Ze śmiercią im (nie) do twarzy - Anna Matusiak-Rześniowiecka

Kup ebooka

45.99 zł
34.49 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Śmierć fa­scy­nuje mnie od za­wsze, różne jej aspekty. Do­póki nie po­czu­łam, że re­al­nie za­graża naj­bliż­szym mi oso­bom, moje za­in­te­re­so­wa­nie nią było czy­sto teo­re­tyczne. Przez ostat­nie lata jed­nak kil­ku­krot­nie pu­kała do mo­ich drzwi. Naj­pierw z groźbą, że przy­szła po mo­jego męża, który uległ po­waż­nemu wy­pad­kowi na mo­to­cy­klu. Póź­niej, gdy le­ża­łam na po­ro­dówce, za­częła upo­mi­nać się o moje ży­cie. Wtedy po raz pierw­szy po­czu­łam, że moja droga na ziemi do­biega końca. Nie­długo po­tem śmierć za­gro­ziła mo­jemu dziecku, wzbu­dza­jąc we mnie i ca­łej na­szej ro­dzi­nie wielki lęk o jego ży­cie. Te wszyst­kie wy­da­rze­nia na­uczyły mnie, że pa­trze­nie na nią przez pry­zmat pa­ra­li­żu­ją­cego stra­chu jest prze­ra­ża­ją­cym do­świad­cze­niem, na które nikt nas nie przy­go­to­wuje. Je­śli w ogóle da się na nie przy­go­to­wać... Dziś mogę tylko dzię­ko­wać, że osta­tecz­nie po­zo­sta­wiła mnie i mo­ich bli­skich przy ży­ciu i w zdro­wiu.

Ko­cham ży­cie, a śmierć jest jego nie­od­łączną czę­ścią. Tak bar­dzo się jej jed­nak bo­imy, że w cza­sach bez tabu ona jedna tym tabu po­zo­staje. Sama na co dzień czuję się nie­śmier­telna i wpa­dam w pu­łapkę my­śle­nia, że to, co złe, zda­rza się gdzieś tam, da­leko, a na­wet je­śli tuż za pło­tem, to i tak mnie nie do­ty­czy. A prze­cież sama by­łam tak bli­sko...

Do roz­mów o kre­sie ży­cia i od­cho­dze­niu wy­bra­łam przed­sta­wi­cieli róż­nych grup za­wo­do­wych, które ze śmier­cią spo­ty­kają się na co dzień. I choć to nie­wia­ry­godne, każ­demu z prze­pro­wa­dzo­nych wy­wia­dów to­wa­rzy­szył uśmiech, ża­den z nich nie przy­gnę­bia. Bez wąt­pie­nia wszyst­kie skła­niają do re­flek­sji. Mia­łam wielką ochotę po­znać spe­cy­fikę pracy, którą wy­ko­nują moi roz­mówcy, bo kiedy re­gu­lar­nie sprzą­tasz miesz­ka­nia po zgo­nach albo ne­go­cju­jesz z osobą go­tową do skoku z da­chu bu­dynku, to siłą rze­czy twoja co­dzien­ność różni się od tego, czym na co dzień zaj­muje się więk­szość lu­dzi. Drogi Czy­tel­niku, znaj­dziesz w tej książce roz­mowy z przed­sta­wi­cie­lami pro­fe­sji bar­dziej przy­ziem­nych, mię­dzy in­nymi z wła­ści­cie­lem za­kładu po­grze­bo­wego, le­ka­rzem do­ko­nu­ją­cym eu­ta­na­zji czy psy­cho­lożką pra­cu­jącą w ho­spi­cjum, ale też tych bliż­szych du­cho­wej sfe­rze ży­cia: z księ­dzem, me­dium, ta­ro­ci­stą czy te­ra­peutką usta­wie­niową. Wiesz, co jest naj­cie­kaw­sze? Cza­sami wy­daje się, że nie­któ­rzy z nich stoją po prze­ciw­nych stro­nach ba­ry­kady, a jed­nak czę­sto mają po­dobne prze­my­śle­nia, w ich wy­po­wie­dziach po­wra­cają te same re­flek­sje, do­cho­dzą oni do po­dob­nych wnio­sków.

Na­pi­sa­łam tę książkę, by oswa­jać (rów­nież samą sie­bie) z te­ma­tem śmierci, by ośmie­lać do my­śle­nia o niej, ale nie po to, by kar­mić się lę­kiem. Ra­czej, by do­ce­niać ży­cie. Po każ­dym wy­wia­dzie wy­cho­dzi­łam z głową na­ła­do­waną prze­my­śle­niami i mu­sia­łam usiąść cho­ciaż na chwilę w ci­szy, sama, by prze­my­śleć to, co usły­sza­łam. Mam na­dzieję, że bę­dziesz miał po­dobne od­czu­cia.

Wie­rzę, że ta książka o śmierci po­zwoli każ­demu z nas pięk­niej i le­piej żyć.

Anna Ma­tu­siak

Praca bli­sko śmierci po­zwala mi peł­niej żyć

Sła­wo­mir Paw­lak o fa­scy­na­cji świa­tem, za­wo­do­wych wy­zwa­niach i war­to­ściach ro­dzin­nych

.

Sła­wo­mir Paw­lak - wła­ści­ciel ro­dzin­nego Za­kładu Usług Po­grze­bo­wych "Paw­lak", w któ­rym pra­cuje od naj­młod­szych lat. Spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie przy­go­to­wy­wa­nia zmar­łych do po­chówku, znany z przy­wra­ca­nia cia­łom god­no­ści oraz pil­no­wa­nia na­le­ży­tego im sza­cunku. Sła­wo­mir Paw­lak nie tylko pro­fe­sjo­na­li­zuje branżę po­grze­bową w Pol­sce, lecz także edu­kuje na te­mat śmierci i ża­łoby.

.

Cie­szę się na tę roz­mowę, bo od dawna by­łam cie­kawa, jak to jest pro­wa­dzić za­kład po­grze­bowy. W twoim przy­padku jest to jesz­cze bar­dziej in­te­re­su­jące, bo nie­jako uro­dzi­łeś się w tym za­kła­dzie. W pew­nym sen­sie śmierć to­wa­rzy­szy ci od za­wsze.

Za­kład po­grze­bowy ist­niał w na­szym ży­ciu, od­kąd pa­mię­tam. Wraz z ro­dzeń­stwem trak­to­wa­li­śmy go tro­chę jak piąte dziecko na­szych ro­dzi­ców. Ro­dzice po­świę­cali temu miej­scu bar­dzo dużo czasu i uwagi. By­łem wręcz za­zdro­sny o ten czas. Zda­rzało się, że jeź­dzi­łem z ro­dzi­cami do klien­tów, bo nie mieli z kim mnie zo­sta­wić, ale za­wsze cze­ka­łem w sa­mo­cho­dzie - nie do­pusz­czali mnie jesz­cze do zmar­łych i ich ro­dzin. Mu­sia­łem kon­ku­ro­wać o czas ro­dzi­ców i pa­mię­tam, że już jako na­sto­la­tek uwiel­bia­łem ta­pi­ce­ro­wać trumny, bo wtedy mia­łem mo­jego ojca na wy­łącz­ność i mo­gli­śmy przez go­dzinę po­być sami w warsz­ta­cie i po­roz­ma­wiać. Sama więc wi­dzisz, że te­maty zwią­zane ze śmier­cią i pracą w za­kła­dzie po­grze­bo­wym po­ja­wiały się prak­tycz­nie w każ­dym aspek­cie mo­jego ży­cia od naj­młod­szych lat.

Za­sta­na­wiam się, czy wię­cej było w tym plu­sów, czy może jed­nak mi­nu­sów. Z jed­nej strony śmierć nie ma przed tobą ta­jem­nic - mimo że z na­tury jest czymś nie­od­gad­nio­nym, dla cie­bie ni­gdy nie sta­no­wiła tabu. Wy­daje mi się, że to może być bar­dzo po­zy­tywne, bo w wielu do­mach śmierć jest czymś, czego dzie­ciom się nie po­ka­zuje (a tym sa­mym czyni z niej te­mat jesz­cze bar­dziej in­te­re­su­jący, bo za­ka­zany). U was była czę­ścią co­dzien­no­ści, co pew­nie wy­eli­mi­no­wało do ja­kie­goś stop­nia lęk. Oczy­wi­ście je­śli było to mą­drze pro­wa­dzone przez ro­dzi­ców. Z dru­giej strony by­cie tak bli­sko śmierci, czę­ste oglą­da­nie mar­twych lu­dzi, kiedy jest się ma­łym dziec­kiem, też może być nie­ła­twym do­świad­cze­niem.

Tak, rze­czy­wi­ście, nie znam in­nego świata niż ten zwią­zany ze śmier­cią. Cza­sami za­sta­na­wiam się, jak wy­glą­da­łoby moje ży­cie, gdyby śmierć nie była w nim obecna od sa­mego po­czątku. Ona jest czę­ścią mo­ich wy­bo­rów, za­kład po­grze­bowy także. Ro­dzice od bar­dzo wcze­snych lat przy­go­to­wy­wali mnie na to, że kie­dyś przejmę ich dzia­łal­ność. Nie­kiedy na­wet trudno mi okre­ślić, co dla mnie jest tabu, a co nie. Zda­rza mi się dzi­wić, jak lu­dzie pod­cho­dzą do śmierci. Szcze­gól­nie ję­zyk, któ­rym mówi się o niej w Pol­sce. Jest w nim coś... spe­cy­ficz­nego.

To bar­dzo cie­kawe spo­strze­że­nie. Chcę z tobą i in­nymi oso­bami, z któ­rymi prze­pro­wa­dzam wy­wiady, roz­ma­wiać o śmierci w spo­sób otwarty, bez zbęd­nych eu­fe­mi­zmów. Sama jed­nak czę­sto ła­pię się na tym, że za­sta­na­wiam się nad do­bo­rem słów albo ro­bię pauzy, za­nim za­dam py­ta­nie. Czuję we­wnętrzną blo­kadę, by nie za­brzmieć źle, by moje słowa nie zo­stały błęd­nie zro­zu­miane. Przy in­nych te­ma­tach nie mam ta­kich obaw. Po­ka­zuje to, jak silne są pewne kon­wen­cje w na­szej kul­tu­rze. Wra­ca­jąc do two­jego dzie­ciń­stwa... Zo­sta­łeś na­masz­czony na wła­ści­ciela za­kładu. Je­steś naj­star­szy z ro­dzeń­stwa?

Nie je­stem naj­star­szym dziec­kiem. Mam dwie star­sze sio­stry i młod­szego brata, ale oni ni­gdy nie wy­ka­zy­wali za­in­te­re­so­wa­nia za­kła­dem. Może byli mą­drzejsi, bo wie­dzieli, z czym to się wiąże. (śmiech)

Czyli nie mia­łeś wyj­ścia?

Nie, nie mia­łem.

Ale wi­dzę w to­bie praw­dziwą pa­sję do tego za­wodu, jak­kol­wiek to brzmi. Jeź­dzisz na targi, roz­wi­jasz się, in­te­re­su­jesz się no­wymi roz­wią­za­niami i pro­fe­sjo­na­li­zo­wa­niem branży. Czy fak­tycz­nie jest w to­bie pa­sja do tego, co ro­bisz? Czy to po pro­stu biz­nes, o który dbasz, bo tak trzeba?

Kiedy by­łem już na tyle świa­domy, żeby zro­zu­mieć, co ro­dzice mó­wią mi o przy­szło­ści, i kiedy sły­sza­łem od nich, że przejmę za­kład po­grze­bowy, da­wało mi to jako dziecku ogromne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Kto nie ma­rzył o tym, żeby w do­ro­słym ży­ciu prze­jąć go­towy, do­brze funk­cjo­nu­jący biz­nes? Oczy­wi­ście jako dziecko nie ro­zu­mia­łem jesz­cze me­cha­ni­zmów za­rzą­dza­nia firmą, ale samo po­czu­cie sta­bi­li­za­cji było dla mnie ważne. Kiedy wy­bie­ra­łem szkołę śred­nią, nie mu­sia­łem się za­sta­na­wiać, co chcę ro­bić w ży­ciu. Po­sze­dłem do tech­ni­kum drzew­nego, co było na­tu­ralną kon­ty­nu­acją mo­jej drogi, bo ro­dzice mieli rów­nież za­kład sto­lar­ski. Za­kład po­grze­bowy wy­wo­dzi się wła­śnie stam­tąd - naj­pierw pro­du­ko­wali trumny. Już wtedy wie­dzia­łem, że będę miał pod sobą sto­la­rzy, więc mu­sia­łem zdo­być wie­dzę na te­mat tej branży.

A nie mia­łeś mo­mentu buntu, po­sta­no­wie­nia w stylu: "Będę fry­zje­rem albo me­cha­ni­kiem, zo­stanę kim­kol­wiek, ale na pewno nie będę pro­wa­dził za­kładu po­grze­bo­wego"?

Bunt po­ja­wił się tro­chę póź­niej, kiedy by­łem na stu­diach. To nie była ła­twa sprawa. Kiedy po­wie­dzia­łem ro­dzi­com, że chcę stu­dio­wać, ich pierw­szą re­ak­cją było: "Po co ci to? Prze­cież masz firmę". Od­po­wie­dzia­łem: "Okej, mam firmę, ale chcę się też roz­wi­jać dla sa­mego sie­bie". Do­ra­sta­łem w ma­łym mie­ście, w wą­skim gro­nie zna­jo­mych, więc stu­dia były dla mnie też spo­so­bem na po­zna­nie świata. Wie­dzia­łem, że wrócę do tego ma­łego mia­steczka, że to bę­dzie moje ży­cie, ale chcia­łem zo­ba­czyć coś wię­cej i zdo­być tro­chę wie­dzy. Udało mi się wy­ne­go­cjo­wać z ro­dzi­cami, że będę stu­dio­wał za­ocz­nie. Na po­czątku stu­dio­wa­łem w Po­zna­niu, w Wyż­szej Szkole Ban­ko­wej, kie­ru­nek zwią­zany z za­rzą­dza­niem i mar­ke­tin­giem. Póź­niej prze­nio­słem się do Wro­cła­wia, ze względu na mia­sto. Tam za­sma­ko­wa­łem wiel­ko­miej­skiego ży­cia i zo­ba­czy­łem, że można ro­bić coś in­nego. Kiedy nie po­trze­bo­wa­łem już tego po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, ja­kie da­wał za­kład, uświa­do­mi­łem so­bie, że mogę zaj­mo­wać się, czym­kol­wiek chcę. Nie mu­sia­łem speł­niać ocze­ki­wań ro­dzi­ców, mo­głem sam de­cy­do­wać o swo­jej przy­szło­ści. To było moje ży­cie, moja de­cy­zja. Ro­dzice mu­sieli je ja­koś za­ak­cep­to­wać.

A jed­nak dzi­siaj roz­ma­wiam z wła­ści­cie­lem za­kładu po­grze­bo­wego.

Tak, po­nie­waż w mię­dzy­cza­sie wy­my­śli­łem so­bie, że po­łą­czę obie rze­czy. Pla­no­wa­łem zo­stać we Wro­cła­wiu, pi­sać dok­to­rat i jed­no­cze­śnie do­glą­dać za­kładu, bo ro­dzice byli jesz­cze mło­dzi. Mieli też silne cha­rak­tery, więc nie czu­łem się go­towy, żeby in­ge­ro­wać w firmę. Wie­dzia­łem, że to jesz­cze nie ten czas. Po­sta­no­wi­łem zro­bić coś dla sie­bie, ale z my­ślą o przy­szło­ści. Po­sze­dłem z sa­mym sobą na kom­pro­mis. Jed­nak za­kład po­grze­bowy był mi pi­sany. Za­nim skoń­czy­łem stu­dia, mój tata zmarł po krót­kiej walce z cho­robą no­wo­two­rową. Wszystko wy­da­rzyło się bar­dzo szybko, w ciągu pół roku. Nie zdą­ży­li­śmy się na­wet oswoić z my­ślą, że może go nie być.

Nie mia­łeś więc czasu na przy­go­to­wa­nie się do prze­ję­cia roli, którą od­gry­wał twój tata. Wszystko spa­dło na cie­bie na­raz.

Mia­łem wtedy dwa­dzie­ścia trzy lata. Zgod­nie z na­tu­ral­nym pro­ce­sem suk­ce­sji, a także z psy­cho­lo­gią ro­dziny, dzie­dzi­cząc firmę, sta­wa­łem się głową ro­dziny. Mu­sia­łem ogar­nąć nie tylko za­kład sto­lar­ski i po­grze­bowy, ale też re­la­cje ro­dzinne, aby­śmy wszy­scy nie zwa­rio­wali. Mój tata był spo­iwem, które trzy­mało nas ra­zem. To wy­da­rze­nie na za­wsze zmie­niło moje ży­cie. W tam­tym cza­sie lu­dzie czę­sto wy­ko­rzy­sty­wali mój brak do­świad­cze­nia i młody wiek. Mia­łem dwa wyj­ścia: albo uto­nąć, albo na­uczyć się pły­wać. Jak wi­dać, pły­wam już cał­kiem do­brze.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki