Związek przyczynowo-skutkowy
Część I. Skutek
Gdy pokazuje majstrom projekt swojego pierwszego domu, patrzą na niego jak na wariata.
- Panie kochany, nam się z trudem udaje postawić prostą ścianę, a co dopiero coś takiego - mówią, a potem odchodzą. Na rysunku jest najprawdziwsze igloo, tyle że wybudowane z cegieł. Ma stanąć na wrocławskim Zalesiu, jest początek lat sześćdziesiątych. On właśnie kupił z uciułanych oszczędności niewielką działkę przy ulicy Moniuszki. Na budowę normalnego domu go nie stać, w okolicy wciąż trwają jednak powojenne porządki - remonty i rozbiórki poniemieckich domów. Zwozi więc zdobyczną cegłę, a potem sam wznosi idealnie okrągłą kopułę. Na samej górze umieszcza świetlik. Od wewnątrz ociepla samodzielnie wymyśloną ociepliną, z zewnątrz obkłada kopułę papą i blachą aluminiową. O ile z zewnątrz domek igloo budzi tylko zainteresowanie, o tyle od wewnątrz po prostu zachwyca. Jest w nim więcej przestrzeni, niż mogłoby się wydawać. Pośrodku przestronnego salonu z dużymi oknami stoi kominek. Na obwodzie kopuły rozmieszczono dwa pokoje, niewielką łazienkę oraz kuchnię. Dodatkowa powierzchnia użytkowa znajduje się na antresoli. Tutaj Witold Lipiński planuje urządzić swoją pracownię. Prowadzące tam schody powstają z dębu zwalonego w czasie wycinki w pobliskim parku Szczytnickim.
- Myśmy na początku patrzyli na to igloo jak na dom kawalera, miejsce, które ma imponować. Na kobietach taki dom musiał robić ogromne wrażenie, i z pewnością robił. Tyle że jak budowa się kończyła, Witold był już szczęśliwie zaręczony i wiadomo było, że dom powstaje dla jego przyszłej rodziny - wspomina profesor Waldemar Wawrzyniak, uczeń, a później współpracownik Lipińskiego - i ja chyba dopiero wtedy zacząłem patrzeć na to miejsce jak na schronienie, a nie manifestację czegokolwiek. I trochę lepiej zrozumiałem samego Witolda.
- To była jego wielka idea - dodaje Bożena Lipińska, wdowa po profesorze. - Przez wiele lat prowadził w tym domu pomiary temperatury i wilgotności, które stały się potem podstawą jego pracy habilitacyjnej. Rozbudowywał go, ulepszał, dodał oranżerię. Dom był eksperymentem, który się powiódł.
Ten eksperyment do dziś pozostaje jednym z najbardziej oryginalnych domów jednorodzinnych wybudowanych w powojennej Polsce.
We Wrocławiu powstają jeszcze dwa igloo jego autorstwa. Żadne z nich nie jest tak udane jak jego własne. Kopułki przykryte aluminium miały też stanąć w jednym z ośrodków wczasowych pod Wrocławiem. Te domy to jednak zaledwie początek. Pracując na Politechnice Wrocławskiej, Lipiński zaczyna się interesować architekturą bioklimatyczną, jest jednym z pionierów myślenia ekologicznego w polskim budownictwie. W swoich kolejnych pracach i koncepcjach próbuje stworzyć domy, których ogrzanie i oświetlenie kosztuje jak najmniej. To on pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych, w czasach tryumfu wielkiej płyty i jednorodzinnej "kostki polskiej", kładzie podwaliny pod coś, co dziś nazwalibyśmy architekturą pasywną. Koncepcje Lipińskiego są prekursorskie. Przy niemal każdym projektowanym przez niego domu znajduje się niewielka oranżeria, umożliwiająca uprawę warzyw. Niektóre obiekty mają być choćby częściowo niezależne energetycznie, są więc wyposażone w słoneczne lub wiatrowe generatory prądu.
- Jakby cały czas się obawiał, że tego wszystkiego zabraknie, prawda?- zwraca uwagę Jacek Frąckiewicz, przyjaciel rodziny.
Jest rok 1960, gdy na biurko Witolda Lipińskiego trafia zlecenie zaprojektowania obserwatorium meteorologicznego na Śnieżce. Od pierwszej połowy XIX wieku na szczycie prowadzone są pomiary. Stojące tam kamienne schronisko przestaje jednak spełniać swoje funkcje i pod wpływem warunków rozpada się w oczach. Bo na Śnieżce wszystko jest bardziej. Przez trzysta pięćdziesiąt osiem dni w roku wieje tam wiatr, przez dwieście dziewięćdziesiąt sześć dni jest mgła, przez dwieście czterdzieści dni coś pada, przez sto siedemdziesiąt pięć dni temperatura spada poniżej zera. Jak wieje, to tak, że się nie da oddychać. Jak mgła, to taka, że przed samochodami muszą iść robotnicy i badać, czy dalej jest droga, czy już tylko przepaść. Jak pada, to zwykle deszcz albo deszcz ze śniegiem, i to tak, że potem wylewa się wodę z butów. Śniegu nie ma tylko w lipcu4. Jak jest zimno, to nawet minus trzydzieści. Śnieżka - najwyższy szczyt Karkonoszy - to tysiąc sześćset dwa metry problemów.
Nowe obserwatorium ma być tanie, wygodne i stanąć tak szybko, jak się da. Lipiński zaprasza do współpracy młodszego kolegę, Waldemara Wawrzyniaka:
- Koncepcję wymyślił Witold, ja byłem jego pomocnikiem, wykonywałem niezbędną dokumentację i rysunki. Gdy zaproponował, byśmy wspólnie podpisali się pod projektem, byłem zaszczycony. Nie spodziewałem się takiego wyróżnienia - opowiada dziś profesor Wawrzyniak.
Wstępną koncepcję mają gotową w listopadzie 1960 roku. Projekt zakłada powstanie na szczycie Śnieżki trzech spodków spiętych trzonem wieży o łącznej powierzchni użytkowej tysiąca pięciuset metrów. Mają pomieścić restaurację, pokoje socjalne dla pracowników i gabinety naukowe wraz z niezbędną aparaturą. Całość ma być wkomponowana w szczyt Śnieżki i połyskiwać w słońcu dzięki aluminiowej elewacji. Kształt budynku wynika z lokalizacji obiektu i warunków tam panujących. Śnieżka jest omiatana wichrami z każdej strony, ich kierunku nie sposób przewidzieć. Jednocześnie to one są przedmiotem prowadzonych tu badań. Budynek nie może w to ingerować.
"Zasugerowały mnie charakterystyczne dla Karkonoszy grupy skalne uformowane erozją. Ze spiętrzeń eliptycznych głazów zapożyczyłem przyszły kształt obiektu. W grę wchodził też aspekt aerodynamiczny, dominujący przy konstrukcji samolotów"5- tłumaczy w jednym z wywiadów.
Charakterystyczny kształt obserwatorium przywodzi na myśl nie tylko karkonoskie głazy. Coraz częściej mówi się, że na Śnieżce wyląduje UFO. Opublikowany w "Roczniku Jeleniogórskim" tekst o budowie obserwatorium nosi tytuł Marsjańskie talerze. W wolnej Polsce przylgnie do budynku jeszcze jedno określenie - "trzy hamburgery".
Koncepcja Lipińskiego oprócz zainteresowania budzi wiele kontrowersji, nikt z decydentów nie spodziewał się chyba aż tak futurystycznej formy. Opiniujący projekt profesor Hryniewiecki wygłasza jednak peany na jego cześć, wprowadza kilka nieznacznych poprawek i przekonuje inwestora, że obiekt warto wybudować. Zapada więc decyzja: budujemy.
Prace ruszają jednak dopiero trzy lata później, w czerwcu 1964 roku. Zanim robotnicy wejdą na szczyt, muszą wybudować sobie drogę. Po roku roboty zostają wstrzymane, bo Najwyższa Izba Kontroli doszukuje się nieprawidłowości w dokumentacji. W styczniu 1966 roku prace znów mogłyby ruszyć, ale jakoś nie ruszają, bo brakuje samochodów i ludzi. Główny wykonawca ma do dyspozycji raptem dwa wysłużone i dwa pożyczone ZiŁ-y, które na karkonoskich podjazdach wyją, jakby zaraz miały wyzionąć ducha. Ostatecznie umacnianie drogi trwać będzie do 1971 roku.
Budowa samego obserwatorium zaczyna się dopiero w 1967 roku. Problemem jest wszystko - dobór ludzi, którzy nie chcą pracować w trudnych warunkach (ci, co chcą, nie bardzo się do tego nadają, bo niewiele umieją; ci, co umieją, uciekają z budowy po kilku dniach); miejsce, w którym mogliby spać; pogoda, która na Śnieżce nikomu nie ułatwia życia.
Dwa lata trwa budowa hotelu robotniczego na Równi pod Śnieżką i przepompowni wody na samym szczycie. Powstaje wodociąg na zboczu góry, rozebrane zostaje też stare schronisko. Latem 1971 roku zaczynają odlewać fundamenty obserwatorium. Wkrótce potem pojawia się stelaż konstrukcji pierwszego spodka. Prace są co chwila przerywane, bo przy wietrze wiejącym z prędkością stu kilometrów na godzinę nie da się oddychać. Gdy udaje się zamknąć pierwszy spodek i wznieść kolejne, drgania konstrukcji, których przyczyną są podmuchy wiatru, powodują samoczynne otwieranie się okien. Wiatr wpycha też niektóre szyby do środka, nawiewając przy okazji całe góry śniegu. W styczniu 1974 roku setki uczniów, studentów, ratowników GOPR-u i żołnierzy w czynie społecznym odśnieżają drogę na szczyt, by można tam było przetransportować sześćdziesiąt trzy beczki z paliwem niezbędnym do rozruchu ogrzewania. Ich trud okazuje się jednak próżny, bo instalacja grzewcza i tak nie działa, rusza dopiero w kwietniu. Nawet wtedy jednak prace wykończeniowe nie mogą się rozpocząć, bo nadal wieje i sypie śnieg. Ostatecznie obserwatorium zostaje oddane pod koniec 1974 roku - jedenaście lat po planowanym przez inwestora ukończeniu budowy. Zamiast dziewięciu milionów złotych inwestycja kosztuje dwa razy więcej.
- Na nadzory jeździliśmy na zmianę, bo na dłuższą metę to było zbyt wyczerpujące. Warunki były najmniejszym problemem, najgorsze były niekończące się negocjacje z inwestorami i fatalni fachowcy. Na palcach jednej ręki można policzyć takich, którzy znali się na robocie - wspomina Waldemar Wawrzyniak. - Nikt z nas nie spodziewał się, że tyle to potrwa.
- Witold sam pokazywał niektórym majstrom, jak kłaść posadzkę. Waldek przez tydzień siedział na szczycie i patrzył im na ręce, czy mur oporowy stawiają prosto. Tam się zderzyła finezja architektów z prozą życia w PRL-u - dodaje Bożena Lipińska. - Gdy to się skończyło, wszyscy odetchnęli z ulgą.
Pod koniec lat siedemdziesiątych z zakładową wycieczką w Karkonosze wybiera się Zdzisław Lipiński, brat Witolda. Na szczyt Śnieżki wspina się bardziej podekscytowany niż inni, na końcu przyspiesza, chce być tam pierwszy. Gdy zdyszani uczestnicy wycieczki w końcu do niego dołączają, Zdzisław Lipiński stoi już tam dumny jak paw i gotowy do przemowy.
- To obserwatorium zaprojektował mój brat - zaczyna.
Ale ich bardziej interesuje ciepła herbata i fasolka po bretońsku, które sprzedawane są w największym dysku, więc kręcą tylko grzecznie głowami, wyrażając uznanie, i wchodzą do środka.
Szesnastego marca 2009 roku taras najmniejszego spodka obserwatorium na Śnieżce zawala się pod ciężarem zalegającego na nim śniegu i lodu. Natychmiast ewakuowani zostają pracownicy stacji, na miejscu pojawiają się też inspektorzy budowlani. Media huczą o katastrofie budowlanej, która może zakończyć żywot "marsjańskich talerzy". Pojawiają się też głosy, by przy tej smutnej okazji obserwatorium rozebrać. Szkody okazują się poważne, jednak mniejsze, niż sądzono. Rozpoczyna się remont6.
- Jeden z zaprzyjaźnionych materiałoznawców powiedział mi wtedy, że to i tak cud, że ten budynek wytrzymał tyle lat. Parametry stali, z jakiej go budowaliśmy, były brane zwykle z księżyca. Mogła być trzy razy bardziej wytrzymała niż w dokumentach albo dwa razy słabsza. I nikt nie wiedział, jak naprawdę jest - tłumaczył Waldemar Wawrzyniak.
Poza domami we Wrocławiu i flagową Śnieżką Witold Lipiński nie ma na swoim koncie zbyt wielu realizacji. Najbardziej żałował chyba tego, że nigdy nie zaprojektował kościoła. Często o tym mówił. Jechali przez Polskę, a on od czasu do czasu pokazywał na jakiś współczesny kościół i mówił tylko lekko rozczarowany:
- A takie to budują!
- Był wierzący, ale nie manifestacyjnie. Architektura to było jednak dla niego przede wszystkim rozwiązywanie problemów. A w kościele problemy do rozwiązania są przecież jedyne w swoim rodzaju, prawda?- opowiada Bożena Lipińska.
- Tata był niezwykle kreatywny, dzieciństwo z nim nie mogło być nudne: bez przerwy wymyślał nowe zabawy i gry, uczył mnie majsterkowania, opowiadał o lotnictwie, którym się pasjonował. Niechętnie patrzył tylko na zabawę w wojnę - wspomina Miłosz Lipiński. - Długo się zastanawiałem, dlaczego budował w taki sposób, dlaczego taki nacisk kładł na samowystarczalność budynków i ich odporność na warunki. I dlaczego one były tak kosmiczne. Kiedyś pomyślałem sobie, że te jego wojenne doświadczenia mogą mieć z tym związek. To może nawet było podświadome, może chodziło o taki wewnętrzny imperatyw, by poradzić sobie w każdej sytuacji. A dom miał być do tego narzędziem. Dlatego on budował te skorupy, niemalże bunkry.
- To mógł być wybieg w przyszłość, odcięcie się od przeszłości. Jego pomysły były skrajnie futurystyczne, jakby chciał patrzeć tylko do przodu i nie spoglądać za siebie - dodaje Waldemar Wawrzyniak:- Myśmy o tej jego wojnie nigdy nie rozmawiali. Ja się dowiedziałem dość późno, co on robił.
- Witold nie wracał zbyt chętnie do przeszłości. Nie wiem, czy ona miała wpływ na jego projekty. Jeśli tak, to nigdy nie mówił o tym wprost - wspomina Bożena Lipińska.
Profesor Witold Lipiński zmarł w 2005 roku.