Złodzieje trupów - Marek Krajewski

Reflow text when sidebars are open.
Wałbrzych 1927
To, co leżało w trumnie, nie było ludzkim ciałem. To, co zobaczyli uczestnicy pogrzebu, przekraczało ich wyobrażenia. Taki widok jak ten kojarzył się z halucynacją szaleńców lub apokaliptyczną wizją proroków.
Jednak to zdarzenie nie było omamem. Było czymś najzupełniej realnym - jak cmentarz przy Schuckmanns-Weg, jak majaczący w brudnej mgle koksowniczych wyziewów szyb Segen-Gottes-Schacht, jak dwa szczyty - Vogelkoppe i Fuchsstein - wznoszące się nad głowami żałobników.
Prymariusz Bernhard Junk, zastępca proboszcza parafii ewangelickiej Zmartwychwstania Pańskiego przy Mangelweg1 w dzielnicy Altwasser, był przekonany, że przerażający akt na cmentarzu jest jednym z wielu prodigiów, czyli znaków wieszczych. Sądził, że Pan Bóg zsyła je mieszkańcom dolnośląskiej krainy ku ich ostrzeżeniu, ku ich poprawie moralnej - by ci wszyscy górnicy przeżarci gangreną komunizmu, wszystkie prostytutki rozsiewające zarazę, ci obłudni mieszczanie, zalewający mózgi hektolitrami piwa, zdegenerowani arystokraci, szukający rozkoszy w zbytku i w sodomii - aby oni wszyscy rozpoznali owe znaki i powrócili do niewinności dzieci Bożych. Pastor, świadom, iż jego przełożeni w konsystorzu bardzo krytycznie ocenialiby takie poglądy, nikomu się z nich nie zwierzał. Badał zwiastuny nieszczęść po cichu, notował je w tajnych zapiskach i tam poddawał swoistej klasyfikacji. Aby ująć w słowa dzisiejsze bluźnierstwo na cmentarzu, musiałby jednak stworzyć nową kategorię prodigiów.
Wcześniej nie miał takich kłopotów klasyfikacyjnych. Gwałtowny pomór świń w okolicznych wioskach zapisywał w tabeli jako "prodigia zwierzęce", a tajemniczą chorobę powodującą napady szału u wieśniaków jako "prodigia ludzkie". Ale temu, co ujrzał dzisiaj, nadał podwójną etykietę: "potwór, hybryda".
Zanim to jednak nastąpiło, już wcześniej tego dnia pojawiły się inne prodigia.
O godzinie dziewiątej pastor siedział w kancelarii parafialnej. Pił drugą już tego kwietniowego dnia słabą kawę po skromnym śniadaniu i po porannej modlitwie domowej, jaką o szóstej wzniósł był ku Najwyższemu wraz z rodziną proboszcza Joachima Stenzla.
Teraz zajmował się sprawami administracyjnymi. W księdze metrykalnej dokonał kilku stosownych adnotacji zgonów, które nastąpiły w jego parafii w kilku ostatnich dniach. Jeden z nich był znamienny - śmierć młodej kucharki Agnes Wicke, którą właśnie w ten Wielki Piątek o godzinie jedenastej miał pożegnać na cmentarzu.
Agnes Wicke umarła we wtorek, trzy dni wcześniej, w wałbrzyskim Szpitalu Górniczym2. W środę przeprowadzono sekcję zwłok, a w Wielki Czwartek trafiła do zakładu pogrzebowego. Zgodnie ze zwyczajem i z luterańską teologią Krzyża powinna zostać pochowana najwcześniej we wtorek po Wielkanocy, ponieważ w Wielki Piątek, najbardziej celebrowany dzień w całym Triduum Paschalnym, nie odprawiano pogrzebów, podobnie jak w soboty i w dni świąteczne. Jednak proboszcz, łagodny i dobroduszny pastor Stenzel, wyraził zgodę, jako że jedyni krewni zmarłej, ojciec i dwaj bracia, którzy przyjechali tutaj aż spod Katowic, pokonawszy granicę polsko-niemiecką, byli ludźmi bardzo ubogimi i nie stać ich było na spędzenie aż sześciu dni choćby w najtańszym wałbrzyskim czy podwałbrzyskim schronisku. Skromny pokoik zmarłej Agnes właściciel kamienicy natychmiast - i to przed ich przyjazdem - wynajął komuś z długiej kolejki oczekujących.
Podziękowali zatem Stenzlowi, prawie padając mu do stóp, a potem udali się do zakładu pogrzebowego Heinricha Rexnera przy Breslauer Strasse 33, aby pożegnać swoją córkę i siostrę. Tam zastali zamkniętą trumnę, wytworzoną z najtańszych nieoheblowanych sosnowych desek. Jej wieko przybito już do skrzyni, a sam szef firmy z wielkim szacunkiem i ze szczerymi przeprosinami poinformował ich, że Agnes umarła na jakąś zarazę, która może ze zwłok przejść na żywych. Dwa młode potężne chłopy wpadły w furię i omal nie pobiły Rexnera. Ale po chwili się opamiętali i wraz z ojcem zapłakali nad trumną Agnes, po czym noga za nogą wrócili do hotelu robotniczego obok cegielni przy Bahnhofstrasse, gdzie na dwie noce wynajęto im trzy prycze.
Junk wiedział o tym wszystkim, bo lubił być dobrze poinformowany. Był urodzonym biurokratą i zgon każdego parafianina odnotowywał w swoich zapiskach detalicznie. Pilnie zatem rejestrował objawy choroby. Gdy śmierć miała charakter niezwykły i nie wiedział, jak ją określić, prosił wówczas o pomoc znajomego funkcjonariusza z wałbrzyskiej Komendy Policji Prewencyjnej. Ten po cichu wypożyczał mu stosowne odpisy.
Wedle epikryzy niejakiego Herberta Anwaldta, praktykanta medycznego w Szpitalu Górniczym, panna Agnes Wicke, zamieszkała za życia w kolonii robotniczych domów za fabryką porcelany Tielscha, cierpiała na bezsenność, depresję i paranoję, które to przypadłości kurował u niej kamforą, insuliną i barbituranami doktor Alexander Ruhwedel z tejże lecznicy. Ostre spazmy i skurcze - czyli zaburzenia czysto somatyczne towarzyszące tym psychicznym - ostatecznie doprowadziły u niej którejś nocy do zatrzymania akcji serca. Umarła w Szpitalu Górniczym na Oddziale Chorób Płciowych i Zakaźnych, bo właśnie tam - wobec braku stosownego oddziału psychiatrycznego - umieszczano nerwowo i psychicznie chorych z Wałbrzycha i okolic.
Prymariusza Junka najbardziej zainteresowały te oto sformułowania praktykanta Anwaldta zawarte w jego epikryzie:
Mimowolne odrętwienia, skurcze blokujące sprawność kończyn górnych i dolnych, utrata równowagi, upadki, zachowania jakby w alkoholowym delirium.
Junk przepisał wszystko słowo w słowo. Skrócony protokół z sekcji zwłok, dokonanej przez Anwaldta, nie zawierał zdaniem prymariusza żadnych niezwykłych informacji, toteż go pominął.
Zamyślił się głęboko. Przypomniał sobie niedawną rozmowę z młodym pastorem z podwałbrzyskiego Langwaltersdorfu. Ów duchowny donosił starszemu koledze, że miejscowe pospólstwo prześladuje pewnego parobka, który jest nadpobudliwy, agresywny i targany paroksyzmami. Ma czerwone zęby i dziąsła, chowa się przed światłem i działa głównie w nocy. Chłopstwo oskarża go o "wampiryzm" i o "rzucanie uroku na świnie". Po ostatnim ataku, przypuszczonym na niego przez kilku wieśniaków, ów parobek - ledwo uszedłszy z życiem - porzucił wieś i zaszył się gdzieś w górach. Nazywano go wampirem i odwoływano się do wydarzeń sprzed dwóch stuleci, gdy w pobliskim Reimswaldau przebito osikowym kołkiem zwłoki domniemanego sudeckiego wampira, niejakiego Georga Eichnera.
Niestety, Junk wiedział, że owe zabobony nie ograniczają się tylko do wiosek. Ostatnio rozpleniły się nawet w jego parafii. Pojawiły się bowiem w całym mieście dość liczne przypadki chorób nerwowych, które charakteryzują się - jak owa przypadłość Agnes Wicke - paraliżem, katatonią lub pobudzeniem i agresją. Wściekły miejski plebs wyznania luterańskiego wystąpił wobec zszokowanych duchownych tejże konfesji z ostrym żądaniem, aby zmarłych szaleńców chować za cmentarnym murem jako "opętanych".
Kiedy ewangelicki konsystorz ostro się temu sprzeciwił i wydał zalecenia, by nie ulegać zaczadzonym zabobonem ludziom, ci zorganizowali własne patrole, które blokowały dojście na cmentarz i uniemożliwiały godziwe pochowanie zmarłych uznanych za wampiry.
Wtedy to jeden z najznamienitszych i najbogatszych parafian, ów przedsiębiorca pogrzebowy Heinrich Rexner, wykupił od miasta i zagospodarował teren za cmentarnym murem. Otoczył go płotem i postawił tam prowizoryczną kaplicę. Obaj pastorzy z Altwasseru poświęcili to miejsce jako część oficjalnej nekropolii parafialnej i to tam odprawiano pogrzeby owych nerwowo chorych.
Pospólstwo nieco się uspokoiło, zadowolone, że "normalny cmentarz" nie jest miejscem pochówku "opętanych" i że ci ostatni nie muszą leżeć obok ich bliskich zmarłych.
Kiedy tego poranka pastor Junk rozpamiętywał to wszystko w kancelarii parafialnej, przez jej otwarte okno wleciał wielki szerszeń i zaczął tłuc się o sufit, ściany i o szyby biblioteki. Prymariusz uznał to za złowieszczy znak. Groźny owad w połowie kwietnia to, jak sądził, zjawisko wbrew naturze. Co więcej, pojawił się on akurat w tym momencie, gdy kapłan czytał o domniemanym wampiryzmie Eichnera - fenomenie również ponadnaturalnym.
Drugim prodigium tego dnia było dziwne zachowanie konia zaprzęgniętego do bryczki, którą stary kościelny wiózł pastora na pogrzeb panny Wicke, oczywiście na to nowe cmentarne pole. Uparte zwierzę za nic nie chciało skręcić w stromą uliczkę prowadzącą do nekropolii. Rżało, zgrzytało zębami i tak przeraźliwie stawało dęba, że omal nie urwało dyszla. Na ruchliwej Charlottenbrunner Strasse zrobił się spory zator dorożek, dwóch automobili i niezliczonych furgonów, toteż prymariusz Junk chcąc nie chcąc zostawił zaprzęg kościelnemu i udał się na pogrzeb per pedes, brnąc w błocie i podkasując togę przy przeskokach przez kałuże.
W myślach rozpamiętywał drugie prodigium.
Nie przypuszczał, że nastąpi i trzecie. Na początku wszystko przebiegało w najlepszym porządku, nic nie zakłócało ceremonii - no, może tylko złe spojrzenia obywatelskiego patrolu, stojącego pod cmentarną bramą. Znani Junkowi czterej miejscowi złodzieje i pijacy groźnie patrzyli, czy krewni i znajomi panny Wicke rzeczywiście udadzą się z ciałem zmarłej na cmentarz dla opętanych. Byli gotowi do interwencji, jeśli by tak się nie stało.
Pastor, ubrany w czarny płaszcz, wszedł na teren nowego cmentarnego pola, minął furgon z napisem "Przedsiębiorstwo Pogrzebowe Rexner" i wkroczył do zbitej z desek szopy wielkości średniej stodoły, w której zgromadziło się kilkanaście osób.
Na wieży nieodległego Kościoła Zmartwychwstania Pańskiego dzwony wybiły jedenastą.
Na ten dźwięk Junk podszedł do trumny spoczywającej na zbitym z desek katafalku i zdjął swój czarny aksamitny ośmiograniasty biret o kroju identycznym jak nakrycie głowy Marcina Lutra. Przy tym ruchu jego rękawiczki z białego materiału zalśniły jakby niestosownie w smutnym półmroku wśród spowitych w czerń żałobników.
Zaintonował pieśń Mój Boże, wiem, że umrzeć muszę, a po jej odśpiewaniu wyjął Biblię i rzekł donośnym głosem:
- Łaska i pokój niech się wam rozmnoży przez poznanie Boga i Jezusa, Pana naszego.
- Amen - odrzekli chórem żałobnicy.
Junk włożył okulary. Zapadła cisza, przerywana jedynie głośnym płaczem kobiet i pociąganiem nosami przez mężczyzn, wśród których wyróżniali się ojciec i dwaj bracia zmarłej - wielkie wąsate chłopy w czarnych odświętnych kapotach.
Nieco z boku stał praktykant medyczny Herbert Anwaldt, który leczył nieszczęsną, przedwcześnie zmarłą kobietę. Pastor skinął mu głową, znali się dobrze, kilka razy dyskutowali na tematy filozoficzne. Wiedział, że medyk zdecydował się uczestniczyć w tym pogrzebie nie tylko z życzliwości do panny Wicke. Musiał także dopilnować - jako czynnik urzędowy z ramienia szpitala - by trumna pozostała zamknięta, gdyż tajemnicza choroba mogła okazać się wysoce zaraźliwa.
Nie był to pierwszy pogrzeb, gdy rodzinie pozwolono pożegnać bliskiego jedynie z daleka, i to w dodatku w szpitalnym prosektorium.
Pastor rozejrzał się po zebranych i przeczytał psalm, zaczynający się od słów: "Jako jeleń krzyczy do strumieni wód, tak dusza moja woła do Ciebie, o Boże!"3.
Robił to z aktorskim wyczuciem, a jego potężny głos niósł się daleko poza kaplicę. Wydawało się, że zaktywizował czterech grabarzy, którzy akurat wtedy zeszli kilkanaście metrów niżej, aby upewnić się, czy wykopany poprzedniego dnia grób nie uległ jakimś niewielkim deformacjom. Takie przypadki były możliwe ze względu na podziemne ruchy w pobliskim górniczym szybie transportowym. Za nimi poszli - również w celu zlustrowania grobu - czterej członkowie obywatelskiego patrolu.
Prymariusz Junk rozpoczął i skończył drugie czytanie - tym razem z Ewangelii Janowej - po czym włożył biret i wyszedł wolnym krokiem z kaplicy. Pracownicy zakładu pogrzebowego w długich czarnych płaszczach i w błyszczących cylindrach powrócili już znad grobu, chwycili trumnę i usadowili ją na ramionach.
Ruszyli. Na początku niesiono krzyż z szarfą, na której widniał napis "Jezus żyje", potem kapłan, za nim trumna, dalej żałobnicy, spontanicznie uszeregowani - rodzina na przedzie, sąsiedzi i znajomi z tyłu.
I wtedy to się stało.
Jeden z niosących poślizgnął się na błocie zalegającym prowizoryczną alejkę pomiędzy świeżymi grobami, z których jeden - na samym końcu - już był zaopatrzony w granitowy nagrobek. Usiłował złapać równowagę i jednocześnie starał się za wszelką cenę nie puścić trumny. Jego nogi wykonywały jakby drobne taneczne ewolucje. Uroczysta atmosfera się ulotniła, ktoś nawet parsknął śmiechem. Ale większość żałobników wciąż śpiewała pieśń Gdy schodzić będę z tego świata.
Na ratunek rzucił się brat zmarłej. Ale i on się poślizgnął i zamiast wesprzeć nieszczęśnika, podciął mu nogi.
Drewniana skrzynia opatrzona krzyżem wysunęła się z rąk tragarzy i zaczęła się turlać po pochyłości cmentarnej alejki.
Ludzie zastygli jak głazy. Trumna nabierała szybkości i obracała się, przypominając - zachowawszy wszelkie proporcje - krótki ołówek toczący się po pochyłym blacie uczniowskiego biurka.
Z całą siłą, wzmocnioną przyśpieszeniem, uderzyła o jedyny nagrobek na tym cmentarzu.
I wtedy to się stało.
Gdy gruchnęła o granit, rozległ się huk, potężny trzask.
Gwoździe trzymały mocno i wieko nie odpadło. Pękło wzdłuż. Silne uderzenie wyrwało podłużną deskę, najpewniej już wcześniej uszkodzoną.
Żałobnicy podbiegli i stanęli osłupiali.
To, co leżało wewnątrz, nie było ludzkim ciałem.
Wśród koronek spoczywał napuchnięty, sinoczerwony trup zwierzęcia.
To była zdechła świnia.
1 Parafia rzymskokatolicka Zmartwychwstania Pańskiego w Wałbrzychu, ul. Guglielma Marconiego 2.
2 Szpital Górniczy (Knapschaftslazarett) - późniejszy Szpital Miejski nr 2 im. W. Pstrowskiego, obecnie oddziały Specjalistycznego Szpitala Zespolonego im. A. Sokołowskiego przy ul. Batorego.
3 Ps 42, 2. W Biblii Tysiąclecia: "Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże!".
Wałbrzych 1967
Profesor Walter Poloczek siedział podczas długiej pauzy w pokoju nauczycielskim i poprawiał ostatnie klasówki, które miały sprawdzić opanowanie przez uczniów klasy przedmaturalnej następstwa czasów w języku łacińskim. Niezadowolony z ich postępów w gramatyce nauczyciel parskał, kręcił głową i wykonywał dwa gesty. Najpierw wznosił wysoko - jakby przygotowując się do uderzenia od góry - wieczne pióro czechosłowackiej marki Centropen wypełnione czerwonym atramentem. Następnie szybko je opuszczał na kartkę zeszytu, podkreślał błędy, po czym stawiał ocenę. Temu zwyczajowi hołdował także w czasie lekcji, gdy wpisywał stopnie do dziennika. Uczniowie porównywali szybkie opuszczanie profesorskiej ręki, trzymającej ostrą stalówkę, do zadawania ciosu sztyletem - zwłaszcza że skutkowało czasami czerwonym kleksem w dzienniku lub zeszycie. Poloczek uzyskał przez to przydomek "Sykariusz", który nawiasem mówiąc, bardzo przypadł mu do gustu z powodu szlachetnej łacińskiej etymologii.
Skończył sprawdzać klasówki, zamknął ostatni zeszyt, zapalił papierosa Wawel i wychylił się z okna pokoju nauczycielskiego II Liceum Ogólnokształcącego.
Rzucił okiem na półokrągły budynek po drugiej stronie ulicy. Jego spojrzenie szybko się po nim przesunęło i przywarło do ukrytego wśród kasztanowców czerwonoceglastego gmachu, w którym się mieścił Miejski i Powiatowy Komitet Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Było to dawne gimnazjum ewangelickie, do którego Poloczek uczęszczał przez lat osiem i w którym swój examen maturitatis miał zdać ósmego maja czterdziestego piątego roku - właśnie wtedy, gdy Armia Czerwona zajęła jego miasto.
Pamiętał ten dzień w najdrobniejszych szczegółach. Jego ojciec, inżynier górnictwa, zatrudniony w jednej z kopalń Hochbergów, tego dnia zabronił mu opuszczać mieszkanie.
Nie posłuchał. Punktualny, akuratny i nieskończenie naiwny maturzysta - nie przejmując się hukiem radzieckich czołgów jadących ówczesną Adolf-Hitler-Aue - ubrany odświętnie poszedł do swojej szkoły stojącej przy tejże ulicy, aby zdać egzamin dojrzałości. Zastał ją zamkniętą na cztery spusty. Na schodach siedziało dwóch pijanych czerwonoarmistów. Nikogo więcej tam nie było. Koledzy z klasy i profesorowie mieli więcej rozsądku niż Walter.
Boleśnie się o tym przekonał. Stracił wtedy zarówno nadzieję na zdanie matury, jak i buty, świeżo uszyty garnitur, a nawet skarpetki, które jakiś Kałmuk wciągnął na zagrzybione stopy, odrzuciwszy precz śmierdzące onuce.
Poloczek pogratulował sobie w duchu, że nie udał się do szkoły w mundurze Volkssturmu, który nosili uczniowie ostatnich klas. Wtedy bowiem spotkanie z czerwonoarmistami nie skończyłoby się tylko na utracie garderoby i steku polskich ojcowskich złorzeczeń, jakie wyrzucił z siebie inżynier Helmut Poloczek, gdy syn wrócił z niedoszłej matury boso, w samych gaciach i podkoszulku.
Z tych wspomnień wyrwał profesora dzwonek wzywający na czwartą godzinę lekcyjną. Poloczek zamknął okno. Odwrócił się do szafy z rzędem przegródek, w których spoczywały dzienniki, aby wyjąć właściwy i iść na lekcję.
Nie zrobił tego jednak. Całą uwagę łacinnika przyciągnął dyrektor liceum pan Ryszard Kluzek, który stał przy stosiku z łacińskimi klasówkami. W jego okularach lśniły odblaski słońca bijące od szyb otwartego okna.
Poloczek oczekiwał jakiejś kpiącej uwagi dotyczącej jego bezkrawatowego stylu ubierania się. Pod marynarką zawsze nosił polo z dzianiny. Sądził, że usłyszy również napomnienie za absencję na niedawnym pochodzie pierwszomajowym.
Pomylił się jednak.
Kluzek uśmiechnął się przyjaźnie. Był szczupły, wysoki i ubrany w szary garnitur szyty na miarę. Proweniencję garnituru łacinnik mógł ustalić, bo na brustaszy wyszyto małe literki A.F. W tymże miejscu umieszczał swe inicjały pan Abram Fuchs, znakomity mistrz krawiecki w Spółdzielni Pracy Krawieckiej imienia Ludwika Waryńskiego w Rynku.
- Mam do pana prośbę, panie kolego. To prośba w imieniu czynników urzędowych - zawiesił głos Kluzek. - Przed chwilą do mnie dzwoniono. Wie pan... Z samej góry.
Wskazał palcem na ozdobiony sztukateriami sufit. Wyraz "góra" mógł znaczyć w jego ustach wiele, ale na pewno nie kogoś, komu się odmawia.
- Proszę, aby pan na piątej lekcji poszedł na pewne ważne i nieoficjalne spotkanie, które odbędzie się w Kawiarni Barbórka o dwunastej. Będzie tam pański dobry znajomy brydżowy, kierownik Sagan, oraz pewien zagraniczny gość... - zniżył głos do szeptu - ...ze Szwajcarii.
- Ależ ja na piątej lekcji mam sprawdzian z Cezara, panie dyrektorze... - zaoponował Poloczek. - Ja...
Kluzek zdecydowanym, ale i życzliwym gestem wziął łacinnika pod ramię i odprowadził go w kąt pokoju. Nauczyciele wychodzący na lekcję patrzyli ze zdumieniem na ten dyrektorski menuet.
- Wiem, co chce pan powiedzieć, panie Walterze. -Zwierzchnik szkolny uniósł dłoń we władczym geście oznaczającym: "stop, teraz ja mówię". - Kierownik Sagan dobrze zna niemiecki i nie potrzebuje tłumacza. To właśnie chciał pan powiedzieć, prawda? Pan kolega chciał mi odmówić?
Poloczek skinął głową. Wiedział, że ten matematyk lubi jasne komunikaty i nie zadaje retorycznych pytań.
- Tak, chciałem odmówić.
- No właśnie, wiedziałem. -Zwierzchnik się rozpromienił, jak zawsze, gdy podwładni przyznawali mu rację. - Ale tu nie chodzi o niemczyznę mówioną, panie kolego, lecz pisaną. O gotyk pisany. Wysokie czynniki polityczne zapytały mnie dzisiaj, czy znam kogoś, kto potrafi odszyfrować pewien tekst, który wygląda jak zapis EKG...
Zawiesił głos i wykonał kilka szybkich ruchów palcem - w górę i w dół. Ten gest miał symbolizować skoki wartości na elektrokardiogramie.
Łacinnik rozumiał, czemu Kluzek to wszystko mówi ściszonym tonem.
Dla "czynników politycznych" Walter Poloczek - jako autochton, rodowity Wałbrzyszanin i do tego absolwent niemieckiego gimnazjum - był personą nader podejrzaną. Owszem, mówił po polsku bez śladu jakiegokolwiek akcentu, bo języka tego używał od dziecka w domu rodzinnym na Nowym Mieście; owszem, zdał z odznaczeniem polską maturę i w połowie lat pięćdziesiątych ukończył filologię klasyczną na Uniwersytecie Wrocławskim; to wszystko była prawda, ale czynniki polityczne skrupulatnie odnotowywały różne drobne fakty z jego życia i incydenty z jego udziałem.
Po pierwsze, rodzina Poloczków pochodząca ze wsi Kamienica pod Paczkowem nie miała wśród swych przedstawicieli żadnego powstańca śląskiego, żadnego członka polskich organizacji, co sprawiło, że władze oświatowe z wrocławskiego kuratorium długo się wahały, czy udzielić zgody na zatrudnienie Waltera na prestiżowej posadzie profesora w liceum. Po drugie, jego ojciec, inżynier w powojennej polskiej kopalni Chrobry, konsekwentnie odmawiał zmiany imienia Helmut na Henryk. Nie miał przy tym tak wygodnego pretekstu jak jego syn, który zamknął usta natarczywym heroldom oficjalnego nazewnictwa, powoławszy się na pseudonim generała Karola "Waltera" Świerczewskiego.
Po trzecie w końcu, łacinnik nigdy nie chodził na pochody pierwszomajowe i nie był członkiem partii. Wręcz przeciwnie - działał aktywnie w mocno krytycznym wobec władz środowisku intelektualistów skupionych wokół legendarnego proboszcza od Aniołów Stróżów, księdza doktora Adolfa Iwańciowa, byłego więźnia sowieckich łagrów, mającego dobre kontakty z różnymi osobistościami źle postrzeganymi przez władzę polityczną. Jej przedstawiciele dobrze pamiętali, jak na jednym ze spotkań u księdza Iwańciowa profesor Poloczek tłumaczył na język polski wystąpienie mieszkającego na stałe w Berlinie Zachodnim wałbrzyskiego Niemca, który nie wiadomo jakim cudem otrzymał zgodę na przyjazd do swego rodzinnego miasta. Przybysz ów wygłosił referat pełen żarliwej wiary w pojednanie polsko-niemieckie. Mimo koncyliacyjnego tonu używanie przez gościa niemieckiego toponimu "Waldenburg", o czym doniósł zainstalowany w tym gronie tajny agent, spowodowało furię redaktorów "Trybuny Wałbrzyskiej" i nie przeszkodziło im owego gościa natychmiast nazwać "Krzyżakiem", "rewanżystą" i członkiem "faszystowskich ziomkostw spod znaku Herberta Czai". Ksiądz Iwańciów oraz sam tłumacz mieli przez to sporo kłopotów.
- No, panie kolego! - Dyrektor się uśmiechnął. - Niech się pan nie da prosić! Cezarem się zajmie kolega Stec, już go poprosiłem o zastępstwo, a pan w tym czasie wypije sobie kawę, zje basię i odszyfruje to dziwne pismo.
Dyrektor rozejrzał się dokoła i w zakłopotaniu poprawił krawat, jak zawsze gdy się wahał przed zabraniem głosu na radach pedagogicznych.
- Wie pan, ten Szwajcar chce coś naszemu miastu ofiarować - szepnął w końcu. - Jakiś prawdziwy skarb. Do tego dołącza list czy zeszyt zapisany tym dziwnym pismem, gdzie jest wyjaśnione pochodzenie skarbu. Pan to przetłumaczy, bo władze są podejrzliwe. Obawiają się, czy ten prezent nie okaże się koniem trojańskim...
- Timeo Danaos et dona ferentes1, prawda?
- Trochę tak to wygląda. - Dyrektor, który miał za sobą solidną formację klasyczną i czytał w młodości Eneidę w oryginale, skinął głową.
Obrzucił Poloczka krytycznym spojrzeniem. Zatrzymał wzrok na kołnierzyku jego koszuli.
- Pożyczyłbym panu krawat, panie kolego, na to spotkanie - rzekł z lekkim uśmieszkiem. - Ale kołnierzyk pański jest zbyt miękki i będzie się wyginał nad krawatem. Niech już lepiej tak zostanie. - Spojrzał na niego uważnie. - Dziękuję, że się pan zgodził.
* * *
Trzy kwadranse później Walter Poloczek opuścił gmach liceum i wspiął się na schody przy swoim dawnym gimnazjum prowadzące na Plac Obrońców Stalingradu. Minął ratusz i obszedł zadbaną i gęsto ukwieconą fontannę, z której tryskały trzy małe pióropusze wody. Zatrzymał się na przejściu dla pieszych, tuż obok jakiejś ławki.
Dwie kobiety w ortalionowych płaszczach i w chustkach na głowach, sądząc, że chce się do nich dosiąść, spojrzały na niego niechętnie. Bliskość sklepu i stołówki dla milicjantów2 oraz wyraz twarzy tych pań pchnęły jego myśli znów na tory wspomnień.
O, tak, on znał taki podejrzliwy wzrok jak u tych kumoszek! Podobnie patrzyli na niego funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, gdy go wzywali na rozmowę. Sugerowali wtedy, że jeśli nie będzie chciał z nimi współpracować, to dokwaterują mu kolejnych lokatorów do studwudziestometrowego mieszkania w pięknej dzielnicy Nowe Miasto. Kiedy jeszcze żył jego ojciec, władze pozwalały rodzinie Poloczków zajmować samodzielnie to wielkie lokum przy Placu Wery Kostrzewy tuż koło I Liceum Ogólnokształcącego.
Decyzja władz, by zostawić w spokoju rodzinę Helmuta Poloczka, miała wymiar praktyczny, nie była podjęta z dobroci serca. Wobec rozpaczliwego braku w mieście kadry technicznej inżynierowie i sztygarzy niemieccy - a do Niemców bezmyślnie zaliczono wszystkich autochtonów, także Poloczków - byli doceniani, a nawet hołubieni i nie mieli kłopotów lokalowych.
Po śmierci rodziców sytuacja się zmieniła. Kawalerowi Poloczkowi przyznano w użytkowanie dwa pokoje, a dwa pozostałe przypadły w udziale licznej rodzinie maszynisty wypycharki koksu, pochodzącego gdzieś spod Drohobycza.
Profesor otrząsnął się ze wspomnień, przeskoczył przez ulicę Belojanisa i po chwili znalazł się w mniejszej sali Kawiarni Barbórka, należącej do Górniczych Zakładów Gastronomicznych. W rogu pomieszczenia było stanowisko kasjerki, a z boku stał kontuar, na którym piętrzyły się różne łakocie - stosiki ciastek basia, znanych w całej Polsce raczej jako wuzetki, i małe szczyty bitej śmietany obsypanej rodzynkami i kakaowym pyłem. Był pewny, że zaraz owym kremem sułtańskim zniweluje gorycz reminiscencji, które go dziś nieoczekiwanie opadły.
Wszedł do głównej sali kawiarni. Pod półokrągłym kolebkowym sklepieniem były zajęte tylko dwa stoliki. Przy jednym z nich trzy młode kobiety ze spiętrzonymi i utrwalonymi lakierem fryzurami zanurzały w kremie sułtańskim długie łyżeczki.
Umilkły i spojrzały na niego z zaciekawieniem. Wiedział, że choć jest już czterdziestodwulatkiem, to podoba się kobietom nawet dużo młodszym od siebie. Na swój celownik brały go liczne swatki, ale zręcznie usuwał się z pola obstrzału. Wciąż zabliźniała mu się rana w sercu po dwuletnim romansie - tyleż ognistym, co bolesnym - który skończył się wraz z wyjazdem jego ukochanej na stałe do Francji.
Kobiety wróciły do swojej rozmowy, która przypominała ptasi szczebiot, mocno kontrastujący z niemczyzną dwóch mężczyzn siedzących przy stoliku pod dwoma kilofami skrzyżowanymi na wielkiej drewnianej misie przytwierdzonej do ściany. Na widok Poloczka podnieśli się z miejsc.
Kierownik wałbrzyskiego muzeum Eufrozyn Sagan przedstawił obu panów po niemiecku, tytułując jednego z nich "doktorem praw", a drugiego - "profesorem". Usiedli i przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu, czekając na kelnerkę.
Nie doczekawszy się obsługi, kierownik Sagan zaczął dookreślać status potężnego mężczyzny o wodnistych niebieskich oczach i o gęstych siwych włosach, starannie uczesanych z przedziałkiem na boku.
- Doktor Friedrich Schneebli - mówił, przesadnie wibrując głoską "r" - przyjechał do nas ze szwajcarskiego kantonu Zug. Jest adwokatem i pełnomocnikiem pewnego Wałbrzyszanina, który żył w naszym mieście przed wojną. On w swym testamencie przekazuje naszemu miastu dar, a pan doktor Schneebli jest wykonawcą jego ostatniej woli.
Kelnerka, postawna kobieta w śląskim stroju ludowym, podeszła do nich, by przyjąć zamówienie. W odróżnieniu od czarnych wytapirowanych i polakierowanych kul trzech dziewczyn fryzura kelnerki była krótko przystrzyżona a la brytyjska modelka Twiggy. Sagan zamówił dla każdego po kawie, po lampce koniaku i po jednej basi. Poloczek skorygował zamówienie i zamiast ciastka poprosił o krem sułtański.
- Dar bardzo cenny, do tego stopnia cenny - kierownik muzeum wrócił do przerwanego wątku - że osobiście zamknąłem go w sejfie, nic nie mówiąc podwładnym. Nie chciałem przyciągać ich uwagi i wywoływać plotek, zapraszając do swojego gabinetu jednocześnie i pana doktora Schneebliego, i ciebie, mój drogi Walterze. Dlatego wybrałem neutralny grunt.
Szwajcar z aprobatą kiwał głową, słuchając wyszukanego słownictwa Sagana. Mięśnie jego gładko ogolonych policzków, wydatny nos i wargi również lekko się poruszały, jakby z jakiegoś wewnętrznego napięcia.
"Sagan zrobił słusznie - pomyślał Poloczek. - Ten adwokat wygląda jak książę pan i jego pojawienie się w muzeum natychmiast wywołałoby falę plotek i domysłów. Ludzie zaczęliby go identyfikować z dawnymi władcami Zamku Książ i dopiero by się zaczęły fantastyczne spekulacje!"
Rzeczywiście, pan Schneebli w granatowym prążkowanym garniturze, błękitnej koszuli non-iron i różowym jedwabnym krawacie wyglądał jak postać z innego świata. To przekonanie Poloczka potwierdzały młode kobiety w sali, których wzrok wciąż przyciągał złoty blask spinek i sygnetu, dzieł szwajcarskich złotników.
Sagan i Poloczek wyglądali przy gościu jak ubodzy krewni. Kierownik muzeum miał na sobie podniszczony garnitur nieokreślonego burego koloru i niedbale zawiązany pod szyją krawat z brązowej dzianiny.
Poloczek spojrzał krytycznie na swoje ubranie kupione przed kilkoma laty w wałbrzyskim "pedecie", i po raz pierwszy pomyślał, że czasami powinien chyba wziąć na serio garderobiane przytyki swojego eleganckiego szefa.
- Co to jest konkretnie za dar, o tym wiedzą tylko władze polityczne, pan dyrektor Sagan, a za chwilę i pan - odezwał się Szwajcar po raz pierwszy i wskazał dłonią na Poloczka.
Mówił dźwięcznie, z melodyjnym akcentem, przywołującym na myśl francuską wymowę niemczyzny.
- To są wspaniałe porcelanowe szachy. - Sagan wszedł mu w słowo. - Figury wysokie na piętnaście centymetrów. Byłyby ozdobą naszej kolekcji porcelany. Warte tyle co sportowy samochód...
- Na przykład moje Porsche 911 E, tak dla ścisłości. - Doktor Schneebli się uśmiechnął. - Na aukcjach na widok takich porcelanowych szachów kolekcjonerzy dostaliby małpiego rozumu. Mój klient chciałby swojemu rodzinnemu miastu ofiarować ten wspaniały wyrób znanej wałbrzyskiej fabryki. Wytworzono go kiedyś na czyjeś specjalne zamówienie.
Umilkł i odkroił widelczykiem duży kawał brązowo-białego ciastka. Sagan zdjął okulary i zaczął je przecierać. Zastanawiał się nad doborem słów. Choć kierownik muzeum miał lat pięćdziesiąt trzy, wyglądał na dziesięć lat mniej ze swoją gładką twarzą i gęstą, lekko szpakowatą fryzurą zaczesaną wysoko nad czołem. Prawdziwy wiek było widać właśnie wtedy, gdy zdejmował okulary i zastanawiał się głęboko - przy brydżu nad wistem, a teraz nad dalszym wywodem.
- W tym zeszycie znajduje się uzasadnienie dobroczynnego gestu klienta naszej kancelarii Stötzel & Schneebli. - Przyszedł z pomocą Saganowi Szwajcar. - Pan dyrektor i władze chcieliby je poznać, ale nikt nie umie odczytać pisma sütterlinowskiego. U nas wciąż się naucza tej kaligrafii, ja oczywiście umiem tym pismem pisać i je odczytywać, ale dla polskich władz jako tłumacz jestem niewiarygodny, bo mogę specjalnie tak tłumaczyć, by mieć z tego jakąś korzyść. Władze potrzebują swojego zaufanego tłumacza. Stąd pańska obecność, panie profesorze.
Położył przed Poloczkiem gruby szkolny zeszyt w twardej czarnej okładce. Biała metryczka, naklejona na pierwszej stronie okładki, była pozbawiona zrozumiałych napisów. Pod hasłami "przedmiot", "klasa" i "nazwisko" znajdowały się jakieś astrologiczne symbole, podobne do tych, które Poloczek widział niegdyś w pewnym okultystycznym traktacie w Dziale Starych Druków Biblioteki Ossolineum.
- Tak, panie doktorze, istotnie znam tę kaligrafię - odparł. - Bardzo piękne jest to pismo. Niektórzy mi mówili, że hitlerowskie.
Nie zważając na zdumioną minę adwokata, wysunął szufladkę w kartonowym pudełku z Wawelami i podsunął papierosy swoim rozmówcom. Szwajcar uprzejmie podziękował, Sagan nie odmówił i pstryknął benzynową zapalniczką.
Nauczyciel się zaciągnął, a potem spowity tytoniowym dymem, otworzył zeszyt.
Znów wróciły wspomnienia. Na marginesie widniał zapisany wielkimi cyframi rok tysiąc dziewięćset trzydziesty siódmy, kiedy to w wieku lat dziesięciu Poloczek przekroczył próg wałbrzyskiego gimnazjum.
Przeczytał pierwsze zdanie. A potem całą stronę.
Raz i drugi.
Spojrzał na Eufrozyna Sagana i poczekał, aż kelnerka ustawi przed nimi kieliszki wypełnione bułgarskim koniakiem.
- Słuchaj, Fronek, to chyba jakieś fantazje, jakieś wizje chorego umysłu... - powiedział do muzealnika po polsku. Opamiętał się i z powrotem przeszedł na niemiecki. - Posłuchajcie, moi panowie - rzekł drżącym głosem. - Tylko posłuchajcie. - Odetchnął głęboko. - "Ja, niżej podpisany, relacjonuję tutaj przerażające wydarzenia w Waldenburgu Anno Domini tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego, dokładnie lat temu dziesięć, których byłem świadkiem i niejako inicjatorem. A wszystko zaczęło się od tego, gdy na pewnym pogrzebie wiosną tegoż roku z przypadkowo otwartej trumny zamiast ciała ludzkiego wypadł trup świni. Czerwony, spuchnięty zezwłok zwierzęcia chorego na różycę".
1 "Boję się Greków, nawet gdy przynoszą dary" (łac.). Reakcja Trojanina Laokoona na prezent Greków, jakim był wielki drewniany koń.
2 Obecnie Restauracja Pasaż.
Świnie i ludzie
Motocykl NSU 251R nie należał do ulubionych pojazdów Herberta Anwaldta - zwłaszcza w deszczowe dni, takie jak ta sobota. Polecenie służbowe, aby jechał do Reimswaldau, wydane mu przez Alexandra Ruhwedla, nowego ordynatora Oddziału Chorób Płciowych i Zakaźnych Szpitala Górniczego, uznał za szykanę. Usiłował się bronić, argumentując, że Hans Straubus - nowy portier, woźnica i konserwator szpitalny w jednej osobie - ma tego dnia wolne, a on sam nie umie powozić szpitalną bryczką.
Wtedy Ruhwedel wydął pyzate policzki, mruknął coś - wręcz warknął - i odwrócił się na pięcie, a poły jego rozpiętego fartucha aż załopotały. Nie dopuścił tym samym do dalszych protestów Anwaldta. Ten się jednak nie poddał. Spróbował użyć jeszcze innego argumentu.
- Panie doktorze, zbyt duży deszcz na przejażdżki rowerowe! Poza tym Agnes Wicke wymaga stałej opieki. Ostatnio jej stan się pogorszył, a ona, jak pan wie, najlepiej znosi moje towarzystwo.
Ruhwedel się zatrzymał, odwrócił do Anwaldta i wydął swój potężny brzuch, wpychając kciuki do kieszeni kamizelki.
- Przecież mamy nowy motocykl, panie praktykancie medyczny - wysapał. - Już pan nim jeździł raz czy dwa. W magazynie jest odpowiedni strój! To wszystko. Ani słowa więcej. Nie rozumie pan, że nie uratujemy takich chorych jak panna Wicke, jeśli nie sprawdzimy, co dolega ludziom z okolicznych wiosek? Musi pan opisać wszystkie dostrzeżone symptomy, a ja je przedstawię telefonicznie profesorowi, rozumie pan? Od kilku już dni sołtys czeka na pana! Diagnoza choroby jest najważniejsza, bo ta psychiczna zaraza już się rozlewa po Wałbrzychu i powoduje nawet rozruchy. Wykonać!
Ten ostatni prosty, żołnierski komunikat zaowocował u Anwaldta nagłym otrzeźwieniem. W jednej chwili zrozumiał, że wymigiwanie się od obowiązków było doprawdy małoduszne. To, czego żądał od niego Ruhwedel, może i zawierało w sobie jakieś złośliwe intencje, ale z drugiej strony - w jego trudnej sytuacji niosło niewątpliwą wartość terapeutyczną. Poza tym powołanie się na pannę Wicke, która cierpiała na ich oddziale, rozstrzygało sprawę. Choć Anwaldt starał się zachować zawodowy spokój, to współczuł chorej dziewczynie z całego serca.
"Każdy obowiązek, nawet najprzykrzejszy - analizował cicho - odrywa moje myśli od bólu po utracie Friedy1. Wszystko jest lepsze, nawet jeżdżenie po zabitych dechami wiochach, niż to podszyte rozpaczą zobojętnienie, jakie mnie ostatnio dopadło".
- Działanie jest wszystkim, rozpacz niczym - wyszeptał jakąś nie wiadomo skąd znaną sobie sentencję i poszedł do ulokowanego w piwnicy magazynu lekarskich i pielęgniarskich fartuchów. Tam od niedawna przechowywano także strój motocyklowy.
Został kupiony specjalnie dla etatowego użytkownika motocykla, czyli dla woźnego Hansa Straubusa, cięższego od Anwaldta o ponad pół cetnara. Herbert topił się zatem w ogromnej skórzanej kurtce i w bryczesach z tegoż materiału. Na szczęście rozmiary głowy i dłoni woźnego nie odbiegały znacząco od rozmiarów tychże Anwaldtowych członków, toteż czapka pilotka, okulary motocyklowe oraz rękawice pasowały jak ulał. Cieszył się, że do Reimswaldau nie jest daleko - zaledwie dwanaście kilometrów - i jego strój nie zdąży nasiąknąć wodą na tyle, by stać się przykrym, nieznośnym ciężarem.
Poszedł do garażu niedaleko kostnicy i wyprowadził lekki motocykl. Po kilku próbach uruchomił silnik, pilnie zważając, by dźwigienka zapłonu na kierownicy była ustawiona na pozycji "opóźnić" - w przeciwnym razie rozrusznik mógłby odskoczyć i boleśnie uderzyć go w stopę.
Przekręcił kluczyk i usłyszał wolny, basowy dźwięk silnika oraz lekkie cykanie mechanizmu rozrządu. Z Barbarastrasse zjechał na Vierhäuserplatz. Tam z powodu dużego ruchu musiał odczekać kilkanaście sekund, nim skręcił w lewo.
W tym miejscu konieczna była szczególna ostrożność. Owo komunikacyjne serce Wałbrzycha wypełniło się teraz furmankami i wozami dostawczymi, a deszcz zalewał szyby automobili. Motocyklista musiał zatem stawić czoła wodzie gromadzącej się na szkłach gogli i problemom technicznym - uruchomienie bowiem pojazdu, gdy ten już się zatrzymał, wymagało sprawnej koordynacji ruchów.
Mimo tych zagrożeń udało mu się włączyć w strumień pojazdów. Pojechał główną Auenstrasse tuż za jakimś furgonem, który się ślamazarzył za tramwajem linii numer 4.
Kilka razy usiłował wyprzedzić te pojazdy, ale ruch z przeciwnej strony, od Dittersbachu, był niemniej gęsty, a motocyklista nie chciał ryzykować, że pojazd mu zgaśnie, gdy wyprzedzając, wrzuci w nerwach nie ten bieg, co trzeba.
W końcu wykonał pożądany manewr na samej rogatce miasta, gdzie wałbrzyska Töpferstrasse zamienia się w dittersbachską Hauptstrasse.
Niestety, wkrótce natrafił na kolejną przeszkodę - w Dittersbachu z przejścia pomiędzy Hotelem Giehmanna2 a urzędem pocztowym3 wyległa na ulicę grupa mężczyzn z czerwonymi sztandarami i z egzemplarzami "Rote Fahne", które rozdawał im jakiś wyrostek o wybitnie semickich rysach.
Anwaldt musiał się przed nimi zatrzymać i stał tak przez chwilę, znosząc spojrzenia wywrotowców, które w strumykach wody płynących przez gogle zdały mu się jakby mniej zaczepne niż zwykle.
Kiedy komuniści przeszli, usiłował zapalić motocykl. Nie udało mu się - raz i drugi. Nawet nie wiedział kiedy, ale za jego plecami znalazło się potężne żelazne cielsko tramwaju. Jeszcze raz kopnął w rozrusznik. Z nerwów źle ustawił dźwigienkę zapłonu i dźwignia odskoczyła, boleśnie uderzając go w piętę. Tramwaj zaczął dzwonić, a deszcz stał się intensywniejszy.
Zdenerwowany motocyklista wepchnął pojazd na chodnik pod budynek poczty.
Całe napięcie opadło z Anwaldta, gdy zastosował pewną skuteczną metodę na opanowanie nerwów, i po chwili przestał mu przeszkadzać nasiąkający wodą skórzany rynsztunek i niepokorny, kapryśny pojazd, który był posłuszny swoim mechanicznym prawom, nie zaś nastrojom użytkownika.
Już dawno zauważył, iż zdolność skupiania się na szczegółach i nieustanne poszukiwanie w nich jakiejś sprzeczności - tak irytujące niegdyś Friedę - potrafi go skutecznie uspokoić. Wystarczyło, że w trudnej chwili natrafił wzrokiem na jakąś zagadkę i zaczął ją prawie instynktownie rozwiązywać. Wtedy niepokój ustępował.
Spokój ducha, jaki akurat teraz go ogarnął, zawdzięczał żebrakowi siedzącemu na schodku pod drzwiami urzędu pocztowego. Mężczyzna w dziurawym paltocie i w butach o częściowo oderwanych podeszwach nie zważał ani na połajanki woźnego, który go chciał stamtąd usunąć, ani na deszcz, przed którym kiepsko chronił balkon nad wejściem do budynku z czerwonej cegły. Bezdomny z całkowitym spokojem potrząsał przed nosem woźnego puszką wypełnioną drobniakami. Było to blaszane opakowanie po amerykańskich cygaretkach Wellerettes.
I w tym właśnie pojemniku Anwaldt dostrzegł zagadkę. Pytanie, które się zrodziło w jego umyśle, nie brzmiało bynajmniej: "Skąd w rękach wałbrzyskiego żebraka puszka po amerykańskich cygaretkach?". Medyka zainteresował rysunek przedstawiający główki dwójki dzieci, jasnowłosych aniołków, które uśmiechały się z opakowania.
Anwaldt nie mógł zrozumieć zamysłu jej projektanta - przecież pacholęta, blondyneczki i rozkoszne putta nie palą tytoniu!
Gdy wymierzył kolejne - tym razem skuteczne - kopnięcie rozrusznikowi, myśl ta zaraz się ulotniła.
Całą jego uwagę przyciągał teraz motocykl, którego silnik wydał niski pomruk i zaczął równomiernie pracować. Z nieba siąpiła lekka mżawka, w jaką zamienił się deszcz, jeszcze przed chwilą rzęsisty.
Anwaldt dosiadł mechanicznego rumaka i odjechał. Smukły i niewielki pojazd ruszył raźno, jakby wyczuł radość swego jeźdźca, który sądził, że teraz ma przed sobą prostą drogę bez większych przeszkód.
Jego przypuszczenia okazały się słuszne. Dotarł do Reimswaldau po dwudziestu minutach ostrożnej, wolnej jazdy - omijał kałuże, krowie placki i koleiny błota, rozjeżdżone ciężarówkami transportującymi urobek z pobliskich kamieniołomów.
Cel podróży Herberta, spora wieś - pięknie położona wśród łagodnych pagórków, w jakie układały się tutaj Góry Wałbrzyskie - tego dnia nie miała w oczach zziębniętego przybysza nawet krztyny zwykłego uroku.
Poprzez gałęzie pozbawione liści widział plamy brudnego śniegu zsuwające się po stromym, dotykającym prawie ziemi dachu kościoła. Kojarzyły mu się one z łupieżem, a domostwa o wilgotnych białoszarych ścianach i o ceglanych osmolonych czerwonych kominach - w jego imaginacji psychiatry i dermatologa - przybierały postać białych czopów ropnych, napuchniętych wokół czerwonych grudek. Dymy spełzały z zaskakująco płaskich dachów i biły w nozdrza smrodem tego, czym palono w piecach - szmat, ziemniaczanych obierek, a nawet wysuszonego krowiego nawozu.
Anwaldt minął wielką gospodę4 o dwupiętrowym poddaszu, pod którą stało kilku ludzi o purpurowych z zimna twarzach, i zaparkował motocykl pod murowano-drewnianą siedzibą sołtysa, której okazałość przypominała o dawno minionych czasach, gdy sołtysi sprawowali ogromną władzę - również sądowniczą - nad swymi współobywatelami, a ich domy nazywano wiejskimi dworami.
W sieni powitała go pobożnym pozdrowieniem kobieta w średnim wieku, ubrana w czystą białą zapaskę. Nie czekając na odpowiedź przybysza, odwróciła się i poszła w kierunku drzwi prowadzących do kuchni krokiem tak żwawym, że aż podskakiwał cienki mysi ogonek jej siwego warkocza. Przekroczyła próg i zostawiła drzwi otwarte, co Anwaldt uznał za zaproszenie.
Ciemne, niskie pomieszczenie rozświetlały dwa marne źródła światła - lampa naftowa zwisająca ze stropowej belki i poblask ognia z pieca, na którym stał sagan. Anwaldt dostrzegł w nim bąble wrzątku na powierzchni gotującej się wody oraz wyczuł przyjemną woń skwarków, trzeszczących na tłuszczu na wielkiej osmalonej patelni.
W pomieszczeniu nie było nikogo oprócz kobiety, która teraz odwróciła się do przybysza. Jej oczy zamieniły się w szparki, a zmarszczki na jej czole najpierw się mocno werżnęły w skórę, a potem rozprostowały. Ten grymas miał być zapewne uśmiechem.
- Anna Lahm. - Jej głos był piskliwy i trącił jakąś zaczepną nutą. - Mąż pojechał na jarmark do Friedlandu, ale jużci ja wiem dobrze, co mam panu pokazać względem tych chorych. Napij się pan kawy, a ja wszystko opowiem.
Anwaldt kiwnął głową. Przypuszczał, że wyznaczenie friedlandzkiego jarmarku na sobotę - wymierzone zapewne przeciwko Żydom obchodzącym w ten dzień szabat - było novum ostatnich lat, gdy bieda nękająca drobnych handlarzy zaostrzała walkę ekonomiczną i kazała szukać wrogów.
Kobieta zdjęła z pieca dzbanek z jakimś parującym napojem. Nalała go do kubka, który Herbert otoczył dłońmi, rozkoszując się ciepłem płynu. To była jedyna zaleta tej kawy zbożowej - jak się zaraz przekonał, pociągnąwszy spory łyk - o której wiedział, że ją tu nazywają "Muckenfuck", co znaczyło "zgniłe próchno". Musiał przyznać w duchu, że to nader trafne określenie.
- Niech pan idzie do obejścia felczera Schmiega, tak kazali powiedzieć mój ślubny. - Pani Lahm zignorowała łakome spojrzenia głodnego przybysza wysyłane w stronę patelni. - To trzeci dom na prawo za gospodą. Tam przywożą i tych mniej, i tych bardziej chorych... Abo zresztą jakich chorych! To opętani, panie! Niech zdychają i pod mur cmentarny! Nie wiem, po co mój mąż wzywał konowała. Żeby opętanych leczyć?
Zmrużyła oczy, a jej oblicze rozciągnęło się w szczerbatym uśmiechu. Najwyraźniej jej komentarz do miejscowej sytuacji zdrowotnej już się wyczerpał.
- No, to tyli, panie dochtór, bo ja do kur i do gęsi muszę. Chlać stworzeniom Bożym dać trzeba. A pierdziawka to niech tamój stoi, bo koło Schmiega to łachudry się jakoweś kręcą i mogą ją popsować, rozkręcić coś dla hecy. A ja tu oko na nią mam.
Anwaldt, dotknięty nieco określeniem motocykla oraz siebie samego, dopił kawę, obrzucił skwarki ostatnim tęsknym spojrzeniem i pożegnał panią Lahm.
Nie zlekceważył wskazówki żony sołtysa i do felczera Schmiega udał się na piechotę. Nie spodziewał się ciepłego przyjęcia przez człowieka, dla którego był przecież konkurencją.
Pomylił się jednak. Przyjęto go z całkowitą obojętnością. Mimo iż bez ogródek jakiemuś parobkowi w obejściu Schmiega oznajmił, że jest medykiem i że przyszedł tutaj obejrzeć chorych, klocowaty olbrzym z wąsami pociągniętymi szwarcem i brylantyną nie okazał mu niechęci.
Przedstawiwszy się jako Fritz, mruknął coś ze zrozumieniem i zaprowadził Anwaldta do chlewu, do "uzdrawieciela" - jak się wyraził. Sam felczer Philipp Schmieg, który w tym osobliwym miejscu właśnie prowadził swoją praktykę, skwitował nadejście przybysza nijakim uśmieszkiem i lekkim tylko skinieniem głowy.
Uzdrowiciel nie przerwał przy tym swoich krzyków, których ton przypominał modlitewne inkantacje.
Anwaldt rozróżnił łacińskie słowa, wzięte z Biblii.
Już wiedział. Oto był świadkiem egzorcyzmów.
Dalsza część w wersji pełnej
1 O romansie doktor Friedy Bernhaus i Herberta Anwaldta zob. M. Krajewski, Droga krwi.
2 Obecnie budynek przy ul. Niepodległości 215.
3 Obecnie Urząd Pocztowy nr 5 w Wałbrzychu-Podgórzu przy ul. Niepodległości 217.
4 Obecnie Dom Seniora Jantar, w czasach PRL-u znana restauracja Darz Bór.