1. Warszawa, 1945
Alicja Rosińska nigdy nie pomyślała, że istnieją pomieszczenia podobne do tego, w którym leżała skulona w kłębek. Właściwie to była betonowa trumna, a dłuższy pobyt w niej groził popadnięciem w obłęd. Miejsce przypominało psią budę i nawet w ten sposób o nim mówiono.
"Oto dokąd zaprowadziło mnie serce" - pomyślała z goryczą i wróciła do żmudnego i bezsensownego liczenia. Jeden, dwa... tysiąc trzydzieści dwa. Tak, jedynie na tym mogła się skupić. Nie potrafiła nawet powiedzieć, jak długo leżała w tym karcerze, ale zdawało się jej, że całe wieki.
W pewnej chwili zaskrzypiały metalowe drzwiczki i usłyszała ostry głos:
- Wyłaź!
Wygramoliła się z pomieszczenia i z trudem wstała z wilgotnej betonowej podłogi. Powłócząc nogami, podążyła do swojej samotnej celi, która po psiej budzie jawiła się jej jako niemal królewska komnata.
Wbrew pozorom nie była załamana, ale wściekła. Po prostu zdała sobie sprawę, że "Kary" miał rację od samego początku, a ich ślepa wiara w zawarte sojusze sprawiła, iż to, co wydarzyło się w Warszawie, nie miało żadnego racjonalnego uzasadnienia. Przypominała sobie momenty z ostatnich dni i w końcu ten najstraszniejszy ze wszystkich, gdy dotarła do nich wiadomość: "powstanie upadło". Liczyła się z tym, nawet po cichu życzyła sobie takiego obrotu spraw, ale gdy stało się pewne, że to już koniec, coś w niej pękło i ta informacja wcale nie przyniosła jej spodziewanej ulgi.
***
Wyszła wtedy z jednej ze zrujnowanych kamienic, ściągnęła brudną i sponiewieraną opaskę z ramienia, po czym rozejrzała się po okolicy. Wszędzie unosił się kurz, a jej Warszawa była kupą gruzu. Miasto sprawiało wrażenie grobowca, nie mogła dostrzec żadnego żywego człowieka, jedynie gdzieniegdzie leżały zwłoki i jakby krzyczały do niej z zaświatów: "No i co żeście narobili?!".
Wciąż czuła ból w ramieniu, ale mogła chociaż poruszać ręką. Tak, miała możliwość, by wyjść z budynku, popatrzeć na ruiny i poczuć ból na widok miasta. Weronika miała mniej szczęścia. Co prawda wyjęto jej kulę i zdezynfekowano ranę, ale ciągle się paprała i najpewniej Sarnowska ogromnie cierpiała, bo każdy krok w jej wykonaniu przypominał pierwsze nieporadne stąpnięcia niemowlęcia. Alicja wciąż nie potrafiła o niej myśleć jak o Weronice Chełmickiej, tak jakby ten cały ślub był czymś nieprawdziwym i złudnym. Nie czuła już nic do Juliana, oprócz braterskiej sympatii, jednak tęskniła za tym, co kiedyś ich łączyło. On także przeżył, chociaż odkąd został ranny, był raczej biernym uczestnikiem walk.
Wróciła do swoich kompanów i do Weroniki, która siedziała na brudnym, zakurzonym materacu i płakała. Alicja nie wiedziała, czy to z powodu kapitulacji, czy z bólu, ale nie zamierzała się tym zajmować. Musiała coś powiedzieć swoim ludziom.
- To naprawdę koniec? - jęknął jeden z chłopców i przetarł rękawem brudnej koszuli załzawione oczy.
- Tak... Poddajemy się - odpowiedziała z westchnieniem i dodała: - Od teraz nie macie już dowódcy, musicie sami podjąć decyzję, co dalej. Możecie uciekać, jeśli macie dokąd, złożyć broń jak żołnierze i iść do stalagów albo przyłączyć się do cywili.
- Ja żadnej broni nie zamierzam oddać. Spieprzam do lasu. Wojna jeszcze się nie skończyła, a po drugiej stronie są Rosjanie - oznajmił stanowczo kolejny członek oddziału.
- Ja muszę zaopiekować się Weroniką, dołączę z nią do cywili - zrezygnowanym głosem odpowiedziała Alicja.
- Znowu masz ze mną problem - jęknęła Weronika.
- Na rany Boga! Niech Julian w końcu wstanie z łóżka i cię zabierze, bo już nie mogę słuchać tego twojego ciągłego utyskiwania - burknęła Alicja.
Weronika niemal natychmiast zamilkła i powróciła do patrzenia w okienny otwór budynku.
Kilka godzin później dołączyły do wynędzniałych ludzi maszerujących w kierunku dworca. Alicja miała świadomość, że bez względu na decyzję, jaką podjęła, i tak idzie na śmierć.
Była o tym przekonana do tego stopnia, że nawet nie zamartwiała się o Sergiusza. Od niemal dwóch tygodni nie miała o nim żadnych wieści i od tego czasu w każdej godzinie myślała o nim i modliła się o jego przeżycie. Jednak teraz, gdy miała świadomość nadchodzącej śmierci, po prostu było jej wszystko jedno. I tak już nigdy nie zobaczy ani jego, ani swojego synka. Za kilka dni będzie kupką popiołu albo bezużyteczną stertą kości, rzuconą gdzieś w zbiorowej mogile. Nie miała złudzeń, że Niemcy kogokolwiek oszczędzą. To była jedynie kwestia czasu i mocy przerobowych.
Dodatkowy balast stanowiła Weronika, która poruszała się z trudem i niemal wisiała na ramieniu Alicji. Wycieńczone dotarły na dworzec, wraz z podobnymi do nich straceńcami. A tam kolejne godziny oczekiwania, beznamiętne rejestrowanie rzeczywistości i rozglądanie się za miską cienkiej zupy, którą rozdawano przybyłym. "Cóż za miłosierdzie" - myślała z przekąsem Alicja, ale nie pogardziła jedzeniem, bo nie pamiętała, kiedy ostatni raz miała coś w ustach.
Jedna z kobiet bezustannie zerkała w stronę Weroniki i w końcu powiedziała:
- Pani to lepiej niech gdzie ucieka, bo z tą nogą na roboty pani nie wezmą, tylko od razu do Auschwitz, a tam, pani kochana, to podobnież ludzi żywcem palą.
- Ciekawe, gdzie miałabym z tym kulasem uciec? - mruknęła nieco poirytowana. - Chyba tylko przed pluton egzekucyjny.
- O, pani, ja tam wcale nie wiem, czy to nie byłoby lepiej. - Machnęła ręką i poprawiła na głowie sfatygowaną chustkę.
Alicja zamyśliła się. Jeśli w istocie ta kobieta miała rację, to już lepiej byłoby im zgnić w tych śmierdzących kanałach. O Auschwitz mówiono straszne rzeczy, a przede wszystkim to, że stamtąd wychodzi się jedynie przez komin krematorium. Co prawda Rosjanie byli blisko, ale jeśli będą się tak zabierali za wyzwolenie obozu, jak w Warszawie za pomoc powstańcom, to zdążą obie przejść przez piekło, bo nieco jeszcze zesztywniała ręka Alicji także dyskwalifikowała ją jako darmową siłę roboczą. Nie była jednak w stanie myśleć racjonalnie, a szanse na ucieczkę uznała za zerowe. Zewsząd otaczały ich kordony żołnierzy, jak gdyby byli groźnymi przestępcami, a nie wycieńczonymi cywilami.
Po kilku godzinach zapakowano ich do bydlęcych wagonów i pociąg ruszył w kierunku obozu przejściowego w Pruszkowie. Alicja stała tuż przy niewielkim świetliku i żegnała się ze swoim miastem, Mateuszkiem, Sergiuszem i wszystkimi, którzy byli jej bliscy. Nagle poczuła szarpnięcie i pociąg ze zgrzytem zatrzymał się niemal w środku lasu.
- Udało się! - krzyknął ktoś, przesuwając drzwi wagonu. - Chodu, mili państwo, kto żyw i ma siły.
Po chwili wyskoczył z wagonu i pobiegł w stronę leśnej gęstwiny. Alicja nie usłyszała ani niemieckich nawoływań, ani strzałów czy odgłosów pościgu. Tak, to była okazja. Kilka minut nieuwagi szwabów, zapewne niespodziewających się, że ci wykończeni fizycznie ludzie byliby w stanie sforsować zaryglowane od zewnątrz ciężkie drzwi wagonu, stanowiło nie lada okazję. Kolejne osoby zaczęły pojedynczo opuszczać pociąg i znikać w gęstych zaroślach.
- Teraz my, moja droga - westchnęła Alicja, pomagając wstać Weronice.
- Oszalałaś? - zapytała. - Uciekaj sama, ja nie dam rady.
- To ty oszalałaś, wstawaj!
Weronika spojrzała na Alicję i powiedziała stanowczo:
- Jadę do Pruszkowa, tam może jest Julian... Na pewno gdzieś tam jest. Proszę, zostaw mnie w spokoju.
Alicja Rosińska należała do osób, które nie lubiły nikomu pomagać na siłę, a po słowach Weroniki poczuła się wręcz jak intruz, który próbuje rozdzielić zakochaną parę. Nie powiedziała już ani słowa, tylko wyskoczyła z pociągu i pobiegła w pobliski las, podobnie jak inni. Nie chciała już więcej się narażać, miała syna i Sergiusza. Musiała ich odnaleźć. A ta sytuacja była znakiem z niebios, że jeszcze nie wszystko stracone.
Po kilku godzinach powolnego marszu, gdy poczuła się zziębnięta i kompletnie wycieńczona, postanowiła poszukać pomocy. Przez cały czas swojej wędrówki starała się unikać siedzib ludzkich. Wiedziała, że kiedy Niemcy zorientują się w sytuacji, właśnie tam zaczną szukać uciekinierów. Jednak teraz uznała, że musi zaryzykować, bo inaczej zdechnie w leśnej głuszy i nikt nie wykopie jej grobu ani nie postawi krzyża. Nawet gdy wojna dobiegnie końca.
O tej porze roku las był mało przyjaznym miejscem. Nie chronił, nie dawał pożywienia i nawet rozpalenie ogniska zdawało się wyczynem wręcz karkołomnym. Doczłapała na skraj zagajnika i ujrzała przed sobą niemal bezkresne pola, a w oddali niewielkie zabudowania gospodarskie. Gdyby było lato, a przed nią rozpościerałyby się łany zbóż, mogłaby spróbować przedrzeć się do domostwa, ale teraz byłaby wystawiona jak na patelni. Po prostu stałaby się łatwym celem. Postanowiła poczekać, aż się ściemni. Chciała okryć się listowiem, które pokrywało runo, ale okazało się tak wilgotne, że zrezygnowała z pomysłu. Na szczęście zmierzch nastał dość szybko i ruszyła w stronę zabudowań. Stawiając z trudem kolejne kroki, przypominała sobie czas, gdy z Julianem przedzierali się przez zaspy. Była wtedy w zdecydowanie lepszej kondycji, bo nie miała za sobą dwumiesięcznej walki, głodowania i nie borykała się z bólem, jaki wywoływało obecnie postrzelone ramię.
Chata sprawiała wrażenie ubogiej. Połączona z niewielką obórką i pokryta strzechą, miała odrapane niebieskie drzwi i małe okienka. Zanim Alicja dotarła do ganku, usłyszała szczekanie psa i odwróciła się nerwowo. Po chwili się uspokoiła, bo zajadły stróż gospodarstwa był uwiązany do drewnianej budy i nic nie wskazywało na to, że zerwanie łańcucha stanowiło dla niego łatwe zadanie. Hałas spowodował, że niebieskie drzwi zaskrzypiały, a w progu stanęła kobieta w nieodgadnionym wieku, o filigranowej figurze i twarzy pooranej zmarszczkami. Popatrzyła beznamiętnym wzrokiem na potarganą, brudną Alicję i powiedziała gromko, nie zadając żadnych pytań:
- Wchodzi szybko, bo jeszcze kto zobaczy.
Izba była mała, ale przytulna, a najważniejsze, że niemal od progu Alicja poczuła kojące ciepło. Stała przez chwilę na środku pomieszczenia, jakby nie wiedząc, co dalej robić. Kobieta popchnęła ją delikatnie w stronę drewnianej ławy stojącej nieopodal bielonego pieca.
- A siadajże. Mam trochę kartoflanki, zaraz przygrzeję.
- O nic pani nie zapyta? - zdziwiła się Alicja.
- A o co to pytać? - westchnęła i machnęła ręką.
- Pani tak sama mieszka?
- Teraz już tak. Mąż umarł mi jeszcze przed wojną, a dwóch synów do lasu poniosło - odpowiedziała i kilka minut później postawiła przed Alicją miskę parującej kartoflanki.
Dziewczyna nie pamiętała, kiedy ostatni raz tak bardzo smakowała jej zupa. Nie czekała, aż nieco przestygnie, tylko siorbała małe łyczki, czując rozpływające się po przełyku ciepło. Zrozumiała także, dlaczego gospodyni o nic nie wypytuje. Zapewne, mając dwóch synów w partyzantce, nauczyła się, że lepiej za dużo nie wiedzieć, a pomóc należy, jeśli w progu staje wymizerowany Polak.
Kiedy Alicja doszła do równowagi po posiłku i poczuła, że temperatura jej ciała wraca do normalnej, pomyślała o Weronice. Miała wyrzuty sumienia, że tak po prostu ją zostawiła, ale nie chciała jeszcze umierać. Wierzyła, iż czeka ją jeszcze coś dobrego. Miłość, którą nie zdążyła się nacieszyć, i radość, gdy człowiek nie musi się martwić o każdy dzień swojej egzystencji. Jeśli Weronika się poddała, trudno. Ona nie mogła. Nie chciała tak po prostu odpuścić, gdy istniał gdzieś świat piękna i spokoju. To była siła, która pchała ją do przodu.
Dotarcie do leśniczówki wuja Makarego zajęło jej dwa dni. Co prawda Niemcy skupili się na własnych klęskach i niespecjalnie palili się, by szukać wywrotowców, ale byli zawiedzeni porażkami i bardzo zajadli. Gdyby zatrzymali ją bez dokumentów i zwrócili uwagę na jej niesprawną rękę, zastrzeliliby ją bez mrugnięcia okiem. Dlatego odpadała podróż koleją i nie wchodziły w grę jakiekolwiek inne skupiska ludzkie, gdzie mogli się jeszcze kręcić. Rosjanom, którzy tak bardzo odwrócili się od nich, też już nie wierzyła i musiała przyznać słuszność Sergiuszowi, że są takimi samymi wrogami jak Niemcy.
Przywitanie z rodziną, a przede wszystkim z Mateuszkiem, sprawiło, że nagle napięcie ostatniego czasu opuściło ją i jedyne, co robiła przez następne kilka dni, to łkanie w poduszkę. Po prostu wszystkie skrywane emocje niespodziewanie wydobyły się na zewnątrz. Te dobre i te złe.
Bawiąc się z synem, tuląc go niemal bez przerwy i spędzając z nim prawie każdą chwilę, zastanawiała się, skąd u niej tyle pokładów tkliwości i czułości. Wcześniej nie podejrzewała nawet, że macierzyństwo może ją tak zmiękczyć. Być może sprawiła to rozłąka z synem i ciągła obawa, iż nigdy więcej go nie zobaczy. A może po prostu dojrzała do takiego życia, gdzie rodzina i możliwość przebywania z bliskimi znajdowała się na pierwszym miejscu. Leniwie płynący człowieczy los, bez fajerwerków i bez specjalnych wstrząsów. Alicja już nie chciała balansować na krawędzi ani czuć adrenaliny, którą dawało ryzyko. Wolała spokój.
Mateuszek na szczęście nie oddalił się od niej emocjonalnie. Wciąż była dla niego najważniejszą osobą na świecie i jego bohaterką, bo walczyła na wojnie. Niemal każdego dnia pytał, czy teraz, gdy koniec wojny jest bliski, zostanie z nim na zawsze. Obiecywała i przysięgała, iż tak właśnie będzie i jeśli wyjedzie, to na bardzo krótko.
Cieszyła się z obecności syna, ale jednocześnie wypłakiwała sobie oczy, bo nie było przy niej Sergiusza i nie miała pojęcia, co się z nim dzieje. Gdyby go posłuchała, miałaby go teraz obok siebie i cieszyłaby się każdym dniem, bez konieczności ukrywania się i ciągłego lęku. Nie posłuchała, a i tak wszystko szlag trafił. Nie wyszło, nie udało się. Tak bardzo nie wyszło, że nawet ona była zdziwiona podobnym obrotem spraw. W najśmielszych przypuszczeniach nie myślała, jak bardzo długa i wycieńczająca będzie to walka i że zakończy się w tak dramatyczny sposób.
Z radia płynęły codziennie dobre wieści. Głos spikera informował o kolejnych zdobytych terenach, a w końcu Alicja usłyszała to, na co tak długo czekała: Warszawa jest wolna. W pierwszej chwili pomyślała, że to bzdura, bo jej ukochane miasto już nie istniało i nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle w miejscu tych ruin powstanie nowe. Jednak dotarło do niej, że jeśli Niemcy wynieśli się ze stolicy, to znaczy, że będą tworzyły się jakieś urzędy, punkty poszukiwań zaginionych, wejdą organizacje pomocowe i społeczne, Czerwony Krzyż... A jeśli tak, możliwe, że ktoś będzie wiedział, gdzie wywieziono powstańców. Przynajmniej tych, którzy do samego końca nie zdjęli opasek i nie dołączyli do cywilów. Przecież, do diabła, były jakieś konwencje, przepisy, a powstańców uznano za jeńców wojennych. Zatem ktoś powinien coś wiedzieć. Tego wieczoru przestała łkać i się mazać, zamiast tego zeszła do kuchni, do babki Alutki, która z dnia na dzień stawała się coraz słabsza, tak jakby miała niebawem pożegnać się ze światem i jedynie czekała, aż wojna się skończy, żeby mogła wrócić do swoich Chełmic.
- Babciu... - powiedziała cicho Alicja. - Muszę odnaleźć Sergiusza.
- A gdzie chcesz go szukać? - bąknęła babka. - W gruzach?
- Gruzy, gruzy... Ale coś się tam dzieje. Jest wojsko, nasze, polskie. Tworzą się urzędy... Pewnie czegoś się dowiem, tam na miejscu - perorowała Alicja.
- No co mam ci powiedzieć... Nie sądzę, że w taki sposób go znajdziesz, ale w końcu mamy prawie koniec wojny. A w Warszawie już na pewno nie ma szwabów. Więc jedź, najwyżej wrócisz z niczym za parę dni - powiedziała cicho i zakasłała.
- Dobrze się czujesz, babciu? - zatrwożyła się Alicja.
- Jak to stara baba... Niedługo ósmy krzyżyk mi stuknie i już grabarz w Chełmicach się o mnie dopytuje - bąknęła.
- Przestań, babciu. Dożyjesz setki, więc przed nami jeszcze mnóstwo wspaniałych chwil. - Pogłaskała babkę po pomarszczonej dłoni.
- No ciekawe, jak cię wiecznie dupa swędzi i ciągle cię gdzieś nosi. A ja tak sobie obiecałam, że nie pójdę do sztywniaków, póki cała rodzina nie będzie w komplecie.
- Sergiusz to też nasza rodzina - westchnęła Alicja i dodała ze śmiechem: - W takim razie chyba muszę zniknąć na kilka lat, żebyś jeszcze trochę pożyła.
- Nie gadaj takich rzeczy, bo jeszcze w złą godzinę wypowiesz... - Babka Alutka spoważniała. - Tak, ten cały "Kary" to jak nasza rodzina, chciałabym, żebyś za niego wyszła. Będzie dobry dla ciebie i małego. I mam nadzieję, że jeśli znowu Chełmicki zjawi się obok, przegoni go na cztery wiatry.
***
Alicja dotarła do Warszawy około południa. Zima powoli odpuszczała, zamieniając skute lodem drogi w bagniste bajora. Miasto, które było jej tak bliskie i za które była gotowa oddać życie, wyglądało przedziwnie. Wciąż zrujnowane, pełne gruzów i pozbawione mostów, ale jakby żywe. Przeprawiała się właśnie na drugi brzeg Wisły jedną ze zdezelowanych łodzi przypominających tratwę i wsłuchiwała się w opowieść przewoźnika.
- Pani kochana, jak tylko nadali przez radio, że Warszawa jest wolna, to pani... od następnego dnia całe chmary ludzi wracały. Furmankami, pieszo, pociągami, jak bądź. Po lodzie na Wiśle też leźli, bo to przecie ani jeden mosteczek się nie ostał. Na drogach zrobiła się granda, bo ludzie napierali tak, że wojsko nie mogło przejechać. A niektórzy, jak zobaczyli, że tu jedynie gówna i kapcie zostały, to się nazad wracali. I tak, pani, krążyli w tę i we w tę. Bo to przecie ani prądu, ani wody, miny wszędzie i jakie niewybuchy, niejednemu urwało co nieco, jak miał trochę szczęścia, bo jak nie, to tak pewno leży do tej pory. A ile tu szabrowników ściągnęło, pani kochana, cała gangsterka się zjechała...
Alicja w pewnej chwili przestała słuchać. Przyglądała się jedynie miastu, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej zażarcie walczyło o wolność, o godność, o Bóg raczy wiedzieć co. Wysiadła z łodzi i ruszyła w kierunku Śródmieścia. Na ulicach nie leżały już zwłoki. Zapewne te, które znajdowały się na widoku, uprzątnięto. Dlatego teraz mijała jedynie żywych ludzi i to było pocieszające. Pytała sama siebie w duchu, gdzież oni mieszkają, co jedzą, gdzie się myją. I gdzie ona przenocuje, jeśli przyjdzie jej zostać w mieście kilka dni. Wszędzie ruiny i tylko od czasu do czasu mijała domy, które nadawały się do zamieszkania. Na niektórych widniały namalowane farbą napisy, że można doń wchodzić, bo wojsko sprawdziło, czy wnętrza nie kryją żadnych niespodzianek w postaci min czy niewybuchów. Grupki ludzi przerzucały gruz na jedną stertę, zaś całe cegły układały w sześciany, by mogły być jeszcze wykorzystane. Jakiś przepołowiony budynek miał przy ścianie podstawioną drabinę i Alicja spostrzegła ze zdziwieniem, że ktoś wchodził po niej z wiadrem wody, otwierał drzwi, a w środku stał ktoś inny i pomagał wchodzącemu. Brak klatki schodowej najwidoczniej nie przeszkodził mieszkańcom i postanowili dostawać się do domu niczym do chatki na kurzej łapce. Gdzieniegdzie zostały fragmenty mieszkań, przykryte plandeką, albo kompletnie pozbawione ścian pokoje, gdzie można było dostrzec nienaruszone kredens czy kanapę. Po zagruzowanych ulicach próbowały jeździć furmanki i ciężarówki, a od czasu do czasu mijali ją obładowani dobrami rowerzyści. Na skwerach niekiedy dostrzegała krzyże albo prowizoryczną mogiłę przypominającą, że masowo ginęli tutaj ludzie. Na każdej ulicy i niemal w każdym domu. Pewnie jeszcze minie wiele czasu, zanim pogrzebią ich wszystkich, a być może niektórzy pozostaną tutaj na zawsze, nigdy nieodnalezieni, bo ich ciała zamienią się w proch, a zachowają się jedynie kości, na których powstanie nowy budynek czy ulica. A jednak tętniło życie, zwłaszcza wokół domów, z których jeszcze coś zostało. Można było nawet dostrzec ludzi w intymnych sytuacjach, gdy po prostu kucali za pokruszonymi murami, by załatwić swoje potrzeby fizjologiczne, bo inny sposób nie istniał. A tuż obok, wzdłuż ulic, ludzie handlowali czym się dało. Do Warszawy dotarły już nowe pieniądze. Co prawda władze zapowiadały wymianę tych przedwojennych po kursie jeden do jednego, jednak górną granicą wymiany było pięćset złotych, więc radzono sobie inaczej. Walutą były rzeczy. Futra zamieniano na worek mąki, meble na piernaty, a naczynia oddawano za miskę zupy. Powstały nawet pierwsze sklepy umiejscowione w bramach na wpół zrujnowanych domów, w zniszczonych wagonach tramwajowych czy też w spalonych samochodach.
"Jak bardzo ci ludzie musieli kochać swoją Warszawę, jeśli zdecydowali się wrócić do tych ruin, na to cmentarzysko, gdzie zginęły dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy ludzi?" - myślała, rozglądając się dookoła.
Czasami mijały ją samochody z polskimi żołnierzami, od czasu do czasu słyszała rosyjski, a wszystko sprawiało wrażenie jednego wielkiego chaosu.
Zapytała jakiegoś żołnierza o Polski Czerwony Krzyż, bo postanowiła rozpocząć poszukiwania od tego miejsca.
- A pani na ekshumację? To zależy na jaki rewir, bo jak... - zaczął tłumaczyć jeden z żołnierzy, ale Alicja mu przerwała.
- Nie, nie na ekshumację. Szukam kogoś... To pewnie będzie Biuro Informacji i Poszukiwań.
- A to nie wiem, ale idzie pani na Piusa, do zarządu, może tam... Ale wie pani, lepiej to zacząć od ekshumacji, bo więcej takich, co nie żyją, niż tych, co uciekli... - Machnął ręką.
- Nie, nie... - Pokręciła głową, jakby nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że Sergiusz mógłby gdzieś tu leżeć, nieżywy i przysypany gruzami. - On przeżył, tylko Niemcy go wywieźli do Rzeszy.
- No idzie pani tam... - bąknął żołnierz i ruszył przed siebie.
Tuż przed budynkiem kłębiły się tłumy. Jedni chcieli wiedzieć, gdzie jeszcze będą ekshumacje, inni zgłaszali, że natknęli się na ofiary, a pozostali czekali, by przekazać dane osób zaginionych. Alicja ustawiła się wraz z innymi, chociaż nie zauważyła, żeby tłum próbował uformować coś w rodzaju kolejki. Usłyszała za sobą głos:
- Aldona... Boże, Aldona, ty żyjesz.
Alicja odwróciła się i stanęła twarzą w twarz ze swoim dawnym kompanem z SOE, który okazał się zdrajcą ich idei i próbował ograbić organizację z pieniędzy, by wesprzeć nimi komunistyczne bojówki.
- Wiktor... - jęknęła.
- Och, Alicjo, wiem, że jesteś trochę na mnie zła za te pieniądze, ale teraz... Wszyscy jesteśmy Polakami, walczyliśmy w jednym powstaniu i będziemy żyli w jednej ojczyźnie - powiedział z entuzjazmem.
- Dalej jesteś czerwony? - zapytała podejrzliwie.
- Dajże spokój. No jestem i cóż z tego? - Machnął dłonią.
- Słuchaj, Wiktor, nadal uważam cię za świnię, ale możesz się zrehabilitować i mi pomóc, bo będę stała tutaj do Wielkanocy, a nie mam nawet gdzie spać. Czy mógłbyś się dowiedzieć, gdzie wywieziono jeńców z powstania? No wiesz, jakie stalagi, oflagi, miejscowości i takie rzeczy. Zgodnie z konwencją genewską takie informacje powinny być dostępne.
- Myślę, że mógłbym pomóc. Podam ci adres. Urzęduję na Pradze, na Strzeleckiej. Przyjdź za dwie, trzy godziny, muszę jeszcze coś załatwić na mieście. Przez Wisłę przeprawisz się łodzią - powiedział i szybko się pożegnawszy, zaczął przeciskać się przez zbity tłum.
W Alicję wstąpił nowy duch. Była tak podekscytowana faktem, że zdobędzie jakieś konkretne informacje, że nawet nie zastanowiła się nad uczynnością Wiktora. W tym momencie zachowała się jak kompletna idiotka, bo zamiast do przyjaciela, trafiła wprost w paszczę lwa.