Żeńska końcówka języka - Martyna F. Zachorska

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przy­pisy

Wstęp, czyli czym wła­ści­wie są ten fe­mi­nizm, gen­der i inne po­twory (w tym ję­zy­ko­znaw­stwo)

[1] Fe­mi­nism, [w:] Oxford En­glish Dic­tio­nary, https://www.oxfor­dle­ar­ners­dic­tio­na­ries.com/de­fi­ni­tion/en­glish/fe­mi­nism, do­stęp: 10.11.2022. Wszyst­kie prze­kłady, o ile nie po­dano ina­czej, zo­stały wy­ko­nane przez au­torkę.
[2] Fe­mi­nism, [w:] Cam­bridge Dic­tio­nary, https://dic­tio­nary.cam­bridge.org/dic­tio­nary/en­glish/fe­mi­nism, do­stęp: 10.11.2022.
[3] Fe­mi­nizm, [w:] Słow­nik ję­zyka pol­skiego PWN, https://sjp.pwn.pl/sjp/fe­mi­nizm;2557674.html, do­stęp: 10.11.2022.
[4] Pe­ne­lope Ec­kert, Sally McCon­nell-Gi­net, Lan­gu­age and Gen­der, Cam­bridge Uni­ver­sity Press, Cam­bridge 2013.
[5] Tamże.
[6] Ro­bin La­koff, Lan­gu­age and Wo­man's Place, "Lan­gu­age in So­ciety" 1973, nr 2.
[7] The Hand­book of Lan­gu­age, Gen­der, and Se­xu­ality, red. Su­san Ehr­lich, Mi­riam Mey­er­hoff, Ja­net Hol­mes, John Wi­ley&Sons, Ho­bo­ken 2014.
[1*] Je­śli ja­kiś ter­min bę­dzie nie­zro­zu­miały, zaj­rzyj na ko­niec książki, gdzie znaj­duje się słow­ni­czek wy­bra­nych po­jęć (wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od au­torki).
[2*] Warto tu do­dać, że "su­fra­żystka" po­cho­dzi od słowa suf­frage, ozna­cza­ją­cego prawo wy­bor­cze. A za­tem po­ja­wia­jące się tu i ów­dzie zda­nie: "Nie je­stem fe­mi­nistką, je­stem su­fra­żystką" jest, z me­ry­to­rycz­nego punktu wi­dze­nia, błędne - prawa wy­bor­cze pol­skie ko­biety wy­wal­czyły w 1918 roku.
[3*] Przy­kła­dowo ko­lor ró­żowy dziś uzna­jemy za ty­powy dla dziew­czy­nek, a nie­bie­ski - dla chłop­ców. Gdy­by­śmy cof­nęli się o sto lat, oka­za­łoby się, że wów­czas było zu­peł­nie od­wrot­nie. Ró­żowy, z ra­cji po­do­bień­stwa do krwi­stej czer­wieni, przy­wo­dzą­cej na myśl mężną walkę, po­strze­gany był jako ko­lor "chło­pięcy", na­to­miast nie­bie­ski, ko­ja­rzony z sza­tami Matki Bo­skiej, uzna­wano za de­li­katną, nie­winną barwę wprost ide­alną dla dziew­czy­nek.
W kul­tu­rze Za­chodu męż­czyźni nie no­szą spód­nic ani su­kie­nek, ale na przy­kład w kra­jach Za­toki Per­skiej luźna szata-suk­nia, zwana ga­la­biją, to tra­dy­cyjny strój mę­ski.
[4*] Dziś spie­ramy się o to, czy "ję­zyk ko­biet" w ogóle ist­nieje, jed­nak wła­śnie od niego roz­po­częły się (w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku) ba­da­nia na­ukowe nad ję­zy­kiem i płcią.
[5*] Dwa lata póź­niej La­koff opu­bli­ko­wała książkę pod tym sa­mym ty­tu­łem.
[6*] La­koff ewi­dent­nie wie­rzyła w ste­reo­typ męż­czy­zny nie­roz­róż­nia­ją­cego ko­lo­rów...
[7*] Na czele z be­st­sel­le­rem Johna Graya pod do­kład­nie ta­kim ty­tu­łem. Na fali po­pu­lar­no­ści po­rad­ni­ków tego au­tora po­wsta­wały ko­lejne, z co­raz to ory­gi­nal­niej­szymi ty­tu­łami, na przy­kład Why Men Don't Iron [Dla­czego męż­czyźni nie pra­sują] Anne Moir czy Why Men Don't Li­sten and Wo­men Don't Read Maps [Dla­czego męż­czyźni nie słu­chają, a ko­biety nie umieją czy­tać map] Al­lana i Bar­bary Pe­ase'ów.
[8*] Czy ko­goś to dziwi? Za­zwy­czaj tak jest, że do me­diów i po­pkul­tury tra­fia "roz­wod­niona" wer­sja teo­rii czy na­wet opisu wy­ni­ków ba­dań.
[9*] Warto prze­czy­tać po­świę­coną mu książkę Re­mi­giu­sza Ry­ziń­skiego Fo­ucault w War­sza­wie, Do­wody na Ist­nie­nie, War­szawa 2017.
[10*] Kon­tro­wer­sje wzbu­dził spo­sób zbie­ra­nia da­nych, Co­ates bo­wiem na­grała spo­tka­nie z przy­ja­ciół­kami bez ich for­mal­nej zgody.
[11*] Czyli po pro­stu w da­nym ję­zyku, na przy­kład w pol­skim, an­giel­skim, wło­skim i tak da­lej.
[12*] W ostat­nim cza­sie można było za­ob­ser­wo­wać to zja­wi­sko przy oka­zji wy­da­nia opi­nii Rady Ję­zyka Pol­skiego w spra­wie form "na Ukra­inie" i "w Ukra­inie".

Wstęp, czyli czym wła­ści­wie sąten fe­mi­nizm, gen­der i inne po­twory(w tym ję­zy­ko­znaw­stwo)

Fe­mi­nizm. Dla jed­nych - po­twór z ba­gien. Dla in­nych - spo­sób na stwo­rze­nie bar­dziej em­pa­tycz­nego, in­klu­zyw­nego[1*] spo­łe­czeń­stwa. W tej książce jed­nak bę­dziemy zaj­mo­wać się nie opi­niami, lecz fak­tami, w myśl po­wie­dze­nia: "Mamy prawo do wła­snych opi­nii, ale już nie do wła­snych fak­tów". Te bo­wiem są wspólne dla ogółu ludz­ko­ści (to, że nie­któ­rzy nie chcą przy­jąć ich do wia­do­mo­ści lub też ma­ni­pu­lują nimi w ce­lach ide­olo­gicz­nych, to już inna sprawa). Spójrzmy za­tem naj­pierw na słow­ni­kową de­fi­ni­cję wy­razu fe­mi­nizm. Oxford En­glish Dic­tio­nary [Słow­nik oks­fordzki] mówi nam, że fe­mi­nizm to "wiara w to, że ko­biety i męż­czyźni po­winni mieć równe szanse i ta­kie same prawa; a także dzia­ła­nia po­dej­mo­wane w tym celu"[1]. Cam­bridge Dic­tio­nary [Słow­nik Cam­bridge] przy­ta­cza nie­mal iden­tyczną de­fi­ni­cję, z tym że do rów­nych szans i praw do­daje równy do­stęp do wła­dzy, a także wspo­mina, że fe­mi­nizm po­stu­luje równe trak­to­wa­nie płci[2].

"No do­bra - po­wie­cie - to są an­glo­sa­skie źró­dła. Co z pol­skimi?" Spie­szę wy­ja­śnić. Słow­nik ję­zyka pol­skiego PWN de­fi­niuje fe­mi­nizm jako ruch na rzecz praw­nego i spo­łecz­nego rów­no­upraw­nie­nia ko­biet[3], a także jako ide­olo­gię le­żącą u pod­staw tego ru­chu. Samo słowo po­cho­dzi od ła­ciń­skiego wy­razu fe­mina, ozna­cza­ją­cego ko­bietę[2*]. W ję­zyku an­giel­skim po­ja­wiło się w uży­ciu około 1850 roku, ra­zem z pierw­szymi zor­ga­ni­zo­wa­nymi ru­chami ko­bie­cymi. Wi­dzimy za­tem, że po swo­istym "roz­pa­ko­wa­niu" tego po­ję­cia nie ma w nim nic prze­ra­ża­ją­cego.

Pójdźmy da­lej. Ktoś może po­wie­dzieć: "No, fe­mi­nizm to wiemy, ale ten gen­der to jest chyba strasz­niej­szy?". Ob­co­ję­zyczne słowo, za­po­ży­cze­nie, nie ma od­po­wied­nika w pol­sz­czyź­nie, no to ra­czej musi bu­dzić prze­ra­że­nie? Otóż nie musi. Gen­der to po­ję­cie funk­cjo­nu­jące w na­uce w dwóch zna­cze­niach: w ję­zy­ko­znaw­stwie jako ro­dzaj gra­ma­tyczny (mę­ski, żeń­ski lub ni­jaki oraz mę­sko­oso­bowy i nie­mę­sko­oso­bowy) oraz w na­ukach spo­łecz­nych jako ka­te­go­ria płci (uży­teczna na przy­kład wtedy, kiedy prze­pro­wa­dzamy ba­da­nie na te­mat, dajmy na to, uży­cia wul­ga­ry­zmów wśród stu­den­tów pierw­szego roku me­dy­cyny). Poza świa­tem na­uki gen­der to po pro­stu płeć. Płeć spo­łeczno-kul­tu­rowa.

W ję­zyku an­giel­skim roz­wią­zano to ła­twiej. Znaj­dziemy w nim roz­róż­nie­nie na sex i gen­der, czyli na płeć bio­lo­giczną i spo­łeczno-kul­tu­rową. W pol­sz­czyź­nie mu­simy ra­dzić so­bie opi­sowo. Jedni mó­wią na gen­der wła­śnie "płeć spo­łeczno-kul­tu­rowa", inni - "toż­sa­mość płciowa", a jesz­cze inni - "role płciowe, które spo­łe­czeń­stwo lub kul­tura przy­pi­sują męż­czy­znom bądź ko­bie­tom". Róż­nicę mię­dzy sex a gen­der ob­ra­zuje po­wie­dze­nie: "Sex znaj­duje się mię­dzy no­gami, a gen­der - mię­dzy uszami". Jest to, oczy­wi­ście, uprosz­cze­nie, ale daje ogólny ogląd na sprawę. Gen­der to nie coś, z czym się ro­dzimy. Gen­der to wszystko to, co od­gry­wamy[4]. Ję­zy­ko­znaw­czyni Pe­ne­lope Ec­kert[5] pi­sze, że gen­der to spo­łeczne roz­sze­rze­nie płci: to, czego uczymy się z bie­giem lat (choćby przez na­śla­dow­nic­two - małe dziew­czynki i mali chłopcy na­śla­dują za­cho­wa­nia od­po­wied­nio ma­tek i oj­ców) i co zmie­nia się w za­leż­no­ści od czasu[3*] i kul­tury.

Ale co ma do tego ję­zy­ko­znaw­stwo? Czy to nie jest tylko ucze­nie się słó­wek i struk­tur gra­ma­tycz­nych? Ab­so­lut­nie nie. Ist­nieje sze­reg dzie­dzin ję­zy­ko­znaw­stwa, na przy­kład: fo­no­lo­gia, czyli na­uka o dźwię­kach, se­man­tyka, czyli na­uka o zna­cze­niu słów, czy też so­cjo­lin­gwi­styka, czyli na­uka o tym, jak ję­zyk funk­cjo­nuje w po­słu­gu­ją­cej się nim spo­łecz­no­ści. Tą spo­łecz­no­ścią może być nie tylko na­ród (na przy­kład Po­lacy) czy grupa et­niczna (na przy­kład Ka­szubi), ale rów­nież grupa osób o ta­kiej sa­mej toż­sa­mo­ści płcio­wej czy orien­ta­cji sek­su­al­nej, a na­wet wy­ko­nu­ją­cych ten sam za­wód. So­cjo­lin­gwi­ści i so­cjo­lin­gwistki ba­dają ję­zyk za­równo w ob­rę­bie da­nej spo­łecz­no­ści, jak i poza nią. W przy­padku ko­biet ba­damy i to, czym cha­rak­te­ry­zuje się "ję­zyk ko­biet"[4*], i to, jaki ob­raz ko­biety wy­ła­nia się z "ję­zyka ogółu". Mogę was za­pew­nić, że wpływ płci znaj­dziemy w więk­szo­ści ele­men­tów skła­da­ją­cych się na ję­zyk: w fo­ne­tyce (głosy ko­biet nie­zmien­nie fa­scy­nują ko­men­ta­to­rów ży­cia po­li­tycz­nego...), w se­man­tyce (wy­razy opi­su­jące ko­biety czę­sto pod­le­gają zmia­nom se­man­tycz­nym), w hi­sto­rii ję­zyka (dość wspo­mnieć samo słowo "ko­bieta" i jego dzieje), w ana­li­zie dys­kursu (po­słu­chajmy, jak mówi się o płci w me­diach!), w składni (strona bierna kon­tra strona czynna w opi­sach prze­mocy)... No i ta gra­ma­tyka! To, co więk­szo­ści z was przy­cho­dzi na myśl, kiedy pi­szę o ję­zyku i płci. Fe­mi­na­tywy! Od nich za­czniemy, a póź­niej od­kry­jemy inne ta­jem­nice za­równo "płcio­wej lin­gwi­styki", jak i poj­mo­wa­nego sze­rzej ję­zyka in­klu­zyw­nego.

ZA­PRA­SZAM DO MO­JEGO ŚWIATA!

Jak to się stało, no jak stało się?

Nie mogę nie roz­po­cząć mo­jej książki opo­wie­ścią o tym, jak na­ro­dziła się "płciowa" ga­łąź so­cjo­lin­gwi­styki, czyli jak w ogóle lu­dzie zo­rien­to­wali się, że warto ba­dać to, jak mó­wią ko­biety, a jak męż­czyźni.

Mu­simy cof­nąć się do roku 1973, kiedy to pio­nierka ba­dań nad płcią w ję­zyku, Ro­bin La­koff, opu­bli­ko­wała ar­ty­kuł Lan­gu­age and Wo­man's Place [Miej­sce ko­biety w ję­zyku][5*]. Był to tekst prze­ło­mowy, po raz pierw­szy bo­wiem w prze­strzeni pu­blicz­nej po­ru­szony zo­stał te­mat "ko­bie­cego ję­zyka". Dla­czego do­piero wów­czas? Lata sie­dem­dzie­siąte XX wieku były okre­sem prze­łomu. Przed­sta­wi­cielki ru­chu fe­mi­ni­stycz­nego dru­giej fali wkro­czyły na uni­wer­sy­tety i - po­mimo cza­sem ostrej kry­tyki ich po­glą­dów - dzia­łały tam jako stu­dentki i pra­cow­nice. Nie było to ła­twe, po­nie­waż w tam­tych cza­sach do­mi­nu­ją­cym prą­dem my­ślo­wym w na­ukach spo­łecz­nych był struk­tu­ra­lizm, który gło­sił, że spo­łe­czeń­stwo ma okre­śloną struk­turę. Struk­turę, któ­rej ele­menty są tak bar­dzo od sie­bie za­leżne, że zmiana jed­nego po­cią­gnie za sobą upa­dek ca­ło­ści. Role płciowe były ści­śle okre­ślone, a ich na­ru­sza­nie uzna­wano za szko­dliwe dla struk­tury spo­łecz­nej.

W ta­kim wła­śnie "kli­ma­cie" La­koff opu­bli­ko­wała swój ar­ty­kuł. Wska­zała w nim ce­chy "ję­zyka ko­biet". Ja­kie? Skłon­ność do sto­so­wa­nia wzmac­nia­czy ("na­prawdę wspa­niałe", "to­tal­nie sza­łowe") i wy­peł­nia­czy ("tak jakby", "my­ślę, że..."), uży­wa­nie py­tań roz­łącz­nych ("Piękny mamy dziś dzień, nie­prawdaż?"), a po­nadto zna­jo­mość szcze­gó­ło­wych nazw ko­lo­rów[6*] czy uni­ka­nie wul­ga­ry­zmów lub za­stę­po­wa­nie ich eu­fe­mi­zmami (fudge za­miast fuck)[6]. Naj­cie­kaw­szym bo­dajże przy­kła­dem jest wpro­wa­dzony przez La­koff po­dział przy­miot­ni­ków wy­ra­ża­ją­cych apro­batę na neu­tralne i ko­biece. I tak, we­dług au­torki, słowa "wspa­niały" czy "świetny" są neu­tralne, a "słodki", "cza­ru­jący" czy "uro­czy" są... tak, zga­dły­ście, ko­biece! La­koff za­zna­cza, że ko­biety mogą bez prze­szkód uży­wać słów neu­tral­nych, ale męż­czy­zna się­ga­jący po przy­miot­nik z grupy "ko­bie­cej" na­raża się na śmiesz­ność i utratę re­pu­ta­cji.

Pu­bli­ka­cja La­koff wzbu­dziła sze­reg kon­tro­wer­sji, przede wszyst­kim me­to­do­lo­gicz­nych. Au­torka nie prze­pro­wa­dziła żad­nych ba­dań em­pi­rycz­nych, a opis "ję­zyka ko­biet" oparła na wła­snych nie­usys­te­ma­ty­zo­wa­nych ob­ser­wa­cjach. Za­sta­na­wiała się, w jaki spo­sób mó­wią zna­jome jej ko­biety, a na­stęp­nie to opi­sała. Dziś stwo­rzony taką me­todą ar­ty­kuł z za­kresu ję­zy­ko­znaw­stwa nie miałby szans na do­pusz­cze­nie do pu­bli­ka­cji, jed­nak nie­całe pięć­dzie­siąt lat temu był re­wo­lu­cyjny. To La­koff jako pierw­sza za­ob­ser­wo­wała, że męż­czyźni i ko­biety uży­wają tego na­rzę­dzia, ja­kim jest ję­zyk, w inny spo­sób.

Ale to, co jest po­wo­dem tej róż­nicy, było przed­mio­tem spo­rów. Wy­od­ręb­niły się dwa nurty - do­mi­na­cji i róż­nicy. Ten pierw­szy, któ­rego re­pre­zen­tantką jest mię­dzy in­nymi La­koff, głosi, że różne style ko­mu­ni­ka­cyjne ko­biet i męż­czyzn to wy­nik mę­skiej do­mi­na­cji. W tym uję­ciu ję­zyk jest rów­nież me­todą kon­troli ko­biet i utrzy­my­wa­nia ich pod­rzęd­nej po­zy­cji.

Przed­sta­wi­ciele nurtu róż­nicy z ko­lei uwa­żają, że wy­two­rze­nie się "ję­zyka ko­biet" i "ję­zyka męż­czyzn" to sku­tek róż­nic mię­dzy tymi płciami (to, czy te róż­nice są wro­dzone, czy nie, było ko­lej­nym przed­mio­tem de­bat). Nurt ten prze­ży­wał naj­więk­szy triumf w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku, kiedy księ­gar­niane li­sty be­st­sel­le­rów były oku­po­wane przez pseu­do­nau­kowe po­zy­cje o męż­czy­znach z Marsa i ko­bie­tach z We­nus[7*]. Wów­czas spie­rano się, czy de­cy­du­jącą rolę w two­rze­niu się róż­nic od­gry­wają od­mienne spo­soby so­cja­li­za­cji, któ­rej pod­daje się chłop­ców i dziew­czynki od wcze­snego dzie­ciń­stwa, czy też są one wro­dzone (w ję­zyku an­giel­skim ka­rierę w tym kon­tek­ście zro­biło słowo har­dwi­red, ozna­cza­jące tu "głę­boko za­ko­rze­niony, osa­dzony") i da się je zi­den­ty­fi­ko­wać pod­czas ba­dań na­szych mó­zgów. My­ślę, że nie bę­dzie prze­sadą, je­śli po­wiem, że po­pkul­tura i na­uka tro­chę się wów­czas roz­mi­nęły - w dys­kur­sie po­pu­lar­nym w naj­lep­sze utwier­dzano się w prze­ko­na­niu, że męż­czyźni mowę mają ostrą, a ko­biety de­li­katną z po­wodu róż­nic w bu­do­wie ich mó­zgów, w na­uce zaś po­dej­ście było zde­cy­do­wa­nie bar­dziej zniu­an­so­wane[8*]. Nie tylko dla­tego, że no­wo­cze­sne tech­no­lo­gie neu­ro­obra­zo­wa­nia po­zwo­liły na do­kład­niej­sze przyj­rze­nie się ludz­kim mó­zgom. Wpływ miała też nie­zwy­kle re­wo­lu­cyjna teo­ria z dzie­dziny nauk hu­ma­ni­stycz­nych.

Mowa tu o teo­rii per­for­ma­tyw­no­ści płci au­tor­stwa Ju­dith Bu­tler. Tak, tej Ju­dith Bu­tler, któ­rej na­zwi­sko sze­regi kon­ser­wa­tyw­nych pu­bli­cy­stów wy­po­wia­dają z ol­brzy­mią od­razą. Teo­ria per­for­ma­tyw­no­ści płci mówi nam, że płeć (gen­der) to coś, co od­gry­wamy, że to ze­spół cech, który nie musi zga­dzać się z tym, co mamy mię­dzy no­gami. Pod­czas gdy jesz­cze nie­dawno w ba­da­niach ję­zyka i płci przyj­mo­wano za pew­nik dra­styczne róż­nice mię­dzy ko­bie­tami a męż­czy­znami, nowa teo­ria po­zwo­liła spoj­rzeć na to wszystko pod in­nym ką­tem. Mo­gła ona za­ist­nieć mię­dzy in­nymi dzięki dzia­łal­no­ści fran­cu­skiego fi­lo­zofa Mi­chela Fo­ucaulta[9*]. Nie­raz sły­szymy, że teo­ria per­for­ma­tyw­no­ści płci to dia­bel­stwo, za­bu­rza­nie po­rządku świata czy wręcz jego ko­niec. Nic bar­dziej myl­nego! Dzięki Bu­tler czy Fo­ucaul­towi do­sta­li­śmy na­rzę­dzia do opi­sa­nia cze­goś, co jest na­tu­ralne na­wet dla kon­ser­wa­ty­stów.

Prze­cież ko­bieta aser­tywna (czyli wy­ka­zu­jąca mę­ską ce­chę) nie staje się przez to męż­czyzną. Prze­cież męż­czy­zna opie­kuń­czy (czyli wy­ka­zu­jący ce­chę ko­biecą) nie staje się od tego re­pre­zen­tan­tem płci żeń­skiej.

Od tej pory mó­wiono nie o mę­sko­ści i ko­bie­co­ści, lecz o mę­sko­ściach i ko­bie­co­ściach. Ist­nieją bo­wiem różne spo­soby wy­ra­ża­nia sie­bie. Nowe teo­rie po­zwo­liły rów­nież na po­sze­rze­nie spoj­rze­nia na ję­zyk i płeć. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych XX wieku przy­glą­dano się głów­nie bia­łym ko­bie­tom z klasy śred­niej i na tej pod­sta­wie bu­do­wano mo­del "ko­bie­cego ję­zyka". Doj­ście do głosu ba­da­czek czar­no­skó­rych czy po­cho­dze­nia azja­tyc­kiego, a także przed­sta­wi­cie­lek klas in­nych niż śred­nia po­ka­zało, że nie ma jed­nego cha­rak­te­ry­stycz­nego dla ko­biet spo­sobu mó­wie­nia. Tak samo z męż­czy­znami - to, co dla bia­łych, bo­ga­tych, he­te­ro­sek­su­al­nych Ame­ry­ka­nów było pra­wi­dło­wym, co­dzien­nym ję­zy­kiem, nie mu­siało ta­kie być dla La­ty­no­sów, Afro­ame­ry­ka­nów czy ge­jów. Do­wie­dziono też, że ko­biety i męż­czyźni zmie­niają swoje "ję­zy­kowe ob­li­cze" w za­leż­no­ści od śro­do­wi­ska, w któ­rym aku­rat prze­by­wają. Ję­zy­ko­znaw­czyni Jen­ni­fer Co­ates po­świę­ciła temu dwie pu­bli­ka­cje - Wo­men Talk[10*] [Ko­biece roz­mowy] (1991) i Men talk [Mę­skie roz­mowy] (2003).

Skoro wiemy już, że nie ma uni­wer­sal­nego ję­zyka da­nej płci, nie po­win­ni­śmy dać się uwieść ła­twym roz­wią­za­niom w ro­dzaju po­rad­ni­ków "jak zro­zu­mieć męż­czy­znę", a za­miast tego słu­chać sie­bie na­wzajem.

Ale ba­da­nia płci w ję­zyku to nie tylko spraw­dza­nie, jak męż­czyźni czy ko­biety wy­ra­żają sie­bie po­przez ję­zyk. To rów­nież przy­glą­da­nie się temu, jak w da­nym sys­te­mie ję­zy­ko­wym[11*] kształ­tuje się ob­raz kon­kret­nej płci. W tej kwe­stii ba­da­cze i ba­daczki są znacz­nie bar­dziej zgodni niż w po­przed­niej. Przyj­muje się, że w więk­szo­ści zna­nych nam ję­zy­ków ko­biety przed­sta­wione są zde­cy­do­wa­nie bar­dziej ne­ga­tyw­nie niż męż­czyźni[7]. Do­mi­na­cja męż­czyzn zna­la­zła od­zwier­cie­dle­nie w wielu sys­te­mach ję­zy­ko­wych, szcze­gól­nie w tych, w któ­rych wy­stę­puje ro­dzaj gra­ma­tyczny. A tak się składa, że ję­zyk pol­ski do nich na­leży. Za­tem po­wiedzmy to gło­śno i otwar­cie: ko­bieta w pol­sz­czyź­nie ma go­rzej. O tym po­roz­ma­wiamy so­bie w ko­lej­nym roz­dziale, a za­nim to na­stąpi, po­zwól­cie, pro­szę, że przy­bliżę wam jesz­cze po­czątki mo­jej przy­gody z fe­mi­na­ty­wami.

Jak zo­sta­łam Pa­nią od Fe­mi­na­ty­wów?

Po raz pierw­szy zda­łam so­bie sprawę z tego, jak istotne są kwe­stie ję­zyka i płci... na lek­cji re­li­gii w dru­giej kla­sie pod­sta­wówki. Pro­wa­dząca za­ję­cia sio­stra za­konna po­in­for­mo­wała nas, że w wy­po­wia­da­nych pod­czas mszy świę­tej sło­wach: "Pa­nie, nie je­stem go­dzien, abyś przy­szedł do mnie, ale po­wiedz tylko słowo, a bę­dzie uzdro­wiona du­sza moja" dziew­czynki nie mogą za­mie­nić formy "go­dzien" na "godna". Dla­czego? Po­nie­waż "przed Bo­giem sto­imy nie jako ko­biety, tylko jako lu­dzie". Za­sta­na­wia­łam się, o co w tym cho­dzi. Czy ko­biety to nie lu­dzie? I dla­czego było to tak istotne, że ośmio­latki mu­siały to wie­dzieć? Ta sy­tu­acja za­pa­dła mi mocno w pa­mięć.

Wcale nie chcia­łam zaj­mo­wać się fe­mi­na­ty­wami, a wy­bór tego te­matu do­ko­nał się nie­jako przez przy­pa­dek. Szcze­gól­nie in­te­re­suje mnie oba­la­nie mi­tów, zwłasz­cza tych mocno za­ko­rze­nio­nych w kul­tu­rze. Pró­bo­wa­łam od­kry­wać ich praw­dziwe ob­li­cze za­wsze, kiedy tylko po­ja­wiały się przy ro­dzin­nym stole. A po­ja­wiały się czę­sto, po­nie­waż wiele z utar­tych prze­ko­nań funk­cjo­nu­ją­cych w spo­łe­czeń­stwie to wła­śnie mity. Mogą to być prze­kła­ma­nia ta­kie jak:

- "ame­ry­kań­skie święto Hal­lo­ween" (w rze­czy­wi­sto­ści ir­landzki oby­czaj, który do Sta­nów Zjed­no­czo­nych tra­fił do­piero wraz z emi­gran­tami z kraju Świę­tego Pa­tryka);

- "ame­ry­kań­skie wa­len­tynki" (po­łą­cze­nie rzym­skich Lu­per­ka­liów z chrze­ści­jań­skim kul­tem Świę­tego Wa­len­tego, które za­częto ko­ja­rzyć z mi­ło­ścią około XIV wieku - pierw­szy li­te­racki ślad ob­cho­dze­nia wa­len­ty­nek znaj­dziemy u Geof­freya Chau­cera w po­ema­cie Sejm ptasi z 1375 roku);

- "po­wrót do tra­dy­cyj­nych pol­skich imion, ta­kich jak Zo­fia czy An­toni" (żadne z nich nie jest pol­skim imie­niem, są je­dy­nie spo­lsz­czone, jak więk­szość imion nada­wa­nych w Pol­sce; "Zo­fia" po­cho­dzi z grec­kiego, "An­toni" - z ła­ciny);

- "Święty Mi­ko­łaj, któ­rego wi­ze­ru­nek po­wstał na zle­ce­nie pro­du­centa po­pu­lar­nego na­poju" (znowu bzdura, nie­stety po­wie­lana na­wet na za­ję­ciach uni­wer­sy­tec­kich, w rze­czy­wi­sto­ści Święty Mi­ko­łaj jako gruby star­szy pan w czer­wo­nym wdzianku po raz pierw­szy po­ja­wił się u ry­sow­nika Tho­masa Na­sha około 1870 roku, po­nad sześć­dzie­siąt lat przed pierw­szą świą­teczną re­klamą Coca-Coli), a także "skrót X-Mas ru­guje Chry­stusa z Bo­żego Na­ro­dze­nia" (a prze­cież X ozna­cza wła­śnie Chry­stusa...).

Jed­nym z ta­kich obec­nych w prze­strzeni pu­blicz­nej prze­kła­mań jest mit o fe­mi­na­ty­wach bę­dą­cych "no­wym wy­my­słem fe­mi­ni­stek z XXI wieku". Coś na ten te­mat czy­ta­łam, ale nie za bar­dzo mia­łam ochotę zgłę­biać te­mat na­ukowo, po­nie­waż prze­ra­żały mnie silne emo­cje, które ta kwe­stia wy­wo­łuje w la­ikach. Nie chcia­łam wi­kłać się w tę de­batę, która przy­po­mi­nała bar­dziej kłót­nię niż kul­tu­ralną dys­ku­sję. Przede wszyst­kim jed­nak nie czu­łam się na si­łach sta­wić czoła wy­zwi­skom i mo­wie nie­na­wi­ści, któ­rej ce­lem są osoby prze­ka­zu­jące wie­dzę o ję­zyku in­klu­zyw­nym, w tym o fe­mi­na­ty­wach[12*].

Kiedy apli­ko­wa­łam na stu­dia ma­gi­ster­skie, ów­cze­sny pro­mo­tor za­chę­cił mnie do za­sta­no­wie­nia się nad stu­diami dok­to­ranc­kimi. Już wtedy o nich ma­rzy­łam, więc taka pro­po­zy­cja była mi na rękę. Chcia­łam pi­sać o po­pkul­tu­rze z per­spek­tywy ję­zy­ko­znaw­czej, szcze­gól­nie o tek­stach ame­ry­kań­skich ra­pe­rek, któ­rych słu­cham, po­nie­waż ich mu­zyka do­daje mi siły i ener­gii. Nie spo­tkało się to z apro­batą pro­mo­tora, za­tem szu­ka­łam da­lej po­ten­cjal­nego te­matu roz­prawy dok­tor­skiej. Pew­nego dnia pod­czas za­jęć se­mi­na­ryj­nych po­ja­wiła się kwe­stia fe­mi­na­ty­wów, sko­men­to­wana przez jedną stu­dentkę zda­niem w stylu: "Fe­mi­na­tywy to na­rzu­cane na siłę neo­lo­gi­zmy". Zde­cy­do­wa­łam się spro­sto­wać to twier­dze­nie, pre­zen­tu­jąc do­stępne dane. Po za­ję­ciach pro­fe­sor po­wie­dział: "Pani Mar­tyno, to może spró­bujmy o tych fe­mi­na­ty­wach?". I tak za­częła się moja przy­goda z żeń­skimi for­mami nazw za­wo­dów.

Od 2018 roku zaj­muję się tym te­ma­tem na­ukowo, od 2021 roku zaś - po­pu­la­ry­za­tor­sko, pro­wa­dząc konto na In­sta­gra­mie, na­zwane "Pani od Fe­mi­na­ty­wów". W 2022 roku wraz z pro­fe­sorką Ka­ta­rzyną Wa­szyń­ską i ma­gi­sterką We­ro­niką Klon za­ło­ży­łam Mię­dzy­wy­dzia­łową In­ter­dy­scy­pli­narną Grupę Ba­daw­czą "Płeć i Ję­zyk", w któ­rej pro­wa­dzimy ba­da­nia nad płcią w ję­zyku, łą­cząc me­tody ję­zy­ko­znaw­cze oraz psy­cho­lo­giczne.

Mam na­dzieję, że ni­niej­sza książka przy­nie­sie wam choć chwilę uśmie­chu. A je­śli przy oka­zji obali ja­kieś mity czy po­zwoli ina­czej spoj­rzeć na ja­kiś te­mat, będę bar­dzo za­do­wo­lona.

Ży­czę mi­łej lek­tury!

Pani od Fe­mi­na­ty­wów

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki