2
Nic nie jest tu w stu procentach pewne, choć wszystko wyglądało tak, jak zanotowałem. Zwłaszcza dzisiaj stabilność tego kawałka Bliskiego Wschodu to bańka mydlana rzucona na fale. Świat zamieszkały przez Kurdów jest tak bardzo rozchwiany, niejednoznaczny i nadzwyczajnie wręcz (to nie nowość) okrutny (akurat nie za ich sprawą), że szkoda zajmować się tym, co aktualne. Już następnego dnia zwietrzeje i zamieni się w historię. Kilka lat temu stawiano w Dahuku nowe domy, standardem podobne do warszawskich apartamentowców, otoczonych murami i pilnowanych przez podtatusiałych ochroniarzy (z tym że w Dahuku ochroniarz był wówczas zawodem wymierającym). Szast-prast i lokatorzy tych apartamentowców - to rok 2014 - zbierali się do ucieczki w kierunku Turcji, bo dwadzieścia kilometrów od miasta pojawiły się czujki Państwa Islamskiego, zbieranina oszalałych islamistów z całego świata, którzy za żołd i kobiety - niewolnice - gotowi są obcinać głowy.
To wtedy dzwonił do mnie przyjaciel Ziyad. Mówił:
- Niech nam sprzedadzą amunicję. Poradzimy sobie, tylko nie mamy czym strzelać.
Nie wiem, jak się sprzedaje amunicję ani kogo o to poprosić. Nie umiałem pomóc, choć bardzo chciałem.
Ale ktoś musiał sprzedać, ktoś mądrzejszy ode mnie pomógł. Dzisiaj islamscy bojówkarze zbierają od Kurdów cięgi. Wygnano ich spod Dahuku, Irbilu, odzyskano kurdyjski Kirkuk i tamę na Tygrysie, grodzącą rzekę na przedmieściach Mosulu. Kosztowało to życie setek peszmergów, dawnych partyzantów, a dzisiaj żołnierzy regularnej kurdyjskiej armii, bojowników (taki jest sens słowa "peszmerga"), którzy patrzą śmierci w twarz. Są między nimi czarnowłose młode dziewuchy, ubrane w bluzy panterki i szerokie portki, żeby zbytnio nie podkreślać bioder. Dziewczyna wśród peszmergów to żadna rewelacja. Bez kobiet iracki Kurdystan nie stałby się tym, czym jest.
*
A przecież kiedy zbierałem się do tych tekstów, wszystko wyglądało jak najlepiej, było jako tako poukładane.
No - prawie.
Szukałem wówczas języka, którym można opisać Kurdystan, a zwłaszcza jego iracką część, najbliższą mi, bo najlepiej znaną. Pomyślałem, że powinny to być słowa, jakich używano w socrealistycznych reportażach: dzisiejszy poniedziałek jest lepszy od wczorajszej niedzieli, lecz z pewnością gorszy niż jutrzejsze wtorek, środa i czwartek, bo wszystko się zmienia na lepsze, wreszcie znaleziono drogę wiodącą - tak właśnie napiszę - w świetlaną przyszłość.
Ja mam młode, twarde ręce,
A ja plecy mocne, zdrowe,
A więc, bracie, jak najprędzej
Zaczynajmy odbudowę.
Niech się mury pną do góry,
Niech kominy mają pion,
Zbudujemy po raz trzeci nowy dom.
Ja mam piasek, a ja oczy,
A tam stoi betoniarka.
A jak wróg nam prąd wyłączy?
Zbudujemy przy latarkach.
I tak dalej. Z tą różnicą, że socrealizm kłamał jak najęty, a kurdyjska rzeczywistość uwodziła i zaskakiwała, z reguły na plus. Widziałem wiele razy Irbil, As-Sulajmanijję, Zachu, Dahuk, byłem w kurdyjskich wsiach rozrzuconych po majestatycznych górach, siadywałem nad wartkimi strumieniami i wysypywałem z butów pustynny piasek. Wszędzie czułem entuzjazm; tak tam po prostu jest. Albo - było, póki nie rozpętała się kolejna wojna; z dżihadystami, głównie z Iraku i z Syrii, lecz zasadniczo - z szaleńcami z całego świata.
Ale jeśli dzisiaj tak tam nie jest, to jutro będzie.
Wiem, jak wyglądał Kurdystan tuż po zagnaniu Saddama Husajna do klatki, a właściwie podziemnej jamy, w 2003 roku, po drugiej wojnie w Zatoce Perskiej. Widziałem Kurdystan kilka i kilkanaście lat później. Zawsze byłem pod wielkim wrażeniem tej tajemnej i niezwykłej siły, która pcha Kurdów naprzód - choć niekiedy cofali się w mroczną otchłań, a czasem sami sobie fundowali piekło, nieporównywalnie bardziej oswojone niż to dzisiejsze - oraz daje im nadzieję i moc wprowadzania dobrych zmian. Lubię ich, ale przede wszystkim szanuję, gdyż oglądałem na własne oczy, jak bardzo się starają, oraz wiem, że najczęściej ich praca to nie jest para w gwizdek.
*
Kiedyś - od męskiego party minęły już lata - w Irbilu złapaliśmy taksówkę. Kierowca, uśmiechnięty od ucha do ucha, powiedział (bardziej pokazał mową oczu i dłoni), że zawiezie nas wszędzie, gdzie chcemy. Wyjąłem kartkę z zapisanym adresem, pewny siebie taksiarz kiwnął głową. I dopiero zaczęła się przygoda. Jechał na ślepo, tam, gdzie więcej ludzi, zatrzymywał się i wciskał moją kartkę przechodniom. Rozmawiali ze sobą, coś sobie nawzajem wyjaśniali. Czas mijał, a spotkanie umówione. Taksówka rusza i znów się zatrzymuje. Ciągle nie jesteśmy na miejscu. Co robić? Musiały minąć ze dwa kwadranse, aż zrozumiałem, że nasz taksówkarz nie umie czytać i że cholernie się tego wstydzi. Mimo to dojechaliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Chwilkę po czasie, ale jednak.
*
Uwielbiałem te momenty, gdy moi kurdyjscy znajomi postanowili pokazywać mi centra handlowe, choć uważam, że budowa shopping mallów powinna być zabroniona konstytucyjnie. Lecz dla nich był to moment, gdy byli pewni, że chodząc między sklepikami i butikami, pijąc kawę w sieciowych knajpeczkach, znajdę się bliżej świata, który znam, a który oni chcą zbudować.
Nie tłumaczyłem im, że stokroć wolę bazar w Irbilu, położony u stóp cytadeli usytuowanej na wzgórzu wypiętrzającym się przez tysiąclecia nad płaską pustynią na gruzie i odpadkach - Irbil to w końcu jedno z najstarszych miast świata - z jego zapachem przeróżnych ziół, gnijących resztek warzyw, świeżo ćwiartowanego mięsa i kurzu zlewanego wodą. Niepotrzebny mi był do szczęścia szum klimatyzacji, ale upalny cień i pękata szklaneczka mocnej herbaty.
Karnie spacerowałem jednak między witrynami, podobnymi do tych ze Sztokholmu, z Wiednia, z Monachium czy z Warszawy. Nie krzywiłem nosa, że galerie handlowe to - moim zdaniem - koronny dowód na upadek cywilizacji. Za dużo pamiętam z polskich przemian i z polskiej biedy, żeby komukolwiek odmawiać radości z popełnianych błędów. Zresztą - takie błędy to nie błędy, lecz wyraz aspiracji. Raz roześmiałem się w głos, gdy przy irbilskiej ulicy zamienionej w plac budowy zobaczyłem domek w kształcie kanadyjskiej chatki, zbudowany zresztą wedle północnoamerykańskiej technologii. Patrzyłem na ten domek i nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Miał spadzisty dach, gotowy na przyjęcie ton śniegu, był obłożony sidingiem i w ogóle wyglądał tak, jakby przeniesiono go wprost spod Ottawy lub Calgary. A wokół suchy piasek. Kurdowie śmiali się razem ze mną. Latem, gdy w budynkach nieznośna duchota, wieczorami przenoszą się na płaskie dachy, gdzie dochodzi pustynny chłód. Tam biesiadują, rozmawiają, flirtują, śpią. Kanadyjski domek jest tu całkowicie wbrew tradycji i obyczajom, a nawet wbrew potrzebom, logice i zdrowemu rozsądkowi, bo w Irbilu śnieg nie pada, i już.
Lecz był to śmiech życzliwy, dobrotliwy śmiech ze szlachetnej pomyłki jakiegoś reemigranta zza oceanu, który postanowił ofiarować swojej ojczyźnie to, co, jego zdaniem, najcenniejsze i najlepsze. Tym również uwiódł mnie Kurdystan: setki, tysiące Kurdów wracających do domu z Niemiec, ze Szwecji, z USA, z Kanady, z dalekiej Szkocji i z państw Bliskiego Wschodu. Lekarze, inżynierowie, naukowcy, ale też robotnicy wielkich fabryk, spawacze, murarze, mechanicy.
Wracali nie dlatego, że im się nie powiodło. Przeciwnie - powiodło im się tak bardzo, że naraz poczuli, iż mogą być przydatni Kurdystanowi. Zauroczyła mnie ta ich pewność, że szczęście i pomyślność Kurdystanu są tuż za rogiem; nadejdą szybciej, gdy im się pomoże.
- Dzisiejszy Kurdystan też będzie przyjazny dla wszystkich. Mamy - powtarzali - nieprzebrane zasoby ropy naftowej i dość wody, która na Bliskim Wschodzie jest najcenniejszym surowcem. Mamy ludzi gotowych pracować przez siedem dni w tygodniu, żeby się wszystko układało. Umiemy się bić, więc już nie damy sobie w kaszę dmuchać. A jeśli czegoś nie umiemy, nauczymy się.
*
Lubiliśmy chodzić na wieczorne spacery po Irbilu albo As--Sulajmanii. Może dlatego, że siadał upał i wreszcie można było oddychać. A może dlatego, że wieczorami, kiedy jest nieco chłodniej, Kurdystan zaczyna odpoczywać, bawić się, rozmawia nieco głośniej i śmieje się jeszcze bardziej. Podczas takich wieczorów nie chce się jeść, bo jeszcze za gorąco, ale pić można litrami, najlepiej herbatę, czarną, mocną i gorącą. Nie chcę, by wyglądało to jak laurka, lecz kompletnie nie wiem, jak opisać te wieczory, gdy szliśmy wzdłuż rozgrzanych ulic, w powietrzu zastałym od słońca, gorących silników mijających nas samochodów i dusznych obłoków spalin. Na poboczach stały niewielkie garkuchnie, gdzie podawano szaszłyki, kebaby i kotlety baranie, pieczone na dymiących grillach. Przysiadaliśmy czasem na tandetnych plastikowych krzesełkach, a kiedy podchodził do nas kucharz i kelner w jednym, prosiliśmy tylko o herbatę. I za chwilę na stoliku zjawiały się pękate czarki, a potem następne i następne. Kiedy chcieliśmy płacić, odpowiedzią było wzruszenie ramion. Za co? To przecież oczywiste, że w takie wieczory trzeba dużo pić. W Kurdystanie prawie nigdy nie zapłaciłem za herbatę, choć herbata była ujęta w cenniku i zawsze próbowałem wciskać jakieś pieniądze. Miło za to po prostu podziękować.
*
Kiedyś w As-Sulajmanii, bodaj w piątkowy wieczór, zwabiła nas głośna muzyka dobiegająca z wielkiej, rozjaśnionej sali. Wsadziliśmy głowy przez drzwi, a tam stoły ustawione wzdłuż ścian, przy nich kilkudziesięciu gości: dostojne stare kobiety z zakrytymi włosami, ubrane w ciemne kolory (nie były to arabskie abaje) i mężczyźni w lichych garniturach. Środek sali mienił się kolorami: kilka rzędów dziewcząt w barwnych kurdyjskich sukienkach naprzeciw chłopców ubranych po europejsku, ale też w tradycyjnych szarawarach, obwiązanych szerokimi płóciennymi pasami. Między nimi uśmiechnięta, mocno umalowana czarnula w białej sukni weselnej. I pan młody, w zasadzie jeszcze chłopak, który tylko miną zdradzał, że jest tego dnia najważniejszy ze wszystkich. Jakaś dziewczyna zobaczyła, jak wystajemy w uchylonych drzwiach. Kiwnęła w stronę pana młodego. Panna młoda uśmiechnęła się zachęcająco. I już byliśmy w szeregach tańczących - E., trochę zawstydzona bezpośredniością, w dziewczęcym, ja w męskim. Podskakiwaliśmy w rytm ostrej góralskiej muzyki, burząc całą choreografię. Nie znamy kroków? Ale jaki to problem, zaraz pokażą. Nasze podkoszulki nie pasują do odświętnych strojów? Co tam. Bawimy się, bo to wieczór zabawy. Gdy muzyka na chwilę ucichła, a może zabrakło nam sił, przysiedliśmy przy długich stołach. Nasi gospodarze znali ledwie kilka angielskich i niemieckich słów, a my ani w ząb po kurdyjsku. Ale rozmawialiśmy, a przede wszystkim - cieszyliśmy się razem z młodą parą i z weselnymi gośćmi, bo jakoś tak okazało się, że przecież to również nasze przyjęcie, jakby zaplanowane wiele tygodni wstecz; byliśmy na nie zaproszeni, choć najpewniej zapomnieliśmy i nie przygotowaliśmy ślubnych prezentów.
Być może na świecie jest wiele takich miejsc, gdzie przybysz w jednej chwili staje się swój. Tyle że - pamiętajmy - kilkadziesiąt kilometrów od As-Sulajmanii za niebieskie oczy od paru lat nieodmiennie ucina się głowy. Życzę więc Kurdom jak najlepiej. Za herbatę, za tańce na weselu, nawet za kaca po męskim party w Irbilu.