Wstęp, czyli czym właściwie sąten feminizm, gender i inne potwory(w tym językoznawstwo)
Feminizm. Dla jednych - potwór z bagien. Dla innych - sposób na stworzenie bardziej empatycznego, inkluzywnego[1*] społeczeństwa. W tej książce jednak będziemy zajmować się nie opiniami, lecz faktami, w myśl powiedzenia: "Mamy prawo do własnych opinii, ale już nie do własnych faktów". Te bowiem są wspólne dla ogółu ludzkości (to, że niektórzy nie chcą przyjąć ich do wiadomości lub też manipulują nimi w celach ideologicznych, to już inna sprawa). Spójrzmy zatem najpierw na słownikową definicję wyrazu feminizm. Oxford English Dictionary [Słownik oksfordzki] mówi nam, że feminizm to "wiara w to, że kobiety i mężczyźni powinni mieć równe szanse i takie same prawa; a także działania podejmowane w tym celu"[1]. Cambridge Dictionary [Słownik Cambridge] przytacza niemal identyczną definicję, z tym że do równych szans i praw dodaje równy dostęp do władzy, a także wspomina, że feminizm postuluje równe traktowanie płci[2].
"No dobra - powiecie - to są anglosaskie źródła. Co z polskimi?" Spieszę wyjaśnić. Słownik języka polskiego PWN definiuje feminizm jako ruch na rzecz prawnego i społecznego równouprawnienia kobiet[3], a także jako ideologię leżącą u podstaw tego ruchu. Samo słowo pochodzi od łacińskiego wyrazu femina, oznaczającego kobietę[2*]. W języku angielskim pojawiło się w użyciu około 1850 roku, razem z pierwszymi zorganizowanymi ruchami kobiecymi. Widzimy zatem, że po swoistym "rozpakowaniu" tego pojęcia nie ma w nim nic przerażającego.
Pójdźmy dalej. Ktoś może powiedzieć: "No, feminizm to wiemy, ale ten gender to jest chyba straszniejszy?". Obcojęzyczne słowo, zapożyczenie, nie ma odpowiednika w polszczyźnie, no to raczej musi budzić przerażenie? Otóż nie musi. Gender to pojęcie funkcjonujące w nauce w dwóch znaczeniach: w językoznawstwie jako rodzaj gramatyczny (męski, żeński lub nijaki oraz męskoosobowy i niemęskoosobowy) oraz w naukach społecznych jako kategoria płci (użyteczna na przykład wtedy, kiedy przeprowadzamy badanie na temat, dajmy na to, użycia wulgaryzmów wśród studentów pierwszego roku medycyny). Poza światem nauki gender to po prostu płeć. Płeć społeczno-kulturowa.
W języku angielskim rozwiązano to łatwiej. Znajdziemy w nim rozróżnienie na sex i gender, czyli na płeć biologiczną i społeczno-kulturową. W polszczyźnie musimy radzić sobie opisowo. Jedni mówią na gender właśnie "płeć społeczno-kulturowa", inni - "tożsamość płciowa", a jeszcze inni - "role płciowe, które społeczeństwo lub kultura przypisują mężczyznom bądź kobietom". Różnicę między sex a gender obrazuje powiedzenie: "Sex znajduje się między nogami, a gender - między uszami". Jest to, oczywiście, uproszczenie, ale daje ogólny ogląd na sprawę. Gender to nie coś, z czym się rodzimy. Gender to wszystko to, co odgrywamy[4]. Językoznawczyni Penelope Eckert[5] pisze, że gender to społeczne rozszerzenie płci: to, czego uczymy się z biegiem lat (choćby przez naśladownictwo - małe dziewczynki i mali chłopcy naśladują zachowania odpowiednio matek i ojców) i co zmienia się w zależności od czasu[3*] i kultury.
Ale co ma do tego językoznawstwo? Czy to nie jest tylko uczenie się słówek i struktur gramatycznych? Absolutnie nie. Istnieje szereg dziedzin językoznawstwa, na przykład: fonologia, czyli nauka o dźwiękach, semantyka, czyli nauka o znaczeniu słów, czy też socjolingwistyka, czyli nauka o tym, jak język funkcjonuje w posługującej się nim społeczności. Tą społecznością może być nie tylko naród (na przykład Polacy) czy grupa etniczna (na przykład Kaszubi), ale również grupa osób o takiej samej tożsamości płciowej czy orientacji seksualnej, a nawet wykonujących ten sam zawód. Socjolingwiści i socjolingwistki badają język zarówno w obrębie danej społeczności, jak i poza nią. W przypadku kobiet badamy i to, czym charakteryzuje się "język kobiet"[4*], i to, jaki obraz kobiety wyłania się z "języka ogółu". Mogę was zapewnić, że wpływ płci znajdziemy w większości elementów składających się na język: w fonetyce (głosy kobiet niezmiennie fascynują komentatorów życia politycznego...), w semantyce (wyrazy opisujące kobiety często podlegają zmianom semantycznym), w historii języka (dość wspomnieć samo słowo "kobieta" i jego dzieje), w analizie dyskursu (posłuchajmy, jak mówi się o płci w mediach!), w składni (strona bierna kontra strona czynna w opisach przemocy)... No i ta gramatyka! To, co większości z was przychodzi na myśl, kiedy piszę o języku i płci. Feminatywy! Od nich zaczniemy, a później odkryjemy inne tajemnice zarówno "płciowej lingwistyki", jak i pojmowanego szerzej języka inkluzywnego.
ZAPRASZAM DO MOJEGO ŚWIATA!
Jak to się stało, no jak stało się?
Nie mogę nie rozpocząć mojej książki opowieścią o tym, jak narodziła się "płciowa" gałąź socjolingwistyki, czyli jak w ogóle ludzie zorientowali się, że warto badać to, jak mówią kobiety, a jak mężczyźni.
Musimy cofnąć się do roku 1973, kiedy to pionierka badań nad płcią w języku, Robin Lakoff, opublikowała artykuł Language and Woman's Place [Miejsce kobiety w języku][5*]. Był to tekst przełomowy, po raz pierwszy bowiem w przestrzeni publicznej poruszony został temat "kobiecego języka". Dlaczego dopiero wówczas? Lata siedemdziesiąte XX wieku były okresem przełomu. Przedstawicielki ruchu feministycznego drugiej fali wkroczyły na uniwersytety i - pomimo czasem ostrej krytyki ich poglądów - działały tam jako studentki i pracownice. Nie było to łatwe, ponieważ w tamtych czasach dominującym prądem myślowym w naukach społecznych był strukturalizm, który głosił, że społeczeństwo ma określoną strukturę. Strukturę, której elementy są tak bardzo od siebie zależne, że zmiana jednego pociągnie za sobą upadek całości. Role płciowe były ściśle określone, a ich naruszanie uznawano za szkodliwe dla struktury społecznej.
W takim właśnie "klimacie" Lakoff opublikowała swój artykuł. Wskazała w nim cechy "języka kobiet". Jakie? Skłonność do stosowania wzmacniaczy ("naprawdę wspaniałe", "totalnie szałowe") i wypełniaczy ("tak jakby", "myślę, że..."), używanie pytań rozłącznych ("Piękny mamy dziś dzień, nieprawdaż?"), a ponadto znajomość szczegółowych nazw kolorów[6*] czy unikanie wulgaryzmów lub zastępowanie ich eufemizmami (fudge zamiast fuck)[6]. Najciekawszym bodajże przykładem jest wprowadzony przez Lakoff podział przymiotników wyrażających aprobatę na neutralne i kobiece. I tak, według autorki, słowa "wspaniały" czy "świetny" są neutralne, a "słodki", "czarujący" czy "uroczy" są... tak, zgadłyście, kobiece! Lakoff zaznacza, że kobiety mogą bez przeszkód używać słów neutralnych, ale mężczyzna sięgający po przymiotnik z grupy "kobiecej" naraża się na śmieszność i utratę reputacji.
Publikacja Lakoff wzbudziła szereg kontrowersji, przede wszystkim metodologicznych. Autorka nie przeprowadziła żadnych badań empirycznych, a opis "języka kobiet" oparła na własnych nieusystematyzowanych obserwacjach. Zastanawiała się, w jaki sposób mówią znajome jej kobiety, a następnie to opisała. Dziś stworzony taką metodą artykuł z zakresu językoznawstwa nie miałby szans na dopuszczenie do publikacji, jednak niecałe pięćdziesiąt lat temu był rewolucyjny. To Lakoff jako pierwsza zaobserwowała, że mężczyźni i kobiety używają tego narzędzia, jakim jest język, w inny sposób.
Ale to, co jest powodem tej różnicy, było przedmiotem sporów. Wyodrębniły się dwa nurty - dominacji i różnicy. Ten pierwszy, którego reprezentantką jest między innymi Lakoff, głosi, że różne style komunikacyjne kobiet i mężczyzn to wynik męskiej dominacji. W tym ujęciu język jest również metodą kontroli kobiet i utrzymywania ich podrzędnej pozycji.
Przedstawiciele nurtu różnicy z kolei uważają, że wytworzenie się "języka kobiet" i "języka mężczyzn" to skutek różnic między tymi płciami (to, czy te różnice są wrodzone, czy nie, było kolejnym przedmiotem debat). Nurt ten przeżywał największy triumf w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy księgarniane listy bestsellerów były okupowane przez pseudonaukowe pozycje o mężczyznach z Marsa i kobietach z Wenus[7*]. Wówczas spierano się, czy decydującą rolę w tworzeniu się różnic odgrywają odmienne sposoby socjalizacji, której poddaje się chłopców i dziewczynki od wczesnego dzieciństwa, czy też są one wrodzone (w języku angielskim karierę w tym kontekście zrobiło słowo hardwired, oznaczające tu "głęboko zakorzeniony, osadzony") i da się je zidentyfikować podczas badań naszych mózgów. Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, że popkultura i nauka trochę się wówczas rozminęły - w dyskursie popularnym w najlepsze utwierdzano się w przekonaniu, że mężczyźni mowę mają ostrą, a kobiety delikatną z powodu różnic w budowie ich mózgów, w nauce zaś podejście było zdecydowanie bardziej zniuansowane[8*]. Nie tylko dlatego, że nowoczesne technologie neuroobrazowania pozwoliły na dokładniejsze przyjrzenie się ludzkim mózgom. Wpływ miała też niezwykle rewolucyjna teoria z dziedziny nauk humanistycznych.
Mowa tu o teorii performatywności płci autorstwa Judith Butler. Tak, tej Judith Butler, której nazwisko szeregi konserwatywnych publicystów wypowiadają z olbrzymią odrazą. Teoria performatywności płci mówi nam, że płeć (gender) to coś, co odgrywamy, że to zespół cech, który nie musi zgadzać się z tym, co mamy między nogami. Podczas gdy jeszcze niedawno w badaniach języka i płci przyjmowano za pewnik drastyczne różnice między kobietami a mężczyznami, nowa teoria pozwoliła spojrzeć na to wszystko pod innym kątem. Mogła ona zaistnieć między innymi dzięki działalności francuskiego filozofa Michela Foucaulta[9*]. Nieraz słyszymy, że teoria performatywności płci to diabelstwo, zaburzanie porządku świata czy wręcz jego koniec. Nic bardziej mylnego! Dzięki Butler czy Foucaultowi dostaliśmy narzędzia do opisania czegoś, co jest naturalne nawet dla konserwatystów.
Przecież kobieta asertywna (czyli wykazująca męską cechę) nie staje się przez to mężczyzną. Przecież mężczyzna opiekuńczy (czyli wykazujący cechę kobiecą) nie staje się od tego reprezentantem płci żeńskiej.
Od tej pory mówiono nie o męskości i kobiecości, lecz o męskościach i kobiecościach. Istnieją bowiem różne sposoby wyrażania siebie. Nowe teorie pozwoliły również na poszerzenie spojrzenia na język i płeć. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku przyglądano się głównie białym kobietom z klasy średniej i na tej podstawie budowano model "kobiecego języka". Dojście do głosu badaczek czarnoskórych czy pochodzenia azjatyckiego, a także przedstawicielek klas innych niż średnia pokazało, że nie ma jednego charakterystycznego dla kobiet sposobu mówienia. Tak samo z mężczyznami - to, co dla białych, bogatych, heteroseksualnych Amerykanów było prawidłowym, codziennym językiem, nie musiało takie być dla Latynosów, Afroamerykanów czy gejów. Dowiedziono też, że kobiety i mężczyźni zmieniają swoje "językowe oblicze" w zależności od środowiska, w którym akurat przebywają. Językoznawczyni Jennifer Coates poświęciła temu dwie publikacje - Women Talk[10*] [Kobiece rozmowy] (1991) i Men talk [Męskie rozmowy] (2003).
Skoro wiemy już, że nie ma uniwersalnego języka danej płci, nie powinniśmy dać się uwieść łatwym rozwiązaniom w rodzaju poradników "jak zrozumieć mężczyznę", a zamiast tego słuchać siebie nawzajem.
Ale badania płci w języku to nie tylko sprawdzanie, jak mężczyźni czy kobiety wyrażają siebie poprzez język. To również przyglądanie się temu, jak w danym systemie językowym[11*] kształtuje się obraz konkretnej płci. W tej kwestii badacze i badaczki są znacznie bardziej zgodni niż w poprzedniej. Przyjmuje się, że w większości znanych nam języków kobiety przedstawione są zdecydowanie bardziej negatywnie niż mężczyźni[7]. Dominacja mężczyzn znalazła odzwierciedlenie w wielu systemach językowych, szczególnie w tych, w których występuje rodzaj gramatyczny. A tak się składa, że język polski do nich należy. Zatem powiedzmy to głośno i otwarcie: kobieta w polszczyźnie ma gorzej. O tym porozmawiamy sobie w kolejnym rozdziale, a zanim to nastąpi, pozwólcie, proszę, że przybliżę wam jeszcze początki mojej przygody z feminatywami.
Jak zostałam Panią od Feminatywów?
Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, jak istotne są kwestie języka i płci... na lekcji religii w drugiej klasie podstawówki. Prowadząca zajęcia siostra zakonna poinformowała nas, że w wypowiadanych podczas mszy świętej słowach: "Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja" dziewczynki nie mogą zamienić formy "godzien" na "godna". Dlaczego? Ponieważ "przed Bogiem stoimy nie jako kobiety, tylko jako ludzie". Zastanawiałam się, o co w tym chodzi. Czy kobiety to nie ludzie? I dlaczego było to tak istotne, że ośmiolatki musiały to wiedzieć? Ta sytuacja zapadła mi mocno w pamięć.
Wcale nie chciałam zajmować się feminatywami, a wybór tego tematu dokonał się niejako przez przypadek. Szczególnie interesuje mnie obalanie mitów, zwłaszcza tych mocno zakorzenionych w kulturze. Próbowałam odkrywać ich prawdziwe oblicze zawsze, kiedy tylko pojawiały się przy rodzinnym stole. A pojawiały się często, ponieważ wiele z utartych przekonań funkcjonujących w społeczeństwie to właśnie mity. Mogą to być przekłamania takie jak:
- "amerykańskie święto Halloween" (w rzeczywistości irlandzki obyczaj, który do Stanów Zjednoczonych trafił dopiero wraz z emigrantami z kraju Świętego Patryka);
- "amerykańskie walentynki" (połączenie rzymskich Luperkaliów z chrześcijańskim kultem Świętego Walentego, które zaczęto kojarzyć z miłością około XIV wieku - pierwszy literacki ślad obchodzenia walentynek znajdziemy u Geoffreya Chaucera w poemacie Sejm ptasi z 1375 roku);
- "powrót do tradycyjnych polskich imion, takich jak Zofia czy Antoni" (żadne z nich nie jest polskim imieniem, są jedynie spolszczone, jak większość imion nadawanych w Polsce; "Zofia" pochodzi z greckiego, "Antoni" - z łaciny);
- "Święty Mikołaj, którego wizerunek powstał na zlecenie producenta popularnego napoju" (znowu bzdura, niestety powielana nawet na zajęciach uniwersyteckich, w rzeczywistości Święty Mikołaj jako gruby starszy pan w czerwonym wdzianku po raz pierwszy pojawił się u rysownika Thomasa Nasha około 1870 roku, ponad sześćdziesiąt lat przed pierwszą świąteczną reklamą Coca-Coli), a także "skrót X-Mas ruguje Chrystusa z Bożego Narodzenia" (a przecież X oznacza właśnie Chrystusa...).
Jednym z takich obecnych w przestrzeni publicznej przekłamań jest mit o feminatywach będących "nowym wymysłem feministek z XXI wieku". Coś na ten temat czytałam, ale nie za bardzo miałam ochotę zgłębiać temat naukowo, ponieważ przerażały mnie silne emocje, które ta kwestia wywołuje w laikach. Nie chciałam wikłać się w tę debatę, która przypominała bardziej kłótnię niż kulturalną dyskusję. Przede wszystkim jednak nie czułam się na siłach stawić czoła wyzwiskom i mowie nienawiści, której celem są osoby przekazujące wiedzę o języku inkluzywnym, w tym o feminatywach[12*].
Kiedy aplikowałam na studia magisterskie, ówczesny promotor zachęcił mnie do zastanowienia się nad studiami doktoranckimi. Już wtedy o nich marzyłam, więc taka propozycja była mi na rękę. Chciałam pisać o popkulturze z perspektywy językoznawczej, szczególnie o tekstach amerykańskich raperek, których słucham, ponieważ ich muzyka dodaje mi siły i energii. Nie spotkało się to z aprobatą promotora, zatem szukałam dalej potencjalnego tematu rozprawy doktorskiej. Pewnego dnia podczas zajęć seminaryjnych pojawiła się kwestia feminatywów, skomentowana przez jedną studentkę zdaniem w stylu: "Feminatywy to narzucane na siłę neologizmy". Zdecydowałam się sprostować to twierdzenie, prezentując dostępne dane. Po zajęciach profesor powiedział: "Pani Martyno, to może spróbujmy o tych feminatywach?". I tak zaczęła się moja przygoda z żeńskimi formami nazw zawodów.
Od 2018 roku zajmuję się tym tematem naukowo, od 2021 roku zaś - popularyzatorsko, prowadząc konto na Instagramie, nazwane "Pani od Feminatywów". W 2022 roku wraz z profesorką Katarzyną Waszyńską i magisterką Weroniką Klon założyłam Międzywydziałową Interdyscyplinarną Grupę Badawczą "Płeć i Język", w której prowadzimy badania nad płcią w języku, łącząc metody językoznawcze oraz psychologiczne.
Mam nadzieję, że niniejsza książka przyniesie wam choć chwilę uśmiechu. A jeśli przy okazji obali jakieś mity czy pozwoli inaczej spojrzeć na jakiś temat, będę bardzo zadowolona.
Życzę miłej lektury!
Pani od Feminatywów
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki