Zdzisław Mokryna (tom 1). Zabij mnie, tato - Stefan Darda

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

12 marca 2015 (czwartek)

-?Zauwa­ży­łeś, że każdy dom pach­nie ina­czej?

Spo­glą­dam na zega­rek.

Nie dla­tego, że chcę spraw­dzić, która jest godzina. Cho­dzi raczej o próbę ukry­cia wła­snego zmie­sza­nia czy może -?tak, to chyba pre­cy­zyj­niej -?nie­po­koju i tro­ski. Mimo­wol­nie spo­strze­gam, że po raz ostatni wymie­ni­li­śmy zdaw­kowo kilka słów ponad dzie­sięć minut temu. Pod­no­szę głowę dopiero wtedy, gdy jestem pewien, że moja twarz nie wyraża żad­nych emo­cji.

Przy­gląda mi się uważ­nie, wła­ści­wie świ­druje mnie wzro­kiem. Wytrzy­muję jego spoj­rze­nie, ale nie odpo­wia­dam w oba­wie, że moja reak­cja będzie nie­wła­ściwa.

Od ponie­działku jego rysy wyraź­nie się wyostrzyły, co jesz­cze bar­dziej pod­kre­ślają lekko zapad­nięte policzki i kil­ku­dniowy zarost. Okrą­gła i szczera twarz doro­słego dziecka posza­rzała, stała się podejrz­liwa, a wesołe wcze­śniej oczy jakby zapa­dły się w głąb czaszki, zmie­nia­jąc go nie do pozna­nia. Patrzę w nie teraz i widzę ból zmie­szany ze stra­chem. Są zmę­czone, mocno prze­krwione z nie­wy­spa­nia, ale wciąż bystre.

O co mu, do cho­lery, może cho­dzić?

Sie­dzimy w prze­stron­nym salo­nie powięk­szo­nym jesz­cze o nie­wielki aneks kuchenny. Jest późne popo­łu­dnie, przez firanki sączy się zło­tawy blask słońca, które wła­śnie zaczyna chy­lić się ku zacho­dowi. Z zewnątrz docie­rają hałasy mar­co­wego dnia -?szum prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów, wesoły ptasi świer­got i gło­śne, spra­wia­jące wra­że­nie bez­tro­skich, roz­mowy prze­chod­niów. Dzięki przy­jem­nym paste­lo­wym bar­wom ścian, jasno­brą­zo­wej tona­cji mebli oraz zesta­wowi wypo­czyn­ko­wemu obi­temu skórą w kolo­rze écru salon powi­nien być rów­nie pogodny jak dzień, do któ­rego śmierci pozo­stało jesz­cze co naj­mniej kil­ka­dzie­siąt minut.

Powi­nien być, ale nie jest.

Znaj­du­jemy się w dusz­nej kap­sule nie­pew­no­ści i obaw, w któ­rej śpiew pta­ków wydaje się nad­mier­nie wesoły, a roz­mowy prze­chod­niów jakby nie­sto­sow­nie bez­tro­skie.

Nagle do tych prze­ci­ska­ją­cych się przez zamknięte okno odgło­sów dołą­cza dzie­cięcy śmiech. Trudno okre­ślić, czy dziew­czynki, czy małego chłopca. Po chwili wtó­ruje mu drugi, gło­śniej­szy, bar­dziej per­li­sty. Przez uła­mek sekundy doświad­czam cze­goś w rodzaju déja vu. To przez ten śmiech z zewnątrz, podobny do tego z przed­wczo­raj, i fakt, że wtedy po połu­dniu sie­dzie­li­śmy dokład­nie na tych samych miej­scach co dziś. Zacho­wa­nie Kamila teraz jest jed­nak zupeł­nie inne, więc wra­że­nie prze­ży­wa­nia tej samej chwili gaśnie rów­nie nagle, jak się poja­wiło.

Wtedy pode­rwał się na równe nogi i natych­miast zna­lazł przy oknie. Dziś tylko lekko pro­stuje plecy, zaczyna nasłu­chi­wać i odru­chowo spo­gląda w stronę zasło­nię­tych fira­nek. Zaraz potem jego wzrok znów spo­czywa na mojej twa­rzy. W tej chwili Kamil spra­wia wra­że­nie, jakby nie wie­dział, kim jestem, skąd i po co się tu wzią­łem. Mam nadzieję, że zanim mnie roz­po­zna, zdąży już zapo­mnieć o swoim dzi­wacz­nym pyta­niu.

-?Nie zauwa­ży­łeś, panie Zdzi­chu? -?pyta. -?Tak mówią i chyba to prawda. Przy­naj­mniej tak mi się wydaje. Wiesz, ludzie i ich zapa­chy, kosme­tyki, meble, farby na ścia­nach, wszystko. I tak się wła­śnie zasta­na­wiam, czy...

Prze­nosi spoj­rze­nie na jakieś miej­sce gdzieś poza moimi ple­cami, usy­tu­owane o wiele dalej niż ogra­ni­cza­jąca prze­strzeń pokoju ściana, i przez moment mil­czy. Póź­niej znów patrzy w moje oczy, lecz tym razem spoza wil­got­nej zasłony łez.

-?Tak się wła­śnie zasta­na­wiam, czy tutaj też będzie pach­niało ina­czej, jeśli one nie wrócą.

Kamil

I

Pamię­tam dokład­nie chwilę, kiedy zoba­czy­łem go po raz pierw­szy w tamto ponure piąt­kowe popo­łu­dnie. Był trzy­dzie­sty wrze­śnia dwa tysiące jede­na­stego roku, a ja sie­dzia­łem przy dużym oknie piz­ze­rii Isa­bella e Camillo.

Na zewnątrz nie działo się nic cie­ka­wego, co było zresztą zupeł­nie natu­ralne. W nie­wiel­kich powia­to­wych mia­stach tego typu rzadko dzieje się coś, na czym warto zawie­sić oko na dłu­żej niż kilka sekund. Zwłasz­cza jeśli spie­szące gdzieś co tchu dziew­czyny opa­tu­lone są w cie­płe ubra­nia i skryte pod para­sol­kami przed wcze­sno­je­sien­nym desz­czem, nie­sio­nym pory­wami nie­przy­jem­nego, kąśli­wego wia­tru.

Byłem w tym lokalu po raz pierw­szy i sta­no­wił on o niebo cie­kaw­szy obiekt do obser­wa­cji niż wszystko to, co działo się na dwo­rze. Cze­ka­łem cier­pli­wie na swoją pizzę i sączy­łem dru­gie piwo, podzi­wia­jąc wnę­trze.

Czego w nim nie było! Na prze­ciw­le­głej ścia­nie, drew­nia­nej od pod­łogi aż po sufit, pomię­dzy zasu­szo­nymi roz­gwiaz­dami wisiały dwa góral­skie kape­lu­sze, a pod nimi roz­pięto spo­rej wiel­ko­ści kilim z nie­fo­rem­nymi dzi­kami i jele­niem na ryko­wi­sku, przy­po­mi­na­ją­cym konia, któ­remu ktoś dla hecy doma­lo­wał rogi. W kącie po pra­wej stała miga­jąca wszyst­kimi bar­wami tęczy maszyna do gier, a obok niej, na para­pe­cie, dwa radia lam­powe, zapewne jesz­cze z lat pięć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku. Nad moją głową pysz­niło się ogromne poroże jele­nia, które zauwa­ży­łem dopiero wtedy, gdy i za sobą zaczą­łem szu­kać cze­goś cie­ka­wego. Nie zawio­dłem się więc, zwłasz­cza że obok rogów wisiały dwie skrzy­żo­wane ciu­pagi i obraz olejny przed­sta­wia­jący nagą, choć wsty­dli­wie zakry­wa­jącą się prze­ście­ra­dłem i zupeł­nie bez talentu nama­lo­waną kobietę.

Zdą­ży­łem jesz­cze omieść wzro­kiem toporne drew­niane, pokryte grubą war­stwą lakieru stoły wraz z pasu­ją­cymi do nich krze­słami, gdy brzdąk­nął zamon­to­wany przy wej­ściu dzwo­ne­czek i do knajpy wkro­czył trzy­dzie­sto-, może trzy­dzie­stopięcioletni męż­czy­zna. Drzwi musiał otwo­rzyć sobie bar­kiem, ponie­waż obie ręce miał zajęte hur­to­wymi ilo­ściami keczupu i na pierw­szy rzut oka nie­cie­ka­wie wyglą­da­ją­cymi, zapa­ko­wa­nymi próż­niowo wędli­nami. Zmie­rza­jąc do baru, spoj­rzał w moją stronę i przy­wi­tał się zdaw­ko­wym "Dzień dobry".

Odpo­wie­dzia­łem tym samym, uświa­da­mia­jąc sobie, jak bar­dzo głu­pio muszę wyglą­dać z wiszą­cym tuż nad głową wiel­kim poro­żem, ale uspo­ko­iłem się, gdy wyj­rza­łem przez okno. Na ulicy, dokład­nie przed wej­ściem do piz­ze­rii na świa­tłach awa­ryj­nych stał biały citroën ber­lingo z napi­sem "Isa­bella e Camillo". Zapewne taki rogaty klient nie był dla pra­cow­nika lokalu czymś nie­zwy­kłym, jed­nak dla wła­snego kom­fortu posta­no­wi­łem ni­gdy wię­cej nie sia­dać w tym miej­scu.

Jeśli w ogóle będzie jesz­cze jakiś następny raz, pomy­śla­łem.

Piwo było dobrze schło­dzone i świeże, ale mia­łem obawy odno­śnie do pizzy, na którą cze­ka­łem. Przy­nie­sione przez tego faceta pro­dukty pre­zen­to­wały się naprawdę bar­dzo nie­atrak­cyj­nie.

Zrzu­cił balast na kon­tuar obok spo­rej wiel­ko­ści srebr­nego ruskiego samo­wara, a następ­nie pchnął drzwi kow­boj­skie i znik­nął w czę­ści kuchen­nej, z któ­rej już od dłuż­szego czasu dopły­wał cał­kiem sma­ko­wity, przy­pra­wia­jący mnie o lekki śli­no­tok zapach.

Spo­dzie­wa­łem się, że nie przyj­dzie mi już długo cze­kać, i fak­tycz­nie, po jakichś trzech minu­tach męż­czy­zna wró­cił, tym razem nio­sąc spory talerz z paru­jącą pizzą. Gdy sta­wiał ją przede mną, mogłem mu się bli­żej przyj­rzeć. Miał ocie­ka­jące wodą, lekko prze­rze­dzone ciem­no­blond włosy, przy­ja­zne oczy i okrą­głą, pucu­ło­watą twarz lekko oty­łego, mie­rzą­cego na pewno ponad metr osiem­dzie­siąt dzie­ciaka, ozdo­bioną ufnym, przy­ja­ciel­skim uśmie­chem. Szare oczy rów­nież się do mnie śmiały.

-?Pan, zdaje się, pierw­szy raz u nas? -?zapy­tał.

-?Ow­szem. I nie mogę się nadzi­wić wystro­jowi. Mam nadzieję, że smak pizzy będzie rów­nie spek­ta­ku­larny -?pozwo­li­łem sobie na zawo­alo­wany żart, cie­kaw, jak zare­aguje mój roz­mówca.

Wyszcze­rzył zęby, więc chcia­łem jesz­cze dodać jakąś zło­śliwą uwagę, ale nie zdą­ży­łem, bo z kuchni dobie­gło:

-?Kamil, zamó­wie­nie!

Roz­ło­żył dło­nie w geście bez­rad­no­ści świad­czą­cym o tym, że chęt­nie by sobie jesz­cze ze mną poga­wę­dził, ale obo­wiązki wzy­wają, a następ­nie życzył mi smacz­nego i pra­wie bie­giem pognał po dwa pudełka, które jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki poja­wiły się na kon­tu­arze, zastę­pu­jąc przy­nie­sione przed chwilą zakupy.

Obser­wu­jąc, jak odjeż­dża, zasta­na­wia­łem się, czy przy­pad­kiem nie jest wła­ści­cie­lem lub współwła­ści­cie­lem tego przy­bytku, na co wska­zy­wałby drugi człon nazwy widocz­nej na drzwiach bia­łego auta. No i ta wszech­stron­ność, któ­rej trudno byłoby się spo­dzie­wać po zwy­kłym pra­cow­niku... Wzru­szy­łem ramio­nami, po czym zabra­łem się do jedze­nia.

Moje pierw­sze wąt­pli­wo­ści zwią­zane z piz­ze­rią Isa­bella e Camillo zostały roz­wiane nie­mal natych­miast. Nie przy­pusz­cza­łem, że w tym obskur­nym przy­bytku uda mi się dostać tak wyśmie­nitą pizzę.

II

Mamaj czę­sto mawia, że Ryków to dziura w dupie świata. Zwy­kle odpo­wia­dam mu wtedy, że wcale nie­ko­niecz­nie, choć, obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, fak­tycz­nie nie spo­sób się czym­kol­wiek w tym mia­steczku zachwy­cić.

Trudno się spo­dzie­wać, żeby licząca nie­całe pięt­na­ście tysięcy miesz­kań­ców aglo­me­ra­cja tęt­niła życiem, ale jeśli ktoś ma jesz­cze resztki złu­dzeń, wystar­czy kwa­drans spę­dzony w cen­trum Rykowa, by się ich pozbył. Jest tu tro­chę jak w pol­skim fil­mie -?nic się nie dzieje, nuda i dłu­ży­zny. Dia­logi pomię­dzy miesz­kań­cami też prze­waż­nie są nie­do­bre. Inży­nier Mamoń i sier­żant szta­bowy Mamaj z pew­no­ścią mogliby zna­leźć wspólny język, gdyby los skrzy­żo­wał kie­dyś ich drogi.

-?Nie­ko­niecz­nie? -?odpo­wiada zazwy­czaj z nie­do­wie­rza­niem Mamaj i kręci tą swoją wielką głową, która Bóg wie jakim cudem trzyma się na dłu­giej, prze­raź­li­wie cien­kiej szyi.

-?To dla­czego stąd nie wyje­dziesz, skoro tak ci źle? -?pytam.

-?Wro­słem tutaj -?mówi sta­now­czo i dla potwier­dze­nia swo­ich słów kiwa pota­ku­jąco łepe­tyną tak ener­gicz­nie, że siwie­jąca grzywka opada mu na wyso­kie czoło. -?Zresztą wiesz, Elż­bieta gdzie indziej pra­wie na pewno nie zna­la­złaby roboty, no i dzieci nie chcia­łyby...

Przez nie­całe trzy i pół roku zna­jo­mo­ści odby­li­śmy podobną roz­mowę wie­lo­krot­nie. Pra­wie za każ­dym razem Mamaj zawie­szał się po wspo­mnie­niu o dzie­ciach, jakby to wła­śnie ich zda­nie było argu­men­tem koron­nym i koń­czą­cym wszel­kie dywa­ga­cje odno­śnie do ewen­tu­al­nej prze­pro­wadzki w jakieś lep­sze, bar­dziej inte­re­su­jące miej­sce. I pra­wie za każ­dym razem po tej rytu­al­nej chwili mil­cze­nia pyta­łem:

-?To po co narze­kasz, skoro nie zamie­rzasz nic z tym zro­bić? Widocz­nie nie jest ci aż tak źle, jeśli nie pró­bu­jesz się stąd wyrwać.

-?Może i tak... -?kwi­to­wał zupeł­nie bez prze­ko­na­nia.

Czę­sto łapię się na nad­mier­nej skłon­no­ści do poucza­nia i dawa­nia "dobrych rad" innym, zwłasz­cza tym, któ­rych lubię i na któ­rych przy­naj­mniej tro­chę mi zależy. Co cie­kawe, nie potra­fię się przed tym powstrzy­mać, ale zawsze gryzę się w język dokład­nie wtedy, gdy już jest za późno, gdy wła­śnie przed sekundą bły­sną­łem jakąś swoją złotą myślą. Wie­lo­krot­nie więc dora­dza­łem Mama­jowi roz­wa­że­nie prze­pro­wadzki i tyle samo razy chwilę potem wście­ka­łem się na sie­bie.

Z jed­nej strony, łatwo dora­dzać komuś, by wywró­cił swoje życie do góry nogami, gdy ma się czter­dzie­ści parę lat i jest samot­nym, nie­za­leż­nym face­tem bez zobo­wią­zań. Z dru­giej, w takiej sytu­acji warto być przy­naj­mniej na tyle roz­sąd­nym, żeby zda­wać sobie sprawę, komu się dora­dza.

To, że ja zde­cy­do­wa­łem się na taki krok, nie zna­czy, że każ­demu byłoby rów­nie łatwo.

Kiedy po raz pierw­szy jadłem pizzę w dzi­wacz­nej knaj­pie o jesz­cze dziw­niej­szej nazwie, nie zna­łem Mamaja, ale dużo myśla­łem o tym, gdzie i po co się zna­la­złem. Byłem pewien, że wła­śnie takiego małego zapy­zia­łego mia­steczka mi potrzeba. Tro­chę już zdą­ży­łem mu się przyj­rzeć przez ten czas, od kiedy zna­la­złem robotę w miej­sco­wej fabryce okien, i jego brzy­dota wyda­wała mi się wręcz pora­ża­jąco piękna. Nie­wielki rynek, w ładne dni pełen wygrze­wa­ją­cych się w słońcu eme­ry­tów, dziu­rawe drogi, po któ­rych miej­scowi szpa­ne­rzy nie mogli pędzić z wyciem pod­ra­so­wa­nych sil­ni­ków, świeże powie­trze prze­sy­cone wonią ota­cza­ją­cych Ryków sosno­wych lasów. Do tego docho­dził brak zna­jo­mych i śmiesz­nie niska cena miesz­ka­nia, w któ­rym metr kosz­to­wał mniej wię­cej połowę tego co w mie­ście woje­wódz­kim, więc po sprze­da­niu sta­rego lokum mogłem sobie pozwo­lić na zakup cze­goś prze­stron­niej­szego, a i tak zostało jesz­cze sporo na ban­ko­wym rachunku.

Koń­cząc pizzę, która była tak duża, że led­wie udało mi się ją wci­snąć, solen­nie przy­rze­kłem sobie, że zro­bię wszystko, by pro­wa­dzić tu życie samot­nika i odludka, że będę stro­nił od ludzi, ich pro­ble­mów, dzieci, kło­po­tów ze zdro­wiem, kocha­nek, teścio­wych i czort wie czego jesz­cze. Pra­gną­łem po pro­stu spo­koj­nej, nud­nej egzy­sten­cji, dokład­nie takiej jak miej­sco­wość, do któ­rej się prze­pro­wa­dzi­łem.

Plan był dosko­nały, dla­tego posta­no­wi­łem oblać go ostat­nim już tego popo­łu­dnia piwem. Naza­jutrz mia­łem się sta­wić w nowej pracy, a nie wypa­dało prze­cież przyjść na kacu -?wła­ści­ciel pry­wa­ciarz ni­gdy nie jest tak wyro­zu­miały jak pań­stwowy pra­co­dawca.

I wtedy do knajpy ponow­nie wszedł ten męż­czy­zna. Spo­strzegł, że mój talerz jest pusty, więc pod­szedł, by go zabrać.

-?I jak, pro­szę pana, sma­ko­wała pizza? -?zapy­tał.

-?Muszę przy­znać, że dawno nie jadłem tak dobrej.

-?Cie­szę się. Recep­turę zdo­by­łem we Wło­szech, gdy poje­cha­łem tam po matu­rze, żeby tro­chę zaro­bić i liznąć praw­dzi­wego życia przed stu­diami. Do woja mnie nie chcieli, więc pomy­śla­łem, że może przy­naj­mniej do kuchni się nadam. -?Patrzył na mnie pogod­nymi oczyma z tym swoim roz­bra­ja­ją­cym uśmie­chem. Być może z Włoch przy­wiózł nie tylko prze­pis na cia­sto, ale też ten otwarty, nie­skrę­po­wany spo­sób bycia, choć podej­rze­wa­łem raczej, że taki się już uro­dził. -?Ale z wło­skiej pizzy wła­ści­wie zostało tylko cia­sto, bo Polacy jed­nak wolą ina­czej podane skład­niki, prawda?

-?Nie mam poję­cia, ni­gdy nie byłem we Wło­szech -?odpar­łem zgod­nie z prawdą.

Powi­nie­nem był pozo­stać nie­przy­stępny i oschły, bo prze­cież nie dalej niż kilka minut temu sobie to obie­cy­wa­łem. Ale nie potra­fi­łem.

Mój roz­mówca wziął talerz, a następ­nie wska­zał na pusty kufel.

-?Może jesz­cze jedno?

Dziś myślę, że popeł­ni­łem wielki błąd, nie odma­wia­jąc. Gdy­bym podzię­ko­wał, zapła­cił i wyszedł, wszystko poto­czy­łoby się ina­czej. Być może kilka lat póź­niej nie sie­dzie­li­by­śmy w jego miesz­ka­niu i nie zasta­na­wiali się, czy będzie w nim pach­niało ina­czej, "jeśli one nie wrócą".

III

Oso­bi­ście nalał mi piwo do czy­stego kufla i przy­niósł do sto­lika.

-?Skoro pizzę da się zjeść, to może zaj­rzy pan do nas jesz­cze kie­dyś? - spy­tał. -?Chyba że jest pan w Ryko­wie tylko prze­jaz­dem... -?Zawie­sił głos.

Uśmiech­ną­łem się i pocią­gną­łem łyk. Nie mia­łem ochoty spo­wia­dać się ze swo­ich pla­nów, ale też wie­dzia­łem, że w tym mia­steczku nie uda mi się zbyt długo pozo­stać ano­ni­mo­wym.

-?Jeśli jest pan prze­jaz­dem, to zapra­szam, gdy ponow­nie będzie pan w oko­licy -?zakoń­czył i zro­bił krok do tyłu.

-?Nie, nie jestem prze­jaz­dem, panie Kamilu. Tak ma pan na imię, prawda? -?Gdy odpo­wie­dział ski­nie­niem głowy, cią­gną­łem: -?Od nie­dawna jestem nowym miesz­kań­cem tego uro­czego mia­steczka i zamie­rzam się tu zatrzy­mać przy­naj­mniej na parę lat. Wcze­śniej jakoś nie mia­łem oka­zji wpaść do... - spoj­rza­łem przez okno na sto­jący w desz­czu samo­chód -?Isa­bella e Camillo, wie pan, zamie­sza­nie zwią­zane z prze­pro­wadzką, ale teraz z pew­no­ścią będę tu zaglą­dał. Zwłasz­cza że pizza wyborna.

-?Cie­szę się -?rzekł, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać. -?Nie­dawno ruszy­li­śmy i każdy nowy klient jest na wagę złota. -?Znów zbli­żył się do sto­lika i wycią­gnął do mnie rękę. -?Kamil Szy­ko­wiak, współ­wła­ści­ciel lokalu, bar­man, kie­rowca, sprzą­tacz, zaopa­trze­nio­wiec i kel­ner w jed­nym.

-?Zdzi­sław Mokryna. -?Uści­sną­łem jego dłoń. -?Usa­tys­fak­cjo­no­wany klient.

-?Miło mi i mam nadzieję, że tak pozo­sta­nie.

-?Ja rów­nież.

W tej chwili do piz­ze­rii weszła para nasto­lat­ków i skie­ro­wała się do sto­lika usy­tu­owa­nego obok wie­ko­wych radio­od­bior­ni­ków. Szy­ko­wiak nie zwra­cał na nich uwagi, tylko przy­glą­dał mi się jak jakie­muś rzad­kiemu eks­po­na­towi w muzeum.

-?A wie pan... -?zagaił po chwili -?wszy­scy stąd wyjeż­dżają, zostają pra­wie sami eme­ryci, ren­ci­ści i zatrud­nieni na pań­stwo­wych albo samo­rzą­do­wych eta­tach. Tak się zasta­na­wiam, czy do tej pory zda­rzyło mi się poznać kogoś, kto się tutaj spro­wa­dził i zamiesz­kał na stałe...

-?Pan, zdaje się, nie należy do żad­nej z wymie­nio­nych grup?

-?Fakt, są jesz­cze han­del i usługi, ale od kiedy otwo­rzyli cen­trum han­dlowe przy wylo­tówce, to wszystko powoli pada na łeb. Cza­sem ma się wra­że­nie, że Ryków to trup, a ci, któ­rzy jesz­cze się tu pałę­tają, są jak żywiące się reszt­kami padliny robaki.

Roze­śmia­łem się.

-?Chyba powi­nie­nem się cie­szyć, że nie spo­tka­łem pana przed prze­pro­wadzką, bo jesz­cze bym zmie­nił zda­nie.

Szy­ko­wiak pal­nął się otwartą ręką w czoło.

-?Fak­tycz­nie, ja to potra­fię umi­lić czas i tchnąć w nowego klienta nieco opty­mi­zmu na powi­ta­nie. Nie ma co!

Zaraz potem prze­pro­sił mnie i poszedł ode­brać zamó­wie­nie od dwójki dzie­cia­ków. Obser­wo­wa­łem go bacz­nie, zasta­na­wia­jąc się, czy uprzej­mość, którą mi oka­zy­wał, była spo­wo­do­wana jedy­nie wyra­cho­wa­niem zwią­za­nym z chę­cią zdo­by­cia sta­łego klienta, ale już po chwili wie­dzia­łem, że nie. Roz­ma­wiał z nasto­lat­kami jak ze swo­imi rówie­śni­kami, żar­to­wał i śmiał się razem z nimi w spo­sób zupeł­nie natu­ralny. Coś mi mówiło, że jeśli tego nie zmieni, to nawet na takim nie­bosz­czyku, jakim miał być rze­komo Ryków, uda mu się ukrę­cić nie­zły inte­res. Dobra kuch­nia, przy­jemna obsługa i sym­pa­tyczne wnę­trze potra­fią zdzia­łać cuda. Dwa pierw­sze ele­menty pre­zen­to­wały się nie­na­gan­nie, gorzej z trze­cim, ale skoro biz­nes funk­cjo­no­wał od nie­dawna, moż­liwe, że lokal urzą­dzał jesz­cze poprzedni wła­ści­ciel, a Szy­ko­wiak nie zdą­żył zmie­nić wystroju.

* * *

Obser­wu­jąc nowego zna­jo­mego przy pracy, tro­chę zasta­na­wia­łem się nad swoją naj­bliż­szą przy­szło­ścią, a tro­chę nad tym, co zosta­wi­łem za sobą. Nie oba­wia­łem się nad­cho­dzą­cego czasu, bar­dziej byłem go cie­kaw. Trzy mie­siące wcze­śniej prze­sze­dłem na eme­ry­turę, i choć zajęć mi przez ten czas nie bra­ko­wało, nie potra­fi­łem sobie wyobra­zić, że zupeł­nie nie będę pra­co­wał. Było na to za wcze­śnie, a poza tym, gdyby się oka­zało, że nowe zatrud­nie­nie nie będzie mnie satys­fak­cjo­no­wało, to prze­cież drzwi do skrom­nego, ale w miarę wygod­nego życia w każ­dej chwili mogły sta­nąć przede mną otwo­rem.

Kilku kole­gów z byłej roboty zde­cy­do­wało się odejść mniej wię­cej w moim wieku i potem, zwy­kle po upły­wie kilku mie­sięcy, znów sta­rali się o jakąś fuchę, choćby na pół etatu. I nie cho­dziło tylko o pie­nią­dze - przede wszyst­kim nie potra­fili się odna­leźć wśród czte­rech ścian wła­snych miesz­kań, które nagle zaczęły być nie­bez­piecz­nie cia­sne.

Czy tam­tego dnia w piz­ze­rii Kamila Szy­ko­wiaka wyobra­ża­łem sobie, że resztę życia spę­dzę w Ryko­wie? Chyba nie. Ale też, jeśli dobrze pamię­tam, w ogóle nie sta­ra­łem się pla­no­wać cze­goś w dal­szej per­spek­ty­wie. Było dobrze i życzy­łem sobie, aby ten stan się nie zmie­niał tak długo, jak tylko będzie to moż­liwe.

* * *

Roz­pra­wi­łem się z ostat­nim, jak sądzi­łem, tego dnia piwem i pod­sze­dłem do kon­tu­aru, żeby zapła­cić. Szy­ko­wiak aku­rat znik­nął gdzieś na zaple­czu, więc o rachu­nek popro­si­łem szczu­płą, nie­brzydką bru­netkę śred­niego wzro­stu, która przyj­mo­wała moje pierw­sze zamó­wie­nie.

-?Mąż mówił, że wła­śnie prze­pro­wa­dził się pan do Rykowa. -?Nabi­ja­jąc trans­ak­cję na kasę fiskalną, zer­kała na mnie z zain­te­re­so­wa­niem.

-?Skoro pan Kamil jest pani mężem, to pani ma zapewne na imię Isa­bella?

-?Pra­wie pan zgadł, tyle że po pro­stu Iza­bela. Mąż się uparł, żeby było bar­dziej po wło­sku. -?Zabaw­nie zmarsz­czyła brwi i pokrę­ciła głową z uda­waną iry­ta­cją, a potem podała mi para­gon. -?Ta nazwa pasuje do Rykowa jak wół do karety, prawda?

-?Wszystko sły­sza­łem! -?dobie­gło z czę­ści kuchen­nej. -?Panie Zdzi­chu, niech pan jej powie, że ta nazwa wcale nie jest taka zła!

-?Pani Iza­belo, ta nazwa wcale nie jest taka zła -?powie­dzia­łem, dba­jąc, żeby w moim gło­sie zabrzmiało jak naj­mniej entu­zja­zmu.

Z zaple­cza dobiegł wesoły rechot, a zaraz potem w drzwiach poja­wił się Kamil. Pod­szedł do żony, objął ją ramie­niem i czule poca­ło­wał w czoło, po czym zwró­cił się w moją stronę:

-?Wie pan, co jest naj­gor­sze, panie Zdzi­chu? Zawar­li­śmy z Izą taką umowę: jedno wybiera nazwę knajpy, a dru­gie decy­duje o wystroju wnę­trza. Posze­dłem na to, bo byłem pewien, że żona nie zechce tu zmie­nić nawet naj­drob­niej­szego szcze­gółu. No i niech pan sobie wyobrazi, że ona zamie­rza prze­pro­wa­dzić tu abso­lutną rewo­lu­cję, wszystko powy­rzu­cać, nawet ściany z drewna odrzeć! -?lamen­to­wał, mar­ku­jąc obu­rze­nie i żywo gesty­ku­lu­jąc wolną ręką. -?Może pan, jako obiek­tywny i zapewne zna­jący się na rze­czy świa­towy czło­wiek, będzie potra­fił ją prze­ko­nać?

Pomimo roz­ba­wie­nia popa­trzy­łem na niego z powagą i odpar­łem:

-?Przy­kro mi, panie Kamilu, ale nawet gdy­bym chciał wyka­zać się męską soli­dar­no­ścią, dla pań­skiego dobra nie mogę tego zro­bić. Pań­ska żona ma w spra­wie remontu cał­ko­witą rację.

Iza­bela kla­snęła z zado­wo­le­niem w ręce, a on prze­wró­cił dra­ma­tycz­nie oczyma i z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową, nie pró­bu­jąc już hamo­wać uśmie­chu.

-?Usta­li­li­ście to, zanim przy­sze­dłem, prawda? Czło­wiek nawet na moment nie może opu­ścić sta­no­wi­ska pracy, bo zaraz spi­skują za jego ple­cami.

Wyją­łem pie­nią­dze z port­fela i poło­ży­łem je obok para­gonu.

-?Z ręką na sercu zapew­niam, że kie­dyś jesz­cze pan za to spi­sko­wa­nie podzię­kuje.

Gdy zadzwo­nił tele­fon, Iza­bela wyswo­bo­dziła się z objęć męża i pod­nio­sła słu­chawkę, a ja raz jesz­cze pochwa­li­łem pizzę, po czym poże­gna­łem się ski­nie­niem głowy i ruszy­łem w stronę wie­szaka, na któ­rym zosta­wi­łem swoją pola­rową bluzę.

Led­wie zdą­ży­łem ją wło­żyć, tuż obok ponow­nie wyrósł Szy­ko­wiak.

-?Prze­pra­szam, mam do pana jesz­cze pyta­nie -?zaczął. -?Mógłby mi pan powie­dzieć, gdzie pan mieszka?

Po pierw­szym zasko­cze­niu spoj­rza­łem na niego wzro­kiem wyraź­nie suge­ru­ją­cym, że są gra­nice, któ­rych nie powi­nien prze­kra­czać, nawet pomimo przy­ja­znej atmos­fery. W lot pojął nie­zręcz­ność, bo z zakło­po­ta­niem dodał:

-?Pada coraz bar­dziej, a pan, jak widzę, nie ma nic prze­ciw­desz­czo­wego, więc pomy­śla­łem, że pana pod­wiozę. Nie­długo będę jechał z zamó­wie­niem do klienta, więc przy oka­zji mógłby się pan ze mną zabrać.

Tym razem to mi zro­biło się łyso. Spoj­rza­łem za okno na świat tonący w stru­gach ulew­nego desz­czu.

-?Bar­dzo to miłe z pana strony -?powie­dzia­łem. -?Z przy­jem­no­ścią sko­rzy­stam, jeśli jedzie pan w stronę osie­dla Soli­dar­no­ści.

Jego twarz poja­śniała.

-?To pra­wie po dro­dze. Może w takim razie jesz­cze jedno piwko, zanim pizza będzie gotowa? Tym razem na koszt firmy.

Z ocią­ga­niem zgo­dzi­łem się na małe, zazna­cza­jąc jed­nak, że zapłacę.

-?Skoro ma pan ochotę tylko na małe, tym chęt­niej zaspon­so­ru­jemy! - uciął ze śmie­chem i poszedł za bar napeł­nić szklankę.

IV

-?Wybrał pan chyba naja­trak­cyj­niej­sze osie­dle w naszej mie­ści­nie - powie­dział Szy­ko­wiak, gdy zatrza­snę­li­śmy za sobą drzwi samo­chodu. - Ładne, prze­stronne miesz­ka­nia, nie­dawno wybu­do­wane bloki z dala od głów­nej drogi... Pew­nie cisza i spo­kój, prawda?

-?Tak, wpraw­dzie dzieci tro­chę hała­sują popo­łu­dniami na placu zabaw, ale da się wytrzy­mać.

-?To kawa­łek od cen­trum, ale za to las pod nosem i powie­trze jak bal­sam -?cią­gnął, jakby mnie nie usły­szał. -?Nie miałby pan nic prze­ciw temu, żebym naj­pierw dostar­czył pizzę? Klienci lubią, jak przy­jeż­dża gorąca.

-?Abso­lut­nie nic.

Lało tak mocno, że wycie­raczki z tru­dem nadą­żały. Musiał­bym być nie­spełna rozumu, żeby narze­kać na kilka minut zwłoki. Byłem naprawdę wdzięczny, że pomy­ślał o pod­wie­zie­niu mnie do domu.

-?Do dzieci można się przy­zwy­czaić, nie tylko do tych hała­su­ją­cych na podwórku -?jak gdyby ni­gdy nic nawią­zał do tego, co powie­dzia­łem wcze­śniej. -?Kie­dyś sądzi­łem, że to nie­moż­liwe, wner­wiała mnie gów­nia­rze­ria jak nie wiem co... Wszystko się zmie­niło, gdy uro­dziła mi się pierw­sza córa. Jakoś wtedy czło­wiek ina­czej zaczął patrzeć na malu­chy. Pan pew­nie nie ma dzieci, panie Zdzi­chu?

Potwier­dzi­łem jego przy­pusz­cze­nie dopiero po chwili mil­cze­nia. Dziw­nie się czu­łem z tym, że dopiero co poznany facet zadaje mi oso­bi­ste pyta­nia, ale nie mia­łem mu tego za złe. Po czę­ści ze względu na jego bez­po­średni spo­sób bycia, a po czę­ści dla­tego, że było to na swój spo­sób ujmu­jące. Być może przez lata życia w dużym mie­ście odwy­kłem od natu­ral­nych, nie­skrę­po­wa­nych roz­mów, które mogą pro­wa­dzić ze sobą nawet pra­wie obcy ludzie.

Piz­ze­ria Isa­bella e Camillo poło­żona była jakieś pięć­dzie­siąt metrów od rykow­skiego ryneczku, przy ulicy Par­ko­wej, pro­wa­dzą­cej do niego od połu­dnio­wego wschodu. Jecha­li­śmy nią do samego końca, po czym skrę­ci­li­śmy w lewo, w stronę osie­dla Soli­dar­no­ści, by zaraz potem odbić na pół­noc, zagłę­bia­jąc się w długą na jakieś dwa kilo­me­try ulicę Łokietka. Widoczne w oddali bloki, w tym mój, zosta­wi­li­śmy po pra­wej.

-?To zabawne, jak czło­wie­kowi zmie­niają się prio­ry­tety i punkt widze­nia -?ode­zwał się ponow­nie Szy­ko­wiak. -?Wspo­mnia­łem panu wcze­śniej, że po matu­rze wyje­cha­łem do Włoch. To było w tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym szó­stym roku. Mia­łem tam zostać naj­wy­żej dwa, może trzy mie­siące, a wró­ci­łem dopiero po czte­rech latach. Dokład­nie rzecz ujmu­jąc, wró­ci­li­śmy, bo w dzie­więć­dzie­sią­tym siód­mym dołą­czyła do mnie Iza. Jeste­śmy ze sobą, od kiedy zaczęła liceum. Ja byłem klasę wyżej, wpa­dła mi w oko i już w paź­dzier­niku ze sobą cho­dzi­li­śmy. No i tak cho­dzimy aż do teraz, da pan wiarę? -?Spoj­rzał w moją stronę i się roze­śmiał.

-?Dam -?odpar­łem. Bo i dawa­łem wiarę. Kie­dyś sam byłem w takim związku przez wiele lat.

-?Przy­je­chała do mnie, do Neapolu, zaraz po swo­jej matu­rze. Ja od roku już pra­co­wa­łem w jed­nej z tam­tej­szych knajp. Zaczy­na­łem od zmy­waka, poprzez kel­ne­ro­wa­nie, na pomocy kuchar­skiej koń­cząc. Jak na rok, nie­zła kariera, no nie? Chyba wła­ści­ciel mnie polu­bił. Zresztą sta­ra­łem się za dwóch, więc nawet jakby nie darzył mnie sym­pa­tią, nie za bar­dzo miał się do czego przy­cze­pić. Przez kilka mie­sięcy Iza nie mogła niczego zna­leźć, ale wresz­cie szczę­śli­wie zwol­nił się etat kel­nerki, więc szef dał jej szansę. Koko­sów nie zara­bia­li­śmy, ale to i tak było o wiele wię­cej niż w Pol­sce, tym bar­dziej że z cza­sem wła­ści­ciel miał do nas coraz wię­cej zaufa­nia. Pod koniec to nawet byłem kimś w rodzaju kie­row­nika lokalu. Nie na papie­rze, ale w port­felu dało się to wyraź­nie odczuć.

Szy­ko­wiak zatrzy­mał samo­chód na pobo­czu, przed ele­ganc­kim, praw­do­po­dob­nie nie­dawno posta­wio­nym bliź­nia­kiem.

-?Poczeka pan chwilę? Zaraz jestem z powro­tem.

-?No jasne, że pocze­kam. Zdaje się, że teraz mam do sie­bie dalej niż z pań­skiej piz­ze­rii -?powie­dzia­łem z uda­wa­nym wyrzu­tem.

-?Gdy­bym był zło­śliwy, odparł­bym, że do tej pory nie byłby pan nawet w poło­wie drogi, ale z pew­no­ścią już prze­mok­nięty do suchej nitki. - Mru­gnął do mnie. -?Ale nie jestem, więc zmy­kam i za minutę jedziemy dalej.

-?Mogłem wziąć tak­sówkę albo poje­chać auto­bu­sem miej­skim.

-?Też prawda. -?Cicho zare­cho­tał, zgar­nął pizzę z tyl­nego sie­dze­nia i już go nie było.

Tak­só­wek w Ryko­wie jest tyle co miej­skich auto­bu­sów, więc tak naprawdę w razie ulewy czło­wiek może liczyć tylko na wła­sne nogi i porządną para­solkę. O ile, rzecz jasna, nie zain­spi­ro­wał go tań­czący w desz­czu Gene Kelly.

Rozej­rza­łem się po wnę­trzu samo­chodu. Już w trak­cie jazdy, gdy jed­nym uchem słu­cha­łem Szy­ko­wiaka, zwró­ci­łem uwagę, że zawie­sze­nie nie­bez­piecz­nie skrzypi i stuka, a kie­row­nica drży przy pręd­ko­ści więk­szej niż czter­dzie­ści kilo­me­trów na godzinę. Citroën na moje oko miał jakieś dzie­sięć lat. Widać było, że nie jest zbyt zadbany. Na pod­ło­dze za przed­nimi sie­dze­niami walały się papierki po cukier­kach i gumach do żucia, a tapi­cerka była mocno sfa­ty­go­wana i nie­zbyt czy­sta. Trzy sie­dze­nia w tyl­nym rzę­dzie mogły zostać wyjęte w razie potrzeby powięk­sze­nia pakow­no­ści kabiny, a jed­no­cze­śnie można było na nich dość kom­for­towo prze­wo­zić pasa­że­rów, któ­rym prze­suwne drzwi uła­twiały wsia­da­nie i wysia­da­nie. Gdy­bym miał pię­cio­oso­bową rodzinę i firmę, a jed­no­cze­śnie nie stać byłoby mnie na dwa samo­chody, to pew­nie roz­wa­żył­bym zakup cze­goś podob­nego.

Po chwili drzwi po stro­nie kie­rowcy się otwo­rzyły.

-?Widzę, że ogląda pan moją bestię? -?zapy­tał Szy­ko­wiak, mosz­cząc się za kie­row­nicą. -?Szału nie ma, duży prze­bieg i dzie­więć lat dość ostrej eks­plo­ata­cji, no ale całe oszczęd­no­ści wła­do­wa­li­śmy w zakup lokalu i miesz­ka­nia, więc posza­leć nie było z czym.

-?Ważne, że w miarę wygodne i że jeź­dzi.

-?Mam nadzieję, że do pana jakoś się dotur­lamy -?rzekł, prze­krę­ca­jąc klu­czyk w sta­cyjce i wrzu­ca­jąc lewy kie­run­kow­skaz.

-?Co do tego nie mam wąt­pli­wo­ści, ale mam za to wyrzuty sumie­nia, że pana faty­go­wa­łem. Moje osie­dle nie było raczej po dro­dze.

Szy­ko­wiak zawró­cił i mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

-?Żaden pro­blem. Poza tym skąd miał pan to wie­dzieć?

-?Fakt. No i co? Nie lepiej było zostać?

Spoj­rzał na mnie zdzi­wiony.

-?Ale gdzie?

-?Mówił pan wcze­śniej o Wło­szech, że wszystko się ukła­dało, lep­sze zarobki, praca chyba w miarę pewna dla was obojga...

-?Ach, rze­czy­wi­ście. -?Przez moment zasta­na­wiał się nad odpo­wie­dzią. - Wie pan, niby tak, ale to jed­nak obca zie­mia. Zawsze byli­by­śmy tam tymi napły­wo­wymi, imi­gran­tami, czy jak to jesz­cze ina­czej można nazwać. Ni­gdy nie byli­by­śmy u sie­bie, tęsk­ni­li­śmy. Pie­nią­dze to prze­cież nie wszystko. Nie wyobra­ża­li­śmy sobie życia poza Pol­ską. Wró­ci­li­śmy ze stu­pro­cen­to­wym prze­ko­na­niem, że tylko tutaj będziemy naprawdę szczę­śliwi. No i jak na razie, odpu­kać w nie­ma­lo­wane, fak­tycz­nie jeste­śmy. -?Skrę­cił w lewo, w stronę mojego osie­dla. -?We Wło­szech żyli­śmy bar­dzo skrom­nie -?cią­gnął. -?Odkła­da­li­śmy każ­dego lira, któ­rego tylko mogli­śmy zaosz­czę­dzić... Bo wtedy tam jesz­cze zara­biało się w lirach -?uści­ślił na wszelki wypa­dek. -?Wszystko po to, żeby po powro­cie jako tako się urzą­dzić, zało­żyć biz­nes, naj­chęt­niej wła­śnie piz­ze­rię. Bo oboje naj­le­piej się zna­li­śmy na pro­wa­dze­niu restau­ra­cji.

Po chwili zatrzy­mał citroëna na par­kingu przed moim blo­kiem, pozo­sta­wia­jąc uru­cho­miony sil­nik.

-?Ależ pana zanu­dzi­łem tą moją gada­niną, co? -?zapy­tał.

-?A wie pan, panie Kamilu, że nawet nie -?odpar­łem szcze­rze. -?Bar­dzo inte­re­su­jąco pan opo­wiada. Jed­nego tylko nie rozu­miem. Mówił pan, że wró­ci­li­ście po czte­rech latach od pana wyjazdu, czyli w roku dwu­ty­sięcz­nym, a wcze­śniej wspo­mniał pan, że Isa­bella e Camillo działa od nie­dawna...

-?Tak, otwo­rzy­li­śmy z począt­kiem wrze­śnia. -?Spoj­rzał na mnie, a na jego twa­rzy ponow­nie zago­ścił uśmiech. -?A więc i my, i pan zaczy­namy w pewien spo­sób nowe życie.

-?Na to wygląda.

-?Więc mam nadzieję, że i panu wszystko się dobrze poukłada, czego ser­decz­nie życzę. -?Wycią­gnął dłoń i przy­bi­li­śmy piątkę. -?Fak­tycz­nie, wró­ci­li­śmy już dość dawno, zaraz po waka­cjach jede­na­ście lat temu, dwa lata przed wypro­du­ko­wa­niem tego naszego grata. -?Ude­rzył dłońmi w kie­row­nicę. -?No ale to wszystko nie było takie pro­ste. Haro­wa­li­śmy we Wło­szech, cały czas obie­cu­jąc sobie, że po powro­cie jakąś nie­wielką część zaro­bio­nej kwoty prze­zna­czymy na podróż po Euro­pie... Na pewno pana nie nudzę?

-?By­naj­mniej -?powie­dzia­łem zgod­nie z prawdą. Przy­jem­nie było słu­chać kogoś, komu się uło­żyło w życiu.

Kiw­nął głową i wyłą­czył sil­nik.

-?No i tak też się stało. Wyje­cha­li­śmy dwa razy: naj­pierw jesie­nią w dwu­ty­sięcz­nym, a póź­niej wcze­sną wio­sną dwa tysiące pierw­szego. Mie­siąc w Hisz­pa­nii, potem mie­siąc we Fran­cji. Zamie­rza­li­śmy zoba­czyć tro­chę świata przed zało­że­niem rodziny i próbą uło­że­nia sobie na nowo życia. Te dwa wyjazdy były fan­ta­styczne. Był pan może kie­dyś w Hisz­pa­nii?

Pokrę­ci­łem głową, a potem, zapewne uprze­dza­jąc jego pyta­nie, powie­dzia­łem:

-?We Fran­cji też nie.

Spoj­rzał na mnie z ukosa, chyba z lek­kim nie­do­wie­rza­niem, ale nie poku­sił się o komen­tarz. Zamiast tego kon­ty­nu­ował swoją opo­wieść:

-?W czerwcu dwa tysiące pierw­szego wzię­li­śmy ślub. Już wtedy roz­glą­da­li­śmy się za loka­lem, w któ­rym mogli­by­śmy umiej­sco­wić naszą piz­ze­rię, ale zna­le­zie­nie cze­goś odpo­wied­niego na naszą kie­szeń nie było pro­ste. Nawet w nie­wiel­kim i dość tanim mie­ście. Wia­domo, że jeśli cho­dzi o otwo­rze­nie knajpy, naj­waż­niej­sza jest loka­li­za­cja. Udało mi się zna­leźć pracę w lokal­nej hur­towni spo­żyw­czej, żeby były pie­nią­dze na bie­żące wydatki. No a potem, dzie­wią­tego marca dwa tysiące dru­giego roku uro­dziła nam się pierw­sza córka, więc trzeba było pozmie­niać plany. Iza chciała poświę­cać dziecku jak naj­wię­cej czasu, więc ja pra­co­wa­łem, a ona zaj­mo­wała się Wik­to­rią. Oboje uzna­li­śmy, że takie roz­wią­za­nie będzie dla nas wszyst­kich naj­lep­sze...

W tym momen­cie zadzwo­niła jego komórka. Szy­ko­wiak spoj­rzał na wyświe­tlacz.

-?Prze­pra­szam, to żona -?powie­dział i ode­brał.

Chwilę póź­niej poin­for­mo­wał mnie, że ma kolejne zamó­wie­nie z dostawą do domu.

-?Dzię­kuję za pod­wie­zie­nie -?rze­kłem, otwie­ra­jąc drzwi.

-?Nie ma sprawy, panie Zdzi­chu. Chyba dobrze się stało, że muszę już jechać. Cza­sem tak mam, że jak zacznę gadać, to się zapo­mi­nam i plotę jak nakrę­cony.

-?Sam pana cią­gną­łem za język, więc ewen­tu­alne pre­ten­sje mogę mieć tylko do sie­bie. A tak serio, bar­dzo mi było miło pana poznać. Do zoba­cze­nia.

Ponie­waż deszcz wciąż mocno padał, nie cze­ka­łem, aż Szy­ko­wiak odje­dzie, tylko lek­kim truch­tem pobie­głem do swo­jej klatki.

Wspi­na­jąc się po scho­dach, z nie­do­wie­rza­niem pokrę­ci­łem głową. Nie lubię swo­jego imie­nia, a już wręcz aler­gicz­nie reaguję, gdy ktoś zwraca się do mnie per Zdzi­chu. Mój nowy zna­jomy z upodo­ba­niem i kil­ka­krot­nie nazwał mnie panem Zdzi­chem, a ja wcze­śniej zupeł­nie nie zwró­ci­łem na to uwagi. Pomy­śla­łem sobie, że następ­nym razem nie omiesz­kam popro­sić go deli­kat­nie, by mówił do mnie jakoś ina­czej, na przy­kład panie Zdzi­sła­wie albo panie Zdziszku.

Do dziś nie udało mi się go do tego prze­ko­nać, zresztą, tak po praw­dzie, ni­gdy nawet nie spró­bo­wa­łem.

Wpraw­dzie naza­jutrz prze­szli­śmy na ty, ale dla Kamila Szy­ko­wiaka już na zawsze mia­łem pozo­stać panem Zdzi­chem.

V

Sobota była dniem, w któ­rym w moim nowym miej­scu zatrud­nie­nia pra­co­wało się w zależ­no­ści od liczby zamó­wień i pla­no­wa­nych ter­mi­nów ich reali­za­cji, dla­tego podej­rze­wa­łem, że pierw­szego paź­dzier­nika nie będzie zbyt wiel­kiego ruchu w żad­nej z trzech hal pro­duk­cyj­nych. Kalen­darz mówił mi jasno: w fir­mie zwią­za­nej z budow­lanką nie może to być prze­sad­nie gorący okres, dla­tego tym bar­dziej się zdzi­wi­łem, gdy na pierw­szej zmia­nie sta­wiła się pełna obsada dwóch budyn­ków. Prze­szło mi przez myśl, że powi­nie­nem zwe­ry­fi­ko­wać opi­nię o swoim nowym pra­co­dawcy i przy­jąć do wia­do­mo­ści, że nawet w takim mie­ście jak Ryków coś może funk­cjo­no­wać ze spo­rym roz­ma­chem.

Z ostat­nich for­mal­no­ści zostało mi jesz­cze kilka pod­pi­sów w kadrach. Sze­fowa tego działu soboty miała wolne, ale już wcze­śniej usta­li­li­śmy, że jeśli odpo­wied­nie cyro­grafy złożę kilka dni póź­niej, to ani firma, ani tym bar­dziej świat nie ule­gną nagłej destruk­cji.

* * *

Już w trak­cie pierw­szej roz­mowy pre­zes ostrzegł mnie, że sta­no­wi­sko, o które się ubie­gam, jest samo­dzielne i z reguły na zmia­nie będę sam. Trudno mi było sobie wyobra­zić lep­szą wia­do­mość po tych wszyst­kich latach spę­dzo­nych w zde­cy­do­wa­nie zbyt zalud­nio­nym i gwar­nym Mor­do­rze, czyli budynku komendy poli­cji w mie­ście woje­wódz­kim. Tu mia­łem być zależny tylko od sie­bie, bez wiecz­nie uja­da­ją­cego prze­ło­żo­nego nad głową, doma­ga­ją­cego się kolej­nych tabe­lek ze sta­ty­sty­kami, które potrzebne są jedy­nie do tego, żeby Główny nie wziął całego tego pier­dol­nika na wide­lec.

-?Będzie pan prze­waż­nie pra­co­wał sam, panie Zdzi­sła­wie -?usły­sza­łem. - Nie prze­szka­dza to panu?

-?Nie, panie pre­ze­sie. Wydaje mi się, że powi­nie­nem dać sobie radę.

Lustro­wał mnie bystrym spoj­rze­niem jasno­nie­bie­skich oczu -?czło­wiek, który mimo że zatrud­nia ponad setkę osób, niczego nie pozo­sta­wia przy­pad­kowi. Wła­ści­ciel, pre­zes, a jeśli trzeba, to także sprze­dawca albo szef rekru­ta­cji, przy któ­rym uczest­ni­cząca w roz­mo­wie kadrowa jest jedy­nie mało widocz­nym cie­niem. Moja odpo­wiedź była powścią­gliwa -?nie chcia­łem zanadto eks­po­no­wać rado­ści, ponie­waż mogłoby się to wydać zbyt podej­rzane -?ale i szczera.

Zdą­ży­łem się wcze­śniej tego i owego dowie­dzieć o nowym sze­fie. W ciągu kil­ku­na­stu lat z nie­wiel­kiego zakładu pro­duk­cyj­nego stwo­rzył jedną z naj­bar­dziej liczą­cych się pol­skich fabryk branży okien­ni­czej. Nie było dla niego rze­czy nie­moż­li­wych, a w dodatku nie­zwy­kle rzadko zda­rzało mu się nie dotrzy­mać ter­minu, dla­tego klienci cenili sobie współ­pracę z nie­mło­dym już wpraw­dzie, lecz bar­dzo rzut­kim biz­nes­me­nem. Krą­żyły też słu­chy, że jest nie­zwy­kle wyma­ga­jący wobec swo­ich pra­cow­ni­ków, ale w razie potrzeby potrafi zacho­wać się wobec nich bar­dziej niż przy­zwo­icie.

Poki­wał z zado­wo­le­niem głową.

-?Mam nadzieję, że spodoba się panu u nas. Wygląda pan na porząd­nego czło­wieka, panie Mokryna. -?Miał miły, cie­pły głos, w któ­rym nie usły­sza­łem nawet nuty fał­szu.

-?Dzię­kuję.

-?A tak już tro­chę bar­dziej pry­wat­nie, jeśli można i to nie tajem­nica...

Pod­nio­słem brwi z uda­wa­nym zain­te­re­so­wa­niem, choć w zasa­dzie spo­dzie­wa­łem się tre­ści kolej­nego pyta­nia.

-?Miał pan dobrą pracę, chyba nie­źle płatną, i posta­no­wił pan z niej zre­zy­gno­wać... -?Tu zawie­sił głos, nie decy­du­jąc się na domknię­cie klamry.

-?Tak, to prawda, ale wie pan, jak to jest. Ponad czter­dzie­ści lat na karku, całe życie w dużym mie­ście... Po pro­stu posta­no­wi­łem poszu­kać spo­koj­niej­szego miej­sca. -?Zauwa­ży­łem, jak na mnie patrzy. Wie­dział, że ściem­niam. Czy­ta­łem w jego oczach jak w otwar­tej księ­dze. -?Mam eme­ry­turę, tro­chę sobie do niej mogę doro­bić, żeby odło­żyć coś wię­cej na sta­rość -?cią­gną­łem, ale on wciąż mi nie wie­rzył.

Na moment zamil­kłem, by wyrów­nać oddech. Nie mia­łem ochoty mówić nic wię­cej, ale wie­dzia­łem, że nie mogę tak skoń­czyć tej roz­mowy. W ciągu tych paru chwil zrozumia­łem, że to, co o nim mówią, jest prawdą - potrafi prze­świe­tlić czło­wieka na wylot i gdy coś jest nie tak, zauważy to nie­mal natych­miast.

-?Jestem już zmę­czony -?powie­dzia­łem wresz­cie, spusz­cza­jąc wzrok. - Pro­szę mnie źle nie zro­zu­mieć, nie cho­dzi o to, że nie chcę już pra­co­wać, bo chcę... Chcę, potra­fię i dam sobie radę. Tylko że po tych wszyst­kich latach w poli­cji...

-?Rozu­miem -?prze­rwał mi w naj­mniej spo­dzie­wa­nym momen­cie. Łagod­nie, ale dość zde­cy­do­wa­nie. -?Myślę, że mniej wię­cej wiem, co chce mi pan powie­dzieć. I tyle mi wystar­czy.

* * *

Za pierw­szym razem (jak się póź­niej oka­zało, za dru­gim rów­nież) nie pra­co­wa­łem jed­nak sam.

O szó­stej rano w drzwiach zakładu powi­tał mnie bar­czy­sty, wypro­sto­wany jak struna męż­czy­zna, na pierw­szy rzut oka kilka lat młod­szy ode mnie. Miał kwa­dra­tową szczękę i cią­gnącą się od niej przez prawy poli­czek aż do skroni szramę. Przed­sta­wił się jako Janusz Przy­wara, a mecha­niczny spo­sób, w jaki to zro­bił, suge­ro­wał prze­szłość w jakiejś for­ma­cji mun­du­ro­wej.

Przez nie­mal godzinę, która pozo­stała do roz­po­czę­cia zmiany przez pozo­sta­łych pra­cow­ni­ków fabryki, o jego prze­szło­ści dowie­dzia­łem się tylko tyle, że jest byłym woj­sko­wym z dwiema zagra­nicz­nymi misjami na kon­cie. O moją prze­szłość nie pytał, ale stwier­dzi­łem, że na miej­scu będzie odwdzię­czyć się rów­nie ogól­ni­ko­wymi infor­ma­cjami. Póź­niej zaję­li­śmy się już tylko prze­szko­le­niem, pod­czas któ­rego sta­ra­łem się być moż­li­wie naj­po­jęt­niej­szym uczniem. Same kon­krety, żad­nego pie­prze­nia. Moni­to­ring, zasady funk­cjo­no­wa­nia prze­pu­stek w zakła­dzie, sys­temy alar­mowe, zabez­pie­cze­nia hal, bramy głów­nej i samego biu­rowca.

Myślę, że mógł­bym się zako­le­go­wać z Przy­warą, bo nada­wa­li­śmy mniej wię­cej na tych samych falach, ale mia­łem wra­że­nie, że żaden z nas tego nie potrze­buje. Wyglą­dał mi na kogoś, kto podob­nie jak ja szuka w tej robo­cie spo­koju. Zapewne też wiele razy spa­rzył się na zawo­do­wych rela­cjach i nie miał zamiaru znów pako­wać się do tej samej rzeki. Paso­wał mi ten układ.

Róż­niło nas głów­nie to, że u niego na ser­decz­nym palcu pra­wej dłoni lśniła obrączka.

Kie­dyś czę­sto się zasta­na­wia­łem, jak bym się czuł z takim świe­ci­deł­kiem. Był nawet czas, że chcia­łem się o tym prze­ko­nać, ale życie poto­czyło się tak, że do tej pory nie było mi to dane.

* * *

Skoń­czy­li­śmy naszą dwu­na­sto­go­dzinną zmianę dokład­nie o osiem­na­stej, zosta­wia­jąc zakład pod pie­czą zmien­nika, po czym ruszy­li­śmy w mil­cze­niu do naszych samo­cho­dów zapar­ko­wa­nych na dużym, teraz już pra­wie pustym par­kingu. Uści­snę­li­śmy sobie ręce bez słowa i jak na komendę, w jed­nej sekun­dzie, otwo­rzy­li­śmy cen­tralne zamki naszych aut. Wyda­wało mi się, że Janusz podob­nie jak ja zwró­cił na to uwagę, mia­łem nawet wra­że­nie, że przez jego twarz prze­biegł cień uśmie­chu, ale odwró­cił głowę, sta­ra­jąc się to ukryć.

Przy­wara odje­chał pierw­szy; mija­jąc moją corollę, nawet nie spoj­rzał w jej kie­runku.

Pomy­śla­łem, że to był dobry dzień i że wszystko układa się zgod­nie z pla­nem, po czym ruszy­łem w stronę wyjazdu z par­kingu śla­dem mojego nowego kolegi z pracy.

Z pracy i tylko z pracy, prze­szło mi przez myśl i uśmiech­ną­łem się do sie­bie sze­roko.

VI

W szpa­rze pomię­dzy fra­mugą a drzwiami mojego miesz­ka­nia tkwiła zło­żona wpół żółta kartka. Wej­ście do klatki zabez­pie­czone było domo­fo­nem, więc począt­kowo sądzi­łem, że to mój sąsiad z naprze­ciwka, z któ­rym w trak­cie prze­pro­wadzki wymie­ni­łem wyma­gane w takich przy­pad­kach uprzej­mo­ści, ma do mnie jakąś sprawę. Oka­zało się jed­nak ina­czej.

"Panie Zdzi­chu, pro­szę o tele­fon na poniż­szy numer, K.S.".

Jeśli miał­bym jakie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, kto kryje się pod ini­cja­łami, bez wąt­pie­nia roz­wia­łaby je forma, w jakiej się do mnie zwró­cono.

Wsze­dłem do środka, zasta­na­wia­jąc się, czego też może ode mnie chcieć Szy­ko­wiak. Znów ode­zwał się we mnie swo­isty mecha­nizm obronny, który miał za zada­nie ostrze­gać przed nad­mier­nym spo­ufa­la­niem się z miej­sco­wymi, ale zaraz potem przy­po­mnia­łem sobie sytu­ację z poprzed­niego dnia, gdy oka­zał się on fał­szy­wym alar­mem. Nie zna­łem tego czło­wieka zbyt dobrze, ale raczej nie mogłem go podej­rze­wać o to, że faty­go­wał się do mnie z byle powodu.

Wyją­łem z kie­szeni komórkę i wybra­łem podany numer.

-?Tak, słu­cham?

-?Dzień dobry, panie Kamilu, Mokryna z tej strony. Zosta­wił pan kartkę z moich drzwiach, więc...

-?O, dobrze, że pan dzwoni, już mia­łem do pana jechać -?wszedł mi w słowo. -?Sprzą­ta­łem dziś tro­chę w aucie, bo wybie­ramy się jutro z Izką i dzie­cia­kami do war­szaw­skiego zoo, i zna­la­złem pań­ski port­fel. Leżał pod sie­dze­niem pasa­żera, więc pew­nie musiał panu wczo­raj wypaść.

Odru­chowo dotkną­łem zewnętrz­nej kie­szeni, po czym przy­po­mnia­łem sobie, że poprzed­niego dnia nosi­łem pola­rową bluzę, którą po powro­cie powie­si­łem do prze­schnię­cia na opar­ciu krze­sła w kuchni i już tam została.

-?Będzie pan teraz w domu? -?cią­gnął. -?Mógł­bym wpaść i go pod­rzu­cić.

-?Panie Kamilu, dzię­kuję, że się pan faty­go­wał już wcze­śniej. No i że pan go zna­lazł...

-?Przy­pa­dek. Rzadko sprzą­tam auto, zresztą chyba pan to wczo­raj zauwa­żył. -?Zaśmiał się szcze­rze.

-?Nie zwra­cam uwagi na pier­doły, ale fak­tycz­nie z tyłu miał pan mały roz­gar­diasz. Jak­bym nie był wścib­ski i się nie wier­cił, pew­nie port­fel do dziś byłby na swoim miej­scu.

-?Co racja, to racja. Następ­nym razem pro­szę się popra­wić, a teraz niech mi pan powie, czy jest pan w domu, bo Iza już do mnie macha, więc pew­nie zaraz będę jechał z zamó­wie­niem.

-?W sumie przed chwilą wró­ci­łem z pracy i nie zamie­rza­łem się już ni­gdzie ruszać, ale jestem głodny jak wilk, w dodatku, jak się oka­zało, bez gro­sza przy duszy, więc z chę­cią wpadł­bym do was spraw­dzić, czy od wczo­raj jakość pizzy się nie pogor­szyła.

-?Mogę przy­wieźć jakąś dobrą, to żaden pro­blem.

-?Dzię­kuję, ale chęt­nie się prze­wie­trzę, spa­cer dobrze mi zrobi. Poza tym chcę jesz­cze nacie­szyć oczy tym nie­sa­mo­wi­tym wystro­jem. Tym bar­dziej że jego dni są prze­cież poli­czone.

-?Chyba że tak. W takim razie zapra­szam. O któ­rej pan będzie? Mamy tro­chę ludzi, więc na wszelki wypa­dek zare­zer­wuję dla pana sto­lik.

-?Pew­nie gdzieś tak za godzinę. Mam tylko prośbę, żeby to było inne miej­sce niż wczo­raj, bo peszyły mnie tro­chę te rogi nad głową.

-?Nie ma sprawy! -?Roze­śmiał się, a potem, jakby po chwili waha­nia, dodał: -?Cho­ciaż było panu z nimi bar­dzo do twa­rzy. -?Pew­nie przez ten krótki moment zasta­na­wiał się, czy żart przy­pad­kiem nie prze­kro­czy gra­nicy dobrego smaku.

-?W takim razie niech będzie to samo miej­sce -?powie­dzia­łem. -?W moim wieku każdą oka­zję do usły­sze­nia kom­ple­mentu trzeba brać w ciemno!

* * *

Fak­tycz­nie byłem bar­dzo głodny, ale stwier­dzi­łem, że przed wyj­ściem wypa­da­łoby się odświe­żyć po dwu­na­stu godzi­nach w pracy. Wsko­czy­łem więc pod prysz­nic i się ogo­li­łem. Cze­ka­jąc, aż wyschną mi włosy, włą­czy­łem kom­pu­ter i rzu­ci­łem okiem na bie­żące wyda­rze­nia, a póź­niej nie­opatrz­nie spraw­dzi­łem skrzynkę mej­lową.

Wśród zwy­cza­jo­wej lawiny spamu przez ostat­nie trzy dni tra­fiły się też dwie zwy­czajne wia­do­mo­ści.

Na pierw­szą odpi­sa­łem natych­miast. Andrzej Gier­czak, który prze­jął moje obo­wiązki w wydziale kon­troli, ostat­nio odzy­wał się do mnie coraz rza­dziej, ale jesz­cze od czasu do czasu się to zda­rzało. Miał krót­szy ode mnie staż w poli­cji, a w dodatku ni­gdy dotąd nie musiał szpe­rać we wła­snych bru­dach. Prze­nie­śli go z dnia na dzień i nagle z dobrego, lubia­nego przez wielu kolegi musiał prze­dzierz­gnąć się w psa tro­pią­cego i wyja­śniać nie­pra­wi­dło­wo­ści w poli­cyj­nych sze­re­gach. Szcze­rze mu współ­czu­łem, tym bar­dziej że był to jeden z porząd­niej­szych ludzi, z jakimi przy­szło mi pra­co­wać.

Robi­łem więc, co mogłem, żeby uła­twić mu odna­le­zie­nie się w nowej sytu­acji. Jeśli tylko potra­fi­łem, wska­zy­wa­łem spo­sób zasto­so­wa­nia poszcze­gól­nych pro­ce­dur, miej­sca, gdzie na pół­kach i w archi­wum można odszu­kać ana­lo­giczne do obec­nych sprawy, a także pró­bo­wa­łem pomóc zasto­so­wać stare i roz­gryźć nowe wytyczne w zakre­sie koniecz­nych zesta­wień oraz sta­ty­styk. Tym razem prośba doty­czyła tego ostat­niego zagad­nie­nia. Minął wła­śnie pierw­szy kwar­tał pracy Andrzeja na nowym sta­no­wi­sku, żądano więc od niego odpo­wied­nich, choć w moim prze­ko­na­niu nikomu do niczego nie­po­trzeb­nych, tabe­la­rycz­nych wyka­zów prze­pro­wa­dzo­nych w ostat­nich trzech mie­sią­cach postę­po­wań wyja­śnia­ją­cych, wraz z odnie­sie­niem ich do ana­lo­gicz­nych danych za rok ubie­gły.

Upo­ra­łem się mniej wię­cej w dwa­dzie­ścia minut. Kwe­stia była sto­sun­kowo pro­sta, a dodat­kowo zda­wa­łem sobie sprawę, że moja odpo­wiedź uspo­koi Andrzeja i dzięki temu będzie miał tro­chę mniej ner­wową resztę week­endu. W luź­niej­szej koń­cówce wia­do­mo­ści Gier­czak ani sło­wem nie wspo­mniał o spra­wie Pie­niążka (za co jak zwy­kle byłem mu wdzięczny), tylko tro­chę poplot­ko­wał na tematy bie­żące. Jakby bar­dziej z obo­wiązku, bo tak wypada, niż z prze­ko­na­nia, że mnie to obcho­dzi. Naj­waż­niej­sza gminna wieść nio­sła, że "podobno Stary ma pole­cieć na jesieni".

Nie obcho­dziło mnie to.

Tym bar­dziej że Stary, czyli komen­dant woje­wódzki, miał "pole­cieć" już wcze­śniej wiele razy i tylko pora roku zmie­niała się w tej plotce.

Druga wia­do­mość była od Beaty.

W sumie nic waż­nego -?ot, kilka zdań od sta­rej dobrej kole­żanki. Sie­dzia­łem jed­nak dość długo, gapiąc się na tekst, jakby to był mejl od kogoś z zaświa­tów.

Naj­pierw pomy­śla­łem, że odpi­szę od razu, nawet wkle­pa­łem kil­ka­na­ście pierw­szych słów. Zaraz jed­nak wszystko wyka­so­wa­łem i usu­ną­łem wer­sję robo­czą wia­do­mo­ści, żeby mnie nie kusiło. Zapo­mnia­łem o gło­dzie i o tym, że w piz­ze­rii czeka na mnie zare­zer­wo­wany sto­lik.

Odchy­la­jąc się na krze­śle, prze­cze­sa­łem pal­cami włosy, odkry­wa­jąc mimo­wol­nie, że zdą­żyły już wyschnąć, i spoj­rza­łem na zega­rek w pra­wym dol­nym rogu ekranu. Docho­dziło wpół do dzie­wią­tej.

Nie wie­dzia­łem, jak postą­pić z wia­do­mo­ścią od Beaty, ale prze­cież nie musia­łem podej­mo­wać decy­zji tu i teraz. Wyłą­czy­łem więc kom­pu­ter i zaczą­łem szy­ko­wać się do wyj­ścia.

* * *

Gdy dotar­łem do Isa­bella e Camillo, był już kwa­drans po dwu­dzie­stej pierw­szej.

Szy­ko­wiak nie prze­sa­dzał, twier­dząc, że w piz­ze­rii panuje spory ruch. Hała­śliwi goście, wśród któ­rych prze­wa­żała mło­dzież, oku­po­wali zde­cy­do­waną więk­szość miejsc, a sto­lik zaj­mo­wany przeze mnie poprzed­niego dnia oto­czony był wia­nusz­kiem zaja­da­ją­cych się pizzą mało­la­tów. Nie mogłem mieć pre­ten­sji do wła­ści­ciela, że nie przy­trzy­mał dla mnie rezer­wa­cji, skoro spóź­ni­łem się ponad godzinę.

Sta­łem w drzwiach, zasta­na­wia­jąc się, czy wyjść na zewnątrz i pocze­kać, aż się tro­chę prze­ludni, czy może popro­sić o zwrot port­fela, a następ­nie kupić coś do zje­dze­nia w spo­żyw­czaku, gdy poczu­łem, że ktoś kła­dzie mi dłoń na ramie­niu. Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem sto­ją­cego tuż za pro­giem Szy­ko­wiaka.

-?Zapra­szam do środka, miej­sce czeka -?powie­dział, wska­zu­jąc zaciszny sto­lik w pra­wym rogu, na któ­rym usta­wiono tabliczkę z napi­sem "Rezer­wa­cja". -?Wła­śnie zali­czy­łem ostatni kurs z dostawą.

-?Dzię­kuję i prze­pra­szam za spóź­nie­nie -?odpar­łem, robiąc krok do przodu, by wpu­ścić wła­ści­ciela. -?A wła­ści­wie skąd pan może wie­dzieć, że to był ostatni kurs?

-?Lokal jest czynny do dwu­dzie­stej dru­giej, ale zamó­wie­nia na pizzę przyj­mu­jemy tylko do dzie­wią­tej.

-?Wygląda więc na to, że się spóź­ni­łem...

-?Dla pana zro­bimy wyją­tek, panie Zdzi­chu -?odparł z uśmie­chem Szy­ko­wiak. -?Zaraz podam kartę, żeby mógł pan coś wybrać.

-?A mogę zdać się na pań­ski gust?

-?Ostrze­gam, że to może być coś ostrego.

-?Żaden pro­blem. Lubię pikantne dania.

-?Roz­miar taki jak wczo­raj?

Przez chwilę zasta­na­wia­łem się nad tą kuszącą pro­po­zy­cją. Kiszki grały mi mar­sza, ale bio­rąc pod uwagę porę, uzna­łem, że lepiej nie szar­żo­wać.

-?Jest tro­chę późno, więc może jed­nak małą -?powie­dzia­łem, po czym, lawi­ru­jąc pomię­dzy sie­dzą­cymi klien­tami, poże­glo­wa­łem w stronę kwa­dra­to­wego sto­lika, przy któ­rym zamiast czte­rech stały tylko dwa krze­sła; bra­ku­jące zostały pod­pro­wa­dzone przez sie­dzącą po sąsiedzku i cisnącą się obok sie­bie mło­dzież.

Led­wie zdą­ży­łem zająć miej­sce, gdy przede mną jak spod ziemi wyrósł Szy­ko­wiak z kuflem zło­ci­stego piwa.

-?Nawet nie pyta­łem, czy pan sobie życzy -?rzekł. -?Ale pizza będzie naprawdę ostra, więc to na pewno się przyda. -?Kiedy odcho­dził, dodał jesz­cze, wska­zu­jąc na wolne krze­sło: -?Zare­zer­wo­wa­łem też miej­sce dla sie­bie, jeśli nie będzie pan miał nic prze­ciw mojemu towa­rzy­stwu.

-?By­naj­mniej. Będzie mi naprawdę miło -?odpar­łem.

-?W takim razie bar­dzo się cie­szę. Tro­chę tu ogarnę i jak pizza będzie gotowa, przyjdę poprzesz­ka­dzać.

Pocią­ga­jąc pierw­szy łyk z kufla, przy­po­mnia­łem sobie plany, które snu­łem nad reszt­kami pizzy nie dalej jak poprzed­niego dnia. Mia­łem tu pro­wa­dzić życie odludka stro­nią­cego od towa­rzy­stwa, a wystar­czyła nieco ponad doba, by oka­zało się, że tak naprawdę chyba zupeł­nie czego innego mi potrzeba.

Przez ostat­nie lata żyłem wśród ludzi, ale byłem samotny, choć nie chcia­łem przy­znać tego przed samym sobą, bo prze­cież mia­łem wielu zna­jo­mych, a ludzie chęt­nie spę­dzali ze mną popo­łu­dnia i wie­czory. Kobiety cza­sem rów­nież noce.

Kiedy w tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku moi rodzice zgi­nęli w wypadku samo­cho­do­wym (parę dni po moich trzy­dzie­stych uro­dzi­nach), wszystko się zmie­niło. Dobrze, że była wtedy przy mnie Beata, ale i to się skoń­czyło cztery lata póź­niej. Od wtedy, kiedy ode­szła, od Wigi­lii Bożego Naro­dze­nia dwa tysiące trze­ciego roku, dawa­łem sobie nie­źle radę, tkwiąc w ilu­zo­rycz­nych sto­sun­kach kole­żeń­skich, zawo­do­wych, sąsiedz­kich, bazar­ko­wych i jakich tam jesz­cze.

Ale tak naprawdę nie mia­łem nikogo.

Cza­sem prze­kli­na­łem los, a cza­sem swo­ich świę­tej pamięci sta­rych, że nie mam rodzeń­stwa, które, choćby i nawet naj­po­dlej­sze, sta­no­wi­łoby jakąś namiastkę bli­sko­ści, two­rzy­łoby złu­dze­nie, że jest na tym świe­cie ktoś oprócz mnie. Nie­chbym nawet nie oglą­dał tego kogoś albo nie zamie­nił z nim słowa latami przez tele­fon, to byłoby nie­ważne -?w prze­ci­wień­stwie do świa­do­mo­ści, że jestem sam jak palec.

Tak, cza­sem prze­kli­na­łem za to los i moich świę­tej pamięci sta­rych, a zaraz potem ruga­łem się w myślach, prze­ko­nany, że rodzeń­stwo i tak by nic nie zmie­niło. Rodzeń­stwo to prze­cież tylko więzy krwi i tak naprawdę poza miło­ścią do rodzi­ców, wspól­nym dzie­ciń­stwem i zbież­nym DNA prze­waż­nie nic cię z twoim bra­tem czy sio­strą nie łączy. To niby nie jest mało, ale też nie na tyle dużo, by zagwa­ran­to­wać, że nie będziesz samotny, gdy ci się wszystko spier­doli w życiu.

Nie­któ­rzy ucie­kają w alko­hol, a nie­któ­rzy w samot­ność. Ja nale­ża­łem do tych dru­gich.

I pew­nie tak by zostało, pew­nie dotrwał­bym w mie­ście woje­wódz­kim do godziw­szej eme­ry­tury, nie zwa­ża­jąc na wszystko i uda­jąc "nie samot­ność" przed samym sobą (a może nawet sobie jej nie uświa­da­mia­jąc?), gdyby nie sprawa Pie­niążka. Znio­słem brak rodzi­ców, prze­ży­łem -?choć z tru­dem - odej­ście kobiety, bez któ­rej nie wyobra­ża­łem sobie świata, ale sprawa Pie­niążka mnie prze­ro­sła. A uświa­do­mi­łem to sobie w jed­nej sekun­dzie w knaj­pie Isa­bella e Camillo w Ryko­wie -?naj­pierw pocią­ga­jąc łyk piwa, a póź­niej zli­zu­jąc gęstą, tłu­stą pianę z gór­nej wargi.

Do tej pory sądzi­łem, że to był mój wybór, ale nie -?to była zwy­czajna rej­te­rada. Nie ucie­ka­łem do Rykowa od ludzi, a od postę­po­wa­nia doty­czą­cego mło­dego poli­cjanta dro­gówki, na któ­rego mnie poszczuto i który nie wytrzy­mał pre­sji. Zanim zdą­żył oddać odznakę i broń służ­bową, pocią­gnął za spust w kiblu Mor­doru, odstrze­li­wu­jąc sobie spory kawa­łek poty­licy.

Nie­wiele póź­niej oka­zało się, że dowody, jakie mi pod­su­nięto, zostały od początku do końca wyssane z brud­nego palca gościa pra­cu­ją­cego u nas na uchu, któ­rego brata Pie­nią­żek swego czasu zatrzy­mał za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści. W trak­cie kon­troli oka­zało się, że auto jest trefne, a młody gli­niarz (w prze­ci­wień­stwie do star­szego kolegi, z któ­rym peł­nił służbę) cał­ko­wi­cie nie­chętny do współ­pracy. Brat infor­ma­tora tra­fił pod celę na trzy mie­siące, ponie­waż postę­po­wa­nie wyka­zało jego związki z mię­dzy­na­ro­do­wym gan­giem trud­nią­cym się kra­dzieżą samo­cho­dów w zachod­niej Euro­pie, a póź­niej prze­rzu­ca­ją­cym je za wschod­nią gra­nicę Pol­ski.

Zaraz potem do komendy wpły­nęła skarga na Pie­niążka za nie­pra­wi­dło­wo­ści w innej spra­wie. Cho­dziło o rze­komą łapówkę dość dużej wyso­ko­ści, fał­szo­wa­nie kwi­tów, a nawet o for­mu­ło­wa­nie pod­czas służby gróźb karal­nych. Na początku nikt nie trak­to­wał tego poważ­nie, ale kiedy zaczęli się poja­wiać kolejni świad­ko­wie potwier­dza­jący nie­ko­rzystną dla Pie­niążka wer­sję, musie­li­śmy się spra­wie przyj­rzeć bli­żej, tym bar­dziej że zaczęła przy niej węszyć pro­ku­ra­tura okrę­gowa. W pew­nym momen­cie doszło nawet do tego, że zapa­dła decy­zja o zawie­sze­niu poli­cjanta w czyn­no­ściach służ­bo­wych. Decy­zja, o któ­rej Pie­nią­żek dowie­dział się nie­ofi­cjal­nie -?i któ­rej nie pozwo­lił wejść w życie, wkła­da­jąc sobie lufę do ust, a następ­nie pocią­ga­jąc za spust.

Dwa dni po pogrze­bie mło­dego gliny zja­wiła się u nas żona infor­ma­tora. Być może ruszyło ją sumie­nie, ale nie­wy­klu­czone -?i na mój nos bar­dziej praw­do­po­dobne -?że cho­dziło o ode­gra­nie się na ślub­nym, ponie­waż pro­ces fabry­ko­wa­nia dowo­dów prze­ciw poli­cjan­towi opi­sy­wała do pro­to­kołu, usi­łu­jąc bez­sku­tecz­nie ukryć pod oku­la­rami prze­ciwsłonecznymi wielki gra­na­to­wo­czarny siniak oka­la­jący jej prawe oko. Ruszyło docho­dze­nie w spra­wie for­mu­ło­wa­nia fał­szy­wych oskar­żeń. Podej­rzani jeden po dru­gim przy­zna­wali się do winy, a sier­żant Łukasz Pie­nią­żek, na zawsze już dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­letni, został pośmiert­nie oczysz­czony z zarzu­tów, co raczej nie miało już wtedy dla niego spe­cjal­nego zna­cze­nia.

Ucie­kłem więc z Mor­doru i z mia­sta woje­wódz­kiego. Wyda­wało mi się, że chcę uciec do dobrej samot­no­ści (złej, w któ­rej tkwi­łem, dotąd nawet sobie nie uświa­da­mia­łem), wyda­wało mi się, że chcę spo­koju, a tak naprawdę pra­gną­łem uciec od Pie­niążka i jego sprawy, nie chcia­łem, żeby kto­kol­wiek jesz­cze kie­dy­kol­wiek spoj­rzał na mnie przez jej pry­zmat.

Jak to mawia Mamaj (cho­ciaż wtedy, pierw­szego paź­dzier­nika, jesz­cze tego nie wie­dzia­łem, bo mie­li­śmy się poznać dopiero w listo­pa­dzie), Ryków to dziura w dupie świata. A ja poja­wi­łem się tu, bo chcia­łem być w niej samot­nym, smut­nym pal­cem, chcia­łem się nurzać w trau­ma­tycz­nych wspo­mnie­niach jak w gów­nie.

Pierw­szy łyk piwa led­wie zaczy­nał chło­dzić mi prze­łyk, gdy zro­zu­mia­łem, że prze­cież wcale nie musi tak być. Uświa­do­mi­łem sobie, że sze­dłem do Isa­bella e Camillo z nadzieją na spo­tka­nie, a może nawet na dłuż­szą roz­mowę z Szy­ko­wia­kiem. Znów chcia­łem spoj­rzeć w te jego pełne uśmie­chu i opty­mi­zmu szare oczy, posłu­chać, jak prze­ko­ma­rzają się z żoną, chło­nąć bez­tro­ską atmos­ferę gwar­nej knajpki.

Jak się oka­zało, cza­sem do zmiany spoj­rze­nia na świat nie potrzeba wiele. Nie­kiedy wystar­czy, że ktoś zapyta, czy nie masz nic prze­ciw temu, aby się do cie­bie przy­siadł, a ty odpo­wiesz, że by­naj­mniej i że będzie ci naprawdę miło.

I zro­bisz to szcze­rze, wypo­wiesz te słowa z prze­ko­na­niem, o które jesz­cze wczo­raj rano sam sie­bie byś nie podej­rze­wał.

* * *

Gdy Szy­ko­wiak przy­niósł moją pizzę i usiadł naprze­ciwko, było za dwa­dzie­ścia dzie­siąta.

Więk­szość sto­li­ków zdą­żyła się już zwol­nić, a w piz­ze­rii od mojego przyj­ścia chyba nie poja­wił się żaden nowy klient. W mię­dzy­cza­sie wła­ści­ciel dwa razy spo­koj­nie, lecz sta­now­czo uspo­ka­jał zbyt gło­śno zacho­wu­jącą się grupkę zaj­mu­jącą sto­lik, przy któ­rym sie­dzia­łem poprzed­niego dnia. Raz zwró­cił uwagę także dwóm lekko pod­chmie­lo­nym star­szym jego­mo­ściom, zde­cy­do­wa­nie zbyt żar­li­wie dys­ku­tu­ją­cym na temat mają­cych się odbyć w następną nie­dzielę wybo­rów par­la­men­tar­nych. W piz­ze­rii pano­wał gwar, ale dzięki reak­cjom Szy­ko­wiaka bez trudu można było posłu­chać muzyki pły­ną­cej z czte­rech roz­miesz­czo­nych wysoko w rogach sali gło­śni­ków.

Jesz­cze zanim wzią­łem sztućce do rąk, zapro­po­no­wa­łem, żeby­śmy prze­szli na ty. Zaraz potem nie omiesz­ka­łem pochwa­lić Kamila za dba­łość o atmos­ferę.

Ski­nął głową i powie­dział:

-?Wiesz, panie Zdzi­chu, tak to już jest w tej branży, że na samym początku należy usta­lić zasady, a potem dbać, by goście ich prze­strze­gali. Sta­ramy się z Izą, żeby wszystko było, jak należy, bo jeśli­by­śmy choć odro­binę odpu­ścili, póź­niej sytu­acja byłaby nie do opa­no­wa­nia. A jeśli sam zauwa­ży­łeś, że jakoś nam wycho­dzi, to zna­czy, że jeste­śmy na dobrej dro­dze do osią­gnię­cia celu. Jesz­cze z mie­siąc i nikomu nie przyj­dzie do głowy, że w Camillo mógłby się wydzie­rać albo zosta­wać dłu­żej niż do dwu­dzie­stej dru­giej.

-?W Camillo? -?zdzi­wi­łem się.

Uśmiech­nął się i roz­ło­żył bez­rad­nie ręce.

-?Na robie­niu pizzy to może i się znam, panie Zdzi­chu, ale na mar­ke­tingu ani w ząb. Mówi­łem wczo­raj, że to ja wybra­łem nazwę, chcia­łem, żeby było świa­towo, tro­chę po wło­sku, a tym­cza­sem oka­zuje się, że to był nie­wy­pał. W całym Ryko­wie nie znaj­dziesz nawet jed­nej osoby mówią­cej o tym przy­bytku tak, jak sobie wyma­rzy­łem. Wszy­scy uprasz­czają, nie­któ­rzy nawet mówią, o zgrozo!, że cho­dzą zjeść "do Kamila".

Prze­żu­wa­łem jego słowa wraz z pierw­szymi kęsami pizzy, która fak­tycz­nie oka­zała się pie­kiel­nie ostra, ale też chyba nawet lep­sza niż pierw­sza, którą tu jadłem. Jakby na potwier­dze­nie tego, o czym mówił chwilę wcze­śniej, grupa mło­dzieży wła­śnie zaczęła zbie­rać się do wyj­ścia, a dwaj starsi jego­mo­ście co chwila spo­glą­dali na zegarki.

-?Ale two­jej żonie, nawet jeśli tro­chę maru­dzi, na pewno jest miło, że chcia­łeś, by jej imię zna­la­zło się w nazwie -?zauwa­ży­łem.

-?Tak sądzisz?

-?Jestem tego pewien.

-?W takim razie dzię­kuję za dobre słowo. Potra­fisz pod­nieść czło­wieka na duchu, panie Zdzi­chu. Chęt­nie bym za to z tobą wypił.

-?Co zatem stoi na prze­szko­dzie?

-?Pomy­śla­łem, że może chciał­byś, żebym pod­rzu­cił cię do domu...

-?Miło z two­jej strony, ale dziś chęt­nie się przejdę.

-?W takim razie skończ sobie pizzę, ja w tym cza­sie roz­li­czę gości, a potem spo­koj­nie sobie posie­dzimy, okej?

-?Jasne.

-?Ja też sobie naleję jasne -?powie­dział i zaraz potem zosta­łem przy sto­liku sam.

Gdy pod­szedł do grupki mło­dzieży z para­go­nem, dla pozo­sta­łych klien­tów był to znak, że wie­czór w Camillo wła­śnie dobiega końca.

Do dwu­dzie­stej dru­giej zostało sześć minut.

* * *

Dokład­nie o dzie­sią­tej Kamil zamknął od środka drzwi.

Zaraz potem do mojego sto­lika pode­szła Iza, żeby przy­wi­tać się i poże­gnać jed­no­cze­śnie. Chwilę poroz­ma­wia­li­śmy; skom­ple­men­to­wa­łem przy­go­to­waną przez nią pizzę, co wyraź­nie spra­wiło jej przy­jem­ność.

-?Oba­wia­łam się, że będzie za ostra, ale Kamil powie­dział, żebym zro­biła dokład­nie taką, jak on lubi naj­bar­dziej -?wyznała, jakby się tro­chę uspra­wie­dli­wia­jąc.

-?Widocz­nie mamy podobny gust -?odpar­łem.

-?No, no, tylko bez takich -?wtrą­cił się Szy­ko­wiak, sta­wia­jąc na bla­cie dwa pełne kufle. -?Ostrze­gam cię, panie Zdzi­chu, że jestem o mał­żonkę cho­ro­bli­wie zazdro­sny, i to, co wła­śnie powie­dzia­łeś, może obu­dzić we mnie podejrz­liwą bestię.

-?Chcia­ła­bym to zoba­czyć, ty mój bru­talu! -?Roze­śmiała się Iza i cmok­nęła go w poli­czek.

Pod­nio­słem ręce w geście pod­da­nia.

-?Czuję się ostrze­żony, a nawet z lekka wystra­szony, więc ustę­puję pola temu nie­okrze­sa­nemu bar­ba­rzyńcy.

-?Nie siedź długo, bar­ba­rzyńco -?dodała Iza, wciąż się śmie­jąc. -?Jutro mamy w pla­nach War­szawę, a ja śred­nio się tam czuję za kół­kiem, więc nie prze­sadź z piwem.

Szy­ko­wiak spoj­rzał na mnie i wzru­szył ramio­nami.

-?Tak oto obra­cają się w pył legendy, które jesz­cze na dobre nie zdą­żyły stać się cia­łem. Nie­do­szły bru­tal w ułamku sekundy stał się pan­to­fla­rzem.

Iza poży­czyła mi dobrej nocy i popro­siła Kamila, żeby zamknął za nią drzwi. W progu poca­ło­wali się jesz­cze tak namięt­nie jak para zako­cha­nych nasto­lat­ków, która ma się roz­stać na kilka mie­sięcy.

-?Może pod­wie­ziesz żonę do domu? -?zapro­po­no­wa­łem, gdy Szy­ko­wiak prze­krę­cał zamek. -?Jesz­cze nie zdą­ży­łeś się napić, a jest pra­wie noc, więc...

-?Daj spo­kój -?prze­rwał mi, kie­ru­jąc się w stronę naszego sto­lika. - Ryków to może nie metro­po­lia, ale ma swoje plusy. Na przy­kład taki, że jest tu bar­dzo bez­piecz­nie. Nie pamię­tam, żeby wyda­rzyło się coś poważ­niej­szego od drob­nych kra­dzieży albo sza­mo­ta­niny mię­dzy ama­to­rami taniego wina. -?Usiadł i kon­ty­nu­ował: -?Zapew­niam cię, jeśli ist­nia­łoby choćby naj­mniej­sze zagro­że­nie, że mojej Izie może się coś stać, nie zosta­wił­bym jej samej nawet na sekundę. Zresztą miesz­kamy zaraz obok, pokażę ci póź­niej. A teraz się napijmy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki