Kończył się październik. Zuzia wychodziła właśnie ze szkoły. To nie był dobry dzień. Począwszy od pogody, która była wyjątkowo paskudna: padał ulewny deszcz, wiał silny wiatr i słońce nie miało najmniejszych szans na przebicie się przez sine i kłębiaste chmury, na kiepskim nastroju Zuzi skończywszy. Dziewczynce było po prostu smutno.
Wspomniany deszcz kapał na kaptur jej zgniłozielonej kurtki, a buty, którymi Zuzia wymownie szurała, co chwila grzęzły w jakimś błocie i kałużach. W ogóle ostatnio Zuzia miała poczucie, że dużo dziwnych i smutnych rzeczy dzieje się w jej jakże skomplikowanym życiu czternastolatki.
W czasie wakacji dziewczynka baaaardzo urosła. Patrząc na siebie w lustrze, miała wrażenie, że widzi jakąś obcą osobę. Włosy Zuzanny były teraz elegancko ostrzyżone na pazia. Czyli inaczej na pieczarkę, jak mawiał Tata Zuzi, którego dowcipne uwagi odnośnie do wyglądu córki bardzo obecnie Zuzię denerwowały. Jej twarz wydłużyła się, oczy błyszczały powagą i smutkiem.
Zuzia miała teraz dłuuuugie ręce, dłuuuuugie nogi i małe, ale jednak coraz mocniej zarysowujące się piersi. To sprawiało, że dziewczynka zaczęła się garbić. Wybierała teraz luźniejsze bluzki i ubrania, by ukryć ten zdecydowanie zbyt kobiecy element jej sylwetki. Chłopcy z klasy, szczególnie ci najbardziej niegrzeczni, podśmiewali się z dziewczynek, którym urósł biust. Zuzia zdecydowanie nie chciała należeć do tego grona i narażać się na śmiech kolegów. Nie czuła wcale, żeby coraz bardziej wystające piersi były jakimkolwiek powodem do dumy. Wręcz przeciwnie. Dziewczynka była skrępowana i bardzo niepewna siebie.
W ogóle Zuzia od ostatnich wakacji czuła się jak włączona non stop bożonarodzeniowa choinka, której nie da się odłączyć od prądu. Migotała w środku, odbierała wszystko mocniej i jeszcze mocniej przeżywała. Kiedy w kolejnej klasie pojawiły się nowe przedmioty i nowe nauczycielki, nie potrafiła już skupić się na lekcjach tak jak kiedyś... Wszystko stało się bardziej skomplikowane.
Dziewczynka zaczęła dostawać coraz niższe oceny. Chociaż nauczyciele i dzieci w klasie cały czas uważali ją za sympatyczną i grzeczną, to jednak z nauką szło jej gorzej. Szczególnie z matematyką, która dla Zuzi była skomplikowana, zawikłana i nieprzejrzysta jak monotonne wywody nauczycielki tego właśnie przedmiotu. Pani wicedyrektor Piszowska była bardzo nerwowa i mówiła jednostajnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. Nawet gdy któryś z uczniów czegoś nie rozumiał, bał się powiedzieć, że nie wie, o co w danym zadaniu chodzi. Zuzia często należała do tej grupy. Dzisiaj znowu dostała jedynkę, a za parę dni miała odbyć się wywiadówka.
Czuła się z tym wszystkim strasznie. Miała ogromne poczucie winy. Nie chciała martwić Rodziców, bo i tak mieli ostatnio bardzo dużo stresów i zmartwień.
Czarek, czyli Giler, miał jedenaście lat i potrzebował coraz więcej przestrzeni. Mimo że chodził na judo, jeździł na rolkach i wybierał się ze szkołą na piesze wycieczki, ciągle miał mnóstwo niespożytej energii. Gdy tylko nie znajdował dla niej ujścia, wściekał się, płakał i niszczył różne przedmioty w domu.
Franek z kolei stał się wygadany i bardzo cwany. Zuzia ogromnie potrzebowała zwierzyć się komuś ze swojej sytuacji - to była już druga jedynka z matematyki. Wiedziała jednak, że jeśli choć słowo piśnie najmłodszemu bratu, ten od razu wygada wszystko Rodzicom. Albo zacznie Zuzię szantażować, chcąc dostać za dotrzymanie tajemnicy na przykład czekoladę lub inne smakołyki. Franek zrobił się w ogóle bardzo niedobry. Nie był już rozkosznym brzdącem, za którym wszyscy przepadali. Złościł się, awanturował i obrażał. Psocił i dokuczał Rodzicom, Zuzi i Gilerowi.
Zuzanna w końcu dotarła do domu. Tata był w świetnym humorze i pstrykał palcami, co w jego przypadku oznaczało stan dużego zadowolenia. Dziewczynka minęła swojego Rodzica bez słowa i poszła do pokoju.
Jutro przypadał piątek. Ulubiony dzień Zezi. Zawsze po lekcjach szła wieczorem do Agaty i omawiała z nią wydarzenia z całego tygodnia. Spokój w małym, ale przytulnym pokoju najlepszej przyjaciółki Zuzi był o tyle cenny, że nie zakłócały go żadne hałasy w postaci psocącego Franka czy chwiejnego w nastrojach Gilera. Dlatego Zuzia z takim utęsknieniem czekała na piątkowe wieczory. To był dla niej najwspanialszy czas.
Sytuacja między Rodzicami ciągle była niejasna. Mimo to kilka miesięcy temu kupili wiejską chatkę. W każdy weekend, jeśli tylko Mama nie miała swoich bankowych szkoleń, wyjeżdżali odpocząć, zabierając ze sobą wszystkie dzieci. Tym razem Zuzia chciała po raz pierwszy poprosić Rodziców, żeby zostawili ją samą w domu. Miała już cały plan. Chciała zaprosić Agatę na noc. Mama Agaty, Pani Fryderyka, mieszkała przecież tuż obok i miałaby dziewczynki na oku.
Kiedy późnym popołudniem Mama przyjechała do domu, Zuzia wybąkała swoją prośbę. Gdy mówiła do Rodziców, bardzo często używała słów: NIE CHCĘ i sama była zdziwiona, że tyle tego NIE CHCĘ się w niej mieści.
- NIE CHCĘ jechać na wieś, NIE CHCĘ się tam nudzić...
Rodzice byli zdumieni. Widząc, że Zuzia zaczęła się jąkać i jej oczy stawały się coraz bardziej szkliste, Tata zlitował się nad córką.
- Dobrze, ale wieczorem Pani Fryderyka przyjdzie do nas do domu, żebyście nie były z Agatą same w nocy i się nie bały. Zgoda?
Zuzia dopięła swego. Już od dłuższego czasu potrzebowała pobyć sama: bez hałaśliwych braci i bez Taty, który pracował przecież w domu i rzadko wychodził. Potrzebowała samotności i swoich przyjaciół. Szczególnie Agaty, która zawsze dobrze ją rozumiała i zawsze miała dla niej czas.
Zuzia z jednej strony chciała uwagi swoich Rodziców. Jednak gdy Mama, zabiegana i wiecznie zapracowana, znajdowała w końcu wolną chwilę i naprawdę była bardzo ciekawa, co czuje i czego pragnie jej córka, Zuzia zaczynała migotać jak wcześniej wspomniana bożonarodzeniowa choinka. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Żal do Mamy o brak czasu dla córki mieszał się z ogromną potrzebą przytulenia się do niej. Z tego wszystkiego w sercu dziewczynki tworzyła się tak silna mieszanka wybuchowa, że zwyczajnie po ludzku Zuzia tego nie wytrzymywała. Wybierała milczenie albo płacz.
W swoim zeszycie, który chowała coraz głębiej we wciąż nowych kryjówkach przed wścibskim Frankiem, napisała ostatnio: "Czy ja jestem coś warta? Może gdyby mnie zabrakło, wszystkim byłoby lżej?".
Rodzice wspaniałomyślnie zapakowali do auta siebie, Gilera i Franka. Samochód Państwa Zezików wyruszył spod domu o godzinie siedemnastej. Zuzia odetchnęła z ulgą. Choć przez chwilę poczuła się mocno nieswojo, to dosłownie po kilku minutach powróciła radość na myśl o wspólnym wieczorze z Agatą i caaaaałeeeej sobocie tylko dla nich. Dziewczynka zakasała rękawy i wzięła się do sprzątania swojego pokoju przed przyjściem przyjaciółki.