Najpierwej powiem słówko o naszym kasjerze, który potężny
wpływ wywarł na moją przyszłość, ukazując nowy cel, nową drogę w
życiu!
Ze względu na powierzchowność - istnieje nie ulegające kwestji
podobieństwo między naszym kasjerem a pokoikiem, w którym mieści
się kasa. Dziwny ten związek spostrzegłem nietylko ja, ale wszyscy
moi koledzy z buchalterji, nawet wszyscy urzędnicy banku. Pokój kasowy ma szaro-żółte tapety, szaro-żółtą podłogę i
szaro-żółte przepierzenie, nasz kasjer ma szaro-żółtą twarz,
szaro-żółte kępki włosów i żółtawe oczy. W pokoju znajdują się dwie
szafy ogniotrwałe koloru bronzowego i popielate chodniki na
podłodze; nasz zaś kasjer nigdy inaczej nie ubiera się - tylko w
bronzowy surdut i popielate spodnie. Żelazny kufer podręczny, w
którym leżą pieniądze na wydatki bieżące, jest polakierowany na
zielono; podobnież kamizelka, którą nasz kasjer nosi na codzień, ma
także kolor zielony. Jeżeli dodam, że sufit kasy jest biały, bez żadnych upiększeń, a
wierzch głowy naszego kasjera jest łysy, bez żadnych dodatków; że
oba okna pokoju są zakratowane i oba oczy kasjera zabezpieczone
okularami, to już chyba nikt mnie nie posądzi o przesadę w
upatrywaniu podobieństwa między kasjerem i pokojem. Nie jest to akurat to samo - ale coś jest. Obok nieskazitelnej uczciwości pan kasjer odznacza się rozumem i
energją. Tylko raz w życiu wypłacił jakiemuś aferzyście o pięćset
rubli za dużo, lecz w parę minut spostrzegł omyłkę, wybiegł za
filutem i tak serdecznie przemówił do jego uczuć czy rozsądku, że
pięćset rubli odzyskał. Obok tych jednak zalet ma wadę: jest
złośliwy jak grzechotnik. Zresztą - nie będę robił ceremonij, bo chyba nikt nie domyśli się
o kim mówię... Otóż - w oczach naszego kasjera wszyscy ludzie są albo
już gotowymi złodziejami, albo - kandydatami na złodziejów. Jeżeli interesant przychodzi z pieniędzmi - pan kasjer podejrzewa
go o zamiar podsunięcia fałszywych banknotów... Jeżeli zaś interesant
bierze pieniądze, pan kasjer traktuje go jak rabusia... No, a gdy
przyjdzie wypłacać miesięczną pensję urzędnikom banku!... No, a
jeżeli kogo bieda zmusza do żądania zaliczki!... Wtedy proszę
zobaczyć, jak panu kasjerowi błyszczą oczy, drżą ręce, wykrzywiają
się usta... Powiem krótko: człowiek ten, na każdego pierwszego, mógłby mieć po
kilka awantur, gdyby... nie był kasjerem!... Jego władza nad
ogniotrwałemi kasami i żelaznym kufrem, jego ciągłe, codzienne, od
rana do wieczora przestawanie z setkami tysięcy rubli; jego możność
udzielania albo odmawiania zaliczek, robią go wyższym od wszystkich
innych urzędników bankowych, robią go nietykalnym,
nieodpowiedzialnym... Każdy z nas, wszedłszy do kasy, na sam widok
kasjera, czuje się sparaliżowany; więc nie uważa jego drgających
ust i rzucania papierami, nie słyszy rumotu odpychanych krzeseł,
otwieranego i zamykanego kufra, nawet nie myśli o niczem, chyba o
tem, ażeby jeszcze bardziej nie rozgniewać pana kasjera, gdyż o
podobaniu mu się, a choćby o uspokojeniu go, mowy być nie może. Od dwudziestu lat, jak pan kasjer urzęduje u nas, tylko dwóch
urzędników cieszyło się jego względami. To też jeden z nich został
wice-dyrektorem naszej filji, a drugi - dyrektorem towarzystwa
ubezpieczeń i każdy ma dziś po kilkanaście tysięcy rubli rocznie! A teraz - czy uwierzy kto, że ja, ja, który to opowiadam, ja
jestem trzecim, który posiadał - nie powiem: względy pana kasjera,
bo do tego bardzo daleko, lecz posiadałem - coś, jakby cień -
obietnicy - na życzliwość - w późniejszych czasach. Trudno też
dziwić się, że kilka ciepłych zdań, wypowiedzianych przez takiego
człowieka, wpłynęło na całą moją przyszłość, otworzyło przede mną
nowe widnokręgi życiowe. Kiedy 5-go sierpnia w południe zaszedłem do kasy, nasz kasjer
kończył śniadanie, składające się, jak zwykle, z herbaty i bułeczki
z szynką. W pierwszej chwili pan kasjer udał, że mnie nie widzi i - bardzo
powoli - dopijał herbatę. Następnie wytarł palce w bibułę i rzucił ją do kosza, a pustą
szklankę wystawił nazewnątrz drucianego przepierzenia kasy. Potem z
głębokiego kufra wydobył garść banknotów i koszałkę ze złotem, a
nareszcie sięgnął na półki i między papierami wyszukał kartkę,
którą wysunął do mnie przez okienko. - Podpisać!... - rzekł. Podpisałem: Anastazy Fitulski odebrał miesięczną pensję. - Złotem czy papierami?... - zapytał kasjer. - Tem i tem, jeżeli pan łaskaw - odparłem. Zaczął szybko liczyć, a jego żółte, hakowate palce biegały po
pieniądzach jak po klawiszach fortepianu. - Sto... sto siedemdziesiąt pięć... sto osiemdziesiąt... Proszę... - mówił
kasjer. - Oto urzędnik!... Piątego sierpnia odbiera pieniądze za
lipiec... No, ale na takiego jednego mogę wymienić dziesięciu innych,
którzy w sierpniu wzięliby pensje nawet za październik, gdyby
znalazł się głupiec, skory do zaliczenia!... Kanalje!... - Może pan kasjer raczy przyjąć sześćdziesiąt rubli do mego
fundusiku?... - wtrąciłem nieśmiało. - Sześćdziesiąt?... - zapytał. - W zeszłym miesiącu odłożyłeś pan
pięćdziesiąt i razem masz około dwu tysięcy. Młody chłopak, lat
trzydziestu, a już pobiera sto osiemdziesiąt rubli miesięcznie i
odłożył ze dwa tysiące gotówką. Ale inni w tym wieku, jeżeli dobrze
pójdzie, umieją narobić ze dwadzieścia tysięcy rubli długów...
Kanalje!... Ileż u djabła wydajesz pan na siebie? - zapytał,
wypisując kwit na złożone sześćdziesiąt rubli. - Panu kasjerowi powiem jak ojcu - odparłem, wzruszony pochwałami.
- Na mieszkanie (dwa skromne pokoiki) wydaję dwadzieścia pięć rubli
miesięcznie; żywność zaś z cukierniami i restauracjami (bo i tam
człowiek niekiedy zabłądzi) kosztuje około trzydziestu pięciu
rubli... No, a praczka, usługa, obuwie, odzież - nie przekraczają
czterdziestu rubli na miesiąc... Razem sto rubli, do których przybywa
pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt odkładanych na oszczędność... - A resztę wydaje się na dziewczęta?... - Boże uchowaj!... - zawołałem. - Nie wmawiaj pan we mnie, że jesteś świętym!... - wybuchnął kasjer.
- Ja przecie wiem, choćby z praktyki pańskich kolegów, co kosztują
znajomości z damami... - Boże uchowaj, panie kasjerze - odpowiedziałem, kłaniając się. -
Świętym w rzeczy samej nie jestem, ale... Dla kobiety szlachetnej...
dla kobiety szlachetnie myślącej, wystarczy bukiecik... pudełeczko
cukierków... - A tak, wystarcza, bo za resztę płaci mąż... - mruknął kasjer. -
Niech was djabli porwą - kanalje!... Kradnie z cudzego ogrodu i na
tem robi oszczędności!... Na łyse czoło wystąpiły mu krople potu, a chude palce zginały się
i prostowały jak szpony tygrysa. Źle mówię - szpony. Są to bowiem
najdoskonalsze narzędzia do rachowania, które pan kasjer zanurza w
stos banknotów, albo w skrzynkę metalowych pieniędzy i, prawie nie
myląc się, wydobywa tyle, ile zgóry zapowiedział. Tymczasem kasjer zapisał cos w małej książeczce i znowu mówił
podrażniony: - Kwiateczki i cukiereczki... Bodaj was paraliż tknął!... Tak dłużej
być nie może!... Jesteś pan za uczciwy i za mądry, ażeby polować do
współki z bandą łajdaków na cudze żony... Kto ma trzydzieści lat,
parę tysięcy zaoszczędzonych, sto osiemdziesiąt rubli pensji
miesięcznej i najlepsze widoki na awans, słyszy pan?... awans pana
czeka... Możesz pan dojść nawet w naszym banku do trzech i czterech
tysięcy rubli rocznie... Otóż, kto posiada takie warunki, nie
powinien złodziejskim trybem sięgać do cudzych kas, ale, jak
przystało na porządnego człowieka i obywatela, ożenić się... - Któraby mnie tam panna zechciała?... - szepnąłem. I w tej chwili
przyszła mi na myśl panna Pelagja, córka naszego kasjera, osoba
młoda, posażna i nadzwyczaj ukształcona, która wprawdzie miała
nieco wypukłe oczy, ale zato włosy do samej ziemi. - Co pan pleciesz - zawołał kasjer - któraby cię zechciała?... Każda
zechce, jeżeli ma w głowie rozum, a nie stare gazety!... Chłop
trzydziestoletni, blondyn, oczy niebieskie, zbudowany jak szafa
ogniotrwała... Odebrał wykształcenie ogólne i fachowe, praktykował
zagranicą, w dodatku - cyklista... Czego u djabła chcesz pan więcej?... Przyznałem w duchu, że typ, który pan kasjer odmalował z takiem
przejęciem, najzupełniej odpowiada memu ideałowi porządnego
człowieka i buchaltera. Bo i naprawdę, czy może być coś więcej
interesującego, jak dobrze zbudowany blondyn, cyklista, z
niebieskiemi oczyma, niezłą pensją i widokami na przyszłość? Tymczasem pan kasjer, układający papiery sturublowe,
dwudziestopięciorublowe i dziesięciorublowe - mówił już
spokojniejszym głosem: - Świat jest to księga główna, w której każdy ma swój rachunek.
Urodziłeś się, czyli - dostałeś życie i rodziców, a więc - zapisać
mu to na stronie WINIEN. Pracują nad twojem - wychowaniem,
jedzeniem, ubraniem, mieszkaniem, ażebyś miał syto, ciepło i
przestrono - znowu pisać mu po stronie: WINIEN. Potem, choć miljony
innych siedzą w domu, pan dobrodziej jedziesz zagranicę, tam
kształcisz się dalej, widujesz piękne krajobrazy i mądre obyczaje,
więc - znowuś WINIEN. Nareszcie wracasz do kraju i nie
sfatygowawszy się zbytecznie, dostajesz wyborną posadę, płacisz za
mieszkanie dwadzieścia pięć rubli, kiedy inni psiej budy nie mają
nad głową, a na jedzenie wydajesz trzydzieści pięć rubli, kiedy
inni muszą poprzestać na sześciogroszowych obiadach; więc znowu i
to trzeba zapisać po stronie: WINIEN... Za pozwoleniem!... - nagle wykrzyknął kasjer, uderzając pięścią w
stół. - Winien... winien... ciągle winien... Hola, mój panie!... Trzeba
nareszcie coś zapisać na stronie MA, a więc przedewszystkiem -
ożenić się... Tobie dali życie, więc i ty daj życie... Ty miałeś
rodziców, więc i twoim dzieciom musisz dać legalnych rodziców... To
darmo... Nie można domu podrzutków zapełniać buchalterowiczami... W miarę jak słuchałem, coraz jaśniej przed oczyma duszy
zarysowywała mi się inteligentna twarz, wypukłe oczy i prześliczne
włosy panny Pelagji. Uczułem lekki zamęt w głowie, przyjemne ciepło
w sercu i sam nie wiedząc, co robię, wyciągnąłem, przez okienko w
drutowanem przepierzeniu, rękę do zacnego kasjera. Ale on - nagłym
odruchem - cofnął się i drapieżnemi palcami zasłonił koszałkę ze
złotem. Ruch ten trwał sekundę, może pół, ale było go dosyć dla wywołania
zupełnej reakcji w mojej duszy. Jak zdmuchnięta świeca - zgasła
wdzięczność, którą przed chwilą uczułem dla zacnego kasjera. Jego
mechaniczna troskliwość o bankowe pieniądze wydała mi się
prostactwem, a panna Pelagja, pomimo olbrzymiej inteligencji i
jeszcze większych włosów, przerobiła się w mojej wyobraźni na osobę
- w całem znaczeniu brzydką. Jednem słowem instynktowy odruch, za który nasz bank powinien był
dać gratyfikację panu kasjerowi - zabił go w mojej opinji. A
jednak, nie dawniej, jak przed kilkunastoma sekundami byłem gotów...
zostać jego zięciem!... No, zaraz zięciem!... Tak się tylko mówi... W każdym razie, o ile
pochwały kasjera bardzo podniosły w moich oczach jego samego i jego
córkę, o tyle zabezpieczanie kilkudziesięciu sztuk złota przed moją
wyciągającą się ręką obrzydziło mi ich oboje. Muszę dodać, że pan kasjer w jednej chwili oprzytomniał, może
nawet zmieszał się i, mocno ściskając mnie, rzekł: - Już pan chcesz odejść?... A ja mam jeszcze z kwadrans czasu... - Ale ja nie mam - odpowiedziałem tak oschłym tonem, że aż samemu
zrobiło mi się przykro. Obrażać ojca dzieciom, starszego człowieka,
kasjera!... Powróciłem do swego biura, ażeby do piątej popołudniu zapisywać po
stronie lewej, co nasz bank jest WINIEN, a po prawej, co MA. Ale
robota szła mi nieenergicznie, gdyż z poza artykułów
buchalteryjnych coraz to wysuwało się pytanie kasjera: dlaczego się
nie żenię?... To prawda: dlaczego ja dotychczas nie pomyślałem o ożenieniu się?
Przecież chyba znalazłbym panienkę młodą, ładną, ukształconą, nawet
posażną, a przynajmniej nie wymagającą zbytków. Czy może mam serce
zdrewniałe?... Eh!... co tu dużo gadać. Wszyscy moi koledzy wiedzieli, że dla płci
pięknej mam serce raczej za miękkie, aniżeli zbyt twarde. Już nie mówię o tem, że każda, choć trochę przystojniejsza dama, z
bliżej znajomych, robi na mnie piekielne wrażenie. Ale niech tylko
zobaczę na ulicy jakąś obcą, byle ładniejszą buzię, albo
zgrabniejszą figurkę, a natychmiast tracę spokój i jestem gotów za
nią iść - bodajby na koniec świata! Z tego przekonać się można, że ja lubię... co to lubię?... że ja
uwielbiam płeć piękną. A jeżeli dotychczas nie pomyślałem o
ożenieniu się, to chyba dlatego, że tak mnie czaruje ogół kobiet,
iż żadną pojedynczą zająć się nie miałem czasu. I dopiero słowa
kasjera obudziły mnie z zahipnotyzowania. Gdyby nie wypadek z koszałką, może w tej chwili poważnie myślałbym
o zbliżeniu się do panny Pelagji, choćby przez wdzięczność dla jej
ojca, za pochwały, jakich mi nie skąpił i za zwrócenie uwagi na
potrzebę zmiany stanu. Ale teraz... Nie mogę ofiarować moich uczuć
córce człowieka, który choćby przez chwilę... przez sekundę...
zasłaniał przede mną koszałkę z imperjałami jak przed złodziejem! Zresztą - czy w Warszawie jest tylko jedna panna Pelagja i jej
wypukłe oczy!... A naprzykład panna Henryka?... Jasna blondynka, może trochę za niska
i za blada, ale jakie dystyngowane ruchy, jaka słodycz w obejściu,
a jak gra na fortepianie!... Trudno ją nazwać doskonałą pięknością,
jest tylko przystojną; lecz będzie miała ze trzydzieści tysięcy
rubli posagu, ma zacnych i ustosunkowanych rodziców, tudzież brata
Włodka, który wprawdzie jeszcze nie zajął wybitniejszego stanowiska
między ludźmi, ale już obraca się w wytwornych towarzystwach. Tego samego dnia złożyłem wizytę w domu panny Henryki, której nie
widziałem od dwóch miesięcy, zaproszono mnie na herbatę i - od tej
pory - przynajmniej dwa razy na tydzień, odwiedzałem moją
najukochańszą, moją jedyną, moją przyszłą... Moja przyszła... O boskie słowa!... Czułem, że z każdą wizytą odkrywam w Henrysi jakąś nową zaletę.
Cóżto za anielska łagodność... Jednego dnia, przy kolacji, dziewczyna
usługująca wylała jej na błękitną sukienkę całą szklankę herbaty.
Henia żeby drgnęła. Nic, tylko zarumieniła się i rzekła cichym,
słodkim głosem: - Jakaś ty nieuważna, Marysiu!... Jestem pewny, że sukienka była warta ze dwadzieścia rubli i że
panna Henryka miała ją na sobie ze trzy, może ze cztery razy... Złota
dziewczyna!... Nie będę ukrywał: zakochałem się na śmierć. We wtorki i soboty
prawie nie mogłem doczekać się wieczora; na wizyty szedłem z
przyśpieszonem biciem serca; drżałem, ażeby nie zobaczyć, że jest
ciemno w oknach ich mieszkania, a ile razy spotkałem się z moją
serdeczną przyjaciółką, panną Karoliną, rozmawiałem z nią - tylko o
Heni. Czasem, aż uśmiechała się poczciwa Karolcia z moich zapałów i
nadziei. Nadomiar szczęścia Henia grała na fortepianie, jak uczenica
Wortha... przepraszam!... Rubinsteina... Pewnego dnia, było to na siódmej
wizycie, panna Henryka uszczęśliwiła mnie mazurkami Szopena.
Włodek, jej brat, rozwaliwszy się na fotelu, niby czytał "Figaro,"
ale zapewne drzemał; ja zaś, stojąc za krzesłem panny Henryki,
przewracałem nuty. Nagle, gdy zapatrzyłem się w jej zgrabne rączki, jasne włosy i
szyjkę z kości słoniowej, ogarnęła mnie taka tęsknota do przyszłego
szczęścia, że pochyliwszy się nad jej ramieniem, rzekłem półgłosem: - Przez całą wieczność chciałbym słuchać tej muzyki i przewracać
nuty... Moja złota... moja jasna... omyliła się o pół taktu, a w tej chwili
drzemiący Włodek rzucił gazetę, ziewnął i zapytał: - Heńka... a co on tobie chce przewracać? - Nuty... - odparła moja słodka i znowu omyliła się o pół taktu. Włodek przeciągnął się jak oryl i rzekł: - Wiesz co, Nastek?... Zostań introligatorem i wynajmij pod nami
mieszkanie na warsztat... a będziesz mógł przewracać kartki
oprawianych książek i - słuchać, jak Henia gra.Dowcip był tak niesmaczny, że chciałem wzruszyć ramionami. Zanim
jednak zdążyłem wykonać ten zamiar, panna Henryka wybuchnęła nagle
śmiechem i zerwawszy się od fortepianu, wybiegła do drugiego
pokoju. Ogłupiałem. Jakto, ona, ta ubóstwiana, ta słodka, ta moja... śmieje
się z grubjańskiego konceptu swego brata?... Dla przyzwoitości posiedziałem jeszcze kilka minut i nawet
uprzejmie rozmawiałem z Włodkiem, udając, że nie spostrzegłem nic
niewłaściwego. Ale gdy znalazłem się na ulicy, przy ponurem świetle
gazowych latarń starego systemu, pod jesiennym deszczem, w sercu
mojem zaszła piorunująca zmiana. Więc to tak?... - myślałem, drżąc z oburzenia. - Ja ją kocham, ja ją
ubóstwiam, ja w mej duszy stawiam jej ołtarze, ja pragnę dla niej
życie poświęcić, a ona - drwi ze mnie?... Więc tylko wówczas miałbym
prawo słuchać jej muzyki, gdybym mieszkał pod ich lokalem?... Pomimo piekła w mózgu, czułem, że namiętność wypływa ze mnie, jak
gorąca woda z samowaru, który się rozlutował. Co ja u licha
upatrzyłem w tej dziewczynie?... Piękność nieosobliwa, biust żaden,
posag ot taki sobie... A w dodatku brat wałkoń i karciarz, za którego
ojciec już kilka tysięcy rubli długów zapłacił. Noga moja nie postanie więcej w tym domu.