Pierwszy lot bojowy
Na początku kwietnia 1942 r. zapadła decyzja, że 309 Polski Dywizjon
Współpracy z Wojskiem (309 Polish Army Cooperation Squadron) Ziemi
Czerwieńskiej stanie się dywizjonem myśliwsko-rozpoznawczym i w tym celu
przezbroi się w nowe samoloty typu North American "Mustang"
Mk-I1. Wynikało to z postanowienia naczelnych władz Royal Air
Force, powziętego na podstawie doświadczeń zebranych na froncie
afrykańskim, gdzie stwierdzono, że organizacja, sprzęt i taktyka
lotnictwa współpracy są już przestarzałe i nie odgrywają roli w wywalczaniu przewagi w powietrzu. Dotychczasowe dywizjony lotnictwa
współpracy z wojskiem miały więc zmienić profil bojowy, zaś samoloty
typu Westland "Lysander"2, w które były wyposażone, planowano
zastąpić jednomiejscowymi szybkimi myśliwcami z wbudowanymi aparatami
fotograficznymi.
Ustalono plan przeszkolenia pilotów na nowych samolotach. Miał on być
realizowany w następujący sposób:
- przeszkolenie pilotów będzie się odbywać w centrum szkolenia Army
Cooperation Command w 41 Operational Training Unit (OTU - jednostka
bojowego treningu) na lotnisku w Old Larum i Oatlands Hill (Hampshire).
Najpierw piloci mieli latać na dwumiejscowych samolotach
szkolno-bojowych typu Harvard, a następnie na Mustangach Mk-I;
- przygotowanie powinno odbywać się sukcesywnie, po czterech pilotów na
miesiąc, przy czym na pierwszy ogień poszła eskadra B, dowodzona wtedy
przez kpt. pil. Macieja Piotrowskiego;
- po ukończeniu dwutygodniowego kursu kierowano pilotów do dywizjonu
myśliwsko-rozpoznawczego 26 RAF, bazującego na lotnisku Gatwick pod
Londynem. Tam zapoznawali się z pracą bojową, czekającą ich w niedalekiej przyszłości w macierzystym 309 dywizjonie.
Powyższy plan zaczęto realizować od połowy kwietnia 1942 r. Co dwa
tygodnie wyjeżdżało po dwóch oficerów pilotów z lotniska w Dunino w Szkocji do 41 OTU w Old Sarum. Po miesiącu wracali do dywizjonu już jako
myśliwcy i powietrzni zwiadowcy pola walki i tyłów nieprzyjaciela. Jako
jedni z pierwszych kurs ukończyli kpt. pil. Jerzy Gołko i por. inż. pil.
Janusz Lewkowicz. Nowych samolotów na razie dywizjon nie otrzymał.
Niebawem jednak - bo już 7 czerwca - dwa pierwsze Mustangi sprowadzili
z bazy brytyjskiej w Air kpt. pil. Gołko i por. pil. Lewkowicz.
Od 1 czerwca 1942 r., po ukończeniu kursu pilotażu Mustanga, staż
bojowy w 26 dywizjonie RAF odbywał dowódca eskadry B dywizjonu 309 kpt.
pil. Maciej Piotrowski. Chciał walczyć - jak jego koledzy - jako pilot
myśliwski z samolotami Luftwaffe na południu Anglii. Los, jak dotąd, nie
był mu przychylny. W okresie przedwojennym latał w lotnictwie liniowym
na samolotach PZL P-23 "Karaś"; we wrześniu 1939 r. dowodził 65
eskadrą lekkiego bombardowania, należącą do VI dywizjonu Brygady
Bombowej. Dywizjon bazował wtedy na lotnisku polowym w Nosowi koło
Białej Podlaskiej. W drugim dniu wojny Karaś Piotrowskiego został
uszkodzony w czasie lotu bojowego, pilot musiał więc lądować w przygodnym terenie koło Radomia. Był lekko ranny, powrócił jednak ze
swoją załogą do eskadry i dalej latał. Potem przedostał się do Francji i Anglii. W dywizjonie 309 był od początku jego istnienia, to jest od
listopada 1940 r. Bardzo ubolewał nad tym, że przez półtora roku jego
dywizjon, przeznaczony do współpracy z oddziałami 1 Polskiego Korpusu,
organizującego się i szkolącego w Szkocji, nie miał okazji wykazać się
pracą bojową.
Korpus miał wejść do walki dopiero po otwarciu drugiego frontu we
Francji.
Pierwsza dekada czerwca była słoneczna i gorąca. Dywizjon 26 RAF
wykonywał wiele lotów ofensywnych nad północną Francję. Kpt. pil.
Piotrowski, zwany Maciusiem, szybko przyswoił sobie zasady bojowego
latania na Mustangu. Polubili go brytyjscy koledzy i zaliczyli do
swego grona. Na osobistą prośbę Polaka dowódca zezwolił mu wziąć udział
w locie bojowym nad Francję na tzw. "rhubarb" w dniu 12 czerwca.
Kryptonimem "rhubarb" oznaczano lot bojowy parą, kluczem lub nawet
większym zespołem nad teren Francji w celu atakowania z broni pokładowej
wyznaczonych uprzednio lub napotkanych celów naziemnych stałych i ruchomych. Odbywał się on na wysokości lotu koszącego.
Tego dnia piloci zebrali się rano w baraku dywizjonowym w dispersalu, to
znaczy w rejonie rozśrodkowania samolotów, na poranną informację
operacyjną. Dowódca zapowiedział, że dziś odbędzie się ów planowany lot.
Zależało to jednak od poprawy warunków pogody - padał bowiem deszcz i mgła ograniczała widzialność do dwóch kilometrów. Lot miał wykonać
trzysamolotowy klucz - dowódca eskadry w stopniu flight lieutenanta,
zwany przez wszystkich Samem, flight lieutenant3 Piotrowski
i flying officer Aubrey.
Niebawem pod barak zajechał służbowy samochód, z którego wysiadł
komendant stacji. Był to wysoki, w sile wieku mężczyzna w stopniu wing
commandera z baretką Distinguished Flying Cross4 na mundurze. Po
ogólnym powitaniu pilotów zwrócił się do Sama z pytaniem o samopoczucie.
- Fine, sir - odpowiedział tamten. - Mam nadzieję, że wkrótce
przestanie padać i lot się odbędzie. Będzie on szczególny, bo po raz
pierwszy na swój bojowy lot poleci w kluczu flight lieutenant Maciuś.
Komendant mocno uścisnął dłoń Piotrowskiego.
- How are you, Maciuś - uśmiechnął się do Polaka. - Czy jest pan
zadowolony z udziału w tej wyprawie nad Francję?
- Yes, sir. Bardzo się cieszę. Jest to dla mnie wielka szansa, na
którą czekałem od września trzydziestego dziewiątego roku. Będzie to też
pierwszy lot bojowy mojego trzysta dziewiątego dywizjonu - z przejęciem
wyrecytował Maciuś.
- Mam nadzieję, że lot wypadnie jak należy. Flight lieutenant Sam to
dobry pilot. Szczęście mu sprzyja i podobnych lotów wykonał już sporo -
mówiąc to dowódca spojrzał na Sama.
- Czternaście, sir - odpowiedział tamten. - Loty podobne, ale każdy
inny i w inny sposób przeżywany. Już nieraz dobierałem się do skóry
Hunom i myślę, że jeszcze się dobiorę.
Flying officer Aubrey również obiecywał sobie postrzelać i nie żałować
szkopom naboi.
W dwie godziny później deszcz przestał padać. Podstawa chmur była jednak
mała, bo wynosiła około dwustu metrów, widzialność sięgała do czterech
kilometrów. Pilotów wezwano telefonicznie na odprawę bojową do
operations room (stanowisko dowodzenia). Na stojaku wisiała mapa z wyrysowaną trasą lotu dla klucza Mustangów, a obok na tablicy wypisane
były kursy, odcinki trasy i czasy przelotu. Odprawę poprowadził oficer
taktyczny stacji (intelligence officer) w stopniu squadron
leadera5.
- Panowie, podaję wam zadanie na dzisiejszy lot - powiedział. - Będzie
to lot na "rhubarb" w rejon Boulogne we Francji. Cel: atak z broni
maszynowej waszych Mustangów na niedawno wykrytą przez nasz wywiad
niemiecką stację radiolokacyjną na wschodnim brzegu miasta koło kępy
drzew. Łatwo można ją odnaleźć. Cel jest dobrze ukryty pod siatkami
maskującymi, ale maszt wystaje. Między drzewami znajdują się baraki i samochody, nie żałujcie więc naboi. Przygotowałem dla was kilkanaście
zdjęć fotograficznych, przyjrzyjcie się im dobrze i zapamiętajcie
szczegóły. Rejon Boulogne, jak wiecie, jest silnie broniony przez
nieprzyjacielski ogień przeciwlotniczy. O sposobie ataku zadecyduje
dowódca klucza - mówiąc to major spojrzał na Sama, który zapytał:
- Jaką pogodę napotkamy po drodze?
- Nad Anglią podstawa chmur około trzystu metrów, nad morzem nieco
mniejsza, ale wystarczająca do lotu koszącego. Nad Francją prześwituje
słońce i pułap chmur jest dosyć wysoki, wiatr zachodni umiarkowany -
podał z komunikatu meteorologicznego major. - Start klucza o godzinie
dwunastej piętnaście, lot przewidziany jest na pięćdziesiąt minut. Macie
więc całą godzinę na przygotowania. Nie zapomnijcie opróżnić kieszeni
mundurów i pobrać escape packets6.
- Okay! Zrobi się - zapewnił major Sam, nazywany też "Grubym".
Piloci odrysowali trasę lotu na swoich mapach, odnotowali kursy i czas
przelotu nad punktami zwrotnymi, a także aktualne dane radiowe, i dokładnie obejrzeli zdjęcia, zapamiętując ważniejsze szczegóły. Na
koniec Gruby Sam udzielił współtowarzyszom wyprawy fachowych wskazówek
co do wykonania lotu oraz przeprowadzenia samego ataku na cel. Ustalił,
że niemiecką stację radiolokacyjną zaatakują dwukrotnie z różnych
kierunków. Przypomniał też o konieczności zachowania ciszy radiowej w drodze do Francji, co gwarantowało, że niemiecki nasłuch radiowy nie
wykryje klucza Mustangów do chwili przelotu nad brzegiem Francji.
Zapowiedź lotu nad Francję w rejon Boulogne wzbudziła duże
zainteresowanie u pozostałych pilotów, a nawet mechaników. W dispersalu
zjawił się też komendant stacji lotniczej. Wszyscy uczestnicy wyprawy
byli podnieceni, ale najbardziej chyba kpt. Piotrowski, czemu nie
należało się dziwić.
Start Mustangów odbył się pojedynczo o wyznaczonej godzinie w przelewającej się przez lotnisko fali deszczu. Pas startowy był śliski,
widzialność ograniczona, ale zaraz za lotniskiem chmura deszczowa
przesuwała się z zachodu na wschód.
Oto co napisał o tym locie Piotrowski w felietonie zamieszczonym w "Jednodniówce" z okazji dwulecia istnienia dywizjonu 309 z datą 23
listopada 1942 roku:
"Pierwsza maszyna ginęła mi w fali deszczu, a moja pędziła do przodu w fazie startu, za mną była maszyna Aubery'ego.
Zanim schowałem podwozie, wykonałem zakręt tuż nad drzewami, gdyż
brzuchate chmury przyciskały mnie do ziemi. Zebraliśmy się po zakręcie w szyku schody w prawo i tuż nad ziemią przyjęliśmy kurs na Dungeness.
W kilkanaście minut przelecieliśmy nad brzegiem angielskim. Po
odstrzeleniu krótkich serii z karabinów maszynowych do morza
rozluźniliśmy szyk w celu umożliwienia swobodnego manewrowania i lecieliśmy tuż nad wzburzonymi falami. Do brzegów Francji było kilka
minut lotu. Widoczność była zła. Widać było tylko szare kolisko
ruchliwej wody, która na pewno była zimna i nieprzyjemna, mgła wisiała
strzępami wokół ciasnego horyzontu. Niebawem zauważyłem leciutkie
pochylenie maszyny Sama ze skrzydła na skrzydło i w tejże samej chwili
zamajaczyło skupisko domów w Boulogne z widoczną wieżą. Wybrzeże Francji
złociło się równiutką wstęgą pod błękitnym pasem czystego nieba.
Obejrzałem się za Auberym - leciał za moim ogonem trochę z prawej.
Pomyślałem w tej chwili, że nie chciałbym lecieć do takiej roboty jako
ostatni.
Przerwałem jednak rozmyślania, bo w tejże chwili dostaliśmy ogień z wybrzeża. Smugowe tasiemki przeplatały się tu i ówdzie, wobec czego
skuliłem się odruchowo - jakby to coś mogło pomóc - i w ślad za Samem
przytuliłem się jeszcze bardziej do ziemi, tak że samolot i jego cień
zdawały się być ze sobą zrośnięte jak bracia syjamscy. Tuż, tuż pod nami
mignęły niemieckie hełmy i nienadążające obracać się za nami strzelające
karabiny i działka. Gnaliśmy do celu.
Długie oglądanie zdjęć fotograficznych w operations room bardzo się
przydało, bo w terenie orientowaliśmy się znakomicie bez mapy. Ujrzałem
dwa znajome hotele i - gdy rozglądałem się za kępą drzew - ujrzałem Sama
w ataku. Bił przed siebie wszystkimi karabinami, wywracał piasek w miejscu, które wyglądem od razu przypomniało mi zdjęcie stacji
radiolokacyjnej. Niemcy byli znakomicie zamaskowani, niemniej jednak
poprzez świetlną plamkę celownika widziałem wyraźnie metalową
konstrukcję nad drewnianą budą i - wstrząsany odrzutem plujących metalem
karabinów maszynowych - obserwowałem, jak trzęsła się od moich pocisków
siatka maskująca, okrywająca cel. Gdy po ataku minąłem cel, Sam już był
w głębokim zakręcie za lasem, zawinąłem więc ciasny zakręt, aż mi w oczach pociemniało. Sam, wyskakując zza lasu, atakował powtórnie, siatka
maskująca cel dymiła solidnie i z jednej strony opadła. Poprawiłem więc,
by było równomiernie. Gdy po raz drugi mignął cel rozpłaszczony pod
brzuchem Mustanga, pognaliśmy na zachód. Był bowiem najwyższy czas,
gdyż wszystko wokoło kurzyło się od wystrzałów z dachów, z okien, ze
stanowisk, a najgęściej ze wspomnianego lasu.
Po chwili ujrzałem morze i lekko podniesiony ogon Mustanga Sama.
Atakował fort na wybrzeżu, który nas tak niegościnnie przyjął, gdyśmy
lecieli w tę stronę. Stanowiska były puste, a karabiny Sama burzyły
tylko piasek. Lecz ledwo minął cel, umocnienia zaroiły się gęstwą
szwabów, którzy wyleźli ze schronów, dopadli dział i karabinów i próbowali ścigać go ogniem. Lecz nie zdążyli. Byłem może 500 metrów z tyłu. Trzy razy naciskałem na spust. Pierwsza króciutka seria
umiejscowiła się za blisko. Druga była lepsza; trzecia, bardzo długa i celna, grzmotnęła dokładnie w rój Niemców. Wytrzymałem nerwowo, aż
ujrzałem z bliska przerażone twarze. Niemcy latali jak w ukropie, jedni
zeskakiwali do schronów, inni - trafieni - rozkładali ręce i walili się
jak kłody. Mocno zaciskałem zęby, miałem wielką, przeogromną radość w sercu. Fort minąłem o centymetry, ześlizgnąłem się po skarpie i pognałem
tuż nad wodą. Teraz dopiero spostrzegłem, że samolot mój był wprost
omotany siatką smug. Całe wybrzeże grzało za mną. Woda, cięta seriami
karabinów maszynowych, podnosiła się od wybuchów pocisków z działek.
Trwało to krótko, kilka zaledwie sekund. Poczciwa maszyna była już
daleko w morzu, na kursie do Anglii".
Ochłonąwszy kpt. Piotrowski stwierdził, że leciał na małej wysokości nad
falami Kanału, ale nie bał się już wody, która teraz wydawała mu się
cieplejsza i przyjemniejsza. Z przodu, w odległości około pięciuset
metrów, leciał Mustang Sama z kursem lotu trzysta stopni, a więc w kierunku brzegów Anglii. Z tyłu powinien być flying officer Aubrey -
pomyślał - i obejrzał się za siebie. Nigdzie go jednak nie było.
W chwilę potem stwierdził obecność trzeciego samolotu z przodu z lewej
strony, tuż pod chmurami, o jakieś sto metrów wyżej. To na pewno Aubrey
- ucieszył się i zamierzał do niego dołączyć. Ale co to? Ten domniemany
Aubrey leciał jakby na innej maszynie niż Mustang i najwyraźniej
strzelał do niego z karabinów maszynowych... Piotrowski zwiększył obroty
silnika do maksymalnych i skierował się w lewo. Toż to Messerschmitt
Me-109, a nie Mustang! Na kadłubie czernił się przecież znak krzyża!
Rąbnął w niego długą salwę z karabinów maszynowych. Niemiecki myśliwiec
znurkował pod samolot Sama i - minąwszy go - podciągnął do góry, by
zniknąć w chmurach. Najpierw pogonił za nim Sam, następnie Piotrowski.
Za chwilę obaj znaleźli się nad chmurami na wysokości może siedmiuset
metrów, ale Niemca ani śladu. Skierowali się więc ku Anglii.
Piotrowski tak napisał w zakończeniu felietonu:
"Po kilkunastu minutach znurkowaliśmy we dwóch na rodzinne lotnisko -
jak dobre obyczaje nakazywały. Otoczyli nas mechanicy, lecz pierwszy
wyskoczył z maszyny Sam i, podbiegłszy do mnie, wielkim głosem
oświadczył, że gdy przebił chmury w górę, ujrzał wychodzącego germana.
Krzyżacka maszyna przebiła chmury pod dużym kątem wznoszenia, zrobiła
gwałtowny podciągany zakręt, podobny do przewrotu, i ostro poszła z powrotem w dół. Umyślnie czy nie? Nie wiem do dziś, czy był to manewr,
czy taniec przedśmiertelny? Może doleciał do Francji, może leży na dnie.
Nie wiem i wiele bym dał, by wiedzieć.
Gdy ruszyliśmy do operations room na spowiedź, wylądował nasz zagubiony
Mustang. Okazało się, że Aubrey zgubił nas po pierwszym ataku na
stację radiolokacyjną, wobec czego powojował na własną rękę i wrócił
bardzo sorry, milczący i zły".
W kilka dni potem kpt. Piotrowski znalazł się znowu w swoim dywizjonie
na lotnisku Dunino. Koledzy już wiedzieli o jego udanym locie ofensywnym
nad Francją, nic więc dziwnego, że zgotowali mu gorące przyjęcie. Musiał
opowiedzieć, jak to tam było, jak przeżywał ten lot i czy się bardzo
bał. Piotrowski był szczery.
- Tak, przed startem bałem się nie na żarty, bo pogoda panowała wredna -
powiedział. - Najgorsze, że mogłem zabłądzić w tej mglistej mazi.
Zdawałem sobie sprawę z tego, że Niemcy będą strzelać do nas ze
wszystkich stron, no, a do tego mogliśmy przecież spotkać
Messerschmitty.
Piotrowski sięgnął po papierosa, którym go ktoś poczęstował, zapalił i zaciągnął się dymem.
- Zaraz po starcie stan podniecenia minął - podjął po chwili. - Poczułem
przypływ nowych sił. W jednej chwili stałem się opanowany, tak jakbym
podobne loty wykonywał od dawna. Nieprzyjacielski ogień z ziemi
podniecał i zagrzewał do walki. Zaciskałem zęby i grzałem do Niemców z karabinów maszynowych ile wlezie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki