Złe miejsce na powrót - Piotr Borlik

-
Proszę czekać

Rozdział I

Inaczej wyobrażała sobie powrót do domu. W zasadzie to nigdy nie chciała tu wracać, a jeśli już, to tylko na kilka godzin, by pokazać, że do czegoś doszła, wyrwała się z tej dziury i osiągnęła sukces. Wbrew wszystkim. Wynajęłaby luksusowy samochód - właścicielom starych Passatów nieźle podniosłaby ciśnienie. Całą wypłatę wydałaby na markowe ciuchy, żeby dawne koleżanki z klasy umarły z zazdrości w swoich podróbach z bytowskiego bazaru. Zrobiłaby się na bóstwo, aby ich mężowie ślinili się na jej widok. Tak, to mogłoby być nawet zabawne.

Wysiadła z autobusu relacji Bytów-Miastko. Nigdy nie rozumiała zachwytów nad Kaszubami. Wielu marzyło, by wyrwać się z miasta i zbudować uroczy domek pod lasem, a dla niej było to piekło na ziemi: zero atrakcji, zero perspektyw, zero normalnych ludzi.

Westchnęła ciężko, przyglądając się ścieżce wydeptanej w trawie. Tyle się mówiło o unijnych dotacjach, dzięki nim w wielu nawet mniejszych miejscowościach zbudowano piękne chodniki, drogi rowerowe, wyremontowano ulice, Czarnowo tymczasem wciąż było dziurą zabitą dechami, zarządzaną, przynajmniej oficjalnie, przez pijaka, z tą różnicą, że już nie starego, tylko przez jego syna, bo staremu wątroba wreszcie odmówiła posłuszeństwa.

Na samą myśl o Janku zrobiło jej się słabo. Był ucieleśnieniem czarnowskiego bagienka. Z kilogramem żelu we włosach i papierosem w ustach w każdym innym miejscu byłby pośmiewiskiem, a tu kiedyś wszystkie gospodynie marzyły, żeby mieć go za zięcia. Jedną z nich niewątpliwie była jej matka.

Poprawiła pasek torby i ruszyła ścieżką. Czekało ją pół godziny szybkiego marszu, nim dotrze do miejsca nazywanego kiedyś przez nią domem. Tyle dobrego, że zmieściła cały dobytek w torbie. Taszczenie walizy po wertepach jeszcze bardziej by ją dobiło.

Coś się jednak zmieniło, pomyślała. Kiedy była dzieckiem, ściana drzew zaczynała się tuż przy drodze. Gęsta, ciemna, niemal nieprzenikniona. Latem panował tam chłód, zimą nienaturalna cisza. Wystarczyło zrobić dwa kroki w głąb, żeby zniknąć ludziom z oczu. Jeśli miałaby wskazać, co podobało jej się w Czarnowie, to właśnie ten gęsty las, w którym niejednokrotnie ukrywała się przed matką i rówieśnikami. Teraz granica zieleni przesunęła się o dobre kilkanaście metrów. W miejscu, gdzie kiedyś sosny rosły tak blisko siebie, że trudno było przejść między nimi, ciągnęła się szeroka wyskubana polana. Wycięte drzewa już zostały wywiezione, ale ziemia nadal nosiła ślady po ciężkim sprzęcie. Głębokie koleiny, powyrywane kępy trawy, porozrzucane gałęzie - ten widok aż nazbyt przypominał jej własne życie. Ktoś przejechał po nim na pełnej prędkości, zostawiając bałagan.

Idąc dalej ścieżką, czuła pod stopami znajome nierówności. Mimo upływu lat wciąż wiedziała, gdzie ziemia zapada się bardziej, a gdzie trzeba uważać na wystające korzenie. Jej ciało pamiętało Czarnowo lepiej niż ona sama. Jej ciało pamiętało zdecydowanie za dużo.

Kilkaset metrów dalej drzewa zgęstniały i znów otaczały ją jak dawniej. Skręciła w węższą ścieżkę, tak boleśnie znajomą. Im bardziej zbliżała się do domu, z tym większą mocą atakowały ją niechciane wspomnienia. Wiedziała, że powrót do Czarnowa to błąd, że nic dobrego z tego nie wyniknie, ale nie miała wyboru. Życie wybrało za nią. Pozostało jej się dostosować, przełknąć gorzką pigułkę, zapomnieć o ambicjach i skupić się na przetrwaniu. Nie dla siebie, jej życie i tak dawno już się skończyło. Dla niej. Pogładziła się po jeszcze płaskim brzuchu. Dla Małej Buntowniczki, która rozniesie tę dziurę na strzępy.

Gdy zza drzew wyłonił się dach rodzinnego domu, zatrzymała się gwałtownie. Nie spodziewała się, że ten widok zrobi na niej takie wrażenie. Widziała już przecież tak wiele: Wieża Eiffla, Koloseum, La Scala... Zwiedziła nawet te jebane piramidy, choć śmierdziało w nich gorzej niż w starej piwnicy. Ale to ten dom obudził w niej najsilniejsze emocje. Parterowy, z dwuspadowym ciemno­czerwonym dachem, może nie był ruiną, najwyraźniej jednak od dawna nikt o niego nie dbał. Dachówki, kiedyś błyszczące w słońcu, teraz spłowiały, miejscami widać było na nich nalot mchu. Rynny zwisały lekko przekrzywione; pomyślała, że jedna mocniejsza ulewa mogłaby je całkiem oderwać. Biała farba na ramach okien zaczęła już pękać i odchodzić płatami.

Gdy podeszła bliżej, zdziwiła się, bo okna były zaskakująco czyste. Na wsi szyby nie brudzą się tak szybko jak przy ruchliwej ulicy w dużym mieście, ale i tak było oczywiste, że ktoś musiał je umyć. Nikt nie wiedział o jej przyjeździe, a zresztą, gdyby sąsiedzi dowiedzieli się, że zamierza się tu sprowadzić, prędzej wybiliby okna i podłożyli ogień, by nie mieć z nią nic wspólnego.

Zaintrygowana, pchnęła furtkę. Zawiasy zaskrzypiały złowieszczo, nie stawiały jednak większego oporu. Ktokolwiek stał za umyciem okien, nie zadbał o ogród. Trawa sięgała prawie kolan, gęsta i nierówna, jakby od miesięcy nikt nie zadał sobie trudu, by choć raz ją skosić. Rosły w niej chwasty, pod płotem pleniły się pokrzywy, skrzyp ciągnął się całymi pasami, a przy samej ścianie rozpanoszyła się dzika winorośl, wpełzająca na tynk jak intruz.

Sama też była intruzem. Matka, gdyby żyła, wyskoczyłaby teraz przez drzwi i przepędziła ją w diabły. Miała swoje powody. Wszyscy w Czarnowie znaleźliby powód, żeby siłą zaciągnąć ją do autobusu i wyprawić w podróż, znalazłoby się nawet kilka osób, do których nikt nie miałby pretensji o dokonanie na niej samosądu.

Spojrzała na zdziczałą jabłoń. Kiedy była dzieckiem, to było jej drzewo. Wspinała się na nie, uciekając przed matką. Na najgrubszym konarze miała swoją kryjówkę, skrytkę z kilkoma skarbami: plastikowym pierścionkiem z jajka niespodzianki, figurką konia i notesikiem, w którym planowała ucieczkę z Czarnowa.

Teraz jabłoń była cieniem samej siebie. Dolne gałęzie niemal dotykały ziemi, obciążone drobnymi owocami. Na jednym z konarów widać było ślad po dawnym złamaniu. Pamiętała, kiedy to się stało, spadła wtedy z drzewa i rozcięła sobie łuk brwiowy. Matka, zamiast zabrać ją do lekarza, nakrzyczała, że robi z siebie idiotkę. Rana w końcu się zagoiła, potem blizna zbladła, ale pozostała widoczna do dzisiaj.

Przeszła powoli po trawie, odgarniając gałęzie, które ocierały jej się o ramiona. W powietrzu unosił się zapach przejrzałych owoców leżących na ziemi, lepki, z nutą fermentu. W dzieciństwie uwielbiała ten zapach, bo zapowiadał dżem. Teraz chciała zakryć nos.

Ciszę przerwało skrzypnięcie. Przez ułamek sekundy towarzyszyła jej absurdalna myśl, że w progu stanęła nieżyjąca od prawie dwóch lat matka. Kobieta w drzwiach miała na sobie jej ubrania - szarą bluzkę z długim rękawem i spódnicę w geometryczne wzory, kupioną na targu w Bytowie. Ciuchy wisiały na niej jak na wieszaku. Były za szerokie w biodrach i w pasie. Jej matka była niższa, szersza, masywniejsza. Na tej kobiecie te rzeczy wyglądały jak przebranie.

- A ty czego tu? - zawołała wrogo nieznajoma.

Jej twarz była wąska i blada, pokryta siateczką zmarszczek. Głębokie bruzdy, jakby przez lata mrużyła oczy, próbując coś dostrzec w mroku, nadawały jej posępny wygląd. Wargi miała cienkie, ściągały jej się w wąską kreskę. Włosy, siwe, nierówno ścięte, sterczały postrzępione spod gumki, która ledwo trzymała je w niskim kucyku.

Pewna siebie mina i bojowa postawa mogłyby sugerować, że kobieta jest na swoim. Domy w Czarnowie wyglądały podobnie, przynajmniej te stare, budowane na południe od jeziora, łatwo o pomyłkę. O żadnej pomyłce nie mogło być jednak mowy. Zaatakowało ją zbyt wiele traumatycznych wspomnień. Niemal na każdym metrze kwadratowym tego domu doszło do wydarzeń, które zniszczyłyby psychikę każdej dorastającej dziewczyny.

- Dzień dobry - odpowiedziała spokojnie. - To chyba ja powinnam zadać to pytanie. To mój dom.

Kobieta pochyliła się do przodu i podeszła kilka kroków. Nie epatowała już taką pewnością siebie. Zmrużyła oczy, co jeszcze bardziej uwydatniło zmarszczki, po czym wzięła gwałtowny wdech i wychrypiała:

- Ola? Ola Nowak?

- W zasadzie to Aleksandra Nowak, ale tak, to ja.

Nieznajoma odwróciła się na pięcie i z zaskakującą sprawnością wbiegła do domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Ola stała przez moment wpatrzona w nieokreślony punkt. ze środka dobiegały ją odgłosy kroków i jakieś słowa. Czegoś takiego doprawdy się nie spodziewała. Miała nadzieję nie spotkać żywej duszy przez pierwszy dzień, może nawet dwa, nim ktoś przypadkiem dostrzegłby jej obecność. Nie była gotowa na konfrontację z sąsiadami już teraz.

Ale może to i lepiej, pomyślała, podchodząc do drzwi. Nie uniknie nieprzyjemnych rozmów, pretensji, gróźb i rad, by jeszcze tego samego dnia złapała autobus powrotny. Przynajmniej będzie miała to z głowy i spokojnie zajmie się przygotowywaniem domu na narodziny Buntowniczki.

Nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi. od progu uderzyła ją cała gama zapachów. Kiedyś czytała, że to właśnie zapachy najlepiej zapamiętujemy z dzieciństwa. Każdy dom charakterystycznie pachnie, każda rodzina ma własną, niepowtarzalną mieszankę woni. Niektórzy zapamiętują zapach smażonych placków z jabłkami w niedzielny poranek, taki, że aż chciało się wstać z łóżka, czy świeżej choinki wniesionej przez tatę przed świętami. Ola pamiętała przede wszystkim smród papierosów, którego nie dało się pozbyć z ubrań, słodki aromat owocowych alkoholi i paskudny smród różowego płynu do mycia podłóg.

Teraz nie potrafiła rozpoznać otaczających ją zapachów. Były nowe. Obce. Czuła intensywne zioła. Lawenda? Rumianek? Zgadywanie nie miało sensu, jedyne zioła, jakich używała, znajdowały się w złotej mieszance do kurczaka, którą ostatnio dodawała niemal do wszystkiego. W kuchni ktoś coś gotował. Chyba zupę.

Ola uśmiechnęła się kwaśno. Kiedyś oddałaby wszystko, by po powrocie do domu czekał na nią ciepły posiłek. Inne dzieci narzekały, że matki kolejny raz smażyły kotlety, a ona musiała zadowalać się kanapkami własnej roboty. Matka nie gotowała, twierdziła, że nie da z siebie zrobić kury domowej. Zrobiła za to z siebie kurwę obracaną przez połowę mężczyzn ze wsi.

Zamknęła oczy i zacisnęła obie dłonie w pięści. Dosyć dręczenia się wspomnieniami, postanowiła. Nie po to swego czasu wydała fortunę na terapeutów i leki, by tak łatwo dać się pogrążyć w toksycznej przeszłości. Przepracowała to, zaakceptowała swoją przeszłość i nie zamierzała użalać się nad sobą. Teraz liczyła się tylko przyszłość.

- Przepraszam! - zawołała, wchodząc do kuchni. - Nie chciałam pani wystraszyć, chyba obu nam zależy na wyjaśnieniu tej sprawy.

W odpowiedzi usłyszała tupot nóg. Kobieta najwyraźniej się przed nią ukrywała. Tego tylko brakowało, by na dzień dobry musiała użerać się z jakąś wariatką. Starsza pani wciąż gdzieś krążyła po domu, ale z uporem nie pokazywała się w kuchni. Jej szybkie kroki odbijały się echem od ścian.

Ola nie miała pojęcia, co robić. Nie będzie przecież bawić się z obcą kobietą w chowanego, nie wyrzuci jej też siłą z domu. Logiczne wydawało się wezwanie policji, ale na samą myśl o spotkaniu z Tadeuszem, starym, grubym dziadem, który od zawsze wyglądał i zachowywał się, jakby został mu jeden dzień do emerytury, odechciewało się wszystkiego. Jak na słynącą z nepotyzmu okolicę przystało, jego jedynymi podwładnymi byli dwaj synowie, Piotr i Paweł, którym, delikatnie mówiąc, nie zależało na strzeżeniu prawa ani porządku.

Zerknęła na kuchenkę. Garnek stał na największym palniku, aż drżał, tak mocno w nim wrzało.

- Coś tu zaraz pani wykipi! - dodała podniesionym głosem.

Żadnej odpowiedzi, tylko bulgotanie. Ola zaklęła pod nosem. Podeszła do kuchenki. Próbowała zakręcić gaz, ale gałka była tak tłusta, że prawie ślizgała jej się pod palcami. Woda w końcu przelała się przez brzegi garnka, spłynęła z sykiem na metalową płytę i buchnęła parą.

- Po prostu cudownie - westchnęła Ola.

Chwyciła garnek za uchwyt, próbując przesunąć go na bok. Zanim zdążyła pomyśleć, poczuła bolesne pieczenie. Uchwyt nie miał żadnego zabezpieczenia. Metal natychmiast oparzył jej skórę.

- Kurwa! - syknęła, odruchowo cofając dłoń.

Ruch był zbyt szybki, niekontrolowany. Garnek przechylił się i chlusnął na blat strumieniem wrzątku. Kilka kropli trafiło ją w przedramię, zostawiając piekące plamki. Zacisnęła zęby, powstrzymując kolejne przekleństwo. Odkąd dowiedziała się o ciąży, starała się bardziej zważać na słowa, ale na razie średnio jej to wychodziło.

Zakręciła w końcu palnik i zdjęła garnek z ognia, używając rękawa swetra jako prowizorycznej ochrony. Wrzenie ustało, piana powoli opadła, a w kuchni zapach gotowanych warzyw i ziół stał się tak intensywny, że aż mdlący.

Ola dmuchnęła na czerwone oparzenie na dłoni - skóra pulsowała bólem. Zanim zdążyła ocenić obrażenia, za plecami rozległo się głośne trzaśnięcie drzwiami. W pierwszej chwili pomyślała, że kobieta uciekła na zewnątrz, ale na widok znajomej sylwetki wchodzącej do kuchni pomału wszystko zaczynało jej się układać w sensowną całość.

- To naprawdę ty - powiedział wpatrujący się w nią mężczyzna. - Myślałem, że matkę już kompletnie popierdoliło, ale to naprawdę jesteś ty. Co tu robisz?

Ola przestąpiła z nogi na nogę. Oparzenie wciąż nieprzyjemnie bolało, było jednak niczym w porównaniu z gotującą się w niej wściekłością.

- Co ja tu robię? - powtórzyła. - Co wy tu robicie? Dlaczego twoja matka mieszka w moim domu?

Janek Bogucki głośno odchrząknął. Wyglądał jak kopia ojca. Nie miał już żelu na włosach, bo nie miałby na co go nakładać, spod koszuli wystawał pokaźny brzuch, a podkrążone oczy nie zdradzały przesadnej inteligencji.

- Zośka urodziła, potrzebowaliśmy dodatkowego pokoju - odpowiedział.

- Więc przywiozłeś matkę do mojego domu?

- Stał pusty, po co miał się marnować?

Ola otworzyła usta, ale przez moment nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Nie wiedziała, czy bardziej zszokowało ją to, że Janek faktycznie ulokował tu własną matkę, czy ton, jakim to powiedział. Sprawiał wrażenie, jakby nie było w tym nic złego, jakby czarnowską tradycją było wprowadzanie się dzikich lokatorów do cudzych domów.

- Nie wierzę w to, co słyszę - odparła, próbując zachować spokój. - Naprawdę nie przyszło ci do głowy, że mogę mieć coś przeciwko? To nie jest lokal komunalny, który można sobie ot tak zająć.

Sołtys wzruszył ramionami. Ta jego obojętność i przekonanie o bezkarności doprowadzały ją do szału jeszcze w podstawówce.

- Miałbym twój numer, to bym zadzwonił, ale nawet własna matka nie mogła się z tobą skontaktować, kiedy umierająca leżała w szpitalu.

Ola poczuła, jakby ktoś uderzył ją otwartą dłonią w twarz. Słowa Janka były brutalne, ale jeszcze gorszy był sposób, w jaki je wypowiedział: beznamiętnie, jakby komentował pogodę albo cenę ziemniaków na targu. Nie było w nich ani wyrzutu, ani współczucia, tylko stwierdzenie faktu, który zinterpretował na swoją korzyść.

- I poważnie, nie pomyślałeś, że to trochę dziwne tak wchodzić do cudzego domu? - zapytała. - Jesteś sołtysem, Janek, powinieneś ogarniać podstawy prawa. To jest włamanie, za coś takiego idzie się do więzienia.

Mężczyzna uśmiechnął się, aż zadrżał mu drugi podbródek. Ona doskonale znała ten grymas. Tak uśmiechają się mężczyźni u władzy. Mężczyźni, którzy wierzą, że cały świat, a szczególnie kobiety, leży u ich stóp. Lubieżny, obślizgły, z tym specyficznym błyskiem w oczach, który u takich jak on zawsze oznacza przewagę. Albo przekonanie o tym, że się ją ma.

- Straszysz mnie więzieniem? - zakpił. W kącikach ust pojawiła mu się ślina, górna warga uniosła się nieco za wysoko, odsłaniając zżółknięte, nierówne zęby. - A kto niby miałby mnie wsadzić? Może ty?

Rozmowa zaczynała skręcać w złym kierunku. Janek, zamiast tłumaczyć się i przepraszać, pomału przechodził do ofensywy. Był tu w końcu szefem, mógł robić wszystko, czego dusza zapragnie. Co rozsądniejsi mieszkańcy Czarnowa, ta marna garstka, i tak zostaną przegłosowani w najbliższych wyborach. Znajomości, koneksje, układziki - wszystko to dawało Jankowi dożywotnią władzę. Wystarczy wiedzieć, z kim się napić, komu pierwszemu odśnieżyć podjazd i dać odpowiednio wysoki datek na kościół.

- Znam Czarnowo, wiem, jakie obowiązują tu zasady - stwierdziła, patrząc sołtysowi w oczy. - Nie chcę cię straszyć. Chcę po prostu odrobiny spokoju. Zabierz matkę i wszystkie jej rzeczy, a ja uznam, że nic się nie stało.

Janek oparł się ramieniem o framugę.

- A co ja niby mam z nią zrobić? - burknął. - Po śmierci ojca zupełnie jej odwaliło. Zośka nie chce, żeby się kręciła przy małej.

- To nie mój problem.

- O właśnie, Ola, jaką znałem!

Wyprostował się i spojrzał na nią z wyższością. Nagle zrobił krok do przodu, potem drugi, jakby chciał ją nastraszyć. Kiedyś to by wystarczyło, ale teraz potrzeba było znacznie więcej, by zrobić na niej wrażenie. Nie czuła strachu - nie bała się żadnego mężczyzny - raczej niechęć z powodu nieświeżego oddechu Janka i smrodu papierosów.

- Zawsze taka byłaś - dodał. - Egoistyczna, zimna, myśląca tylko o sobie. Kto to słyszał, żeby nie przyjechać na pogrzeb własnej matki.

- Chcesz mnie pouczać? Ty, który zamiast zająć się schorowaną matką, wysłałeś ją do pustego domu?

Podniósł rękę, jakby chciał ją uderzyć, ale nie cofnęła się ani o milimetr. Patrzyła mu w oczy spokojnie, prawie obojętnie, jakby czekała, aż zdecyduje, kim właściwie jest - tchórzem czy agresorem. Przy czym w jego przypadku jedno nie wykluczało drugiego.

Po ciągnącej się w nieskończoność chwili Janek westchnął ciężko i cofnął się w głąb pomieszczenia.

- Nic się nie zmieniłaś - stwierdził. - Bezczelna, nie szanujesz nikogo. Ledwie przyjechałaś, a już musisz robić wokół siebie zamieszanie.

Pokręciła głową.

- Wręcz przeciwnie. Jak nigdy zależy mi na świętym spokoju.

- Już nie pierdol głupot. Znam cię. Skoro przyjechałaś, to musisz mieć jakiś plan. Ktoś ci doniósł o mojej matce i pomyślałaś, że wydębisz kasę? Ile chcesz za miesiąc? Mogę nawet podpisać umowę.

- Nie chcę od ciebie żadnych pieniędzy. Jak nie chcesz matki w domu, to znajdź dla niej placówkę, gdzie będzie miała opiekę.

Sołtys znów się uśmiechnął. Znała go na tyle, by wiedzieć, że jego reakcja nie była szczera. Nigdy nie umiał radzić sobie z odmową. Kiedyś wściekał się, gdy odrzucała jego zaloty, podczas gdy inne dziewczyny stały w kolejce, by rozłożyć przed nim nogi. Później poznał siłę pieniędzy, nabrał przekonania, że odpowiednia kwota otworzy wszystkie drzwi. U niej jednak nic nie wskóra.

- Robisz to po złości, co? - żachnął się. - Przyjechałaś specjalnie, żeby uprzykrzyć mi życie.

- Świat nie kręci się wokół ciebie. Powiedziałam już: przyjechałam, żeby mieć święty spokój. Nie wiem, jak długo zostanę, może miesiąc, może rok, a może nawet zapuszczę tu korzenie. Nie szukam kłopotów. Ustalmy, że nie było tej rozmowy. Zabierz matkę i już się nie spotykamy, dobrze?

Pierwszy raz w trakcie tej rozmowy dostrzegła ciekawą reakcję na twarzy Janka. Był w szoku. Prędzej spodziewałby się wizyty papieża niż powrotu Oli do Czarnowa. Jego oczy zwęziły się, oddech wyraźnie przyspieszył, a na twarzy pojawiły mu się nieduże rumieńce.

- Nie - odparł krótko.

Ola skrzyżowała dłonie na piersiach.

- Nie? - powtórzyła.

- Nie pozwalam, nie ma na to mojej zgody. Nie po tym wszystkim, co zrobiłaś.

- Na szczęście nie ty o tym decydujesz.

Skrócił dzielący ich dystans. Gdyby nie wystający brzuch, pewnie stanąłby jeszcze bliżej, ale i tak wyraźnie widziała każdy por na jego skórze, każdy włosek wystający z nosa.

- Nie udawaj twardszej, niż jesteś - powiedział ściszonym głosem. - Nie będziesz miała tu życia, gwarantuję ci. Nie chcemy cię tu, rozumiesz?

- Wy nie chcecie mnie, ja nie chcę was, czyli nic się nie zmieniło. A teraz bądź tak miły i wypierdalaj razem z mamuśką z mojego domu albo zgłoszę się do mediów i opowiem o kilku twoich występkach. Może i w Czarnowie wszystko ci uchodzi płazem, ale twoje macki nie sięgają na tyle daleko, by zapewnić ci nietykalność, jeśli sprawa stanie się ogólnokrajowa. Kto wie, może nawet wymsknie mi się coś o wydarzeniach sprzed naszej matury.

Wytoczyła najcięższe działa. Nie zamierzała tego, ale gnój nie pozostawił jej wyboru.

- Jesteś zimną suką - wymamrotał przez zaciśnięte zęby. - Dowiem się, po coś tu przyjechała, zamienię twoje życie w piekło.

- Na to się już spóźniłeś, ale próbuj. Przy okazji pozdrów Zośkę i pogratuluj jej, że wyrwała najlepszą partię we wsi.

Janek patrzył na nią morderczym wzrokiem, ale nie odezwał się ani słowem. Rozmowna za to była jego matka, gdy kilka minut później wyprowadzał ją z domu. W odróżnieniu od syna nie groziła Oli i jej nie wyzywała, chciała tylko dokończyć zupę i obrać ziemniaki na drugie danie. W niczym nie przypominała byłej sołtysowej, jaką Ola zapamiętała. Pani Krysia - choć w myślach zawsze nazywała ją po prostu "starą Krysią" - spoliczkowałaby ją za samo podniesienie głosu na jej syna. Być może choroba utrudniała jej pojmowanie rzeczywistości, szczęśliwie dla niej, bo przynajmniej nie zrozumiałaby nagonki na Czarnowo, gdyby wszystkie tutejsze brudy wyszły na światło dzienne.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI