Kazimierz Porabczuk żyłby pewnie jeszcze przez
wiele lat, ale nie tak miał zapisane w gwiazdach. Niewykluczone, że to
właśnie na którąś z doskonale tej nocy widocznych konstelacji patrzył,
wydając ostatnie tchnienie i jej obraz będzie dźwigał pod powiekami już
przez całą wieczność.
Emerytowany nauczyciel języka polskiego spojrzał na te dwa zdania
nabazgrane przed chwilą w zeszycie w grubą linię. Zastanowił się przez
moment, po czym skreślił słowa "wydając ostatnie tchnienie" i nad nimi
umieścił wyraz "konając". Właściwie sam do końca nie wiedział, po co to
robi -?po co zamienia słowa na inne i w jakim celu w ogóle pisze tego
wieczoru cokolwiek. Może miał nadzieję, że w ten sposób choć trochę
obłaskawi koszmar poranka? Zdarzało mu się mawiać do swoich uczniów, że
w niektórych trudnych sytuacjach człowiek musi się wygadać. Ale
wygadanie się to nie to samo, co nabazgranie czegoś w zeszycie. Słowa
ulatują, a uwięzione w wyrazach litery zostają.
Adam Mackiewicz (znany w całych Czemianach jako "Wieszczu") wyrwał
kartkę, metodycznie zmiął ją w zwartą kulkę i wrzucił do stojącego obok
biurka kosza na śmieci.
-?Jak widać, bazgroły też mogą ulecieć -?mruknął pod nosem.
W lutym tego roku skończył sześćdziesiąt pięć lat i nad decyzją o przejściu na emeryturę nie musiał się zastanawiać. Od kilku lat było dla
niego jasne, że -?choć mógł to zrobić nieco wcześniej -?zostanie
emerytem po wejściu w sześćdziesiąty szósty rok życia. Lubił swoją
pracę, ale jeszcze bardziej od niej lubił życie. Kłopoty z nadciśnieniem, które zaczęły mu doskwierać jeszcze przed skończeniem
sześćdziesiątki, dawały do myślenia, a gdy odwiedzał czasami na
cmentarzu Mariana Żuka, utwierdzał się jedynie w przeświadczeniu, że nie
warto przedłużać czasu pracy, nawet w zamian za wyższą emeryturę.
Marian, nauczyciel fizyki, postanowił pozostać czynny zawodowo trochę
dłużej, ale nie dociągnął nawet do sześćdziesiątych siódmych urodzin -
zszedł na zawał podczas lekcji.
"Piękna śmierć dla nauczyciela" -?mówili ludzie. Albo: "Zmarł na
posterunku, prawdziwy belfer z powołania".
Klasa VI a, na której oczach Żuk wyzionął ducha, najpewniej nie
podzielała tych zachwytów. Podobnie jak Mackiewicz, który zakończył
pracę w czerwcu dwa tysiące dziewiętnastego i tyle go w szkolnych murach
widzieli.
Jako rozwodnik i ojciec dwójki dorosłych dzieci, które świetnie sobie w życiu radziły, mógł mieć nadzieje, że wreszcie zadebiutuje jako pisarz,
a potem jeszcze stworzy przynajmniej ze dwie lub trzy doskonałe powieści
kryminalne, co zapewni mu wymarzoną od czasów studiów na polonistyce
sławę, a także dodatkowe źródło dochodu. Marzył też, że jesienią
wreszcie będzie mógł chodzić na grzyby wtedy, gdy ma na to ochotę, a nie
tylko w weekendy, kiedy las jest już przeczesany i znalezienie byle
podgrzybka graniczy z cudem. W ten sposób łączyłby przyjemne z pożytecznym, wszak grzyby uwielbia zbierać od najmłodszych lat, a od
kilku, co nie mniej istotne, jego lekarz marudzi mu o aktywności
fizycznej.
"Wieszczu" znów sięgnął po długopis. Od lat posługiwał się komputerem,
lecz przyrzekł sobie, że swoją pierwszą powieść napisze odręcznie. Miał
paskudny charakter pisma, sam czasami nie potrafił siebie rozczytać, ale
chciał wzorować się na dawnych autorach -?prawdziwych pisarzach, a nie
na tych dzisiejszych wyrobnikach od siedmiu boleści, którzy wydają
kolejne pozycje z taką częstotliwością, jakby ich sam diabeł gonił.
Nie miałem okazji uczyć Kazia. Czy to sprawia,
że czuję się w tej sytuacji lepiej? Sam nie wiem. Wydaje mi się, że tak
samo źle. Przynajmniej tak fatalnie, jakby był jednym z moich
uczniów.
Sam siebie oszukiwał, że zdoła tego dnia napisać coś sensownego. Miał na
to wystarczająco dużo czasu wcześniej, ale albo szukał wykrętów, albo
coś mu wypadało, albo bazgrał jakieś wprawki... We wrześniu cieszył się
nową sytuacją i często chodził na grzyby. Podobnie jak w pierwszych
dniach października. Przewrotny los chciał, że właśnie dzisiaj, w sobotę, też poszedł. Akurat był niespotykany wysyp prawdziwków, a w zakolu płynącej przez Czemiany rzeki Wydry było takie miejsce, że koło
siebie mogło ich rosnąć nawet kilkadziesiąt. Adam chciał tam być przed
wszystkimi.
Przymknął oczy i znów wspomniał ten cholerny początek dnia.
* * *
Idzie dobrze sobie znaną ścieżką. Jest jeszcze ciemno, więc przyświeca
sobie latarką. Gdy do celu pozostaje mu jakieś dwieście metrów, może już
ją wyłączyć. Dnieje, a Mackiewicz z ekscytacją się rozgląda, wypatrując
tego, po co tu przyszedł. Na razie nic, ale to jeszcze nie jest to
miejsce. Przecina leśną drogę, prawie już nieuczęszczaną, i dziwi się,
zauważając ślady kół na trawie. Nie pamięta, kiedy ostatnio widział tu
jakiś samochód.
Wydra w tej okolicy meandruje i trzeba znać jej bieg, aby znaleźć się we
właściwym miejscu. Podłoże chwilami sprawia wrażenie podmokłego, gumiaki
lekko się zapadają z pluskiem, ale Adam dobrze wie, że to już tylko
kilkanaście metrów, a potem teren zacznie lekko się wznosić, prowadząc
wprost do grzybiarskiego eldorado. Mackiewicz znajduje pierwsze dwa
prawdziwki, potem obchodzi to miejsce coraz szerszymi okręgami, ścinając
jeszcze jednego, jak do tej pory największego. Wszystkie zdrowe jak
rydz. A potem...
* * *
Zaschło mu w gardle. Miał ochotę pójść do barku po coś mocniejszego, ale
przecież lekarz zabronił. Po chwili zastanowienia jednak podniósł się
zza biurka i nalał sobie jedną trzecią szklaneczki brandy. Uznał, że z jego sercem nie jest jeszcze aż tak kiepsko, skoro jakoś przetrwał ten
dzień. Jeszcze niedawno pił znacznie więcej (prawdę mówiąc, o wiele za
dużo), ale na szczęście z tego wyszedł. Teraz co najwyżej raz na jakiś
czas i tylko w szczególnych okolicznościach.
O świcie najpierw zobaczył coś, co początkowo wziął za kapelusz borowika
wyłaniający się spod kilku niedbale złożonych gałęzi. Gdy się schylił,
zrozumiał jednak, że patrzy na czubek ciemnobrązowego zamszowego
trzewika. Odrzucił kilka olchowych, wciąż jeszcze porośniętych zielonymi
liśćmi witek, a potem długo łapał oddech, czując, że serce wali mu tak
szybko, jak chyba jeszcze nigdy dotąd. Zanim zadzwonił na sto dwanaście,
sprawdził puls na nadgarstku i zbliżył wyświetlacz komórki do ust
leżącej na ziemi osoby. Nic. Ani śladu oznak życia.
Nie czekał długo, ponieważ od wczesnego wieczoru prowadzono
poszukiwania, tyle że w zupełnie innej części miasteczka, bliżej domu
zaginionego. Mackiewicz mieszkał na obrzeżach, więc skąd niby miał o tym
wiedzieć?
Okazało się, że Kazimierz Porabczuk także był zapalonym grzybiarzem i wymykał się do lasu popołudniami. Wszyscy myśleli, że się zgubił,
podobnie jak to miało miejsce kilkanaście dni wcześniej, więc początkowo
w poszukiwania nie zaangażowano policji. Przynajmniej nie formalnie.
Owszem, zaginionego szukało kilkunastu policjantów, ale robili to po
koleżeńsku, żeby pomóc koledze po fachu, a w dodatku swojemu
przełożonemu.
Mały Porabczuk był synem miejscowego komendanta policji, a swoje niezbyt
popularne współcześnie imię otrzymał po dziadku milicjancie.
Gdyby nie to, co go spotkało, dziesiątego października Kazik skończyłby
dwanaście lat.
Rozdział 1
Obudziłem się, gdy było jeszcze całkiem ciemno. Byłem niewyspany i miałem ochotę podrzemać jeszcze przynajmniej z godzinkę, ale rozsądek i doświadczenie podpowiadały, że nie powinienem przewracać się na drugi
bok. Poprawiłem więc poduszkę pod plecami i usadowiłem się w pozycji
półleżącej w oczekiwaniu na nadejście świtu.
W ostatnich miesiącach te sny wracały do mnie coraz częściej -?i nie
miałem pojęcia, co jest tego przyczyną. Przecież od wydarzeń z wiosny
dwa tysiące piętnastego roku oddalałem się z każdym dniem, tych dni
nakapało już tyle, że składały się na niemal cztery lata, ale...
Ale te sny.
Coraz bardziej przerażające i coraz bardziej realistyczne. Śnione w ostatnich tygodniach, zazwyczaj nad ranem, tuż przed pierwszym
przebudzeniem, a potem, gdy zasypiałem jeszcze na moment, powracające ze
zdwojoną siłą. Dławiące, koszmarne, nie do zniesienia. Czasem o świcie
budziłem się z płaczem, czasem z krzykiem.
Dochodziła szósta. Zegar na ścianie cicho odmierzał sekundy zdychającej
zimowej nocy, a ja starałem się zająć czymś myśli, aby nie myśleć o tych
cholernych wizjach.
Bezskutecznie.
Czasem śnił mi się Pieniążek. Rozmawiałem z nim o jakiejś policyjnej
sprawie, o dupereli bez znaczenia, którą przyszedł ze mną skonsultować.
Gawędziliśmy w najlepsze, a ja miałem świadomość, że on ma odstrzeloną
potylicę. Zachowywał się zupełnie normalnie, ale po prostu wiedziałem,
że przyszedł do mnie prosto z toalety, w której przed chwilą włożył
sobie do ust służbowego glocka i pociągnął za spust. Udawałem, że nic
się nie dzieje, czekając, aż zacznie umierać, ale nic z tego. Żywo
gestykulował, uśmiechał się szeroko i dziękował za pomoc. Czułem się
wtedy jak szmata, jak ostatnie ścierwo, ale on mrugał do mnie okiem,
oznajmiając, że dokładnie zna moje myśli i że przecież nic takiego
strasznego się nie stało.
Ostatnio dość często śnił mi się też Kapo. Zazwyczaj siedziałem z nim i jego nowo poślubioną małżonką w sali widzeń intymnych zakładu karnego w Kalenicy. Ona mnie nie widziała, była odwrócona tyłem, ale on tak. To
było tuż przed tym znanym na całą Polskę pocałunkiem, podczas którego
Pokoć odgryzł swojej wybrance język. Kapo patrzył na mnie z drwiącym
uśmieszkiem, ja próbowałem się ruszyć albo przynajmniej powiedzieć coś,
żeby ostrzec tę Bogu ducha winną młodą kobietę, ale mogłem jedynie
bezradnie przyglądać się całemu zajściu. On przykładał usta do jej ust,
a po kilkunastu sekundach wypluwał kawałek mięsa na środek
pomieszczenia. Spora część języka kobiety wciąż się poruszała,
przywodząc na myśl jakieś obrzydliwe zwierzę, ale najgorsze było to, że
ona w żaden sposób nie reagowała na to, co się stało. Powinna przecież
krzyczeć, wyrywać się, szarpać, jednak tego nie robiła. Zamiast tego
odwracała twarz w moją stronę, a ja ją poznawałem.
-?I jak ci się to podobało, wujku? -?pytała najstarsza córka Kamila, a fragment języka poruszał się na podłodze w rytm jej słów. -?Mam
nadzieję, że zgodzisz się zostać ojcem chrzestnym naszego dziecka...?
Chciałem coś zrobić, wyrwać Wiktorię z objęć tego obłąkańca albo chociaż
wezwać strażnika, jednak zamiast tego z moich ust wydobywały się słowa:
"Oczywiście, Wiki, to będzie dla mnie zaszczyt", a potem zaczynałem
płakać. Nie wiem, czy bardziej w wyniku narastającej we mnie furii, czy
z bezsilności. Widząc to, Wiktoria się uśmiechała, a potem zwracała
głowę w stronę Pokocia.
-?Popatrz, Kaziu, jaki jest wzruszony -?mówiła, podczas gdy jej język
ciągle wił się na posadzce. -?Nie sądziłam, że aż tak się ucieszy.
Zdarzały mi się także sny, w których główną rolę grała Ola. W jednym z nich siedziała na podłodze mojego mieszkania w Rykowie. Na ekranie
telewizora dokazywali kolorowi bohaterowie bajek, a dziewczynka, w tym
momencie może dziesięcioletnia, układała coś z rozrzuconych na dywanie
klocków. Patrzyłem na nią z uśmiechem. Tak bardzo dumny i szczęśliwy, że
Iza i Kamil zaufali mi na tyle, by zostawić pod moją opieką swoją
najmłodszą córkę. Na chwilę odwróciłem głowę w stronę ekranu, najwyżej
na pięć sekund, a gdy mój wzrok znów spoczął na córeczce mojego
przyjaciela, zauważyłem, że trzyma ona w rączce nie klocek, a coś
zupełnie innego. Zanim się zorientowałem, że jest to ogrodowy sekator,
Ola zdążyła już sobie odciąć palec wskazujący lewej dłoni. Krzyknąłem z całych sił i... obudziłem się w swoim bieszczadzkim domu, wrzeszcząc, jak
opętany.
To był właśnie jeden z tych koszmarów, które skłoniły mnie do
niepoprawiania snów tuż przed świtem. Gdy to zrobiłem, wróciłem znów w to samo miejsce, a dziewczynka kończyła właśnie mocować się z kciukiem,
który ostatecznie też odcięła. Podniosła okaleczoną, spływającą krwią
rączkę i odwróciła ją grzbietem w moją stronę.
-?Popatrz, wujku Dzisławie, widzisz? -?zapytała głosem swojej o rok
starszej siostry.
-?Widzę -?wychrypiałem.
-?To dobrze, że chociaż teraz widzisz -?oznajmiła Ola głosem Julki. -
Szkoda, że wtedy, jak trzeba było widzieć, byłeś ślepy jak pień.
Chciałem ją poprawić, że tak się nie mówi, ale w tym momencie dotarło do
mnie, co tak naprawdę chce mi przekazać.
-?Masz rację... Przepraszam. Byłem ślepy, gdy trzeba było widzieć.
-?Wujku... Chodź, potrzebuję twojej pomocy.
-?Zrobię wszystko, o co mnie poprosisz -?zadeklarowałem, a potem
wstałem, podszedłem bliżej i ukląkłem na dywanie obok dziewczynki.
-?Popatrz, mam teraz dwie różne rączki -?mówiła Ola już swoim głosem. -
Chcę mieć takie same, a ja nie dam przecież rady... Obiecałeś, że zrobisz
wszystko.
Podała mi sekator i wyciągnęła prawą dłoń w moją stronę.
I to nie był koniec snu... I właśnie ten koszmar sprawił, że postanowiłem
nigdy już nie próbować zasnąć, gdy obudzę się przed świtem.
Raz śniła mi się Iza, ale to był niewyraźny sen. Jedyne, co
zapamiętałem, to jej pełne bólu i beznadziei oczy.
Za każdym razem od chwili, gdy zaczęły mnie nękać te koszmary, bałem
się, że wreszcie przyśni mi się też Julka, ale jak dotąd nigdy się to
nie zdarzyło. I wcale nie wywoływało to u mnie uczucia ulgi. Przeciwnie.
Każdego wieczoru bałem się coraz bardziej, nie mając wątpliwości, że te
wszystkie dotychczasowe nocne okropieństwa okażą się jedynie tym, czym
jest trzask kapiszona wobec wystrzału z armaty.
Nie wiedziałem czy to zniosę, ale spać przecież trzeba.
Zresztą... -?myślałem za każdym razem, przykrywając się kołdrą przed snem
-?jeśli tego nie zniosę, to przecież nic takiego wielkiego się nie
stanie.
* * *
Kilka minut po siódmej odrzuciłem kołdrę i zacząłem się energicznie
ubierać. W nocy temperatura spadła do minus piętnastu stopni, co w mojej
nie najlepiej ocieplonej chałupce było dotkliwie odczuwalne. Zrobiłem
kilka pompek i przysiadów na rozgrzewkę, a potem nastawiłem wodę na kawę
i zbiegłem do piwnicy, żeby rozpalić w piecu. Okazało się, że żar z wieczoru pozwolił mi rozniecić ogień tylko poprzez dorzucenie
niewielkiej ilości suchej kory i drobno porąbanych smolnych trzasek. Gdy
przekonałem się, że płomień buzuje już wystarczająco żwawo, dołożyłem
jeszcze trochę grubszych bukowych kawałków i wróciłem na górę, żeby
rozgrzać się gorącym napojem.
Kiedy kawa była już gotowa, swoim porannym zwyczajem stanąłem przy oknie
wychodzącym na południe i patrzyłem na budzący się nad doliną Bystrego
świt. Mogłem założyć, że na nizinach, gdzie się wychowałem, są już
widoczne pierwsze oznaki wiosny. Poprzedniego dnia media podawały, że
poza regionami górskimi w Polsce już prawie w ogóle nie ma śniegu. Tutaj
jednak, w bieszczadzkiej dolinie oddalonej od połonin o nieco ponad
dwadzieścia kilometrów, zima wciąż trwała w najlepsze i nie zanosiło
się, aby w najbliższych dniach miała zamiar choć trochę odpuścić.
Ciesząc się smakiem kawy, spoglądałem w dal i po raz nie wiem już który
zastanawiałem się, czy wtedy, w dwa tysiące piętnastym, po tych
wszystkich wydarzeniach, które miały miejsce w Rykowie, podjąłem
właściwą decyzję.
* * *
Latem tamtego roku również często się nad tym zastanawiałem. Bywało, że
uciekałem w góry, aby poukładać sobie to wszystko w głowie, zmierzyć się
z dramatycznie trudnymi decyzjami, które -?jak mi się wydawało -
musiałem wtedy podjąć. Podczas jednego z takich wypadów w Bieszczady
natrafiłem na mój obecny dom. Nazywany przez tutejszych "domem po
Sokalskiej", niedawno opuszczony przez pochodzącego z Rzeszowa malarza,
wydał mi się miejscem idealnym do zapuszczenia nowych korzeni.
Trafiłem tutaj przypadkiem, podczas niezbyt wymagającej wycieczki
rowerowej, którą rozpocząłem w Lutowiskach. Wioska o nazwie Nowa
Żernica, do której jechałem kilka kilometrów wzdłuż Bystrego, jawiła mi
się jako miejsce wręcz bajkowe. Wyglądała na niemal całkowicie wymarłą,
a nieliczne, położone głównie na południowym stoku zabudowania, kusiły,
aby przyjrzeć się im bliżej. Do jednego z nich prowadziła stromo niezbyt
zadbana i chyba nieczęsto w niedawnej przeszłości używana dróżka, przy
której dostrzec można było białą tablicę z niezbyt starannie wykonanym
czerwonym napisem: "Dom na sprzedaż" i umieszczonym poniżej numerem
telefonu. Podprowadziłem rower stromym podjazdem i dokładnie obejrzałem
z zewnątrz dom oraz niewielką położoną nieopodal, w połowie murowaną
stodołę. Chciałem zadzwonić natychmiast, żeby zapytać o cenę, ale ze
względu na problemy z zasięgiem musiałem odłożyć to na później.
Miejsce spodobało mi się na tyle, że od razu ruszyłem z powrotem do
Lutowisk z nadzieją, że tam moja komórka przyda się do czegoś więcej niż
do robienia zdjęć. I faktycznie, już za pierwszym razem udało mi się
dodzwonić do właściciela posiadłości w Nowej Żernicy, który
zaproponował, że może dojechać i pokazać mi dom w środku nawet tego
samego dnia. Jego zapał był dość podejrzany, ale pomyślałem, że przecież
obejrzenie domu do niczego mnie nie zobowiązuje. Umówiliśmy się zatem na
popołudnie, a ja drugi raz tego dnia do Nowej Żernicy dotarłem już nie
rowerem, a swoją dość wysłużoną corollą.
Przy tablicy z ogłoszeniem o sprzedaży domu stał czarny volkswagen
beetle. Zatrzymałem się za nim i wysiadłem. Po chwili na drodze pojawił
się też mniej więcej siedemdziesięcioletni mężczyzna, który wysiadł z nowoczesnego następcy dawnego garbusa. Miał jakieś dwa metry wzrostu i siwe włosy do ramion. Pomimo upalnej pogody ubrany był w czarny skórzany
płaszcz, sięgający niemal do kostek.
-?Domyślam się, że to z panem rozmawiałem przez telefon -?odezwał się.
-?Tak, dzień dobry -?odparłem. -?Nazywam się Zdzisław Mokryna.
-?Miło mi pana poznać. -?Miał dźwięczny i niski głos. Podszedł bliżej i wyciągnął w moją stronę wielką jak bochen dłoń. -?Eugeniusz Maria
Nowakowski. Wciąż jeszcze właściciel tego tam przybytku. -?Machnął lewą
ręką w stronę domu. -?Podejdziemy obejrzeć?
-?Oczywiście, z chęcią.
Zgodnie z wcześniejszymi obserwacjami zakładałem, że facet jest ode mnie
o ponad dwadzieścia lat starszy. Do tej pory wydawało mi się, że nie
mogę narzekać na brak formy, ale kiedy szliśmy stromą drogą w kierunku
jego zabudowań, ledwie udało mi się dotrzymać mu kroku. Mało tego -?po
dotarciu do celu ja sapałem jak lokomotywa, a on nie miał nawet
przyspieszonego oddechu. Gdy otwierał kluczem drzwi wejściowe, a ja
wciąż ziajałem jak zgoniony pies, spojrzał na mnie, a w jego oczach
błysnęły wesołe ogniki. Nie skomentował jednak sytuacji nawet słowem, co
było z jego strony całkiem uprzejme.
Dom był urządzony dość skromnie, ale gustownie. W trakcie oprowadzania
mnie i pokazywania kolejnych pomieszczeń Nowakowski przyznał się, że
jest autorem kilku wiszących na ścianie obrazów. Nigdy nie byłem znawcą
sztuki, ale miałem wrażenie, że prace reprezentują wysoki poziom. Dwie z nich przedstawiały bieszczadzkie pejzaże, na jednej Eugeniusz Maria
utrwalił martwą naturę z arbuzem, którego miąższ do złudzenia
przypominał lekko zastygłą krew, a ostatnia, wisząca w sypialni,
przedstawiała kilkunastoletnią dziewczynkę z czarnymi jak noc oczyma.
Kiedy się zbliżyłem i chwilę dłużej przypatrywałem portretowi, zaczęło
mi się kręcić głowie. Oczy tej małej były jak dwie studnie chcące wessać
człowieka w mroczną otchłań.
Pomyślałem, że jeśli kupię ten dom, dziewczynka z czarnymi oczami wyleci
stąd jako pierwsza.
-?I jak, panie Zdzisławie? -?zapytał Nowakowski, gdy już obejrzeliśmy
trzy pokoje, kuchnię i łazienkę, a także piwnicę oraz strych.
-?Nie ukrywam, że pierwsze wrażenie jest pozytywne. A jak wygląda
sytuacja z budynkiem gospodarczym? Nadaje się do czegoś?
-?Jest w całkiem dobrym stanie -?odparł. -?Murowana część pełni funkcję
garażu, jest tam też mały warsztat. W tej drugiej można trzymać co tylko
się chce. Na pewno całość posłuży jeszcze przynajmniej dwadzieścia lat
bez większego remontu. Jeśli pan chce, zapraszam do obejrzenia.
Pobieżne oględziny potwierdziły słowa Nowakowskiego, a gdy wracaliśmy
już przez podwórze w stronę domu, powiedziałem:
-?Na tablicy nie było nic o cenie. Ile mniej więcej życzyłby pan sobie
za tę posiadłość?
-?Budynki leżą na działce, która liczy niemal trzydzieści arów. To
sporo, a Bieszczady są coraz bardziej popularne wśród turystów. Gdybym
jednak chciał uzyskać cenę chociażby zbliżoną do rynkowej, musiałbym
czekać nie wiadomo jak długo, a może w ogóle obszedłbym się smakiem.
-?Czyli...?
-?A jaką kwotę pan proponuje?
Tym pytaniem trochę mnie zaskoczył. To zazwyczaj sprzedający powinien
podać żądaną cenę.
Wtedy jeszcze byłem właścicielem mieszkania w Rykowie, ale było już ono
wystawione na sprzedaż. Zdawałem sobie sprawę, że sprzedając
nieruchomość przed upływem pięciu lat od zakupu, będę musiał zapłacić
dodatkowy podatek, ale mało mnie to obchodziło. Po prostu chciałem jak
najszybciej zamknąć rykowski rozdział i nigdy już do niego nie wracać.
Szacowałem, że proces sprzedaży potrwa kilka miesięcy, a na koncie
odłożone miałem nieco ponad dwieście tysięcy. Wiedziałem, że to za mało,
ale stwierdziłem, że co mi szkodzi...
-?Dwieście tysięcy -?palnąłem, przekonany, że Nowakowski zacznie się
śmiać. -?Tyle akurat mam, więc moglibyśmy załatwić sprawę piorunem.
Artysta popatrzył na mnie z góry, a ja zadarłem nieco głowę, żeby
odwzajemnić spojrzenie. Lekki uśmiech błądził w kącikach jego ust, co
wystarczało mi za najlepszy dowód, że się wygłupiłem.
-?Może dwieście dziesięć? -?zaproponował, na co uniosłem brwi.
Najchętniej usiadłbym z wrażenia, gdyby tylko było na czym. -?Jeżeli się
panu podoba to miejsce i ten dom, to nie będę na siłę windował ceny.
-?Może dwieście pięć? -?zaryzykowałem.
-?Zgoda.
-?Na wszelki wypadek się upewnię... Mówimy o złotych polskich?
-?Owszem, panie Zdzisławie. -?Tym razem nie hamował już uśmiechu. -?O złotych polskich. Rozumiem pańskie zdziwienie, ale... -?Zastanawiał się
przez moment. -?No cóż, powiem panu, że moje obrazy sprzedają się
całkiem nieźle. Na przykład niedawno jeden z nich poszedł za kwotę
nieznacznie tylko niższą od tej, o której rozmawiamy. Poza tym, jak sam
pan widzi, nie jestem już młodzieniaszkiem, zimy tutaj są dość ciężkie,
a je nie mam siły odśnieżać podjazdu. Zresztą -?rozłożył ręce w geście
bezradności -?zostało mi już niewiele czasu, a po latach samotnego
mieszkania trochę mnie ciągnie do ludzi. A w moim wieku warto mieć w pobliży lekarza i szpital. Jestem samotny, więc sam pan rozumie...
Przez moment chodziło mi po głowie, żeby z własnej inicjatywy jednak
podnieść nieco kwotę, jednak tego nie zrobiłem. Ostatecznie na biednego
nie trafiło, a poza tym Eugeniusz Maria Nowakowski był dorosły i sam
najlepiej wiedział, co robi.
Dopiero po jakimś czasie dotarły do mnie pogłoski, że Nowa Żernica jest
nawiedzona czy coś takiego, więc w sumie nie dziwota, że trudno było
sprzedać położony tam dom.
* * *
Pogrążony we wspomnieniach, nawet nie zauważyłem kiedy wystygła mi kawa.
Ponieważ miałem jeszcze pół kubka, postanowiłem podgrzać ją w rondelku.
Kiedy odzyskała odpowiednią temperaturę, wlałem do niej pół kieliszka
koniaku i upiłem solidny łyk, ponownie zajmując swoje ulubione miejsce
przy oknie.
Przy wijącej się przez wieś szosie, tuż przy niewidocznym teraz wjeździe
na dróżkę prowadzącą do mojego gospodarstwa, piętrzyła się stertka
śniegu, sugerująca, że może być uformowana na czymś podobnym do
samochodu. I faktycznie, pod nią skryta była moja stara, już niemal
całkowicie wyeksploatowana corolla, którą powinienem zamienić na nowszy
model dobrych parę lat temu.
Uśmiechnąłem się pod nosem, wspominając słowa Nowakowskiego o tym, że
nie ma już siły odśnieżać w zimie podjazdu. Wypuścił mnie jak dzieciaka.
Swojej pierwszej zimy tutaj starałem się utrzymać stromą dróżkę w jako
takim stanie. Po kilku razach, gdy natyrałem się jak dziki, a następnego
dnia i tak wszystko było zasypane po kolana, dałem spokój, skutkiem
czego od późnej jesieni do wczesnej wiosny corolla marzła przy drodze, a w murowanym i przytulnym garażu echo grało harcującym myszom.
Dom od Nowakowskiego kupiłem późnym latem dwa tysiące piętnastego roku,
a przeprowadzka zajęła mi ledwie tydzień, dzięki czemu już od pierwszego
października próbowałem się zadomowić w nowym miejscu na ziemi.
* * *
Od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku, gdy moi
rodzice zginęli w wypadku samochodowym, miałem na tym świecie tylko
jednego bliskiego krewnego -?brat mojej mamy, który na studiach się
zakochał, a potem wyemigrował za wybranką serca do niewielkiej mieściny
położonej na wschodnich rubieżach Polski. Wuj Marian uczył w tamtejszej
podstawówce fizyki, a wujenka Emilia (nie wiedzieć czemu, chciała, żeby
tak właśnie się do niej zwracać -?"wujenko", kategorycznie odrzucając
popularną "ciocię") -?matematyki.
Byłem dość mocno zżyty z wujostwem, od dzieciństwa często bywałem z rodzicami w Czemianach, czasami nawet zostawałem tam na kilka tygodni w czasie wakacji. Wujenka i wuj bardzo chcieli mieć dzieci, ale nie mogli,
ja z kolei nie miałem nic przeciw temu, by przez jakiś czas pełnić rolę
ich zastępczego syna, i dawałem się rozpieszczać na wszystkie sposoby
trochę powolnemu, ale kochanemu wujowi i żwawej, wszędobylskiej i rubasznej wujence.
W chwili, gdy zginęli moi rodzice, wydawałoby się, że nasze więzy się
zacieśnią, jednak stało się zupełnie inaczej.
Wtedy całym światem była dla mnie Beata, z którą po stracie rodziców
zbliżyłem się jeszcze bardziej, skutkiem czego brat mamy i jego żona
zeszli na dalszy plan. Kiedy w Wigilię dwa tysiące trzeciego roku Beata
nagle od mnie odeszła, było już za późno na odbudowanie relacji z wujostwem (a może tak to sobie tylko sam tłumaczyłem, czując wyrzuty
sumienia, że kilka lat wcześniej odstawiłem ich na boczny tor). Żyliśmy
więc równolegle, ograniczając się do zwyczajowych życzeń świątecznych i kontaktów w imieniny. Ja w mieście wojewódzkim, a potem w Rykowie -?oni
w swoich ukochanych Czemianach, z których przez większość życia prawie
się nie ruszali.
Mniej więcej tydzień po mojej przeprowadzce do Nowej Żernicy wujenka
Emilia zadzwoniła do mnie z informacją, że wuj Marian nie żyje. Była
roztrzęsiona, z trudem artykułowała słowa. Zdołała tylko wykrztusić, że
wujek zmarł na zawał podczas lekcji.
-?Tak bardzo kochał ten zawód i ten zawód go zabił... -?wydukała, wpadając
w spazmatyczny szloch.
-?Wujenko, szybko się spakuję i zaraz ruszam w drogę -?powiedziałem. -
Czy wujenka jest teraz w domu?
Przez chwilę się uspokajała, a potem odparła cichym głosem:
-?Nie. Jestem w szpitalu, ale pewnie zaraz mnie wypuszczą...
Poprosiłem, aby podała telefon komuś ze szpitalnego personelu. Gdy w słuchawce odezwał się głos pielęgniarki, poprosiłem ją, żeby zatrzymali
wujenkę pod swoja opieką do mojego przyjazdu.
-?Jestem jej siostrzeńcem, a ona poza mną nie ma już teraz nikogo na
świecie -?wyjaśniłem. -?Właśnie ruszam w drogę, która zajmie mi jakieś
sześć godzin. Bardzo panią proszę, żeby pani Żuk została w szpitalu do
mojego przyjazdu. Ona nie może być teraz sama.
-?Nie wypuścilibyśmy jej w takim stanie, proszę być spokojnym -
usłyszałem. -?I proszę się nie spieszyć.
W czemiańskim szpitalu byłem około osiemnastej. Wujenka spała podłączona
do kroplówki.
Ceremonia pogrzebowa odbyła się dwa dni później, a po kilkunastu dniach
wujenka doszła do siebie na tyle, że mogła już sama normalnie
funkcjonować. Wróciłem do siebie, ale utrzymywaliśmy stały kontakt.
Oboje przynajmniej na odległość dbaliśmy o własne bezpieczeństwo.
Wczesną jesienią dwa tysiące szesnastego roku odwiedziłem Czemiany i namówiłem wujenkę do zainstalowania w jej domu bardziej solidnego zamka
w drzwiach wejściowych. Wtedy była świeżo upieczoną emerytką.
-?A ty jesteś bezpieczny w tych swoich Bieszczadach, Zdzisiu? -?zapytała
tuż przed moim wyjazdem. -?Może też zainstalowałbyś sobie coś takiego?
-?Wujenko, dla mnie zagrożeniem mogą tam być co najwyżej niedźwiedzie, a im taki zamek niestraszny -?odparłem z uśmiechem. -?Poza tym nie
zapominaj, że jestem emerytowanym policjantem. Kto by się odważył
napadać na policjanta?
-?W dzisiejszych czasach nie takie rzeczy się zdarzają. -?Pokręciła z dezaprobatą głową. -?Przemyśl to jeszcze. Jak trzeba będzie, to chętnie
się dołożę.
-?Dobrze, wujenko, dziękuję -?odparłem. -?Będę o tym pamiętał.
Ale nie było takiej potrzeby, aby wujenka dokładała się do zamka. I to
nie tylko dlatego, że wciąż jeszcze miałem sporo gotówki, która została
mi po sprzedaży mieszkania w Rykowie. Półtora miesiąca wcześniej
postanowiłem poszukać sobie jakiegoś dodatkowego zajęcia i zatrudniłem
się w firmie ochroniarskiej w Ustrzykach Dolnych. Pomny doświadczeń z dwa tysiące piętnastego roku, kiedy to Janusz Przywara w odpowiednim
momencie posłużył się prywatną bronią w szczytnym celu, sam postanowiłem
pójść jego śladem i wyrobiłem sobie pozwolenie. W rykowskiej fabryce
okien można było mieć w dyżurce swój pistolet, natomiast w firmie, w której się zatrudniłem, było to zabronione. Ale przecież nie wiedziałem
czy przypadkiem kiedyś nie zmienię pracy, a broń w domu na odludziu też
potrafi być przydatna.
Zdecydowałem się na glocka. Identycznego jak ten, którego w desperacji
użył sierżant Łukasz Pieniążek. Nie myślałem dotąd poważnie o zakończeniu rejsu na własne życzenie, chociaż bywało, iż moje starsze i mniej odległe w czasie przewiny wydawały się wręcz nie do udźwignięcia,
ale jakoś dawałem radę. Jednak w razie czego wiedziałem, czyim tropem
powinienem pójść. I -?pamiętając o zdarzeniach związanych z młodym
policjantem -?miałem świadomość, kto mi wyznaczył ścieżkę i sposób
ewentualnego dotarcia do celu.
* * *
Wciąż patrzyłem przez okno na zaśnieżone wzgórze po drugiej stronie
doliny. Na nieskazitelnej, rozświetlonej wzeszłym przed chwilą słońcem
przestrzeni błyszczały miliony iskier.
Dopiłem kawę, nalałem sobie jeszcze trochę koniaku i wzniosłem kubek w stronę okna.
-?Za wiosnę. Niech prędko przyjdzie -?powiedziałem i wychyliłem do dna.
W połowie listopada zrezygnowałem z pracy, postanawiając, że
przynajmniej rok spędzę bezczynnie, ciesząc się wolnością. Miałem
zaoszczędzone pieniądze, policyjna emerytura wpływała regularnie na
konto, a moje wydatki były raczej symboliczne. W obliczu kłębiących się
w mojej głowie myśli związanych z Rykowem nie dałbym jednak rady nie
pracować. Teraz, nie licząc dręczących mnie nocami koszmarów, to
wszystko się wyciszyło, więc uznałem, że warto spróbować, a w razie
czego do pracy zawsze przecież można wrócić.
Podszedłem do kalendarza ściennego i przesunąłem czerwone okienko na
dzisiejszą datę. Szósty lutego, imieniny Amandy i Doroty. Coś dźgnęło
mnie w sercu i dopiero po chwili zrozumiałem, o co chodzi.
Przez kilka pierwszych tygodni po poznaniu Darii, nie wiedzieć czemu,
ciągle myliłem jej imię. Nawet gdy już byliśmy razem, parę razy
niechcący nazwałem ją Dorotą, na co teatralnie się obruszała i udawała
zazdrosną.
-?Nie mogę cię spuszczać z oka, skarbie -?mówiła. -?Jeszcze tylko tego
brakowało, żeby mi cię jakaś sprzątnęła spod nosa. A może już to się
stało? Przyznaj się, co to za Dorota? Znam ją?
Gapiąc się w kalendarz, złapałem się na tym, że zupełnie nieświadomie
się uśmiecham.
-?Jednak Ryków wciąż we mnie siedzi -?westchnąłem, a potem ubrałem się i wyszedłem z domu.
Śniegu napadało tyle, że musiałem brnąć w zaspach sięgających mi niemal
do kolan. Skierowałem się do budynku gospodarczego, żeby wziąć trochę
drewna, ale w połowie drogi usłyszałem czyjeś wołanie:
-?Panie Mokryna!
Przystanąłem i odwróciłem się w stronę zasypanego wjazdu na podwórze.
Mozolnie torując sobie drogę, do moich zabudowań zbliżał się mieszkający
nieopodal sąsiad, Roman Zaradko.
-?Panie Mokryna, dzień dobry! -?Przystanął i wsparł dłonie na kolanach,
ciężko dysząc. -?Cholera, siedemdziesiątka na karku, ciężko iść... -
wysapał. Para buchała z jego ust niczym z komina starej lokomotywy
-?Dzień dobry, panie Romanie. -?Ruszyłem w jego stronę. -?Proszę chwilę
odpocząć, potem zapraszam na gorącą kawę albo herbatę.
Pokręcił głową; niezawiązane nauszniki ze sznurkami majtały na boki,
przywodząc na myśl basseta lub jamnika.
-?Ja tylko na chwilę. Z poczty dzwonili, pan nie ma stacjonarnego, a oni
tam nie znają...
-?A co się stało? Listonosz nie może dotrzeć? Jakaś przesyłka?
-?Nie... -?Nauszniki znów poszły w ruch. -?Jakaś pilna sprawa. Jest pan
proszony o telefon do... -?Wyprostował się i spojrzał mi w oczy, jakby w oczekiwaniu na podpowiedź. -?Cholera, zapomniałem. Ale na kartce
zapisane mam. -?Sięgnął do zewnętrznej kieszeni kurtki moro i wyjął z niej pognieciony karteluszek. Odsunął go na długość ręki, mrużąc oczy. -
Okularów nie mam, to i dobrze nie widzę...
-?Może ja przeczytam -?zaproponowałem i ruszyłem w jego stronę.
-?Nie, nie trzeba już z grubsza wiem. Mickiewicz, Mackiewicz,
Meckiewicz...? -?Zaradko popatrzył na mnie bezradnie. -?Wie pan, o kogo
chodzi?
-?Nie bardzo...
-?Dzwonił na pocztę i kazał przekazać, żeby się pan z nim skontaktował.
Mówił, że pilne. Bo on do pana numeru nie ma.
Dobrnąłem wreszcie do mojego gościa i uścisnęliśmy sobie ręce.
-?Mogę zobaczyć? -?zapytałem.
-?Proszę. -?Sąsiad podał mi kartkę. -?Ja będę uciekał, bo nic więcej nie
wiem.
-?Na pewno pan nie wejdzie?
-?Nie, dziękuję. Roboty przy domu dużo. Do widzenia panu.
-?A imienia nie podał? Ten, kto dzwonił? -?zapytałem.
-?Tylko nazwisko mi z poczty przekazała Szadkowska. I tylko mówiła, że
pilne. Raz jeszcze do widzenia.
-?Do widzenia. Dziękuję panu bardzo za fatygę.
Jeszcze przez dłuższą chwilę stałem, patrząc to na oddalającego się
sąsiada, to na pogniecioną kartkę, na której ołówkiem było napisane
nazwisko -?Mackiewicz. Przeczesywałem wspomnienia z nadzieją, że coś mi
zaświta, ale w głowie miałem zupełną pustkę. Wreszcie zrobiło mi się
zimno, więc dla rozgrzewki zrobiłem kilka kursów z drewnem, wciąż myśląc
o tym tajemniczym nazwisku.
Może to ktoś ze starej pracy, zastanawiałem się. W Rykowie chyba nikogo
takiego nie miałem okazji poznać...
Gdy uznałem, że na kilka dni drewna mi już wystarczy, rozebrałem się,
zrobiłem herbatę i usiadłem przy stole. Nagle olśniła mnie myśl -?skoro
ten cały Mackiewicz uznał, iż samo nazwisko powinno mi wystarczyć, to
może zakładał, że mam na niego jakieś namiary. Na przykład numer
telefonu.
Sięgnąłem po komórkę i bez przekonania wszedłem w listę kontaktów.
Mackiewicz Adam znajdował się bezpośrednio nad numerem telefonu Majki
Mariana. Przez chwilę zatrzymałem wzrok na nazwisku znanego mi z Rykowa
policjanta i dopiero wtedy skojarzyłem, że stary dobry poczciwy Mamaj ma
na imię tak samo jak mój nieżyjący wujek. I w tej samej chwili, jak
flesz błyskawicy, spadło na mnie olśnienie.
-?Adam Mackiewicz... -?szepnąłem.
Wszyscy mówili o nim "Wieszczu". Nawet wujek w rozmowie z wujenką nie
wyrażał się o swoim mieszkającym nieopodal przyjacielu poloniście
inaczej. Pamięć podsunęła mi ostatni wyjazd z Czemian, a lodowate palce
strachu zaczęły się zaciskać na mojej szyi. W jednej chwili wszystko
wróciło. Wujenka Emilia, ściskająca mnie na pożegnanie i jej pytanie czy
może na wszelki wypadek podać panu Mackiewiczowi mój numer telefonu.
Zgodziłem się, a ona podyktowała mi numer jego komórki.
-?Wiesz, Zdzisiu -?mówiła wtedy. -?Nigdy nic nie wiadomo. Mam już swoje
lata i gdyby mi się coś stało...
-?Ależ wujenko, co też wujenka... -?zacząłem protestować.
-?Na wszelki wypadek, Zdzisiu -?przerwała mi. -?Jedź już, bo droga do
tych twoich Bieszczadów daleka.
Teraz, siedząc przy stole w swoim domu, obawiałem się, że znów czeka
mnie wyjazd, i to w równie smutnych okolicznościach jak te z października dwa tysiące piętnastego.
Panikarz z ciebie, pomyślałem. Może po prostu źle się poczuła i trafiła
do szpitala...
Najpierw spróbowałem skontaktować się bezpośrednio z wujenką.
Stacjonarny telefon milczał. Pod numerem komórkowym od razu zgłosiła się
poczta głosowa. Wyglądało na to, że nie mam wyjścia. Po chwili ociągania
raz jeszcze wyszukałem numer Mackiewicza, a następnie puknąłem w zieloną
słuchawkę na wyświetlaczu.
-?Mackiewicz, słucham. -?Nieznajomy mężczyzna zgłosił się tak szybko,
jakby z komórką w dłoni czekał na mój telefon.
-?Dzień dobry, mówi Zdzisław Mokryna. Przekazano mi, że...
-?Dzień dobry panu -?wszedł mi w słowo. -?Przepraszam, zapodziałem
gdzieś pański numer, a adres znalazłem u pańskiej cioci na lodówce, więc
pozwoliłem sobie...
-?Chwileczkę -?tym razem ja mu przerwałem. -?U mojej cioci na lodówce?
Dlaczego szukał pan czegoś w domu mojej cioci?
-?O mój Boże -?westchnął ciężko. -?Nigdy tego nie robiłem... Nigdy nie
przekazywałem takich wiadomości...
Poczułem pulsowanie w skroniach i szum w uszach, w który się
wsłuchiwałem, czekając na to, co ma do powiedzenia mój rozmówca.
Upłynęło może pół minuty, a on ciągle milczał.
-?Panie Mackiewicz, jest pan tam? -?zapytałem wreszcie. -?Czy z moją
ciocią coś się stało?
-?To pan zajmował się przygotowywaniem pogrzebu Mariana, prawda? -
zapytał.
-?Tak. A dlaczego pan pyta?
-?To dobrze. Będzie pan zatem wiedział, jak się zabrać za przygotowanie
kolejnego. -?"Wieszczu" zachichotał nerwowo i zaraz potem się rozłączył.
Rozdział 2
Wydawało mi się, że w mojej bieszczadzkiej samotni będę mógł z powodzeniem unikać stresujących sytuacji -?i przez większość czasu
faktycznie tak było. Nie licząc powracających myśli o Rykowie, wesela,
śmierci i pogrzebu wuja, a także nielicznych spięć z szefem oraz troski
o samotną wujenkę, niewiele było rzeczy, które mogły mnie wyprowadzić z równowagi. I oto nagle, ni stąd ni zowąd, ten niespodziewany telefon.
Natychmiast spróbowałem oddzwonić, ale Mackiewicz już się nie zgłaszał.
Położyłem komórkę na stole i podszedłem do okna. Od południa nadciągały
ciężkie, ołowiane chmury, właśnie w tym momencie przykryły poranne
słońce. Nie było trudno skojarzyć to z moim położeniem. Po pełnej
koszmarów nocy cieszyłem się na pogodny dzień i pozytywne nastawienie,
aż tu nagle coś ponurego zawisło nad moją głową.
Nie umiałem zebrać myśli. Próbowałem rozgryźć czy lekkie oszołomienie
jest spowodowane wiadomością o śmierci wujenki, czy może tym, że w mojej
krwi krążą jeszcze resztki spożytego rano alkoholu, ale nie doszedłem do
jednoznacznych wniosków. W sumie było mi to obojętne. Jedno było pewne:
musiałem zacząć się pakować.
Kiedy w łazience wrzucałem kosmetyki do bocznej kieszeni torby, raz
jeszcze próbowałem przypomnieć sobie rozmowę z Mackiewiczem, bo coś nie
dawało mi spokoju. Jak on to powiedział? Że czeka mnie kolejny pogrzeb?
Że będę musiał przygotować kolejny pogrzeb?
-?Cholera jasna -?powiedziałem, prostując się tak, jakby ktoś dźgnął
mnie w bok rozżarzonym prętem. -?Przecież nie wspomniał ani słowem, że
wujenka nie żyje!
W tym momencie ponownie rozbrzmiał mi w głowie nerwowy, może nawet
obłąkańczy, chichot Mackiewicza i oczyma wyobraźni zobaczyłem wujenkę,
która bez jakichkolwiek podejrzeń otwiera drzwi swojemu sąsiadowi.
Włączyłem komputer i jak na szpilkach czekałem na połączenie z internetem. W mojej bieszczadzkiej głuszy było to możliwe dzięki
umieszczonej w porcie USB kostce i chociaż prędkość transferu danych
pozostawiała wiele do życzenia, umożliwiała jako takie przeglądanie
witryn.
Najpierw znalazłem stronę "Głosu Czemian" i sprawdziłem najnowsze
wiadomości. Nie było tam nic, co mogłoby mnie zaniepokoić, więc
najbardziej prawdopodobne było, że śmierć wujenki nastąpiła w sposób
naturalny, ale głos z tyłu głowy podsuwał mi inne rozwiązanie: Może
jeszcze nie zdążyli zamieścić newsa?
Tak czy inaczej czekała mnie długa podróż, ale dla spokoju sumienia
znalazłem jeszcze numer telefonu czemiańskiej komendy policji. Ponownie
wziąłem do ręki komórkę. Już rano widziałem, że poziom baterii jest
niski. Po rozmowie i kolejnych próbach dodzwonienia się do Mackiewicza
telefon padł, gdy tylko usłyszałem sygnał połączenia.
-?Jeszcze to -?warknąłem, po czym podłączyłem swojego leciwego LG do
ładowarki. Miałem kilka minut, zanim komórka zaskoczy, na przygotowanie
się na rozmowę z policją w Czemianach. Co zrobię, jeśli się okaże, że
nic nie wiedzą o śmierci wujenki? Powiedzieć im, że może ona być w niebezpieczeństwie i ryzykować, że wyjdę na głupka? Ostatecznie uznałem,
że powiem, że jestem emerytowanym policjantem -?może to skłoni ich, by
pchnąć na ulicę Leśną jakiś patrol. Sprawdzą, czy wszystko w porządku, i ewentualnie poinformują przełożonych o dziwacznym zachowaniu sąsiada.
Nie miałem pojęcia, czy tamtejsza policja zgodzi się na coś takiego, ale
już kilka minut później miało się okazać, że w ogóle nie ma tematu.
-?Komenda Powiatowa Policji w Czemianach, starszy posterunkowy
Kowalówka, słucham -?usłyszałem głos po drugiej stronie, gdy udało mi
się nawiązać połączenie.
-?Dzień dobry, nazywam się Zdzisław Mokryna. Dzwonię z województwa
podkarpackiego. Mam uzasadnione obawy, że moja krewna jest w niebezpieczeństwie.
-?Jak nazwisko?
-?Zdzisław Mokryna. Podinspektor policji w stanie spoczynku.
Przez kilkanaście sekund słyszałem tylko oddech starszego posterunkowego
Kowalówki.
-?Chodziło mi o nazwisko pańskiej krewnej -?powiedział po chwili. Nie
zakończył słowami "panie inspektorze", bo przecież nie miał pewności,
czy ktoś nie robi sobie żartów. Punkt dla niego.
-?Chodzi o moją ciotkę. Nazywa się Emilia Żuk, mieszka na ulicy Leśnej
pięćdziesiąt dwa, właśnie niedawno...
-?Chwileczkę, przełączę pana.
Przez pół minuty słuchałem irytującej melodyjki, zanim odezwał się inny
głos:
-?Podkomisarz Iwanek, proszę.
Powtórzyłem mu to samo co wcześniej Kowalówce. Kiedy skończyłem,
powiedział:
-?Od rana staramy się znaleźć do pana kontakt. O ile oczywiście jest pan
osobą, za którą się podaje. Może mi pan powiedzieć, skąd pan wie, że
pani Żuk może być w niebezpieczeństwie? -?W jego głosie usłyszałem nutę
podejrzliwości.
-?Dzwonił do mnie jej sąsiad, niejaki Adam Mackiewicz. Z jego słów
wywnioskowałem, że zdarzyło się lub dzieje coś niepokojącego.
-?Mackiewicz miał pański numer? -?Znów podejrzliwość, ale tym razem z nutą zaskoczenia.
-?Tak... to znaczy właściwie nie... -?zacząłem się plątać w zeznaniach. -?To
znaczy kiedyś miał, ale zgubił i teraz przez pocztę skontaktował się z...
-?Panie Mokryna -?przerwał mi zniecierpliwiony Iwanek -?miał czy nie
miał?
-?Miał, ale rzekomo zgubił. A dzisiaj zadzwonił na pobliską pocztę,
poczta skontaktowała się z moim sąsiadem, on z kolei przekazał mi, że
mam zadzwonić do Mackiewicza.
-?Bardzo to wszystko zawiłe.
-?A może wreszcie dowiedziałbym się czegoś o mojej ciotce, o którą się
niepokoję? Po to dzwonię, a pan mnie wypytuje o jakieś bzdury. -
Zaczynałem się irytować.
-?Ponieważ nie mam pewności, z kim rozmawiam, mogę panu powiedzieć tylko
to, co wszyscy tu już wiedzą. Pani Żuk została dziś rano znaleziona
martwa w swoim domu.
Chociaż od rozmowy z Mackiewiczem brałem pod uwagę ewentualność, że
wujenka nie żyje, to jednak ta informacja podana tak wprost i beznamiętnie sprawiła, że przez chwilę nie mogłem złapać tchu.
-?Jeśli faktycznie jest pan tym, za kogo się podaje, zapraszam pana do
siebie -?dodał tym samym suchym tonem Iwanek. -?Pokój sto dwanaście
pierwsze piętro.
-?Ale... ale jak to się stało? -?wybąkałem. -?Zmarła śmiercią naturalną?
-?Nic więcej nie mogę panu powiedzieć przez telefon -?odparł policjant.
-?Muszę potwierdzić tożsamość. I przy okazji zadać kilka pytań. Dziś
jestem do szesnastej, zapraszam.
Pyszałkowaty ton gliniarza zaczynał mnie doprowadzać do szewskiej pasji.
-?Ciekawe jak długo byście mnie szukali, gdyby nie "Wieszczu" -
rzuciłem. -?Wygląda na to, że nawet pan nie wie, w jakim regionie świata
można mnie znaleźć.
-?Spokojnie. Wszystko mamy pod kontrolą.
-?Macie to wy niezły burdel! -?warknąłem, zanim się rozłączyłem.
* * *
Kontynuując pakowanie, wściekałem się na siebie za to, w jaki sposób
zakończyłem rozmowę z Iwankiem. Tak naprawdę nie miałem racji -?skoro
minęło ledwie kilka godzin od znalezienia zwłok wujenki, trudno było się
spodziewać, że ktoś do mnie dotrze. No ale oczywiście musiał się we mnie
odezwać dawny "Mokry" z Biura Spraw Wewnętrznych, który niemal odruchowo
traktował funkcjonariuszy z podejrzliwością i bezlitośnie wytykał im
błędy. Ciekawe, czy któryś z policjantów, z którymi rozmawiałem,
zapamiętał moje nazwisko i teraz robi rozeznanie na temat tego, co to za
nadęty emerytowany bufon stawiał się przez telefon. Tak czy inaczej,
czułem, że nie będę miał łatwo na tej komendzie -?nawet jeśli nie
przyjdzie im do głowy mnie sprawdzić. Żaden policjant nie lubi nadętych
bufonów, niezależnie od tego czy są byłymi oficerami BSW, psami w stanie
spoczynku czy też cywilami.
Domyślałem się, że wujenka raczej nie zeszła we śnie z przyczyn
naturalnych. Dlaczego sposób zachowania policjantów o tym świadczył? Nie
byłem do końca pewien, ale czułem to moim psim nosem, który pomimo
upływu lat od odwieszenia munduru na kołek wciąż pozostawał całkiem
sprawny. Może chodziło o to, że Iwanek chciał mnie widzieć u siebie,
może o coś zupełnie innego, ale ta sprawa śmierdziała zabójstwem.
* * *
Przez te wszystkie wakacyjne przyjazdy do Czemian za dzieciaka poznałem
sporo tambylców, z którymi włóczyliśmy wieczorami, kradnąc jabłka po
sadach, jeździliśmy na rowerach jak wariaci, spotykaliśmy się na
ogniskach albo na dyskotekach organizowanych w położonym nieopodal ulicy
Leśnej klubie osiedlowym. Gdybym chciał, mógłbym zadzwonić do jednego z takich dawnych znajomych. Z Piotrkiem Lasotą tworzyliśmy zgrany duet,
można by nawet powiedzieć, że łączyło nas coś w rodzaju wakacyjnej
przyjaźni. Może nie tylko wakacyjnej?
Mieszkał na początku ulicy, tej samej, przy której stał dom mojego
wujostwa, a posesja jego rodziców graniczyła też z ulicą Piłsudskiego -
jedną z czterech głównych arterii (o ile można tak określić ulice w niewielkim mieście powiatowym) Czemian. Ojciec Piotrka był mechanikiem
samochodowym, a lokalizacja ich działki była wręcz idealna na otwarcie
warsztatu po zakończeniu przemian ustrojowych przełomu lat
osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Mój kumpel
poszedł w ślady ojca, a po śmierci założyciela firmy sam stał się jej
właścicielem.
Nasze kontakty siłą rzeczy się rozluźniły, wiedziałem tylko od wujenki,
że chyba w dwa tysiące dwunastym roku podczas porodu zmarła żona Piotrka
i został sam z dwiema córkami. Jedną nowo narodzoną i drugą wtedy
kilkuletnią. Nie miałem pojęcia, czy związał się potem z inną kobietą,
ale jakoś głupio byłoby mi wpaść do niego jak gdyby nigdy nic.
Wiedziałem tylko, że jego warsztat funkcjonował całkiem przyzwoicie, bo
zawsze stała przed nim kolejka czekających na naprawę aut. Wystarczyło
po prostu wpisać w necie "mechanik samochodowy lasota czemiany" i numer
telefonu miałbym od razu. Ale co by to zmieniło, że poznałbym plotki na
temat śmierci wujenki? Tylko niepotrzebnie zawracałbym głowę staremu
przyjacielowi.
Pakowałem się w pośpiechu, chcąc jak najszybciej ruszyć w drogę. W pewnym momencie w domu zrobiło się tak ciemno, że musiałem zapalić
światło. Wyjrzałem przez okno -?nad Nową Żernicę nadciągnęła solidna
zamieć.
-?Jak tak dalej pójdzie, z wyjazdu dzisiaj będą nici -?powiedziałem do
siebie.
A potem pomyślałem, że może to i lepiej. Rano wypiłem trochę koniaku i chociaż pewnie wszystko już wyparowało, jako były gliniarz miałem
awersję do siadania za kółkiem po alkoholu. Wolałem mieć stuprocentową
pewność, że ewentualne badanie alkomatem nic nie wykaże. Fakt, że
mieszkałem na odludziu, jeszcze tę ostrożność potęgował. Do Nowej
Żernicy nie dojeżdżał żaden autobus, a najbliższy sklep był w Lutowiskach. Gdybym stracił prawko, byłbym w czarnej dupie.
Nieszczęście w szczęściu było takie, że śnieg sypał aż do późnych godzin
popołudniowych, rozwiewając wszelkie złudzenia, że uda mi się wyjechać
jeszcze tego dnia.
Rozdział 3
Zerwałem się z łóżka o świcie, ze zdziwieniem odnotowując fakt, że w nocy nie dręczyły mnie żadne szczególnie drastyczne koszmary. Śniło mi
się jedynie, że byłem dzieckiem, były wakacje, a wujenka Emilia woła
mnie na podwieczorek. Przybiegam zziajany, a na stole czekał już na mnie
talerz z kawałkiem posmarowanego masłem drożdżowego ciasta i szklanka
zimnego mleka. Nie miałem ochoty ani na ciasto, ani na mleko, ale
starałem się zjeść i wypić wszystko, żeby nie sprawiać przykrości
wujence. Ciasto rosło mi w ustach, próbowałem temu zaradzić, popijając
je mlekiem, ale zimny płyn zmienił puszystą babkę w obrzydliwy, cuchnący
szlamem żwir. Próbowałem go pogryźć i wtedy wypadło mi kilka zębów.
Sen nie należał do przyjemnych, ale w porównaniu do koszmarów związanych
z Rykowem była to -?nomem omen -?bułka z masłem. Mógłbym się
zaniepokoić, bo słyszałem kiedyś, że sen o wypadających zębach zwiastuje
śmierć w bliskiej rodzinie, ale przecież ja nie miałem już bliskiej
rodziny.
Spakowana torba czekała w przedpokoju, najpierw jednak należało zająć
się toyotą. Wytaskałem na zewnątrz naładowany akumulator i zaniosłem go
do samochodu. Prowadząca przez wieś droga była przetarta przez pług i posypana piachem z solą, więc o dojazd do bardziej uczęszczanej szosy
byłem spokojny. Przez dobrych kilkanaście minut odśnieżałem auto,
następnie zamontowałem akumulator i przekręciłem kluczyk w stacyjce.
Wysokoprężny silnik zaskoczył za pierwszym razem, co mnie zaskoczyło.
Nie zdarza się to często w przypadku starych diesli, które przez dwa
tygodnie stoją na siarczystym mrozie. Pomyślałem, że moja wysłużona
corolla czuje nasze wiszące w powietrzu rozstanie i stara się udowodnić,
że na razie jeszcze nie muszę zamieniać jej na nowszy model.
Zostawiłem pracujący silnik i poszedłem do domu po bagaż. Z torbą na
ramieniu zamknąłem drzwi wejściowe i wtedy zacząłem się zastanawiać, czy
przypadkiem nie powinienem zabrać ze sobą broni. Nie dlatego, że czegoś
się obawiałem w Czemianach, ale gdyby jacyś poszukiwacze przygód pod
moją nieobecność włamali się do niezbyt solidnie zabezpieczonego domu,
mogłoby się wydarzyć nieszczęście. Pistolet pozostawał trzymałem w sejfie, ale czy to wystarczyło?
Stałem niezdecydowany przez dłuższą chwilę, gdy przypomniałem sobie o włączonym silniku. Gdyby jakiś żartowniś postanowił skorzystać z gotowego do drogi auta, byłbym w nie lada kłopocie. Szybko wróciłem,
wyjąłem z sejfu pistolet wraz z zestawem naboi i wsunąłem do torby
pomiędzy ubrania, mrucząc pod nosem, że strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Do przejechania miałem ponad pięćset kilometrów, co, jak zakładałem,
powinno mi zająć około sześciu godzin. Ponieważ w pierwszej kolejności
zamierzałem się udać do domu przy Leśnej pięćdziesiąt dwa, istniało
prawdopodobieństwo, że również i tego dnia podkomisarz Iwanek się mnie
nie doczeka.
Wzruszyłem obojętnie ramionami, a potem włączyłem radio. Ponieważ jazgot
natychmiast zaczął mi przeszkadzać, zmieniłem decyzję i postanowiłem
pokonać drogę w ciszy.
* * *
Nie upłynęła nawet godzina jazdy, gdy krajobraz zaczął się zmieniać z zimowego na przedwiosenny. Śniegu przy drodze było coraz mniej, aż w końcu całkiem zniknął. Na coraz to bardziej płaskich polach dominowały
błotniste szarości i czernie, gdzieniegdzie poprzetykane zielenią
ozimin. Stada wygłodzonych saren wychodziły z lasów, żeby poszukać
czegoś do jedzenia. Gawrony smętnie obsiadały korony bezlistnych drzew,
doskonale korespondujące z moim minorowym nastrojem. Sam się sobie
dziwiłem, że czuję się tak podle, a przecież było jasne, że to dopiero
początek niełatwej przeprawy.
Około dziesiątej zatrzymałem się żeby zatankować, a parę minut po
trzynastej uznałem, że należałoby coś zjeść. Nie byłem głodny, lecz
podpowiadał mi to zdrowy rozsądek, więc zjechałem na parking przy
pierwszym lepszym przydrożnym barze. Zamówiłem dwa krokiety z czerwonym
barszczem, upewniając się uprzednio, że na posiłek nie będę musiał
czekać dłużej niż pięć minut.
Krokiety były smaczne, a barszcz gorący, doprawiony i pikantny, czyli
dokładnie taki, jak lubię. Zostawiłem w lokalu napiwek niemal równy
cenie zamówienia, a wychodząc, starałem się zapamiętać to miejsce, aby
jeszcze kiedyś, może w drodze powrotnej, skorzystać z serwowanej tu
smacznej i całkiem niedrogiej kuchni.
Posiłek trochę poprawił mi humor, lecz gdy wróciłem do samochodu, dobry
nastrój zniknął równie szybko jak się pojawił. Już wcześniej, podczas
napełniania baku, poczułem przy aucie dość intensywny zapach oleju
napędowego, jednak wtedy sądziłem, że najwidoczniej rzez moją nieuwagę
trochę paliwa wyciekło z pistoletu. Gdy teraz, po trzech godzinach
jazdy, zapach nie tylko się nie ulotnił, ale stał się bardziej wyraźny,
było jasne, że coś jest nie tak.
Gdy tylko ukląkłem na kostce brukowej, zauważyłem niewielką plamę pod
bakiem. Dotknąłem jej palcem i powąchałem, krzywiąc się od zapachu ropy.
-?Jasna cholera -?mruknąłem, wstając z kolan.
Rozejrzałem się wokół, jakbym liczył, że spod ziemi tuż obok wyrośnie
warsztat samochodowy. Warsztatu nie było, ale w oczy rzucił mi się
korpulentny mężczyzna, który właśnie wyszedł z baru i krokiem marynarza
zmierzał w stronę wielkiej ciężarówki MAN.
-?Przepraszam pana! -?krzyknąłem. -?Czy mógłbym o coś zapytać?
Przystanął i odwrócił się do mnie.
-?O co chodzi?
Podszedłem bliżej i wyciągnąłem rękę na powitanie. Uścisnął ją nieufnie.
-?Mam problem z samochodem, a nie bardzo się na tym znam. Pan jest chyba
zawodowcem, czy mógłbym się poradzić w jednej kwestii?
-?O co chodzi? -?powtórzył.
-?Mam pod samochodem kałużę paliwa i nie wiem, co robić. Wzywać pomoc
drogową?
-?Diesel czy benzyna?
-?Diesel.
Facet ruszył w stronę mojej corolli, a ja pomaszerowałem za nim. Teraz
to on ukląkł i zajrzał pod podwozie.
-?Jest wyciek z baku -?zawyrokował. -?Długo żeś pan tutaj stał?
-?Jakieś pół godziny.
-?Dużo nie nakapało. Tak na oko trudno powiedzieć, czy to jakaś
nieszczelność, czy może kołnierz przerdzewiał... W warsztacie szybko to
rozkminią.
-?Ale czy mogę z tym jeszcze trochę jechać? Boję się, że wylecę w powietrze, więc wolę dmuchać na zimne.
-?Przy dieslu to raczej mało prawdopodobne. Niby, Bogiem a prawdą,
najlepiej takie rzeczy od razu ogarniać, ręki nie dam uciąć, ale myślę,
że wyciek nie jest aż taki straszny. Z zapałkami pan nie podchodź na
wszelki wypadek, ale ropa to nie benzyna.
Podziękowałem mu za poradę, a jak zapytałem, czy coś się należy, machnął
ręką, mówiąc:
-?Daj pan spokój. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby ludzie za frajer
pieniądze od innych brali.
Podziękowałem raz jeszcze, zanim wsiadł do tira, powoli wytoczył się na
drogę i ruszył w stronę, z której przyjechałem. Sam też wsiadłem za
kierownicę i z drżącym sercem przekręciłem kluczyk w stacyjce. Silnik
odpalił, do eksplozji nie doszło, więc nie pozostało mi nic innego, jak
kontynuować podróż z nadzieją, że kierowca ciężarówki się nie mylił.
* * *
Przed domem wujostwa zaparkowałem za kwadrans szesnasta. Przy ulicy
stały dwa radiowozy, a dostępu do furtki broniła niebiesko-biała taśma z napisem "Policja".
Drzwi do domu były otwarte, więc nawet nie musiałem używać swojego
klucza, który kiedyś wujenka dała mi "na wszelki wypadek".
-?Co pan tu robi? Proszę wyjść! -?usłyszałem, gdy tylko uchyliłem
skrzydło. -?Nie widział pan taśmy zabezpieczającej przed furtką?
Jakiś facet stał w przejściu pomiędzy kuchnią i salonem. Miał aparat
fotograficzny i bardzo groźną minę.
-?Widziałem -?powiedziałem zgodnie z prawdą. -?Jestem z rodziny.
W powietrzu czuć było delikatną, lekko mdlącą woń rozkładu przemieszaną
z zapachem dymu papierosowego.
-?A nie słyszał pan, że rodzina też może zadeptywać ślady? -?zapytał ten
z aparatem.
-?Nie zadeptuję ich bardziej niż wy. A odciski z klamek i drzwi na pewno
już zdjęliście.
W tym momencie z salonu wyszedł nieduży facet koło sześćdziesiątki z kępkami siwych włosów sterczącymi nad uszami. Na dłoniach miał lateksowe
rękawiczki.
-?To pan jest tym cwaniakiem, który pracował kiedyś w BSW? -?zapytał bez
ogródek, po czym, nie czekając na moją odpowiedź, dodał: -?Komisarz
Iwanek czeka na pana na komendzie i coraz bardziej się niecierpliwi. Jak
pan weźmie zadek w troki, to jeszcze pan zdąży go złapać.
-?Może trochę grzeczniej? -?zaproponowałem. -?Pan jest prokuratorem
prowadzącym śledztwo? Chciałem się dowiedzieć, co stało się z moją
ciotką.
-?To jeszcze pan nie wie? -?Jego brwi powędrowały ze zdziwienia niemal
na czubek łysiny. -?Myślałem, że ci z BSW wiedzą wszystko.
-?Nie jestem już w BSW. To pan prowadzi śledztwo? -?powtórzyłem.
-?Myślę, że takich zdolności -?nakreślił w powietrzu palcami znak
cudzysłowu -nie zatraca się nigdy. Pani prokurator nas przysłała,
żebyśmy uzupełnili kilka rzeczy, sama już zrobiła, co trzeba. A teraz
proszę stąd wyjść, bo utrudnia pan czynności służbowe, to może
kosztować.
Stałem w miejscu jeszcze przez moment, mierząc łysego wzrokiem.
-?Może byście chociaż tutaj, kurwa, nie palili -?powiedziałem
najspokojniej, jak umiałem. -?Nikt nigdy w tym domu nie palił, więc to
uszanujcie, bo nie jesteście w swoim chlewie.
Ten z aparatem spojrzał na łysego, który zaczerwienił się lekko, ale nie
odezwał się ani słowem, zaraz potem znikając w salonie.
-?Proszę pojechać na komendę -?pojednawczym tonem odezwał się fotograf.
-?Komisarz ma do pana kilka pytań.
* * *
Miałem gdzieś komisarza i jego pytania.
Trzeba było zrobić coś z tym cieknącym bakiem, bo zapach ropy czuć było
na odległość, ale jeszcze ważniejsze było dla mnie to, aby wreszcie
dowiedzieć się czegoś o śmierci wujenki. Wiedziałem, gdzie powinienem
się w tym celu skierować.
Była czwarta po południu, więc Mackiewicz powinien już wrócić ze szkoły,
pomyślałem. Zaraz potem przypomniałem sobie, że gdy ostatnio byłem w Czemianach, wujenka poinformowała mnie, że zdecydował się przejść na
emeryturę. Nie mogłem sobie tylko przypomnieć, czy zrobił to już w poprzednim roku, czy też dopiero zamierzał rzucić szkołę w bieżącym.
-?Gdyby twój wujek dał się namówić i zrobił to samo, pewnie wciąż by żył
-?utyskiwała wtedy wujenka, a ja słuchałem tego jednym uchem, wiedząc,
że równie dobrze mógłby stracić równowagę, idąc z wnioskiem emerytalnym
do sekretariatu, spaść ze schodów i skręcić sobie kark. Wpadanie w pułapki potencjalnych scenariuszy (określane przez niektórych mianem
pułpotsów)jest bardzo kuszące, lecz nie ma większego sensu. Ta myśl
towarzyszyła mi przez kilka lat od wydarzeń, które miały miejsce w Rykowie, i czasem przynosiła pewną ulgę. Wiele rzeczy poszło wtedy nie
tak, ale kto wie? -?może gdyby ktoś zachował się inaczej, poszłyby
jeszcze gorzej?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki