1
Lipiec był gorący. Słońce agresywnie świeciło w okna. Marcelina chętnie wyrzuciłaby ten miesiąc z upałami i komarami z kalendarza, gdyby nie otulający zapach kwitnących lip. Przed chwilą po raz kolejny zgwałciła swój umysł, przyswajając wiedzę potrzebną do pokonania problemu w pracy. Sprawozdawczość roczna przekazem elektronicznym. Tym razem wszystko poszło szybko i gładko. System techniczny nie zbuntował się, żeby inteligentce o profilu humanistycznym pokazać, kto tu rządzi.
Z radością pomyślała, że czas wyłączyć komputer przed wyjściem do domu, kiedy zadzwonił telefon.
Zawsze dzwoni właśnie w tej chwili, kiedy człowiekowi poprawia się nastrój, równo pięć minut przed zakończeniem pracy. To taki sam nietakt jak pojawienie się śmieciarki zajeżdżającej drogę ślubnej parze - pomyślała i podniosła słuchawkę.
- Kancelaria prawno-podatkowa Rympel, Paśniak i Wspólnicy. Marcelina Nadobnik, w czym mogę pomóc? - zapytała nienaturalnym dla niej profesjonalnym tonem.
- Wie pani... Ach... Spadek. I same kłopoty. Ciotka umarła. Wola boska, miała już sto trzy lata. Nie miała dzieci. Zostawiła trzy kamienice - powiedziała podniecona kobieta.
- W sprawach spadkowych specjalizuje się mecenas Zygmunt Paśniak - przerwała Marcelina, licząc na szybki finał rozmowy.
- Kochana. To długa historia. Ciotka piła. Po alkoholu obiecywała całej rodzinie te kamienice. A jest nas czworo: trzy siostry i szwagier Stasiek, mąż Basi. Basia zmarła biedna w ubiegłym roku. Normalnie do dziś nie mogę się pozbierać. Wszystkie bardzo to przeżyłyśmy. No i został sam szwagier. Pierdoła nie chłop. Nigdy nie pracował. Nie wiadomo co z nim robić. Ale chyba też ma prawo do tego spadku. Co pani myśli?
- Powinna pani porozmawiać z panem mecenasem. Ja nie mam kompetencji do udzielania porad prawnych. Wolne terminy...
- Kochana. Powiedz mi coś konkretnego, bo ja bym chciała te trzy kamienice dla siebie. Należą mi się. W końcu to ja opiekowałam się ciotką. One palcem nie kiwnęły. Nie mówiąc o tym wałkoniu, który wykończył biedną Basię.
- Wtorek szesnasta trzydzieści. Czy mam panią zapisać? Są kolejki do mecenasa Paśniaka. Ma duże doświadczenie w sprawach spadkowych.
- No pewnie. Maria Gajewska.
- Do zobaczenia. Zapraszamy we wtorek na szesnastą trzydzieści.
- Jak przyjdę, to opowiem pani resztę.
- Nie mogę się doczekać. Do widzenia.
Marcelina się rozłączyła. Poczuła lekki ucisk w gardle, który spowodowało dławiące poczucie marnowania sobie życia. Pracę traktowała jak rolę w serialu. Grała miłą, kulturalną dziewczynę, którą nie była, i nie lubiła odgrywanej przez siebie bohaterki. Uważała, że nie powinna ograniczać wyobraźni dobrymi manierami. Tysiące przeczytanych książek, dwa fakultety humanistyczne na najlepszym uniwersytecie doprowadziły ją do mentalnego anarchizmu, który przeszkadzał w docenianiu dobrej pracy za przyzwoite pieniądze.
Specjaliści z dziedziny psychologii twierdzą, że prowadzi do tego też szczęśliwe dzieciństwo spędzone nudno i leniwie z daleka od żłobka i przedszkola. Marcelina spędziła je w domu dziadków i pradziadków, słuchając anegdot przy chórze mruczących kotów przechadzających się miedzy opowiadającymi i oglądając egzotyczne obrazki w albumie o Afryce. Koty też chętnie zaglądały do tej książki, obserwacja ta wytworzyła w dziewczynce bardzo wysokie mniemanie o inteligencji tych zwierząt. Dziecko poznało przyjemność płynącą z bezczynności, swobody dysponowania własnym czasem i braku poczucia obowiązku. Takich doświadczeń nie zapomina się nigdy i w późniejszym życiu z pożytkiem lub też ze szkodą, to zależy od czasów i okoliczności, dąży się do życia w sielance.
Marcelinę, jak wszystkie dzieci, dopadł w końcu powszechny obowiązek szkolny i z całą agresywnością feudalnego systemu psuł jej nastrój. Złapała oddech na studiach: flirty, żarty, premiery teatralne, beztroska młodzieżowych imprez do rana, poprawiały jej samopoczucie, ale też wyciskały resztki życiowej witalności, której zasoby z wiekiem coraz trudniej było uzupełnić.
Potem nastała era pracy i obezwładniającej człowieka, myślącego abstrakcyjnie, cyfryzacji. To nie dawało wielkich nadziei na powrót do sielanki. Marcelina wiedziała, że dobrze jest znać siebie, mieć choćby podstawową wiedzę na swój temat. To może człowieka ocalić przed przesadnym wczuciem się w narzucaną rolę społeczną. Aby nie zapomnieć, kim jesteśmy, musimy każdą wolną chwilę spędzać na byciu sobą. Wystarczy to robić w czasie wolnym. W pozostałych sytuacjach można grać do woli wszystkie role, które pozwalają nam wyjść na swoje w życiu.
Starała się pielęgnować swoje rytuały, nazywając je dziwactwami. Uważała, że dziwactwa to przywilej starej panny. Spotykało się to z oburzeniem lub co najmniej zaskoczeniem jej bliskich, ponieważ cieszyła się wielkim powodzeniem, miała zwykle jakiegoś przyjaciela, do tego nikt już nie używał archaicznego sformułowania "stara panna" wypartego przez singielkę. Dziewczyna jednak lubiła czuć się starą panną, wielbiciele jej w tym nie przeszkadzali, bo jeżeli dziwactwa to przywilej starej panny, a ona miała swoje dziwactwa, to - jak mawiał jej przyjaciel szewc Stefan Husar - na logikę była starą panną.
Skąd ten sentyment do panieńskiego stanu? Marcelina odziedziczyła mieszkanie po ciotecznej babce Cecylii, która przez całe życie była niezamężna. Dziewczyna kochała wesołą ciotkę jak najbliższą osobę w rodzinie. Odwiedzała ją często, bo Cecylia każdy problem, niezależnie od jego wielkości i powagi, potrafiła zamienić w błahostkę. Do tego zawsze mówiła, co myśli. Na pytanie rodziny, dlaczego nie znajdzie sobie jakiegoś miłego towarzysza życia, zawsze odpowiadała, że "tego kwiata jest pół świata", dopóki nie zdecyduje się na tego jedynego może przebierać i cieszyć się wszystkimi.
Ciotka poza radosnym usposobieniem miała jeszcze inną cenną cechę: zaradność finansową. Potrafiła odłożyć spore sumy pieniędzy, nie będąc sknerą i specjalnie nie oszczędzając na sobie. Mimo że pracę miała zwyczajną, nie zarabiała przesadnie dużo, miała ten rzadki, dla kobiet w tej rodzinie, dar odkładania pieniędzy, które potem jakby same się rozmnażały w funduszach inwestujących w dobra luksusowe, a później na lokatach. Wszystkie jej, często przypadkowe i podjęte pod wpływem emocji, decyzje finansowe przynosiły zyski. Zakupy ją nudziły, jedynym luksusem, na który sobie pozwalała, było dobre wino. To ona nauczyła Marcelinę je pić.
Zmarła niespodziewanie. Kolega odwoził ją z pracy nowym samochodem sportowym, zwykle jeździła autobusami miejskimi, zderzyli się z terenówką prowadzoną przez kierowcę na antydepresantach, zginęli wszyscy. Marcelina straciła powierniczkę trosk, bo tylko z ciotką Cecylią rozmawiała szczerze o sobie. Dziewczyna przeżyła tę śmierć jak stratę najlepszej przyjaciółki. Zaskoczenie rodziny było wielkie, kiedy okazało się, że Cecylia zostawiła testament i wszystko zapisała Marcelinie, mimo że miała bliższych krewnych. Dziewczyna kończyła właśnie studia. Wprowadziła się do ładnego dwupokojowego mieszkania przesiąkniętego energią silnej kobiety i długo zastanawiała się, czy coś w nim zmieniać.
Pewnego dnia przeglądając pudła z kapeluszami ciotki, znalazła list zaadresowany do siebie. Rozpoznała charakter pisma Cecylii.
Wiedziałam, że najpierw obejrzysz kapelusze! Dziecko! Urządź to mieszkanie po swojemu. Zmień wszystko, żeby nie mieszkać w moim grobowcu. Właśnie na to zostawiłam Ci pieniądze. W szafie, w piwnicy jest sejf. Podaję kod: 26281976. Bądź mądra i dzielna jak zawsze.
C.
Marcelina zorientowała się, że skropiła kapelusz łzami. Zamrugała, żeby się opanować.
Racja, każe mi trzymać się uroków życia - pomyślała.
Remont trwał rok. Ze ścian zniknęły wzorzyste tapety. Mieszkanie rozjaśniły pastelowe odcienie kości słoniowej i piasku na karaibskiej plaży. Ciężkie zasłony ustąpiły miejsca bambusowym roletom.
Kuchnia, w której zostały odnowione dębowe meble i pojawił się nowy sprzęt, w tym czerwony ekspres do kawy, została połączona z pokojem, tworząc przestronne pomieszczenie z wygodnymi szarymi kanapami i półką na książki do sufitu zajmującą całą ścianę.
W sypialni obok prostej drewnianej szafy, pamiątki po Cecylii, pojawiło się duże łóżko. Marcelina miała wielką niechęć do codziennego ścielenia i składania łóżek, dlatego kupiła takie, którego nie można złożyć. Poza dwiema dużymi drewnianymi szafami została też kolekcja trzydziestu czterech kapeluszy ciotki. Dziewczyna ciągle zadawała sobie pytanie kiedy i dokąd Cecylia je nosiła, bo w odwiedziny do krewnych przychodziła zwykle w szarym albo granatowym berecie. Wszystkie nakrycia głowy pasowały na Marcelinę i zaczęła je już lubić, co było pierwszym krokiem do noszenia.
Najwięcej energii i środków wymagał remont łazienki. Pomieszczenie było dość duże, z oknem. Szary marmur pokrył ściany i podłogę. Drewniana wanna i wbudowana w ścianę owalna szafa, mieszcząca nieskończenie wiele kolorowych szlafroków, wykonane były z tego samego czarnego dębu. Na szerokim blacie szarej, marmurowej umywalki stały trzy wazoniki z Ćmielowa: żółty, pomarańczowy i niebieski, wypełnione białymi goździkami. Oświetlenie punktowo umieszczone w ścianach rozjaśniało to surowo eleganckie wnętrze. Porozrzucane resztki garderoby, różowe ręczniki i mnóstwo małych słoiczków z kosmetykami oraz butelek z perfumami odbierały jednak tej elegancji powagę, tworząc nieład prawie artystyczny. Marcelina urządziła sobie azyl, coś w rodzaju schronienia dla swojego ducha i indywidualizmu. Nie lubiła wpuszczać do swojego gniazdka ludzi, szczególnie obcych i tych, których nie darzyła sympatią, żeby nie wnosili złej energii.
Jej ulubionym dziwactwem był rytuał oczyszczania umysłu. Wolne chwile zaczynała zawsze w podobny sposób: włączała Capriccio Italien Czajkowskiego, kładła się na kanapie z kieliszkiem wina i wyobrażała sobie mamuta oraz nosorożca idących do wodopoju. Mamut był czarny, nosorożec biały. Szli wolnym, wręcz tanecznym krokiem, rozkoszując się szumem paproci i wdychając przejrzyste, świeże powietrze. Doszedłszy do wodopoju, zaczerpnęli po trochu wody, aby ugasić pragnienie, i zamruczeli z radości. Dzień był piękny jak zawsze w pradawnej puszczy. Marcelina zasnęła na chwilę. Ostatnio miała dziwny, powtarzający się sen o tym, że ktoś patrzy na nią z ukrycia.
Po godzinie wstała z łóżka. Zjadła awokado z majonezem, pomidora i garść orzechów. Nalała sobie drugi kieliszek, bardzo lubiła pić wino i chciała to robić przez cała życie, dlatego piła mało, żeby zdrowia jej nie zabrakło na dalsze biesiadowanie. Z kieliszkiem weszła do wanny pełnej piany, nie umiała oszczędzać wody, do czego zachęcano w rządowych kampaniach społecznych, ale była bezdzietną wegetarianką niemającą samochodu i to był jej wkład w ochronę klimatu. Z oddali dobiegały dźwięki Capriccio Italien Czajkowskiego, było coś podnoszącego na duchu w tej melodii, takie skradanie się do czynu, a potem marsz i taniec i tak w kółko, karuzela losu.
Marcelina nie lubiła czytać recenzji, bo rzadko podzielała opinię ekspertów, sama interpretowała sztukę.
A teraz pora pokazać światu swoje piękniejsze oblicze - pomyślała, robiąc ćwiczenia mięśni twarzy.
Ich celem było zachowanie młodości, w co Marcelina do końca nie wierzyła, sądziła, że czas musi płynąć, a to zostawia ślady w naszym ciele i umyśle, ale można usunąć napięcia doświadczane nieświadomie, niechcący. Usunąć tę minę, ten grymas twarzy spowodowany przejściowym niezadowoleniem z życia. Najlepiej służyło temu patrzenie na spokojne morze i spacerowanie po długich plażach, działało rozluźniająco na wszystkie mięśnie, ale nie zawsze było dostępne.
Teraz makijaż, który podkreślił śmiejące się, błyszczące oczy. Największy atut Marceliny. Niewielu ludzi potrafi śmiać się oczami. Wyraz błogości zadowolonej dziewczynki osiągała, odtwarzając sobie w głowie ulubioną melodię. Zawsze działało. Spryskała się werbeną z miętą. Włożyła jedwabne rajstopy. Zawsze się rolowały, trzeba było to zrobić umiejętnie. Suknia w kolorze bakłażana w asymetryczne cięcia podkreślające bardzo szczupłą sylwetkę. Nałożyć kapelusz na tę burzę kasztanowych loków to zawsze był nie lada wyczyn. Ale udało się. Szare, jedwabne rękawiczki schowała do torebki. Obuła się w pantofelki od Stefana Husara zwane pieszczotliwie przez fashionistki husarkami.
Otworzyła szufladę, żeby wydobyć swój talizman. Mały damski pistolet beretta 421. Włożyła go do torebki. Znalazła go szafie w piwnicy dziesięć lat temu. Po wprowadzeniu kodu otworzyła sejf dla kamuflażu zastawiony słoikami ogórków kiszonych.
Na dnie leżało coś błyszczącego.
Wyjęła to i przymierzyła do dłoni, pasowało idealnie, wtedy znalazła kolejny list.
Uważaj to nie zabawka. To beretta 421. Działa.
C.
Marcelina zauważyła, że zawsze kiedy nosi pistolet przy sobie, sprzyjają jej okoliczności. Ta część spadku chyba najbardziej ją wtedy zaskoczyła, ale już się oswoiła, a nawet zaprzyjaźniła z niespodziewanym prezentem.
No to jestem gotowa do wyjścia - uznała w duchu.
Pasuje tu jak palma w polu rzepaku - pomyślał pan Henio, mijając nowy apartamentowiec i parkując pod blokiem, w którym mieszkała Marcelina.
Spośród otoczonych zielenią starych bloków wyłaniał się budynek z piaskowca, metalu i szkła, który został tak surowo oceniony przez leciwego taksówkarza.
Budują takie dziwactwa dla tych nowych elit - kontynuował rozmyślania. - Teraz już nawet uczyć się nie trzeba, żeby zostać bogaczem. Wystarczy zostać celebrytą. To znaczy obierać marchewkę na ekranie albo biegać na golasa. No ale powiedzmy sobie szczerze, kiedyś też pieniądze przytrafiały się nieukom, bo mieli szczęście. Czy to jest sprawiedliwe?
Rozważania pana Henia o elitach przerwało pojawienie się Marceliny.
Ślycznotka jak z obrazka - zadumał się. - Te oczy jakieś takie błyszczące. I taka chuda jak modelka, a przy tym drobna, nie wielka jak tyczka i nie kanciasta. Do tego ten wyraz twarzy, jakby głaskała mruczącego kotka. Żadnych nerwów, bez napięcia.
A że już pięćdziesiąt lat jeździł na taksówce, to widział miliony twarzy i wiedział, co mówi.
Gdzie ona się wybiera? W tym kapeluszu i rękawiczkach. Pewnie dorabia sobie bidula do marnej pensji. Ale to już nie moja sprawa - ciągnął swoje rozważania pan Henio i tak ustawił lusterko, żeby się trochę nasycić.
Potem odjechał pod wskazany przez Marcelinę adres, na Brzozową.