[1] Słowo z języków romańskich, oznaczające mistrza, majstra, głównego budowniczego.
[2] Burka, bernuza, płaszcz. Zasłaniające ciało okrycie noszone w niektórych kulturach.
[3] Dziękuję.
[4] Jeśli Bóg zechce; jak Bóg da.
[5] Wybacz mi.
[6] Patrz, na Boga!
[7] Rusz się! / Chodź tutaj!
[8] Szybko! Szybko!
[9] Okrzyk nadający tempo wioślarzom (coś jak "hej!", "raz!", "ciągnij!").
[10] Uniwersytet.
[11] Gdzie poszedł?
[12] Uderzyć na odlew - uderzyć ręką, z rozmachem, znienacka.
[13] Co się stało? Czego chcesz?
[14] Tak, mistrzu.
[15] Przepraszam, czcigodny panie.
[16] Posłuchaj mnie!
[17] Cicho!
[18] Muszę?
[19] Proszę.
[20] Czy ktoś mi poda wodę?
[21] Zamek.
[22] Daw. strzelanina, kanonada.
[23] Przywódca.
[24] Niech będzie, los tak zdecydował.
[25] Herezja... Luter... Gesualdo...
[26] Z łac. "Czyja władza, tego religia".
[27] Proboszcz.
Główne postacie:
MALTA
Maria Borg, wieśniaczka maltańska
Nico Borg, młodszy brat Marii
Luca Borg, ich ojciec
Isolda Borg, żona Luki
Elena, kurtyzana
Fencu, przywódca jaskini M'kor Hakhayyim
Elli, żona Fencu
ksiądz Giulio Savago, kappillan, czyli proboszcz ze Świętej Agaty
Jakub Pavino, ptasznik z Gozo
Angela Buqa, baronowa
Antonio Buqa, jej mąż, baron
PARYŻ
Christien de Vries, kawaler Zakonu św. Jana z Jerozolimy
Arnaud, hrabia de Vries
Simona, żona Arnauda
Bertrand Cuvier, kawaler Zakonu św. Jana z Jerozolimy
Philippe Guignard, lekarz
Marcel Foucault, felczer
ALGIER
El Hadżi Faruk, bogaty kupiec i budowniczy statków
Jusuf, jego syn
Amira, żona Faruka
Mehmet, sługa i domownik Faruka
Leonardus, mistrz szkutnik
Ibi, ogrodnik
ISTAMBUŁ
Asza, paź w służbie sułtana w seraju Topkapi
Alisa, młoda niewolnica
Iskander, wychowawca w szkole paziów
Szabu, paź
Nasrid, paź
POSTACIE HISTORYCZNE
Dragut Reis, korsarz
Sulejman, sułtan z dynastii Osmanów
Jean Parisot de la Valette, wielki mistrz Zakonu św. Jana
Romegas, dowódca galer Zakonu św. Jana
Oliver Starkey, angielski sekretarz wielkiego mistrza
Dżehanir, książę, najmłodszy syn Sulejmana
Józef Callus, lekarz z Mdiny
Domenico Cubelles, biskup i inkwizytor Malty
Don Garcia, wicekról Sycylii, książę Medina Coeli
Ambroise Paré, chirurg
Mustafa Pasza, wódz osmański
Piali Pasza, admirał osmański
ksiądz Jesuald, heretyk
Od autora
Większość przywołanych w książce dat pochodzi z pracy Dzieje Morza Środkowego otomańskiego historyka Dariusza i w oryginale podana została w kalendarzu muzułmańskim; dla przejrzystości zostały one przetransponowane na kalendarz gregoriański.
Księga pierwsza NICO
Z "Dziejów Morza Środkowego" rozpoczętych w Istambule w roku 1011 hidżry Proroka (A.D. 1604) przez Dariusza, nadwornego dziejopisa Lwa Wschodu i Zachodu, sułtana Ahmeda
Malta!
Nigdy jeszcze losy imperiów nie ważyły się w bardziej nieprawdopodobnym miejscu. Zaledwie pięć wysepek tworzy Archipelag Maltański. Z nich tylko dwie, zwane Maltą i Gozo, zasługują na odnotowanie. Obie są w większości jałowe, ubogie w wodę i pokryte cienką warstwą marnej ziemi, na której wyrastają jedynie najbardziej uparte figi i melony i gdzie potrafią żyć jedynie najwytrwalsi ludzie. W czasach przedhistorycznych, na długo przed epoką brązu, wyspy zamieszkiwali starożytni, którzy pozostawili rozpadające się świątynie i koleiny wyżłobione w skałach, aby upamiętnić swoją obecność. W ich ślady poszli Fenicjanie, a po nich Kartagińczycy i Rzymianie. W zatoce na północy wyspy chrześcijański apostoł Paweł przeżył katastrofę statku, którym płynął ku swej męczeńskiej śmierci. Podczas pobytu na Malcie zasiał głęboko ziarna swojej wiary, która przyjęła się tam znacznie lepiej niż figi i melony.
Najazdy Wandalów spustoszyły wyspę, kiedy imperium rzymskie zostało podzielone na część wschodnią i zachodnią. Malta przypadła cesarstwu wschodniemu, Bizancjum, w którego rękach pozostawała do roku pańskiego 870, kiedy to została zajęta przez Arabów, pustynnych koczowników, podbijających większą część świata, sięgając na zachód aż po Półwysep Iberyjski.
Dla Malty nastał wtedy krótki i jasny okres, gdy muzułmanie żyli w pokoju wespół z chrześcijanami i żydami. Nie trwało to długo. Hrabia normandzki Roger podbił wyspy w roku pańskim 1090. Po wygaśnięciu sycylijskiej dynastii Maltę odziedziczył Niemiec, Fryderyk II, cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Wykorzystywał ją jako kolonię karną i wygnał z niej na zawsze muzułmanów. Niemców zastąpili z kolei Francuzi pod Karolem Andegaweńskim, a Francuzów - Aragończycy. Po zawarciu przez Ferdynanda Aragońskiego związku małżeńskiego z Izabelą Kastylijską Hiszpanie wypędzili ze swojego królestwa wszystkich wyznawców religii innych niż rzymskokatolicka. Maurowie, zajmujący Półwysep Iberyjski przez prawie siedem wieków, byli z niego stale spychani przez chrześcijańskie królestwa. Ostatni skrawek terytorium, Grenada, padł roku pańskiego 1492. Ten sam rok oglądał wielki exodus Maurów i Żydów ze wszystkich ziem hiszpańskich - włącznie z Maltą, gdzie siew świętego Pawła zbierał w końcu owoce.
Kto na Malcie przetrwał taki przewrót? Ludzie jednej religii, ale niejednorodnego pochodzenia i poddani różnych władców. Ich język był mieszaniną arabsko-semicko-italską, w ich strojach i kulturze przeplatały się wpływy Wschodu i Zachodu. Rządziła nimi ustanowiona przez Aragończyków oligarchia, w której lennach pracowali chłopi, jedyny stały element na Malcie.
W ciągu swej historii Malta cierpiała zarazy, plagi i grabieżczych władców, susze i korsarzy, i upalne lata. Pogardzana z powodu ubóstwa swej kultury, ziemi uprawnej i ludzi, Malta była jednak ceniona za doskonałe porty i strategiczne położenie, umożliwiające panowanie nad morskimi szlakami pomiędzy Afryką i Sycylią. To położenie w połączeniu ze wzrostem potęgi osmańskiej na wschodzie nadało wyspie znaczenie nieproporcjonalne do jej rozmiarów.
Malta znalazła swe historyczne przeznaczenie w początkach XVI wieku, po samowładnym akcie kolejnego cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Karola V, który ulokował na wyspie jej najnowszych władców, rycerzy zakonu joannitów.
Malta.
Mała i surowa wyspa, zaledwie sześć mil długości na trzy szerokości, nie większa na tym wielkim morzu niż ziarno piasku na plaży, a jednak - cóż to za ziarno!
Jakież losy się z nią splotły!
Z księgi VII: Wielkie kampanie: Malta
Żelazny ogień, czyli w obronie literatury popularnej
"Nasz stosunek do literatury popularnej, zwanej pospolicie wulgarną, świadczy najwymowniej, jak dalece nie doceniamy życia codziennego. Powieść historyczna rządzi się własnymi prawami i służy innym celom niż literatura naukowa; narzucanie jej tych zasad byłoby zresztą równie dziwaczne, jak wymaganie od współczesnej powieści przekazywania wiedzy z chemii, astronomii czy ekonomii; poza tym książka tego typu zazwyczaj nie ma w sobie nic wulgarnego; wręcz przeciwnie, jest ona punktem skupienia dla niezliczonych i płomiennych wyobrażeń" [pisownia oryg. - G.J.] - pisał Gilbert Keith Chesterton w swojej książeczce Obrona niedorzeczności, pokory, romansu brukowego i innych rzeczy wzgardzonych, która ukazała się w Polsce w 1927 roku.
I ja - za radą słynnego angielskiego pisarza - też chciałbym również zachęcić nas do docenienia prawdziwej satysfakcji i czytelniczej pasji, jakie daje powieść historyczna. Powieść Davida Balla jest właśnie taką lekturą: pełną życia, wciągającą i napisana z rozmachem.
Oblężenie Malty w 1565 roku to jedno z najważniejszych, przełomowych wydarzeń w historii - obrona wyspy powstrzymała dalszą ekspansję turecką, a kto wie, jak dzisiaj wyglądałaby Europa, gdyby to się nie udało. Trudno zatem się dziwić, że inspiracji w nim szukali także pisarze. David Ball, wychodząc od losów rozdzielonego rodzeństwa, zaprezentował w swojej powieści niezwykle szeroką panoramę akcji, która przenosi nas nie tylko na Maltę, ale także do Algieru, Paryża czy Konstantynopola. Czegóż tu nie ma! Porwanie, niewolnictwo, morskie potyczki, romans i wreszcie decydujące starcie o przyszłość świata śródziemnomorskiego, a nawet całego kontynentu. To powieść historyczno-przygodowa, czerpiąca mocno z klasycznych wzorców, ale podana w nowoczesnym wydaniu i przyprawiona do tego nierzadko dosadnym językiem oraz pikantną obyczajowością. Książka dzięki dobremu tempu, sprawnie opowiedzianej historii i wyrazistym postaciom z pewnością będzie lekturą dającą przede wszystkim rozrywkę - to solidna literatura środka, idealna na letnie wieczory lub w podróży. Choćby na Maltę.
Bo o swego rodzaju podróż w tym przypadku chodzi - seria "Przełomy" została tak bowiem pomyślana, aby zabrać czytelników literackim wehikułem na wyprawę w czasie i przestrzeni, w możliwie jak najbardziej ciekawy i różnorodny sposób, także jeśli chodzi o formę oraz stylistykę. Zatem obok dzieł wybitnych i ważnych chcielibyśmy przyglądać się przełomowym wydarzeniom z przeszłości także nieco mniej wytrawnym okiem. Mamy jednak przekonanie, że i taka perspektywa może być intrygująca, a opowieści wciągające.
Żelazny ogień taki właśnie jest - dostajemy tu wszystko, co potrzebne, aby zbudować w wyobraźni świat pełen interesujących postaci i ich losów.
W powieści amerykańskiego autora cieszy chyba przede wszystkim szerokość założenia tej historii - zarówno czasowa, jak i geograficzna. Ball ma spory talent, by łatwo i bezproblemowo przechodzić z jednej lokalizacji w drugą oraz zmieniać perspektywę, dzięki której obserwujemy perypetie całkiem sporej grupy postaci i wielu punktów widzenia. Oczywiście na pierwszy plan wysuwa się rozdzielone w dzieciństwie maltańskie rodzeństwo, ale przecież galeria typów i charakterów jest tu całkiem pokaźna i bogata. Nie są to może portrety odmalowane z jakąś wyjątkowo pieczołowitą wiarygodnością, są one troszkę papierowe, ale dzięki temu ogień emocji lepiej się przecież pali.
Trzeba też docenić dobrą konstrukcję historii, której kulminacyjnym momentem jest oblężenie wyspy, gdzie historie wszystkich bohaterów powieści zbiegają się oczywiście w decydującym starciu. Dla wielu będzie to z pewnością najbardziej atrakcyjna część książki i nie ma się, co dziwić - to bite kilkadziesiąt stron gęstego i mocnego opisu bitwy, która być może uratowała sporą część chrześcijańskiego świata przed islamską nawałnicą.
Co ciekawe dla Balla ważniejsi zdają się właśnie jego bohaterowie, a nie cała ta wielka, geopolityczna potyczka, która jest w zasadzie tylko pretekstem - to los jednostki jest istotny, to wokół pojedynczego człowieka skupia się uwaga autora. Choć Marią i Nico Borgami wielkie sprawy tego świata miotają po całym Morzu Śródziemnym, to chcą oni w tym wszystkim zachować siebie - to na nich skupia się uwaga czytelnika i to im kibicujemy od początku do końca, mimo zderzenia postaw i motywacji.
Wymieniając zalety książki, nie można też pominąć tego całego historycznego sztafażu, który buduje świat miniony, a dzięki wyobraźni autora całkiem sprawnie wskrzeszony. Bitwy morskie i lądowe, codzienne życie na galerach, oblężenie fortec, intrygi na dworze sułtana - wszystko to jest dość plastycznie oddane, z odpowiednim dynamizmem, a czasem nawet brutalnie realistyczne. Autor nie unika bowiem ciemnych stron epoki i miejsc, które odwiedza: niewolnictwa, gwałtów, pedofilii, fanatyzmu religijnego, tortur i politycznego cynizmu po obu stronach konfliktu. Można zatem powiedzieć, że ta szczera bezpośredniość mocniejszych kwestii dobitnie i dość często przełamuje ramy niewinnej powieści przygodowej.
Innym wyjściem z nieco już przecież anachronicznego myślenia o takim typie literatury jest niekiedy bardzo surowe traktowanie swoich bohaterów przez autora - to nie są postacie jednowymiarowe, ale pełne odcieni, wątpliwości i czasem ich nieoczywiste działania mogą wzbudzać mieszane odczucia. Ball bardzo stara się być obiektywny, choć być może czasem ta sprawiedliwość zarówno w pokazaniu postaci, jak i dwóch wielkich religijnych obozów, jest nieco wymuszona. Można nawet pomyśleć, że ta symetria w ostatecznym rozrachunku musi być w tej opowieści pełna, aby ludzie i zdarzenia stały się dzięki temu bardziej wiarygodne i po prostu "prawdziwsze". I trzeba przyznać, że generalnie to się udaje.
Żelazny ogień nie jest w żaden sposób powieścią przełomową, ale dotyka spraw i wydarzeń, które na pewno takie były - już choćby z tego powodu warto po nią sięgnąć i oddać się na wiele godzin bezpretensjonalnej rozrywce czytelniczej, czyli czemuś, co literaturze tak bardzo odbiera kino, telewizja i przede wszystkim internet.
Myślę zatem, że takie właśnie powieści młodzi ludzie czytali kiedyś w nocy z latarką pod kołdrą...
Grzegorz Jarosiński
redaktor prowadzący serii "Przełomy"
Rozdział 1
Malta 1552
Tego ranka, gdy przybyli łowcy niewolników, dzieci szukały skarbu. Skupione na swoim celu nie dostrzegły masztu korsarskiej galery ukrytej za wysokimi skałami otaczającymi zatoczkę, w której statek zakotwiczył na noc. Nie widziały martwego wartownika zwisającego głową w dół z wieży obserwacyjnej. Był to Bartolomeo, starszy chłopiec, który mieszkał na ich ulicy. Przecięto mu gardło podczas snu, od ucha do ucha. Jego krew już zaschła na platformie, z której miał ogłaszać alarm, platformie, z której jego zabójcy ukradli kilka desek. Dzieci nie widziały Bartolomea, bo kryły się przed nim, trzymając się głębokich rowów albo kucając za niskimi kamiennymi murkami, oddzielającymi pola tak suche i jałowe, że nawet wrony nie trudziły się ich przeszukiwaniem. Dopóki pozostawały za tymi murkami, wiedziały, że Bartolomeo nie może ich dostrzec i popsuć im planów. Zrobiłby to po prostu na złość. Bartolomeo był zwyczajnie podły.
Nie mogły widzieć ani słyszeć niewolników z galery w wąwozie o sto kroków na wschód, uformowanych w długi milczący łańcuch i podających sobie z rąk do rąk naczynia z wodą pod czujnym okiem strażników. I nie mogły poczuć galery, bo wiatr wiał im w plecy, dmuchając z północnego zachodu. Przy sprzyjającym wietrze woń galery wyprzedzała jej widok, smród był nieomylnym zwiastunem niebezpieczeństwa. Gdyby go poczuły, poznałyby zapach zguby. Miałyby czas na przestrach, czas na ucieczkę. Dziś jednak nie czuły niczego, tak bardzo pochłonęły ich marzenia Marii.
- Ojciec złoi nam skórę - powiedział z powagą Nico. Oddychał ciężko, starając się dotrzymać kroku siostrze, kiedy prowadziła go ku południowemu brzegowi Malty. Wapienne skały, po których biegli, nagrzane słońcem już parzyły mimo wczesnej godziny.
- Mieliśmy czyścić dół kloaczny.
- On się nie dowie - odparła Maria. Pomykała po skałach niczym żywe srebro, wybierając bosymi stopami drogę między ciernistymi krzewami.
Miała trzynaście lat, ale była drobna jak na swój wiek, muskularna i szczupła, a jej figura niczym jeszcze nie zdradzała, że jest dziewczyną. Ubranie miała poprzecierane, a za pas zatknęła nóż. Włosy nosiła krótko przycięte i rozwichrzone jak chłopiec. Umorusaną twarz, o skórze brunatnej od słońca, ozdabiały zielone oczy, w których paliło się zdecydowanie i umiłowanie ryzyka.
- Dziś jest zajęty, bo rozmawia z capumastru[1] o robocie przy budowie jednego z nowych fortów dla rycerzy. Poza tym ja nie odejdę, póki go nie znajdziemy. Jeśli ty wolisz szuflować łajno, niż szukać skarbu, proszę bardzo. Wszystko mi jedno.
Spędzili dwa długie dni w dole kloacznym pod swoim domem, wyciągając kubeł za kubłem zwierzęcych i ludzkich ekskrementów, żeby je potem rozrzucać po kamienistym polu pod miasteczkiem, gdzie ich rodzina usiłowała uprawiać warzywa. Opróżniali ten dół dwa razy do roku, kiedy w kuchni robiło się gęsto od much. Z wyjątkiem tych much Maria nie widziała w tym żadnego sensu. Na ich polu nic nie wyrosło od dwóch lat.
Tak samo było na całej Malcie. Deszcze nie padały i nie było zboża z Sycylii. Jej braciszek i siostrzyczka, bliźnięta, zmarli z głodu, jak połowa niemowląt w miasteczku Birgu w tym roku.
- Na Malcie nie rośnie nic oprócz kamieni i ubóstwa - mawiała jej matka. - To znaczy nic oprócz gnoju. Gdyby był nań zbyt, bylibyśmy bogaci nad wszelkie wyobrażenie.
Była to przypuszczalnie jedyna sprawa, w której Maria zgadzała się z matką. Rozrzucanie gnoju uważała za zupełnie bezcelową czarną robotę wymyśloną przez ojca. Wolała być tu i robić coś, co miało dla niej znaczenie.
- Będziemy szukać wiecznie i nic nie znajdziemy - gderał Nico.
- Znajdziemy jeszcze dziś. Ale ty możesz wracać, jeśli chcesz.
Oczywiście nigdy by nie wrócił. Ubóstwiał swoją siostrę, która była słońcem jego życia. Chroniła go przed gniewem ojca i rozpaczą matki, a przede wszystkim przed przykrościami wrogiego świata. Nie była wcale podobna do innych dziewcząt w jej wieku, z których większość zasłaniała twarze barnużą[2] i siedziała w domu.
- Kobieta powinna tylko dwa razy pokazać się publicznie - mawiała matka Marii - w dniu swego ślubu i w dniu swego pogrzebu.
Maria nie zwracała na to uwagi. Był z niej narwaniec o ognistym usposobieniu i przyrzekła sobie nigdy nie ukrywać się za barnużą. Inne dziewczęta unikały jej. Ona unikała ich. To odpowiadało Nicowi, bo dzięki temu on był kimś, z kim biegała, rozmawiała o wszystkim, z kim wspinała się na skały i szukała skarbu. Gdyby zażądała, poszedłby za nią poza skraj urwiska, chociaż takie poświęcenie często oznaczało dla niego przykrości ze strony ojca.
- Po prostu nie chcę dostać batów.
- Są gorsze rzeczy.
- Na przykład co? - Nico poczuł już skórę ojcowskiego pasa na grzbiecie. Niewiele było rzeczy gorszych niż to.
- Na przykład spędzić resztę życia, szuflując łajno. Albo pozwolić, żeby ktoś inny znalazł skarb. Jesteśmy na miejscu - powiedziała.
Dotarli do swego sekretnego miejsca, skupiska ruin na płaskowyżu górującym nad morzem. Nigdy nie widzieli tam żywej duszy. Pył naniesiony przez wiatry w ciągu stuleci zasypał większą część ruin, ale pozostały jeszcze wielkie kamienne megality, wyznaczające świątynię zbudowaną przez jakąś starożytną zapomnianą rasę. Kilka kamiennych kolumn nadal wznosiło się ku niebu, podczas gdy inne leżały zwalone w nieładzie. Przetrwały podziemne komnaty i niezliczone kryjówki. Zbadali już większość z nich, wpełzając przez otwory i wciskając się pod kamienne bloki, a czasami odkrywając nowe przejścia i pomieszczenia po prostu poprzez usunięcie gruzu i niewielkie podkopy.
Maria była pewna, że gdzieś w tym labiryncie, starannie zamknięty w jakiejś skrzynce albo w garnku, albo za kamienną płytą kryje się skarb.
Przed półwiekiem Żydzi zostali wygnani z Hiszpanii i jej posiadłości, z Maltą włącznie. Wielu ludzi wierzyło, że podczas ucieczki przed prześladowaniem zakopywali oni swoje niezliczone bogactwa, zamierzając wrócić po nie później. Maria znalazła dotąd tylko muszle i kilka starych kości, ale i tak by tu przychodziła, nawet bez nadziei na znalezienie skarbu. Kochała te ruiny. Była w nich jakaś czystość, od zapachu zaczynając, poprzez wspaniały widok na morze, dużo napomknień o minionej chwale. Czuła obecność i ducha ludzi, którzy je budowali, ludzi, którzy mieli pieniądze, dość jedzenia i nosili szaty jeszcze wspanialsze niż joannici, kroczący niczym pawie po ulicach Birgu. Tamtym ludziom dobrze się kiedyś żyło, tańczyli, śmiali się i wydawali wielkie uczty. Opowiadała to wszystko o nich Nicowi, kiedy kopali u podstaw kolumn i odwracali kamienie.
- Jeżeli byli tacy wielcy - spytał Nico, przegrzebując gruz - czemu tylko tyle po nich zostało?
- Udali się do Francy. Tam jest zielono. Wszyscy są bogaci.
- A kto powiada, że zostawili tu skarb?
- Ja tak powiadam. Mówił mi doktor Callus. On poświęca cały swój czas na szukanie. Jacyś Żydzi zostawili go chyba z tysiąc lat temu, kiedy król kazał im się wynosić.
- Żydzi nie zostawiliby pieniędzy. Mama mówi, że Żydzi prędzej zostawiliby własne dzieci niż pieniądze.
- No cóż, ci zostawili - zirytowała się Maria. - To było złoto i srebro. Nie mogli unieść wszystkiego. A ja zamierzam to znaleźć. Schowam to do czasu, aż dorosnę, a wtedy kupię sobie jakiś zamek we Francy.
Na nabrzeżu słyszała rozmowę o Francji, o jej górach i bujnych polach łubinu.
To brzmiało wspaniale: kupi sobie zamek i pośle niewolników na pola, by uprawiali łubin.
- Co to jest łubin? - spytał Nico.
- Nie wiem dokładnie, ale będę miała go mnóstwo. I służbę, i wszystkie moje stroje będą z jedwabiu, a łyżki ze srebra. Możesz mieszkać ze mną, jeśli chcesz.
- Dziewczyny nie mogą mieć zamków.
Parsknęła na to.
- Królowe mogą. Ja będę miała. Zobaczysz.
Kopali jeszcze przez chwilę, nie znajdując niczego oprócz kamieni. Miała zamiar zaproponować, żeby zajrzeli do jaskiń, którymi upstrzone były urwiska od strony morza. Niektóre były zamieszkane, ale nie wszystkie. Wiedziała, że Żydzi mieli wiele sprytnych kryjówek, a jaskinie nadawały się na kryjówki. Kopała ostrzem noża, kiedy usłyszała brzdęk. Odgarnęła ziemię palcami i wygrzebała coś małego. Miało owalny kształt i było skorodowane.
- Spójrz! - Podniosła to coś.
- Co to jest?
- Munita! Moneta!
- Wygląda jak kamień.
- Sam jesteś kamień! Jest stara, głuptasie, ale to i tak skarb. - Oskrobała ją nożem. W blasku słońca widać było słaby połysk skorodowanego metalu. - Popatrz tu, widzisz? Głowa mężczyzny. Nosi hełm!
Nico nie widział, ale i tak miał oczy okrągłe z podziwu.
- Możesz ją zatrzymać - powiedziała, dając mu ją. - Jest ich tu więcej. Czy ci nie mówiłam? Włóż ją do kieszeni. Zrób z nią, co chcesz, ale nie pokazuj dorosłym. Zaraz ci ją zabiorą.
- Grazzi[3] - wydyszał Nico, ledwie wierząc w swoje szczęście. Wsunął monetę do kieszeni i pracował dalej obok siostry z nowym entuzjazmem. Kopali ponad godzinę, a pot mieszał się z kurzem na ich czołach, gdy tak uganiali się za jej marzeniem. Wykopała jakiś garnek, dobrze zachowany, ale pęknięty na pół. Zagrzebana była pod nim biała kość udowa.
- Widzisz? To kość Żyda - stwierdziła z pewnością siebie Maria. - To znak. Oni zawsze zostawiali je w pobliżu skarbu. Jesteśmy tuż-tuż.
Nico gwizdnął cicho. Kopali jeszcze zajadlej. Maria przerwała nagle. Szarpnęła go za rękaw.
- Co to było? - wyszeptała.
- Co takiego?
Przechyliła głowę, nasłuchując uważnie. Jakiś drozd skakał wśród kamieni, polując na owady. Mała jaszczurka przywarła do skały. Wiatr dmuchał niezmiennie, suchy i gorący.
- Zdawało mi się, że słyszę głosy. - Chwilę potem pokręciła głową. - Mniejsza z tym. Nic nie było.
Wręgi algierskiej galeoty poskrzypywały cicho, gdy stojący na kotwicy okręt kołysał się na fali. Morze chlupało o burty. Żołnierze przyczaili się na rufie z arkebuzami gotowymi do strzału, czekając nerwowo na powrót niewolników wysłanych po wodę do źródła na lądzie. Statek wprowadzono do zatoczki, ale dziobem ku otwartemu morzu, by w razie nagłej konieczności był gotowy do szybkiej ucieczki. Galeota była morskim myśliwym, szybkim i smukłym, tego samego typu, jakim pływały legiony Rzymu i kupcy Kartaginy. Długa i wąska, była statkiem na dobrą pogodę, o płytkim zanurzeniu, by mogła czaić się w rzekach i na lagunach, skąd napadała na statki handlowe. Chociaż jej maszt dźwigał pojedynczy trójkątny żagiel łaciński, to nie wiatr popychał ją głównie po morzu, ale siła mięśni niewolników. Była przede wszystkim statkiem wiosłowym. Po trzech ludzi przykuto do każdej z dwudziestu czterech ław ustawionych rzędem wzdłuż obydwu burt. Podczas długich miesięcy sezonu żeglugowego nigdy nie opuszczali swoich stanowisk. Jedli, spali i załatwiali się tam, gdzie siedzieli, przy dobrej czy złej pogodzie. Ali Aga Reis, dowódca algierskiego statku, nie przybiłby do Malty w pojedynkę, gdyby nie nagła konieczność. Wyspa była siedzibą joannitów, zwanych kawalerami maltańskimi, niewiernych, których baza w Birgu była odległa zaledwie o dwie mile. Zawinął tu, żeby dokonać szybkich napraw i uzupełnić zapas wody. Omal nie stał się ofiarą własnych sukcesów. Dzięki śmiałemu najazdowi na wybrzeże Sycylii zdobył prawie stu trzydziestu niewolników. Kiedy zawrócił do Algieru, natknął się na francuskiego kupca płynącego bez eskorty. Zajął ten statek bez jednego wystrzału, wiążąc załogę pod pokładem i przeładowując bale jedwabiu oraz skrzynie pełne korzeni na swoją galeotę, póki nie zanurzyła się niebezpiecznie głęboko. Kiedy już nie miał odwagi ładować więcej, zostawił dryfującego kupca i pośpieszył do kraju. Dotarłby tam bez trudu, gdyby nie niezwykła wiosenna burza. Jego płytko zanurzony kil nie był przeznaczony do walki z rozgniewanym morzem. Fale rzucały statkiem jak korkiem. Małe działo portugalskiej roboty, zabrane z francuskiego statku, wyrwało się z ciężkich belek, do których było przymocowane. Działo potoczyło się po pokładzie, roztrzaskując beczki na wodę jak próchno, a potem łamiąc drewno i nogi sternika, gdy posunęło się w drugą stronę. W końcu przebiło się przez drewnianą balustradę i runęło do ładowni.
Chyba tylko łaskawa ręka Allaha skierowała działo w grupę niewolników, a nie wprost w kadłub. Nieszczęśni tulili się do siebie w strachu przed burzą. Ich ciała przejęły uderzenie działa, osłaniając kadłub, ale wylot lufy przebił burtę na linii wodnej, która z winy ciężkiego ładunku była wyżej niż zwykle. Morze wlewało się do środka przy każdej fali. Statek był w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Tylko szybkie decyzje Alego Agi ocaliły ich przed pójściem na dno. Siedemdziesięciu jeńców wyrzucono za burtę, aby odciążyć statek. Ważyli więcej niż jedwab i byli mniej warci niż korzenie. Większość stanowiły dzieci trzymane w tylnej ładowni i oddzielone przegrodą od rodziców. Ali Aga zawsze rozdzielał w ten sposób swoich jeńców, bo to trzymało ich w uległości. Wolałby wyrzucić dorosłych, dzieci bowiem były więcej warte, ale to rufa statku musiała być odciążona, a nie było czasu na przemieszczanie ciał albo balastu. Wiatr stłumił krzyki dzieci. Gwizdek bosmana świstał, a bicz nadzorcy trzaskał nieustannie, gdy wszyscy na pokładzie walczyli o utrzymanie statku na wodzie. Żołnierz i niewolnik pracowali razem jak szaleni, wyczerpując wodę z dna ładowni. Połowa ludzi chorowała przy tej pracy, a ich wymiociny mieszały się z morską wodą wirującą wokół ich kolan.
Potem, równie nagle jak się zaczęła, burza ucichła i morze się uspokoiło. Ali Aga zbadał uszkodzenia. Maszt wytrzymał, ale źle zamocowana pokrywa luku zawiodła. Przepadł cały zapas żywności i wiele wody. Tych trzysta dusz pozostałych na statku mogło przetrwać kilka dni bez jedzenia, in-szallah[4], lecz nie bez wody, a poza tym trzeba było naprawić kadłub.
Najbliższym lądem była Malta. Ali Aga niechętnie wziął kurs na wyspę. Mimo bliskości bazy kawalerów spodziewał się, że będą oni zajęci pościgiem za jego stryjem, legendarnym korsarzem Dragutem. Przed kilkoma dniami Dragut zdobył galerę kawalerów "Caterinetta", płynącą z Marsylii z fortuną w skudach przeznaczoną na nowe fortyfikacje Birgu. Burza czy nie, upokorzeni kawalerowie będą gonić za korsarzami jak rój szerszeni.
Ali Aga jednak nie ryzykował. Jego cieśle uporali się szybko z naprawą, używając drewna z wieży obserwacyjnej, stojącej nad południowym brzegiem. Uszczelnili styki łaty, a następnie posmołowali część kadłuba, żeby przywrócić mu morską sprawność. Pozostawało tylko czekanie na słodką wodę. Wioślarze siedzieli bezczynnie przy wiosłach, piekąc się w jasnym słońcu, które wzniosło się ponad osłonę skał otaczających zatoczkę.
Strażnicy stali na pomoście nad ładownią, żeby dopilnować zachowania ciszy. Nie wolno było wydać żadnego dźwięku, póki statek nie opuści bezpiecznie domeny kawalerów. O świcie dwóch Sycylijczyków zaczęło bić się o kawałek suchara. Szybko podcięto im gardła i wyrzucono ciała za burtę. Żona jednego z nich zapłakała, więc jej martwe ciało poszło za ciałem męża. Po tym zdarzeniu inni jeńcy siedzieli tak cicho, jakby to im podcięto gardła. Ali Aga Reis lubił mieć posłuszną załogę i pasażerów.
Kapitan spoglądał niecierpliwie na otwarte morze i ku wąwozowi. Niewolnicy zbyt długo zabawiali się z wodą. Jeśli ktoś dostrzeże galerę na kotwicy, ucieczka będzie niemożliwa. Niebezpieczeństwo wzrastało z każdą chwilą. Skały górujące nad zatoczką chroniły jego statek przed oczami nieprzyjaciół, ale też ukrywały przed nim ich obecność. Dobrze znał tę przeklętą przez Boga Maltę, równie niegościnną co niebezpieczną. Najeżdżał ten archipelag z dziesięć razy. Najczęściej lądował na północnej wyspie Gozo, zawsze słabo bronionej. Znał też jednak i ten południowy brzeg, wybierając go z powodu odosobnienia i mało znanego źródła, trudno dostępnego, w mało zaludnionej okolicy. Strażnik na wieży zginął pierwszy, przed świtem, a rozesłani ludzie mieli zabić napotkanych mieszkańców jaskiń. Dwaj czatownicy stali na górze, obserwując podejście, lecz Ali Aga postanowił posłać na urwisko więcej ludzi. Mieściły się tam ruiny, z których można było dostrzec zbliżanie się patroli albo wrogich galer.
Na jego rozkaz dwaj ludzie wspięli się na urwisko zbrojni w pistolety i noże. Wspinaczka była niebezpieczna i powolna. W końcu dotarli do szczytu, potem obrócili się i zbadali morze. Jeden dał znak, że wszystko w porządku. Następnie ruszył z towarzyszem ku ruinom. Nico zobaczył ich pierwszy. Nie szukał już skarbu. Uderzał kamieniem o kamień, starając się ukształtować kulę armatnią. Kiedy otarł pył z oczu, spojrzał na urwiska. Krew uciekła mu z twarzy. Żołądek skurczył się ze strachu. Maria wciąż była pochylona nad swoją pracą. Pociągnął ją za koszulę. Dojrzała w jego oczach lęk i popatrzyła tam gdzie on. Jakiś człowiek wspinał się na szczyt urwiska. Był krępy i brodaty. Nosił szarawary z obniżonym krokiem i nie miał koszuli. Wstał, a później odwrócił się, żeby pomóc towarzyszowi. Ten drugi był ciemnoskórym Maurem w skórzanym kaftanie, o wiele za dużym na jego szczupłą figurę. Obaj nosili sandały i turbany północnoafrykańskich korsarzy. Ci łowcy niewolników nawiedzali Maltańczyków w złych snach, pochłaniając więcej ofiar niż głód i zaraza razem wzięte. Od czasów Kartagińczyków handlarze niewolników siali popłoch na wyspach, ale nigdy nie byli tak niszczycielsko skuteczni jak korsarze z wybrzeża Barbarii. W ubiegłym roku najstraszliwszy z nich wszystkich, Dragut Reis, uprowadził prawie całą ludność Gozo. Jego ludzie przeszli przez wyspy niczym powiew śmierci. Drzewa zostały ścięte, studnie zatrute, domy spalone, kościoły zburzone, inwentarz wyrżnięty. Kiedy rozwiały się dymy, ponad pięć tysięcy dusz zniknęło w ładowniach statków Draguta. "Nawet dzieci", słyszeli tysiące razy Nico i Maria. Zwłaszcza dzieci! Nigdy jednak korsarze nie pojawiali się w tej części wyspy, gdzie żyło niewielu ludzi, a urwiska były bardzo wysokie. Aż do teraz. Dziś przybyli właśnie tutaj. Jeden z nich pomachał ręką ku statkowi i obaj ruszyli w stronę ruin.
- W porządku - powiedziała Maria do młodszego brata, udając spokój, którego nie czuła. Nico nie był tak silny jak ona, więc choć skręcała się w sobie z przerażenia, musiała być dzielna za nich oboje. Znajdowali się na wielkim dziedzińcu zarośniętym chwastami i otoczonym kamiennym murem. Od strony morza w murze były trzy otwory: dwa okienne i jeden drzwiowy. Gdyby zdołali przedostać się przez otwartą przestrzeń ku lądowi, mogliby ukryć się za rumowiskiem, a potem zniknąć za wewnętrznym murem w ruinach, w których były niezliczone kryjówki. Mogliby nawet zerwać się i pobiec ku wieży strażniczej, gdzie pełnił wartę Bartolomeo. Maria zastanawiała się, czemu nie podniósł alarmu. Bo przecież już chyba dostrzegł tamtych.
"Głupiec, pewnie śpi", pomyślała ze złością.
- Skradaj się do tamtego muru - powiedziała. - Szybko, ale bez hałasu. Jeśli będziemy cicho, nie odkryją naszej obecności.
Czołgali się z powrotem, kalecząc dłonie i kolana o ostre kamienie. Nico przecisnął się przez kępę ostów, w strachu nie czując bólu. Modlił się przy tym, żałując, że nie został w domu przy dole kloacznym, jak kazał ojciec.
- Ahfirli[5], Boże - szeptał.
- Bóg nie chce, żebyś żałował - syknęła Maria. - On chce, żebyś się śpieszył!
Dotarli prawie do obiecującego schronienie rumowiska, kiedy w otworze drzwiowym od morza ukazała się głowa w turbanie. Maria chwyciła Nica za koszulę i przycisnęła do ziemi. Zastygli jak martwi, starając się wrosnąć w podłoże. Ze zgrozą ujrzała, że ich przejście podniosło pył, który wirował w powietrzu oświetlony ukośnymi promieniami słońca. Nie mogli zostawić lepszego tropu. Korsarz badał wielki plac. Wiedział, że coś tam jest. Dał znak towarzyszowi, żeby był cicho. Mury rzucały czarny cień na chwasty i kamienie, utrudniając mu dostrzeżenie czegokolwiek. Turban poruszał się, kiedy mężczyzna lustrował wzrokiem podejrzany teren. Pochylił głowę na bok, nasłuchując, ale słyszał tylko szum przyboju bijącego o skały w dole. Wyciągnął nóż i trzymał go w pogotowiu, machinalnie przesuwając go w dłoniach. Czekał, a ostrze połyskiwało w słońcu. Ścisnął rękojeść, potem ją puścił i znów ścisnął, cierpliwy i czujny. Przez długą chwilę łowcy i zwierzyna łowna pozostawali w bezruchu po przeciwnych stronach dziedzińca, a jedynym dźwiękiem był odległy szum morza. Maria była pewna, że łomot jej serca musi ich zdradzić. Trzymała dłonią łokieć Nica. Drżał jak wystraszony królik. Nie śmiała na niego spojrzeć, nawet by mu dodać otuchy. Nie śmiała poruszyć głową. Nie śmiała oddychać. Ruch turbanu ustał. Czarne oczy wpatrywały się prosto w ich kryjówkę. Oczy korsarza zwęziły się, jakby nie był pewien, co widzi. Maria czuła jego spojrzenie, które zdawało się przewiercać ją na wylot. Odebrało jej całą odwagę.
- Szuf, wal?hi![6] - ryknął korsarz do towarzysza, a potem wypadł z drzwi.
- Biegiem! - wrzasnęła Maria.
Dzieci poderwały się na nogi i rzuciły w drzwi, które prowadziły do wąskiego przejścia pomiędzy starożytnymi murami z wapienia. Maria mocno ściskała rękę Nica, ciągnąc go za sobą i podtrzymując, kiedy się potykał. Skręcili w lewo, później w prawo, później znów w lewo, zagłębiając się coraz bardziej w labirynt. Za sobą słyszeli tupot kroków korsarzy. Maria dobiegła do wąskiego otworu wykutego w kamieniu. Wepchnęła tam Nica i wskoczyła za nim. Spadli ciężko na nogi, a potem na rękach i kolanach popełzli do kolejnych drzwi. W ciągu wieków posadzki pokryły się gruzem i pyłem i to, co kiedyś było otworami drzwiowymi, zmieniło się w niskie przesmyki. Musieli przykucnąć, żeby się przedostać. Maria uderzyła głową w kamienne nadproże. Krzyknęła z bólu i upadła na kolana. Nico przystanął, by jej pomóc. Obejrzał się i zobaczył błysk turbanu, gdy pierwszy korsarz przeciskał się przez otwór. Na ten widok wybuchnął płaczem. Usiadł, łapiąc powietrze wśród łkań. Nie mógł się ruszyć. Korsarz przecisnął ramiona przez otwór, pochrząkując, i starał się przeciągnąć dolną połowę ciała. Maria ocknęła się pierwsza.
- Dalej!
Jeszcze raz poderwała Nica do ucieczki. Wiedziała, że ich jedyną nadzieją jest dotarcie do któregoś z podziemnych pomieszczeń, gdzie mogliby się ukryć. Czołgali się na brzuchach, przeciskając się przez otwory, drzwi i wyłomy w ścianach, przepychając się przez zakurzone pajęczyny. Czasami widzieli nad sobą skrawki nieba, a kiedy indziej okrywał ich czarny mrok pod kamiennymi płytami. W jednym z takich miejsc przyczaili się, gdyż wydawało im się, że są bezpieczni. Przez chwilę słyszeli tylko własne urywane oddechy i poczuli przypływ nadziei. Potem jednak w ciemnościach rozbrzmiało stłumione chrząkanie i sapanie. Ich prześladowcy najwyraźniej nie zamierzali się wycofać. Uciekali, pogrążając się coraz głębiej w labiryncie, kalecząc sobie dłonie i kolana w tej ucieczce na oślep i nie dbając już o zachowanie ciszy. Trafili na jakiś rów i biegli dalej wzdłuż niego. Przetoczyli się pod jakimś wielkim kamiennym blokiem i wpadli na zasypaną do połowy klatkę schodową, z której wydostali się kolejnym przejściem. Ruiny nie miały końca. Wreszcie dotarli do miejsca, w którym nigdy dotąd nie byli, i wślizgnęli się przez jakiś otwór do kolejnego pomieszczenia. Część stropu nad nimi była zapadnięta i wąski snop światła słonecznego oświetlał tę przestrzeń. Była to krypta grobowa. Wzdłuż ścian wykute były rzędy nisz, a w nich widać było szkielety. Czaszki łypały czarnymi pustymi oczodołami znad ust, które zdawały się śmiać szyderczo z ich kłopotów.
Maria spojrzała na źródło światła, zastanawiając się, czy może to być droga ucieczki. Wstała i próbowała się wspiąć, ale ściana pod otworem okazała się gładka. Nie było oparcia dla stóp. Nie było wyjścia. Znaleźli się w pułapce. Rzuciła się na posadzkę i skryła w jednej z nisz, spychając na bok kości jej poprzedniego użytkownika. Przytuliła się do ściany, wciągając za sobą Nica. Jego ciałem wciąż wstrząsało łkanie, które dzielnie starał się stłumić. Ukrył twarz w jej ramieniu. Słyszeli, jak korsarze rozmawiają gdzieś w pobliżu, najwyraźniej niepewni, gdzie się podziali ścigani. Zapadła cisza, a potem w otworze, którym weszli, ukazała się głowa. Jej właściciel dyszał ciężko ze zmęczenia. Nico otworzył jedno oko, lecz na widok tamtego wybałuszył oczu. Mimo wysiłków Marii jego łkanie wypełniło kryptę. Maria objęła go ciasno, gdy usłyszeli syk prześladowcy:
- Ta-eh-la![7]
Maria przycisnęła się do ściany. Nico zaszlochał głośniej.
- Ta-eh-la! - powiedział znowu tamten.
Wślizgnął się do środka. Był to ten drobniejszy, Maur. Patrzyli z drżeniem, jak się zbliża. Widzieli białka jego oczu pod fałdami turbanu, połyskujące, szydercze, nieuchronne. Przytulili się do siebie jeszcze mocniej. Maur sięgnął ku nim, a Maria kopnęła go. Odtrącił ją i chwycił Nica za kostkę. Wrzeszczący chłopiec został wydarty z jej uścisku. Potem tamten i ją złapał za kostkę, aż zlękła się, że połamie jej kości. Postękując z wysiłku, korsarz ciągnął swoich jeńców w pyle posadzki ku wejściu, z którego drugiej strony czekał jego towarzysz. Nico osłabł ze strachu, ale Maria kopała i machała rękami. Złapała kawał starej kości i zaczęła bić nią Maura. Nie mogąc się zamachnąć w ciasnej przestrzeni, nie wyrządziła mu wiele szkody. Maur przycisnął Nica własnym ciałem i próbował ją uderzyć. Pierwszy cios chybił. Wymierzył następny, tym razem trafiając ją w usta. Poczuła, że złamał jej ząb. Po chwilowym szoku wpadła w furię i odparła atak. Porzuciła kość. Przeorała mu policzek paznokciami, próbując wydrapać oczy. Kiedy znów machnął ręką, chwyciła zębami jego ramię i przegryzła mięśnie, czując w ustach jego krew. Ryknął z wściekłości i chwycił ją za mięśnie szyi i karku. Natrafił palcami na jakiś nerw, co sprawiło, że osłabła z bólu. Jęknęła i przestała walczyć. Szarpiąc ją za szyję, przeciągnął ją do wejścia. Kilka chwil później wszyscy stali w świetle słońca w jakiejś alkowie, dysząc ciężko, ociekając brudem, potem i krwią. Maur oglądał pogryzione przedramię: poszarpany półksiężyc śladów zębów i obnażonych mięśni. Ze złością uderzył winowajczynię w ucho. Wtedy Nico próbował się wyrwać, ale drugi korsarz, ten duży, chwycił go za kołnierz. Obaj pociągnęli swoich jeńców ku krańcowi ruin, zadowoleni ze zdobyczy, choćby i sprawiała kłopot. Taka dzielna młodzież osiąga piękne ceny na targu niewolników. Kiedy zbliżyli się do urwisk, Nico zawył i zaczął się wywijać, ale porywacz trzymał go zbyt mocno. Podniósł chłopca bez wysiłku i przewiesił sobie przez ramię niczym worek. Ruszył ostrożnie w dół wąskiej skarpy u szczytu urwiska. Maria widziała, jak zaczynają schodzić. Rozumiała, że z każdą sekundą maleją jej szanse na uratowanie siebie albo Nica. Starała się dosięgnąć noża, który miała za pasem, ale Maur zacieśnił chwyt. Zarzucił ją sobie na ramiona, z głową po lewej, a nogami po prawej stronie. Śmiał się teraz z szarpaniny tego dzikiego kota na swym grzbiecie. Myśląc, że niesie chłopca, sięgnął między jego nogi, żeby ścisnąć go za jaja i uciszyć protesty. Zaskoczenie, które poczuł, odkrywszy, że niesie dziewczynę, kazało mu nieco osłabić chwyt. Maria wyczuła to i wtedy chwyciła swój nóż. Ostrze błysnęło, gdy zadała potężny cios w dół. Chciała wypatroszyć tamtego niczym handlarz ryb tuńczyka. Nie miała na to dość siły, ale zdołała rozciąć mu skórę na piersi. Krew trysnęła na koszulę. Wrzasnął z bólu i instynktownie sięgnął lewą ręką do rany. Zaciskając zęby, uderzyła znowu, tym razem mierząc w szyję. W samą porę zasłonił się przedramieniem. Ostrze noża trafiło w kość. Wypuściła broń z ręki, ale to wystarczyło. Wrzasnął znowu i zwolnił chwyt. Stoczyła się z jego grzbietu, lądując na rękach i kolanach. Stanęła na nogach i rzuciła się do ucieczki. Korsarz wyrwał nóż z rany i cisnął na bok. Skoczył ku niej, ale była szybsza. Zaczął się wspinać po skalnej skarpie. Zanim dotarł do szczytu, była już na otwartej przestrzeni, w połowie drogi do ruin. Wiedział, że zdoła ją dopaść. Długimi, pewnymi krokami zmniejszał dzielącą ich odległość. Już ją prawie miał, gdy rzuciła się w drzwi, z powrotem w ruiny. W tej właśnie chwili usłyszał gwizdek bosmana, znak, że woda jest już na pokładzie i galeota szykuje się do odpłynięcia. Zaklął, bo Ali Aga nie zwykł na nikogo czekać. Jeśli nie wróci natychmiast na okręt, zostanie porzucony na tej zapowietrzonej wyspie. Ten chłopiec - ta dziewczyna! - nie jest warta ryzyka. Przyciskając dwie rany od noża i tę boleśniejszą od ugryzienia, zawrócił i pognał z powrotem. Na drugim brzegu zatoczki, gdzie wąwóz przecinał urwisko, widział koniec kolumny niewolników niosących wodę. Zaraz będą na pokładzie. Ruszył w dół. Kiedy zniknął za skrajem urwiska, Maria wypadła z ukrycia i popędziła do skalnej półki. Maur był tuż pod nią, schodząc ostrożnie po stromych skałach. Niżej, prawie w połowie drogi do dołu, ujrzała Nica, nadal na grzbiecie porywacza.
- Nico! - krzyknęła z rozpaczą.
- Mariooo! - odkrzyknął płaczliwie Nico.
Korsarze spojrzeli na nią, a potem znów zajęli się schodzeniem. Nico zajęczał:
- Mario, pomóż mi!
Rozejrzała się zdesperowana. Dźwignęła kamień, zaniosła na skraj urwiska i rzuciła. Wiedziała, że może trafić Nica, ale nigdy nie była niezdecydowana, a lepiej było zabić Nica, próbując go uratować, niż zabić go, nie robiąc nic. Rzut był za krótki. Kamień uderzył tuż obok głowy Maura, tego, który niósł ją wcześniej. Popatrzył gniewnie, ale schodził dalej. Odskoczyła i znalazła kolejny kamień. Był tak ciężki, że podniosła go tylko na wysokość kolan. Wróciła na krawędź urwiska i rzuciła go, stękając z wysiłku. Maur coś usłyszał i spojrzał w górę, a kamień trafił go prosto w twarz. Zwalił się w milczeniu w tył, wirując w powietrzu, a potem lądując jak bezwładna masa na skałach na skraju wody. Maria krzyknęła z wściekłości. Nie zamierzała marnować kamienia na tamtego. Musiała pomóc Nicowi. Nico wrzasnął znowu, a jego rozpaczliwy płacz odbił się echem od urwisk po drugiej stronie zatoczki. Wymachiwał bezradnie ramionami, na próżno starając się stoczyć z grzbietu korsarza. Sam korsarz walczył o utrzymanie się na nogach na stromych skałach. Maria rzuciła kolejny, lżejszy kamień. Rozbił się obok głowy korsarza, obsypując go odłamkami. Ten poślizgnął się i prawie zwalił z nóg. Wypuścił Nica, który zsunął się, czepiając się tamtego oburącz za pas, z nogami w powietrzu. Przez jedną okropną chwilę wyglądało na to, że obaj runą w przepaść i zginą. Powoli, rozważnymi ruchami, korsarz poprawił chwyt. Podniósł Nica wyżej na swym grzbiecie i znowu ruszył w dół. Kiedy Maria ujrzała, że chybiła, cisnęła następny kamień i jeszcze jeden. Któryś z żołnierzy na rufie galeoty podniósł wzrok i zrozumiał, co się dzieje. Wymierzył z arkebuza i wypalił do drobnej postaci. Kula uderzyła w urwisko tuż pod nogami Marii. Niebezpieczeństwo jej nie powstrzymało. Nie czuła strachu, ślepa na wszystko oprócz swego celu. W końcu któryś z kamieni trafił porywacza w głowę. Ten rozluźnił chwyt, a Nico zsunął mu się po grzbiecie, trzymając się go jedną ręką, a drugą szukając jakiegoś oparcia. Zjechał po nodze korsarza i upadł na skalną półkę. Maria słyszała, jak jęknął, ale wstał i się rozejrzał. Szybko wybrał szlak i zaczął się wspinać w bok od korsarza, który prawie o nim zapomniał, myśląc o ratowaniu własnej skóry. Maria poganiała Nica. Umiał się wspinać, mając dom na skałach, i z pewnością był zwinniejszy niż Algierczyk.
- Ha, Nico! - krzyknęła nagląco. - Haffef! Haffef![8]
Podnosiła i rzucała kamienie. Uwolniony od ciężaru korsarz pokonał ostatni krótki odcinek do spodu urwiska. Spojrzał w górę na Nica, a potem na swój statek, upewniając się, że ma jeszcze czas. Wspiął się z powrotem na skały i zajął pozycję pod Nikiem. Wyciągnął pistolet i wymierzył w chłopca, który czepiał się skał niczym mucha. Korsarz powiedział coś do Nica. Z bliska nie mógł chybić. Nico z płaczem przywarł do ściany. Nie mógł się ruszyć, bo palce mu zdrętwiały i ledwie się utrzymywał.
- Mario! Co mam robić? - krzyknął.
Maria osunęła się na kolana. Była wyczerpana. Z trudem podnosiła kamienie. Miała zakrwawioną twarz i odrętwiałe ramię. Rzuciła kamień, a później drugi. Nie doleciały. Korsarz nie zwracał na nią uwagi.
- Mario! - zawołał znów Nico, szlochając. - Mario! Pomóż mi!
- Uciekaj, Nico!
- Ale dokąd?
Wstała i pobiegła wzdłuż urwiska na wschód, żeby znaleźć lepsze miejsce do rzucania. Tylko tyle mogła zrobić. Usłyszała huk wystrzału. Wrzasnęła, padła na ziemię i wyjrzała zza krawędzi. Nico żył. Z broni korsarza unosił się dym. Strzelił obok chłopca, żeby go przestraszyć, i to mu się udało. Nico już schodził w dół.
- Nico, nie poddawaj się! - krzyknęła, ale chłopiec nie zareagował.
Korsarz chwycił go i poniósł pod ramieniem. Nico nie walczył. Nie płakał i zdawał się zwisać bezwładnie. Korsarz szedł do galeoty, przystając na chwilę nad ciałem martwego towarzysza. Wciąż trzymając Nica, przeszukał kieszenie tamtego. Potem poszedł po skałach ku galeocie. Niebawem wnosił zdobycz na pokład. Maria zaczęła płakać, rozzłoszczona własną bezsilnością. Gardziła swymi łzami. Rzucała wciąż kamieniami, które nic już nie mogły zdziałać. Obijały się o urwisko i wpadały w morze. Rozległ się gwizdek. Czterdzieści osiem wioseł podniosło się i zabłysło w słońcu, ustawiając się niczym skrzydła z boków okrętu. Bum! Bęben bosmana wybił swe donośne wezwanie. Wszystkie wiosła jak jedno zanurzyły się w wodzie zatoki. Ujrzała Nica wrzucanego jak bela sukna do ładowni i straciła go z oczu. Bum! Galera zaczęła się poruszać napędzana wiosłami, najpierw powoli. Marynarze weszli na maszt i rozwinęli żagiel. Zwisł bezwładnie, po czym, gdy galeota wypłynęła z zatoczki, załopotał w tył i w przód, jakby nie mógł się zdecydować. W końcu wydął się na wietrze, który porwał okręt jak proca kamień. Bum! Bosman przyśpieszał. Jego dwa drewniane młoty biły na zmianę w skórę bębna, gdy jednostka nabierała szybkości. Na zew bębna wiosła zanurzały się i wynurzały, a później mknęły w przód, by znów się zanurzyć i wynurzyć. Isum![9] Głos kapitana niósł się po wodzie, gdy wykrzykiwał rozkazy. Sternik naparł na rumpel. Zgrabny statek skręcił ostro w lewo, na zachód. Bum! Głos bębna był coraz słabszy. Galeota wyglądała z urwiska jak nartnik, owad ślizgający się po wodzie na długich pajęczych nogach. Maria strząsnęła gorzkie łzy i czekała, aż ten znienawidzony owad stał się plamką na horyzoncie, uwożąc jej brata w dal.
- Nicolo - szeptała. - Nico, Nico.
Bum. A potem okręt zniknął.
Rozdział 2
- Bartolomeo! Bartolomeo! - krzyczała Maria, biegnąc ku wieży. Była w połowie wysokości drabiny, zanim go zobaczyła, a jej twarz znalazła się przy jego twarzy. Czoło i policzki miał sine i obrzmiałe, bo krew zebrała się w nich, gdy zwisał głową w dół. Reszta ściekła na niższą platformę. Przeraźliwy krzyk zamarł jej w gardle, nie wydała ani jednego dźwięku. Przez chwilę nie mogła oddychać. Zeszła z drabiny, spadła z ostatniego stopnia, podniosła się i znów zaczęła biec. Biegła przez otwarte pole, gorączkowo wybierając drogę pośród skał. Przeskakiwała rowy graniczne i niskie kamienne murki dzielące chłopskie pola. Najpierw pomyślała o Mdinie i o urzędnikach universita[10], wiedziała jednak, że oni nie wysłuchają dziewczyny. Jej matka też na nic się nie przyda. Zaleje się łzami, będzie ją obwiniać, a potem pójdzie do kościoła. Kościół. Może dun Salvago, ksiądz? Nie, on także nie. Kościół nie pomoże Nicowi. Trzeba znaleźć ojca. Pracował przy budowie nowego fortu. W pobliżu na pewno będą się kręcili rycerze, silni, dzielni ludzie, którzy mogą coś zrobić dla ratowania Nica. Bała się gniewu ojca, ale niczego innego nie zdołała wymyślić.
Wyspa Malta była mała, dwadzieścia mil na dwanaście, i prawie płaska, o łagodnych spadkach, które biegły od urwisk na południu i zachodzie do zatok oraz portów na północy i wschodzie. Pośrodku wyspy leżała Mdina, otoczone murami miasto, twierdza i średniowieczna stolica. Teraz żyła tam maltańska szlachta, odcinając się od reszty wyspy.
Maria była dobrą biegaczką, ale w skalistym terenie porytym głębokimi wąwozami dotarcie do celu zajęło jej prawie godzinę. Zmęczona częściej się potykała i znów zbierała się do biegu, pchana trwogą, podnieceniem i czystą determinacją. Wbiegła na skalisty półwysep z górującym nad nim wzgórzem Sciberras. Po jego stokach chodziły kozy, skubiąc szorstką trawę. Pobiegła na wschód półwyspem dzielącym dwie przystanie. Na jego końcu, gdzie od czasów Fenicjan stała latarnia morska, rycerze budowali nowy fort Świętego Elma. Rzuciła okiem poprzez port na Zamek Świętego Anioła, starą normańską twierdzę, służącą za kwaterę główną rycerzom świętego Jana. Za nim leżało rybackie miasteczko Birgu, gdzie mieszkała. Przy miasteczku była głęboka zatoka, a nad nią zakonne magazyny, arsenały i doki służące całej flocie galer. Podniósł ją na duchu widok galery zaopatrywanej przez niewolników. Oni sprowadzą Nica z powrotem!
Zarówno ląd, jak i woda w pobliżu nowego fortu kipiały życiem. Łodzie wszelkiego rodzaju przypływały z Birgu, wioząc ludzi i zapasy. Osły szły po skalistych ścieżkach wokół portu, dźwigając kosze załadowane materiałami budowlanymi. Niewolnicy i więźniowie trudzili się wespół z robotnikami i rzemieślnikami sprowadzonymi z Sycylii, kopiąc wielkie fosy, krusząc skały, tnąc kamienie, wznosząc mury i rusztowania oraz wciągając gruz do wypełnienia pustki między zewnętrznym a wewnętrznym murem. Kołowroty skrzypiały, a młoty dzwoniły o dłuta. Ludzie wykrzykiwali rozkazy w tuzinie języków. Maria wbiegła w tłum.
- Mój ojciec! Luca Borg! Taffejn qieghed?[11] - wołała po maltańsku, a potem znów po włosku. Spotykała się z obojętnymi spojrzeniami robotników i wzruszaniem ramionami. Pędziła z miejsca na miejsce, ale znalezienie go zabrało jej prawie pół godziny.
- Ojcze! Ojcze!
Luca Borg miał byczy kark i czerstwą twarz noszącą ślady trudów życia. Zawsze był wielkim, skorym do gniewu mężczyzną. Klęska głodu pozbawiła go energii i ducha, pozostawiając skórę, obciągającą kości, i ponury, zaszczuty wyraz oczu. W okresie głodu musiał sprzedać narzędzia, żeby kupić żywność, ale to nie wystarczyło. Nie mając pracy, siedział w domu i oglądał śmierć dwojga najmłodszych dzieci. Od tamtego czasu pracował tu i tam, dopóki rycerze nie rozpoczęli budowy fortu Świętego Elma. Luca pożyczył pieniądze na nowe narzędzia i jeszcze raz zatrudnił się jako murarz. Ociosywał szerokim toporem wapienny blok i spojrzał ostro na podchodzącą córkę.
- Maria? Co tu robisz? Czemu nie jesteś w domu?
Otarła umorusaną, zakrwawioną twarz i starała się złapać oddech.
- Zabrali go, ojcze! Zabrali Nica!
- Zabrali go? Kto? Dokąd?
- Korsarze, ojcze! Łowcy niewolników z Afryki!
- Teraz? Z naszego domu? - Wstał i ruszył z miejsca.
- Nie, ojcze. W ruinach. Szukaliśmy skarbu.
- W ruinach? Jakich ruinach?
Maria nabrała tchu i słowa popłynęły strumieniem.
- Na południowym brzegu. Blisko wieży. Mnie też o mało nie złapali. Chciałam pomóc Nicowi, ale nie mogłam. Rzucili go do łodzi i odpłynęli. Próbowałam, ojcze, naprawdę, ale nie mogłam mu pomóc. Nie mogłam ich zatrzymać. Widziałam Bartolomea. Zabili go. Wszędzie była krew.
Oczy Luki zachmurzyły się, a głos zagrzmiał:
- Matko Boska! Coście robili na brzegu? Mieliście czyścić... - Nie dokończył zdania. Upuścił kamień, który obrabiał, i uderzył ją na odlew[12]. To zwaliło ją z nóg. Łzy stanęły jej w oczach. Podniosła się z dłonią przy policzku. Ból nie zmusi jej do płaczu.
- Przepraszam, ojcze. Wiem, że źle zrobiliśmy, ale jemu trzeba pomóc. Musimy zatrzymać tamtych!
Luca zebrał narzędzia i ruszył pośpiesznie pod górę. Capumastru, mistrz budowniczy z Rodos, pochylał się nad stołem z cienkich kamiennych bloków, przeglądając plany, robiąc notatki w jakiejś księdze i wydając polecenia brygadzistom. Pochłonięty swoją pracą, nie zwracał uwagi na Luce. Luca obracał w dłoniach swój młotek. Odchrząknął. Tamten zirytowany zaraz podniósł wzrok.
- X'?ara? Xi trid?[13] O co chodzi?
Luca zdjął kapelusz i pośpiesznie wyłuszczył sprawę. Mimo że górował wzrostem nad mistrzem budowniczym, wyraźnie bał się go i mówił tonem usprawiedliwienia. Capumastru nie czekał nawet, aż Luca skończy.
- Więc go zabrali, przepadł? - spytał, przerywając.
- Si, mastru[14] - odrzekł Luca.
- Zatem to skończone. Nikt go nie może uratować. Nic się nie da zrobić. Marnujesz swój i mój czas. To twój pierwszy dzień w pracy i już jest z tobą kłopot. Mam zbudować fort. Wracaj do pracy.
Luca zawahał się.
- Mastru, muszę to zgłosić - powiedział.
- Dobrze, zgłoś. Przy basenie portowym jest któryś z braci. Jeśli się nie pośpieszysz, możesz już nie wracać. Stracisz dniówkę. A teraz daj mi spokój. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
Pełniący służbę w porcie joannita doglądał rozładunku jakiejś łodzi. Nie był pełnoprawnym członkiem zakonu, gdyż nosił połowę krzyża, co oznaczało status żołnierza. W swym czarnym habicie wyglądał jednak jak sam wielki mistrz. Rozmawiał z kapitanem łodzi, nie zwracając uwagi na Luce i Marię.
- Scuzi, illustrissimo[15] - odezwał się lękliwie Luca, ale rycerz oddalił go ruchem dłoni. Maria się zniecierpliwiła. Nie rozumiała zmiany, jaka dokonywała się w ojcu, kiedy miał do czynienia z kimś ważnym. W rodzinie był lwem. Teraz był jagnięciem. W Marii tkwił lew i nie zamierzała czekać do końca rozmowy o ładunku.
- Signore - powiedziała ostro po włosku. - Dovete ascoltare![16] Tracisz czas, panie! Jest coś, co musisz zrobić!
- Iskot![17] - Luca podniósł dłoń, żeby ją uciszyć.
Jedynym człowiekiem, którego bała się Maria, był ojciec, ale drżała tylko przed jego batami, nie słowami, i wiedziała, że nie uderzy jej w obecności rycerza.
- Musisz z nami natychmiast porozmawiać, panie.
Ku zdziwieniu Luki i kapitana łodzi rycerz obrócił się z rozbawioną miną, żeby się dowiedzieć, czego chce ten władczy chłopiec.
- Devo?[18] Naprawdę muszę, młody panie?
- Si - odrzekła Maria.
Musiała prowadzić tę rozmowę. Rycerz, jak większość jego towarzyszy, nie mówił po maltańsku. Maria znała włoski, bo jej matka mówiła tym językiem w domu, ale jej ojciec nigdy nie nauczył się więcej niż paru słów. Rycerz wysłuchał opowieści z większym zainteresowaniem niż capumastru. Zadał mnóstwo pytań. Jak wyglądała bandera statku? Ile miał wioseł? Jakiego kształtu były żagle? Później posłał swego giermka, żeby zaalarmował zamek.
- Idźcie z nim - powiedział do Marii i Luki. - Będą mieli więcej pytań. Maria ruszyła za giermkiem, ale jej ojciec się zawahał. Odwróciła się.
- Nie idziesz, ojcze?
Luca Borg wiedział, że już za późno na ratunek dla syna. Nie było natomiast za późno na ratowanie miejsca pracy, źródła utrzymania reszty rodziny.
- Po co? Nicolo przepadł. Nie popłynę za nim. Nie umiem nawet gadać z tymi ludźmi. Ty tam byłaś. Opowiedz im. Potem wróć i powiedz mi, co postanowili.
Rzekłszy to, poszedł z powrotem na wzgórze zgięty pod ciężarem narzędzi. Giermek zaprowadził ją do fortu Świętego Anioła, średniowiecznego zamku. W bramie przekazał ją innemu paziowi, który wprowadził ją na dziedziniec. Kazał jej czekać, a sam pośpieszył do wnętrza twierdzy.
Wkrótce powtarzała swoją opowieść innemu rycerzowi, Hiszpanowi w półzbroi. Po kilku chwilach konny patrol wypadł z tętentem z Birgu. W oczach Marii jeźdźcy byli wspaniałymi, groźnymi aniołami, którzy szukali sposobu uratowania jej brata. Czekała, siedząc na ławie i machając nogami, które nie sięgały ziemi. Minęła godzina, potem druga. Rycerze wchodzili i wychodzili, nie zwracając na nią uwagi. Wiedziała, że oni nigdy nie zwracają uwagi na Maltańczyków, którym często otwarcie okazywali pogardę. Czekała, obserwowała i gryzła wargi. Po dwóch godzinach patrol wrócił. Zesztywniałe ciało korsarza było ułożone na końskim zadzie, a ciało Bartolomea na drugim. Kiedy ludzie zniknęli wewnątrz, wszelka aktywność zamarła. Maria myślała, że powinni iść na galerę, ale nikt nie wyszedł, żeby jej coś powiedzieć. Zapomnieli o niej. Czekała jeszcze prawie godzinę, zanim zaczęła naprzykrzać się paziowi. W końcu pojawił się hiszpański rycerz.
- Nie ma tu nic więcej do zrobienia - wyjaśnił. - Idź do domu, dziecko.
Maria była oszołomiona.
- Nie poślecie okrętu, żeby ich dogonić?
- Galera musiałaby mieć skrzydła, żeby zdołała ich teraz dogonić, a nawet gdybym taką dysponował, dokąd miałbym ją posłać? Dokąd popłynęli? Czy ci to mówili?
- Musicie spróbować!
- Wielki mistrz ma pilniejsze zajęcia, dziecko, niż marnowanie galery na takie głupstwa.
- To nie głupstwa! To przecież mój brat! - Maria powstrzymywała łzy.
Wszyscy, od capumastru i rycerza w porcie do tego wyniosłego męża, zdawali się nie rozumieć znaczenia tragicznych zdarzeń. Nie obchodziło ich to.
- Muszę mówić z wielkim mistrzem! - rzekła.
- Idź do domu - powtórzył rycerz, tracąc cierpliwość. - Giscardzie, zabierz tego chłopca.
Giermek odprowadził ją, popychając do bramy. Znalazła się na ulicy, a brama zatrzasnęła się za nią. Odwróciła się i wrzasnęła, waląc w nią pięściami:
- Musicie wysłać okręt! Słyszysz mnie?
Kołatała i tłukła w bramę, dopóki Giscard nie wrócił.
- Odejdź stąd - powiedział ze złością - albo ci obetnę nos.
- Diabła tam obetniesz! - odparła Maria. - Nie odejdę, póki nie zobaczę się z wielkim mistrzem.
Podniosła kamień i zaczęła walić nim w bramę. Giermek otworzył wrota i odepchnął ją. Próbowała wedrzeć się do środka, ale znów wylądowała w pyle ulicy.
- Nie chcę ci zrobić krzywdy - stwierdził Giscard - ale następnym razem to zrobię.
Brama zatrzasnęła się za nim. Na próżno szukała innego wejścia. Zamek był niedostępny. Powlokła się z powrotem ku portowi przygarbiona i z opuszczoną głową. Prosiła jakiegoś rybaka o pomoc. Obiecała pracować dla niego do końca swego życia bez zapłaty, jeśli tylko spróbuje on znaleźć Nica. Roześmiał się jej w twarz i splunął do wody. Obojętność, z jaką się dotąd spotykała, była oszałamiająca. Nikt nie zamierzał nic zrobić. Nikogo to nie obchodziło. Sami tchórze. Nie chciała spotkać się z ojcem. Przekazanie mu wieści nic nie da. Wędrowała bez celu po ulicach Birgu, ciasnym labiryncie, który niewiele się zmienił od czasów średniowiecza. Ulice były wąskie i krzyżowały się pod niezwykłymi kątami, a ich zakręty były odległe najwyżej o strzelenie z łuku zgodnie z dawnymi zasadami obronności. Większość głównych ulic wychodziła na miejski plac, gdzie można było zamknąć napastników w pułapce. Mury wznosiły się ponad nią jak ściany wąwozu przerywane jedynie wykuszami i balkonami. W niektóre miejsca słońce zaglądało tylko na parę chwil, w inne wcale. Znalazła się na placu z wieżą zegarową. Popołudniowe cienie już się wydłużały, ten długi okropny dzień miał się ku końcowi. Weszła do jakiegoś kościoła i stanęła w głównej nawie. Zapaliła świecę i uklękła przed ołtarzem, żeby się pomodlić. "Każ im wysłuchać mnie, Boże. Każ im pomóc Nicowi. Powiedz mi, co robić". Kiedy dziesięć minut później wychodziła z kościoła, zobaczyła na placu procesję. Pośrodku szli dwaj rycerze otoczeni orszakiem paziów, giermków, braci służebnych i żołnierzy, wszystkich razem było ze dwudziestu. Była to procesja zakonu kierująca się do Kościoła Świętego Wawrzyńca na nieszpory. Znała z widzenia obu rycerzy. Jednym z nich był Hiszpan de Homedes, jednooki wielki mistrz Suwerennego Zakonu Kawalerów Maltańskich. Na tym świecie jedynie papież był jego zwierzchnikiem. Widywała go wyłącznie w święta, kiedy jechał przez miasto na wspaniałym koniu. Przy takich okazjach nosił hełm z pióropuszem i srebrną zbroję, okrytą szkarłatną opończą ozdobioną z przodu krzyżem joannitów. Teraz był ubrany zwyczajnie, w prosty czarny habit, a jego wysoki urząd można było poznać tylko po łańcuchu na szyi, na którym wisiał ośmioramienny złoty krzyż.
Drugim rycerzem był Francuz nazwiskiem La Vallette. Zachowujący się z królewską godnością i całkiem przystojny, był wysokim, dumnym i powściągliwym człowiekiem, który sprawiał wrażenie kogoś, kto spędził całe życie na wojnie. To on kazał zburzyć pierwszy dom Marii w Birgu. Miała wtedy zaledwie dziewięć lat, ale nigdy nie zapomniała, jak wszedł do domu, który od pokoleń należał do rodziny Borgów. Po prostu wkroczył jak jakiś król. Kierował wtedy budową fortyfikacji. Powiedział jej ojcu, że dom musi ustąpić miejsca fosie dla poprawy obronności Zamku Świętego Anioła. Kawalerowie wypłacili Luce Borgowi odszkodowanie, ale nie wystarczyło ono na odtworzenie stanu posiadania. Kupił znacznie mniejszy dom, ten, w którym obecnie mieszkali, w jednej z najuboższych dzielnic miasteczka. Był on budowany w kilku etapach. Pierwszy pokój został dosłownie wykuty w skale - mieszkanie w jaskini z innymi pokojami dodanymi później. Mury kruszyły się, nie było żadnych instalacji, a dach był dziurawy jak rzeszoto. Matka Marii miała żal, że Luca nie poskarżył się wcześniej na złe potraktowanie, ale Luca nie szukał kłopotów.
Procesja podążała ku Marii prowadzona przez chłopca niosącego sztandar. Dziewczynka poczuła przelotny ból, rozpoznając w nim Giscarda, giermka, który ją przedtem odpychał. Zobaczył ją i zrobił ponurą minę.
- Znowu ty!
- Muszę pomówić z wielkim mistrzem - powiedziała władczym tonem. Wyprostowała się na całą wysokość, ale i tak była o dwie głowy niższa od niego.
- Cofnij się! - Znów została odepchnięta, a procesja przeszła obok niej z tupaniem obojętnych butów o bruk.
- Wielki mistrzu! - wrzasnęła Maria. - Wielki mistrzu!
Zbiegła z pagórka ku kościołowi. Zebrała garść kamieni i wspięła się na jakąś ławkę. Plac był hałaśliwy, zatłoczony i zakurzony. Psy goniły za kurczakami, a wozy z warzywami grzechotały i podskakiwały. Gromadki chłopów stały, gwarząc ze sobą, niechętnie ustępując drogi procesji. Kiedy rycerze byli tuż przed nią, Maria rzuciła kamieniem. Poleciały jeszcze dwa, jeden za drugim, zanim giermek ją spostrzegł. Dwa pierwsze chybiły, ale trzeci trafił: nie wielkiego mistrza, co było jej zamiarem, lecz tego drugiego, La Vallette'a. Uderzył go w policzek, raniąc do krwi.
- Tchórze! - wrzasnęła. - Rycerze świętego Jana to tchórze!
Za pierwszym razem wykrzyknęła to po włosku, za drugim po maltańsku, żeby zyskać pewność, że wszyscy zrozumieli. Gwar na placu zamarł. Chłopi ucichli zdumieni jej zuchwalstwem. Giermek skoczył naprzód, ściągnął Marię z ławki i przyłożył jej nóż do gardła, kiedy usiłowała się wyrwać.
- Giscard! - zawołał surowym tonem wielki mistrz de Homedes. - Zostaw chłopaka w spokoju. Przyprowadź go do mnie.
- Ja go znam, wasza dostojność - powiedział Giscard. - Był wcześniej pod twierdzą Świętego Anioła. Ten chłopiec porwany rano przez algierską galeotę to jego brat. A on się wścieka.
- Nie jestem żaden on - odparła Maria, starając się uwolnić z uchwytu Giscarda. Wypuścił ją. Wyprostowała się i stała nieulękle, umorusana, drobna dziewczyna, wcale niezagubiona wśród rycerzy.
- Jestem Maria Borg. - powiedziała to gniewnie, dumnie i z wielką szlachetnością. Spojrzała na Giscarda. - I nie wściekam się bynajmniej.
De Homedes przyglądał się jej surowo, ale niekoniecznie nieżyczliwie:
- Najwyraźniej jesteś wściekła, dziecko, skoro okrwawiłaś mego towarzysza. Niewielu żyjących może się tym poszczycić.
- Nietrudno okrwawić ludzi, którzy nie walczą! Twój zakon nic nie jest wart!
Ta bezczelność zaparła dech ciekawskim widzom. Nikt, nawet najwyżsi urzędnicy, nie zwracał się dotąd w taki sposób do kawalerów. Nienawiść do nich była powszechna, ale zawsze głęboko skrywana. Rycerze zakonu świętego Jana otrzymali wyspy Maltę i Gozo przed ponad dwudziestu laty, w roku 1530, z rąk Karola V, cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego i króla Hiszpanii. W zamian za to joannici zobowiązani byli płacić corocznie czynsz w postaci sokoła. Maltańczycy mieli od dawna własny rząd, universita, ale teraz wyspą władali kawalerowie, kwiat szlachty europejskiej. Mogli zamykać obywateli w więzieniu za zwykłe przestępstwa, wieszać ich za bunt albo chłostać za taki brak opanowania, jaki okazała Maria.
- Słyszałem o twoim bracie porwanym przez niewiernych - odezwał się wielki mistrz ze smutkiem. - Gdybym tylko mógł mu pomóc.
- Więc zrób to! Masz ludzi i okręty! To chrześcijanin! Czy nie jesteś żołnierzem Chrystusa zaprzysiężonym, by go bronić? Byli tam i inni. Widziałam ich w ładowni! Twoim obowiązkiem jest ich uwolnić!
- Nie ucz mnie, co jest moim obowiązkiem - odrzekł lodowatym tonem. - Bądź wdzięczna za własne ocalenie. Los twego brata jest w rękach Boga. A teraz dość mam już twego zuchwalstwa. - Ruszył dalej, a za nim większość orszaku.
Tylko La Vallette pozostał. Był człowiekiem chłodnym i praktycznym. Stratę chłopca uważał za pożałowania godny incydent, ale niewolnicy byli monetą obiegową w tym rejonie świata. Jeden chłopiec nie miał żadnego znaczenia, a mimo to La Vallette pomściłby go stukrotnie, gdyby dano mu szansę. Nie dziś jednak. Były pilniejsze sprawy do załatwienia, a przypadek nieszczęsnego chłopca był beznadziejny. La Vallette czuł sympatię do zuchwałej dziewczyny, a zwłaszcza podziwiał jej odwagę. Nie ukarałby jej za te bezczelne słowa.
- Musisz się nauczyć trzymać język za zębami - powiedział. - Któryś z moich mniej cierpliwych ludzi mógłby ci go przyciąć.
- Nie boję się twoich ludzi - obruszyła się Maria. - Nie mam się czego bać, bo oni unikają walki. Ty także! Wiem, kim jesteś. Kazałeś zburzyć nasz dom. Mówiłeś, że to dla obrony, ale wy niczego nie bronicie. Teraz myślę, że umacniacie twierdzę Świętego Anioła i budujecie fort Świętego Elma tylko po to, żeby mieć więcej kryjówek.
Nie wiedziała, jak głęboko jej słowa zraniły La Vallette'a. Był on prawdziwym ucieleśnieniem zakonu, spędziwszy całe życie w jego służbie. I choć był człowiekiem zimnokrwistym, to łatwo się unosił. Pochodził ze szlacheckiego rodu z Prowansji, a jego przodkowie walczyli w wyprawach krzyżowych u boku Ludwika Świętego. Jako intelektualista i jednocześnie wojownik władał siedmioma językami, czytał poezję i zabijał muzułmanów. Życie La Vallette'a, całe jego istnienie, było całkowicie poświęcone jednemu celowi: walce z islamem. Jako dowódca galery prowadził wojnę z okrętami imperium osmańskiego i jego północnoafrykańskich sprzymierzeńców, korsarzy. Wypady La Vallette'a były śmiałe, odwaga zaś niepodważalna. Pojmany i zamieniony w niewolnika spędził rok przykuty do tureckiego wiosła, zanim zakon zapłacił za niego okup. Przez jakiś czas był gubernatorem joannitów w Trypolisie, chrześcijańskim przyczółku na muzułmańskim brzegu, którego bronić kazał kawalerom Karol V, kiedy dawał im schronienie na Malcie. Chociaż La Vallette widział wiele wspaniałych zwycięstw, to w ostatnich kilku latach szczęście odwróciło się od zakonu. Po zeszłorocznym upokarzającym uprowadzeniu mieszkańców Gozo przez Draguta Reisa nastąpił upadek Trypolisu. Potem wojska zakonu zostały rozgromione w zasadzce pod Zuarą, kiedy to kawalerom nie udało się zdobyć tej placówki, mającej stanowić bazę dla odzyskania Trypolisu. Niezwyciężony, jak się zdawało, sułtan osmański Sulejman ogłosił pośpiesznie Morze Śródziemne swoją własnością. Dwory europejskie, uwikłane w wojny i walki religijne, były bezradne wobec sułtana, a sam zakon joannitów wydawał się niezdolny do powstrzymania go. Morale było niskie, na dodatek kawalerowie musieli fortyfikować własną wyspę na wypadek tureckiej inwazji. To posunięcie dowodziło, że oddali inicjatywę nieprzyjacielowi. A teraz ta dziewczyna z ludu nazwała go tchórzem, wytykając mu ukrywanie się w fortach. To było oczywiście niedorzeczne, ale sprawiło, że poczuł się winny.
- Nie oczekiwałem, że to zrozumiesz - stwierdził.
- Co tu jest do rozumienia? Jeśli nie spróbujecie znaleźć mego brata, będzie na zawsze stracony. A jeżeli tobie brak odwagi, daj galerę mnie. Ja to zrobię.
- Nie wątpię, żebyś to zrobiła - odrzekł La Vallette - ale w tej chwili musisz polegać na swojej wierze. Bóg go obroni.
- To znaczy, że ty nie chcesz. - Oczy Marii miotały błyskawice.
- To znaczy, że nie mogę. A teraz muszę już iść. Bóg z tobą, dziecko - powiedział i odszedł.
Pokonana w końcu Maria osunęła się na ławę. Tej nocy nie wróciła do domu. Nie mogłaby znieść spotkania z matką i nie chciała być znowu bita. Poszła z powrotem na południowy brzeg. Spędziła tę noc na nadmorskich urwiskach, wpatrując się w morze i szepcząc Nicowi jakieś obietnice.
Z "Dziejów Morza Środkowego" pióra Dariusza, nadwornego dziejopisa Cienia Wszechmogącego, sułtana Ahmeda
Mieszkańcy północnoafrykańskiego wybrzeża Barbarii stanowią lotną mieszaninę Maurów i Żydów, Berberów i Arabów oraz renegatów ze wszystkich krajów chrześcijańskich. Do dzisiaj tamtejsi korsarze wyruszają z portów, zatok i zatoczek tego wybrzeża w poszukiwaniu zdobyczy. Ich wyprawy są finansowane bądź przez miejscowych władców, bądź przez prywatne osoby, liczące na godziwy zysk w zamian za ponoszone ryzyko.
Naturalnie korsarze muzułmańscy napadają na statki i na mieszkańców świata chrześcijańskiego, podczas gdy sami są atakowani przez korsarzy chrześcijańskich. To odwieczny rytuał, w którym szczęście szybko się odwraca: dziś można być panem, a jutro niewolnikiem. Surowe jest morze, po którym żeglują, morze, na którym żadna strona nie ma monopolu na okrucieństwo ani na okazywanie łaski. Korsarze z wybrzeża Barbarii byli naturalnymi sprzymierzeńcami osmańskiego sułtana i jego floty, chociaż nie byli jego poddanymi. Mimo całej swej potęgi nawet sułtan miewał trudności z kontrolowaniem takich mężów jak Hayreddin, znany na zachodzie jako Barbarossa, i Dragut, który został jego następcą i o którym wiele napisano na tych stronach. Lecz kontrola nie była konieczna, dopóki korsarski miecz podążał drogą sułtana. Kiedy szło o katolicką Hiszpanię, była to droga najbardziej naturalna. Używając okrętów dostarczonych przez sułtana i obsadzonych załogami złożonymi z Maurów wypędzonych z Hiszpanii, Barbarossa zajął Algier i całą Tunezję. Został admirałem floty sułtana i uznał Tunezję za doskonałą bazę dla swoich najazdów na Italię i Sycylię. Cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego i król Hiszpanii Karol V odbił Tunis, ale tylko po to, by doczekać się klęski swojej floty - i floty weneckiej, najpotężniejszej w tym regionie - w bitwie pod Prewezą w roku 1538, pozostawiając większą część morza na wschodzie pod kontrolą osmańską. W owych latach Algierem rządził bej, sprawujący władzę jako regent sułtana. Sułtan ufał swemu bejowi, ale był dość roztropny, by ulokować w tym mieście legion swych wyborowych janczarów na wypadek, gdyby beja zawiodła pamięć. Zarówno bej, jak i sułtan bogacili się dzięki wysiłkom korsarzy, którzy płacili im daniny. Mimo iż wielką część tak zdobytego bogactwa stanowiły jedwabie i przyprawy, żaden ładunek nie był ceniony wyżej niż ta najłatwiej zbywalna ze wszystkich monet - niewolnicy. Wybierani nie według rasy czy narodowości, ale według wiary, zagarniani byli całymi tysiącami z innych statków albo w najazdach, w których uprowadzano całą ludność wybrzeży. Mężczyźni, kobiety i dzieci byli zbierani jak zboże, wymieniani, sprzedawani, zabijani do woli. Żaden naród na obrzeżach Morza Środkowego nie mógłby się bez nich obejść. I dziś jak dawniej budują oni falochrony osłaniające chrześcijańskie i muzułmańskie przystanie. Oni żną zboże, które żywi głodne miasta, i piorą piękne szaty swoich panów. Galery Morza Środkowego cierpią nieuleczalny głód siły napędowej, pożerając coraz nowe ciała tak, jak ogień pożera chrust. Najpiękniejsze niewolnice zdobią haremy Topkapi, sułtańskiego seraju w Istambule, a nawet haremy Algieru pełne są szlacheckich córek z Europy. Więzienia Malty ledwie mieszczą muzułmańskich więźniów, którzy wznoszą budowle obronne kawalerów, a galery Watykanu pełne są tych, którzy poszli za Prorokiem, nie za papieżem.
Bezimienne są dziesiątki tysięcy niewolników, którzy na wszystkich brzegach i na wszystkich statkach modlą się o wyzwolenie. Wyzwolenie jest tą jedyną rzeczą, która nie będzie im dana, chyba że będą mieli szczęście uzyskać je przez śmierć lub zostaną wykupieni.
Z księgi III: Korsarze i bejowie Barbarii
Rozdział 3
Obudził go smród. Opływał go falami. Oczy miał zamknięte, gdy uderzyły weń fale dławiącego odoru rozkładu i śmierci, łajna i potu, szczyn i krwi, soli, a później znowu łajna. Powietrze było lepkie od tego odoru, a nie wiał żaden wietrzyk, który mógłby go przegonić. Na początku nie wiedział, gdzie jest. Słuchał skrzypienia wioseł, szczęku łańcuchów i trzepotania żagla oraz powolnego, rytmicznego bicia bosmańskiego bębna, gdy galeota wznosiła się i opadała łagodnie na falującym morzu. A potem sobie przypomniał. Zdał sobie sprawę, że leży w wodzie, na plecach, na jakiejś pochyłości. Czuł, jak woda ochlapuje mu brzuch, cofając się i powracając w rytm ruchu łodzi. Otworzył oczy i zobaczył plamę błękitu. Samotna mewa unosiła się nad ładownią, bawiąc się z wiatrem na bezchmurnym niebie barwy indygo. Mógł dojrzeć nogi, ręce i plecy niewolników wiosłujących na wyższym poziomie. Usiadł. Leżał w ścieku na dnie statku, w najniższej części ładowni galeoty. Obok tłoczyli się inni jeńcy między belami ładunku. Słyszał pomruk różnych języków. Pomyślał, że to arabski i hiszpański. Znał brzmienie tych języków z nabrzeży Birgu, chociaż ich nie rozumiał. Otarł usta. Dłoń poczerwieniała. Czuł przedtem zapach własnej krwi. Warga była opuchnięta. Zanurzył dłoń w wodzie i otarł nią usta. Zrobiło mu się niedobrze. Woda składała się głównie z nieczystości i uryny, wydalanych przez nagich niewolników przykutych do wioseł ponad nim i przez jego towarzyszy w ładowni. Obrócił się na łokciach i kolanach, zwymiotował. Żołądek miał jednak pusty. Kaszlał, dławił się, wstrząsały nim mdłości. Pełzł przed siebie, by się wydostać, ale nie było dokąd iść. Utknął w gąszczu nieustępliwych nóg. Odpoczywał. Usiłował nabrać tchu, złowić choć trochę świeżego powietrza, ale bez powodzenia. Było znacznie gorzej niż w dole kloacznym pod jego domem, bo dół był przynajmniej od czasu do czasu przysypywany wapnem. Po raz pierwszy w życiu pragnął być w tym dole kloacznym i szuflować łajno z polecenia ojca. Tarzałby się w nim, zajadałby je, gdyby tylko mógł się znów tam znaleźć. Spróbował przełknąć ślinę, ale spuchnięty i wyschnięty język przywierał do podniebienia. Znowu się zakrztusił. Najbliżej niego siedziała jakaś kobieta. Miała niezasłoniętą twarz i była chyba w wieku jego matki. Wychwycił jej spojrzenie, ale odwróciła wzrok. Pociągnął ją za rękaw.
- Jekk joghgbok[19] - spytał. - Jest tu woda?
Wyrwała rękaw i odwróciła się od niego w milczeniu.
- Proszę - odezwał się głośniej, nie zwracając się do nikogo w szczególności. - Czy ktoś może dać mi wody?
Nikt nie odpowiedział. Pomyślał, że nie zrozumieli.
- Prego - przemówił po włosku, w języku, którego nauczył się w domu od matki. - Qualcuno mi dara Uacqua?[20]
- Zaczekaj, aż się wysikam, a dostaniesz swój przydział jak wszyscy - odrzekł ktoś.
Rozległ się gorzki śmiech, bez cienia wesołości.
Nico miał tysiąc pytań. Przenosił wzrok z twarzy na twarz, usiłując znaleźć jakąś przyjazną. Posępne oczy spoglądały na niego z cienia, odpierając jego spojrzenie z obojętnością albo wrogością. Podciągnął kolana i objął nogi rękoma. Pomyślał, że mógłby wytrzymać i bez wody, gdyby tylko ten smród ustąpił, ale kiedy słońce uniosło się na niebie, ładownia rozgrzała się i zaduch spotężniał. Fetor był namacalny, spowijający wszystko, tak intensywnie obecny jak dodatkowy jeniec. Wnikał w pory jego skóry, palił mu oczy i płuca. Czuł jego smak. Wiadomo, że po jakimś czasie niektóre odory, choćby i te bardzo przykre, zdają się ulatniać. Ten się nigdy nie ulotni. Cały okręt cuchnął, każda deska nim przesiąkła przez lata brudu, nędzy i beznadziei. Ukrył twarz między kolanami. Słyszał, jak za burtą wiosła uderzają w wodę, zanurzają się i wynurzają, i znów zanurzają. I ten kojący szum morza omywającego kadłub. Każde uderzenie wioseł unosiło go dalej od Marii, dalej od domu. Mimo upału zaczął drżeć. Potem rozpłakał się cicho, żeby nikt nie usłyszał.
Późnym popołudniem Ali Aga kazał swemu nadzorcy nakarmić i napoić załogę. Mimo postoju na Malcie na okręcie nie było wystarczającej liczby beczek. To, co mieli, musiało być starannie wydzielane. Wioślarze pili pierwsi, bo - w razie konieczności ucieczki czy podjęcia walki - życie wszystkich na pokładzie zależało od ich sprawności. Wodę zaprawioną octem winnym spijali z gąbek przytykanych im do ust podczas wiosłowania. Rozdano rozmiękłe po sztormie suchary. Następnie swe przydziały dostali żołnierze i żeglarze, połowę tego, co wioślarze. Na końcu przyszła kolej na jeńców w ładowni. Opuszczono trap i nadzorca zszedł na dół. Nastąpił na nogę Nica i kopnął chłopca, by zszedł z drogi. Nico wycofał się z oczami utkwionymi w skarbie spuszczanym właśnie w wiadrze na linie.
Woda!
Nie było mowy, żeby starczyło dla wszystkich. Nico ruszył naprzód, przeciskając się wraz z innymi do wiadra. Tuzin szorstkich rąk odrzucił go w tył ładowni. Łapczywe usta przysysały się do skraju wiadra i natychmiast były odrywane i zastępowane innymi. Roślejsi mężczyźni wywalczyli dwie kolejki, ale nawet oni odeszli spragnieni. Kiedy ktoś pchał się za ostro, nadzorca bił go skórzanym uchwytem swego bicza. Niewolnicy wyglądali jak zwierzęta stojące po kostki w ściekach, gdy walczyli o przeżycie w chaotycznym wirze łokci i gniewu.
Nico przepychał się z furią.
- Proszę! Puśćcie mnie! Proszę!
Na próżno. Nie licząc dwojga małych dzieci, był najmniejszy w ładowni i nie miał żadnych szans. W przypływie desperacji pchnął ostro kogoś nieustępliwego. Czyjś łokieć trafił go w nos i gwiazdy stanęły mu w oczach. Upadł na kolana i ledwie uniknął stratowania w ścisku. Ktoś nastąpił mu na dłoń, a potem na tył kolana. Nico upadł na twarz. Nagle bardziej przerażony niż spragniony walczył o wydostanie się z tłumu. Podniósłszy się na kolana, umknął ze środka ładowni. Ściskał dłoń; palce go rwały. Z nosa ciekła mu krew. Po opróżnieniu czwartego wiadra nadzorca krzyknął i wiadro uniosło się na linie. Następnie poszedł i sam nadzorca, głuchy na wołania o więcej wody i prośby o jedzenie. Trap wciągnięto.
Przygnębienie i rezygnacja znów zapanowały w ładowni, gdy pojmani poszukali sobie najlepszych miejsc do siedzenia czy leżenia. Nico był przy lewej burcie. Nie mógł wstać, bo pokład był za nisko i nie było tam miejsca, żeby się wyciągnąć. Siedział zgarbiony, wciśnięty między jakiegoś wielkiego mężczyznę a drewnianą skrzynię. Wolał to niż leżenie w ścieku na dnie, ale zastanawiał się, czy teraz ma jakiekolwiek szanse na zdobycie wody. Przyglądał się wielkiemu mężczyźnie, jednemu z tych, którzy upili z wiadra dwa łyki. Miał gruby kark, węźlaste mięśnie na ramionach, dłonie wielkie i zgrubiałe, a z wielu wypalonych blizn Nico poznał, że był on kowalem. Opiekował się żoną z małym dzieckiem, którzy przy nim leżeli. Teraz Nico zobaczył, że kowal nie połknął swego drugiego łyku wody. Schylił się ostrożnie nad dzieckiem i starał się je napoić, ale większość cennego płynu ściekła po policzku maleństwa. Dziecko było chore i nie poruszyło się ani nie otworzyło oczu. Mężczyzna zajął się żoną, która była chyba ranna. Przy każdym ruchu jęczała z bólu. Kowal z wielką czułością położył jej głowę na swych kolanach i zdawało się, że ją całuje. Jęknęła i zaczęła kaszleć, rozlewając resztki wody.
O zmierzchu rytm bębna bosmana zwolnił tempo, a wiosła zwolniły wraz z nim. Bęben ucichł, wiosła zostały wciągnięte. Galeota stanęła na kotwicy na nieruchomym morzu. Wioślarze dzwonili łańcuchami, układając się do snu. Z pokładu dolatywał pomruk arabskich modlitw, a później cicha rozmowa i śmiech. W ładowni pomruk rozmów ustąpił innym modlitwom, chrześcijańskim, a potem zapadło milczenie. Czas wlókł się nieznośnie. Ktoś kaszlał, a ktoś płakał. Nico słyszał jakiś ryk niesamowicie brzmiący w mroku. Tak zwykło ryczeć bydło. Lecz teraz taki dźwięk wydał człowiek, bo na okręcie nie było krów. Niebawem i ten odgłos ustał. Nico jeszcze nigdy w życiu nie czuł się taki samotny. Gdy zmierzch przeszedł w noc i ciemność wypełniła ładownię, jego jedynymi towarzyszami byli zaduch i cicha rozpacz.
Później Nico musiał sobie ulżyć. Wytrzymał przez dwie długie godziny, aż wreszcie zaczął się wić z bólu. W końcu uświadomił sobie bezcelowość powstrzymywania się z naturalną potrzebą. Nie było dokąd iść. Nie było nawet kubła, który by sobie podawano. Zrobił więc to, co musieli robić wszyscy, tam, gdzie leżał. A potem spróbował zasnąć. Pół godziny przed świtem galeota znów była w drodze, a jej wiosła miarowo zagarniały morze. Nawet jeżeli jakaś bryza wypełniała żagiel, nie czuło się tego pod pokładem, gdzie dotkliwy upał przypiekał pojmanych niczym garnki w piecu garncarza.
Podczas porannego wydawania wody Nico znów usiłował dosięgnąć wiadra. Odszedł posiniaczony i z suchym gardłem. Widział, jak kowal wraca z policzkami wypełnionymi wodą dla rodziny. Tym razem jednak nie pochylił się nad dzieckiem. Zamiast tego przyłożył usta do ust żony, próbując nakłonić ją do picia. Jęknęła i nie przyjęła wody. Resztkami sił podała dziecko mężowi. Podniósł tkaninę zakrywającą twarz maleństwa. Dziecko było martwe. Patrzył przez długą chwilę, a potem je zakrył. Znów pochylił się nad żoną, sącząc wodę na jej usta, ale nie połknęła ani kropli. W końcu kowal usiadł pokonany. Spostrzegł, że Nico go obserwuje. Odwrócił wzrok i połknął resztę wody.
Nie dostawali nic do jedzenia i żołądek Nica kurczył się w znajomym bólu. Kiedyś w okresie głodu wytrzymał bez jedzenia przez pięć dni. Wiedział, że mógłby znów to znieść, ale nigdy przedtem nie cierpiał z pragnienia. Z każdą godziną skorupa w jego ustach sztywniała, nie ustępując językowi, który zdawał się powiększać i odmawiał posłuszeństwa. Chłopiec wiedział, że musi twardo walczyć o wiadro. Tego wieczoru torował sobie drogę, zaciekle bijąc, kopiąc i gryząc. Przedzierał się między ciałami a pochyłym dnem śliskim od nieczystości. Wpadł na jakąś kobietę, która poślizgnęła się i upadła. Przypadkiem uderzył ją kolanem w twarz. Ściskała kawałek chleba, a ten cios osłabił jej chwyt. Zauważył to, wydarł jej chleb i wepchnął go sobie do ust. Chleb był bardziej wyschnięty niż jego język. Nie zdołał go połknąć. Wypluł go na dłoń i schował do kieszeni. Posuwał się dalej, ale raptem przystanął. Nigdy dotąd niczego nie ukradł. Czując się winnym, zawrócił, by pomóc kobiecie wstać, lecz powstrzymało go złe spojrzenie jej lodowato niebieskich oczu. Matka Nica stale go ostrzegała przed złym okiem. Zdjął go strach, że wzrok tej kobiety może przyprawić go o chorobę albo śmierć. Bał się jej dotknąć. Przeżegnał się i popełzł dalej. W gąszczu nóg dostrzegł trap, ale to było wszystko, co osiągnął. Kiedy sam próbował wstać, został brutalnie zwalony z nóg. Ktoś go kopnął. Jęczał z bólu, ale w tym zamęcie nikt go nie słyszał. Jeszcze raz pokonany poczołgał się ku burcie. Znów zobaczył tę kobietę, tym razem wyraźniej. Wydawała się chora. Jej twarz była upiornie blada. Otworzyła oczy. Na jego widok uśmiechnęła się, ale był to szyderczy uśmiech, który zmroził mu serce. Odwrócił się od niej.
Tej nocy sen nie nadchodził. Strasznie bolała go głowa. Nie był w stanie splunąć, a język przywarł mu do zębów. Mimo upału czuł, że ma dreszcze. Podniósł głowę, by sprawdzić, czy tamta kobieta patrzy. Chociaż miała opuszczoną głowę, a twarz zasłoniętą, to czuł, jak jej złe oko wwierca się w jego duszę. Wyłowił jej chleb z kieszeni. Ogryzał go, dławiąc się okruchami, usiłując zmiękczyć je śliną. To nic nie dawało. Chleb ranił mu gardło. Połykał go po okruszynie. Poczuł coś jeszcze w kieszeni i wyjął monetę, którą Maria dała mu rano w dniu, gdy go porwano. Nadal przypominała kamyk, ale zaczął ją pocierać, przyglądając się kobiecie i żując. Wiedział, że matka rzucałaby w ogień liście laurowe albo gotowała koci ogon, lub zawiesiła mu na szyi muszlę kauri, żeby go ustrzec przed złym okiem wiedźmy. Moneta wyglądała jak kamyk, ale wciąż ją pocierał, myśląc, że może to być talizman, który go ochroni.
- Boże, broń przed diabelskim okiem - mamrotał, pocierając ją palcami. - Boże, zabierz tego diabła - powtarzał te słowa wciąż na nowo.
Nie mógł się przy tym zdecydować, czego boi się bardziej: Boga czy diabelskiego oka, więc dodał kilka modlitw, prosząc Boga o wybaczenie kradzieży chleba. Potem usłyszał głos matki, mówiący, że Bóg czyta jego myśli, zwłaszcza te kłamliwe. Bóg wie, że on modli się dla własnej korzyści. Nico nie miał pojęcia, jak to naprawić, ale nie zamierzał zwrócić chleba. Uznał, że za wiele o tym myśli. Zapadł w sen, gardząc sobą, pewien, że jeśli w ogóle się obudzi, to w płomieniach piekła.
Tymczasem obudził się rano, by ujrzeć martwe ciała wyciągane z ładowni na tej samej linie, na której opuszczano wodę. Naliczył ich siedem. Z pełną winy ulgą rozpoznał kobietę ze złym okiem, którą wyciągano pierwszą. Namacał w kieszeni monetę przekonany, że był sprawcą jej śmierci. Pocierał monetę, gdy ciało się wznosiło, i modlił się żarliwie, żeby zło w nim samym zmarło wraz z kobietą.
Druga była żona kowala, której ciało mąż owinął w nocy szatami jak całunem. Kiedy jej osłonięta postać zniknęła, kowal uwiązał do liny dziecko. Zawiniątko pomknęło w górę lekko jak piórko. Nico słyszał pluski. Ktoś odmawiał modlitwę. Inni przyłączyli się, mamrocząc swoje pacierze. Kowal wrócił na swoje miejsce. Nico ujrzał przerażający wyraz jego twarzy.
- Bardzo żałuję - powiedział.
Jego słowa były ledwie słyszalne, bo struny głosowe nie pracowały, jak należy. Kowal spojrzał na niego otępiałym wzrokiem. Prawie niedostrzegalnie skinął głową. Potem położył się na boku, używając potężnych dłoni jako poduszki. Oczy miał otwarte. Patrzył na Nica, ale go nie widział.
Popołudnie przyniosło krótką akcję na morzu i wybuch nadziei. Z pokładu dobiegły okrzyki niepokoju. Zabrzmiał gwizdek bosmana, a bicie w bęben przyśpieszyło do pędu. Wiosła trzymały tempo dwudziestu sześciu uderzeń na minutę. Niewolnicy stali przy ławach, ciągnąc mocno swe wiosła i nadając galeocie gorączkową prędkość. Łańcuchy szczękały, a okręt prawie leciał po wodzie. Ci w ładowni usłyszeli potężny plusk, a chwilę później odległy huk działa. Jeńcy poderwali się z otępienia. Siadali, kręcili głowami, starali się zrozumieć, co się dzieje.
- Dzięki Bogu, flota cesarska! - zawołał ktoś.
- To zakon! - powiedział ktoś inny.
Nico się ożywił. Oczywiście! To było to! Galera joannitów, ścigając ich, przybywa w końcu w odpowiedzi na jego modlitwy. Setki razy przyglądał się, jak wielkie galery zakonu wypływają z doków pod castello[21]. Ich kapitanowie we wspaniałych barwnych strojach stąpali dumnie jak bogowie po pokładach, ludzie oręża i honoru dowodzący tysiącami mieczy gotowych siekać niewiernych. Od dzieciństwa słyszał opowieści o ich legendarnych wyczynach na morzu, o wielkich bitwach staczanych przez wspaniałych krzyżowców, przed którymi korsarze zmykali jak szczury i którzy przebijali ich bezbożne serca w ciałach złodziei oraz morderców. Tak, Nico umiał z zamkniętymi oczami dojrzeć ich nawet teraz przez burtę kadłuba, spostrzec ich okręt, zbliżający się, by go ratować, oraz krzyże na czerwonych i białych proporcach trzepocących na wietrze. Ponad biciem bębna dała się słyszeć krótka palba[22] z arkebuzów. Poczuli, że galeota ostro zmienia kurs i przez chwilę zdawało się, że zderzą się z tym niewidocznym okrętem. Nico natychmiast wyobraził sobie taran statku przebijający ich kadłub i morze wdzierające się do środka, gdy porywacze i pojmani razem szli na dno. Sto par oczu podniosło się ku otworowi ładowni, jak gdyby dało się coś tam zobaczyć albo nadzieją i modlitwą sprawić, by coś się zdarzyło. Znowu huknęło działo, ale Nico pojął, że odległość wzrosła i tym razem nie usłyszał plusku. Nie było też już więcej ognia z arkebuzów. Po dwudziestu minutach zabójczego tempa bęben zwolnił nieco, ustalając szybki rytm, który wioślarze utrzymywali jeszcze przez godzinę. Nico czekał na kolejne wystrzały, ale słyszał tylko trzask bicza nadzorcy na karkach wioślarzy i czasami rozkazy reisa[23]. W końcu bęben znów zwolnił. Chwilę potem zabrzmiał gwizdek i połowa wioślarzy ułożyła się na spoczynek, podczas gdy pozostali wiosłowali już w powolnym rytmie. Z pokładu słychać było śmiech. Nie było na świecie okrętu dość szybkiego, by zdołał doścignąć algierską galeotę w pełnym pędzie. Ona była orłem, a te inne - jastrzębiami. Jeńcy mogli sobie tylko wyobrażać, jakiego wybawiciela prześcignął ich statek, jakie wybawienie ich ominęło. Nadzieja, która zabłysła na krótko w ładowni, przygasła znów w znajomym mroku rozpaczy.
Przy wieczornym wydawaniu wody kowal nie wykonał żadnego ruchu, żeby się napić. Leżał wciąż na boku, w tej samej pozycji przez cały dzień. Otworzył oczy, gdy wszczął się tumult wokół wiader, ale potem znów je zamknął. Nico czuł się za słabo, żeby choć spróbować. Leżeli we dwóch obok siebie, podczas gdy przepychanie się do wody odbywało się bez nich.
Nico obudził się czwartego dnia niewoli. Zamrugał i skrzywił się z bólu. Powieki miał szorstkie i każde mrugnięcie było jak tarcie worka o wrażliwe oczy. Wiedział, że jeśli wkrótce nie dostanie wody, umrze. Z trudem obrócił się twarzą do kowala, który miał otwarte oczy. Patrzyli jeden na drugiego.
Zaczęło się znajome poruszenie, które poprzedzało każde wydawanie wody, szczęk wiader i zajmowanie pozycji przez spragnionych jeńców.
Nico spojrzał błagalnie na kowala.
- Proszę - wychrypiał niemal szeptem. - Pomóż mi się napić.
Wiadro pełne wody opuszczano do ładowni za nadzorcą, który stał na drugim stopniu trapu tuż nad ściekiem w dnie. Pierwsze wiadro zostało opróżnione błyskawicznie i równie szybko zniknęło w górze. Kowal ani drgnął. Drugie wiadro zjechało na linie pełne i podjechało w górę puste. Tamten nadal się nie ruszał. Nico pomyślał, że on może nie zamierza w ogóle wstać, nawet żeby się napić.
- Proszę... - zaczął znów błagać.
Zastanawiał się, czy tamten jest przytomny. Oczy miał wprawdzie otwarte, lecz zamglone, wzrok nieobecny. Twarz bez wyrazu.
Trzecie wiadro trafiło w gąszcz wzniesionych rąk. Część wody wylała się wśród gniewnych krzyków. A potem i ono zniknęło. Nico z trudem uniósł się na kolana. Musi spróbować sam tego dokonać. Kowal się poruszył. Wsparł się na łokciu, a później przyklęknął.
- Pro... - zaczął znów Nico, ale tamten już podjął decyzję. Wyjął z kieszeni spodni jakiś pakiecik owinięty w płótno. Bez słowa wcisnął go w ręce Nica. Chłopiec otworzył zawiniątko. W środku było sześć złotych dukatów weneckich. Nicowi dech zaparło. Tyle pieniędzy nigdy jeszcze nie widział. Spojrzał zdumiony na kowala. Mężczyzna szybko wziął pakiecik, zawinął monety i włożył paczuszkę do kieszeni Nica. Następnie chwycił jego ramię w stalowy uścisk i ruszył błyskawicznie ku trapowi, ciągnąc chłopca za sobą. Kowal był największym i najsilniejszym człowiekiem w ładowni; wszyscy rozstępowali się przed nim niczym morze przed dziobnicą. Nico ani się spostrzegł, jak znalazł się przy trapie z ustami przy wiadrze. Łykał najszybciej, jak mógł, najpierw krztusząc się i kaszląc, ale potem nabrał pełen łyk, drugi i trzeci, wody słonawej, lecz wspaniałej. Zdawała się znikać w jego ustach, zanim jeszcze spłynęła do gardła. Nadzorca zaczął go odpychać, ale ramię kowala powstrzymało i jego, i niewolników walczących o swój udział. Nico pił dalej, łykając łapczywie. Ale wtedy wiadro zabrano. Nico popatrzył z wdzięcznością na swego dobroczyńcę.
- Grazzi - powiedział, myśląc, że tamten upomni się o swoją kolej. Lecz kowal nie odpowiadał, utkwiwszy mordercze spojrzenie w nadzorcy. Z oszałamiającą szybkością rzucił się naprzód i chwycił nadzorcę za gardło, spychając Nica drugą ręką w wodę na dno ładowni. W oczach nadzorcy błysnęło zaskoczenie i wściekłość. Ruszył ku wyjściu z ładowni, ale kowal miał żelazny chwyt, długo hartowany przy kowadle. Jego palce powoli zgniatały tchawicę ofiary. Dźwignął tamtego z trapu i trzymał go w powietrzu. Nadzorca wytrzeszczył oczy, dusząc się i trzepocząc rękami. Bicz wpadł w ścieki. Ktoś podniósł go i potrząsnął. W ładowni rozbrzmiał chór buntowniczych głosów. W następnej chwili rój strażników runął z pomostu w dół po trapie. Poprzedzani drzewcami halabard, cięli podobnymi do toporów ostrzami podniesione twarze i wbijali ich stalowe kolczaste końce w nieosłonięte ciała. Po oczyszczeniu drogi sześciu strażników skoczyło w ten chaos. Dwóch chwyciło kowala, a pozostali rąbali oszalały tłum. Nico umknął do tyłu, z oczami utkwionymi w śmiertelnym starciu przy trapie. Twarz nadzorcy pokryła się plamami, a potem posiniała. Nawet wtedy, kiedy już przestał walczyć, kowal nie rozluźnił chwytu. W ciasnej przestrzeni strażnicy nie mogli użyć swych halabard. Nico ujrzał błysk ostrza krótkiego noża godzącego w bok kowala. Ten nawet się nie skrzywił, a wręcz zwiększył wysiłki. Użył martwego ciała nadzorcy jako taranu. Uderzył nim napastnika, który runął na wznak do ścieku. Powalonego natychmiast dopadli dwaj jeńcy, przytrzymując go za ramiona, gdy topił się w nieczystościach. Stracił przy tym nóż, który upadł u stóp Nica. Chłopiec patrzył nań zbyt wystraszony, by się ruszyć. Kowal wciąż szarpał się z Algierczykami, korzystając z ciała nadzorcy jako tarczy i odpierając nim ciosy halabard strażników. Przez chwilę wyglądało na to, że kowal, o dziwo, był górą. Zdawał się nie czuć bólu. Był zbyt wielki, by drobniejsi mogli go powstrzymać. Padali jeden po drugim, gdy wywijał trupem jak maczugą. Chociaż tak silny, to nie poruszał się jednak dość szybko. Dosięgło go jedno ostrze, potem drugie. Krew opryskała Nica, gdy nowi ludzie wpadli do zatłoczonej ładowni, a ich wprawne ostrza rozprawiły się skutecznie i okrutnie z resztkami oporu. Chwilę później krótki bunt został stłumiony. Tym razem Nico naliczył dwanaście ciał wyciąganych z ładowni: czterech strażników i ośmiu jeńców, z których dwaj jeszcze nie byli martwi. Ciało kowala było ostatnie. Podnoszono je linami za kostki u nóg. Nico patrzył w milczeniu, jak unoszą się jego nogi, a następnie tors; otwarte oczy były równie pozbawione wyrazu po śmierci jak za życia. Wkrótce trup zniknął, a Nico usłyszał znajome pluski. Siedział otępiały, bez ruchu. Zdawał sobie sprawę, że drży. Poznał śmierć aż za dobrze, ale zawsze była ona skutkiem choroby albo głodu. Nigdy nie widział człowieka zabitego przez innych ludzi. Po kilku chwilach zaczął jednak myśleć tylko o tym, jak zdobyć następny łyk wody.
Niektórzy z pojmanych szeptali o odwecie, który z pewnością na nich spadnie. Lecz kapitan na rufie wcale nie przejmował się porannym zajściem. Jego los, los okrętu i wszystkich na pokładzie został zapisany na długo przed początkiem tej podróży. To wola Allaha ściągnęła sztorm i z jego woli tak wielu przeżyło. A teraz, gdy są w potrzebie, jeśli Allah zechce ich napoić, da im wodę. Jeśli nie, malisz, mektub[24]. Mniejsza o to; tak było sądzone. I rzeczywiście, tego popołudnia galeota zawinęła do zatoczki na wyspie Lampeduzie, leżącej w cieśninie między Sycylią a Afryką Północną. Z okrętu spuszczono łódź, która wkrótce wróciła z beczkami słodkiej wody, żywnością i zapasami, mającymi zastąpić te utracone podczas sztormu. Kapitan dopilnował, żeby wszyscy na pokładzie dostali swój przydział wody. Do jedzenia wydał zatęchłe suchary okrętowe, twarde jak kamień, lecz sycące. Nico łapczywie pożarł tyle, ile mógł. Ku jego zdziwieniu nie było tego dużo.
Pokład zmyto morską wodą, a nieczystości usunięto, podając sobie wiadro za wiadrem w łańcuchu rąk. Zaduch niezbyt się zmniejszył, ale ładownia wyglądała o wiele lepiej.
Następnego dnia o świcie zabrzmiał bęben. Nowy nadzorca kroczył po pomoście między rzędami wioślarzy, których długie drewniane ramiona zagarniały morze, zaczynając następny etap podróży. O tej porze roku było jeszcze za wcześnie na wiatry wschodnie, które wypełniłyby żagiel, więc postęp podróży zależał od siły wioseł i od bicza nadzorcy, który wprawiał je w ruch. Trwało to jeszcze dwanaście dni. Po okrążeniu przylądka Bon wzięli kurs na zachód, nie tracąc z oczu afrykańskiego wybrzeża. Podczas tej podróży przystawali po wodę i żywność jeszcze sześć razy. Nico dostawał pić dwa razy dziennie, bez walki, i coś do jedzenia każdego dnia o zmierzchu, chociaż nigdy nie było tego dość, by mieć pełny brzuch. Noce spędzał przeważnie bezsennie, wypełniając sobie czas marzeniami o domu i słodkimi wizjami Marii. Jego dni były niekończącym się koszmarem winy, gniewu i samoudręczenia. Wciąż na nowo wmawiał sobie, ile to ojciec miał z nim kłopotu. Nie wątpił jednak, że kiedyś wróci do domu. Jeśli nikt po niego nie przybędzie, ucieknie. Pomacał zawiniątko w kieszeni. Kowal ofiarował mu fortunę - dość, by kupić sobie wolność, był o tym przekonany.
Nadal nie mając pojęcia, dokąd zmierza i co go czeka, Nico żuł twardego suchara i pocierał monetę Marii. Nagle przerwał. Policzył w pamięci dni. Zrobił to jeszcze raz, odliczając wstecz. Trochę mu się pomyliło, bo jeden dzień przechodził w drugi, ale wiedział, że gdzieś tam wśród trzech ostatnich dni był dwudziesty czwarty maja. Jego dziesiąte urodziny.
Z "Dziejów Morza Środkowego" pióra Dariusza, nadwornego dziejopisa Władcy Dwóch Mórz, sułtana Ahmeda
Był to czas wielkich napięć religijnych, nie tylko na Malcie, ale także na całym świecie wokół Morza Środkowego. Marcin Luter przybił swoje tezy nie do drzwi zamkowej kaplicy, ale wprost do serca Kościoła, którego skorumpowani dostojnicy przyglądali się, jak herezja rozprzestrzenia się z Niemiec, dopóki nieomal zagroziła pochłonięciem całego ich świata. Być może jedynie konflikt między heretyckimi szyitami z Persji a ortodoksyjnymi sunnitami dorównywał rozmiarami, namiętnością i ogniem konfliktowi między katolikami a protestantami. Była jednak pewna zasadnicza różnica. W islamie zakazane jest nawracanie siłą, podczas gdy w świecie katolickim jest to wciąż normalna praktyka, a przymus i zastraszanie stosowane są na równi z perswazją; wyjątkowym narzędziem terroru, które stworzyli chrześcijanie, jest inkwizycja. Ta jedyna w swoim rodzaju instytucja została ustanowiona w XII wieku do walki z czarami i herezją. Szczególnie odrażającą postać przybrała w Hiszpanii, gdzie wspierała monarchię w tępieniu ochrzczonych żydów i muzułmanów podejrzewanych o powrót do starej wiary. Utworzona przez wielkiego inkwizytora Torquemadę, którego nienawiść do Żydów nie znała żadnych ograniczeń, znalazła zastosowanie jako narzędzie terroru zarówno religijnego, jak i politycznego, i wkrótce jej stosy wyrwały się spod kontroli. Nawet sam papież, który spuścił ją ze smyczy, nie zdołał pohamować krwawych ekscesów.
Pół wieku później, w roku 1542, papież Paweł III, chcąc zwalczyć nowe zagrożenie - protestantyzm, przebrał starego wilka w nowy strój, przemianowując go na Świętą Rzymską i Powszechną Inkwizycję. Władzę nad tą instytucją złożył w ręce kolegium kardynalskiego. Chociaż stłumienie fałszywej doktryny było głównym celem jej istnienia, to nie miała używać ekstremalnych metod inkwizycji hiszpańskiej. Do denuncjacji podchodzono z wielką ostrożnością, bo Kościół szybko się nauczył, że człowiek może ulec pokusie wydania swego sąsiada po jakimś sporze niedotyczącym religii. Zalecane kary miały być mniej radykalne niż dawniej, obejmować pokutę, grzywnę, a nawet wygnanie. Stare narzędzia nadal jednak leżały w zasięgu ręki inkwizytora, kiedy ich potrzebował, a na stosach nadal wybuchały płomienie.
Z księgi I: Walki religijne: inkwizycja
Rozdział 4
Wielebny Giulio Salvago przybył na Maltę w roku 1546, w tym samym dniu, w którym spalono na stosie jego poprzednika. Zszedł ze swego statku i wchodził z nabrzeża po stopniach prowadzących do Birgu, starożytnej rybackiej osady gnieżdżącej się na małym półwyspie za Świętym Aniołem, zamkiem stanowiącym kwaterę główną joannitów. Nikt go nie witał, ale od razu zdał sobie sprawę, że przybył w środku jakiegoś ważnego wydarzenia. U szczytu schodów został porwany przez wielki i hałaśliwy tłum, kierujący się ku głównemu placowi miasteczka. Psy szczekały, a dzieci na ramionach ojców kłóciły się o lepszy widok. Mężczyźni krzyczeli i bili się w piersi, kobiety rwały sobie włosy z głowy i mdlały w religijnym uniesieniu. Mnisi nurzali się w tłumie, a ich głosy unosiły się w modlitwie. Robiono szybkie interesy na miejscach stojących, które czekający od świtu sprzedawali amatorom odczuwania żaru świętego ognia na twarzy. Wszystkie okna wychodzące na plac i wszystkie dachy były pełne ludzi. Salvago złowił urywki rozmów i modlitw:
- Eresia... Luter... Jesuald...[25]
Serce zabiło mu mocniej. Wiedział, że jego poprzednik miał na imię Jesuald. Pośrodku placu wkopany był pal. Drewno i chrust piętrzyły się wysoko u jego podstawy. Przy powolnym biciu bębna pojawił się na placu wóz zaprzężony w muła, wiozący jakiegoś człowieka z więzienia pod pałacem biskupa. Nieszczęśnik miał podartą koszulę. Salvago wzdrygnął się, spostrzegłszy, że ta koszula to założony na lewą stronę ornat, na którym wymalowano krzyż świętego Andrzeja na znak zguby. Pod ornatem widać było blizny i sińce, efekty długich przesłuchań.
- To się należy tej świni. Nie okazał skruchy...
Salvago przeżegnał się i przepchnął do przodu wraz z innymi. Jesuald walczył z łańcuchami, usiłując wykrzyczeć coś spod knebla. Założono mu go, by zapobiec zarażeniu bluźnierstwami trzódki grzeszników urzeczonych rytmem orszaku śmierci. Więzień miał wytrzeszczone oczy, nie ze zgrozy jednak, lecz z wściekłości. Ściągnięto go z wózka, związano ręce z tyłu. Knebel się obsunął.
- Tylko wiara może was zbawić! - krzyknął Jesuald. - Nie Kościół, który jest świątynią człowieka, a nie Boga! Tylko wiara, nadzieja i miłość...
Strażnik zwalił go z nóg i brutalnie zakneblował mu usta.
Mnisi posuwali się wolno przez tłum, trzymając w górze migocące świece, gdy śpiewali.
- Módlcie się za zbłąkaną duszę Jesualda, który dziś stanie przed swym Stwórcą...
Jesuald usiłował wstać, ale się potknął. Strażnicy chwycili go za ramiona i postawili na nogi. Żaden przedstawiciel Kościoła nie uczestniczył w tej części sprawy. Jesuald był sądzony przez sąd kościelny, ale wykonanie kary należało do władz świeckich.
- Módlcie się za zbłąkaną duszę Jesualda...
Więzień został doprowadzony do pala i przywiązany grubymi powrozami namoczonymi w wodzie, żeby opóźnić ich zapalenie. Przy palu nie było żelaznej obręczy garoty. Jesuald nie wyrzekł się swych przekonań, nie okazano mu więc łaski i nie uduszono przed spaleniem, co zwykle czyniono. Miał być spalony żywcem.
Kiedy wiązano węzły, Jesuald zdołał jeszcze raz wypluć knebel.
- Księża muszą mieć prawo się żenić! - krzyknął. - Celibat nie jest nakazem doskonałego Boga, ale niedoskonałych ludzi! Kościół znajdzie swój koniec w tych...
- Świętokradztwo! - ryknął jakiś mnich, rzucając kamieniem.
Trafił Jesualda w skroń. Głowa zwisła skazańcowi na ramię. Mrugał, starając się zebrać myśli.
Biskup Malty siedział na podwyższeniu w fioletowych szatach rozjaśnionych południowym słońcem. Otaczali go księża, przeorowie, archidiakon Mdiny i przedstawiciele szlachty zebrani na tę okazję. Starał się ignorować zamieszanie przy palu i gestem nakazał tłumowi milczenie. Nastała cisza, gdy kapitan odczytał wyrok spisany na pergaminie. Kapitan odstąpił, złożył ukłon biskupowi, przeżegnał się i skinął na kata. Trzcinowa pochodnia dotknęła podpałki u stóp Jesualda. Wpatrzony w to tłum wstrzymał oddech. Płomienie zamigotały, zawirowały i zgasły. Rozległy się okrzyki rozczarowania. Kat wystąpił naprzód. Pochodnia znów zapłonęła. Płomienie liznęły krótko podpałkę, dotykając stóp skazańca. Znowu zgasły, a smużki dymu uniosły się ku niebu. Teraz rozległy się szepty. Czy to był jakiś znak? Ludzie żegnali się i przysuwali bliżej, by mieć lepszy widok. Kat wyciągnął nową pochodnię, zapalił ją od starej i ukląkł obok stosu. Płomienie dusiły się, wytwarzając więcej dymu niż żaru i dławiąc widzów stojących najbliżej pala.
Jesuald otworzył oczy i spojrzał w niebo.
- Słuchajcie Pisma Świętego - wykrztusił - a nie ludzi. Nie biskupa ani papieża, ale słowa Bożego.
Poleciał kamień i jeszcze jeden.
- Przyszedłem tu oglądać palenie, nie kamieniowanie! - ryknął jakiś wieśniak. - Niech sobie gada.
Tłum go poparł i kamienie przestały latać.
Jesuald robił, co było w jego mocy. Nadal bluźnił coraz słabszym głosem i niewielu już go słyszało. Biskup rzucił palące spojrzenie katu, jakby żar jego wzroku mógł pomóc nieborakowi rozpalić ogień.
Potem, gdy płomienie znowu przygasały, podniósł się wiatr. Pojawił się na przystani Świętego Wawrzyńca, gdzie zmarszczki na wodzie znaczyły jego drogę. Powiał w górę stromej ulicy ku placowi, tworząc mały wir powietrzny, który rozwiewał pył i sypał nim ludziom w oczy. Przeszedł przez tłum i pocałował płomienie, które w końcu nabrały mocy.
Biskup zobaczył pyłki, poczuł wiatr i wstał wyprostowany.
- Tchnienie Boga - oznajmił wśród pomruków trwożnego potakiwania.
Biskup czytał Pismo Święte, a jego stentorowy głos stłumił odgłosy udręki wydobywające się z gardła Jesualda. Płomienie lizały teraz łakomie drewno, które strzelało i syczało, i wkrótce podniósł się szum ognia. Żar odepchnął stojących najbliżej. Zasłaniali twarze dłońmi, ale nie byli w stanie zza nich wyjrzeć.
- Łaska pańska, sprawiedliwość pańska. Módlcie się za zbłąkaną duszę Jesualda...
Salvago dotarł w końcu do środka tłumu. Ułatwili mu to widzowie rozstępujący się na boki na widok jego stroju. Ujrzał zniekształconą falami gorąca twarz Jesualda o rysach skręcających się w udręce. Poparzone wargi wymówiły ostatnie bluźnierstwo, gdy płomienie liznęły jego ciało i szata zajęła się ogniem. Rozległ się ostatni gardłowy wrzask. Tłum ucichł i na placu słychać było tylko trzask płomieni. Salvago odwrócił się plecami do ściany ognia. Nozdrza miał pełne odoru palonego ciała, a oczy zamknięte w modlitwie za duszę kolegi w kapłaństwie.
Nazajutrz rano, w szatach jeszcze przesyconych wonią śmierci, Salvago poszedł na wezwanie biskupa Cubellesa do jego pałacu. Cubelles miał ostre rysy, czarną przystrzyżoną brodę, wygięte brwi i wydatny nos. Przed omówieniem spraw parafii chciał się upewnić, że jego nowy kapłan nie jest dotknięty żadną taką skazą, jak ten, którego właśnie się pozbył.
- Byłeś więc przy biskupie w Palermo - powiedział. - Chwali cię w liście w gorących słowach.
- Jesteś zbyt łaskawy, ekscelencjo - odrzekł Salvago, kiedy przyklęknął i ucałował pierścień.
- Zdajesz sobie chyba sprawę, że idee mile widziane na Sycylii nie zawsze są tożsame z tymi, które cenimy na Malcie. W powietrzu krążą niebezpieczne prądy.
- Nie przywożę żadnej z tych rzeczy, wasza miłość - zapewnił Salvago z niewymuszonym uśmiechem.
- Wiemy, że biskup ma konkubinę.
- To prawda, wasza miłość. Na Sycylii to nierzadka praktyka. Nawet w Rzymie...
- Cuius regio, eius religio[26] - przerwał lodowatym tonem Cubelles. - Biskup jest pobożnym i dobrym człowiekiem, i niewątpliwie kochanym przez swą trzódkę, ale w tej diecezji nie będziesz iść jego śladem, tylko naszym. Musisz całkowicie poświęcić się służbie Bogu, która nie dopuszcza żadnej kochanki poza Chrystusem, żadnego Kościoła poza prawdziwym Kościołem i żadnego biskupa poza tym przed tobą.
Jego bystre oczy wpatrywały się pytająco w Salvaga.
- Oczywiście, ekscelencjo - odparł Salvago. - Przyjmuję tę naukę. Ze smutkiem w sercu patrzyłem, jak mój poprzednik utracił łaskę bożą.
- Nie kwestionujesz naszego sądu?
- Ani sądu, ekscelencjo - Salvago spojrzał biskupowi w oczy - ani
kary.
- Rozumiemy się zatem - stwierdził Cubelles.
- Doskonale, wasza miłość.
Salvago przeszedł długą i męczącą drogę do swojej nowej parafii. Był drugim synem barona Amatore Salvago, szanowanego patrycjusza i posiadacza rozległych majątków na Sycylii. Młody Salvago chodził do najlepszych szkół. Miał głowę do liczb i biegle sobie radził z łaciną, greką i wielkimi filozofami. Wydawało się, że czeka go wspaniała przyszłość. Skoro baronem miał zostać jego starszy brat, Salvagowi przepowiadano świetną karierę w bankowości albo w handlu. Takie były jednak zamierzenia barona, a nie Salvaga. Tkwiła w nim jakaś skłonność do szaleństwa, której nie zdołali stłumić ani baron, ani miejscowe autorytety. Był szczupły, o pociągłej, posępnej twarzy, ostrym nosie i zamyślonych oczach. Mimo surowości rysów był całkiem przystojny. Podobał się pięknym kobietom i z łatwością je zdobywał. Przyjaciół dobierał sobie spośród wagabundów i artystów, którzy z radością hulali z nim na koszt jego ojca.
Baron zakładał, że syn z czasem spoważnieje, ale Salvago w roku swych osiemnastych urodzin nie wykazywał żadnych oznak ustatkowania. Wydawał więcej niż zwykle, zaciągając ogromne długi na pijatyki i hazard. Czasem, kiedy budził się rano pomiędzy pustą butelką a obcą kobietą i z pustką w pamięci, dręczył go wstyd, ale to uczucie nigdy nie trwało dłużej niż ból głowy. Przy spowiedzi był zarazem wylewny i nieszczery.
- Pobłogosław mnie, ojcze, bo zgrzeszyłem.
Odprawiał pokutę i tak oczyszczony mógł dalej grzeszyć. Jakaś orgia w wiejskiej posiadłości, podczas której zniszczono obicia i meble, wyczerpała cierpliwość ojca Salvaga.
- Będę cię nadal utrzymywał - oznajmił - ale tylko pod warunkiem, że na zawsze opuścisz Messynę.
Salvago był zachwycony tym układem. Odwiedził Syrakuzy, Neapol i Rzym. Zgodnie ze swoją naturą zdołał wspiąć się na kulturalne wyżyny wszystkich tych miast, zanim zbadał głębię ich deprawacji. We Florencji był na obiedzie u Medyceuszów, z którymi jego ojciec robił wiele interesów. Udali się potem na koncert w ogrodach Boboli, gdzie się upił i dla zakładu przepłynął rzekę Arno od muru miejskiego do muru miejskiego, bez ubrania.
Wenecja wzięła go w niewolę. Spędzał całe dnie w bibliotece doży, czytając Plutarcha i Liwiusza. Z siostrzenicą doży zwiedzał Bazylikę Świętego Marka. Poza Konstantynopolem nie było wspanialszej budowli. Salvago był nią oszołomiony: rozległymi widokami placu z balkonu, mozaikami przedstawiającymi sceny z Pisma Świętego, które zdobiły wszystkie powierzchnie, kwadrygą - wspaniałym zaprzęgiem greckich koni z brązu, które stały niegdyś w hipodromie w Bizancjum, ciągnąc rydwan roboty Lizypa, ale najbardziej urodą towarzyszącej mu kobiety. W zapadającym zmierzchu, gdy bazylika opustoszała, zaprowadził ją za Pala d'Oro, złotą przegrodę połyskującą niezliczonymi szafirami, rubinami, szmaragdami i perłami. Tam ją zgwałcił, na tyłach jakiegoś pomieszczenia przy grobie świętego Marka, pod spojrzeniem aniołów Tintoretta.
To w Rzymie zaczęła się jego droga do odkupienia. Odwiedził Watykan, cynicznie zamierzając kupić odpust, by zmazać swe winy. Takie przekupstwa były długo praktykowane w skorumpowanym Kościele, ale jakiś biskup powiadomił go ozięble, że odpusty są teraz zakazane.
Salvago wędrował po Stolicy Apostolskiej. Słyszał wcześniej o Kaplicy Sykstyńskiej i chciał ją zwiedzić, ale powiedziano mu, że jest zamknięta, bo malarz Michał Anioł kończy papieskie zamówienie. Jakiś gwardzista przyjął sztukę srebra, a Salvago obiecał milczenie - i drzwi zostały otwarte. Salvago zszedł po stopniach, a potem uniósł z lękiem wzrok na wspaniałe freski; niczego podobnego dotąd nie widział. Zapatrzony leżał na plecach na marmurowej posadzce. Chmury rozstąpiły się, on zaś patrzył wprost w niebiosa. Dokonywało się tam stworzenie świata i Bóg oddzielający światło od ciemności, i Jonasz, ich doskonałość i świetność były ponad jego rozumienie.
Przez krótki okres ponad dwóch dni przyglądał się Michałowi Aniołowi. Starzec ukończył to sklepienie przed wielu laty, a teraz pracował nad ogromnym malowidłem na zachodniej ścianie nad ołtarzem, po drugiej stronie przegrody prezbiterium. Pracował sam na rusztowaniu, przyświecając sobie świecą osadzoną na czapce. Jego pędzel wykonywał ruchy tak śmiałe i pewne, jakby to ręka Boga pracowała. Ten fresk był mroczny i głęboko poruszający: Sąd Ostateczny, ponura wizja mąk, czekających niepoprawnych grzeszników. Salvago wpatrywał się godzinami, a jego dusza drżała z tęsknoty za czymś innym niż życie, które znał. Widział siebie na tym malowidle, stojącego u bram piekła. Ukląkł na zimnej posadzce i zaczął się modlić. Podniósł się z poczuciem moralnej poprawy, ale było ono typowe i przelotne. Znalazłszy się poza Watykanem, odetchnął wspaniałym powietrzem Rzymu, spotkał jakiegoś przyjaciela i szybko wrócił do formy. Tamtej nocy szukał po mieście towarzystwa ulicznic. W następnych dniach zamroczonych alkoholem obstawiał walki kogutów i grał na wyścigach, tracąc coraz większe sumy. Którejś nocy przegrał zakład i nie był w stanie zapłacić. Próbował oszukiwać i wynikła z tego straszna bójka. Ciężko pobity, został porzucony pod mostem. Dopiero po trzech dniach ktoś go tam znalazł. W malignie, bliski śmierci, widział wirujące obrazy z Kaplicy Sykstyńskiej. Szatan tańczył z Chrystusem pod melodię graną przez Salvaga. Potem Chrystus w cierniowej koronie skinął na niego, by mu pomógł podnieść krzyż. Salvago wyciągnął rękę, ale zamiast krzyża chwycił rąbek liliowej szaty Panny Marii. Starał się ją pocałować, dotknąć pod szatą, ściągnąć ją. Demony walczyły z aniołami, gdy ognie piekielne lizały wrota niebios, a Salvago znalazł się między nimi. Widział Boga i Adama ze stykającymi się palcami wskazującymi, i Noego, jak wymiotuje w otępieniu po upiciu się winem. Widział własną twarz i zdartą skórę w dłoniach świętego Bartłomieja, którego nóż ociekał krwią grzechów Salvaga. I był tam Charon, wizerunek śmierci, z rogami i groteskowo wytrzeszczonymi oczami, i Minos, sędzia w Hadesie, i, tak, był on, Salvago, wiosłujący na łodzi potępieńców po Acheronie, a prądy piekielne zwyciężały, ściągając go w dół, w dół, w wir ognia...
Ocknął się z wołaniem o księdza:
- Pobłogosław mnie, ojcze, bo zgrzeszyłem. - Tyle że teraz nie było w tym egocentryzmu, a jedynie udręka kogoś, kto szczerze żałuje za grzechy. Przez trzy tygodnie kajał się i modlił. Wyszedł z tego doświadczenia świadomy celu, mając przed oczami chwalebną drogę pokuty.
Giulio Salvago, rozwiązły syn szlachecki, postanowił zostać księdzem. Wstąpił do seminarium świętego Marka na pogórzu pod Messyną. Było to pierwsze naprawdę żarliwe doświadczenie w jego życiu. Czuł się tak szczery w swoich modłach jak przedtem w rozwiązłości. Przykładał się z zapałem do nowego zadania, robiąc wrażenie na swych nauczycielach szybkimi postępami w nauce teologii. Sprawiało mu przyjemność proste życie u świętego Marka. W jego izbie znajdowała się tylko prycza, miednica i krucyfiks. Został pasterzem seminaryjnego stada kóz, bo nikt inny nie chciał się tym zajmować. Wyposażony jedynie w brewiarz i flaszkę z wodą, w sutannie i sandałach wędrował po Górach Pelorytańskich ze swymi zwierzętami, poszcząc i medytując całymi dniami. Znosił odrętwiający chłód nocy i palący żar dnia, rozkoszował się bliskością Stwórcy. Obozował na stromiznach w pobliżu źródeł, skąd mógł nocami obserwować wielką czaszę niebios, a za dnia podziwiać winnice pokrywające wzgórza aż po morze. Wschody i zachody słońca biegły razem. Patrzył na pasące się kozy, modlił się i dziwił, że jego dotychczasowe życie było tak całkiem pozbawione prawdziwego piękna bożego świata.
Salvago został wyświęcony w dwudziestym szóstym roku życia. Spędził rok w Palermo, asystując biskupowi, ale było to stanowisko tymczasowe w oczekiwaniu na pierwszy prawdziwy przydział. Był pracowity i posłuszny, a wszyscy, którzy go znali, uważali go za wzorowego księdza. Dobrze urodzony i posiadający rozległe znajomości, zdawał się predestynowany do wielkich rzeczy w Kościele. Biskup mówił mu, że połączenie jego osobowości, prawości i rodowodu czyniło go kandydatem doskonałym. Salvago skrycie się z tym zgadzał, chociaż wiedział, że popełnia grzech pychy. Tak, był ambitny. Tak, pożądał jakiejś pozycji w hierarchii. Myślał, że w ten sposób najlepiej przysłuży się Panu. Wierzył, że Bóg rozpoczął cud nawrócenia w Kaplicy Sykstyńskiej z jakiegoś powodu i że było wolą Boga, by wrócił do Watykanu, źródła reform i odnowy Kościoła. Skoro on sam został przemieniony, Kościół też zmieni oblicze. Salvago chciał być częścią tego procesu. Biskup obiecał przemówić za nim słowo podczas następnej wizyty w Rzymie.
Kiedy w końcu otrzymał przydział, był to cios dla jego marzeń o Watykanie, nagłe obniżenie lotów.
Malta!
Chociaż nigdy tam nie był, wiedział, co to za wyspa. Było to w każdym sensie miejsce przeciwległe Rzymowi. Rozczarowany, nie zrezygnował jednak, wierząc, że Bóg wyjawi swój cel we właściwym czasie. Znalazł pociechę w myśli, że przynajmniej będzie blisko swej siostry Angeli, która wyszła za mąż za maltańskiego szlachcica. Mieszkali w Mdinie, w pobliżu nowej parafii Salvaga.
Kiedy szykował się do odpłynięcia na Maltę, nadeszła wiadomość, że ksiądz, którego miał być wikarym, został usunięty ze stanowiska. Nie przekazano żadnych szczegółów, ale to oznaczało, że Salvago będzie kappillanem[27], panem na własnej parafii. Uradował się wielce tą niespodziewaną okazją szybkiego przyjęcia tak dużej odpowiedzialności.
Salvago uważał Maltę za miejsce szare i ponure, ubogie i jałowe. Chociaż położona w niewielkiej odległości od Wenecji czy Florencji, wyspa ta ugrzęzła w innym stuleciu, przypominała gotycki worek pokutny, gdy tamte lśniły niczym renesansowe jedwabie. Idee kwitnące w Rzymie usychały w Birgu. Mimo to zabrał się do swej pracy skupiony na jedynym celu. Jego parafia liczyła trzystu wiernych i niewątpliwie wymagała prowadzenia dzieła Chrystusowego. Zaprawdę, był to istny padół łez, widział to wyraźnie. Choć jednak parafianie byli ciemni i niepiśmienni, schorowani i osłabieni umysłowo, przesądni i ulegli wpływom magii, to ich dusze były tak rzetelne i żarliwe jak wszystkie inne w chrześcijaństwie.
Budynek kościelny znajdował się w opłakanym stanie. Dach się zapadał, a mury kruszyły. Ołtarz był popękany i bez ozdób. Salvago napisał do ojca, prosząc o pieniądze, i zaklinał swego szwagra, barona Antonia Buqę, by udzielił wsparcia z myślą o zbawieniu duszy. Buqa protestował, bo Święta Agata nie była jego parafią ani katedrą, ale jego żona Angela, siostra Salvaga, nękała go tak długo, aż ustąpił. W krótkim czasie kościół uzyskał nowe oblicze. Wymieniono krokwie i pokryto dach dachówką. Mury zostały pobielone. Jakiś włoski joannita, którego Salvago podejmował kiedyś w Wenecji, podarował gobelin, który od lat był w posiadaniu jego rodziny. Przedstawiał on Ostatnią Wieczerzę, która teraz zawisła na ścianie za ołtarzem. Mała, ale piękna Madonna wyrzeźbiona w białym marmurze karraryjskim ozdobiła ołtarz. Salvago zamówił nowy dzwon w ludwisarni w Mediolanie. Nie było go gdzie zawiesić, więc stanął w zakrystii, czekając, aż znajdą się pieniądze na budowę dzwonnicy.
Minęły lata. Salvago ciężko pracował, żył skromnie i znalazł spełnienie.
Jego domem była jedyna izba probostwa przy kościele. Posiadał dwie sutanny, białą bawełnianą albę i bogato haftowany ornat w złociste lilie. Poza tym miał parę sandałów, różaniec, oprawny w skórę brewiarz i, jedyny zbytek w jego nowym życiu, podarowany mu przez dumnego ojca z okazji wyświęcenia, srebrny krucyfiks inkrustowany doskonałymi rubinami. Nie chciał niczego więcej. Kiedy tylko miał jakieś pieniądze, wspomagał najbiedniejsze rodziny w parafii albo starał się upiększyć kościół.
Chociaż wiele czasu spędzał w kościele, nie tracił z oczu swego głównego obowiązku: troski o potrzeby parafian. Wraz z nimi cierpiał suszę, głód i zarazę. Dzielił ich radość na weselach oraz w dni świąteczne. Chrzcił ich dzieci, bierzmował młodzież i grzebał zmarłych.
To właśnie sprawa jednej z takich rodzin zajęła mu większą część tego dnia. Usłyszawszy o porwaniu chłopca Borgów, pośpieszył wprost do kwatery głównej joannitów w Zamku Świętego Anioła. Jako szlachcic, Salvago, chociaż ksiądz, poruszał się bez skrępowania pośród kawalerów maltańskich. Biskup często wykorzystywał go jako łącznika z zakonem albo do naprawy stosunków między rodzinami, które tworzyły wyspiarską szlachtę. Wpuszczono go niezwłocznie do wielkiego mistrza, ale z jednookim Hiszpanem nie powiodło mu się lepiej niż Marii poprzedniego dnia. Wielki mistrz zrobił zbolałą minę, kiedy Salvago błagał go o pomoc.
- Nie chcę znów tego słuchać - odparł de Homedes. - Nie mam żadnych okrętów w rezerwie. Ani dla jednego jeńca, ani dla stu.
Salvago poszedł następnie do universita. Zanim cesarz Karol V oddał wyspy maltańskie kawalerom, organem rządzącym była tutaj universita. Z biegiem lat joannici przejęli całkowitą władzę na Malcie, a zaczęli od spraw obronnych. Salvaga przyjęto ze współczuciem, ale i tak niczego nie zyskał.
- Chociaż bardzo chciałbym pomóc, dun Salvago - powiedział urzędnik - nie mamy galer, żeby ruszyć w pościg. Musisz prosić o to zakon.
Salvago odwiedził baseny portowe. Cumował tam jakiś grecki korsarz, ładując zapasy. Była to jedna z wielu chrześcijańskich galer korsarskich, które na służbie Sycylii polowały na statki muzułmańskie. Właściciel był uprzejmy, ale szczery.
- Sądzę, że to był Algierczyk - powiedział. - Przez ostatnie tygodnie działali w tych okolicach. I tak bym go nie doścignął, ale jeśli jest w drodze do Algieru, cóż, prędzej pogoniłbym za lwem do jego jamy.
Salvago zaproponował zapłatę, nie bardzo wiedząc, skąd weźmie obiecaną sumę, ale Grek nie był zainteresowany. Splunął do basenu portowego.
- Nie rozumiem, czemu się przejmujesz naturalnym biegiem rzeczy, wielebny, zwłaszcza losem jakiegoś zwykłego niewolnika.
Salvago sam się nad tym zastanawiał. Trzeba było oczywiście brać pod uwagę stratę jednej duszy, ale było i coś więcej - należało przekonać parafian, że ktoś się o nich troszczy, że nie będą wiecznie ofiarami korsarzy, że jest światełko nadziei w ich mrocznym świecie. Bezowocne starania są lepsze niż brak starań, tłumaczył sobie. Przed kilku laty huragan spustoszył wyspę. Salvago składał właśnie wizytę jakiejś rodzinie w Birgu. Kiedy burza sięgała zenitu, stał z nimi w ich lichym domu, podtrzymując okiennice, drzwi i ściany przed naporem żywiołu. Kiedy burza ucichła, dom leżał w ruinie pomimo ich wysiłków. Próbowali jednak, chociaż szanse były niewielkie. Czy to robiło różnicę? Czy lepiej było w ogóle nie spróbować?
Teraz, pokonany raz jeszcze, nie wiedząc, do kogo się zwrócić, poszedł do domu Borgów wskazać im pociechę w Bogu. Zapadał już prawie zmierzch i właśnie miał zapukać, gdy drzwi się otworzyły. Wychodziła z nich Maria Borg i wyglądało to na wyjście po kryjomu. Obejrzała się i przeszła na ulicę, prawie wpadając na Salvaga.
- Och! - odezwała się zaskoczona. - Dun Salvago. Nie zauważyłam.
- Mario! - Nawet w gasnącym świetle popołudnia widać było sińce na jej twarzy i szyi. W kąciku ust widniał ślad krwi. - Słyszałem o wczorajszym. Bardzo cię pobili?
- To nie oni, dun...
- Mario!
Głos dobiegał z domu, zza jej pleców.
- Mario? Czy to ty? Dokąd idziesz?
- Wychodzę, ojcze. Muszę... iść po chrust.
- Mamy dosyć. Wracaj na górę.
Wahała się tylko przez chwilę. Salvago widział, że podjęła decyzję.
- Przepraszam, ojcze wielebny - szepnęła, a w jej oczach kryła się prośba o milczenie. Przemknęła obok niego i pobiegła ulicą.
Luca Borg podszedł do drzwi i otworzył je szeroko. Wzdrygnął się zaskoczony widokiem księdza. Wyszedł na ulicę, szukając Marii, która właśnie znikała za rogiem.
- Kazałem jej wracać.
- Pewnie cię nie dosłyszała, Luca - rzekł Salvago. - Chyba ją zagadałem.
Luca nie był przekonany, ale też nic nie mógł zrobić.
- Współczuję z powodu Nica - powiedział Salvago.
Luca bez słowa skinął głową.
- Przyniosłem chleb. - Salvago pokazał świeży bochenek podarowany mu przez piekarza. Był jeszcze gorący. Luca nie widział takiego świeżego chleba od miesięcy. Pożerał bochenek wzrokiem.
- Dziękuję, ojcze wielebny. Wejdź, proszę. - Luca wprowadził gościa do domu. - Isoldo!
- Jeśli to niedogodna pora, mogę odejść.
- Bynajmniej! Isoldo! Przynieś gorącego mleka! Mamy gościa!
Oczy Salvaga przyzwyczaiły się do mrocznego wnętrza domu. Tylko jedno małe okno wychodziło na ulicę. Zamiast szkła użyto płótna nasączonego oliwą, by je uczynić przezroczystym, i zwykle było ono zasłonięte. Stała tam prosta drewniana ława, samotne krzesło i stół. Pomieszczenie służyło jako kuchnia, jadalnia i pokój dzienny. Pod stołem leżały dwie owce. Obok nich był wylot dołu kloacznego. Pod tylną ścianą stała drabina znikająca wśród belek stropowych, gdzie platformy pod okapami służyły dzieciom za sypialnie.
- Usiądź tu, ojcze wielebny. - Luca wskazał krzesło i Salvago usiadł.
- Isoldo! - zawołał znów Luca. - Chodźże, kobieto!
Na jednej ze ścian wisiała mała kapliczka, którą Luca urządził dla Isoldy przywiązanej do symboli i relikwii swojej wiary. Pośrodku znajdował się krucyfiks ze skrwawionym Chrystusem w koronie cierniowej. Na półce ulokowano relikwie: świecę z wosku pszczół z Betlejem, kawałek drewna ze steru rozbitego statku świętego Pawła, kawałek tkaniny z rąbka szaty świętego Piotra. Wszystko były kupione za duże pieniądze od ludzi, którzy przysięgali, że są prawdziwe.
Tylna ściana mieściła na kilku półkach to, co nie pasowało do przedniej: amulety, kremy i wywary o magicznych lub leczniczych właściwościach, jak zapewniali miejscowi czarownicy. Były tu puszki z goryczakiem i szantą, pęczki kory tamaryndowca, świńskie oko owinięte króliczym uchem i krew żółwia w liściach oliwki. Nikt, nie wyłączając Isoldy, nie umiałby powiedzieć, gdzie kończyły się modlitwy, a zaczynały zaklęcia. Jedną ręką obejmowała Chrystusa, a drugą rekwizyty czarowników, nie wiedząc, komu ma bardziej wierzyć. Luca pogodził się z tym. Jednak dawno już się przekonał, że żadna z tych rzeczy nie skutkowała, poza opróżnianiem jego i tak prawie pustych kieszeni.
Isolda Borg wyłoniła się zza zasłony alkowy. Sprzątała, mamrocząc Ojcze Nasz i Zdrowaś Mario, gdy wymachiwała słomianą miotłą, przemiatając kurz z miejsca na miejsce. Oddychała ciężko, jakby była wyczerpana. Każdy oddech był jak westchnienie. Pod oczami miała ciemne kręgi. Kruczoczarne włosy związywała w prosty kok. Jej strój nigdy się nie zmieniał, bo zawsze ubierała się na czarno. Na widok Salvaga pośpiesznie zasłoniła tylną ścianę.
- Dun Salvago - powiedziała. - Przepraszam, nie spodziewałam się.
Rzuciła Luce gniewne spojrzenie, bo tak bezmyślnie wprowadził księdza do domu. Luca zdawał się nie rozumieć jej gniewu. Chodził do kościoła tylko przy okazji pogrzebów.
Chociaż Salvaga oburzały przesądy tak niebezpiecznie bliskie czarów, to nie zamierzał poruszać teraz tej sprawy. Isolda Borg nie była jedyną parafianką, która próbowała w ten sposób walczyć ze swoimi problemami. Poza tym nie był to odpowiedni dzień.
Isolda regularnie przystępowała do sakramentów w Świętej Agacie, co było zwyczajem większości parafianek Salvaga. W dni powszednie rzadko opuszczała dom. Niechętnie wychodziła na zewnątrz, gdzie panowała zaraza, grzech, i kręcili się mężczyźni, którzy patrzyli na kobiety. Posyłała Marię na rynek ze wszystkimi zleceniami. Co wieczór przed wieczerzą otwierała okno na ulicę i wymieniała plotki z Agnete, czarownicą z sąsiedztwa. Żadna z nich nie widziała tej drugiej. Oddzielone murem patrzyły na wąską ulicę i kamienne ściany domów po jej drugiej stronie. Zauważały każdy cień, każdego szczura przemykającego na czterech łapach i każdego dwunożnego włóczęgę. Kiedy ktoś wchodził w ulicę, kobiety szybko zasłaniały twarze i wtapiały się w cienie swoich domów. Wymieniały rozkoszne plotki o skandalach, grzeszkach i o pewnym potępieniu oczekującym zbłąkane dusze z Birgu. Jedynie w niedzielę Isolda opuszczała dom, żeby uczestniczyć we mszy w Świętej Agacie, której by nie opuściła, choćby ogień lał się z nieba.
- Zjesz z nami trochę zupy cebulowej, dun Salvago? - spytała.
Obróciła się do żelaznego kociołka wiszącego nad ogniem i pomieszała zupę drewnianą chochlą.
- Nie, dziękuję - odpowiedział. - Przyszedłem wyrazić swój smutek po waszej stracie.
Isolda mocniej pomieszała zupę i nic nie odrzekła. Salvago znał jej historię, pełną surowych maltańskich realiów. Przybyła na wyspę ze swoim pierwszym mężem w tym samym roku co joannici. Był cieślą i szukał pracy, a znalazł śmierć od febry. W następnym roku poślubiła Luce Borga, Maltańczyka. Urodziła mu sześcioro dzieci. Czworo zmarło z głodu albo choroby. Salvago przypuszczał, że każda strata wysysała z niej coraz więcej ciepła, a teraz utraciła także syna, Nica. Nie byłoby niespodzianką, gdyby ten ostatni cios uczynił Isoldę tak twardą i niewybaczającą jak sama wyspa, której ducha wysuszyło ciężkie życie i gorące sirocco wiejące z Afryki.
Salvago wiedział, że przez całe lata błagała męża, by opuścili wyspę i wrócili do jej domu w Italii. Na próżno. Luca znał tylko Maltę i nigdy nie zgodziłby się wyjechać, niezależnie od okoliczności. Salvago wiedział też, że Isolda prosiła Boga w modlitwach, by ją uwolnił z tego piekła na ziemi. W konfesjonale często rozpoznawał jej westchnienia i pełne smutku słowa: "Kiedy umrę, tylko robaki będą tak szczęśliwe jak ja".
Jej mąż był w oczach Salvaga podobny do innych parafian, przygięty pod brzemieniem życia. Głód, ubóstwo i strata dzieci wyssały z niego wolę walki. Był człowiekiem zamkniętym w sobie, który rzadko chodził do kościoła. Pracował, kiedy miał pracę, spał, kiedy jej nie miał, i starał się spędzić każdy dzień tak, by doczekać nocy.
- Chciałem jedynie powiedzieć, że rozmawiałem z wielkim mistrzem.
Isolda patrzyła na niego z oczekiwaniem. Luca wbił wzrok w podłogę.
- Obiecał... zrobić wszystko, co możliwe. - Salvago zdał sobie sprawę, że te słowa brzmią równie pusto w jego ustach jak w ich uszach. Isolda odwróciła się w milczeniu do garnka.
Luca chrząknął.
- To by się nigdy nie zdarzyło, gdyby nie Maria... - Jego wielkie pięści się zacisnęły.
- Słyszałem, że rozmawiała wczoraj z wielkim mistrzem - powiedział Salvago. - To wielka odwaga. Ona ma charakter.
- Rozmawiała! Powiadają, że go zaczepiła. Rzuciła kamieniem. Mogli nas zamknąć. Gdyby nie jej głupie mrzonki o skarbach, Nico byłby dziś z nami, a ona nie musiałaby z nikim gadać.
Salvago pomyślał o sińcach na twarzy dziewczyny. Luca nie zrobił niczego ponad to, co zrobiłby każdy inny ojciec w tych okolicznościach. Prawdę mówiąc, ktoś inny mógłby ją pobić na śmierć i nikt nie miałby mu tego za złe.
- Nie zamierzam wtrącać się w twoje sprawy, Luca, ale nie bądź zbyt surowy dla Marii. Ona jest tylko dzieckiem w świecie dorosłych. Pobłądziła, ale mimo wszystko to korsarze są winni.
- Powinna być tam, gdzie jej kazałem, w tym dole. Tam nie ma żadnych korsarzy, dun Salvago.
- Ona wiele wycierpiała, Luca. Wystarczy spojrzeć jej w oczy.
Luca kręcił z uporem głową.
- To Nico cierpi - stwierdził. - Jego matka cierpi. Maria ściągnęła to na nas przez swoje nieposłuszeństwo. Jest marzycielką z pustą głową. Upartą jak wół. Próbowałem wybić jej ten upór z głowy. Życie to zrobi już niedługo.
- Módlmy się za duszę Nica - rzekł Salvago. - Bóg go zachowa.
- Bóg go opuścił - odparł z goryczą Luca.
- Luca! - wykrzyknęła ze zgrozą Isolda, ale Salvago zignorował tę uwagę. Pochylił głowę i poprowadził modlitwę.