Rozdział 3
W Warszawie najbardziej kochałam anonimowość. Oczywiście, gdy kupiliśmy mieszkanie, trwało to zaledwie kilka tygodni, zanim przestałam być anonimowa dla kioskarki, faceta z budki z warzywami i nawet - tak mi się przynajmniej wydawało - sprzedawczyń w supermarkecie, ale wiedzieli o mnie tylko tyle, że mam przystojnego męża, wesołą (zanim została ponurą nastolatką) córkę i lubię dojrzałe pomidory.
W Brwinowie najbardziej nienawidzę tego, że wszyscy wszystko o mnie wiedzą. Jak mam na imię i na nazwisko po mężu, kim jest mój ojciec i na której kwaterze na cmentarzu leży matka. Jak nazywa się moja córka, którą, kiedy była mała, ubierałam za cienko (w każdym razie zdaniem miejscowych matron). Jak miał na imię mój mąż, który był bardzo przystojny i który mnie pozostawił "nieutuloną w żalu". Że wróciłam do ojca, bo nie mam kasy. Że jestem prywatną detektywką i "Sama pani wie, droga pani, że z tego nie da się utrzymać rodziny"...
Co gorsza, ja też wiem wszystko o innych. Jeden sąsiad co wieczór o 00.02 z dokładnością co do minuty (przysięgam, sprawdzałam!) wychodzi przed dom na papierosa - bez względu na porę roku w szlafroku i kapciach. Pali i gada przez telefon. Gdybym wykazała minimum zainteresowania, z łatwością mogłabym się dowiedzieć, czy ma kochankę. Inny sąsiad pięć minut po północy (o tej porze nie ma korków, więc też z dokładnością co do pół minuty) podjeżdża samochodem pod dom i ze zgrzytem otwiera bramę. Wiem nawet, że za trzy minuty zadzwoni sprzedawca pieprzonej fotowoltaiki, który chyba wziął tę fuchę po godzinach, bo zawsze dzwoni o północy - co wieczór, mimo moich próśb, gróźb i zapewnień, że nawet gdybym miała za co (a nie mam), to nic u niego nie kupię. Zresztą, może niepotrzebnie się denerwuję - może to tylko bot.
Znam rozkład życia tego miasteczka równie dobrze, jak ono zna mój.
Najbardziej jednak nienawidzę duchów przeszłości. Przybierają postać ludzi, których kiedyś znałam, z którymi chodziłam do klasy w podstawówce albo w liceum, a także ich braci, sióstr i rodziców. Tylko zamiast mieszkać w mojej pamięci, wylegają na ulice. Moje koleżanki i koledzy wyglądają teraz dokładnie tak, jak kiedyś ich rodzice, a ich rodzice wyglądają jak własne cienie. Najgorsza jest świadomość, jak ja muszę wyglądać w ich oczach.
- Franka? - spytała mnie raz jakaś baba.
Weszłam akurat do punktu telefonii komórkowej, bo karta mi nie działała. Ustawiłam się grzecznie w trzyosobowej kolejce, a ona zaszła mnie od tyłu. Choćby zależało od tego moje życie, nie poznałabym jej. Była wyższa ode mnie i masywna jak ruski czołg. Nie gruba, tylko wielka.
- To ja, Dorota.
Dorota, Dorota... W ataku paniki szperałam w pamięci.
- Siostra Bożeny z twojej klasy. Przychodziłaś się bawić z naszymi kotami, pamiętasz?
Otworzyła mi się klapka w mózgu. Koty. Bożena i jej młodsza siostra mieszkały dwie ulice od nas. Ich sąsiadka hodowała kury i często chodziłam do niej po świeże jajka. Raz przyszedł po mnie ojciec, bo nie wracałam do domu przez dwie godziny. Dzisiaj rodzice pewnie spanikowaliby już po piętnastu minutach. Coś o tym wiem.
- Nic a nic się nie zmieniłaś. Wyglądasz zupełnie jak wtedy, mówię ci.
Przełknęłam ślinę, bo nie byłam w stanie odwzajemnić komplementu. Ciągle nosiłam ten sam rozmiar dżinsów co na studiach i chociaż przybyło mi zmarszczek i niechętnie pokazywałam na plaży brzuch po cesarce, nie było najgorzej. Przyszło mi do głowy, że gdybym została w tym cholernym miasteczku, wyglądałabym teraz jak Dorota: kilka rozmiarów większa niż kiedyś i wyraźnie bez nadziei na poprawę sytuacji.
- Podobno sprowadziłaś się do nas z powrotem?
A nie mówiłam? Wszyscy. Wszystko. Wiedzą.
Pokiwałam głową.
- No i super. Zawsze uważałam, że to musi być okropne mieszkać w Warszawie.
- Nie było tak źle - odparłam.
Zamilkła na krótką, błogosławioną chwilę, a potem powiedziała:
- Wiesz, bardzo mi przykro z powodu twojego męża.
Na to już nie znalazłam odpowiedzi.
Postałyśmy tak sekundę czy dwie. Zastanawiałam się, ile ich musi upłynąć, żebym mogła już powiedzieć, że się spieszę, i wyjść z kolejki. Z dwojga złego wolałam mieć telefon, który wyłączał się w środku każdej rozmowy.
- Słuchaj, czego ty właściwie potrzebujesz? Załatwię ci bez kolejki. - Poklepała się po plakietce z nazwą firmy telekomunikacyjnej na obfitej piersi. Na identyfikatorze było też napisane: "kierownik punktu usługowego". - Zawsze dbamy o klienta, nie?
Puściła do mnie oko.
- Nie chcę ci zawracać głowy.
- No coś ty! Mów, dziewczyno, mów!
Mogłam się odwrócić i uciec albo powiedzieć. Wybrałam to drugie. Dorota pogrzebała w szufladzie na zapleczu, wymieniła mi kartę, przerejestrowała numer telefonu i chciała jeszcze dać na raty nowy aparat, ale udało mi się ją powstrzymać.
- A wiesz, że myśmy tu o tobie rozmawiały nie dalej niż wczoraj? Z Mariolą.
Cholera, teraz jakaś Mariola!
- Powiedziała, że podobno jesteś prywatną detektywką. Rozwody i takie tam?
- Nie tylko. - Naprawdę nie miałam siły jej tego tłumaczyć.
- A wiesz, że ona tu pracuje? W punkcie firmy ubezpieczeniowej. Chodź, wpadniemy do niej. Na pewno się ucieszy.
- Muszę wrócić do domu, zrobić obiad... - próbowałam się bronić, ale słabo mi szło.
- No chodź, tylko na chwilę. Po co wracać na stare śmieci, jak się nie spotyka starych znajomych? Ale mi się powiedziało, nie?
I pociągnęła mnie za łokieć.
Tak wyglądało moje życie. Co chwila ktoś mnie rozpoznawał, cieszył się na mój widok, składał kondolencje, pytał o ojca, o dzieci, kiedy się umówimy na wódkę.
Zastanawiałam się, czy nie nosić tej pandemicznej maseczki dzień i noc. Wszyscy to olewali, jednak istniała szansa - mała, ale zawsze - że w maseczce nikt mnie nie rozpozna.
Zostawiłam Marioli (której też bym nie rozpoznała, nawet gdyby ktoś mi przystawił pistolet do głowy) swoją wizytówkę. Nie żebym na coś liczyła - najwyraźniej w tym miasteczku wszyscy sami rozwiązują swoje problemy, ale kilka dni później zadzwoniła do mnie wieczorem. Akurat robiłam to, co zawsze: na zmianę przeglądałam internet i wpatrywałam się w ciemność za oknem.
- Nie przeszkadzam? Masz teraz chwilę?
Już chciałam powiedzieć, że niestety nie mam ani jednej wolnej sekundy, ale ugryzłam się w język.
- Franka, bierzesz czasem zlecenia od firm ubezpieczeniowych?
Naprawdę nie miałam kasy. Byłam gotowa powiedzieć, że robię prace nawet dla firm wodociągowych.
- Zależy jakie.
- Ale ty masz, oczywiście, licencję?
- Oczywiście.
- Taka prościutka robota nam się trafiła. I nieźle płatna. Potrzebujemy niezależnego opisu miejsca wypadku samochodowego. I to na szybko, domykamy okres finansowy.
Przełknęłam ślinę.
Od ponad roku robiłam wszystko, żeby nie dopuszczać wypadków samochodowych do swojej świadomości. Jakichkolwiek wypadków. Tyle że Mariola powiedziała "nieźle płatna".
- A to nie policja pisze takie raporty? - spytałam.
- Potrzebne nam są dwa, niezależne. Ale ty na pewno jesteś bardzo zajęta.
Owszem, bardzo. Siedzeniem i martwieniem się. Byłam też zajęta kłóceniem się z ojcem, z córką i myśleniem o Marcinie...
- Mogę znaleźć trochę czasu.
- Naprawdę?
Miałam sporządzić krótki opis miejsca, w którym doszło do wypadku Soni Marchlewskiej: sytuacja drogowa, podstawowe pomiary. Już wcześniej zajmowałam się takimi rzeczami.
Dlatego właśnie siedziałam o północy i przeglądałam internet. Robiłam wszystko, żeby tylko nie widzieć tego zakrętu na drodze. Bo dokładnie tam rok wcześniej zginął w wypadku samochodowym mój mąż.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki