Żelu. Prawdziwa historia powrotu ze śmierci do życia - Anna Tomczyk
20.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Inne książki Wydawnictwa Bogulandia - polskiego wydawcy powieści Francine Rivers
Zobacz w księgarni Bogulandia ?
Zobacz w księgarni Bogulandia ?
Zobacz w księgarni Bogulandia ?
Zobacz w księgarni Bogulandia ?
Zobacz w księgarni Bogulandia ?
Zobacz w księgarni Bogulandia ?
Zamówienia prosimy kierować:Księgarnia Wysyłkowa "Bogulandia" tel. 603 805 508 [email protected] www.bogulandia.pl
Rozdział 2
Urodziłem się w rodzinie, w której, odkąd pamiętam, obecny był alkohol. Tata "zaglądał do kieliszka" za każdym razem, gdy miał okazję. A tych nigdy nie brakowało. Spotkanie z kolegami, czyjeś imieniny, deszczowa pogoda, uczczenie otrzymania wypłaty (tu faktycznie było co świętować, bo tata rzadko kiedy gdzieś pracował) lub... po prostu kolejny dzień w kalendarzu.
Wychowywałem się w dzielnicy, która cieszy się najgorszą sławą w mieście. To ciekawe, bo jej nazwa kojarzy się z wolnością - "Wyzwolenia". To także nazwa ulicy, do której dochodziły różne inne "problematyczne uliczki", wypełnione po brzegi równie "problematycznymi" blokami i kamienicami. Nawet dziś, po wielu latach, trzeba być całkiem odważnym, żeby zapuścić się tam po zmierzchu.
Byłem najmłodszy z trójki rodzeństwa. Brat - Michał - jest ode mnie o dwa lata starszy, a siostra - Małgosia - o pięć lat. W tamtym czasie byliśmy dość zgrani jako rodzeństwo, o czym świadczy chociażby fakt, że już w wieku sześciu lat otworzyłem razem z bratem swój pierwszy biznes: staliśmy pod sklepem i myliśmy okna samochodów, które się tam zatrzymywały.
Pieniądze zawsze były czymś, czego w naszym domu brakowało - i to dosłownie na wszystkie podstawowe produkty. Bycie przedsiębiorczym wynikało więc zarówno z potrzeby jak i pomysłowości - a zarówno jednej, jak i drugiej mieliśmy niemało.
Za pierwszą "wypłatę" zrobiłem mamie nie lada niespodziankę: oto sześcioletni ja stanął w progu z kupionym kurczakiem na obiad! Jakież było moje rozczarowanie, gdy mama nie tylko nie doceniła mojej wspaniałomyślności, ale jeszcze surowo zakazała mi powrotu do "pracy". Cóż za cios dla sześcioletniego biznesmena, którym dopiero co się stałem!
Mniej więcej w tym samym czasie mój tata miał nieco inny pomysł na to, jak "wprowadzić mnie w dorosłość". Podczas jednej z libacji, gdy mamy nie było w domu, tata nalał mi szklankę wina i dał do wypicia. Sześcioletni Paweł myślał pewnie, że to sok - jednak mój mocny sen, w który zapadłem po tej "degustacji", nie pozostawiał wątpliwości i zaalarmował mamę, która po powrocie nie była w stanie mnie dobudzić.
A jeśli o spaniu mowa... W tamtych czasach bardzo często lunatykowałem. Później dowiedziałem się, że "to na tle nerwowym", bo żyłem w ciągłym strachu przed ojcem, który często mnie bił. Lekarz przepisał mi wtedy klonazepam, który od tamtej pory brałem przed snem - i w ten sposób moje lunatykowanie wreszcie przestało być uciążliwe dla mnie i naszej rodziny.
Mama, w przeciwieństwie do ojca, nie znęcała się nade mną, ale bywało, że chcąc mnie "utemperować", posługiwała się tak zwaną "dyscyplinką". Dyscyplinka była naszym domowym podręcznym narzędziem do wymierzania kar cielesnych. Składała się ze złamanego kija od szczotki, na końcu którego przybite były rzemienie z zawiązanymi na nich pękami, dla "lepszego efektu". A jednak tego typu chłosta w tamtych czasach, okolicznościach i miejscu, w którym żyliśmy, naprawdę nie była niczym szczególnym.
Podobnie w szkole nietrudno było oberwać za różnego typu mniejsze i większe przewinienia. W IV klasie podstawówki nasz dyrektor, który uczył nas geografii, zirytowany moim głośnym zachowaniem na lekcji, przywołał mnie do tablicy i kazał mi wystawić dłoń. Chwilę później rozległ się trzask łamanej drewnianej linijki. Zirytowany, że kara dotknęła także szkolne mienie, nakazał mi wystawić przedramię, a następnie tłukł mnie po nim wskaźnikiem. Ponieważ jednak napiąłem mocno mięśnie, po chwili także wskaźnik podzielił los linijki...
Rozdział 3
Przez 12 pierwszych lat mojego życia gnieździliśmy się wszyscy w jednopokojowej kawalerce: pięć osób plus babcia, która w pewnym momencie zamieszkała tam razem z nami.
Ot, 29 metrów, na których żyło 6 osób - plus alkohol, który był codziennym gościem.
Tata często wszczynał awantury i bywał agresywny, więc szybko nauczyłem się, że najlepiej jest, już dla zasady, po prostu schodzić mu z drogi (co w kawalerce do szczególnie łatwych zadań nie należało).
Na osiedlu Wyzwolenia, przy ul. Garbarskiej, mieszkałem do 12 roku życia. Wtedy nasza rodzina nareszcie otrzymała większe mieszkanie - całe dwa pokoje do dyspozycji naszej piątki! Prawie pałac! Nawet dzielnicę udało nam się zmienić... na tzw. "bramę" w Rynku Trybunalskim. A, jak wszyscy autochtoni doskonale wiedzą, kto mieszka "w bramie", ten rządzi!
Zamieszkaliśmy więc "w bramie", czyli w kamienicy, do której wchodziło się z rynku przez szeroką bramę, do której - jak to do rynkowej bramy - niezależnie od pory dnia strach było zaglądać.
Początki naszego życia po przeprowadzce to nie był dobry czas, zwłaszcza dla mojej mamy, Danusi. Ponieważ w tamtym czasie mama - a wraz z nią nasza rodzina - zmieniła wyznanie na protestanckie, patrzono na nas bardzo nieufnie i dawano nam odczuć, że jesteśmy "jacyś dziwni". Mama dość mocno to przeżywała, zwłaszcza, gdy spotykała się z pogardliwymi komentarzami i dokuczaniem ze strony sąsiadów. Bywało, że w następstwie tych szykan np. ukradziono nam węgiel. Jednak nie zachwiało to wiary mojej mamy - z perspektywy czasu mógłbym powiedzieć, że kto wie, może nawet ją umocniło?
Ja tymczasem zmieniłem podstawówkę i - co za tym idzie - zacząłem mieć nowych znajomych, czy raczej - mówiąc bez wielkiej dumy - nowe "towarzystwo". Dość szybko stałem się domorosłym koneserem tytoniu wątpliwej jakości, paląc papierosy nawet w kuchni, przy rodzicach. Samą zaś tytoniową inicjację przeżyłem... pod mostem, na ul. Starowarszawskiej, prowadzącej w kierunku Rynku - kolejnej, która w tamtych czasach długo konkurowała z "Wyzwoleniem" o pierwsze miejsce w kategorii tych najbardziej niebezpiecznych i "szemranych" dzielnic w mieście.
Kiedy miałem 14 lat mama miała już tak dość domowej przemocy, że spakowała tatę i wyrzuciła go z domu. Zanim jednak to się stało, uciekłem i spędziłem dwa tygodnie poza domem, śpiąc a to w bramie, a to u mojej ówczesnej dziewczyny, której tata pozwolił mi z nimi przez ten czas pomieszkiwać.
Sam jednak nie byłem tu bez winy - po prostu bałem się wrócić do domu po bardzo przykrym incydencie z moim tatą. Jak do tego doszło? Otóż nasze mieszkanie w kamienicy było ogrzewane dużym piecem węglowym. Tata ciągle kazał mi przynosić węgiel z piwnicy, a mnie coraz bardziej irytował fakt, że to właśnie na mnie cały czas spada ten obowiązek. Pewnego dnia odmówiłem pójścia z nim do piwnicy. Tata tak się rozzłościł, że przyparł mnie do ściany i zaczął mnie przyduszać, zmuszając mnie siłą, żebym z nim tam poszedł. Musiałem mu ulec, bo bałem się, że mnie zabije. Posłusznie chwyciłem blaszane wiadro, ale gdy weszliśmy już do piwnicy, poczekałem, aż tata pójdzie po schodach pierwszy. Plan zemsty przyszedł mi do głowy dosłownie w kilka sekund. Kiedy tata był już przede mną i schodził w dół, zamachnąłem się i z całych sił uderzyłem go wiadrem w głowę! Rozległ się huk i krzyk. Tata z całym impetem runął ze schodów w dół. Być może stracił przytomność i się potłukł? Tego nie wiem, bo przerażony natychmiast uciekłem z domu, nie wiedząc, czy "przypadkiem" właśnie taty nie zabiłem.
Kiedy po dwóch tygodniach odważyłem się wreszcie wrócić, mama spakowała tatę i wyrzuciła go z domu. W ten sposób w naszej rodzinie na jakiś czas skończyła się przemoc i pijackie schadzki. Bywało, że tata wracał do nas jeszcze kilka razy, zanim w końcu na dobre zniknął z naszego życia.
Wraz z tatą z domu nie wyprowadził się jednak alkohol.
Teraz to ja sam stanąłem na straży tej niechlubnej rodzinnej "tradycji", gotów na wiele, byle tylko pozyskiwać na jej pielęgnowanie odpowiednie środki. O legalnym zarobku w moim przypadku raczej nie mogło być mowy. Po niepowodzeniu pierwszego "biznesu" z myciem okien samochodów, zacząłem próbować "radzić sobie" finansowo na inne sposoby. Z pomocą kolegów stawałem się coraz bardziej "kreatywny" w wynajdowaniu metod na pozyskanie środków na moje rosnące zapotrzebowanie na papierosy i alkohol. Czasem "pomagali" w tym nie mniej przedsiębiorczy dorośli. Wiele razy polowałem w parku na "bączki" - mimo zakazu łowienia ryb w naszym miejskim stawie - i sprzedawałem je w sklepie wędkarskim, co pozwalało i mi i właścicielowi na całkiem przyzwoity, choć w gruncie rzeczy nadal "groszowy" zysk.
Moim problemem były w tamtym czasie nie tylko niedostateczne finanse, ale i szkolne obowiązki. W podstawówce nie zdałem dwa razy. Powodem były moje nagminne wagary i coraz gorsze sprawowanie. Szczerze mówiąc... nie pamiętam, żeby zmartwienia, których przysparzałem nauczycielom i mamie robiły na mnie wtedy jakieś większe wrażenie. Chciałem być twardy i zaradny - a przy tym niezależny - i żyłem tak, jakbym taki właśnie był, czyli "po swojemu"... bo przecież i tak lepszego przykładu w domu rodzinnym próżno było szukać. I mimo, że moja mama była zawsze pokorną, skromną i dobrą osobą, ja, jako młody chłopak szukałem męskiego wzorca, który wprowadziłby mnie w tzw. dorosłość. Niestety wzorce znajdowałem tam, gdzie było mi najbliżej - w środowisku, jakim nasiąkałem żyjąc przez te wszystkie lata pod jednym dachem z uzależnionym i przemocowym tatą.
Tak moja upragniona niezależność skończyła się, zanim się zaczęła - zależnością od substancji psychoaktywnych i... najwyraźniej też od "przeznaczenia", które zdawało się narzucać na mnie środowisko, w którym się wychowałem.
Mimo to czułem, że jestem gościem "z zasadami". Nie "sprzedawałem" kolegów i miałem - jak przez długi czas sądziłem - swój "honor".
To, że w podstawówce ja i koledzy często byliśmy "pod wpływem" powoli stawało się codziennością. Pamiętam, jak w klasie siadałem z kolegą w ławce, która stała tuż przy kaflowym piecu - bynajmniej nie po to, żeby się przy nim ugrzać. Jesienią i wiosną w piecu nikt nie palił, a to oznaczało, że popielnik mógł zamieniać się w... ukradkiem otwierany podczas lekcji barek z piwem i różnymi innymi tego typu "dobrodziejstwami".
Z tej wczesnej młodości pamiętam też wiele incydentów, które powoli kształtowały mój dalszy los. W końcu za wulgarne zachowanie wobec nauczycielki zostałem wydalony z podstawówki, zanim ją ukończyłem - i trafiłem do OHP, gdzie poznałem jeszcze więcej kolegów podobnych do mnie. Mimo, że z powodu tylu nowych "znajomości" zacząłem jeszcze gorzej się prowadzić, dostałem przynajmniej szansę nauczenia się zawodu robotnika budowlanego, co w przyszłości dało mi możliwość pracy w tym fachu.