Rozdział drugi
Maj był ulubionym miesiącem Leokadii Guzik. Przez cały rok kobieta czekała z utęsknieniem na tę najzieleńszą porę roku, aż drzewa obsypią się bladoróżowym kwieciem, a z kępy bzów obrastających omszałą studnię na podwórku poniesie się oszałamiający zapach. Czekała na cieplejsze wieczory, podczas których mogła posiedzieć na ławce przed niedużym domkiem i popatrzeć w ciemniejące niebo, nucąc pod nosem litanię do Najświętszej Panienki albo Po górach, dolinach.
Guzikowa uwielbiała śpiewać. Uwielbiała każdy przejaw sztuki, dlatego tak chętnie zaangażowała się w działalność amatorskiego teatru w Lipówce, który zimą wystawiał na plebanii Calineczkę. Uważała się przy tym za osobę utalentowaną i nie oszczędzała gardła podczas popisów wokalnych. To był kolejny powód, dla którego tak lubiła maj. Z kościołów i spod kapliczek przydrożnych dobiegały słowa maryjnych pieśni, a ona krążyła z miejsca w miejsce, by dzielić się z ludźmi (i Matką Boską) swoim dźwięcznym głosem.
Także do domku na wzgórzu Leośka wtargnęła ze śpiewem na ustach. Było sobotnie popołudnie, więc spodziewała się, że zostanie przywitana zapachem domowego ciasta i kubkiem kawy zbożowej. Zamiast tego natknęła się na Zojkę, która siedziała z grobową miną za kuchennym stołem i sklejała roztrzaskany kubek.
Guzikowa urwała Serdeczna Matko w pół słowa i podrapała się nerwowo po brodzie.
- Eee, nie ma babki? - zapytała niepewnie, bo Zojka nie zwracała na nią najmniejszej uwagi.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i pociągnęła nosem. A potem wycisnęła z tubki strużkę kleju i docisnęła kolejny kawałek porcelany. Guzikowa zbliżyła się do stołu i spojrzała na nią z góry. Przez chwilę dumała, jak skomentować nietypowe zajęcie młodej dziennikarki. W końcu doznała olśnienia.
- Rozbiło się? - zagadnęła przyjaźnie.
To, czym obrzuciła ją Zojka, z powodzeniem mogło pretendować do tytułu morderczego spojrzenia roku. Stropiona Guzikowa cofnęła się o kilka kroków i ciężko opadła na krzesło. Poważnie zastanawiała się, czy nie wziąć nóg za pas, bo w towarzystwie najeżonej Zojki czuła się co najmniej dziwnie. Na szczęście do kuchni weszła Zofia. Starsza pani popatrzyła na wnuczkę karcąco, pokręciła głową, a następnie skinęła nią przyjaźnie Guzikowej.
- I tak od rana! - Westchnęła, wskazując na młodą dziennikarkę.
- Babuniu... - burknęła ostrzegawczo dziewczyna.
- No, co babuniu, co babuniu! - prychnęła Zofia. - Na pole idź, świeżego powietrza zaczerpnij, a nie siedź w domu jak przykurcz jakiś! Jeszcze trochę i pomyślę, żeś się od tych oparów uzależniła!
- Dziękuję, tu mi dobrze! - Zojka potrząsnęła głową i sięgnęła po kolejny kawałek porcelany. Przez moment obracała go w palcach, szukając wzrokiem miejsca, w którym mogłaby go umieścić. Babunia spojrzała na Guzikową znacząco i westchnęła. Potem sięgnęła po czajnik i podeszła z nim do wiaderka stojącego w kącie. Chociaż do domku na wzgórzu przed laty doprowadzono wodę ze stojącej na podwórku studni, staruszka niechętnie kręciła kurkami. Doceniała wygodę hydrauliki, gdy zażywała kąpieli lub zmywała po obiedzie, ale o piciu wody z rur słyszeć nie chciała. Zalatuje kocimi sikami, twierdziła. Co innego z woda z wiaderka, lodowata aż zęby drętwiały, w dodatku z mineralnym posmakiem.
Babunia zakrzątnęła się przy parzeniu popołudniowej kawy, a Zojka z rozpaczą próbowała dopasować kolejny kawałek porcelany do roztrzaskanego naczynia. Guzikowa obserwowała je w milczeniu. Gdy starsza pani postawiła na stole kubki z gorącymi napojami, wnuczka posłała jej rozżalone spojrzenie. Zofia zacisnęła zęby.
- Bóg mi świadkiem, płakałyśmy po trzynogim kocie, szczeniaku ukradzionym zza płotu i łysiejącej wiewiórce. - Wyliczała na sękatych palcach. - I jestem w stanie to zrozumieć. Ale żałoba po rozbitym kubku to już naprawdę przesada!
- Łatwo ci mówić, bo to nie twój kubek, babuniu! - obruszyła się Zojka. - Stoczyłam o niego walkę życia! Był moim wojennym łupem! I utraciłam go przez kawałek sera porzucony na ganku przez niewdzięcznego kota!
- I jeszcze na kota zrzuca! - Zofia przewróciła oczami. - Mówiłam ci, że z tych fikuśnych przekąsek nic dobrego nie wyjdzie! Trzeba było bigosu nagotować! Bigosu kot by nie zeżarł! Poza tym spójrz na to z innej strony. Ty straciłaś tylko kubek, a redaktor mógł stracić...
Zojka ukryła twarz w dłoniach i zaszlochała.
- Nie, nie przypominaj mi tego, babuniu! On już nigdy na mnie nie spojrzy...
Zofia zachichotała.
- To by znaczyło, że na darmo pół godziny piłowałam obcasy w twoich weselnych szpilkach!
Zojka rozcapierzyła palce i pomiędzy nimi posłała starszej pani oburzone spojrzenie.
- Chcesz powiedzieć, że to nie był wypadek? - syknęła.
Zofia pociągnęła łyk kawy i milczała, myśląc nad odpowiedzią.
- Czasami szczęściu trzeba pomóc - orzekła w końcu.
- Lubiłam te szpilki! - Obruszyła się Zojka.
- Redaktora chyba lubisz bardziej. - Babunia uśmiechnęła się chytrze. - Poza tym nie kłam! Kupiłaś je kilka dni wcześniej, nie zdążyłaś się do nich przywiązać!
- Ale... - zaczęła Zojka, ale starsza pani uciszyła ją machnięciem ręki. Potem zgarnęła porcelanowe skorupy oraz płaską tubkę kleju i szybkim ruchem wrzuciła wszystko do kubełka stojącego przed piecem. Nie patrząc na zdumioną wnuczkę, zwróciła się do siorbiącej inkę Guzikowej: - Co tam, Leosiu? Jakie plotki krążą pod kapliczką we wsi?
- Hotel! - wypaliła oszołomiona Guzikowa. - Hotel otwierać będą!
A ponieważ bardzo lubiła śpiewać, zaraz wyśpiewała wszystko, czego się podczas majowych nabożeństw zdążyła dowiedzieć. Babunia słuchała jak zaczarowana. Zojka westchnęła, przysunęła sobie kubek z kawą i zatopiła się we własnych myślach.
Arleta Kulik zaliczała się do grona szczęśliwców, którzy lubili swoją pracę. Etat w redakcji "Kroniki Wadowickiej" był tak naprawdę jej pierwszym poważnym zajęciem. Co prawda zaraz po maturze zasiadła na chwilę w boksie kasowym popularnej drogerii, a Urząd Pracy w Wadowicach zaproponował jej staż w zakładzie produkującym silniczki maszyn do szycia, ale ambitna panna Kulik nie widziała potrzeby, aby tym się chwalić. Często za to podkreślała, jak wielkie szczęście ją spotkało, gdy trafiła do zespołu Marcina Kordeckiego. I na niego samego, oczywiście.
Poważny, nieco zdystansowany i, co tu ukrywać, atrakcyjny dziennikarz zrobił na Arlecie ogromne wrażenie. Cieszyła się na samą myśl o współpracy z nim i solennie sobie obiecała, że zrobi wszystko, by zadowolić nowego szefa. Starała się, jak mogła, a im więcej się starała, tym większy dystans on zachowywał. Im większy dystans on zachowywał, tym bardziej ona się starała. Po kilku miesiącach takiej współpracy Arleta była zakochana do szaleństwa.
Niestety, wszystko wskazywało na to, że Kordecki nie odwzajemniał tych uczuć. Co więcej: od jakiegoś czasu miała wrażenia, że wręcz jej unika. Zadania, które chciał zlecić współpracownicy, trafiały do niej tak okrężną drogą, że trasa Orient Expressu wydawała się przy tym krótką przebieżką.
Arleta nie była głupia. Dobrze wiedziała, co kryje się za dziwacznym zachowaniem Kordeckiego.
Czy raczej: kto.
Zojka Tuszyńska.
Gdy Arleta rozpoczynała pracę w "Kronice Wadowickiej" legenda Zojki była w redakcji wciąż żywa. Panna Kulik zapałała do Tuszyńskiej irracjonalną niechęcią, która pogłębiała się z ich każdym kolejnym spotkaniem. Pracownicy Kordeckiego spostrzegawczości nie brakowało, szybko więc odkryła, że drogi jej szefa i "tej cholery Tuszyńskiej" przecinają się trochę zbyt często i dostawała szału na samą myśl, co może z tego wyniknąć.
Długo łudziła się, że zauroczenie Kordeckiego Zojką jest tylko wymysłem jej wybujałej wyobraźni.
Do czasu.
Pewnego dnia szef poprosił ją, by załatwiła dla niego dwa zaproszenia na imprezę muzyczną w Wadowickim Centrum Kultury. Co prawda Arleta była dziennikarką, jednak pisała głównie o wydarzeniach kulturalnych i w redakcji "Kroniki Wadowickiej" traktowano ją bardziej jako asystentkę Kordeckiego. Ona sama również lubiła tak o sobie mówić i z radością załatwiała dla szefa drobne sprawy. Jak bilety na koncert popularnego zespołu, który według niej rzępolił bardziej niż kosiarka do trawy na betonowym krawężniku. I choć wiedziała, że występ przypłaci wielogodzinną migreną, kupiła trzeci bilet, by sprawdzić, z kim szef "Kroniki" zamierza spotkać się pod muzyczną sceną.
Na widok Zojki Tuszyńskiej Arleta podskoczyła w miejscu ze złości. Poczuła na sobie kilka przestraszonych spojrzeń, więc czym prędzej opanowała się, uśmiechnęła uspokajająco, po czym opuściła budynek WCK.
Inna kobieta w tym momencie uniosłaby się dumą. Zapiłaby rozczarowanie wódką, winem albo czekoladowym szejkiem z McDonalda. Arleta nie zamierzała pochłaniać pustych kalorii i dokładać sobie zmartwień w postaci centymetra w talii czy dokuczliwego kaca. Jej nienawiść do Zojki zapłonęła jak pochodnia, a chęć zdobycia Kordeckiego przerodziła się w obsesję. O nie! Nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Musiała tylko zaczekać na sprzyjającą okazję...
I ta okazja właśnie się nadarzyła.
Arleta już dawno dorobiła sobie klucze do gabinetu szefa. Podejrzała też hasło do jego skrzynki mailowej. Od czasu do czasu przeglądała szuflady w biurku i wiadomości redaktora w nadziei (i obawie również), że natrafi na coś, co ostatecznie potwierdzi związek Kordeckiego i dziennikarki z "Głosu Wadowic".
Ku swojej radości, jak dotąd nie znalazła nic takiego.
Znalazła za to coś lepszego!
Szybko przebiegła wzrokiem treść wiadomości, która właśnie trafiła do skrzynki, po czym odchyliła się na oparcie fotela i popadła w zadumę. Jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Zadowolona z siebie sięgnęła po komórkę i wybrała numer podany w wiadomości.
- Dzień dobry, dzwonię z redakcji "Kroniki Wadowickiej", aby potwierdzić przyjazd. Tak, dwie osoby. Jeden pokój? - zawahała się. - Nie, oczywiście, że dwa, ale bardzo proszę bezpośrednio obok siebie. Tak, wiem, że wystosowaliście państwo zaproszenie dla redaktora z osobą towarzyszącą, ale to dość problematyczna kwestia. Redaktor... tak, można tak powiedzieć, właśnie kogoś stracił, nie trzeba mu o tym przypominać. Czy może pan przeredagować to zaproszenie tak, by... - zawiesiła głos, wsłuchując się w odpowiedź i wyszczerzyła drobne zęby w szerokim uśmiechu. - Znakomicie! Bardzo panu dziękuję! Do zobaczenia!
Arleta cisnęła komórkę na blat biurka i potarła skronie. Z emocji dostała bólu głowy, ale teraz nie mogła sobie pozwolić na chwilę słabości. Wylogowała się ze skrzynki redaktora i weszła w wyszukiwarkę Google. Jej palce śmigały po klawiaturze z zawrotną prędkością.
"Koronkowa bielizna" - wpisała i przygryzła wargę niezdecydowana. Potem szybko dopisała kolejne słowo.
"Skąpa".
Temat niezwykłego zaproszenia wypłynął także w siedzibie "Głosu Wadowic". W poniedziałkowe przedpołudnie redaktor Marta Markowska zwołała dwuosobowe kolegium redakcyjne, podczas którego wraz ze swoją jedyną podwładną omawiały sprawy związane z najnowszym numerem tygodnika, a także zajadały się świeżymi truskawkami. Truskawki miały rozmiar i kształt dobrze wyrośniętych ziemniaków i zanim trafiły do niewielkiego małopolskiego miasteczka, wylano na nie prawdopodobnie całą tablicą Mendelejewa, ale szefowej odmówić nie wypadało. Zojka zanotowała sobie w pamięci, by po pracy wstąpić do apteki i kupić wapno w proszku.
- Na koniec - Markowska zmrużyła oczy i ze sterty papierzysk zalegających na biurku wygrzebała jakąś kartkę - chciałam ci zapowiedzieć, że przez kilka dni musisz sobie radzić sama! Wyjeżdżam, tralala! - zanuciła.
Zojka spojrzała na szefową zaintrygowana.
- Bierzesz urlop?
- No, niezupełnie, to wyjazd służbowy - wyjaśniła Markowska i zamachała trzymaną w ręku kartką. - I w sumie tylko na weekend, ale może mi się spodoba i zostanę? Zresztą co ja ci będę tłumaczyć, przeczytaj sama. A ja umyję jeszcze trochę truskawek.
Zojka spojrzała na kartkę. Był to wydruk wiadomości mailowej. W centralnym miejscu dostrzegła zarys jakiegoś budynku - ni to domu, ni to zamku - oraz duże kolorowe słowo: "ZAPROSZENIE". Pod spodem w zgrabnie zredagowanej formułce informowano o uruchomieniu nowo wybudowanego hotelu pod miastem. W związku z inauguracją jego działalności zaplanowano szereg atrakcji i imprez. Oczywiście przy tak uroczystym wydarzeniu nie mogło zabraknąć przedstawicieli czwartej władzy, stąd zaproszenie dla redaktor naczelnej "Głosu Wadowic".
Zojka westchnęła w duchu. Markowskiej to dobrze! Spędzi majowy weekend w luksusowym hotelu pod miastem, przystojni masażyści wymasują jej cellulit na tyłku, a równie przystojni kelnerzy będą podsuwać pod nos szampana i fikuśne przekąski. Pewnie nawet na srebrnej tacy, żadne tam łódeczki z papryki z serkiem i oliwką!
Na dodatek może zabrać ze sobą osobę towarzyszącą i zamienić służbowy wyjazd w upojny weekend we dwoje...
Zaraz, zaraz, osobę towarzyszącą?
Zojka rzuciła się po kartkę, którą w przypływie wisielczego humoru złożyła w samolocik, i posłała w podniebny rejs po redakcji. Pospiesznie wygładziła ją palcami i wzrokiem odszukała odpowiedni ustęp. Jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu. Przecież "Głos Wadowic" nie był jedynym tytułem na lokalnym rynku! Całkiem możliwe, że podobne zaproszenie trafiło na skrzynkę mailową redaktora Marcina Kordeckiego, a wtedy...
No właśnie, co wtedy?
Zojka zmarszczyła brwi.
To, że szef "Kroniki Wadowickiej" został zaproszony na otwarcie hotelu, wcale nie oznaczało, że zechce ją, Zojkę, mianować swoją osobą towarzyszącą i zabrać ze sobą! Myśli młodej dziennikarki poszybowały ku wydarzeniom piątkowego wieczoru i dziewczyna aż skuliła się z zażenowania. To będzie cud, gdy po takich atrakcjach Kordecki zechce z nią w ogóle porozmawiać, a co tu mówić o wspólnych wyjazdach do hotelu!
Ale z drugiej strony...
Zojka pomyślała, że prawdopodobnie aktualnie jest najbardziej towarzyszącą osobą z wszystkich osób otaczających redaktora Kordeckiego. Trochę go już poznała i wiedziała, że z pewnością nie grał na dwa fronty. W jego życiu nie było żadnej innej kobiety, matka nie żyła, siostry nie miał.
- Kogoś musi zabrać - mruknęła pod nosem Zojka i ponownie złożyła wydruk maila w samolocik. Niesiony prądem powietrza poszybował w kierunku okna, a potem sfrunął na ulicę Zatorską.
Aspirant Paweł Chochołek zatrzymał się przed salonem z modą męską i przez chwilę bezmyślnie spoglądał na białą koszulę w ogromne granatowe groszki. Na samą myśl, że miałby coś takiego włożyć, poczuł lodowaty dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Te granatowe kropy były takie ostentacyjne! Gdyby choć miały inny kolor... żółty na przykład. Śliczny, słoneczny, żółciutki kolor. Jak cytryna, mniszki lekarskie i puchaty kanarek. Ale nie. Modne były właśnie granatowe!
Paweł Chochołek zapłakał w duchu, a potem pchnął drzwi i wszedł do sklepu.
Przy jego boku natychmiast zmaterializowała się ekspedientka. Była drobna i niska, skakała wokół policjanta na wysokich i na oko diabelnie niewygodnych obcasach, robiąc przy tym mnóstwo zamieszania. Chochołkowi natychmiast skojarzyła się z upierdliwą muchą i z trudem powstrzymał się od jej odpędzania. Zamiast tego przyoblekł uprzejmy uśmiech i wyłożył, z czym przyszedł.
- Garnitur! - Ekspedientka wyszczerzyła drobne zęby. - Mamy wspaniałe garnitury! Od renomowanego polskiego producenta! - ćwierkała, nurkując wśród wieszaków uczepionych srebrzystego relingu. - Cudowne garnitury na maturę... - zawiesiła głos, zerkając na stojącego obok mężczyznę - ...a czy mogę zapytać, na jaką okazję potrzebne jest panu nowe ubranie?
- Pogrzeb - wesoło rzucił Chochołek. - Prawdopodobnie własny.
Dziewczyna zamrugała nerwowo powiekami i głośno przełknęła ślinę. Najwyraźniej nie wiedziała, co odrzec. Chochołkowi zrobiło się jej żal i uśmiechnął się krzywo, machając lekceważąco ręką.
- Tylko żartowałem. Potrzebny mi garnitur na ślub.
- Czyj ślub? - zapytała nieufnie.
- Również własny - odparł zrezygnowany Chochołek. Obejrzał się nerwowo w kierunku okna wychodzącego na ulicę, spojrzał na ekspedientkę prosząco i zniżył głos do szeptu: - Proszę, czy możemy się pospieszyć?
- A co pan taki niecierpliwy? - Ekspedientka złapała centymetr krawiecki leżący pod ladą i podeszła do nerwowego klienta. - Policja pana ściga?
- Coś w tym rodzaju - odmruknął Chochołek.
Parę chwil później wciśnięty w modny chabrowy garnitur Chochołek obracał się przed lustrem. Poruszał przy tym nerwowo ramionami, skubał mankiety i od czasu do czasu potrząsał lewą nogą. Ubranie piło go tu i tam. Właściwie to piło go wszędzie. Stojąca za plecami policjanta ekspedientka skromnie splotła dłonie na płaskim brzuchu i pokręciła głową.
- Wygląda pan bardzo elegancko, ale...
- Ale - podjął ochoczo Chochołek - tu chyba jest źle zszyte, bo szew okropnie gniecie.
- Hmmm, to taki fason - zgodziła się dyplomatycznie. - Niestety, mamy tylko takie.
- A może coś w większym rozmiarze? I w innym kolorze? Macie coś... jaśniejszego?
- Wrzosowe, ale w damskich. Co do rozmiaru... - zawahała się. - Ten producent nie ma kolekcji dla puszystych - oznajmiła, ale gdy dostrzegła oburzone spojrzenie klienta, szybko dodała: - bo stawia na młodzieżówkę! A młodzi to raczej tacy jacyś patykowaci!
- Dobre sobie! - żachnął się aspirant. Oderwał wzrok od odbicia w lustrze i zerknął za okno. Nagle wyprostował się jak struna.
Zaniepokojona ekspedientka obserwowała klienta bez słowa. Czy to jakiś atak? Najpierw w jego oczach pojawił się wyraz niedowierzania, potem obrzucił ją rozżalonym spojrzeniem, a na koniec zaczął nerwowo szarpać ubranie, usiłując zerwać z siebie przyciasną marynarkę. Ta niestety odmówiła współpracy i zdenerwowany mężczyzna został uwięziony w dziwacznym chabrowym kaftanie bezpieczeństwa.
Zawieszony przy drzwiach dzwonek wydał z siebie krótkie brzdęknięcie. Wydawać by się mogło, że szamoczący się mężczyzna tylko czekał na ten sygnał, bo znieruchomiał i posłał jej bezradne spojrzenie. Ekspedientka przeniosła wzrok na nowo przybyłych i zdumiona skonstatowała, że ma przed sobą dwie kobiety. Młodsza, o ładnej i pogodnej twarzy, uśmiechnęła się do niej uprzejmie. Druga kroczyła majestatycznie, popatrując na wyeksponowane elementy męskiej garderoby spod wysoko uniesionych brwi. Do piersi jak tarczę przyciskała niedużą torebkę z lakierowanej skórki.
Chochołek zaklął w duchu, naprężył muskuły w nadziei, że pomoże mu to w pozbyciu się za małej marynarki, a kiedy nic to nie dało, uśmiechnął się do Klary promiennie.
- Znalazłem ślubny garnitur! Jest idealny!
- Niezup... - próbowała wtrącić ekspedientka, ale pod wpływem morderczego spojrzenia mężczyzny zamilkła.
- Och, Pysiu! - Klara popatrzyła na Chochołka jak na niesfornego łobuziaka. Potem obróciła się w stronę matki i pokręciła bezradnie głową, jakby chciała powiedzieć: widzisz, co ja z nim mam? Chochołek zacisnął zęby. Tymczasem jego narzeczona delikatnie pogładziła go po zaczerwienionym z wysiłku policzku. - Nie możesz włożyć tego garnituru!
- Dlaczego? - Aspirant zrobił nadąsaną minę. - Nie podoba ci się kolor?
- Kolor jest piękny, ale tylko spójrz... - Klara złapała za guzik i cmoknęła z dezaprobatą.
- Co jest nie tak z guzikami? - Chochołek najeżył się.
- Nie zapną się!
- Więc będą odpięte!
Klara zniżyła głos do szeptu:
- Pysiu, czy ja naprawdę muszę ci przypominać? Naprawdę? Jesteś policjantem. Ważną osobistością w tym mieście! Nie możesz wyglądać na ślubie jak ostatni łapserdak!
- Ale... - zaprotestował płaczliwie Chochołek.
- Ale... - wtrąciła ekspedientka, a kiedy Klara przeniosła na nią łagodne spojrzenie, dokończyła na bezdechu: - nie mamy większych rozmiarów!
Gdzieś za plecami Chochołka matka Klary chrząknęła znacząco. Młodsza kobieta ponownie pogładziła policzek policjanta, a następnie potrząsnęła włosami i uśmiechnęła się do ekspedientki uspokajająco.
- Och, nie szkodzi! Niepotrzebny nam większy rozmiar!
- Nie? - Chochołek ucieszył się.
- Oczywiście, że nie! Potrzebny nam rozmiar mniejszy! - oświadczyła wesoło Klara. Jej dłoń powoli zsunęła się w dół i poklepała wydatny brzuszek stróża prawa. - Tutaj!
- Tutaj? - Zdezorientowany mężczyzna rozejrzał się po salonie odzieżowym. - Co to ma znaczyć, do cho...? - urwał raptownie i tylko patrzył na nią okrągłymi oczyma.
- To znaczy, kochanie, że przechodzisz na dietę!
Chochołek jęknął przeciągle. Nagle dotarło do niego, że koszula w wielkie granatowe grochy nie jest najgorszą pułapką czyhającą na niego w gąszczu przedślubnych przygotowań i pożałował, że tamtego zimowego dnia pies Zojki Tuszyńskiej rzeczywiście nie połknął pierścionka przeznaczonego dla Klary.
CIĄG DALSZY W WERSJI PEŁNEJ