rozdział drugi
Ma'rib, Jemen
Odkąd dojechali do Ma'rib, amerykański agent o kryptonimie Skorpion czuł, że pakują się w kłopoty. Po drodze wciąż napotykali tubylców uzbrojonych w karabiny AK?-47. Wnosząc ze sposobu, w jaki wiązali turban, szaal, oraz z zakrzywionych noży, dżambija, zapewne pochodzili z plemienia Abida. Mężczyźni z AKPA, Al?-Kaidy na Półwyspie Arabskim, wżenili się w plemię Abida - w ten sposób obie grupy zawarły sojusz. Podwójny agent zrobił ich w konia. Jechali prosto w pułapkę.
Dżabir, szofer Skorpiona, miał podobne przeczucia.
- Fe Ma'rib kul agila ua kalabahu jamilu kalaszniko. W tym Ma'rib nawet psy nie wychodzą na ulicę bez kałasznikowa - mruknął pod nosem.
Ma'rib dawniej było miasteczkiem, do którego turyści ściągali, by podziwiać starożytne ruiny wśród piasków pustyni. Przed tysiącami lat Ma'rib zasłynął jako miasto, z którego Bilkis, królowa Saby, wyruszyła ze złotem i kadzidłem do króla Salomona. Teraz jednak jedynymi cudzoziemcami byli nafciarze gotowi płacić haracz Al?-Kaidzie, myślał Skorpion, gdy pod czujnym wzrokiem obserwujących ich z dachów tubylców skręcili w odchodzące od głównej drogi wąskie uliczki. Misja brzydko mu pachniała od pierwszej chwili, odkąd Peterman powiadomił go o niej. Teraz podobała mu się jeszcze mniej niż wtedy.
Hollisa Petermana spotkał w pokoju na tyłach restauracji przy ulicy Hadda, w stolicy Jemenu, Sanie. Restauracja rzucała się w oczy dzięki niebieskim drzwiom; kolor ten miał ponoć odczyniać urok. W pobliżu około tuzina Jemeńczyków kucało na wąskim chodniku żując qat, lokalną używkę, której zielone liście miały działanie podobne do amfetaminy. W grupce mężczyzn Skorpion wypatrzył pukającego w klawiaturę iPhone'a Jemeńczyka w wystających spod szaalu okularach Oakley. Co za kretyn, równie dobrze mógłby sobie przykleić wizytówkę na czole, zżymał się Skorpion, wchodząc do restauracji i próbując przez kłęby dymu z bulgoczących szisz wypatrzyć ukryte kamery.
W salce na tyłach sprawdził ręcznym detektorem czy nigdzie nie ma pluskiew. Upewniwszy się, że pomieszczenie jest czyste, usiadł, natomiast Peterman zawzięcie pisał SMS?-y, jakby chciał pokazać Skorpionowi, kto tu rządzi. Wszyscy w CIA zrobili się teraz podobni do siebie. Banda mózgowców, którym się wydaje, że zjedli wszystkie rozumy. Peterman skończył pisać i klasnął w dłonie. Kelner, naadil, wbiegł na bosaka. Peterman po angielsku zamówił u niego saltę2.
- Jak lot? - spytał Hollis Peterman, przyoblekając twarz w służbowy uśmiech. Był wielkim, krzepkim blondynem, który zaczynał już obrastać sadłem. Trochę już wody upłynęło, odkąd Skorpion miał do czynienia z działającym w terenie niższym personelem operacyjnym CIA i nie miał cierpliwości do "całowania w dzióbek przed wyruchaniem w odbyt", jak mówiły stare wygi z CIA.
- Co tam znów wymyślił Rabinowich? - odpowiedział pytaniem na pytanie. Dave Rabinowich był światowej sławy muzykiem, matematykiem i bezwzględnie najlepszym analitykiem w Dyrektoriacie Wywiadu CIA. Był jednym z dwóch ludzi w całej wspólnocie wywiadów USA, któremu mogło się udać błyskawiczne ściągnięcie Skorpiona do Jemenu.
Naadil zastukał do drzwi, po czym wniósł miski z saltą i szklanki nabidu, soku z daktyli. Mężczyźni umilkli, dopóki naadil nie wyszedł. Skorpion wyjrzał za drzwi, żeby sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje.
- Rabinowich nie zajmuje się tą sprawą. Częstuj się saltą, dobrze ją tu robią. - Peterman nabrał potrawki na kęs malugi3.
- Oszalałeś? - syknął Skorpion, wstając i ruszając do drzwi. - Jestem tutaj tylko na prośbę Rabinowicha, a ty mi mówisz, że on nie bierze w tym udziału?! Nie zapomnij powiedzieć kretynowi na zewnątrz, który udaje, że żuje qat z bandą pozostałych, żeby nie lazł za mną, bo mu te jego Oakley'e w tyłek wsadzę! Smacznego.
- Zaczekaj - sapnął Peterman. - Musisz nam pomóc.
- A więc ta sprawa podlega Harrisowi? Powiedz Harrisowi, żeby poszedł się... A zresztą, powiesz mu co chcesz. - Bob Harris był zastępcą dyrektora NSC, Narodowych Służb Tajnych, i między nim a Skorpionem często dochodziło do starć. Ostatnim razem, w Sankt Petersburgu, miarka przebrała się nie na żarty. Skorpion przysiągł sobie trzymać się jak najdalej od operacji Harrisa. Nacisnął klamkę.
- Mamy podwójnego agenta, który twierdzi, że może nam wydać Kasima bin Dżamila.
Skorpion zawahał się. Bin Dżamil był nie tylko przywódcą AKPA w Jemenie, ale aktualnie również głównym strategiem światowej Al?-Kaidy.
- To nie wystarczy. Potrzebny jest ktoś miejscowy - powiedział Skorpion, zamykając drzwi. Zawrócił i usiadł.
- Mieliśmy miejscowego agenta, McElroya. Jeden z naszych najlepszych ludzi. Siedział tutaj już trzy lata.
- I... co się stało?
- Nie wiemy - odparł Peterman.
- Co znaczy, że nie wiecie?
- Zniknął. Gdzieś przepadł.
- Przepadł czy nie znaleźliście dotąd ciała?
Peterman poczerwieniał. Milczał. Przez chwilę obaj mężczyźni patrzyli na siebie. Na dworze odezwał się głos muezina, który przez głośnik nawoływał wiernych do dhuhr, modlitwy w samo południe. Jakiś głos mówił Skorpionowi, żeby w to nie wchodził. Coś było w tym wszystkim nie tak.
- Nie możemy użyć miejscowych - wybąkał Peterman.
Im dalej, tym gorzej. Znaczyło to, że miejscowy oddział CIA doznał uszczerbku w ludziach. Nic dziwnego, że Rabinowich przesłał mu wiadomość, w której znajdował się kod awaryjny, Biloxi. Niektórym mędrkom z CIA Jemen jawił się jako większe zagrożenie dla USA niż Afganistan. Wyglądało na to, że Alex Station - w slangu CIA oddział wywiadowczy przydzielony do Al?-Kaidy - zaczynał się wykruszać. Patrzył, jak Peterman raczy się nabidem. Jeden z tutejszych agentów CIA zaginął; prawdopodobnie w tym momencie był poddawany torturom i jeśli ktoś z tym czegoś nie zrobi, tuzin następnych podzieli jego los. Tak na oko, sytuacja przerosła Petermana.
- A SAD? - spytał. Oddziały do Zadań Specjalnych były paramilitarnymi jednostkami CIA powołanymi do inwazyjnych akcji ratunkowych, porwań i innych operacji wysokiego ryzyka. Pierwszą misję dla CIA Skorpion zaliczył w SAD, których szeregi zasilali byli żołnierze służb zwiadowczych Delty, SEAL oraz Marines, poddawani w SAD tak ekstremalnemu treningowi, że ich dawne, elitarne jednostki na tym tle wypadały jak chór chłopięcy.
- Za mało wiemy - powiedział bezbarwnie Peterman.
Nie mogli wezwać SAD, bo nie wiedzieli, ani gdzie jest McElroy, ani co mu się przydarzyło. Umilkli obaj. To była misja ratunkowa -najgorszy, najbardziej niebezpieczny typ misji.
Zrób, jak uważasz, ale nie rób tego dla McElroya - odezwał się głos w głowie Skorpiona. Nawet jeżeli żyje, tego, co z niego zostało, nie warto ratować. W dodatku AKPA na pewno tylko czeka, aż ktoś będzie próbował go odbić. Nie, w tej misji nagrodą był bin Dżamil, choć miało to charakter totolotka. Raczej nie spodziewasz się głównej nagrody, ale też nie chcesz pluć sobie w brodę, że przegapiłeś wygraną o prawdopodobieństwie jeden do stu milionów.
- Czym się zajmował McElroy? - przerwał wreszcie milczenie.
- Predatorami - odparł Peterman.
Samoloty, a właściwie bezzałogowe aparatury latające typu Predator, tak zwane trutnie, stanowiły główną broń antyterrorystyczną Pentagonu. Trutnie potrafiły zawisnąć nad celem na czterdzieści godzin, miotając pociski Hellfire z wysokości od siedmiu do dziesięciu kilometrów, a więc poza zasięgiem wzroku i słuchu tych, którzy byli na dole.
- Hellfire są podłączone do GPS?-u w komórce - powiedział Peterman, wyjmując z kieszeni aparat i wręczając go Skorpionowi. - Trzeba po prostu wcisnąć zielony klawisz i położyć gdzieś telefon. Zostaje sześćdziesiąt sekund na ewakuację.
- A jeśli silnik Predatora ulegnie awarii albo gdzieś coś pójdzie nie tak? - spytał Skorpion, zawahawszy się przed użyciem słowa "przeciek". Na tym etapie nie umiał jeszcze powiedzieć, co mu się w tym wszystkim nie podoba. Wiedział tylko tyle, że nie podoba mu się gość, który siedzi po drugiej stronie stolika.
- Będziemy mieli dwa Predatory w pogotowiu; jeden na wszelki wypadek.
- Czy McElroy też miał komórkę do Predatora?
Peterman poczerwieniał. Pytanie zawierało jasną sugestię. Dowodził operacją i spieprzył ją. Skinął opornie głową.
- Fantastycznie - wycedził Skorpion.
Niestety, RDV4 z podwójnym agentem potoczyło się niezgodnie z planem. Dżabir zatrzymał land rovera obok targu z bronią w Ma'rib, gdzie pod brezentowymi daszkami piętrzyły się na wytartych dywanach M4, AK?-47 i piramidki granatów ręcznych M67. Miejscem tajnego spotkania okazała się oddalona o przecznicę od targu kamienica z cegły, której półokrągłe okna były dookoła, na jemeńską modłę, pomalowane na biało. Pół tuzina uzbrojonych po zęby tubylców, sądząc po wyglądzie członków plemienia Beni Chum, kucało wokół drzwi frontowych żując qat, a ich wypchane liśćmi żuchwy poruszały się szybko, jak u gryzoni.
Skorpion w skupieniu obejrzał budynek. Do punktu kontaktowego przylegała inna kamienica z cegły, której dach znajdował się jakieś trzy metry niżej. W razie konieczności to będzie droga ewakuacji, zadecydował. Kazał Dżabirowi odczekać, aż sam wejdzie do środka, a następnie przestawić land rover naprzeciwko sąsiedniego budynku i zostać tam z zapalonym silnikiem i odbezpieczoną bronią.
Na dachu pierwszego domu, pod brezentową plandeką, Ahmed al?-Baiwani podjął Skorpiona kawą imbirową i ciasteczkami z miodem, bint al san. Al?-Baiwani, rosły i brodaty, nosił amerykańską marynarkę do tradycyjnej spódnicy futa i spodni, a do tego szaal, turban kadiego Bani Chum. Jako kadi, przywódca plemienia, al?-Baiwani należał do kasty uprzywilejowanej, ustępującej jedynie sajjid, potomkom Proroka. Sam Skorpion był przebrany za kabili, zwykłego członka plemienia Murad. Po tradycyjnych wstępnych uprzejmościach spytał w fusza5, czy kadi wie może coś na temat "Amerykanina", McElroya.
Al?-Baiwani odparł, że ani on, ani inni na oczy takiego nie widzieli.
- Znasz taki hadis6 Buchariego, w którym Prorok Allacha, rasul sallahu alajhi uassalam, pokój jego duszy, omawiając najcięższe grzechy rzekł: "Przestrzegam was też, byście nigdy nie dawali fałszywego świadectwa" i powtarzał to tak długo, aż jego towarzysze przelękli się, że nigdy nie przestanie? - spytał Skorpion.
- O co mnie podejrzewasz? - Al?-Baiwani zerknął w stronę swojej straży, czy zachowuje czujność.
Zanim Skorpion zdążył odpowiedzieć, usłyszał trzask otwierających się drzwi samochodu. Wstał i wyjrzał za krawędź dachu. Pod domem stał czarny SUV, którego wcześniej tam nie było. Z samochodu wysiadła grupka uzbrojonych mężczyzn z AKPA, zmierzając w stronę bramy kamienicy.
- Kto to? - spytał Skorpion, kładąc rękę na ukrytym w fałdach tuniki glocku kaliber 9. Strażnicy al?-Baiwaniego zesztywnieli, nie wiedząc, jak zareagować.
- Twój pan, assajid Peterman mówił, że chcesz bin Dżamila - al?-Baiwani machnął bezradnie ręką, jakby mówił "sami tego chcieliście". Do Skorpiona dotarło, że sam szef Al?-Kaidy z garstką ludzi właśnie idzie na górę. Wyjął z kieszeni komórkę i nacisnąwszy zielony klawisz wsunął pod pufę, na której siedział. Miał sześćdziesiąt sekund do chwili, gdy Hellfire zacznie strzelać. Złapał al?-Baiwaniego, wbijając mu glocka pod żebro.
- Ta'ala ma'i, idź za mną - szepnął mu do ucha. - Mamy czterdzieści pięć sekund, żeby stąd wyjść, albo będzie po nas.
Al?-Baiwani patrzył ze zgrozą na Skorpiona; wyraz jego twarzy wskazywał, że wie co się szykuje. CIA używało w Jemenie Predatorów tak często, że w obozach i wioskach zajętych przez AKPA groziła egzekucja za samo posiadanie komórki.
- Jalla! Chodźmy! - ponaglił al?-Baiwani swoich strażników, zrywając się z miejsca.
Dachy obu domów łączyła drabina. Ledwie al?-Baiwani zdążył postawić nogę na szczeblu, Skorpion zepchnął go, skacząc za nim. Al?-Baiwani wrzasnął z bólu. Wylądowali na niższym dachu dokładnie w chwili, gdy ludzie bin Dżamila wylegli na wyższy. Padł okrzyk i ludzie z Al?-Kaidy zaczęli strzelać do pochodzących z plemienia Beni Chum strażników al?-Baiwaniego, którzy odpowiedzieli kanonadą. Skorpion popychał przed sobą utykającego al?-Baiwaniego w stronę klatki schodowej.
Z zewnątrz dobiegały odgłosy strzelaniny, wrzaski dzieci i krzyki kobiet.
Mały, może trzyletni chłopczyk, stał na podeście schodów, gapiąc się na Skorpiona zbiegającego z al?-Baiwanim. Jakaś kobieta, pewnie matka chłopca, wyszła z mieszkania i zamarła ze zgrozy. Skorpion poderwał malca z ziemi i wcisnął w ręce kobiety, wrzeszcząc, że mają zamknąć się w mieszkaniu i położyć się na ziemi. Kiedy dotarli na parter, Skorpion zerknął na zegarek. Lada sekunda wystrzeli Hellfire! Pociągnął al?-Baiwaniego za sobą na podłogę. Zakryli głowy rękami.
Leżeli wstrzymując oddech.
Nic. Skorpion jeszcze raz spojrzał na zegarek. Ostrzał dawno powinien się zacząć. Odliczył w myślach do piętnastu. Dalej nic. Nad sobą słyszał tupot męskich nóg zbiegających po schodach. Pieprzony Peterman. To będzie cud, jeśli wydostaną się z Ma'rib żywi.
Wyjrzał z bramy, ostrożnie rozglądając się za Dżabirem. Land rover stał po drugiej stronie ulicy, nieopodal trzech czarnych SUV?-ów. Dżabir skanował wzrokiem budynki. W rękach trzymał M4 z nasadzonym granatnikiem M203.
Pora wiać. Szturchnął al?-Baiwaniego, pchnął bramę i rzucił się z kadim przez jezdnię do land rovera. Jeden z mężczyzn z plemienia Abida wypatrzył ich z SUV?-a. Przymierzył się do strzału z AK?-47, ale Skorpion trafił go z glocka w gardło. Pół tuzina Abida, którzy szli w kierunku punktu kontaktowego, odwróciło się na pięcie otwierając ogień do Skorpiona i al?-Baiwaniego. W odpowiedzi Dżabir puścił serię z automatycznego M4. Dwóch Abida osunęło się na ziemię. Zanim Skorpion dotarł do land rovera, Dżabir oberwał w twarz i padł na pokrytą pyłem ulicę. Skorpion wyrwał M4 z jego stygnących rąk, odwrócił się i skosił dwóch kolejnych Abida. Pozostali zrobili w tył zwrot, wbiegając do kamienicy.
Al?-Baiwani chciał wsiąść do land rovera, ale Skorpion złapał go i zaczął holować w stronę SUV?-u. W środku ciągle jeszcze siedział szofer Abida; kiedy próbował ucieczki, Skorpion puścił serię z M4. Przednia szyba wozu pokryła się pajęczyną rys. Wokół nóg Skorpiona waliły pociski wystrzelone z dwóch pozostałych SUV?-ów i obu budynków.
Strzelił przez okno SUV?-a zabijając szofera. Zdarł szaal klanu Abida z głowy któregoś z trupów i rzucił wdrapującemu się na siedzenie dla pasażera al?-Baiwaniemu. Sam zdarł szaal z głowy szofera, patrząc biernie, jak zwłoki wypadają na ulicę. Odjeżdżali wśród gradu kul padających z pozostałych SUV?-ów i dachu kamienicy.
- Pobaw się tym. - Skorpion wręczył M4 al?-Baiwaniemu, robiąc unik, żeby nie rozjechać mężczyzny z osiołkiem. We wstecznym lusterku widział, że pozostałe SUV?-y z klanem Abida na pokładzie ruszyły w ślad za nimi.
- Co mam z tym zrobić? - spytał al?-Baiwani.
- Strzelać przez tylne okno! - ryknął Skorpion, gwałtownie biorąc zakręt i gnając ulicą w kierunku szosy prowadzącej z miasta. Al?-Baiwani posłał serię, roztrzaskując ich tylne okno.
Pierwszy SUV wyrobił się na zakręcie i ścigał ich, ale Skorpion z piskiem opon wziął kolejny zakręt i wcisnął hamulec. Wyskoczył na zewnątrz, przez chwilę buszował na tylnym siedzeniu, po czym wyrwał M4 z rąk al?-Baiwaniego, nasadzając granatnik M203 i ładując granat, kiedy pierwszy SUV wypadł zza zakrętu. Wycelował laser w przednią szybę nadjeżdżającego samochodu, a sam kucnął za ich SUV?-em, pociągając al?-Baiwaniego. Granat eksplodował i uderzyła w nich fala gorącego powietrza.
Wybuch zabił wszystkich we wnętrzu pierwszego z goniących ich SUV-ów, a to co zostało z podwozia toczyło się jeszcze przez jakiś czas, ostatecznie wpadając na wózek na poboczu. Skorpion załadował kolejny granat i wyjrzał ostrożnie za róg. Drugi SUV zrezygnował z pościgu i stał na środku ulicy najeżony lufami.
Skorpion skinął na al?-Baiwaniego, żeby wskakiwał do wozu, a sam usiadł za kierownicą. Zatknął M4 obok siedzenia i ruszył w stronę drogi wyjazdowej. Na obrzeżach miasta nadziali się na blokadę szosy urządzoną przez bojowników AKPA, którzy czekali, mierząc do nich z karabinów.
- Co robimy? - zaniepokoił się kadi.
- Nie pamiętasz, że jesteśmy Abida? - Skorpion dotknął turbanu, jednocześnie zwalniając, bo byli już blisko blokady.
- Allahu akbar! Bóg jest wielki! - krzyknął, unosząc pięść, a al?-Baiwani z nieznacznym opóźnieniem skopiował jego gest.
- Allahu akbar! - odkrzyknęli bojownicy Al?-Kaidy, strzelając w powietrze na wiwat, podczas gdy jeden z nich machnął ręką, przepuszczając samochód.
Skorpion przejechał ostrożnie między barierkami i dopiero po jakichś stu metrach wcisnął gaz do dechy. We wstecznym lusterku obserwował oddalającą się blokadę i ostatnie domy z gliny i cegły ustępujące miejsca pustyni. Al?-Baiwani przyglądał mu się w milczeniu.
Po jakichś dziesięciu kilometrach Skorpion zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. Znajdowali się na pustynnej równinie przeciętej tylko czarnym asfaltem szosy. Nigdzie w polu widzenia nie było żadnych samochodów.
- Czemu stoimy? - spytał al?-Baiwani.
Skorpion wyciągnął glocka.
- Gdzie jest McElroy? Amerykanin? - Wycelował pistolet w krocze kadiego.