew. Jeste­śmy też wyjąt­kowo bez­bronni, bez pazu­rów lub szpo­nów, z nie­wiel­kimi zębami siecz­nymi, które są mało sku­teczne w roz­ry­wa­niu szyi ofiary, nie­mal cał­ko­wi­cie pozba­wieni owło­sie­nia, bez kopyt. Musimy więc wyko­rzy­sty­wać skóry i futra zdarte ze zwie­rząt, aby zakryć swoje torsy i stopy.

Bez pro­du­ko­wa­nych współ­cze­śnie ubrań i obu­wia, które wkła­damy na sie­bie, bez cudow­nego urzą­dze­nia do komu­ni­ka­cji, które nosimy w kie­szeni lub saszetce, bez spo­łecz­nych mecha­ni­zmów kon­troli i rów­no­wagi, utrzy­mu­ją­cych względny porzą­dek w naszym świe­cie nie­wiele róż­ni­li­by­śmy się od krwio­żer­czego Homo sapiens sprzed, powiedzmy, pięć­dzie­się­ciu tysięcy lat -?odzia­nego w prze­pa­skę na bio­drach i dzier­żą­cego dzidę w dłoni. Gdy­by­śmy mieli porów­nać gene­tykę osob­nika z tam­tej epoki z osobą żyjącą obec­nie, zauwa­ży­li­by­śmy nie­wiele róż­nic. Z punktu widze­nia gene­tyki jeste­śmy nie­mal iden­tyczni. Może ład­niej pach­niemy, śpimy na bar­dziej kom­for­to­wym posła­niu i mamy łatwy dostęp do wielu środ­ków trans­portu, ale pod powierzch­nią na­dal jeste­śmy dzi­kimi przed­sta­wi­cie­lami swo­jego gatunku. Pod­sta­wowe potrzeby zwią­zane z prze­trwa­niem nie­wiele się róż­nią, mamy taką samą fizjo­lo­gię, a nasz kod gene­tyczny jest w ponad 99 pro­cen­tach nie do odróż­nie­nia.

Gdy­by­śmy jed­nak porów­nali zdję­cia kla­sowe sprzed pięć­dzie­się­ciu tysięcy lat przed naszą erą ze zdję­ciami klasy z roku około 2000, dostrze­gli­by­śmy wyraźne róż­nice. U ludzi zaszła wyraź­nie widoczna zmiana syl­wetki i składu masy ciała. Nie widać już ścię­gien, sze­ścio­paku mię­śni na brzu­chu ani wyrzeź­bio­nej szyi i klatki pier­sio­wej. Na now­szych zdję­ciach kla­so­wych widać pulchne, pękate i krą­głe syl­wetki. Detale są ukryte głę­boko pod pod­skórną tkanką tłusz­czową, a u nie­któ­rych brzu­chy są tak wiel­kie, że przy­po­mi­nają zaawan­so­waną ciążę. Jeśli jesz­cze bar­dziej zagłę­bimy się w budowę fizyczną naszej współ­cze­snej klasy, odkry­jemy tłuszcz w wątro­bie, tłuszcz opla­ta­jący jelito cien­kie i jelito grube, tłuszcz w ner­kach, tłuszcz ota­cza­jący serce, tłuszcz prze­ni­ka­jący do sta­wów i mię­śni, czyli znaj­du­jący się we wszyst­kich miej­scach, w któ­rych nie powinno go być. I okaże się, że mamy znacz­nie mniej kilo­gra­mów mię­śni niż nasi przod­ko­wie, ponie­waż nie musimy polo­wać z bro­nią ani tru­dzić się z obdzie­ra­niem ze skóry i patro­sze­niem zdo­by­czy.

Ale jakie to ma zna­cze­nie we współ­cze­snym życiu, jeśli nie pla­nu­jemy pościgu za gazelą ani wyry­wa­nia dzi­kim zwie­rzę­tom serc, języka i żołądka?

Dla zilu­stro­wa­nia odpo­wie­dzi prze­pro­wadźmy jesz­cze jeden eks­pe­ry­ment myślowy. Wyobraźmy sobie, że dys­po­nu­jemy wehi­ku­łem czasu, który może prze­nieść do naszych cza­sów czło­wieka z epoki przed ponad pięć­dzie­się­cioma tysią­cami lat. Kiedy minie począt­kowy szok zwią­zany z prze­trans­por­to­wa­nia tego nie­szczę­śnika do naszego świata, otwo­rzymy przed nim swoje lodówki i kre­densy, poczę­stu­jemy żeber­kami z grilla i fryt­kami, będziemy budzić go zapa­chem nale­śni­ków, pozwo­limy godzi­nami oglą­dać tele­wi­zję z mnó­stwem obra­zów pizzy dostar­cza­nej pod drzwi i misek z chrup­kami kuku­ry­dzia­nymi. Nie będzie już musiał ostrzyć włóczni, za to będzie mógł paroma klik­nię­ciami na ekra­nie tele­fonu zamó­wić kube­łek sma­żo­nych kawał­ków kur­czaka z dostawą w kilka minut pod same drzwi. Kto wie, jakie paso­żyty i bak­te­rie roz­nosi ten dziko żyjący czło­wiek? Po kąpieli z mydłem i szam­po­nem zaser­wujmy mu kok­tajl z anty­bio­ty­ków i leków, aby go "oczy­ścić". Prze­miana w czło­wieka z dwu­dzie­stego pierw­szego wieku nie potrwa długo. W ciągu kilku tygo­dni przy­bie­rze na wadze kil­ka­na­ście kilo­gra­mów, uro­śnie mu brzuch i powięk­szą się uda, złogi tłusz­czu poja­wią się też na twa­rzy, szyi, klatce pier­sio­wej, trzu­stce i sta­wach. Zanikną mię­śnie, ścię­gna prze­staną być widoczne, rysy twa­rzy staną się mniej wyra­zi­ste. Wsta­jąc z krze­sła lub idąc do lodówki, będzie ciężko wzdy­chał. Nie, ten przy­bysz z pale­olitu, wytwór epoki przed­rol­ni­czej i przed­ko­mer­cyj­nej niczym nie różni się od współ­cze­snych ludzi i jest tak samo jak oni podatny na wszyst­kie nęka­jące ich wypa­cze­nia.

Czy wyni­kają stąd jakieś wnio­ski? Jestem prze­ko­nany, że tak. Homo sapiens, podob­nie jak rekin, koza czy wilk, ma w swoim kodzie gene­tycz­nym zapi­sane wła­sne nawyki żywie­niowe. Jeśli zostaną one zachwiane, szybko dopro­wa­dzi to do pogor­sze­nia zdro­wia i śmierci. Kon­kretny spo­sób życia i odży­wia­nia jest zapro­gra­mo­wany w naszych czter­dzie­stu sze­ściu chro­mo­so­mach, a my, współ­cze­śni ludzie, naru­szy­li­śmy te zasady z fatal­nymi skut­kami. Ceną, jaką za to pła­cimy, jest syl­wetka i skład masy ciała z róż­nymi dziw­nymi wypu­kło­ściami, krą­gło­ściami i opon­kami oraz epi­de­mia cukrzycy typu 2, cho­rób serca, stłusz­cze­nia wątroby i raka jelita gru­bego. Ow­szem, ważny jest rów­nież wygląd este­tyczny, ale cho­dzi przede wszyst­kim o zdro­wie i cho­roby, mobil­ność, a nawet przed­wcze­sną śmierć.

Jak długo żyłby w swo­ich cza­sach nasz kla­sowy kolega z rocz­nika 50 000 przed naszą erą? Ponie­waż prze­trwał pierw­szą dekadę swo­jego życia zwią­zaną z naj­wyż­szym ryzy­kiem, zazwy­czaj doży­wał pięć­dzie­się­ciu, sześć­dzie­się­ciu, sie­dem­dzie­się­ciu lub wię­cej lat bez doświad­cza­nia tra­pią­cych nas "cho­rób cywi­li­za­cyj­nych" (jak nazy­wają je antro­po­lo­dzy)1, 2. W swo­ich cza­sach mógł doro­bić się kilku blizn po ura­zach czy zma­gać się z zaka­że­niami róż­nymi paso­ży­tami, ale pła­ski brzuch, mocno umię­śnione ramiona i nogi oraz zdol­ność wspi­na­nia się na góry i drzewa bez względu na wiek nie dopusz­czały do żad­nej z wielu dole­gli­wo­ści zdro­wot­nych sze­roko roz­po­wszech­nio­nych w naszym świe­cie. I osią­gał to bez licze­nia kalo­rii, bez korzy­sta­nia z leków czy pro­ce­dur medycz­nych, a jedy­nie dzięki prze­strze­ga­niu zasad stylu życia zapro­gra­mo­wa­nego w jego kodzie gene­tycz­nym, podob­nie jak robiły to inne ota­cza­jące go dzi­kie stwo­rze­nia.

Tłuszcz tłuszczowi nierówny

Dla tłusz­czu nie powstała żadna Dekla­ra­cja Nie­pod­le­gło­ści, dla­tego -?w prze­ci­wień­stwie do ludzi -?w przy­padku tłusz­czu nie ma mowy o rów­no­ści.

Przez lata podej­mo­wano sta­ra­nia, aby wyja­śnić róż­nice w kon­se­kwen­cjach zdro­wot­nych dla orga­ni­zmu wyni­ka­jące z róż­nic w spo­so­bie odkła­da­nia się tłusz­czu. Praw­do­po­dob­nie wiesz, że ludzie mogą mieć syl­wetkę w "kształ­cie gruszki" i "kształ­cie jabłka". Ci pierwsi mają syl­wetkę roz­bu­do­waną w bio­drach, a nad­miar tłusz­czu gro­ma­dzi się u nich głów­nie na poślad­kach i udach, nato­miast u tych dru­gich w oko­li­cach brzu­cha. Syl­wetka gruszki jest rów­nież nazy­wana gyno­idalną, ponie­waż ten typ syl­wetki czę­ściej wystę­puje u kobiet w okre­sie przed­me­no­pau­zal­nym, nato­miast syl­wetka jabłka jest nazy­wana andro­idalną, ponie­waż tłuszcz w oko­li­cach brzu­cha czę­ściej gro­ma­dzi się u męż­czyzn. Jed­nak po meno­pau­zie, z powodu niż­szego poziomu estro­genu, kobiety rów­nież zmie­rzają w kie­runku syl­wetki andro­idal­nej, czyli jabłka. Te okre­śle­nia są oczy­wi­ście uogól­nie­niem, a nie bez­względną zasadą, i moż­liwe są znaczne róż­nice indy­wi­du­alne. U więk­szo­ści ludzi mamy do czy­nie­nia z pewną kom­bi­na­cją typów syl­we­tek, a nie "czy­stym" jabł­kiem lub gruszką.

Czy ta opo­wieść o owo­cach i płci naprawdę ma jakieś zna­cze­nie? Jakie są kon­se­kwen­cje zdro­wotne tych róż­nic? I czy rze­czy­wi­ście jest to istotne?

Kon­wen­cjo­nalne metody opisu syl­wetki i składu masy ciała mają poważne wady. Być może lekarz wspo­mi­nał, że oty­łość zaczyna się od momentu, kiedy wskaź­nik masy ciała (BMI) wynie­sie 30. War­tość tę otrzy­mu­jemy, dzie­ląc masę ciała wyra­żoną w kilo­gra­mach przez wzrost wyra­żony w metrach, pod­nie­siony do dru­giej potęgi. Wskaź­nik BMI jed­nak nic nie mówi o tym, gdzie jest zgro­ma­dzony tłuszcz -?czy jest on nie­groźny, czy nie­bez­pieczny z punktu widze­nia meta­bo­li­zmu. Czy to jedy­nie pro­blem este­tyczny, czy też jeste­śmy na pro­stej dro­dze do cukrzycy typu 2, zawału serca lub demen­cji? Nie można doko­nać roz­róż­nie­nia, opie­ra­jąc się wyłącz­nie na wskaź­niku BMI. Powie­dzą to rów­nież spor­towcy i inni ludzie o roz­wi­nię­tej musku­la­tu­rze, ponie­waż BMI nie odróż­nia mię­śni od tłusz­czu. Zatem śle­dze­nie tego wskaź­nika jest bez­u­ży­teczne i może wpro­wa­dzać w błąd co do składu masy ciała, gdyż można uznać, że musku­larne osoby mają nad­wagę lub są otyłe. Podob­nie jest z obwo­dem talii. Czy tłuszcz znaj­duje się tuż pod skórą, czyli jest "tłusz­czem pod­skór­nym", czy też głę­boko, ota­cza­jąc organy w jamie brzusz­nej, czyli jest "tłusz­czem trzew­nym" (ina­czej wisce­ral­nym)? Obwód talii infor­muje jedy­nie o ist­nie­niu tłusz­czu w oko­li­cach brzu­cha, ale nie o tym, gdzie dokład­nie się odkłada.

W ciągu kilku ostat­nich dekad udało się pre­cy­zyj­niej opi­sać te przy­bli­żone roz­róż­nie­nia. Do prze­łomu w zro­zu­mie­niu tego zja­wi­ska przy­czy­niło się w dużej mie­rze nowa­tor­skie wyko­rzy­sta­nie prze­kro­jo­wej tomo­gra­fii kom­pu­te­ro­wej (w skró­cie ang. CT lub po pol­sku TK) oraz obra­zo­wa­nia przy zasto­so­wa­niu rezo­nansu magne­tycz­nego (MRI). Metody te, w prze­ci­wień­stwie do star­szych spo­so­bów opisu syl­wetki, jed­no­znacz­nie wska­zują roz­miesz­cze­nie zło­gów tłusz­czu.

Ist­nieją zatem dwa główne miej­sca odkła­da­nia się lub "zasob­niki" tłusz­czu -?mamy tłuszcz pod­skórny i brzuszny tłuszcz trzewny, które dia­me­tral­nie się róż­nią. Tłuszcz pod­skórny to ten, który gro­ma­dzi się na poślad­kach, udach, szyi, klatce pier­sio­wej i w innych miej­scach tuż pod skórą. Po naci­śnię­ciu go pal­cem wydaje się gąb­cza­sty. Choć mogą się nie podo­bać te różne wypu­kło­ści i wałeczki tłusz­czu odkła­da­ją­cego się pod skórą, taka forma wiąże się jedy­nie z nie­zbyt miłymi dozna­niami este­tycz­nymi i może sta­no­wić obcią­że­nie dla sta­wów nośnych, takich jak bio­dra czy kolana.

Brzuszny tłuszcz trzewny ota­cza i prze­nika narządy jamy brzusz­nej (trze­wia), takie jak okręż­nica, jelito cien­kie, trzustka czy wątroba. Brzuszny tłuszcz trzewny jest zupeł­nie innym rodza­jem tłusz­czu -?to sie­dli­sko stanu zapal­nego. Obej­rzyj go pod mikro­sko­pem, a zoba­czysz, że sam w sobie jest pełen komó­rek zapal­nych. Bada­jąc krew pobraną z brzusz­nego tłusz­czu trzew­nego, na przy­kład krew odpro­wa­dzaną z prze­wodu pokar­mo­wego do wątroby przez żyłę wrotną, zaob­ser­wu­jemy wysoki poziom bia­łek zapal­nych, które w pierw­szej kolej­no­ści są trans­por­to­wane do wątroby, a potem do innych czę­ści ciała3, 4.

Brzuszny tłuszcz trzewny jest zatem nume­rem jeden, jeśli cho­dzi o naj­sil­niej­sze źró­dła stanu zapal­nego całego orga­ni­zmu, co przy­czy­nia się do dal­szego wzro­stu jego masy. Stan zapalny wywo­łuje insu­li­no­opor­ność, spra­wia­jąc, że trzustka uwal­nia znacz­nie więk­sze ilo­ści tego hor­monu, aby skom­pen­so­wać ten nie­do­bór, co jesz­cze bar­dziej wzmaga odkła­da­nie się tłusz­czu trzew­nego. Tłuszcz trzewny wpro­wa­dza rów­nież zabu­rze­nie rów­no­wagi hor­mo­nów płcio­wych, pod­wyż­sza­jąc na przy­kład poziom estro­genu u kobiet, a to zwięk­sza ryzyko raka piersi. U męż­czyzn rów­nież pod­wyż­sza poziom estro­genu i obniża poziom testo­ste­ronu, co pro­wa­dzi do bier­nych zacho­wań spo­łecz­nych upo­śle­dza­ją­cych zdol­ność do radze­nia sobie ze stre­sem oraz sty­mu­luje wzrost gru­czo­łów pier­sio­wych (gine­ko­ma­stia) i utratę masy mię­śnio­wej. Tak, brzuszny tłuszcz trzewny to nie tylko kwe­stia este­tyki i poczu­cia wła­snej war­to­ści, ale rów­nież poważny pro­blem zdro­wotny. Tłuszcz pod­skórny i tłuszcz trzewny zacho­wują się ina­czej, reagują na inne sygnały, uwal­niają do krwio­biegu inne sub­stan­cje oraz przy­no­szą inne kon­se­kwen­cje dla zdro­wia, masy ciała i jego składu.

HISTO­RIE O DWÓCH SYL­WET­KACH

Czyż nie jest tak, że tłuszcz to po pro­stu tłuszcz? Czy oprócz wzglę­dów este­tycz­nych naprawdę ma to zna­cze­nie, w któ­rych miej­scach się odkłada?

Tak, zde­cy­do­wa­nie ma to zna­cze­nie. Porów­najmy dwie hipo­te­tyczne, ale dość real­nie odzwier­cie­dla­jące rze­czy­wi­stość kobiety, dla któ­rych nie­trudno byłoby zna­leźć ich realne odpo­wied­niki, aby poka­zać, jaką rolę w róż­nych typach syl­wetki odgrywa tłuszcz wisce­ralny, nawet jeśli wskaź­nik BMI jest iden­tyczny. Póź­niej porów­najmy dwóch męż­czyzn, podob­nie z iden­tycznym BMI, ale o róż­nych syl­wet­kach i róż­nym meta­bo­li­zmie.

Powiedzmy, że pierw­sza z kobiet to Julia, a druga to Rachel. Zacznijmy od obja­śnień. Julia i Rachel mają po 45 lat i obie zbli­żają się do meno­pauzy, ale są jesz­cze w okre­sie przed­me­no­pau­zal­nym i mie­siącz­kują. Obie siłami natury uro­dziły dwoje dzieci, mając dwa­dzie­ścia kilka, trzy­dzie­ści kilka lat, obie mają 165 cen­ty­me­trów wzro­stu i ważą po 81 kilo­gra­mów, zatem ich wskaź­nik BMI wynosi 30. W ciągu ostat­nich kilku lat obie stop­niowo przy­bie­rały na wadze. W cza­sie ciąży naba­wiły się nad­wagi, a po ter­mi­no­wym poro­dzie nie udało im się jej pozbyć. W ciągu ostat­nich lat obie narze­kały, że coraz łatwiej tyją, nawet jeśli wię­cej ćwi­czą, rezy­gnują z posił­ków lub ogra­ni­czają kalo­rie. Pró­bo­wały pila­tesu, zumby, jogi, spę­dzały godziny na bieżni, ale to nie przy­no­siło widocz­nych rezul­ta­tów.

Julia i Rachel mają różne syl­wetki: Julia ma budowę bar­dziej gyno­idalną (gruszka), a Rachel ma syl­wetkę jabłka (andro­idalną). (Może się to zda­rzać zarówno u kobiet przed meno­pauzą, jak i po niej). Dla uprosz­cze­nia załóżmy, że Julia jest nie­mal typową gruszką, a Rachel nie­mal stu­pro­cen­to­wym jabł­kiem. Po pobra­niu krwi i wyko­na­niu innych badań uzy­ska­li­śmy takie wyniki:

Julia

Ciśnie­nie tęt­ni­cze 104/70

Lipi­do­gram:

Cho­le­ste­rol cał­ko­wity 220 mg/dl

Cho­le­ste­rol LDL 148 mg/dl

Cho­le­ste­rol HDL 56 mg/dl

Trój­gli­ce­rydy 78 mg/dl

Glu­koza na czczo 90 mg/dl

HbA1c 5,2%

CRP (białko C-reak­tywne) 1,5 mg/dl

Pomimo nad­wagi i wyso­kiego BMI Julia ma nor­malne ciśnie­nie krwi oraz w więk­szo­ści pra­wi­dłowe war­to­ści opi­su­jące pro­fil lipi­dowy i gli­ke­mię, a ryzyko wystą­pie­nia powszech­nych cho­rób układu krą­że­nia, demen­cji, raka piersi i innych nowo­two­rów jest u niej względ­nie niskie. (Ide­alny poziom glu­kozy na czczo to 60-90 mg/dl, a ide­alne HbA1c nie powinno prze­kra­czać 5,0%). Pomimo nad­wagi u Julii nie wystę­puje insu­li­no­opor­ność ani pod­wyż­szony poziom mar­ke­rów stanu zapal­nego (białko C-reak­tywne), ponie­waż źró­dłem tej nad­wagi nie jest tłuszcz trzewny, lecz głów­nie pod­skórna tkanka tłusz­czowa w dol­nych par­tiach ciała.

Rachel

Ciśnie­nie tęt­ni­cze 138/84

Lipi­do­gram:

Cho­le­ste­rol cał­ko­wity 240 mg/dl

Cho­le­ste­rol LDL 162 mg/dl

Cho­le­ste­rol HDL 40 mg/dl

Trój­gli­ce­rydy 190 mg/dl

Glu­koza na czczo 112 mg/dl

HbA1c 5,9%

CRP (białko C-reak­tywne) 3,0 mg/dl

Rachel, u któ­rej tłuszcz gro­ma­dzi się głów­nie w oko­li­cach brzu­cha, jest w sta­nie przed­cu­krzy­co­wym (HbA1c ? 5,7%) i ma pod­wyż­szone ryzyko cho­rób układu krą­że­nia, zabu­rzeń poznaw­czych i demen­cji oraz raka piersi i innych nowo­two­rów. Wystę­puje u niej pod­wyż­szona insu­li­no­opor­ność oraz pod­wyż­szony poziom mar­ke­rów stanu zapal­nego, co suge­ruje, że więk­szość jej tkanki tłusz­czo­wej w oko­li­cach brzu­cha sta­nowi tłuszcz trzewny, a nie pod­skórny. U Rachel bar­dziej praw­do­po­dobne jest osła­bie­nie mię­śni poprze­ra­sta­nych tłusz­czem, jak rów­nież odkła­da­nie się tłusz­czu na kola­nach i bio­drach przy­śpie­sza­jące dege­ne­ra­cję chrząstki sta­wo­wej, a także otłusz­cze­nie tęt­nic wień­co­wych zwięk­sza­jące ryzyko cho­rób serca.

Widzimy dwie kobiety w tym samym wieku, w tym samym okre­sie przed­me­no­pau­zal­nym, z takim samym wskaź­ni­kiem BMI, ale z bar­dzo róż­nym roz­miesz­cze­niem tkanki tłusz­czo­wej, co ma inne kon­se­kwen­cje zdro­wotne. Na powsta­nie tych róż­nic wpływa wiele czyn­ni­ków. Na przy­kład Rachel, praw­do­po­dob­nie sto­su­jąca dietę wyso­ko­wę­glo­wo­da­nową i wyso­ko­cu­krową, mogła odczu­wać prze­wle­kły stres powo­du­jący wzrost poziomu kor­ty­zolu, co sprzyja odkła­da­niu się tłusz­czu w oko­li­cach brzu­cha, ale mogła też mieć gene­tyczną skłon­ność do takiego roz­miesz­cze­nia tkanki tłusz­czo­wej. Pomimo podo­bieństw per­spek­tywy zdro­wotne obu kobiet nie są takie same. Róż­nie będą też reago­wały na inne spo­soby odchu­dza­nia. Na przy­kład Rachel gwał­tow­nie zare­aguje na metody ukie­run­ko­wane kon­kret­nie na takie zja­wi­ska jak insu­li­no­opor­ność i stan zapalny. Odnio­słaby korzy­ści z dzia­łań nasta­wio­nych w pierw­szej kolej­no­ści na walkę z tłusz­czem trzew­nym przy zacho­wa­niu lub roz­bu­do­wie masy mię­śnio­wej przy­śpie­sza­ją­cej pro­ces reduk­cji masy ciała. Osią­gnę­łaby rów­nież poprawę nie­naj­lep­szych wyni­ków bada­nia krwi, a wyglą­dem bar­dziej zbli­ży­łaby się do Julii, zmniej­sza­jąc lub eli­mi­nu­jąc tym samym ryzyko wszyst­kich wspo­mnia­nych wcze­śniej cho­rób.

Jed­nak sytu­acja Julii rów­nież nie jest ide­alna. Pomimo lep­szego meta­bo­li­zmu, jakim może się cie­szyć dzięki syl­wetce gruszki, wraz z upły­wem czasu będzie się stop­niowo upo­dab­niać do Rachel pod wzglę­dem zarówno syl­wetki, jak i meta­bo­li­zmu. Pojawi się u niej wię­cej tłusz­czu trzew­nego, zmniej­szy się masa mię­śniowa i z cza­sem ze względu na nie­pra­wi­dłowe mar­kery meta­bo­liczne zacznie przy­po­mi­nać Rachel. Te nie­ko­rzystne zmiany poja­wią się u niej w póź­niej­szym okre­sie i pocią­gną za sobą poważ­niej­sze kon­se­kwen­cje zdro­wotne, któ­rych doświad­czy po prze­kro­cze­niu sześć­dzie­się­ciu czy sie­dem­dzie­się­ciu lat, pod­czas gdy u Rachel wystą­piły one ponad kil­ka­na­ście lat wcze­śniej. Wysiłki, jakie dzi­siaj podej­muje Julia, wpraw­dzie nie przy­no­szą tak zna­czą­cych korzy­ści, jak w przy­padku Rachel, jed­nak mogą zapo­biec pogor­sze­niu zdro­wia w przy­szło­ści.

Nie­za­leż­nie od róż­nic w roz­miesz­cze­niu tłusz­czu obie kobiety tracą masę mię­śniową w wyniku samego pro­cesu sta­rze­nia się. Ozna­cza to, że z cza­sem będą miały coraz mniej­szą kon­trolę nad swoim tem­pem pod­sta­wo­wej prze­miany mate­rii (BMR), a masa tkanki tłusz­czo­wej, zarówno pod­skór­nej, jak i trzew­nej, będzie u nich rosła pomimo zmniej­sze­nia liczby spo­ży­wa­nych kalo­rii. Zatem ważne, aby zro­zu­mieć, że pro­ble­mem nie jest samo spo­ży­cie kalo­rii, lecz sku­pie­nie się na walce z tłusz­czem trzew­nym, odbu­do­wie tra­co­nej z wie­kiem masy mię­śnio­wej i ogra­ni­cze­niu kalo­rii. Na tym wła­śnie polega podej­ście, które zapre­zen­to­wa­łem w tej książce.

Przyj­rzyjmy się teraz dwóm męż­czy­znom, Jef­fowi i Samowi. W prze­ci­wień­stwie do kobiet z poprzed­niego przy­kładu Jeff i Sam zaczęli od wskaź­nika BMI na pozio­mie 27, czyli nie­wiele powy­żej 25 -?war­to­ści na ogół uzna­wa­nej za nor­malną lub wręcz ide­alną.

Obaj mają po 48 lat, pro­wa­dzą umiar­ko­wa­nie aktywny tryb życia i ćwi­czą trzy do czte­rech razy w tygo­dniu, głów­nie spa­ce­ru­jąc, jeż­dżąc na rowe­rze i wyko­nu­jąc ćwi­cze­nia opo­rowe, a od czasu do czasu roz­gry­wa­jąc rundę golfa lub tenisa. Obaj mieli zmie­rzony skład masy ciała za pomocą wagi z taką funk­cją (w takiej wadze wyko­rzy­sty­wane jest zja­wi­sko bio­im­pe­dan­cji). Urzą­dze­nie wyka­zało, że przy takim samym BMI Jeff ma 19 pro­cent tłusz­czu i 59 kg mię­śni, nato­miast Sam 30 pro­cent tłusz­czu i 45 kg masy mię­śniowej.

Jeff

Ciśnie­nie tęt­ni­cze 128/80

Lipi­do­gram:

Cho­le­ste­rol cał­ko­wity 220 mg/dl

Cho­le­ste­rol LDL 142 mg/dl

Cho­le­ste­rol HDL 50 mg/dl

Trój­gli­ce­rydy 140 mg/dl

Glu­koza na czczo 98 mg/dl

HbA1c 5,3%

CRP (białko C-reak­tywne) 1,0 mg/dl

Z dość korzystną zawar­to­ścią tkanki tłusz­czo­wej i masą mię­śniową zgodny jest rów­nież dość dobry (choć nie ide­alny) pro­fil meta­bo­liczny Jeffa, przy wskaź­niku BMI wyno­szą­cym 27.

Sam

Ciśnie­nie tęt­ni­cze 150/88

Lipi­do­gram:

Cho­le­ste­rol cał­ko­wity 198 mg/dl

Cho­le­ste­rol LDL 162 mg/dl

Cho­le­ste­rol HDL 35 mg/dl

Trój­gli­ce­rydy 240 mg/dl

Glu­koza na czczo 112 mg/dl

HbA1c 5,9%

CRP (białko C-reak­tywne) 3,0 mg/dl

Przy tym samym BMI Sam ma nad­ci­śnie­nie tęt­ni­cze, a poziom cho­le­ste­rolu HDL oraz trój­gli­ce­ry­dów świad­czy o zwięk­szo­nym ryzyku cho­rób ser­cowo-naczy­nio­wych. (Nie biorę pod uwagę powszech­nie uwzględ­nia­nego poziomu cho­le­ste­rolu LDL, ponie­waż nie jest on popraw­nym i wia­ry­god­nym wskaź­ni­kiem ryzyka cho­rób ser­cowo-naczy­nio­wych, ale o tym powiem przy innej oka­zji. Jed­nak według powszech­nych stan­dar­dów Sam jest nara­żony na więk­sze ryzyko wyni­ka­jące z wyż­szego poziomu cho­le­ste­rolu LDL). War­to­ści poziomu glu­kozy na czczo i HbA1c u Sama wska­zują na wzmo­żony stan zapalny, o czym świad­czy rów­nież wysoki poziom białka C-reak­tyw­nego.

Gdyby Sam zba­dał skład masy swo­jego ciała za pomocą urzą­dze­nia mie­rzą­cego zawar­tość tłusz­czu trzew­nego (więk­szość urzą­dzeń nie podaje fak­tycz­nej masy tłusz­czu trzew­nego, lecz łączny "wynik"), prze­ko­nałby się, że ma go naprawdę dużo. Innymi słowy, pomimo dość korzyst­nego BMI syl­wetka i skład masy ciała Sama z nad­mia­rem tkanki tłusz­czo­wej w oko­li­cach brzu­cha i bra­kiem mię­śni nara­żają go na wyż­sze ryzyko wielu cho­rób.

Mamy zatem dwóch męż­czyzn z takim samym BMI, ale o róż­nych syl­wet­kach i skła­dach masy ciała, róż­nym pro­filu meta­bo­licz­nym i róż­nym ryzyku cho­rób -?u jed­nego niskim, a u dru­giego wyso­kim. Mogli­by­śmy okre­ślić Sama mia­nem chu­dego gru­basa, który -?choć wydaje się szczu­pły -?z powodu nad­miaru wisce­ral­nej tkanki tłusz­czo­wej w oko­li­cach brzu­cha meta­bo­licz­nie jest otyły. Można zatem stwier­dzić, że metoda pole­ga­jąca na ogra­ni­cze­niu kalo­rii, ukie­run­ko­wana głów­nie na reduk­cję tłusz­czu pod­skór­nego nie byłaby w tym przy­padku ide­alna i nie zapew­ni­łaby peł­nych korzy­ści. Można rów­nież zauwa­żyć, że Samowi będzie trudno pozbyć się tłusz­czu trzew­nego ze względu na brak mię­śni, a tym samym na niż­sze tempo prze­miany mate­rii, więc sytu­acja tylko ule­głaby pogor­sze­niu, gdyby pró­bo­wał schud­nąć, ogra­ni­cza­jąc kalo­rie. O żad­nej z tych rze­czy nie wspo­mi­nają kon­wen­cjo­nalne podej­ścia do odchu­dza­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki