Złodziej kanapek - Andrea Camilleri

Kup ebooka

29.00 zł
23.19 zł (17,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Obu­dził się zlany po­tem. Ob­cią­żony pół­to­ra­ki­lo­gra­mową por­cją sar­deli z czosn­kiem i par­me­za­nem, którą po­chło­nął wie­czo­rem, mu­siał w nocy strasz­nie się wier­cić, bo był oplą­tany prze­ście­ra­dłami jak mu­mia. Wstał, po­szedł do kuchni, otwo­rzył lo­dówkę, wy­pił pół li­tra lo­do­wa­tej wody. Z bu­telką przy ustach wyj­rzał przez otwarte okno. Świa­tło ju­trzenki za­po­wia­dało po­godny dzień, mo­rze było pła­skie jak stół, na nie­bie ani jed­nej chmurki. Mon­tal­bano, któ­rego na­strój w znacz­nym stop­niu za­le­żał od po­gody, miał prawo prze­czu­wać, że co naj­mniej do po­łu­dnia bę­dzie w zna­ko­mi­tej for­mie. Było za wcze­śnie, żeby wsta­wać. Po­ło­żył się z za­mia­rem prze­dłu­że­nia snu o ko­lejne dwie go­dziny, na­cią­gnął prze­ście­ra­dło na głowę. Jak za­wsze przed za­śnię­ciem po­my­ślał o Li­vii, która w tym cza­sie le­żała w swoim łóżku w Boc­ca­dasse koło Ge­nui: jej obec­ność krze­piła go w każ­dej dłu­giej i w każ­dej krót­kiej po­dróży do the co­un­try sleep, o któ­rej pi­sał Dy­lan Tho­mas w jed­nym z jego ulu­bio­nych wier­szy.

Le­d­wie roz­po­czął po­dróż, roz­legł się dzwo­nek te­le­fonu; wdarł się do ucha Mon­tal­bana jak wier­tło, które nie­uchron­nie prze­wier­cało mu głowę na wy­lot.

- Słu­cham!

- Z kim roz­ma­wiam?

- Sam się przed­staw.

- Ca­ta­rella.

- Co jest?

- Niech mi pan ko­mi­sarz wy­ba­czy, ale nie roz­po­zna­łem głosu pana ko­mi­sa­rza, pa­nie ko­mi­sa­rzu. Pew­nie pan spał.

- Pew­nie tak, jest piąta rano! Czy mo­żesz nie za­wra­cać mi dupy, tylko po­wie­dzieć, o co cho­dzi?

- Było mor­der­stwo w Ma­zara del Vallo.

- A co mnie to ob­cho­dzi? Je­ste­śmy w Vi­ga­cie.

- Ale, ko­mi­sa­rzu, nie­bosz­czyk to...

Mon­tal­bano odło­żył słu­chawkę, wy­cią­gnął wtyczkę. Za­my­ka­jąc oczy, po­my­ślał, że to jego przy­ja­ciel, wi­ce­kwe­stor Va­lente z Ma­zary, chce się z nim skon­tak­to­wać. Za­dzwoni do niego póź­niej, z ko­mi­sa­riatu.

Okien­nica trza­snęła o ścianę. Mon­tal­bano gwał­tow­nie usiadł na łóżku, z oczami wy­trzesz­czo­nymi ze stra­chu. Odu­rzony spo­wi­ja­ją­cymi go opa­rami snu, był prze­ko­nany, że ktoś do niego strze­lał. W mgnie­niu oka po­goda się zmie­niła: zimny, wil­gotny wiatr pod­ry­wał fale o żół­ta­wych grzy­wach, niebo było w ca­ło­ści po­kryte chmu­rami i zwia­sto­wało deszcz.

Prze­kli­na­jąc pod no­sem, wstał, po­szedł do ła­zienki, od­krę­cił ku­rek prysz­nica, na­my­dlił się. Na­gle prze­stała le­cieć woda. W Vi­ga­cie, a więc rów­nież w Ma­ri­nelli, gdzie miesz­kał, wodę pusz­czali zwy­kle co trzy dni. Zwy­kle, po­nie­waż mo­gli ją pu­ścić rów­nie do­brze na­za­jutrz, jak i do­piero w przy­szłym ty­go­dniu. Mon­tal­bano za­bez­pie­czył się, in­sta­lu­jąc na da­chu po­jemne zbior­niki, ale wi­docz­nie tym ra­zem wody nie było od po­nad ośmiu dni - tylko bo­wiem na ośmio­dniową nie­za­leż­ność po­zwa­lały mu wła­sne za­pasy. Po­biegł do kuchni i pod­sta­wił gar­nek pod kran, żeby zła­pać ciek­nącą z niego wą­tłą strużkę. Po­tem wy­ci­snął ile się dało z kranu nad umy­walką. Odro­biną ze­bra­nej wody zdo­łał spłu­kać z sie­bie my­dło, ale to utrud­nie­nie by­naj­mniej nie wpra­wiło go w do­bry hu­mor.

Je­chał w kie­runku Vi­gaty, ob­dzie­la­jąc prze­kleń­stwami mi­ja­nych kie­row­ców, któ­rzy - jego zda­niem wszy­scy bez wy­jątku - z ta­kiego czy in­nego po­wodu ko­deks dro­gowy mieli w du­żym po­wa­ża­niu, aż na­gle przy­po­mniał so­bie te­le­fon Ca­ta­relli. Wy­ja­śnie­nie, ja­kim się wtedy za­do­wo­lił, nie trzy­mało się kupy - gdyby Va­lente po­trze­bo­wał po­mocy z po­wodu ja­kie­goś za­bój­stwa, do któ­rego do­szło w Ma­za­rze, to o pią­tej rano za­dzwo­niłby do niego do domu, a nie na ko­mi­sa­riat. Tamto wy­ja­śnie­nie spre­pa­ro­wał dla zwy­kłej wy­gody, żeby uspo­koić su­mie­nie i po­spać jesz­cze dwie go­dziny.

- Nie ma ni­ko­gu­sieńko! - oświad­czył Ca­ta­rella na jego wi­dok, z sza­cun­kiem pod­no­sząc się z krze­sła przy cen­tralce. Mon­tal­bano z Fa­ziem uznali, że po­wi­nien sie­dzieć wła­śnie w tym miej­scu, bo prze­ka­zu­jąc na­wet w naj­bar­dziej po­kraczny i nie­praw­do­po­dobny spo­sób treść zgło­szeń i roz­mów, wy­rzą­dzi mniej szkody, niż wy­ko­nu­jąc ja­kie­kol­wiek inne za­da­nia.

- A co to, święto?

- Nie, pa­nie ko­mi­sa­rzu, to nie jest dzień świą­teczny, ale wszy­scy są w por­cie z po­wodu tego trupa w Ma­za­rze, dla któ­rego sprawy dzwo­ni­łem do pana, je­śli pan pa­mięta, w oko­li­cach dzi­siej­szego po­ranka.

- Je­śli trup jest w Ma­za­rze, to po kiego po­je­chali do portu?

- Nie, pa­nie ko­mi­sa­rzu, trup jest tu­taj.

- Jezu Prze­naj­święt­szy! Je­śli trup jest tu­taj, to dla­czego mi mó­wisz, że jest w Ma­za­rze?

- Po­nie­waż trup był z Ma­zary, tam pra­co­wał.

- Ca­ta­rella, ro­zu­mu­jąc, a ra­czej, po­wiedzmy, ro­zu­mu­jąc po two­jemu: je­śli tu, w Vi­ga­cie, zo­sta­nie za­mor­do­wany tu­ry­sta z Ber­gamo, to co wtedy po­wiesz? Że trup jest w Ber­gamo?

- Ko­mi­sa­rzu, sprawa po­lega na tym, że trup jest prze­jezdny. Czyli strze­lali do niego, kiedy znaj­do­wał się na ku­trze ry­bac­kim z Ma­zary.

- A kto strze­lał?

- Tu­ne­zyj­czycy, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

Mon­tal­bano mach­nął ręką i po­sta­no­wił nie za­da­wać już py­tań.

- Czy ko­mi­sarz Au­gello też po­je­chał do portu?

- Tak jest.

Jego za­stępca, Mim? Au­gello, na pewno bę­dzie szczę­śliwy, je­śli prze­ło­żony nie po­jawi się w por­cie.

- Po­słu­chaj, Ca­ta­rella. Mu­szę na­pi­sać ra­port. Nie ma mnie dla ni­kogo.

- Halo? Pa­nie ko­mi­sa­rzu, panna Li­via mia­no­wi­cie do pana z Ge­nui. Co mam zro­bić? Mam łą­czyć czy nie?

- Łącz.

- Jako że pan mó­wił ja­kieś dzie­sięć mi­nut temu, że nie ma pana dla ni­kogo...

- Nie ga­daj już, tylko łącz... Li­via? Wi­taj.

- Ładne mi wi­taj. Od kilku go­dzin pró­buję się do cie­bie do­dzwo­nić. W domu rów­nież nie mo­głam cię za­stać.

- No tak, wy­łą­czy­łem te­le­fon i za­po­mnia­łem włą­czyć. Po­wiem ci coś śmiesz­nego. Dzi­siaj o pią­tej rano za­dzwo­nił Ca­ta­rella...

- Nie jest mi do śmie­chu. Pró­bo­wa­łam o wpół do ósmej, pięt­na­ście po ósmej, jesz­cze raz o...

- Li­vio, już mó­wi­łem, że za­po­mnia­łem...

- ...o mnie. Po pro­stu za­po­mnia­łeś o mnie. Prze­cież obie­ca­łam, że za­dzwo­nię o wpół do ósmej, żeby po­sta­no­wić, czy...

- Li­vio, ostrze­gam cię. Zbiera się na deszcz i wieje wiatr.

- I co z tego?

- Prze­cież wiesz. W taką po­godę je­stem w złym na­stroju. Nie chciał­bym, że­by­śmy od słowa do słowa...

- Ro­zu­miem. Nie będę już dzwo­niła. Ty za­dzwoń, je­śli bę­dziesz chciał.

- Mon­tal­bano? Jak się pan czuje? Ko­mi­sarz Au­gello o wszyst­kim mi opo­wie­dział. Czy we­dług pana ta sprawa bę­dzie miała re­per­ku­sje mię­dzy­na­ro­dowe?

Po­czuł się przy­party do muru; nie ro­zu­miał, o czym mówi kwe­stor. Wy­brał me­todę nie­wiele mó­wią­cego po­ta­ki­wa­nia.

- Ow­szem, ow­szem. Re­per­ku­sje mię­dzy­na­ro­dowe?!

- W każ­dym ra­zie wy­da­łem po­le­ce­nie, żeby ko­mi­sarz Au­gello po­ro­zu­miał się z pre­fek­tem. Rzecz... jak by to po­wie­dzieć... wy­kra­cza poza moje kom­pe­ten­cje.

- No wła­śnie.

- Mon­tal­bano, czy pan się do­brze czuje?

- Do­sko­nale. Dla­czego pan pyta?

- Nic, tylko wy­da­wało mi się...

- Tro­chę boli mnie głowa, to wszystko.

- Jaki dziś dzień?

- Czwar­tek, pa­nie kwe­sto­rze.

- Czy przyj­dzie pan do nas w so­botę na ko­la­cję? Moja żona przy­go­tuje spa­ghetti w so­sie z mą­twy. Palce li­zać.

Ma­ka­ron w czar­nym so­sie z mą­twy. Sam był w ta­kim na­stroju, że jego barwą przy­pra­wiłby kwin­tal spa­ghetti. Re­per­ku­sje mię­dzy­na­ro­dowe?

Wszedł Fa­zio i od razu stał się ko­złem ofiar­nym.

- Czy ktoś zli­tuje się nade mną i po­wie mi, do kurwy nę­dzy, co się tu dzieje?

- Ko­mi­sa­rzu, pro­szę się na mnie nie wście­kać tylko z tego po­wodu, że wieje wiatr. Rano, za­nim za­wia­do­mi­łem ko­mi­sa­rza Au­gello, ka­za­łem za­dzwo­nić do pana.

- Komu ka­za­łeś? Ca­ta­relli?! Je­śli ka­żesz mnie za­wia­do­mić za po­śred­nic­twem Ca­ta­relli o czymś waż­nym, to zna­czy, że je­steś po­pa­prań­cem. Do­brze wiesz, że ni chuja nie da się go zro­zu­mieć. Co się stało?

- Ku­ter z Ma­zary, który, są­dząc po tym, co mówi szy­per, ło­wił na wo­dach mię­dzy­na­ro­do­wych, zo­stał za­ata­ko­wany przez tu­ne­zyj­ską łódź pa­tro­lową se­rią z ka­ra­binu ma­szy­no­wego. Ku­ter po­dał swoją po­zy­cję jed­nej z na­szych ło­dzi pa­tro­lo­wych, o na­zwie "Bły­ska­wica", i zdo­łał uciec.

- Świetny chło­pak - po­wie­dział Mon­tal­bano.

- Kto? - spy­tał Fa­zio.

- Szy­per. Za­miast się pod­dać, zdo­był się na od­wagę i uciekł. I co po­tem?

- Se­ria z ka­ra­binu za­biła jed­nego członka za­łogi.

- Z Ma­zary?

- I tak, i nie.

- Czyli?

- To był Tu­ne­zyj­czyk. Mó­wią, że pra­co­wał le­gal­nie. Tam pra­wie wszyst­kie za­łogi są mie­szane. Po pierw­sze dla­tego, że Tu­ne­zyj­czycy są do­brymi pra­cow­ni­kami, po dru­gie, przy­dają się w sy­tu­acji, gdy trafi się tu­ne­zyj­ski pa­trol. Po­tra­fią z nim roz­ma­wiać.

- Wie­rzysz w to, że ku­ter ło­wił na wo­dach mię­dzy­na­ro­do­wych?

- A czy ja wy­glą­dam na kre­tyna?

- Halo, ko­mi­sarz Mon­tal­bano? Mówi Mar­niti z ka­pi­ta­natu.

- Słu­cham, pa­nie ma­jo­rze.

- Dzwo­nię w tej śmier­dzą­cej spra­wie z Tu­ne­zyj­czy­kiem za­bi­tym na ku­trze z Ma­zary. Wła­śnie prze­słu­chuję szy­pra, żeby usta­lić do­kład­nie, gdzie znaj­do­wali się w chwili, gdy do­szło do in­cy­dentu, i jaki był roz­wój wy­pad­ków. Po­tem się zjawi u pana.

- Po co? Chyba mój za­stępca już go prze­słu­chał?

- Tak.

- A więc nie ma po­trzeby, żeby się tu zja­wiał. Dzię­kuję za uprzej­mość.

Ko­niecz­nie chcieli go wcią­gnąć w tę sprawę, za włosy.

Drzwi otwo­rzyły się tak gwał­tow­nie, że ko­mi­sarz pod­sko­czył na krze­śle. W progu sta­nął wzbu­rzony Ca­ta­rella.

- Pro­szę o wy­ba­cze­nie, że wal­ną­łem, ale drzwi mi ucie­kły.

- Na­stęp­nym ra­zem cię za­strzelę. Co jest?

- A to, że dzwo­nili przed chwilką, że w win­dzie jest ktoś za­mknięty.

Ka­ła­marz z de­li­kat­nie ob­ro­bio­nego brązu prze­le­ciał tuż obok czoła Ca­ta­relli, ude­rza­jąc o drzwi z hu­kiem przy­po­mi­na­ją­cym wy­strzał. Ca­ta­rella sku­lił się i za­krył rę­kami głowę. Mon­tal­bano kop­nął biurko.

Do po­koju wpadł Fa­zio z dło­nią na otwar­tej ka­bu­rze.

- Co jest? Co się stało?

- Spró­buj wy­cią­gnąć od tego ku­tasa, o co cho­dzi z tym kimś za­mknię­tym w win­dzie. Niech za­dzwo­nią do straży po­żar­nej. Ale za­bierz­cie go stąd, nie chcę go słu­chać.

Fa­zio wró­cił po chwili.

- W win­dzie za­mor­do­wano czło­wieka - po­wie­dział szybko i krótko, żeby sa­memu czymś nie obe­rwać.

- Co­sen­tino Giu­seppe, straż­nik li­cen­cjo­no­wany - przed­sta­wił się męż­czy­zna, który stał przy otwar­tych drzwiach windy. - To ja zna­la­złem bied­nego pana La­pe­corę.

- Dla­czego nie ma tu ga­piów? - zdzi­wił się Fa­zio.

- Ode­sła­łem wszyst­kich do domu. Mam tu po­słuch, miesz­kam na szó­stym pię­trze - po­wie­dział dum­nie straż­nik, po­pra­wia­jąc mun­dur.

Mon­tal­bano za­dał so­bie w du­chu py­ta­nie, czy Giu­seppe Co­sen­tino miałby mniej­szą wła­dzę, gdyby miesz­kał w su­te­re­nie.

Biedny pan La­pe­cora sie­dział na pod­ło­dze, z ple­cami opar­tymi o ścianę w głębi ka­biny. Przy jego pra­wej ręce stała bu­telka bia­łego wina Co­rvo z ofo­lio­waną jesz­cze szyjką. Obok le­wej ręki le­żał ja­sno­szary ka­pe­lusz. Świę­tej pa­mięci pan La­pe­cora, w wyj­ścio­wym ubra­niu, pod kra­wa­tem, był dys­tyn­go­wa­nym sześć­dzie­się­cio­lat­kiem. Jego otwarte oczy wy­ra­żały zdzi­wie­nie - być może tym, że się zsi­kał. Mon­tal­bano po­chy­lił się, czub­kiem pal­ców mu­snął ciemną plamę mię­dzy no­gami nie­bosz­czyka: to nie mocz - stwier­dził - tylko krew. Szyb windy wpusz­czony był w ścianę, więc nie dało się obejść ka­biny i zo­ba­czyć, czy ofiara zo­stała za­szty­le­to­wana, czy za­strze­lona. Ko­mi­sarz zro­bił głę­boki wdech. Nic nie po­czuł, ale za­pach pro­chu mógł się już roz­wiać.

Trzeba było za­wia­do­mić le­ka­rza są­do­wego.

- Twoim zda­niem dok­tor Pa­squ­ano jest jesz­cze w por­cie czy wró­cił do Mon­te­lusy? - spy­tał Fa­zia.

- Pew­nie jest jesz­cze w por­cie.

- Jedź po niego. A je­śli są tam rów­nież Ja­co­muzzi i grupa z są­dówki, ich rów­nież spro­wadź.

Fa­zio wy­biegł.

Mon­tal­bano skie­ro­wał się do straż­nika, który na jego wi­dok z sza­cun­kiem sta­nął na bacz­ność.

- Spo­cznij - mruk­nął znu­żony Mon­tal­bano.

Do­wie­dział się, że bu­dy­nek ma sześć pię­ter i na każ­dym są trzy miesz­ka­nia.

- Ja miesz­kam na szó­stym, czyli na ostat­nim - pod­kre­ślił raz jesz­cze Co­sen­tino Giu­seppe.

- Czy pan La­pe­cora był żo­naty?

- Tak jest. Z An­to­niettą Pal­mi­sano.

- Ode­słał pan do domu rów­nież wdowę?

- Nie, pro­szę pana. Wdowa jesz­cze nie wie, że jest wdową. Wy­je­chała dziś rano w od­wie­dziny do swo­jej sio­stry do Fiakki, jako że ta jej sio­stra nie czuje się zbyt do­brze. Wy­je­chała au­to­bu­sem o szó­stej trzy­dzie­ści.

- Prze­pra­szam, skąd pan to wszystko wie?

Czyżby szó­ste pię­tro da­wało straż­ni­kowi taką wła­dzę, że wszy­scy mu­sieli skła­dać mu spra­woz­da­nia z tego, co ro­bili?

- Po­nie­waż pani Pal­mi­sano La­pe­cora - od­parł Co­sen­tino - po­wie­działa to wczo­raj mo­jej żo­nie, a one roz­ma­wiają ze sobą.

- Czy pań­stwo La­pe­cora mają dzieci?

- Syna. Jest le­ka­rzem. Ale mieszka da­leko stąd.

- Czym się zaj­mo­wał de­nat?

- Był han­dlow­cem. Ma biuro na Sa­lita Gra­net, pod dwu­dzie­stym ósmym. Ale ostat­nio cho­dził tam tylko trzy dni w ty­go­dniu, w po­nie­działki, środy i piątki, bo prze­szła mu ochota do pracy. Odło­żył tro­chę pie­nię­dzy, nie po­trze­bo­wał już ni­czy­jej ła­ski.

- Jest pan ko­pal­nią wia­do­mo­ści, pa­nie Co­sen­tino.

Straż­nik znów przy­jął po­stawę na bacz­ność.

W tej chwili we­szła do bu­dynku mniej wię­cej pięć­dzie­się­cio­let­nia ko­bieta o krę­pych, koł­ko­wa­tych no­gach. W rę­kach miała pla­sti­kowe re­kla­mówki, które pę­kały od nad­miaru to­wa­rów.

- Za­kupy zro­bi­łam! - oznaj­miła, pa­trząc krzywo na ko­mi­sa­rza i straż­nika.

- Cie­szę się - po­wie­dział Mon­tal­bano.

- A ja nie! Bo te­raz mu­szę za­su­wać sześć pię­ter na pie­chotę. Kiedy za­bie­rze­cie stąd nie­bosz­czyka?

I gro­miąc ich obu wzro­kiem, za­częła mę­czącą wspi­naczkę. Sa­pała przy tym jak roz­ju­szony byk.

- To po­tworna ko­bieta, pa­nie ko­mi­sa­rzu. Na­zywa się Pinna Ga­etana. Mieszka na­prze­ciw mnie i nie ma dnia, żeby nie kłó­ciła się z moją żoną, która, jako że jest praw­dziwą damą, nie po­zo­staje jej dłużna, więc ta jesz­cze bar­dziej się za­cie­trze­wia i nie daje spo­koju, zwłasz­cza gdy kładę się spać po noc­nej służ­bie.

Rę­ko­jeść noża, który wy­sta­wał spo­mię­dzy ło­pa­tek pana La­pe­cory, była starta - zwy­kłe na­rzę­dzie ku­chenne.

- Kiedy mo­gli go za­mor­do­wać? - spy­tał ko­mi­sarz dok­tora Pa­squ­ano.

- Na oko dziś z rana, mię­dzy siódmą a ósmą. Ale ustalę to do­kład­nie.

Nad­cią­gnął Ja­co­muzzi z ludźmi z są­dówki i za­częli swoje skom­pli­ko­wane ba­da­nia.

Mon­tal­bano wy­szedł z bramy. Wiał wiatr, ale niebo i tak po­zo­sta­wało za­kryte chmu­rami. Ulica była kró­ciutka, znaj­do­wały się na niej tylko dwa sklepy, je­den na wprost dru­giego. Po le­wej stro­nie stał stra­gan owo­cowo-wa­rzywny, ob­słu­gi­wany przez chu­dego męż­czy­znę. Jedno z gru­bych szkieł jego oku­la­rów było pęk­nięte.

- Dzień do­bry, na­zy­wam się Mon­tal­bano, je­stem ko­mi­sa­rzem. Czy wi­dział pan może dziś rano, jak wy­cho­dziła stąd lub tu wcho­dziła pani La­pe­cora?

Chudy męż­czy­zna ro­ze­śmiał się, ale nie od­po­wie­dział.

- Czy sły­szał pan moje py­ta­nie? - spy­tał ko­mi­sarz, nieco zwa­rzony.

- Sły­szeć, sły­sza­łem - od­po­wie­dział sprze­dawca. - Ale co do wi­dze­nia, to klę­ska. Na­wet gdyby z tej bramy wy­je­chał czołg, nie uda­łoby mi się go za­uwa­żyć.

Po pra­wej stro­nie był sklep rybny, w któ­rym stało dwóch klien­tów. Ko­mi­sarz za­cze­kał, aż wyjdą, po czym wszedł do środka.

- Dzień do­bry, Lollo.

- Dzień do­bry, ko­mi­sa­rzu. Mam świe­żut­kie sar­dele.

- Lollo, nie przy­sze­dłem po ryby.

- Po trupa?

- Tak.

- Jak umarł La­pe­cora?

- Nóż w plecy.

Lollo pa­trzył na niego z otwar­tymi ustami.

- To go za­mor­do­wali?!

- Dla­czego tak cię to dziwi?

- A kto mógł za­mor­do­wać pana La­pe­corę? To był wielki dżen­tel­men. Zwa­rio­wać można.

- Wi­dzia­łeś go dziś rano?

- Nie.

- O któ­rej otwo­rzy­łeś sklep?

- O szó­stej trzy­dzie­ści. No tak, na rogu wpa­dłem na pa­nią An­to­niettę, jego żonę. Bie­gła.

- Chciała zdą­żyć na au­to­bus do Fiakki.

Praw­do­po­dob­nie - pod­su­mo­wał Mon­tal­bano - La­pe­cora zo­stał za­mor­do­wany, gdy wy­cho­dził z domu. Ko­rzy­stał z windy, bo miesz­kał na czwar­tym pię­trze.

*

Dok­tor Pa­squ­ano za­brał nie­bosz­czyka do Mon­te­lusy na sek­cję. Ja­co­muzzi po­zo­stał nieco dłu­żej, żeby wło­żyć do trzech pla­sti­ko­wych to­re­bek nie­do­pa­łek, próbkę ku­rzu i ma­leńki ka­wa­łek drewna.

- Dam ci znać.

Mon­tal­bano wszedł do ka­biny i ge­stem za­pro­sił straż­nika, który przez cały czas nie ru­szył się na­wet o cen­ty­metr. Co­sen­tino za­wa­hał się.

- Co jest?

- Na pod­ło­dze jest jesz­cze krew.

- I co z tego? Niech pan tylko uważa na po­de­szwy. Czy może woli pan za­su­wać sześć pię­ter na pie­chotę?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki