Prymusi w oślej ławce
Słowa byłego premiera Węgier Ferenca Gyurcsányiego: "Kłamaliśmy rano, kłamaliśmy wieczorem, kłamaliśmy cały czas, gdy idzie o stan naszej gospodarki", również nad Wisłą nabierają coraz bardziej realnego i złowrogiego kształtu. Pamiętamy przecież niedawne, jakże buńczuczne wypowiedzi przedstawicieli naszego rządu na tle zielonej wyspy kłującej w oczy na całkowicie czerwonej - kryzysowej - mapie Europy. Premier i minister finansów z uśmiechem zapewniali nas, że co jak co, ale kryzys nas nie dotyczy, że jesteśmy zieloną, kwitnącą gospodarczo wyspą na morzu europejskiego kryzysu. Nasz wybitny sztukmistrz z Londynu, minister Jan Vincent Rostowski, nazywany też przez niektórych "tajfunem Vincent", pouczał wówczas Europę, Niemcy, a zwłaszcza naszych przyjaciół Węgrów, którzy wpadli w tarapaty, jak należy gospodarować, osiągać wzrost gospodarczy i zapewniać stabilność finansom publicznym. Puszono się w mediach, udowadniając, że wszystko jest pod kontrolą i wkrótce poziomem życia dogonimy zachodnią Europę, ba, może nawet prześcigniemy zamożnością Niemców. TVN24 piał z zachwytu nad zdolnościami nadprzyrodzonymi naszych decydentów. Śmieszne to, ale wielu widzów "Szkła kontaktowego" uwierzyło w polskiego tygrysa gospodarczego i wyspę skarbów. Mistrz bajeru z ulicy Świętokrzyskiej (siedziba Ministerstwa Finansów) reklamował nasz kraj jako bezpieczną przystań, a premier jako wręcz fenomenalne miejsce na mapie Europy. Uwierzono, że Polska to zwykła spółka prawa handlowego, a nie wspólnota interesów i tradycji. Polskie państwo miało być słabe, coraz słabsze, zgodnie z doktryną, a mimo to ludzie mieli żyć dostatnio.
Krytycznych i dalekowzrocznych analityków nieśmiało tonujących nastrój euforii i przebijających się przez cenzurę mediów Rostowski i "Gazeta Wyborcza" nazywali kasandrami, czarnowidzami albo po prostu ignorantami ekonomicznymi. W ośmieszaniu krytyków brylował minister finansów, który niczym prawdziwy tajfun hulał w mediach i na warszawskich salonach. Polski prymus na europejskim titanicu rozdawał ukłony i klapsy, puszył się z dumy, ale niewiele robił w walce z kryzysem, bo go podobno nie było i nie miało być. Szliśmy od sukcesu do sukcesu, choć w państwowej kasie robiło się coraz puściej.
Warto przypomnieć kilka historycznych przykładów i scenariuszy krajów, które z prymusów zmieniły się w maruderów, z równie zielonych wysp i ulubieńców rynków finansowych oraz krótkoterminowych inwestorów - w czarne owce światowych rynków, popadając w stan bankructwa i wieloletniej recesji.
Argentyna, która zbankrutowała 11 lat temu, miała dług zagraniczny w wysokości zaledwie 100 mld dolarów. Polska i Polacy mają dziś zagraniczny dług na kwotę - bagatela! - 260 mld dolarów, w tym ok. 100 mld to dług samego skarbu państwa i nadal rośnie on gwałtownie. Jest go więc dużo, dużo więcej niż w Argentynie w 2000 r., nie mówiąc o dekadzie Edwarda Gierka (1970-1980), kiedy pożyczyliśmy 25 mld dolarów. Choć jednocześnie sporo wówczas zbudowano, to spłacanie tego długu skończyliśmy w 2009 r., czyli po 30 latach.
Grecja, która dopiero co popadła w bardzo poważne tarapaty, przez ostatnie lata skutecznie stosowała kreatywną księgowość, czyli różnego rodzaju sztuczki i zwykłe oszustwa, m.in. oparte na tzw. swapach walutowych, czyli podejrzanych operacjach z zakresu inżynierii finansowej. Było to coś na kształt niechlubnych opcji walutowych, które wyrządziły tak wielkie szkody polskim przedsiębiorcom w 2009 r. Nasz minister finansów zastosował tę samą sztuczkę (swapy walutowe) z długiem pod koniec 2009 r., i to na niebagatelną skalę ok. 3 mld euro, czyli blisko 12 mld zł. Mniej więcej o tyle w sztuczny sposób zmniejszyliśmy wielkość naszego długu, podobnie jak to czynili Grecy. To zamiatanie pod dywan długów i problemów zostało twórczo powtórzone, i to na znacznie większą skalę, w 2010 r. Mówi się nawet o 4 mld euro (blisko 16 mld zł). Tyle ponownie zamieniono na złote z możliwością późniejszego odkupu. Ot, takie przelewanie z pustego w próżne, aby nieco lepiej wypaść w ocenie rynków finansowych. Dawniej nazywano to zwykłą lipą, oszustwem czy po prostu szwindlem, dziś się mówi o nowoczesnej inżynierii finansowej i strategii zarządzania długiem.
Islandia, która jeszcze kilka lat temu była w ścisłej czołówce państw o najwyższych dochodach obywateli, potężnej strukturze bankowej i prawdziwym dobrobycie, gdzie do pracy emigrowały dziesiątki, a nawet setki tysięcy Polaków, dziś jest bankrutem, a jej premier Geir Haarde będzie wkrótce sądzony za wywołanie i skutki kryzysu.
Jakże prorocze stały się słowa polskiego premiera Donalda Tuska, że będziemy drugą Irlandią. Niestety, Irlandia przeżywająca dziś dramatyczne kłopoty z bankrutującym systemem bankowym, ten chory człowiek Europy, stała się kolejnym klientem Unii Europejskiej po Grecji. Będzie potrzebowała gigantycznej pomocy rzędu 100 mld euro z Europejskiego Funduszu Stabilności. Polski premier liczył też, że rodacy będą wracać z Irlandii do kraju - zielonej wyspy. Ten proces, paradoksalnie, właśnie się zaczął, bo w Dublinie brakuje pracy, a irlandzki rząd ma dość fundowania świadczeń socjalnych w wysokości ok. 200 euro tygodniowo obcokrajowcom. Wielu Polaków woli jednak socjal w ogarniętej ponoć kryzysem Irlandii niż poziom życia i płace w ojczyźnie - zielonej wyspie nad Wisłą. Ot, takie memento dopisane do planów na wyrost, mrzonek i snów o potędze.
Z drugiej strony wywołujemy jako kraj jakieś fatum i rzucamy urok na każdy inny, na jakim chcemy się wzorować. Mieliśmy być drugą Japonią, a ona popadła w dekadę recesji, drugą Irlandią - a ta jest bliska bankructwa. Strach pomyśleć, że teraz Polska ma być wzorem gospodarczym. W dobie szalejącej spekulacji, braku zwykłej przyzwoitości w biznesie, w pogoni za zyskiem za wszelką cenę widać, jak łatwo prymus może spaść do oślej ławki i stać się bankrutem. A może tam w Londynie, Berlinie czy Rzymie tylko brakuje polskiego PR-u, doprowadzonego ostatnio do perfekcji, dobrego samopoczucia albo przychylności mediów? Nasze bajkopisanie w dziedzinie ekonomii i finansów przerosło nawet bajki Krasickiego.
Premier Tusk w najnowszym Planie dla Polski. Trzecia fala nowoczesności zapowiedział utworzenie w polskich gminach astrobaz, czyli niewielkich obserwatoriów nieba, żeby polska młodzież mogła sobie popatrzeć w gwiazdy, skoro nie ma dla niej pracy.