Wstęp
Wiele osób zmaga się z różnymi niedoskonałościami sylwetki. Obwisła
skóra na ramionach, masywne biodra, boczki, podwójny podbródek, tłuszcz
nagromadzony na brzuchu albo wylewający się z fotela, bielizna
wyszczuplająca, która ściska wypukłości ciała w jednym miejscu,
powodując powstawanie niechcianych fałd w innym. To nie wstyd z powodu
ciała, ale pełna konfrontacja z tym, czego doświadcza wielu z nas w naszym społeczeństwie. Któż nie zmagał się z jakąś formą niepożądanych
defektów lub krągłości swojego ciała? Dla wielu ludzi walka z różnymi
problemami z sylwetką stała się normą. Niestety dla pokaźnej ich liczby
kończy się przegraną. Lekarze często wskazują, że problemy z ciałem są
uwarunkowane genetycznie. Zalecają więcej ruchu i ograniczenie jedzenia.
Dietetycy zachęcają do "odsunięcia talerza" albo "spożywania w ciągu
dnia małych porcji co dwie godziny". Media, celebryci i influencerzy,
branża dietetyczna i wciąż zmniejszająca się liczba osób szczupłych
wpędzają w poczucie winy, zarzucając brak silnej woli, obżarstwo lub
brak kontroli. Żadna z tych rzeczy nie jest jednak prawdą -?staliśmy się
ofiarami nieprawdziwych informacji, błędnych interpretacji lub
niesłusznych rad.
Branża farmaceutyczna kusi szybkimi rozwiązaniami -?zastrzykami mającymi
wyeliminować uczucie głodu -?nie informując, że albo będziemy musieli
stosować ten lek do końca życia, ponosząc znaczne koszty zdrowotne i finansowe, albo wrócimy do dawnej wagi, czego następstwem będzie
dramatyczne pogorszenie zdrowia. Nieuniknione ponowne przybieranie na
wadze stwarza ryzyko rozwoju cukrzycy typu 2 i innych często spotykanych
problemów zdrowotnych. W książce Zdrowie i sprawność wyjaśnię, w jaki
sposób i dlaczego po odstawieniu leków ponowne przybranie na wadze jest
gwarantowane. Dzieje się tak, ponieważ większość początkowo
utraconych kilogramów jest wynikiem zmniejszenia się masy mięśniowej. To
zjawisko, poznane dzięki najnowszym osiągnięciom nauki, sprawia, że
tłuszcz zawsze powraca, nawet jeśli utrzymamy styl życia obejmujący
ścisłe ograniczenie liczby spożywanych kalorii i ćwiczenia. To samo
dotyczy redukcji masy ciała uzyskanej dzięki wyrzeczeniom związanym ze
zmniejszeniem liczby spożywanych kalorii czy nawet operacji
bariatrycznej: masa tkanki tłuszczowej powraca, ponieważ spadek wagi
wynikał z utraty masy mięśniowej. Mimo to większość konwencjonalnych
metod redukcji masy ciała w żaden sposób nie odnosi się do głównego
problemu, jakim jest masa mięśniowa, przez co powrót do poprzedniej wagi
wynika z przyrostu masy tłuszczu, co sprawia, że po tym wszystkim stan
zdrowia jest gorszy niż na początku.
W tej książce nie zajmuję się krytykowaniem sylwetki. Moim celem jest
pomoc w zrozumieniu, dlaczego mamy właśnie taką sylwetkę i skład masy
ciała, a jeśli nie jesteśmy z tego zadowoleni, to co możemy z tym zrobić
-?łatwo, od razu, szybko, naturalnie i niskim kosztem. Jak sugeruje
tytuł książki, zaproponuję plan, który pomoże odzyskać utraconą masę
mięśniową i spalić zbędny tłuszcz. Ta metoda nie wymaga liczenia kalorii
ani "punktów" -?sprawiającego, że wciąż zmagamy się z wilczym głodem.
Nie proponuje leków zmniejszających apetyt, po których odczuwamy
mdłości, ani operacji bariatrycznych, których skutkiem są defekty
anatomiczne. Nie wymaga też operacji plastycznych polegających na
odsysaniu tłuszczu z bioder i pośladków ani zabiegów ultradźwiękami,
mających na celu zmniejszenie podwójnego czy potrójnego podbródka. Nie
wykorzystuje aplikacji na telefon, które napominałyby nas w chwilach
słabości i karały za zjedzenie czegoś więcej, niż przewiduje norma.
Metoda, którą opiszę, polega na odbudowaniu elementów, które miały
towarzyszyć nam w życiu, dopóki nie zniszczyły ich współczesne
wynalazki, takie jak antybiotyki, dodatki do żywności, leki i zalecenia
dietetyczne, które namieszały w tej całej sytuacji, pozostawiając nas z pytaniem, co, u diabła, się stało, i z niepowodzeniem w poszukiwaniu
lepszych rozwiązań. Obejdziemy problemy towarzyszące konwencjonalnym
metodom redukcji masy ciała, które w ogóle nie odnoszą się do
nieuniknionej utraty masy mięśniowej przyczyniającej się do skrócenia
życia. Tak, do skrócenia życia.
Jeszcze niedawno ludzie zadręczali się problemami związanymi z wyglądem,
na który mają niewielki lub zerowy wpływ: ze zbyt dużym nosem
odziedziczonym po rodzicach, z szerokimi stopami niemieszczącymi się w wąskim obuwiu, z trudnymi do ujarzmienia kręconymi włosami po
irlandzkich przodkach ze strony matki. W miejsce tych nieco dziwacznych
zmartwień wręcz epidemicznie pojawił się cały szereg zupełnie nowych,
nieuwarunkowanych genetycznie problemów związanych z budową ciała.
Wiadomo, że ludzie mają różne sylwetki i postury, które przeszły
przedziwną transformację. To zjawisko jest w dużej mierze specyficzne
dla ostatniego półwiecza. W latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku
nie było rozmiaru XXXL, a paski zazwyczaj nie musiały obejmować obwodu
talii przekraczającego 90 centymetrów. Zaledwie dwa pokolenia wstecz
kilkanaście kilogramów nadwagi oznaczało, że dana osoba była najcięższa
w grupie przyjaciół, sąsiadów czy współpracowników. Obecnie jest to
ponad 40, a nawet 90 kilogramów. Widać to wokół: ludzie nie są w stanie
się schylić, aby zawiązać sznurówki butów, mają problem z wejściem na
pierwsze piętro, podczas zakupów poruszają się między alejkami na wózku
zakupowym z mechanicznym napędem.
Amerykańskie Centra Kontroli i Prewencji Chorób (CDC) śledzą te trendy.
Według najnowszych danych, obejmujących rok 2021 (skatalogowanych w czasie pisania tej książki), 42 procent Amerykanów osiągnęło wskaźnik
masy ciała BMI z przedziału wskazującego na otyłość. BMI jest miarą
stosunku masy ciała do wzrostu (podniesionego do drugiej potęgi -?przyp.
tłum.), a wartość 30 lub większa oznacza otyłość. Ponieważ problemy z otyłością przybierają na sile, lekarze wprowadzili nowe pojęcie
"otyłości olbrzymiej" (albo III stopnia) odnoszące się do osób o wskaźniku BMI przekraczającym 40, jednak nie wymyślili jeszcze określeń
dla wskaźnika BMI wynoszącego 50, 60 lub nawet więcej. Ciało
współczesnego człowieka, niczym przepełnione wysypisko niemogące
pomieścić wciąż napływających odpadów, nie może znaleźć miejsca dla
nadmiaru tkanki tłuszczowej, tworząc dziwne, niespotykane wcześniej
wypukłości i złogi tłuszczu na sercu, kolanach, biodrach, trzustce,
nerkach, mięśniach. Słowem: wszędzie. Gromadzący się w różnych
nietypowych miejscach tzw. tłuszcz ektopowy jest zjawiskiem
przyśpieszającym degenerację tych organów. Lekarze ruszają chorym na
ratunek, przepisując leki i ordynując różne procedury medyczne,
udzielają porad dietetycznych nieprzynoszących pozytywnych efektów, ale
nigdy nie odnoszą się do przyczyn źródłowych. Załóżmy, że mężczyzna ma
wskaźnik BMI wynoszący 51, waży 160 kilogramów przy wzroście 176
centymetrów i poddaje się operacji bariatrycznej. Redukcja masy ciała
jest imponująca -?35 kilogramów. Jednak nawet przy tej nowej wadze 125
kilogramów BMI wynosi 40, a więc nadal mieści się w zakresie
odpowiadającym otyłości olbrzymiej. Konwencjonalnych "rozwiązań" w zakresie redukcji masy ciała nie można uznać za właściwe. Tak jak wiele
innych forteli stosowanych we współczesnej opiece zdrowotnej i farmacji,
stanowią jedynie tymczasowe i niepełne środki zaradcze dla znacznie
większego problemu. W rzeczywistości problemy te łatwo zidentyfikować i rozwiązać po odrzuceniu standardowego podejścia do leków i procedur
stosowanych w różnych sytuacjach zdrowotnych.
Czyż jako społeczeństwo nie popadamy w gnuśność, lenistwo i brak umiaru,
co sprawia, że na naszym ciele pojawiają się w różnych miejscach
niechciane wypukłości i zaczynamy się go wstydzić? Nie mamy odwagi
włożyć kostiumu kąpielowego. Stajemy się ofiarami problemów zdrowotnych
powodowanych przez tłuszcz gromadzący się w różnych częściach ciała. Czy
współczesne ludzkie doświadczenie zniekształcenia ciała bierze się ze
słabości i pokus, czy jest skutkiem działania tego, co spożywamy w formie antybiotyków, dodatków do żywności, mikroplastiku, "wiecznych"
chemikaliów (PFAS), toksycznych olejów z nasion, napojów gazowanych z ogromną ilością cukru i wysokoprzetworzonej żywności? To nie jest tak,
że po prostu ewoluowaliśmy do tego stanu przez ostatnie pięćdziesiąt czy
sześćdziesiąt lat.
Dzisiejsze konwencjonalne, pełne chaosu metody redukcji masy ciała
przywodzą na myśl szpital dla nerwowo chorych, w którym w dziewiętnastym
wieku na "szaleństwo" stosowano zamknięcie, kaftany bezpieczeństwa,
upuszczanie krwi, a "histerię" kobiet zwalczano histerotomią. Te
wiktoriańskie metody "leczenia" były oczywiście nieskuteczne,
barbarzyńskie i nieludzkie, ale mimo to stosowano je ponad miarę.
Współczesne medyczne podejście do masy ciała i sylwetki nie jest dalekie
od tych pożałowania godnych dawnych praktyk w dziedzinie zdrowia
psychicznego, praktyk czyniących z nas zakładników nieskutecznych lub w najlepszym przypadku tymczasowych sposobów na redukcję masy ciała. Nie
wolno krępować kaftanami bezpieczeństwa ludzi cierpiących na choroby
psychiczne, tak jak nie powinniśmy stosować konwencjonalnych sposobów
redukcji masy ciała, pomijających najnowszą wiedzę i tak naprawdę
szkodzących zdrowiu i pogarszających wygląd.
Nie chodzi tu jedynie o estetykę. Jest to również kwestia zdrowia
emocjonalnego i dobrostanu. Wiele osób zmagających się ze swoją wagą,
sylwetką i składem masy ciała traktuje te problemy jak osobistą porażkę.
We współczesnym życiu doświadczenie zdeformowanego ciała może poważnie
wpłynąć na poczucie własnej wartości, wiarę w zdolność do rozwiązywania
problemów życiowych czy przyciągnięcia uwagi albo utrzymania życiowego
partnera, a nawet na możliwość znalezienia pracy.
Miałem wielu pacjentów, którzy rozklejali się psychicznie, opowiadając o swoich frustracjach i rozczarowaniu związanym z ich przekonaniem o niemożności redukcji nadmiernej masy ciała lub powrotu do sylwetki
zbliżonej do normalnej. Wciąż mam w pamięci czterdziestoczteroletnią
kobietę, która nie mogąc zapanować nad kompulsywnym objadaniem się o podłożu emocjonalnym, sięgnęła po rozwiązanie polegające na założeniu
bypassu żołądkowego. Dwa lata po operacji siedziałem naprzeciw jej
szlochającego dwudziestodwuletniego syna, który znalazł martwą matkę w kuchni. Przyczyną śmierci była operacja. Zapewniano ją, że jest
bezpieczna i sprawi, że kobieta schudnie, a związane z tym ryzyko jest
niewielkie, takie jak przy każdej operacji.
Prawdopodobnie nie wiesz, że w walce o redukcję masy ciała wszystko
sprzysięga się przeciwko tobie. Nie chodzi tylko o to, że
przedstawiciele służby zdrowia nie ujawniają prawdziwych reguł, ale o to, że wskazują te, które już dawno powinny były zostać odrzucone jako
nieskuteczne. Przykładowo, wchodzisz do kasyna z tysiącem dolarów,
wrzucasz monety do każdego automatu, a potem wychodzisz spłukany,
zostawiając tam wszystkie pieniądze tylko dlatego, że twoje szanse na
wygraną w każdym przypadku były niewielkie. W przypadku walki o redukcję
masy ciała twoje szanse są jeszcze mniejsze. Stosując konwencjonalne
reguły, możesz ucieszyć się z początkowych pozytywnych efektów, które
wciągną cię w to tylko po to, by w długim terminie doświadczyć
demoralizującej przegranej polegającej na tym, że nie tylko zaczniesz
przybierać na wadze i "odzyskiwać" stracone kilogramy, ale również
zmagać się ze zniekształceniem ciała i zaburzeniem jego składu, co
rujnuje postrzeganie siebie i zdrowie.
Aby wygrać tę walkę, musisz poznać prawdziwe reguły. Zaczniemy tę drogę
od przyjrzenia się, dlaczego wszystkie rady, jakich udzielali pracownicy
służby zdrowia, zarówno są nieskuteczne, jak i zapowiadają porażkę.
Być może kosztowało cię to sporo pieniędzy, czasu i wysiłku, udziału
całej rodziny w tej dietetycznej szaradzie, zaufałeś wiedzy lekarza lub
dietetyka, tylko po to, by potem zobaczyć, jak twoja waga powraca lub
jak podupadasz na zdrowiu.
Przyjrzyjmy się zatem, jakie czynniki nieobecne lub niewystarczająco
brane pod uwagę sprawiają, że nasze ciało ulega deformacji i zostają
zakłócone jego proporcje, a w związku z tym kształt i skład ciała
ostatnich dwóch pokoleń znacząco różni się od tego, co można było
zaobserwować we wcześniejszych pokoleniach. Na szczęście jesteśmy w stanie obudować wszystkie te czynniki.
Wielu czytelników zna mnie z serii książek o diecie bez pszenicy, w których omawiam tezę, że w erze promowania diety niskotłuszczowej
spożycie "zdrowego pełnego ziarna" było poważnym błędem na światową
skalę, zwłaszcza że to, co teraz nazywamy "pszenicą", jest czymś
zupełnie innym od tego, co znały nasze babcie. Pszenica jest obecnie
czterdziestopięciocentymetrową rośliną o grubych łodygach i dużych
nasionach, modyfikowaną przez genetyków. Wygląda inaczej, jest inna pod
względem biochemicznym i wywołuje nowe, niezwykłe skutki u niczego
niepodejrzewających ludzi, którzy ją konsumują. Choć stworzona ze
szlachetnych pobudek, aby zapewnić rolnikom większe plony i umożliwić
wykarmienie głodujących na całym świecie, nieumyślnie stała się monstrum
ze zmienioną biochemią, wywołującym groźne konsekwencje zdrowotne.
Niektórzy być może znają mnie również z mojej najnowszej książki
Zdrowie kryje się w jelitach, w której wyjaśniam, jak utraciliśmy ze
swojego mikrobiomu ważne mikroby, co naraziło na szwank fundament
zdrowia, oraz pokazuję, jak i gdzie gromadzony jest tłuszcz i budowane
są mięśnie. Być może zdiagnozowano u ciebie takie choroby jak depresja,
stany lękowe, zespół jelita drażliwego, fibromialgia czy kamica nerkowa.
Większość z nich jest skutkiem zaburzenia ekosystemu, jaki nosisz pod
przeponą w niemal dziesięciometrowym odcinku przewodu pokarmowego.
W książce Zdrowie i sprawność nie powtarzam tez przedstawionych w Diecie bez pszenicy czy pozycji Zdrowie kryje się w jelitach, ale na
podstawie tych doświadczeń wiemy już na tyle dużo o wadze, apetycie,
składzie masy ciała, mikrobiomie i ogólnym zdrowiu, że warto wrócić do
kilku tam zaprezentowanych wniosków. W ciągu ostatnich kilkunastu lat,
kiedy poruszyłem świat dietetyki argumentami z książek o pszennym
brzuchu, obserwacje i przemyślenia na temat składu masy ciała poczyniły
ogromny krok naprzód. Wraz ze swoją grupą naukową przeprowadziłem
badania kliniczne na ludziach, które doprowadziły do niesamowitych i zaskakujących wniosków, wskazując strategie, które jeszcze bardziej
zmieniają kształt i skład ciała. Przypuszczam, że czytelnicy tej książki
również będą zdumieni tymi odkryciami. Być może o wielu z nich w ogóle
nie słyszeli, choć te mogą diametralnie zmienić sylwetki i zdrowie
ludzi. Można oczekiwać, że w wieku sześćdziesięciu pięciu lat będziesz
fantastycznie prezentować się w bikini i szybkim, pewnym krokiem
przyciągać pełne podziwu spojrzenia, a w wieku siedemdziesięciu lat
wchodzić po schodach po dwa stopnie naraz, podczas gdy twoi rówieśnicy
będą wspomagać się laskami, chodzikami czy wózkami lub walczyć z innymi
dolegliwościami zazwyczaj związanymi ze starzeniem się -?a wszystko to
pod kontrolą lekarza.
Z konwencjonalnymi metodami redukcji masy ciała wiąże się fundamentalny,
paraliżujący problem: ludzie, którzy początkowo tracą na wadze, z czasem
odzyskują większość zrzuconych kilogramów. Dzieje się tak czasami po
kilku tygodniach, czasami po kilku miesiącach lub latach, ale jest to
nieuniknione. Powrót do dawnej masy ciała jest zjawiskiem, któremu
towarzyszą zwiększone ryzyko poważnych i długoterminowych konsekwencji
zdrowotnych, rozczarowanie, rozżalenie i rozpacz. Zjawisko to zachodzi
dlatego, że redukcja masy ciała osiągnięta konwencjonalnymi metodami
polega na zmniejszeniu masy mięśniowej, co daje niemal stuprocentową
pewność utraty kontroli nad tempem przemiany materii (czyli tempem, w jakim "spalamy kalorie"), które na wiele lat istotnie się obniży. Tak -
nie tygodni, nie miesięcy, lecz lat. Odzyskiwana masa ciała to niemal
wyłącznie tłuszcz. Jeśli redukcji masy ciała towarzyszy utrata masy
mięśniowej, to po powrocie do dawnej wagi jest więcej tłuszczu, a mniej
mięśni niż na początku i dodatkowo jesteśmy narażeni na większe ryzyko
komplikacji zdrowotnych, takich jak choroby serca czy demencja. Żadne z tych konwencjonalnych działań nawet nie próbuje odnieść się do
podstawowych przyczyn, nie jest więc zaskoczeniem, że wszystkie
powiązane problemy z wagą i zdrowiem wracają z jeszcze większą siłą.
Jeśli nie chcesz pójść w ślady swojego ojca lub dziadka, którzy przeszli
zawał serca, a potem operację wszczepienia bypassów, albo matki lub
babci, u których pojawiły się problemy poznawcze i demencja, przez co
nie rozpoznawały nawet własnych dzieci, życzę ci powodzenia w odwróceniu
procesów zapoczątkowanych przez konwencjonalne sposoby redukcji masy
ciała.
Rozwiązanie tak naprawdę leży w zasięgu ręki. Przyjrzyjmy się na
przykład osobom, które wystąpiły w programie Dużo do stracenia i wytrwały w nim do końca. Uczestnicy codziennie pozbawiani kalorii,
namawiani do wielogodzinnego aerobiku i zachęcani, aby się nie poddawać,
tracą naprawdę dużo na wadze i na zakończenie programu wyglądają
fantastycznie. Jednak ta historia wcale nie kończy się tak, jak myślisz.
Większość uczestników, którzy z sukcesem dotrwali do finału programu, a po powrocie do domu utrzymali niskokaloryczną dietę i nawyk
umiarkowanych ćwiczeń, w końcu odzyskuje dawną wagę. Osoby biorące
udział w oryginalnym amerykańskim programie (The Biggest Loser) były
po jego zakończeniu badane i monitorowane przez zespół naukowców z Narodowego Instytutu Zdrowia (NIH). Badacze odkryli, że wystąpiły u nich
utrzymujące się przez wiele lat ogromne zmiany fizjologiczne, które w zasadzie gwarantowały powrót do dawnej masy ciała. Ciężko wypracowana
redukcja wagi skończyła się tym, że wróciły ogromne ilości tłuszczu, nie
tylko wywołując poczucie zawodu i porażki, ale również przyczyniając się
do pogorszenia parametrów związanych z cukrzycą typu 2, chorobami serca
i demencją. Możemy się uczyć na tych przykładach.
Odejdźmy zatem od nazbyt uproszczonego pojęcia "odchudzania się" i zamiast tego zacznijmy mówić o poprawie składu masy ciała -?w pierwszej
kolejności utracie tłuszczu z najważniejszych obszarów; utrzymaniu, a nawet zwiększeniu masy mięśniowej (młodzieńczych mięśni utraconych w wyniku procesów starzenia, jak również masy mięśniowej zmniejszonej
wskutek złych porad dotyczących odchudzania) bez wielogodzinnych
treningów w siłowni i umożliwieniu swojemu ciału powrotu do normalnego
funkcjonowania. Mówmy o osiąganiu optymalnej sylwetki, optymalnego
składu masy ciała, fizjologii i zdrowiu. W tym świecie nie ma "boczków",
podwójnego podbródka, dżinsów w rozmiarze XXXL, cukrzycy, nadciśnienia,
zawałów serca, raka jelita grubego, demencji ani wyszydzania słabości
moralnej.
W książce Zdrowie i sprawność mam nadzieję pokazać czytelnikom, jak
odbudowanie kilku elementów, które utraciliśmy, może pomóc zlikwidować
ten problem bez leków i procedur medycznych. Niektóre z tych wniosków
wynikały z doświadczeń zebranych z całego świata w związku z książkami
Dieta bez pszenicy i Zdrowie kryje się w jelitach, źródłem innych
były nowe obserwacje, w tym własne badania kliniczne, jak również coraz
większa liczba badań prowadzonych przez innych naukowców. Wszystkie
pokazały, że zachowanie lub zwiększenie masy mięśniowej stanowi punkt
zwrotny w zapobieganiu powrotowi do dawnej wagi oraz trwale poprawia
sylwetkę i skład masy ciała. W celu utrwalenia właściwych nawyków
przedstawię tutaj prosty trzytygodniowy plan praktycznego zastosowania
tej wiedzy w celu pozbycia się wystającego brzucha i dodatkowych
podbródków, nadania właściwych kształtów biodrom i pośladkom, aby znowu
móc kupować sukienki i spodnie w najmniejszych rozmiarach, stawiać kroki
bez żadnych pomocy i w najodważniejszej kreacji tańczyć tango lub salsę.
I wszystko to bez poświęcania długich godzin na ćwiczenia.
1. Jak doszło do tego, że staliśmy się tak bezkształtni
1
Jak doszło do tego, że staliśmy się tak bezkształtni
Załóżmy, że możemy cofnąć się w czasie do roku 50 000 przed naszą erą,
mniej więcej dwa tysiące pokoleń wstecz, kilkadziesiąt lat przed
pojawieniem się pierwszych ludzkich cywilizacji i miast. Bez kupców i sklepów, bez kanalizacji w budynkach, bez specjalizacji zawodowej
wszyscy są myśliwymi zbieraczami walczącymi o przetrwanie w dziczy od
tropików po Arktykę. Przez większość dni nosimy na biodrach swoją
najlepszą przepaskę i owijamy stopy zwierzęcymi skórami, aby chronić je
przed zranieniem o kamienie i gałęzie. Na polowaniach przebiegamy kilka
lub kilkanaście kilometrów, włócznią lub maczugą starając się zdobyć
kolejny posiłek. My sami i inni członkowie naszego klanu od paru dni nie
jedliśmy nic oprócz kilku ptasich jaj, grzybów i roślin. Nadszedł więc
czas, żeby upolować jakąś zdobycz.
Wyruszamy, wypatrując znajomych śladów zwierząt, które będziemy w stanie
dogonić lub schwytać w zastawioną wcześniej pułapkę. Wyruszamy o świcie,
aby wrócić o zmierzchu z cennym trofeum. Wraz z rodziną i całym klanem
oprawiamy łup, łakomie zjadając kawałki surowego mięsa i zostawiając
resztę do upieczenia nad ogniem. Dzielimy serce, mózg, płuca, żołądek,
jelita, wątrobę, nerki, mięśnie, skórę... Tak, wszystko, nawet ścięgna,
chrząstki i kości gotują się nad ogniem w wodzie, do której dorzucamy
korzonki i liście zebrane przez innych członków klanu. Tak wygląda
przygotowanie zupy lub gulaszu pełnego tłuszczu i ścinków różnych
tkanek. W tym świecie, w którym wraz z innymi ludzkimi towarzyszami
ciężko pracujesz, aby zdobyć pożywienie, niczego się nie wyrzuca.
Niewielu ludzi w najnowszej historii przeżyło coś podobnego. Taki styl
życia, obejmujący spożywanie wszelkich części ciał zwierząt, dostarczał
ludziom składników odżywczych, których brakuje we współczesnym świecie,
gdzie we wszystkim pomagają nam smartfony, a zakupy robimy w supermarketach. Nie jemy mózgów ani skóry, więc nie spożywamy kwasu
hialuronowego. Zapewne nie wygotowujemy korpusów, aby z więzadeł,
ścięgien i chrząstek odzyskać kolagen. Zatem prawdopodobnie każdy, kto
unika produktów zwierzęcych, nie przyjmuje żadnych ilości składników
odżywczych wpływających na sylwetkę, ponieważ pochodzą one wyłącznie z takich źródeł jak organy, mięśnie i inne części ciał zwierząt. Jak
zobaczymy, zwiększenie spożycia tych dwóch składników nie tylko prowadzi
do redukcji tkanki tłuszczowej w okolicach brzucha i zwiększenia masy
beztłuszczowej tkanki mięśniowej, ale działa również korzystnie na
skórę, stawy, tętnice i mózg. Współczesne uzależnienie od fast foodów,
wysokoprzetworzonych produktów spożywczych i bezsensownych zaleceń
dietetycznych oznacza, że spożycie karotenoidów kształtujących sylwetkę
jest przygnębiająco niskie. Co gorsza, przez lata przechodzimy wiele
kuracji antybiotykowych, pijemy chlorowaną wodę i spożywamy przetworzoną
żywność zawierającą mnóstwo syntetycznych dodatków, które zabiły lub
zredukowały w naszym mikrobiomie wiele szczepów bakterii mających
istotny wpływ na naszą sylwetkę i skład masy ciała.
Największe szanse na sukces: klasa sprzed pięćdziesięciu tysięcy lat przed naszą erą
Od czasu, kiedy Homo sapiens zamieszkał tę planetę, fascynuje nas
różnorodność sylwetek ludzi. Ludzkie ciało jest przecież piękne, jest
cudem inżynierii zdolnym do spektakularnych wyczynów. Polując w celu
zdobycia pożywienia i ubrania, jesteśmy zdolni do wielogodzinnego
pościgu za zwierzęciem, aż do jego wyczerpania, potrafimy wykorzystać
wyjątkową konstrukcję dłoni do budowania narzędzi albo tworzenia dzieł
sztuki. Mamy usta, język oraz struny głosowe i jesteśmy w stanie
wyartykułować wiele różnych dźwięków, które można uznać za mowę lub
śpiew. Jesteśmy też wyjątkowo bezbronni, bez pazurów lub szponów, z niewielkimi zębami siecznymi, które są mało skuteczne w rozrywaniu szyi
ofiary, niemal całkowicie pozbawieni owłosienia, bez kopyt. Musimy więc
wykorzystywać skóry i futra zdarte ze zwierząt, aby zakryć swoje torsy i stopy.
Bez produkowanych współcześnie ubrań i obuwia, które wkładamy na siebie,
bez cudownego urządzenia do komunikacji, które nosimy w kieszeni lub
saszetce, bez społecznych mechanizmów kontroli i równowagi,
utrzymujących względny porządek w naszym świecie niewiele różnilibyśmy
się od krwiożerczego Homo sapiens sprzed, powiedzmy, pięćdziesięciu
tysięcy lat -?odzianego w przepaskę na biodrach i dzierżącego dzidę w dłoni. Gdybyśmy mieli porównać genetykę osobnika z tamtej epoki z osobą
żyjącą obecnie, zauważylibyśmy niewiele różnic. Z punktu widzenia
genetyki jesteśmy niemal identyczni. Może ładniej pachniemy, śpimy na
bardziej komfortowym posłaniu i mamy łatwy dostęp do wielu środków
transportu, ale pod powierzchnią nadal jesteśmy dzikimi
przedstawicielami swojego gatunku. Podstawowe potrzeby związane z przetrwaniem niewiele się różnią, mamy taką samą fizjologię, a nasz kod
genetyczny jest w ponad 99 procentach nie do odróżnienia.
Gdybyśmy jednak porównali zdjęcia klasowe sprzed pięćdziesięciu tysięcy
lat przed naszą erą ze zdjęciami klasy z roku około 2000,
dostrzeglibyśmy wyraźne różnice. U ludzi zaszła wyraźnie widoczna zmiana
sylwetki i składu masy ciała. Nie widać już ścięgien, sześciopaku mięśni
na brzuchu ani wyrzeźbionej szyi i klatki piersiowej. Na nowszych
zdjęciach klasowych widać pulchne, pękate i krągłe sylwetki. Detale są
ukryte głęboko pod podskórną tkanką tłuszczową, a u niektórych brzuchy
są tak wielkie, że przypominają zaawansowaną ciążę. Jeśli jeszcze
bardziej zagłębimy się w budowę fizyczną naszej współczesnej klasy,
odkryjemy tłuszcz w wątrobie, tłuszcz oplatający jelito cienkie i jelito
grube, tłuszcz w nerkach, tłuszcz otaczający serce, tłuszcz przenikający
do stawów i mięśni, czyli znajdujący się we wszystkich miejscach, w których nie powinno go być. I okaże się, że mamy znacznie mniej
kilogramów mięśni niż nasi przodkowie, ponieważ nie musimy polować z bronią ani trudzić się z obdzieraniem ze skóry i patroszeniem zdobyczy.
Ale jakie to ma znaczenie we współczesnym życiu, jeśli nie planujemy
pościgu za gazelą ani wyrywania dzikim zwierzętom serc, języka i żołądka?
Dla zilustrowania odpowiedzi przeprowadźmy jeszcze jeden eksperyment
myślowy. Wyobraźmy sobie, że dysponujemy wehikułem czasu, który może
przenieść do naszych czasów człowieka z epoki przed ponad
pięćdziesięcioma tysiącami lat. Kiedy minie początkowy szok związany z przetransportowania tego nieszczęśnika do naszego świata, otworzymy
przed nim swoje lodówki i kredensy, poczęstujemy żeberkami z grilla i frytkami, będziemy budzić go zapachem naleśników, pozwolimy godzinami
oglądać telewizję z mnóstwem obrazów pizzy dostarczanej pod drzwi i misek z chrupkami kukurydzianymi. Nie będzie już musiał ostrzyć włóczni,
za to będzie mógł paroma kliknięciami na ekranie telefonu zamówić
kubełek smażonych kawałków kurczaka z dostawą w kilka minut pod same
drzwi. Kto wie, jakie pasożyty i bakterie roznosi ten dziko żyjący
człowiek? Po kąpieli z mydłem i szamponem zaserwujmy mu koktajl z antybiotyków i leków, aby go "oczyścić". Przemiana w człowieka z dwudziestego pierwszego wieku nie potrwa długo. W ciągu kilku tygodni
przybierze na wadze kilkanaście kilogramów, urośnie mu brzuch i powiększą się uda, złogi tłuszczu pojawią się też na twarzy, szyi,
klatce piersiowej, trzustce i stawach. Zanikną mięśnie, ścięgna
przestaną być widoczne, rysy twarzy staną się mniej wyraziste. Wstając z krzesła lub idąc do lodówki, będzie ciężko wzdychał. Nie, ten przybysz z paleolitu, wytwór epoki przedrolniczej i przedkomercyjnej niczym nie
różni się od współczesnych ludzi i jest tak samo jak oni podatny na
wszystkie nękające ich wypaczenia.
Czy wynikają stąd jakieś wnioski? Jestem przekonany, że tak. Homo
sapiens, podobnie jak rekin, koza czy wilk, ma w swoim kodzie
genetycznym zapisane własne nawyki żywieniowe. Jeśli zostaną one
zachwiane, szybko doprowadzi to do pogorszenia zdrowia i śmierci.
Konkretny sposób życia i odżywiania jest zaprogramowany w naszych
czterdziestu sześciu chromosomach, a my, współcześni ludzie,
naruszyliśmy te zasady z fatalnymi skutkami. Ceną, jaką za to płacimy,
jest sylwetka i skład masy ciała z różnymi dziwnymi wypukłościami,
krągłościami i oponkami oraz epidemia cukrzycy typu 2, chorób serca,
stłuszczenia wątroby i raka jelita grubego. Owszem, ważny jest również
wygląd estetyczny, ale chodzi przede wszystkim o zdrowie i choroby,
mobilność, a nawet przedwczesną śmierć.
Jak długo żyłby w swoich czasach nasz klasowy kolega z rocznika 50 000
przed naszą erą? Ponieważ przetrwał pierwszą dekadę swojego życia
związaną z najwyższym ryzykiem, zazwyczaj dożywał pięćdziesięciu,
sześćdziesięciu, siedemdziesięciu lub więcej lat bez doświadczania
trapiących nas "chorób cywilizacyjnych" (jak nazywają je
antropolodzy)1, 2. W swoich czasach mógł dorobić się
kilku blizn po urazach czy zmagać się z zakażeniami różnymi pasożytami,
ale płaski brzuch, mocno umięśnione ramiona i nogi oraz zdolność
wspinania się na góry i drzewa bez względu na wiek nie dopuszczały do
żadnej z wielu dolegliwości zdrowotnych szeroko rozpowszechnionych w naszym świecie. I osiągał to bez liczenia kalorii, bez korzystania z leków czy procedur medycznych, a jedynie dzięki przestrzeganiu zasad
stylu życia zaprogramowanego w jego kodzie genetycznym, podobnie jak
robiły to inne otaczające go dzikie stworzenia.
Tłuszcz tłuszczowi nierówny
Dla tłuszczu nie powstała żadna Deklaracja Niepodległości, dlatego -?w przeciwieństwie do ludzi -?w przypadku tłuszczu nie ma mowy o równości.
Przez lata podejmowano starania, aby wyjaśnić różnice w konsekwencjach
zdrowotnych dla organizmu wynikające z różnic w sposobie odkładania się
tłuszczu. Prawdopodobnie wiesz, że ludzie mogą mieć sylwetkę w "kształcie gruszki" i "kształcie jabłka". Ci pierwsi mają sylwetkę
rozbudowaną w biodrach, a nadmiar tłuszczu gromadzi się u nich głównie
na pośladkach i udach, natomiast u tych drugich w okolicach brzucha.
Sylwetka gruszki jest również nazywana gynoidalną, ponieważ ten typ
sylwetki częściej występuje u kobiet w okresie przedmenopauzalnym,
natomiast sylwetka jabłka jest nazywana androidalną, ponieważ tłuszcz w okolicach brzucha częściej gromadzi się u mężczyzn. Jednak po
menopauzie, z powodu niższego poziomu estrogenu, kobiety również
zmierzają w kierunku sylwetki androidalnej, czyli jabłka. Te określenia
są oczywiście uogólnieniem, a nie bezwzględną zasadą, i możliwe są
znaczne różnice indywidualne. U większości ludzi mamy do czynienia z pewną kombinacją typów sylwetek, a nie "czystym" jabłkiem lub gruszką.
Czy ta opowieść o owocach i płci naprawdę ma jakieś znaczenie? Jakie są
konsekwencje zdrowotne tych różnic? I czy rzeczywiście jest to istotne?
Konwencjonalne metody opisu sylwetki i składu masy ciała mają poważne
wady. Być może lekarz wspominał, że otyłość zaczyna się od momentu,
kiedy wskaźnik masy ciała (BMI) wyniesie 30. Wartość tę otrzymujemy,
dzieląc masę ciała wyrażoną w kilogramach przez wzrost wyrażony w metrach, podniesiony do drugiej potęgi. Wskaźnik BMI jednak nic nie mówi
o tym, gdzie jest zgromadzony tłuszcz -?czy jest on niegroźny, czy
niebezpieczny z punktu widzenia metabolizmu. Czy to jedynie problem
estetyczny, czy też jesteśmy na prostej drodze do cukrzycy typu 2,
zawału serca lub demencji? Nie można dokonać rozróżnienia, opierając się
wyłącznie na wskaźniku BMI. Powiedzą to również sportowcy i inni ludzie
o rozwiniętej muskulaturze, ponieważ BMI nie odróżnia mięśni od
tłuszczu. Zatem śledzenie tego wskaźnika jest bezużyteczne i może
wprowadzać w błąd co do składu masy ciała, gdyż można uznać, że
muskularne osoby mają nadwagę lub są otyłe. Podobnie jest z obwodem
talii. Czy tłuszcz znajduje się tuż pod skórą, czyli jest "tłuszczem
podskórnym", czy też głęboko, otaczając organy w jamie brzusznej, czyli
jest "tłuszczem trzewnym" (inaczej wisceralnym)? Obwód talii informuje
jedynie o istnieniu tłuszczu w okolicach brzucha, ale nie o tym, gdzie
dokładnie się odkłada.
W ciągu kilku ostatnich dekad udało się precyzyjniej opisać te
przybliżone rozróżnienia. Do przełomu w zrozumieniu tego zjawiska
przyczyniło się w dużej mierze nowatorskie wykorzystanie przekrojowej
tomografii komputerowej (w skrócie ang. CT lub po polsku TK) oraz
obrazowania przy zastosowaniu rezonansu magnetycznego (MRI). Metody te,
w przeciwieństwie do starszych sposobów opisu sylwetki, jednoznacznie
wskazują rozmieszczenie złogów tłuszczu.
Istnieją zatem dwa główne miejsca odkładania się lub "zasobniki"
tłuszczu -?mamy tłuszcz podskórny i brzuszny tłuszcz trzewny, które
diametralnie się różnią. Tłuszcz podskórny to ten, który gromadzi się na
pośladkach, udach, szyi, klatce piersiowej i w innych miejscach tuż pod
skórą. Po naciśnięciu go palcem wydaje się gąbczasty. Choć mogą się nie
podobać te różne wypukłości i wałeczki tłuszczu odkładającego się pod
skórą, taka forma wiąże się jedynie z niezbyt miłymi doznaniami
estetycznymi i może stanowić obciążenie dla stawów nośnych, takich jak
biodra czy kolana.
Brzuszny tłuszcz trzewny otacza i przenika narządy jamy brzusznej
(trzewia), takie jak okrężnica, jelito cienkie, trzustka czy wątroba.
Brzuszny tłuszcz trzewny jest zupełnie innym rodzajem tłuszczu -?to
siedlisko stanu zapalnego. Obejrzyj go pod mikroskopem, a zobaczysz, że
sam w sobie jest pełen komórek zapalnych. Badając krew pobraną z brzusznego tłuszczu trzewnego, na przykład krew odprowadzaną z przewodu
pokarmowego do wątroby przez żyłę wrotną, zaobserwujemy wysoki poziom
białek zapalnych, które w pierwszej kolejności są transportowane do
wątroby, a potem do innych części ciała3, 4.
Brzuszny tłuszcz trzewny jest zatem numerem jeden, jeśli chodzi o najsilniejsze źródła stanu zapalnego całego organizmu, co przyczynia się
do dalszego wzrostu jego masy. Stan zapalny wywołuje insulinooporność,
sprawiając, że trzustka uwalnia znacznie większe ilości tego hormonu,
aby skompensować ten niedobór, co jeszcze bardziej wzmaga odkładanie się
tłuszczu trzewnego. Tłuszcz trzewny wprowadza również zaburzenie
równowagi hormonów płciowych, podwyższając na przykład poziom estrogenu
u kobiet, a to zwiększa ryzyko raka piersi. U mężczyzn również podwyższa
poziom estrogenu i obniża poziom testosteronu, co prowadzi do biernych
zachowań społecznych upośledzających zdolność do radzenia sobie ze
stresem oraz stymuluje wzrost gruczołów piersiowych (ginekomastia) i utratę masy mięśniowej. Tak, brzuszny tłuszcz trzewny to nie tylko
kwestia estetyki i poczucia własnej wartości, ale również poważny
problem zdrowotny. Tłuszcz podskórny i tłuszcz trzewny zachowują się
inaczej, reagują na inne sygnały, uwalniają do krwiobiegu inne
substancje oraz przynoszą inne konsekwencje dla zdrowia, masy ciała i jego składu.
HISTORIE O DWÓCH SYLWETKACH
Czyż nie jest tak, że tłuszcz to po prostu tłuszcz? Czy oprócz względów
estetycznych naprawdę ma to znaczenie, w których miejscach się odkłada?
Tak, zdecydowanie ma to znaczenie. Porównajmy dwie hipotetyczne, ale
dość realnie odzwierciedlające rzeczywistość kobiety, dla których
nietrudno byłoby znaleźć ich realne odpowiedniki, aby pokazać, jaką rolę
w różnych typach sylwetki odgrywa tłuszcz wisceralny, nawet jeśli
wskaźnik BMI jest identyczny. Później porównajmy dwóch mężczyzn,
podobnie z identycznym BMI, ale o różnych sylwetkach i różnym
metabolizmie.
Powiedzmy, że pierwsza z kobiet to Julia, a druga to Rachel. Zacznijmy
od objaśnień. Julia i Rachel mają po 45 lat i obie zbliżają się do
menopauzy, ale są jeszcze w okresie przedmenopauzalnym i miesiączkują.
Obie siłami natury urodziły dwoje dzieci, mając dwadzieścia kilka,
trzydzieści kilka lat, obie mają 165 centymetrów wzrostu i ważą po 81
kilogramów, zatem ich wskaźnik BMI wynosi 30. W ciągu ostatnich kilku
lat obie stopniowo przybierały na wadze. W czasie ciąży nabawiły się
nadwagi, a po terminowym porodzie nie udało im się jej pozbyć. W ciągu
ostatnich lat obie narzekały, że coraz łatwiej tyją, nawet jeśli więcej
ćwiczą, rezygnują z posiłków lub ograniczają kalorie. Próbowały
pilatesu, zumby, jogi, spędzały godziny na bieżni, ale to nie przynosiło
widocznych rezultatów.
Julia i Rachel mają różne sylwetki: Julia ma budowę bardziej gynoidalną
(gruszka), a Rachel ma sylwetkę jabłka (androidalną). (Może się to
zdarzać zarówno u kobiet przed menopauzą, jak i po niej). Dla
uproszczenia załóżmy, że Julia jest niemal typową gruszką, a Rachel
niemal stuprocentowym jabłkiem. Po pobraniu krwi i wykonaniu innych
badań uzyskaliśmy takie wyniki:
Julia
Ciśnienie tętnicze 104/70
Lipidogram:
Cholesterol całkowity 220 mg/dl
Cholesterol LDL 148 mg/dl
Cholesterol HDL 56 mg/dl
Trójglicerydy 78 mg/dl
Glukoza na czczo 90 mg/dl
HbA1c 5,2%
CRP (białko C-reaktywne) 1,5 mg/dl
Pomimo nadwagi i wysokiego BMI Julia ma normalne ciśnienie krwi oraz w większości prawidłowe wartości opisujące profil lipidowy i glikemię, a ryzyko wystąpienia powszechnych chorób układu krążenia, demencji, raka
piersi i innych nowotworów jest u niej względnie niskie. (Idealny poziom
glukozy na czczo to 60-90 mg/dl, a idealne HbA1c nie powinno przekraczać
5,0%). Pomimo nadwagi u Julii nie występuje insulinooporność ani
podwyższony poziom markerów stanu zapalnego (białko C-reaktywne),
ponieważ źródłem tej nadwagi nie jest tłuszcz trzewny, lecz głównie
podskórna tkanka tłuszczowa w dolnych partiach ciała.
Rachel
Ciśnienie tętnicze 138/84
Lipidogram:
Cholesterol całkowity 240 mg/dl
Cholesterol LDL 162 mg/dl
Cholesterol HDL 40 mg/dl
Trójglicerydy 190 mg/dl
Glukoza na czczo 112 mg/dl
HbA1c 5,9%
CRP (białko C-reaktywne) 3,0 mg/dl
Rachel, u której tłuszcz gromadzi się głównie w okolicach brzucha, jest
w stanie przedcukrzycowym (HbA1c ? 5,7%) i ma podwyższone ryzyko chorób
układu krążenia, zaburzeń poznawczych i demencji oraz raka piersi i innych nowotworów. Występuje u niej podwyższona insulinooporność oraz
podwyższony poziom markerów stanu zapalnego, co sugeruje, że większość
jej tkanki tłuszczowej w okolicach brzucha stanowi tłuszcz trzewny, a nie podskórny. U Rachel bardziej prawdopodobne jest osłabienie mięśni
poprzerastanych tłuszczem, jak również odkładanie się tłuszczu na
kolanach i biodrach przyśpieszające degenerację chrząstki stawowej, a także otłuszczenie tętnic wieńcowych zwiększające ryzyko chorób serca.
Widzimy dwie kobiety w tym samym wieku, w tym samym okresie
przedmenopauzalnym, z takim samym wskaźnikiem BMI, ale z bardzo różnym
rozmieszczeniem tkanki tłuszczowej, co ma inne konsekwencje zdrowotne.
Na powstanie tych różnic wpływa wiele czynników. Na przykład Rachel,
prawdopodobnie stosująca dietę wysokowęglowodanową i wysokocukrową,
mogła odczuwać przewlekły stres powodujący wzrost poziomu kortyzolu, co
sprzyja odkładaniu się tłuszczu w okolicach brzucha, ale mogła też mieć
genetyczną skłonność do takiego rozmieszczenia tkanki tłuszczowej.
Pomimo podobieństw perspektywy zdrowotne obu kobiet nie są takie same.
Różnie będą też reagowały na inne sposoby odchudzania. Na przykład
Rachel gwałtownie zareaguje na metody ukierunkowane konkretnie na takie
zjawiska jak insulinooporność i stan zapalny. Odniosłaby korzyści z działań nastawionych w pierwszej kolejności na walkę z tłuszczem
trzewnym przy zachowaniu lub rozbudowie masy mięśniowej przyśpieszającej
proces redukcji masy ciała. Osiągnęłaby również poprawę nienajlepszych
wyników badania krwi, a wyglądem bardziej zbliżyłaby się do Julii,
zmniejszając lub eliminując tym samym ryzyko wszystkich wspomnianych
wcześniej chorób.
Jednak sytuacja Julii również nie jest idealna. Pomimo lepszego
metabolizmu, jakim może się cieszyć dzięki sylwetce gruszki, wraz z upływem czasu będzie się stopniowo upodabniać do Rachel pod względem
zarówno sylwetki, jak i metabolizmu. Pojawi się u niej więcej tłuszczu
trzewnego, zmniejszy się masa mięśniowa i z czasem ze względu na
nieprawidłowe markery metaboliczne zacznie przypominać Rachel. Te
niekorzystne zmiany pojawią się u niej w późniejszym okresie i pociągną
za sobą poważniejsze konsekwencje zdrowotne, których doświadczy po
przekroczeniu sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu lat, podczas gdy u Rachel wystąpiły one ponad kilkanaście lat wcześniej. Wysiłki, jakie
dzisiaj podejmuje Julia, wprawdzie nie przynoszą tak znaczących
korzyści, jak w przypadku Rachel, jednak mogą zapobiec pogorszeniu
zdrowia w przyszłości.
Niezależnie od różnic w rozmieszczeniu tłuszczu obie kobiety tracą masę
mięśniową w wyniku samego procesu starzenia się. Oznacza to, że z czasem
będą miały coraz mniejszą kontrolę nad swoim tempem podstawowej
przemiany materii (BMR), a masa tkanki tłuszczowej, zarówno podskórnej,
jak i trzewnej, będzie u nich rosła pomimo zmniejszenia liczby
spożywanych kalorii. Zatem ważne, aby zrozumieć, że problemem nie jest
samo spożycie kalorii, lecz skupienie się na walce z tłuszczem trzewnym,
odbudowie traconej z wiekiem masy mięśniowej i ograniczeniu kalorii. Na
tym właśnie polega podejście, które zaprezentowałem w tej książce.
Przyjrzyjmy się teraz dwóm mężczyznom, Jeffowi i Samowi. W przeciwieństwie do kobiet z poprzedniego przykładu Jeff i Sam zaczęli od
wskaźnika BMI na poziomie 27, czyli niewiele powyżej 25 -?wartości na
ogół uznawanej za normalną lub wręcz idealną.
Obaj mają po 48 lat, prowadzą umiarkowanie aktywny tryb życia i ćwiczą
trzy do czterech razy w tygodniu, głównie spacerując, jeżdżąc na rowerze
i wykonując ćwiczenia oporowe, a od czasu do czasu rozgrywając rundę
golfa lub tenisa. Obaj mieli zmierzony skład masy ciała za pomocą wagi z taką funkcją (w takiej wadze wykorzystywane jest zjawisko
bioimpedancji). Urządzenie wykazało, że przy takim samym BMI Jeff ma 19
procent tłuszczu i 59 kg mięśni, natomiast Sam 30 procent tłuszczu i 45
kg masy mięśniowej.
Jeff
Ciśnienie tętnicze 128/80
Lipidogram:
Cholesterol całkowity 220 mg/dl
Cholesterol LDL 142 mg/dl
Cholesterol HDL 50 mg/dl
Trójglicerydy 140 mg/dl
Glukoza na czczo 98 mg/dl
HbA1c 5,3%
CRP (białko C-reaktywne) 1,0 mg/dl
Z dość korzystną zawartością tkanki tłuszczowej i masą mięśniową zgodny
jest również dość dobry (choć nie idealny) profil metaboliczny Jeffa,
przy wskaźniku BMI wynoszącym 27.
Sam
Ciśnienie tętnicze 150/88
Lipidogram:
Cholesterol całkowity 198 mg/dl
Cholesterol LDL 162 mg/dl
Cholesterol HDL 35 mg/dl
Trójglicerydy 240 mg/dl
Glukoza na czczo 112 mg/dl
HbA1c 5,9%
CRP (białko C-reaktywne) 3,0 mg/dl
Przy tym samym BMI Sam ma nadciśnienie tętnicze, a poziom cholesterolu
HDL oraz trójglicerydów świadczy o zwiększonym ryzyku chorób
sercowo-naczyniowych. (Nie biorę pod uwagę powszechnie uwzględnianego
poziomu cholesterolu LDL, ponieważ nie jest on poprawnym i wiarygodnym
wskaźnikiem ryzyka chorób sercowo-naczyniowych, ale o tym powiem przy
innej okazji. Jednak według powszechnych standardów Sam jest narażony na
większe ryzyko wynikające z wyższego poziomu cholesterolu LDL). Wartości
poziomu glukozy na czczo i HbA1c u Sama wskazują na wzmożony stan
zapalny, o czym świadczy również wysoki poziom białka C-reaktywnego.
Gdyby Sam zbadał skład masy swojego ciała za pomocą urządzenia
mierzącego zawartość tłuszczu trzewnego (większość urządzeń nie podaje
faktycznej masy tłuszczu trzewnego, lecz łączny "wynik"), przekonałby
się, że ma go naprawdę dużo. Innymi słowy, pomimo dość korzystnego BMI
sylwetka i skład masy ciała Sama z nadmiarem tkanki tłuszczowej w okolicach brzucha i brakiem mięśni narażają go na wyższe ryzyko wielu
chorób.
Mamy zatem dwóch mężczyzn z takim samym BMI, ale o różnych sylwetkach i składach masy ciała, różnym profilu metabolicznym i różnym ryzyku chorób
-?u jednego niskim, a u drugiego wysokim. Moglibyśmy określić Sama
mianem chudego grubasa, który -?choć wydaje się szczupły -?z powodu
nadmiaru wisceralnej tkanki tłuszczowej w okolicach brzucha
metabolicznie jest otyły. Można zatem stwierdzić, że metoda polegająca
na ograniczeniu kalorii, ukierunkowana głównie na redukcję tłuszczu
podskórnego nie byłaby w tym przypadku idealna i nie zapewniłaby pełnych
korzyści. Można również zauważyć, że Samowi będzie trudno pozbyć się
tłuszczu trzewnego ze względu na brak mięśni, a tym samym na niższe
tempo przemiany materii, więc sytuacja tylko uległaby pogorszeniu, gdyby
próbował schudnąć, ograniczając kalorie. O żadnej z tych rzeczy nie
wspominają konwencjonalne podejścia do odchudzania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki