Upał i duchota ostatniego dnia lipca ustępowały rześkiemu wieczorowi. Od strony gór napływał chłód niesiony delikatnymi powiewami wiatru.
Książę András, Sarolta, Orsolya i przeor w milczeniu spożywali obiad na tarasie, lecz ich niespokojne myśli wędrowały ku bliskim, być może biorącym udział w bitewnych potyczkach.
- Dzięki Bogu Mihály już poza zagrożeniem życia i chociaż ozdrowienia czas przed nim spory, to najważniejsze, że bliźniaki opieki ojca doznają - odezwał się książę.
- Po wieczerzy prosić będziemy Pana Naszego, modląc się, aby czterem istotom też szykującym się na świat każdy rodzic kołysanki śpiewał - rzekł wielebny Gáspár. - A czas to niechybny. Andrásie, winną polewką wzmacniać musisz swe siły, bo sześcioro wnucząt walczyć będzie o twoje kolana.
Gdy te słowa wypowiadał, nie zważając na rzędy kwiatów i pielęgnowany trawnik, pędził ku nim na koniu Bertalan - sierżant Gizelli. Znaczyło to, że musiał być posłańcem złych wiadomości.
Zerwali się z miejsc. Bertalan pokrwawiony wbiegając po schodach, krzyczał rozpaczliwie:
- Oboje nie żyją! Pani Gizella, Pan Kristóf! Jezusie, Maryjo! Nie żyją!
Osunął się na kolana, rwał włosy, szlochał rozdzierająco.
Wszyscy już byli przy nim, książę ukląkł i objął go ramionami.
- Bertalanie, czy to prawda? Prawda to? - pytał, łkając.
- Panie, świadczyć mogę.
- Ranny jesteś? Krew masz na sobie.
- Chyba nie, nie wiem. Ruski nas roztrzaskali, szli tysiącami, bili działami. Zginął też poeta. Boże Miłosierny, dlaczego ja żyję?
Opat opamiętał się pierwszy i wołał o wodę i prześcieradła.
Orsolya i Sarolta blade, jakby im krew z twarzy zeszła, trzymając się za brzuchy, przysiadły na krzesłach i krzyczeć poczęły:
- Co z Franciszkiem?! Co z Mátyásem?!
Opat przestraszony, że porodzić mogą, nakazał baby, zakonników i akuszerkę sprowadzić.
Bertalana umyto, rany opatrzono, w odziewek świeży ubrano, posadzono przy stole i puchar palinki mu podano. Wypił jednym haustem.
Upiorna wieść szybko rozniosła się po zamku i dotarła do miasteczka. Przed tarasem gromadził się tłum. Książę, nie kryjąc łez, przemówił.
- Kapitan Gizella i jej mąż kapitan Kristóf von Keszend zginęli w bitwie z Rosjanami pod Segesvár. Tam też poległ poeta Sandor Petöfi. Gdy dowiemy się od Bertalana o wydarzeniach, opat wam to powtórzy. Idźcie teraz do klasztoru i módlcie się za ich dusze.
- Panowie Mátyás i Franciszek po udanej szarży na Rosjan wrócili cali i zajęli miejsca ze swoimi huzarami niedaleko Bema, który mimo znacznej przewagi wroga w bitwie postanowił wziąć w niej udział. Pani kapitan i panu Petöfi generał stanowczo zabronił walczyć, a pani Gizelli zlecił poety pilnować, by jakowego głupstwa nie uczynił. Zaś pan Kristóf i my naprzeciwko na wyciągnięciu ręki mrowia kozaków dońskich i ułanów księcia Nassau staliśmy gotowi do kontrataku. Bem spodziewał się jakichś posiłków, ale nie nadeszły.
Bertalan przerwał, bo łzy strumieniem płynęły mu po policzkach. Otarł je rękawem.
- Artyleria nasza ładnie ustawiona przez Bema rozpoczęła kanonadę tak skuteczną, że ruski zaczęli się cofać, tedy generał nakazał piechocie bagnetami uderzyć na nich, ale w naszych bić zaczęły ich kolubryny, nie tylko krwawe żniwo czyniąc, ale i szkody w armatach. W ten czas Kozacy i ułani Nassau jak czarna, gęsta burzy chmura ruszyli na nas i zewsząd ogarnęli. Nim dotknęły ich nasze piki, spostrzegłem, że pan Kristóf konia zawraca, a od namiotów generała pędzi w stronę naszych armat pan Petöfi z wyciągniętą szablą, a zaraz za nim nasza pani. Pan Kristóf widząc, że ku niechybnej śmierci zdążają, krzyknął do mnie: "bierz komendę" i ruszył za nimi, ale przebić się przez szeregi walczących nie było łatwo.
Zamilkł, jakby mowę mu odjęło, ale po chwili dech odzyskawszy, łez nie wstrzymując, mówił dalej:
- A ja ruszyłem za nim. Szeregi Rosjan i naszych się wymieszały. Nie było ordynku ćwiczonego - na oślep walczono, jak popadnie w szale bitewnej rzezi. Ubywało nas. Ryk dział, huk i błysk rozrywających się kartaczów był tak potworny, że ogłuchłem, a krew oczy zalewała. Zdołałem dostrzec, że pan Kristóf do żony i poety dotarł i wtedy... Jezusie Nazareński, Mateńko Boska... Tam gdzie oni, w tę gęstwinę honwedów już dających pola, potężne kolubryny kartaczami plunęły... Mateńko, Mateńko... Ludzi, jak pole zboża kosą ścięte, powaliło na ziemię. Koń pode mną padł, ja, żyw, w stronę namiotów bemowskich biec zacząłem. Opodal płynęła rzeka Nagy-Kükülö na brzegach porosła gęstą łoziną. Tam się też skryłem i na Bálinta od nas się natknąłem. Panowie Bobrzyński i Varga do niewoli zagarnięci, generał Bem w krzaki się zaszył i chyba zdołał ujść. Wielu naszych na polu leży, z kanonady kartaczów nikt żywy nie uszedł. Siedzieliśmy cicho, na pole wyjść nie było można, bo Rosjanie i Austriacy rannych dobijali, swoich także, i rabowali. Jak bitwa przycichła wskoczyłem na konia, bo sporo ich po polu biegało, i pognałem tutaj.
Zamilkł. Palinki łyknął. Rękami głowę oplótł i płakał.
Łkali wszyscy.
Książę, choć ból mu pierś rozsadzał i tchu brakowało, zebrał się w sobie, bo należało rozpaczających uspokoić, dodać im otuchy i szybko coś począć, odezwał się:
- Pocieszenie, że Franciszek i Mátyjás choć w niewoli to żywi. Pewności też nie ma, że Gizella i Kristóf polegli. Może ranni lub w niewoli. W te pędy wyślę gońca do Alajosa i bankiera. Swoimi sposobami zaciągną języka i poczynią niezbędne starania. Do powrotu umyślnego powstrzymajmy czarne myśli i módlmy się. Zapewne o Bemie wnet usłyszymy, więc i do niego dworskiego poślę. Gáspárze, ludziom powiedz coś usłyszał, a wy, Orsolyo i Sarolto, do pokoi swych pospieszcie i odpocznijcie. Służba dzień i noc ma was pilnować, bo wstrząs poród przyspiesza, a w dzieciach przecie krew waszych mężów.
Goniec bez listu, tylko obeznany, co ma przekazać, niezwłocznie wyruszył, prowadząc konia zapasowego, by na świeżego przesiadając się po drodze, jak najszybciej dojechał do Brassó, a posiadłszy jakowe wiadomości natychmiast wracał.
Pachołków też posłał do Pála i Magdolny w Kézdivásárhely i w góry do Pongráca i Rózsy, by natychmiast zeszli.
Nie było nikogo w zamku, kto by zmrużył oko. Kaplica klasztorna nie pustoszała, modlono się całą noc. Książę András krążył po gabinecie, jakby miejsca nie mógł znaleźć. Był głową rodu i rozstrzygał o wielu wydarzeniach, o losach wielu osób. Jedno słowo u Bema, a brzemienna Gizella w zamku by pozostała, ale jej urokowi poddawali się wszyscy i spełniali jej życzenia. Mógł zrozumieć Kristófa, ale od niego, marszałka sejmu, należało wymagać zimnej krwi. Spoglądał na portret żony, chcąc usłyszeć od niej potwierdzenie swoich myśli. Lecz ona uśmiechała się, jakby mówiła: "Andrásie, nie wiń siebie. Wojna to Golgota, na którą każdy swój krzyż dźwiga".
Nad ranem wbiegli do niego zapłakani Pongrác i Rózsa, nie pytając o zezwolenie.
- Prawdaż to?! Parobek nam powiedział. Siostra i Kristóf? To być nie może! - krzyczeli, niedowierzając.
Książę objął ich i powiedział:
- Tak mówią, tak mówią. Bertalan świadczy. Dni kilka czekać trzeba na wyjaśnienie.
- Pojadę do Segesvár. Szukać będę! Może w niewoli, może w lazarecie?! - Pongrác padł na kolana, szlochając rozdzierająco, a z nim Rózsa.
- Dzieci, wykrzyczcie swój ból, płaczcie! Nie ma tu w zamku nikogo, kto by razem z wami nie łkał. Pachołków wysłałem do Brassó i Kézdivásárhely. W cierpliwość musimy się uzbroić, bo cóż nam pozostało. Jak potraficie snem się pokrzepić, uczyńcie to. Przed nami chmurne dni.
Generał Nikolaj von Engelhard i Igor Igorowicz Skabrin, naczelnik Trzeciego Oddziału Kancelarii Osobistej - Tajnej Policji Cara - mieli swoje powody, by każdy z nich, oczywiście osobno, złożył wizytę bankierowi Aaronowi Rosenbaum. Obaj z wojskiem rosyjskim wycofywali się do Mołdawii. Po wielu pożegnalnych balach, wydanych na ich cześć przez patrycjat miasta Brassó, już niewiele dni pozostało do wyjazdu.
Generał delektujący się sławą bohatera wojennego, uznaniem Cara, wymiernymi korzyściami finansowymi, których dostarczyła mu ekspedycja węgierska w dużej mierze z pomocą bankiera, nie żałował sobie francuskiego koniaku i smaku kubańskiego cygara.
- Przeszukano na mój rozkaz pod Segesvár kilkakrotnie pole bitewne, a szczególnie miejsce, gdzie ostrzał naszej artylerii był najsilniejszy. Wielce pomocni byli nam jeńcy węgierscy, a szczególnie pan familiant Franciszek Bobrzyński. Nie natrafiono na żadne przedmioty należące do pańskiej rodziny ani poety. We wspólnym grobie chowano nie tylko naszych żołnierzy, ale także austriackich i węgierskich. Tym, którym było można, zdejmowano blaszki tożsamości. Niestety wielu, a liczymy ich na dziesiątki, było rozczłonkowanych przez kartacze. Zbierano ich łopatami, wrzucano do dołu i zasypywano wapnem. Dzień i wieczór były upalne, więc się spieszono. Przykro mi - rzekł chłodno.
Bankier zwiesił głowę, by ukryć gwałtowne wzruszenie. Milczał chwilę, sięgnął po wypisany czek i podał generałowi.
- Dziesięć tysięcy forintów. Dziękuję za pomoc i mam nadzieję, że posiadłszy jakąkolwiek wiadomość o zaginionych, poinformuje mnie pan.
Generał wstając z fotela, zastanawiał się, czy powodem zawrotu głowy był koniak, czy też otrzymana asygnata.
Nazajutrz wizytę swą zapowiedział Naczelnik Policji Skarbin. Aaron spodziewał się od niego bogatszych informacji, to też podejmował go wystawnym obiadem, podając świeże ostrygi, homary i ryby dostarczone prosto z Morza Adriatyckiego. Podczas posiłku rozmawiali tylko o sprawach finansowych, które jeszcze po wyjeździe Rosjanina, musiały być kończone. Cygara kosztowali w palarni.
- Panie Aaronie - odezwał się totumfacko Igor Igorowicz. - Zacznę od dobrej wieści. Poczyniłem pierwsze kroki, aby majora Franciszka Hannibala Bobrzyńskiego uwolnić. Major, inżynier Mátyás Varga w niewoli austriackiej, i o nim nie zapomniałem. Przesłuchałem osobiście sporo naszych sołdatów, którzy zaraz po ostrzale artyleryjskim ruszyli na Węgrów. Pole zasłane było trupami i rannymi, żywi uciekali. Nie spotkano kobiety, chociaż o kapitan Gizelli każdy słyszał. Podobno Sandor Petöfi szarżował w cywilnym ubraniu odziany w białą koszulę. Nie znaleziono go. Dopytywałem o znalezione rzeczy i zaręczyłem, że pozostaną ich własnością. Bez skutku. Nic. Nikt. Moi szpicle dalej węszą. Wyznaczyłem sporą nagrodę za jakąkolwiek wiadomość.
Naczelnik Policji wypił spory łyk złocistego płynu i mówił dalej:
- W rozkazach generała von Haynau nakazujących rozstrzeliwanie rebeliantów wymienia się księcia Andrása i jego syna pułkownika Mihálya. Inżynierowi Varga nie grozi żadna przemoc, natomiast majorowi Bobrzyńskiemu egzekucja! Dezerter z wojska cesarskiego i rebeliant. Mogę zabrać go ze sobą do Mołdawii, ale stamtąd musi wyjechać do Paryża, do krewnych. - Policjant szeroko się uśmiechnął. - Tak, tak, i o nich wiem. Może także wstąpić do naszej armii, a ja zaoferuję mu patent kapitana i udzielę urlopu na nieokreślony czas. To mu zapewni bezpieczeństwo.
Bankier nie krył swego wzruszenia.
- Igorze Igorowiczu, wybacz moje emocje. Mogę tylko rzec: dzięki. Niech ten czek na dziesięć tysięcy forintów będzie wyrazem mojej wdzięczności.
Bojar Dymitr Callimachi nabył nieduży pałacyk w Paryżu, w dzielnicy Marais, nie tylko myśląc o wygodzie swojej żony Alunity i córki Floricy, ale także o przyszłych spodziewanych uchodźcach - rodzinie księcia Andrása Strack-Erös. Bliski upadek rewolucji na Węgrzech przepowiadały codzienne gazety, zajmując się tym na dalszych stronach. W pierwszych dniach sierpnia na prymarnych szpaltach zamieściły sensacyjną wiadomość na tle obrazów bitewnych, z konterfektami i napisami tłustą czcionką: "Poeta Sandor Petöfi i śliczna, brzemienna, kapitan huzarów węgierskich Gizella von Keszend zginęli na polu bitewnym pod Segesvár!".
- Chryste! - krzyknął bojar i opuścił czasopismo.
Żona i córka przestraszone hałasem wbiegły do salonu. Wskazał im gazetę, nie kryjąc łez. Nie minęła chwila, gdy i one szlochały.
- Taka piękna, miła, dzielna i spodziewająca się dziecka! - łkała Florica. - Ojcze, przeczytaj wyjaśnienie, więcej się dowiemy.
Drugą i trzecią stronę zapełniły opisy bitwy pod Segesvár, innych działań wojennych, obszerne dossier poety Sandora Petöfi znanego też we Francji. Wspominano także o siedmiogrodzkim rodzie książęcym Strack-Erös. Rzucał się w oczy, przedrukowany z węgierskiej gazety portret Gizelli. To była zasadnicza informacja! Piękna kobieta! Kapitan huzarów! Do tego w ciąży! Ginie w boju! O tym mówiła dzisiaj cała Francja.
Bojar nakazał wywiesić, aż do odwołania, oplecione kirem flagi Węgier i Mołdawii.
Dni się dłużyły, a wysłaniec z Brassó nie wracał. Nie tylko przerażające wieści z placu bitew zapowiadające rychły upadek powstania, ale także te o terrorze, masowych egzekucjach, aresztach i konfiskatach majątków nakazanych przez Namiestnika Cesarskiego, feldmarszałka Juliusa Haynau, skłoniły księcia Andrása do prędkich decyzji, które przedstawił na rodzinnej naradzie.
- Własności nasze w Siedmiogrodzie na Węgrzech i Austrii, a także te zagraniczne są zabezpieczone poprzez umowną sprzedaż notarialną Aaronowi. Mam nadzieję, że bank Rothschild, który finansuje wojnę Cesarza, traktowany będzie z należytym respektem. Zaś dobra schowane w wieży i dobrze zabezpieczone wystarczą na nasze i przyszłych pokoleń potrzeby życiowe. Należy na jakiś czas cenne rzeczy z komnat przenieść do skarbca. Pongráca i Rózsę do naszej rodzinnej tajemnicy dopuścimy, gdyż dorośli do niej i bliskimi są nam. Mihály i ja posiadając rosyjskie i francuskie paszporty, musimy Erösszép jak najszybciej opuścić, bo niechybnie powieszą nas na najbliższym drzewie. Mihály nie wiadomo, kiedy do zdrowia powróci i w lasach u Pála musi długo się ukrywać. Tak czy owak, od momentu mojego wyjazdu władanie przejmie opat Gáspár. Orsolyo i Sarolto, nie ruszajcie się stąd, nic wam nie grozi, a rodzić wnet będziecie. Pongrác i Rózsa, z końmi w górach pozostaniecie tak długo, dopóki opat was nie odwoła. Tedy niezwłocznie służba cenne rzeczy zbiera i przenosi do sali obok wieży, my zaś nocą do skarbca zaniesiemy.
Wielce szczęśliwym trafem nim się rozeszli, łącznik z Brassó się zgłosił.
- Ustne przekazy przywożę. Pani Gizella i pan Kristóf nie w niewoli, a ich ciał na polu bitwy nie znaleziono, także pana Petöfi. Żadnych śladów po nich... - musiał przerwać, gdyż młodzi i pozostali zaczęli szlochać.
- Na polecenie wysokiej rangi rosyjskich oficerów pole pod Segesvár dokładnie przeszukano i żołnierzy przesłuchano. Pomagał im wzięty do niewoli major Bobrzyński.
- Ach! - Orsolya zerwała się z krzesła. - Jakże to?
- Jeńcem jest, żyw i nie ranny, także pan Varga zdrowy, ale u Austriaków.
Teraz Sarolta się rozszlochała.
Posłaniec odczekał chwilę i mówił dalej:
- Panów Bobrzyńskiego i Vargę wnet z niewoli wypuszczą z listami żelaznymi, więc do Zamku powrócą. Pan Alajos prosi, aby książę szykował się do drogi, a pana Mihálya, gdy zdrowie mu na to pozwoli, wyślą do Paryża. Tam też bojarzyna Catalin z bliźniakami i pan książę poprzez Wołoszczyznę pojedziecie. Dodam jeszcze, że generał Bem przegrał bitwę z feldmarszałkiem Haynau pod Temesvár otwierającą Austriakom drogę do Siedmiogrodu. To koniec. Ale przywiozłem i dobrą nowinę. Pani Sara urodziła zdrową córkę Rebekę.
Przygnębienie udaremniało radość.
Gdy wyszedł, długo rozważali usłyszane wiadomości. Gizella, Kristóf i Petöfi nie w niewoli, ciał ani jakowyś śladów po nich nie znaleziono. Może ranni, gdzieś po lasach się chowają i wnet tutaj wrócą? Nadzieja umiera ostatnia i to koiło ból.
Niespełna trzy dni potem do Zamku zawitał Alajos z konnymi towarzyszącymi mu dla ochrony. Po zakurzonych ubiorach i pokrytymi pianą końmi domyśleć się było można, że spiesznie tu pędzili.
Alajos nim ojca i rodzinę uściskał, wołał:
- Kapitulacja! Kapitulacja! Görgey poddał się Rosjanom. Koniec Węgier!
Służba się zbiegała. Płacz huczał po murach.
- Trzydniową żałobę! W klasztorze nieustające modlitwy za Ojczyznę! - nakazywał książę. - Nie mamy dzwonów, bić tedy we wszelkie żelaziwa, kołatki bydlęce! Z naszych armatek wystrzelać zapas kartuszy. Rozpalić po górach ogniska! A kto odwagę i siły ma i nie dba o życie, niech za wszelaką dostępną broń chwyta i partyzantkę po lasach czyni. Éljen Magyarország[1]!
Pongrác i Rózsa do nóg Alajosa się rzucili.
- Co z siostrą, co z Kristófem?!
Tulił ich do siebie.
- Brak wiadomości, ale dalej szukają, wypytują.
Gdy wrócili z kaplicy po wieczornych modłach, książę wraz z Alajosem zamknęli się w gabinecie.
- Synu, szkoda, że radość z narodzin Rebeki i oczekiwanie na porody sióstr twoich ciężar chwili przygasza.
- Panie, ojcze, jutro wyruszamy do Brassó. Czas nagli. Natychmiast tu wrócę z Aaronem, by sekwestrowi zapobiec, bo niechybnie wielu chętnych na naszą własność się szykuje, już sępy ostrzą dzioby. Gdy się to nie uda, mścić się będą i dlatego szybko Mihálya za granicę wywiozę. Franciszek i Mátyás wnet tutaj bezpiecznie wrócą i będą spokojnie gospodarzyć. Pytanie jest o Pála i Nepomucena. Działania wojenne wnet ustaną i Rosjanie do siebie wrócą, a tym samym i moi, nazwijmy to, rozmówcy. Postaram się przed tym wszelkie sprawy bezpieczeństwa naszego i majątku pozałatwiać. Dzięki Bogu w rodzinie naszej Aaron, bankier, Żyd nieprzeciętnego talentu do interesów i serca otwartego. Nie martw się, ojcze. Posiedzisz trochę w Paryżu, a gdy się tutaj uspokoi, wrócisz do sporej gromadki wnucząt na dziadka czekających. No i skarbiec przekazany nam przez przodków pozwoli pokonać wszelkie niedogodności i ratować życie.
Der Kreutzbrunnen zu Marienbad[2] i tak pełne gości przez okrągły rok przeżywały teraz okres hossy. Tłumiona rebelia węgierska dostarczała tam nie tylko dzielnych oficerów rannych ku chwale Cesarza Franciszka i posiadających majątek na miejscowe kuracje, ale także poddanych koalicjanta cara Mikołaja.
Gdy w Grand Hotel Falkensteiner w Marienbadzie rezerwowano apartament dla baronowej Tamary Myszkin de Courtua, legitymującej się paszportem Królestwa Hiszpańskiego, recepcji nie interesowały jej personalia, lecz poręczenie finansowe banku Rothschild za to kosztowne zakwaterowanie, zabiegi lecznicze i liczną służbę.
Baronową, tak jak każdym obywatelem lub gościem Cesarstwa Austriackiego, interesowała się policja, lecz rosyjskie imię, francuskie nazwisko i hiszpański paszport nie ułatwiały im tego zadania. Wkrótce zaprzestano się nią zajmować. Ułomna kobieta poruszająca się na wózku nie zagrażała bezpieczeństwu Cesarza. Kupiony niewielki pałacyk w Baden pod Wiedniem, położony pośród malowniczych wzgórz i licznych winnic pozwalał na spokój tak potrzebny do odzyskania zdrowia. Jednak konsylium wiedeńskich lekarzy uznało, że właściwym miejscem przywrócenia baronowej sprawności będą Łaźnie Mariańskie, tym bardziej że zaskakiwała ona wolą odzyskania sił.
Dyrektor wiedeńskiego banku Rothschild na prośbę swojego przyjaciela Aarona Rosenbauma, bankiera z Brassó, opiekował się baronową. Wiedział o jej fałszywym paszporcie i nazwisku, kim była istotnie i dlaczego wyjechała z Siedmiogrodu. Tamarze asystowała panna do towarzystwa Roksana, jedna z pensjonariuszek domu pani Misanget w stolicy Sasów siedmiogrodzkich. Pozostałą służbę najęto w Wiedniu.
Ulice Marienbad, promenady, korytarze hotelowe pełne były gości opierających się na kulach czy poruszających się na wózkach. Był to codzienny, powszechny obraz miasta niewzbudzający jakichkolwiek emocji.
Gdy na ganek Grand Hotel Falkensteiner zajechała podróżna kareta i na ruchomym krześle posadzono baronową Tamarę Myszkin de Courtua, maître d'hôtel[3] doświadczony przez lata służby i nawykły do witania arystokratycznych i bogatych kuracjuszy tym razem stracił mowę. Ach, ileż to razy sycił oczy ślicznotkami tu przybywającymi. Ale ta porażała urodą! A przecież w stroju podróżnym i zapewne zmęczona jazdą z Wiednia! Głęboko się ukłonił, nie rzekłszy słowa. Jego emocje potwierdzali spacerujący goście, przystając i z ciekawością przypatrując się przybyłej damie. Tamara zaś uśmiechając się, z ostentacją poprawiała wymykające się spod kapelusza gęste, długie blond włosy.
W apartamencie, gdy zostały same, Tamara uściskała przyjaciółkę.
- Marienbad u naszych stóp! Tutaj nie tylko odzyskam siły, ale pomysłowi, który rozważyłam w czasie podróży, nadam kształty rzeczywiste.
Po bitwach pod Segesvár, Temesvár i ostatecznej klęsce Węgier w hotelach i pensjonatach Kreutzbrunnen zu Marienbad poczęło brakować miejsca. Łaźnie, kawiarnie, promenady wypełniały nieprzeliczone tłumy gości. W gorących i uzdrawiających wodach oficerowie wszelkich rang i narodowości leczyli swoje urazy. Wielu przebywało tu z rodzinami.
Baronowa Tamara Myszkin de Courtua i wożąca ją na wózku pani mimo upływających tygodni i wymiany gości pozostawały niezmiennie obiektem zainteresowania, dociekliwości i plotek. Poza pilnie przestrzeganymi godzinami hospitalizacji, tłumy mogły podziwiać baronową nie tylko za jej piękność, ale i fortunę zauważalną w ekwipażach, strojach i noszonych kosztownościach. Przy wyraźnej ułomności wdowy, za którą się podawała, majętność podwajała swoją wartość.
Dostatek i wielkopańska proweniencja, a przy tym nieprzeciętna uroda, obycie towarzyskie, dowcip, modne i gustowne toalety umożliwiały baronowej Tamarze pielęgnować więzi, a nawet przyjaźnie z gośćmi dworu Cesarza Franciszka Józefa - finansjerą i arystokracją - a znajomość języka rosyjskiego sama w sobie była powodem tłumnie ją otaczających oficerów rosyjskich.
Baronowa stroniła od alkoholu, czasami pozwalała sobie na niewielką ilość francuskiego szampana. Natomiast, co nie tylko dodawało jej uroku, ale także zdumiewało, paliła cygara, a niekiedy fajkę. A to, co budziło konsyderację, to wielogodzinne ćwiczenia uzdrawiające. Wzmagało to szacunek dla niej i podziw dla jej silnej woli.
Pewnego sierpniowego dnia kurier z banku Rothschild wręczył jej zalakowaną przesyłkę. Złamała pieczęć, niecierpliwie rozerwała list. Poznała pismo!
- Roksano, zadbaj, by nikt mi nie przeszkadzał. Wiadomości od księcia Alajosa Strack-Erös.
1849, Augusztus, Brassó
Mon cheri, nie pytam o Twoje zdrowie, gdyż wiem, że je odzyskujesz. List ten jest wyrazem mojego bólu i rozpaczy! W bitwie pod Segesvár zginęli nasza piękna, brzemienna Gizella i Kristóf! Osłaniali Sandora Petöfi. Też nie żyje! Nie pozostał po nich najmniejszy ślad. Członków ciała, strzępów broni i mundurów. Nic. Że ich w niewoli nie trzymają, ani nie odnaleziono ciał, znany Tobie generał rosyjski Nikolaj von Engelhard zaręczył słowem honoru. Brat mój Mihály ciężko ranny w bitwie pod Sasregenem żyw, lecz długo będzie leczył rany i dzięki Bogu u Pála i Magdolny w głębokich lasach skryty. Major Franciszek, Hannibal Bobrzyński i inżynier, major Mátyás Varga w niewoli rosyjskiej i austriackiej, Nasz Pan Ojciec wraz z Catalin i bliźniakami już w Paryżu u bojara Dymitra Callimachi. Pongrác i Rózsa wraz z końmi dalej w kryjówce pozostają.
Namiestnik cesarski generał baron Juliusz von Haynau mści się krwawo i bestialsko. Ludność, urzędnicy państwowi, politycy, oficerowie, żołnierze ratując życie przed nieuchronnymi egzekucjami i więzieniem, uciekają w kierunku Widynia, miasta leżącego po drugiej stronie Dunaju, na terytorium tureckim. Dobra ich są brutalnie wywłaszczane. Rzucili się na nie złodzieje i oszuści. Dzięki przezorności Ojca i teścia Rosenbauma, majątki nasze nie tylko w Siedmiogrodzie zostały uratowane. Kilka dni po kapitulacji Naczelnego Wodza Görgeya, razem z Aaronem spiesznie popędziliśmy do Erösszép i zdążyliśmy przed przybyciem egzekutorów z silnym oddziałem austriackich kirasjerów. Okazaliśmy im dokumenty właścicielskie! Odjechali niepyszni, odgrażając się, że i tak wrócą, a nas przykładnie powieszą. Na miejscu są Orsolya i Sarolta, nie dlatego, że były bezpieczne, ale... obie wkrótce zostaną matkami!!!
Smutek przytłacza zadowolenie ojca! Sara powiła córkę Rebekę, księżniczkę Żydówkę!
Przekazuj wiadomości, jak dotychczas.
Myślący o Tobie i skrywający w sercu
Alajos
Evidenzbüro - Biuro Ewidencyjne Sztabu Generalnego w Wiedniu, Wydzielona Grupa Wywiadu - Kundschafts Grupe, Dyrekcja Policji i Gendarmerie - Żandarmeria przeżywały renesans swojej pracy. Pomijając śledzenie prawie każdego obywatela Cesarstwa, nie wyłączając urzędników swych instytucji, rebelia węgierska powiększyła poważnie korpus agentów i okazyjnych informatorów.
Jedenastego sierpnia tysiąc osiemset czterdziestego dziewiątego roku późnym wieczorem w Ministerstwie Wojny do gabinetu ministra wojny Ferencza Józsefa Gyulayego przybyli spiesznie wezwani komendanci Evidenzbüro, Kundschafts Grupe i Gendarmerie. Domyślali się w jakim celu, gdyż każdy z nich z osobna otrzymał depeszę.
Gubernator, Minister Wojny, Głównodowodzący Głównej Armii Węgierskiej Artúr Görgei złożył broń pod Világos, w pobliżu Aradu, i poddał Rosjanom - jedenastu generałów, tysiąc czterysta dwudziestu sześciu oficerów, trzydzieści dwa tysiące pięćset sześćdziesięciu dziewięciu żołnierzy, sto czterdzieści cztery działa i sześćdziesiąt sztandarów.
Minister odchodząc od sztywnego ceremoniału powitań, nie kryjąc radości, kordialnie ściskał każdemu rękę.
Służba podała kieliszki z francuskim szampanem.
- Panowie. Zwycięstwo. Koniec wojny. Zdrowie Cesarza i Cara! Wróciłem przed chwilą z Hofburgu. Dwór świętuje. Pozwólcie, panowie, że w czasie obiadu porozmawiamy o naszych obowiązkach.
- Jeśli mi wolno zaznaczyć - mówił, obgryzając udko kuropatwy, dowodzący Evidenzbürem generał Anton Ritter von Kalik. - Należałoby grzecznie poprosić premiera Schwarzenberga o dosypanie do naszych funduszów trochę złotych guldenów. Musimy zatrudnić dodatkowo nie tylko sporo urzędników, ale i agentów.
- Tak, tak - poparli go pozostali.
- Pełna zgoda - odpowiedział Minister, śmiejąc się. - To wyczyn, jakbym wspinał się na szczyt Grossglockner![4]
Odpowiedzieli śmiechem i bili dłońmi po stole.
- Ad rem. Premier chwilę poufnie rozmawiał ze mną w Hofburgu. Zamierza przekonać cesarza, by węgierskich oficerów i członków administracji sądziły sądy wojenne. Chętnym egzekutorem zapewne będzie feldmarszałek Haynau. Niestety wielu ucieka do Turcji w okolicach miasta Widyń. Agenci muszą wędrować za nimi i za granicą wypełniać swoje zadania. Likwidacja Kossutha, premierów rządu węgierskiego Lajosa Battyányia i Bertalana Szemere, generała Bema jest naszą preferencją.
- Wiele krwi napsuł nam w Siedmiogrodzie książę Strack-Erös - odezwał się generał wywiadu William von Lees.
- Jego niebotyczna fortuna pozwalała nie tylko na zakup broni, produkcję armat i na wyposażenie wielu regimentów, ale też na skuteczny sabotaż osobiście przez jego rodzinę dowodzony. Kobieta, kapitan bandytów Gizella i jej mąż Kristóf von Keszend zginęli w bitwie pod Segesvár. Tam też padł rebeliant Sandor Petöfi. Tak więc pluton egzekucyjny zaoszczędzi kilka naboi.
Marszałek, porucznik Żandarmerii Johann Franz Kempen otarł usta serwetą, sięgnął po kieliszek z wódką, zatoczył krąg ręką.
- Prost, panowie! - Marszałek wypił i rzekł: - Po niespełna dwóch latach wracamy na nasze cesarskie miejsca. Odbudowanie struktur administracyjnych nie sprawi kłopotu. Zastanawiać się będziemy tylko nad ich personelem. Oczywiście ścisłe współdziałanie z feldmarszałkiem baronem Haynau jest zasadnicze.
Minister wstał, a z nim pozostali.
- Czekam na panów jutro o dziewiątej wraz z oficerami sztabowymi. Omówimy szczegółowo nasze zadnia. Potem przedstawię je premierowi, a on zapewne otrzyma zgodę Cesarza. Reszta potoczy się naszym sprawdzonym imperialnym traktem.
Dwa spore postakocsi[5], zaprzęgnięte po cztery konie na każdym, załadowane bagażem także zalegającym dachy, w otoczeniu dwudziestu hajduków, zatrzymały się na dziedzińcu domu księżnej - bojarzyny Catalin Strack-Erös.
Wysiadających z podróżnego dyliżansu księcia Andrása i Alajosa witali oczekujący ich familianci Aaron, Sara z małą Rebeką i Catalin z bliźniakami. Radość przywitania głuszył smutek po śmierci Gizelli i Kristófa, a także przyjazd księcia.
Podczas obiadu bankier wyjaśniał dalsze zamiary:
- Andrásie, jesteś tutaj bezpieczny. Odradzam jednak wycieczki po Brassó. Rosyjskie wojska opuszczą wnet miasto, a administrację, jak dawniej, przejmą Austriacy i Sasi. Ruszamy z Alajosem niezwłocznie do Zamku, by zabezpieczyć nasze majętności. Austriacki terror ogarnia Węgry i Siedmiogród. Potem, jeśli zdrowie Mihálya pozwoli, Alajos odprowadzi go przez Mołdawię do Odessy, a tam spotka się z tobą i Catalin. Popłyniecie statkiem do Wenecji. Następny przystanek to Paryż i oczekujący was Dymitr. Oprócz francuskich i rosyjskich paszportów, które posiadacie, dostaniecie odrębne carskie, które zapewnią wam spokojną podróż przez Mołdawię i Rosję. Poszukiwania żywych lub zmarłych Gizelli, Kristófa i Petöfiego nie powiodły się, zaś Franciszek i Mátyás lada dzień powrócą z niewoli.
*
Wczesnym rankiem Aaron i Alajos wraz z notariuszami wyruszyli do Erössép. Pośpiech okazał się słuszny. Nazajutrz Zamek otoczył silny oddział austriackich huzarów. Dowodzący wszedł do Zamku w towarzystwie kilku żołnierzy.
- Major Johann Ritter von Friede. Z rozkazu dowodzącego Evidenzbüro, generała Antona Ritter von Kalik, aresztuję księcia Andrása Strack-Erös, księcia Mihálya Strack-Erös, księcia Pála Strack-Erös, a także zajmuję ich dobra. Ja wydaję rozkazy i proszę im się podporządkować. Nieposłusznych rozstrzelam.
- Majorze, pozwoli pan, Aaron Rosenbaum, współwłaściciel banku Rothschild w Brassó, i towarzyszący mi urzędnicy magistratu w tymże mieście. Panowie przez pana wywołani wyjechali za granicę i tutaj ich pan nie znajdzie. Stanowczo protestuję, gdyż właścicielem zamku, miasta Erössép, pozostałych dóbr i własności na ziemiach Królestwa Siedmiogrodu i Węgier, Cesarstwa Austrii i innych aktywów jestem ja, Aaron Rosenbaum. Panowie notariusze, którzy mi towarzyszą posiadają wszystkie dokumenty, potwierdzające moje słowa i są gotowi teraz to udowodnić.
Major poczerwieniał na twarzy, zaniemówił, a po chwili wrzasnął do huzarów.
- Przeszukać zamek i okolicę! A was, panowie, rozstrzelam prawem wojennym.
- Jeśli taka majora wola - spokojnie cedził słowa Aaron. - Chciałbym jednak przypomnieć, że apanaże panu, jak i pańskim przełożonym, nie wspomnę o Jego Cesarskiej Wysokości, wypłaca bank Rothschild. Gdy nie wrócę jutro do Brassó, pańska kariera i wynikające z niej wszystkie przyjemności może skończyć się w lochu więziennym. Niech pan czyni, co uważa.
- Nie opuszczać zamku! Broń palną, oprócz myśliwskiej, wynieść na dziedziniec. Kto nie wykona rozkazu, rozstrzelam!
- Zapewniam pana majora, że takowej nie posiadamy. Za mieszkańców Erössép i okolicznych wsi nie możemy odpowiadać. Czy zechce pan zapoznać się z dokumentami własności?
Major machnął ręką i wyszedł.
- Teraz możemy spokojnie coś przekąsić i napić się palinki - powiedział Alajos.
Zakończenie działań wojennych świętowali z wybuchową radością zarówno ci, którzy żyli normalnie, jak i ci, którzy działania te przeżyli, niezależnie od wagi kalectwa, utraty bliskich i majątku. Pragnienie przetrwania i trwania jest biologicznym atawizmem, a więc także i nadzieją cudownego odzyskania pełnej sprawności.
Filozofię tę potwierdzali kuracjusze w Marienbadzie, a masowe przybycie "skutków wojny" zwielokrotniało tę euforię. Bufonada mimo kalectwa była w dobrym smaku. Tak więc beztroskie i radosne życie gości kuracyjnych nie martwiących się o swoje fortuny przydawało dodatkowych barw miastu.
Baronowa Tamara Myszkin de Courtua pomimo nieustającego przepływu pensjonariuszy pozostawała stale w centrum zainteresowania. Zaskakująca urodą i majątkiem (piękność była dotykalna, bogactwo domyślne) była także szczerze podziwiana za niezłomną wolę odzyskania pełnej sprawności.
Pewnego dnia ujrzano ją powożącą faetonem[6]. Samą! Bez towarzyszącej jej zwykle Roksany. Cud?! Zapewne można określić tym mianem wyrzeczenie i pracowitość ponad siły. Widok był tak ekscytujący, że spacerowicze przystawali, wznosili okrzyki, bili brawo. Baronowa miło się uśmiechała i dziękowała za pozdrowienia.
Tego wieczoru na balu arcyksięcia Johanna zu Brunnschwig, gromadzącego cr?me de la cr?me[7] uzdrowiska, baronową Tamarę i nieodstępującą jej Roksanę proszono do stołu gospodarza.
- Kochana przyjaciółko - rzekła w apartamencie Tamara obejmując Roksanę. - Pamiętasz, co powiedziałam po przyjeździe do Marienbad o moim pomyśle, o którym rozważałam w czasie podróży? Od dzisiaj zamierzam go urzeczywistniać - zniżyła głos i dodała: - Otworzymy w Baden bardzo komfortowy dla arcybogatych użytkowników dom lubieżności z dziewczynami i chłopcami najwyższej klasy. Od tej chwili jesteś moją partnerką i wspólniczką. Na dobre i złe. Dysponujesz własnym kontem w banku Rothschild.
- Rozumiem, miła - odpowiedziała Roksana. - Uzyskanie przychylności policji i władz municypalnych zależy od powabu naszych ciał, które są naszym koronnym kapitałem, więc obdarzmy jego cząstką arcyksięcia, a założę się, że zwróci się to nam stokrotnie.
- Roksano, czytasz w moich myślach!
Tegoż wieczoru arcyksiążę ponad konwenans obdzielał tańcami obie panie. "Piękno ciała góruje nad innymi normami życia" zapisał na marginesie jednego ze swoich dzieł filozof Johann von Sthompke.
Arcyksiążę był arystokratą w "czepku urodzonym". Pięćdziesięciolatek korzystał z przyjemności życia pełnymi garściami i jak myśliwy chwalił się swymi trofeami. Ale tym razem w sypialni obu dam musiał z pokorą przyznać, że jego wyobrażenie o rozkoszach cielesnych było wielce ograniczone i niedoskonałe. Przekonały go o tym kobiety młode, piękne, o bogatym i ciekawym repertuarze igraszek miłosnych, do tego doznające od niepamiętnie długo trwającego postu łóżkowego zaspokojenia swoich potrzeb. Tego rodzaju przeżycia skutkują w takim przypadku miłą, wzajemną i trwałą sympatią.
A inwestycja "kapitałowa" miała okazać się sukcesem.
Do Kézdivásárhely nie zawitały jeszcze austriackie i rosyjskie wojska, mimo węgierskich klęsk bitewnych pod Segesvár, Temesvár i zakończenia działań wojennych. Być może powodem tego opóźnienia były bezskuteczne starania generała Bema uformowania batalionów zdolnych do dalszej walki z resztek rozbitej armii honwedów w okolicach miasta Dewa.
Mihály co prawda odzyskiwał siły, ale nie pozwalano mu wstawać z łóżka. Nie wspomniano mu o śmierci Gizelli i Kristófa, niewoli Franciszka i Mátyása. Nie było też żadnych wiadomości z Zamku i zastanawiano się, czy wysłać tam Pála, gdy niespodziewanie zjawił się Alajos w postakocsi powożonym szóstką koni. I tym razem powitanie łzami i smutkiem się wyrażało. Gdy skupili się przy Mihálym, kurząc fajki i umiarkowanie pijąc palinkę, Alajos opowiedział o celu swojej podróży.
- Bracie drogi, widzę ciebie w niezłym zdrowiu, a to bardzo ważne, gdyż zabieram ciebie do Odessy niezwłocznie, jeszcze przed przybyciem tu Austriaków. Generał i naczelnik państwa György z nadania uchodzącego Kossutha poddał się Rosjanom i nasza rewolucja poniosła ostateczną klęskę. Są rozkazy, by ciebie, ojca i Pála rozstrzelać. Ojciec z Catalin i bliźniakami są już w drodze do Odessy. Przywiozłem list od niej, ale wspomnę, że zdrowa, piękna, a András i Dymitr w ciebie się wdali.
Uśmiechali się przez łzy i słuchali opowieści Alajosa.
- W Odessie zaokrętujecie na statek do Wenecji, a stamtąd ruszycie do Paryża. Paszporty wystawiono w carskiej tajnej kancelarii. Dojedziecie bezpiecznie. Franciszek i Mátyás wracają z niewoli i pozostaną w Zamku z Orsolyą i Saroltą, zaś moja Sara urodziła córę Rebekę!
- Csilla! - przywołała parobka Magdolna. - Biegiem do piwnicy! Napełnij dzbany winem.
- Skrywaliście przede mną smutne wieści z pola bitew. Rozumiem to - rzekł Mihály. - Lecz teraz, gdy do stosownych sił powróciłem, a zastępuję ojca, muszę być dokładnie o wszystkim uwiadomiony. Na dobre i złe.
Zaległa cisza. Patrzeli po sobie. Któż powie mu o upiornym dramacie rodzinnym...
Alajos usiadł bliżej brata, objął go ramieniem i powiedział:
- Gizella, Kristóf i Petöfi nie żyją...
- Jezus Maryja! - krzyknął pułkownik, usiadł raptownie, by po chwili opaść na poduszkę. Zbladł potwornie. Myśleli, że omdlał, ale szlochać począł. Alajos tulił się do niego, a reszta na kolanach otaczała łoże.
- Jakże to, jakże to?
Nie mógł się opanować.
Magdolna podała mu napar z ziół. Pił łapczywie.
- Opowiadaj, bracie. Nie kryj szczegółów - szeptał Mihály.
Zapalono świece i kaganki. Izbę wypełniła też czeladź. Teraz lament niósł się poza dom, w stronę milczących lasów i gór.
Gdy zamilkł, proboszcz klęknął, a z nim pozostali, i odmawiali modlitwę.
Odezwał się Mihály.
- A Pál, a Nepomucen, a Pongrác, cóż z nimi? Ty, Alajosie, z Aronem w wyjątkowym stanie rzeczy, a do tego majątek nasz i skarbiec zabezpieczone i pozostają w naszym władaniu. Kłopotać się o nasze dobra nie musimy. Może Pál i Nepomucen z nami się zabiorą? Pongrácowi nic nie grozi, kobietom także.
Magdolna i Krisztina wołać poczęły.
- Nie puścimy ich. W lasach przeczekają. Tu głuche teraz pustkowie. Ze zdrajcami damy sobie radę! Przeczekać należy. Haynau wszystkich nie wymorduje!
- Złoto charaktery zmiękcza i na to należy liczyć - rzekł Alajos. - Razem z Aaronem postaramy się zapewnić wam bezpieczeństwo.
- Tak, tak. - Mihály chustą ocierał oczy. - Niech tak będzie, ale nie przestańmy poszukiwań pod Segesvár, choćby to miało trwać latami. Jesteśmy im to winni. Alajosie, pamiętaj o tym.
Mihály, gdy został sam, świecę przysunął, sięgnął po list Catalin i czytał:
Ukochany Mój Rycerzu,
dnie i noce na modlitwach spędzam, prosząc Trójcę Świętą o Twój powrót do zdrowia. Wspierają mnie w tym dzielnie Orsolya i Sarolta, same osierocone, bo Franciszek i Mátyás w niewoli, ale dzięki staraniom Alajosa i Aarona wykupieni wnet do domu powrócą. Twoi synowie dzielnie rosną, łapczywie moją pierś ssąc, bo naszym mołdawskim zwyczajem kobiety, nawet te wyższego stanu, same, bez mamek pomocy dzieci swoje karmią, co im i matkom na zdrowie wychodzi. Patrząc na Andrása i Dymitra, w całej krasie się to potwierdza, bo mocarni, a wrzeszczą za dziesięciu! Mówią, że podobni do Ciebie, Ukochany, a ja także widzę w nich Twoje odbicie, Najdroższy, ale by sprawić dziadkowi Andrásowi przyjemność, powtarzam, że do Niego i Ojca mojego zbliżeni. Chociażby jak się śmiejemy w tych donośnych wołaniach.
Wnet się, Drogi, zobaczymy, ale Alajos prosił bym o szczegółach nie pisała. Boję się, że moje ciało i uroda gdzieś w głębokich lasach i jaskiniach się skryły niedoglądane Twoimi oczami i pieszczotą. Często koniem pędzę przez pola, górskimi ścieżkami, by zgubić tęsknotę, która jak gorączka mnie przeżera.
Siostry Twoje, Ukochany, na gospodarstwie pozostają, bo wnet i one ród Twój starożytny powiększą, ale Sara je ubiegła, śliczną Rebekę na świat wydawszy. András i Dymitr w otoczeniu licznego kuzynostwa będą się chować, co i mnie, i Ciebie, Mój Królewiczu, ucieszy. Niespokojna, żarem tęsknicy rozgorączkowana, całuję Twoje oczy, usta i spijam słodycz Twego ciała.
Kochająca i z tęsknoty obumierająca
Twoja bojarzyna
Catalin
*
Następnego dnia w postakocsi przygotowano wygodne legowisko dla Mihály. Dobrano dziesięciu woźniców, a zarazem uzbrojonych hajduków, bo drogi były niebezpieczne. Staraniem Alajosa byli też zaopatrzeni w paszporty. Pożegnanie nie mogło być inne jak smutne i rzewne.
Gdy Mihály w karecie wygodnie ułożono, babka Vilma, którą tak tu zwano, podała mu koszyk.
- Panie, znajdziesz w nim mikstury, maści, zioła i szarpie potrzebne na twoje przypadłości i wzmocnienie ciała. Proboszcz piórem pozaznaczał, które na co. Niech ciebie Bóg wspiera, bo także dzięki Niemu do zdrowia wracasz.
Ku zaskoczeniu wszystkich Mihály rękę Vilmy ucałował.
- A za twoje starania i mądrość ten woreczek złota przyjmij. Dogodne życie ci zapewni.
W Paryżu bojarowi Callimachi nie pozostawało nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość i czekać na uciekinierów z Węgier. Co prawda omawiał taką możliwość z Andrásem, ale z powodu niepodobieństwa jakiejkolwiek komunikacji z Siedmiogrodem pozostawało to tylko w sferze domysłów. Gazety mizernie wspominały o Kossuthcie, premierze Bertalanie Szemere, Bemie i wielu innych uciekinierach w Turcji. Należało domniemywać, że część ich trafi do Francji. Dymitr wiedział, że szykany austriackie nie ominą rodziny Strack-Erös politycznie i finansowo wspierającej walkę o niepodległość Węgier. Spokrewniony z nimi bankier banku Rothschild finansującego Cesarza Józefa Aaron Rosenbaum zapewne wszystko czyni, by rodzinę ratować. Przekupiony sporym bakszyszem urzędnik Ambasady Tureckiej w Paryżu nie potwierdzał bytności na terytorium Turcji kogokolwiek z rodziny księcia Andrása. Należało więc czekać cierpliwie do czasu komunikacji z Siedmiogrodem.
Szósty sekretarz Ambasady Rosji hrabia Piotr Lubicz Wataszkin, kawaler, poznany przypadkowo w Operze, w supozycji bojara szpieg i zabiegający o względy Floricy, bywał, choć nie często, na obiadach u państwa Callimachi. Pan domu starał się być dla niego miły i obsypywał go drogimi podarunkami, które pan sekretarz chętnie przyjmował. Tym sposobem bojar wiedział dokładnie, co w jego ojczyźnie Mołdawii "w trawie piszczy", a szczególnie w jego majątkach. Ta znajomość była dalej grzecznie utrzymywana po przybyciu "zbiegów" księcia Andrása i Catalin z bliźniakami.
Mieszały się łzy radości, smutku i rozpaczy. Nie żałowali ich sobie zrównoważeni, utytułowani panowie, a bliźniacy odgrywali prymarną rolę. Ale gdy w ogrodzie zasiedli, bo wieczór późnej jesieni był ciepły, radość przywitania przygasała w miarę opowieści księcia i Catalin, a gdy opisywali śmierć Gizelli, Kristófa i Petöfiego, długo nie mogli opanować smutku.
- Drodzy moi, wstrząsające wieści, podróżni zmęczeni, udajmy się na spoczynek - rzekła Alunita. - Wiele przed nami niewypełnionych dni. Duch ze mnie uleciał.
O poranku przechodnie mogli zauważyć, że obok wiszących flag Węgier i Mołdawii pojawiły się dwie nowe: Siedmiogrodu i Książąt Strack-Erös. Czernią spowite.
Kilka dni później książę András wybrał się do banku Rothschild de Rothschild Fréres mieszczącego się w l'Hôtel d'Otrante Rue Laffitte, wcześniej umawiając swoją wizytę z baronem Jamesem Rothschild. Ten, ku zaskoczeniu urzędników i służby, osobiście, wylewnie i serdecznie przywitał księcia już na ganku prowadzącym do jego prywatnych apartamentów. Poprowadził gościa do gabinetu, do którego mieli dostęp tylko jego sekretarz i obsługujący go służący.
- Książę - rzekł bankier, gdy kamerdyner podał im żarzące się cygara i napełnił kieliszki koniakiem. - Przyjazd pana i synowej anonsował Aaron i już poinformowaliśmy go, że jesteście w Paryżu. Powinowactwo pana z Aaronem, a pośrednio z nami, Rothschildami, obliguje nas do, powiedzmy, rodzinnej opieki. Dla Żydów rodzina jest świętością. Poza tym jesteśmy powiernikami pańskich pieniędzy, które nas zaciekawiają - dodał w myśli i kontynuował: - Pański syn Mihály jest już w Odessie, w dobrym zdrowiu.
- Ach, panie baronie - odpowiedział András. - Mogę tylko rzec: dziękuję. Gdyż tutaj dla mnie na obcej ziemi bez jakichkolwiek znajomości moje tytuły nie mają znaczenia, poza być może majętnością, która zwabia ludzi, jak ćmy do świecy.
- Jeśli pozwolisz mówić do siebie Andrásie, to ja dla ciebie Jamesem pozostanę i razem w rodzinnym kręgu będziemy - powiedział to serdecznie i wstał.
Książę podniósł się i oboje uściskiem potwierdzili przymierze familijne.
Przeszli do drugiego pokoju na lunch.
- Koniak, który piłeś, i wino Château Lafit Rothschild rozlewane właśnie do kieliszków wywodzą się z winnic koło Bordeaux, w Paullac, które zamierzamy kupić, ale już są nieoficjalnie naszą własnością. Na razie my je próbujemy. Jak ci się widzi? Bo pytam znawcę i kreatora znakomitych win.
Wstał i wyjął butelkę.
- Poznajesz? Twoje, rok tysiąc osiemset trzydziesty trzeci.
- Mon Dieu![8] - huknął András. - Przykładała do niego rękę moja ukochana, świętej pamięci żona Ibolya! Ech! Tyle ekscytacji! Wybacz.
- W bankowcach i książętach tlą się także ludzkie uczucia. - James kordialnie poklepał po ramieniu Andrása.
- Bojara Callimachi od czasu do czasu odwiedza sekretarz ambasady Rosyjskiej, niejaki Piotr Lubicz Wataszkin - mówił w czasie posiłku bankier. - To jeden z licznych szpiegów, a wiemy i o innych, austriackich. Tych się pilnie wystrzegaj, bo zapełnią wasz pałacyk. Już się kręcą koło Kossutha. Wiadomość ta tylko dla ciebie. Oczywiście, my, Rothschildowie, wiemy o wszystkim i o wszystkich, bo to jest fundamentem naszej fortuny, i tą wiedzą nie dzielimy się z nikim. Mam nadzieję, że nasze rodziny kiedyś spotkają się i bliżej poznają w winnicach Paullac.
Gospodarz odprowadził księcia do powozu i rzekł na pożegnanie:
- Andrásie, możesz liczyć na nieograniczony kapitał.
Major Franciszek Bobrzyński, herbu Bóbr na złotych gwiazdach, pojawił się w Zamku w mundurze rosyjskiego kapitana huzarów. Odnotowano to dopiero po jego radosnym powitaniu przez Orsolyę, Saroltę i mieszkańców.
Klęknął przed Orsolyą, a widząc u niej dojrzałą brzemienność przytulił się do niej i czując ruchy dziecka, ucho przystawił do brzucha i zawołał:
- Huzarem będzie, galopuje!
- Ale jakim, szwagrze! Rosyjskim czy węgierskim?! - zawołała Sarolta.
- Kochana szwagierko, polskim! I muszę radosną wieść ci przekazać. Twój ukochany, Mátyás, na narodziny następcy też chce zdążyć, lada dzień tu będzie. Teraz pozwólcie, że się ogarnę, mundur głęboko w komodzie schowam i w wieśniaka się przemienię.
Jakoż gdy usiedli na tarasie Franciszek Bobrzyński, do którego się przyzwyczajono, że zawsze w mundurze występował, teraz w cywilnym odzieniu prawie nierozpoznawalny był.
- Moje lube - rzekł do Orsoly i Sarolty. - Pusto tutaj, troje nas tylko, nie licząc tych, którzy w waszych brzuchach się rozpychają. Kochany Aaron, dzięki któremu Mátyjás i ja długiej niewoli uniknęliśmy, we wszystkie tajemnice rodzinne mnie wtajemniczył. Umożliwiono mi pod cara komendę przejść, jak to często w armiach bywa i zaraz mnie urlopowano, ze stałym żołdem, który zamierzam na zbożne cele przeznaczać. Mátyása wykupiono z nakazem meldowania się w ratuszu. Oboje będziemy tu zastępować Alajosa do czasu jego powrotu. Na razie feldmarszałek Haynau morduje naszych dzielnych wojaków.
- Miły, podobno w szukaniu Gizelli, Kristófa i pana Petöfi pomagałeś? - spytała Orsolya.
- Jeśli Gizellę i Kristófa trudno było odnaleźć, bo w mundurach byli, to Petöfi nosił się po cywilnemu, a że upał doskwierał, w białą koszulę był odziany, bardzo dostrzegalną. Alajos i Aaron użyli wszelkich swoich możliwości i Rosjanie przeczesywali pole, posiłkując się takimi jak ja, a trzeba przyznać, że z całą drobiazgowością. Pola ostrzelanego kartaczami nie będę wam opisywał, bo ja, żołnierz nawykły do okropności wojny, wciąż przed oczyma tamten obraz widzę - przerwał, bo łzy po ustach mu płynęły. - Do wspólnego dołu wszystkich wrzucano, to znaczy ich szczątki, nie zawsze blaszki imienne zdejmowano, a że upał był, wapnem zaraz sypano, innych szczegółów wam oszczędzę.
Orsolya i Sarolta łkania powstrzymać nie mogły.
Franciszek spory łyk wina wypił, otarł wąsy.
- Gdy zimne dni nastaną wznowimy szukanie. Nasze złoto i to sprawiło, że Rosjanie ze swojej woli także czynić to będą. Majętności rodu Strack-Erös nienaruszone pozostają, przeto troszczyć się o nie musimy. Moje kochane księżniczki, waszym zadaniem jest wasz ród pomnażać i asocjację mu zapewnić. Sara was ubiegła, miłe. Należy Pongráca, Rózsę i konie z gór odwołać. Ludzi brak, wrócą do swoich gospodarstw i stajni. Powoli musimy rany lizać, siły odbudowywać nie zapominając, że bitwa przegrana, lecz wojna jeszcze nie "póki my żyjemy".
*
Następnego dnia major Bobrzyński do "gniazda przemytników" się wybrał. Ach, jakaż to radość była, a gdy nakazał obóz zwijać i schodzić "do siebie", najstarszy z chłopów, koniuch Imre, na kolana przed Franciszkiem padł i podał mu garniec.
- Panie generale, nie ma na świecie piękniejszych słów jak "wracać do swojej chałupy". W tym gliniaku zmieszałem łzy tęsknoty za własną chatą, rozpaczy po zabitych kumotrach i za utraconym Siedmiogrodem z palinką, z dodatkiem dębowych ziaren roztropnie szykowaną, dwukrotnie czyszczoną. Nie tylko moc dębu w sobie ma, ale moc swobody!
Franciszek dzban z widoczną wielką atencją przyjął, do ust przytknął, przechylił i po chwili pusty odrzucił. Zaraz potem bez zmysłów na ziemię się osunął. Obudził się w drodze do Zamku.
A tam niespodzianka! Wrócił Mátyás w zniszczonym mundurze, zabiedzony, ale do siebie, do domu, do swojej lubej z pięknym okrągłym brzuchem! Sarolta zakrzątała się koło niego i gdy zasiadł do obiadu, na wymęczonej twarzy jawił się uśmiech.
Przeor Gáspár rzekł:
- Tak licznie i wesoło do stołu siadano, gwarno było. Dzisiaj smutek w nas i wokół. Utrata Ojczyzny, śmierć ukochanych Gizelli i Kristófa, wymuszone wyjazdy najbliższych. Bóg nam pomoże przetrwać najgorsze chwile i w Nim nadzieja, że w liczniejszym gronie będziemy się spotykać. Błogosławię was moje dzieci, a za tych, co odeszli zmówmy "wieczne odpoczywanie".
Gdy kończyli posiłek, major Franciszek odezwał się:
- Alajosowi winniśmy zgodność, bo on Andrása i Mihálya zastępuje, ale on w ciągłej drodze i obowiązkach, przeto gdy lata liczyć nasze należy, wypada, że jam najstarszy i z tejże to powagi wynika, że Alajosa pod jego nieobecność ja zastąpię i tak się mi widzi, że należy rozdzielić między nami dzienne obowiązki.
Przeor wtrącił się:
- Mądre i godziwe to słowa. Niechże tak będzie.
- Niechże tak będzie - powtórzyli po nim inni.
- Primo - mówił dalej Franciszek. - Szpital utrzymać należy do ostatniego chorego i tym troszczyć się będzie dalej Sarolta z przeorem. Potem budynki zapewne wrócą do swojego przeznaczenia. Skarbem nieocenionym, a myślę, że zasobniejszym niż nasza skrzynia jest szlachetna stadnina. Pongrác z Rózsą zajmą się nią, bo mistrzami już są, ale nauki dalej pobierać muszą, gdyż mądrość i szlachetność rodu Strack-Erös tego wymaga. Przeor, zakonnicy i zgodzeni nauczyciele zatroszczą się o to.
- Wuju majorze - odezwała się Rózsa. - Śladem pani cioci Sarolty gimnazja medyczne chciałabym odwiedzać.
- Piękny to zamiar. Pomożemy tobie, bo dziewczyn tam nie są chętni. Zapytać się jednak muszę, czy na swoje ziemie do odbudowanego dworu powrócić chcecie? Wasza to wola, z którą się pogodzimy.
- Wuju - odpowiedział Pongrác. - O naszą ojcowiznę będziemy dbać, ale z Rózsą postanowiliśmy tu zostać, gdyż tu serca gorące znaleźliśmy, a pamięć o naszej siostrze w każdym kamyczku zaczarowana. - I szlochać począł, a razem z nim siostra.
- Z plotek tu na Zamku usłyszanych miarkuję, że ojcem i wujkiem wnet zostanę. Tedy Mátyásie, jak ty także okrzepniesz w roli ojca, ziemie książęce objedziesz i okiem gospodarza ocenisz. Czekajmy na Alajosa, wieści z Paryża i Kézdivásárhely.
Radca z Ratusza w Kézdivásárhely, Imre Udvari, nieoczekiwanie odwiedził rodzinę Gábor.
- Proście panią Krisztinę, bo i dla niej tu przybyłem.
A gdy spiesznie przyszła, rzekł:
- Nie jestem już radcą i szczęśliwie lochu uniknąłem. Burmistrz i kilku sekretarzy już tam siedzą i zapewne na stryczek czekają. Urząd przejęli sprowadzeni niemieccy Czesi i Niemcy. Po węgiersku nie mówią. Zakwaterowali się także austriaccy policjanci i żandarmi. "Będziemy karać tych, którzy rewolucję wspierali, cesarzowi szkodzili" - zapowiadają. Stan wyjątkowy wprowadzono, sądy zawieszono. Major Zaleski i twój Pál, Magdolno, na liście do rozstrzelania. Ale nieobecni, przypuszczam? Powiadajcie, że z wojny nie wrócili, w niewoli, czy też, nie daj Boże, zginęli. Oprócz myśliwskiej inną broń powynoście, bo rekwirują i gwałt zadają. W drogę powrotną się szykuję, bo w każdej chwili cesarscy mogą was odwiedzić i zdziwić się, żem na wolności.
Gdy odjechał, Magdolna do Nepomucena i Pála w kolibie się ukrywających brata Gyözö z ostrzeżeniem wysłała, by nosa nie wyściubiali.
*
Długo nie trzeba było na zapowiadanych gości czekać. Domy pani Krisztiny i Magdolny wczesnym rankiem z wrzaskiem i strzelaniem otoczył oddział żandarmerii.
- Wszyscy na podwórzec! Raus! Schneller! Schneller![9]
Rozbiegali się po domach, zabudowaniach gospodarczych.
- Dawać gospodarza - Árona Gábora! - wrzeszczał kapitan żandarmów i zaglądał do notatnika - także Ne... Nepomucen Zaleski, Pál Strack!
Magdolna podniosła rękę do góry.
- Herr Offizier. Nie żyją.
- Coś ty za jedna?
- Córka. Ojciec mój, mąż Strack i Nepomucen Zaleski zginęli podczas bitwy z Rosjanami pod Kökös. Tam zostali pochowani.
- Jak kłamiesz, powieszę ciebie! Prowadź teraz do warsztatów. Gdzie armaty?
- Panie, popatrz na to wielkie gruzowisko. Kamień na kamieniu tylko się ostał. Rosjanie wysadzili, a resztę armat pod Kökös zagarnęli.
Kapitan chodził po rumowisku i nie znajdując nic godnego uwagi, powrócił na podwórzec. Tam do wozów zaprzęgano rabowane konie, woły, ładowano świnie, drób, sprzęt domowy, z piwnic wytoczone beczki z winem i palinką.
- Ty, dziewucha! - Dowódca trącił Magdolnę. - Brzuszysko twoje będzie mi przeszkadzać, więc nie pójdziemy w krzaki! - zarechotał. - Wrócę tu szybko, czekaj na mnie, zabawimy się.
- Marsch![10] - Wrzasnął do żandarmów.
Odjeżdżali, niektórzy już pijani.
- Mateńko Boska, dzięki, że ognia nie podłożyli - szeptała Magdolna i nagle poczuła, że odchodzą jej wody płodowe.
- Mamo, Krisztina, Vilma! Rodzę!
Pobiegła do izby
Potworny ludzki wstrząs i strach ustąpiły, gdy usłyszano krzyk dziecka i wołanie:
- Chłopak!
Magdolna powiła szybko i bez kłopotów.
- Po dziadku - Áron niech mu będzie. Gyözö, pędź w góry! Niech się Pál uraduje i tutaj nie schodzi. Sama z dzieckiem się do niego wybiorę! Z piwnicy palinkę przynieście, jeśli jej nie ukradli.
*
Już po dwóch dniach Magdolna do tężyzny wróciła. Krisztinę zawołała, trzem braciom kosze z jedzeniem zabrać nakazała, Árona w chustę zawinęła, na plecach osadziła i wszyscy w góry ruszyli. Już za górą Istenszéke, gdy na hale schodzili - a bezpiecznie było - głośno wołać poczęli. Echo się niosło, od szczytów odbijało i do uszu żyjących w kolibie doszło. Ruch na dole dostrzegli i dwóch ludzików - bo z tej odległości wyglądali jak świerszcze - ku nim biec zaczęło. Pál młodością i ojcostwem uskrzydlony pierwszy przybył, a Magdolna na to przygotowana, syna nagusieńkiego trzymając, ku niemu wzniosła. Ten nie wiedząc, jak go przygarnąć, żonę w pół objął i razem z dzieckiem ku górze uniósł! Odezwała się w nim moc w jego rodzie spotykana.
Po chwili i Nepomucen dobiegł. Krisztinę za kolana objął i głowę w spódnicach skrył.
Pasterze zaczęli szykować miejsce dla gości w szałasach i znosili drzewo na wieczorne ognisko, zaś Magdolna, Krisztina, Nepomucen i Pál z dala usiedli i o ostatnich wydarzeniach rozmawiali.
- Trzeba więzionych urzędników uwolnić, bo niechybnie ich powieszą! - rzekł Nepomucen. - Choć żandarmi i policjanci w liczebnej sile, to terenu i ludzi nie znają. Skrzyknijmy się, broni mamy, że aż hej! No i armatki z krzaków wyciągniemy. Opór musimy dać. Może ich nie wybijemy, ale napędzimy stracha i ostrożniejsi będą.
- Jezus Maria! - krzyknęła Krisztina. - Nepomucenku, ręki nie masz! Miarkuj siły.
- Luba! Jedną ręką ciebie dzisiaj tak obejmę, że uwierzysz, że mam dwie.
- Mam pomysł - wtrąciła się Magdolna. - Jeśli siedzą w piwnicach, to znam wejście do nich. Ojciec dawniej żelastwa kuł, obsadzał i reperował w urzędzie. Często mnie zabierał ze sobą, bym nauki kowalstwa pobierała. Dojście jest od ogrodu, zapomniane. Klucz taki do wszystkiego dorobię. Bez strzelaniny się obędzie.
- Ale mścić się będą! - Pál studził zapał. - Ludzi mordować, domy palić. Tedy jest nas tutaj chłopów kilku. Zwołać należy także ludzi z oddziału świętej pamięci Gizelli i Kristófa. Zapewne po lasach się chowają. Uderzać znienacka, w lasach znajomych się kryć. W góry nie ruszą, bo słabi, strach im nie pozwoli.
- Rankiem zejdziemy do siebie - mówiła stanowczo Magdolna. - Klucz dorobię i nocą ja, Pál, Nepomucen i dwóch moich braci do ratusza podjedziemy, poprowadzimy kilka luzaków, aby uwolnieni szybko tutaj dojechali, my zaś spiesznie do domu wrócimy, bo na pewno żandarmi nas odwiedzą.
Skupili się wszyscy przy ognisku. Wielkie, kuliste, purpurowe słońce pomału się skrywało za góry i wierzchołki jodeł. Pobekiwanie owiec i dźwięk kołatek do spokoju wieczornego się dostrajały. Chłód ciągnął. Nałożyli baranice. Magdolna pierś nabrzmiałą od mleka spod koszuli wyjęła i Áronowi podała. Ten pił łapczywie.
Pál przypatrywał się temu jak zaklęty. Pożądanie, spełnienie i trwałość istnienia, zwycięstwo wiecznie odradzającego się życia nad śmiercią - szeptał do siebie i dziwił się, że nachodzą go takie myśli. - Chyba duch Kristófa przy mnie? - Wzdrygnął się, nie wiadomo dlaczego - z chłodu czy bliskości kuzyna...
Posilali się w milczeniu, palinkę pili umiarkowanie, gdyż jutrzejszy dzień i noc wymagały trzeźwej myśli.
Gdy zaczęło się puszczyków granie, do snu się układali. Magdolna z Pálem szubą niedźwiedzią się okryli, Árona w skóry baranie owinęli, słomą podścielili i koło siebie położyli. Spał mocno, o Bożym świecie zapomniawszy.
- Miły mój - szeptała Magdolna. - Widziałam, jak rozpalony na moją pierś spoglądałeś. Áron miał jedną, ty dwie dostaniesz. Cicho odziewek ściągnijmy, by innych nie pobudzić. W nagości słodycz życia odszukamy i pamiętaj, na jednym Áronie nie poprzestanę.
*
Gdy wrócili do domu, Magdolna w komórce ze skrzynki pełnej zardzewiałych kluczy jeden odpowiadający jej wybrała i obrobiła go pilnikiem. Wyszukała dwa łomy, bo słusznie przewidywała, że okucia w ratuszu ząb czasu naruszył i sypać się będą. Chciała pozostawić takie ślady, by żandarmi myśleli, że aresztanci sami drzwi wyłamali.
Gdy o zmierzchu Pál i Nepomucen z gór zeszli, podzieliła się z nimi swoimi myślami.
- Lubości moje! - Pál całował Magdolnę. - Pamiętaj, że księżniczce pewne rzeczy nie przystają! Ale o ratowanie życia tu chodzi, więc ci wybaczam.
Uzgodnili, że Nepomucen z dwoma braćmi Magdolny przy koniach i na czatach zostaną. Ona z Pálem i Gyözö do piwnicy się włamią.
Tak też uczynili. Chmury często nów księżycowy zakrywały. W ogrodzie i na zewnątrz ratusza żadnego posterunku nie było widać. Psy jak zwykle ujadały z daleka, nie powodując niepokoju.
Po rozsypujących się ceglanych schodkach podeszli do drewnianych drzwi wzmocnionych zardzewiałymi już okuciami. Ręka jej lekko drżała, gdy klucz do zamka wkładała. Nie wyczuwając oporu, ruszać nim poczęła. Po chwili usłyszała niegłośny trzask i drzwi z lekka ustąpiły. Pomału je pchała, by głośnego zgrzytu nie wydały. Buchnął w nich odór stęchlizny i ludzkich odchodów. Ciemno było, że oko wykol.
- To ja, Magdolna Gábor. Jest tam kto?
Gdy odezwały się głosy, rzekła:
- Milczcie i podchodźcie do nas. Zabierzemy was w góry.
Wychodzili, oczy mrużyli, gdyż nawet poblask księżyca ich porażał.
- Biegnijcie przez ogród, za drzewami czekają na was z końmi. Major Zaleski i ja w góry was poprowadzimy - szeptał Pál. - Zaraz do was dołączę.
Magdolna od wewnątrz zamek tak uszkodziła, by pomyślano, że więzieni sami ucieczkę ułożyli. Łom sprytnie zostawiła.
Tamara już mogła swobodnie się przemieszczać bez pomocy laski, wierzchem konia dosiadać, nawet w pogoni za lisem brać udział i noce przetańczyć. Biorąc pod uwagę opinię lekarzy i terapeutów, że masaż, gimnastykę i pływanie tylko do swoich przyjemności zaliczyć może, rzekła do Roksany:
- Moja droga wspólniczko, czas wracać do Baden i o interesach pomyśleć, w nowe życie wstąpić. Sprawność ciała odzyskałam, a to oznacza kontrolowaną rozkosz, zaspokojenie pragnień, majątkowe bezpieczeństwo i zadowolenie z najlepszego lupanaru w Europie.
- Piękność i czar naszych ciał szybko miną, wyrafinowanie się wypali, pozostanie wątpliwe, a raczej szydercze bycie burdelmamą. Używajmy życia pełnymi garściami, dając to też innym. Jak będą bywać u nas królowie, książęta, bankierzy i bogacze, powiemy: marzenia nasze się ziściły. - Roksana w chmury uleciała.
- Pięknie to powiedziałaś, mój aniele - odpowiedziała Tamara.
- Otwórzmy kilka butelek szampana i spędźmy ze sobą noc wszeteczeństwa, która zaspokoi choć chwilowo nasze najśmielsze pragnienia. Pamiętaj jednak, że swoje ciało oddaję i zaspakajam je tylko z jednym, jedynym umiłowanym kochaniem, Alajosem. Słowa "kocham ciebie" nabierają przy nim pełnej wartości. Dla innych są puste jak wiatr na pustyni.
*
Baronowa Tamara Myszkin de Courtua żegnała się dwoma wspaniałymi balami, które w annałach miasta Marienbad zostały odnotowane jako godne zapamiętania. Pierwszy dla "zespołów medyczno-odnawiających" z darmowymi zaproszeniami. Drugi zaś splendorem i bogactwem przewyższający ten pierwszy dla gości kuracyjnych, którzy mogli sobie pozwolić na zakup drogich kart wstępu. Dywidendę przeznaczała na leczenie dzieci. Ten gest i osoby honorujące bal swoją obecnością zauważone i szeroko opisywane przez gazety w Cesarstwie na pierwszych stronach lansowały także panią baronową, a to było jej przecie zamysłem.
Rezydencja w Baden bei Wien zaspakajała stosowny smak nie tylko właścicielek, ale i odwiedzających je. Otoczona obszernym ogrodem z wiekowymi drzewami i egzotycznymi krzewami nie rzucała się w oczy i nie była obiektem zainteresowania sąsiadów. Blisko Wiednia położona, zapewniała znakomitą komunikację z wielkim światem i Dworem Cesarskim, tym bardziej że znajdowały się tu starożytne termy rzymskie, z których korzystali wielcy tych czasów, a Tamara z Roksaną były tam prawie codziennymi gośćmi.
Burmistrz Johan von Artemheid czytując gazety, ze zdziwieniem zauważył, że baronowa Tamara Myszkin de Courtua jest obywatelką jego miasta. Oczywiście nie musiał wiedzieć, nie musiał przecież znać wszystkich. Policja nie meldowała o tej pani. Ot, jeszcze jedna bogata korzystająca z uzdrawiających kąpieli. Ale teraz nazwisko z pierwszych stron w otoczeniu wielkich nazwisk nakazywało jego osobiste zainteresowanie. Była to nie tylko konieczność urzędowa czy też grzecznościowa, ale obowiązek ze wszech miar polityczny.
Tamara czekała na tę wizytę. Gdy otrzymała bilecik zapowiadający burmistrza, przyjęła go w sukni podkreślającej powab jej ciała, a serdeczność, jaką mu okazała, zmieniła urzędnika w mężczyznę. Dołączyła do nich Roksana dyskretnie też podkreślająca swe wdzięki. Johan von Artemheid jak każdy w takiej sytuacji - niezależnie czy książę, bankier, burmistrz, ksiądz czy piekarz - poczuł się samcem. A gdy usłyszał, że zamierzają wybudować tutaj hotel z restauracją o światowej mierze, a o projekcie entuzjastycznie wypowiadały się i wyraziły już na niego zgodę odpowiedzialne osoby z Dworu Cesarskiego i policji, zrozumiał, że nie tylko kasa miejska na tym zyska, ale i on sam także. Oczywiście dostały jego placet i czekał na określone plany! Panie prosiły o całkowitą dyskrecję do czasu wmurowania kamienia węgielnego. Opuszczał dom podochocony alkoholem, zmysłowością pań i marzeniem o intratnym interesie.
Obecność mierniczych kręcących się po posiadłości nie wzbudzała zainteresowania. Wiele tu posiadłości przebudowywano i wznoszono nowe. Wojny w ostatecznym rachunku kończą się tłustymi zyskami, a potem zwielokrotniają je. Architekci spełniali każde życzenie Tamary i Roksany, mając świadomość zabezpieczonej płatności. Gdy projekty nabierały zdecydowanego wyglądu, Tamara oznajmiła przyjaciółce:
- Pamiętaj, że nasz pałac zapełnić musi obsada z najwyższej półki. Personelem obsługującym hotel, restauracje, kawiarnie, kuchnie, ogrody zajmie się najęte przez nas przedsiębiorstwo tym się trudniące. Szefa kuchni sprowadzą z Paryża. W Wiedniu wynajmiemy skromny domek i tam będziemy przesłuchiwać bardzo dokładnie każdego chętnego do pracy. Nawet sprzątaczki. Ale nasze powodzenie zależy tylko i wyłącznie od wysokiej i wyrafinowanej klasy nierządu. Dziewczyn i chłopców. A ich trzeba szukać długo i z rozmysłem, nie tylko w Cesarstwie, Europie, ale na świecie. A to zajmie nam sporo czasu. Myślę, że wraz z ukończeniem rezydencji dobierzemy zespół.
Wydatki, jak zwykle, zaczęły przewyższać kalkulacje. Tamara odwiedziła dyrektora banku Rothschild w Wiedniu i ku jej zaskoczeniu uzyskała swobodny kredyt. Oczywiście podpisawszy stosowne weksle. Bankier nie zdradził jednak, że to tylko formalność, bo miał pełne zabezpieczenie Alajosa i kredyt zwróci mu się wysokim zyskiem. Niewiele było na świecie burdeli, które by nie przynosiły sporych dochodów.
Otrzymano wiadomość z Wenecji, że Mihály szczęśliwie dopłynął i jest w drodze do Paryża. Postanowiono wyjechać mu naprzeciw. Dwadzieścia mil przed miastem, na ostatnim postoju dyliżansowym wynajęli pokoje i czekali na niego - bojarowie Alunita i Dymitr, Florica i Catalin z bliźniakami, książę András. Stacje powozowe, a później żelaznej kolei były i są obrazem radosnych powitań, rozszlochanych pożegnań, tumultów, a nawet niespodziewanych zbrodni. Czas będzie mijał, a ten spektakl będzie trwał.
I tym razem nie mogło być inaczej. Gdy kareta z Mihálym, ze służbą i kuframi zatrzymała się, pułkownik zobaczywszy Catalin z bliźniakami, próbował wstać. Daremnie. Służba podała mu chłopców. Wrzeszczeli w niebogłosy, ale Catalin już była w środku, już obejmowała ich troje, szlochając.
A on całował jej oczy, usta i włosy, ryczał jak bóbr i nie wstydził się łez.
Zameczek bojarów w dzielnicy Marais odwiedzali Węgrzy potrzebujący wsparcia i pomocy, politycy rządu węgierskiego z premierem Bertalanem Szemere na czele, oficerowie honwedów, arystokraci. Po przyjeździe księcia Andrása cieszącego się powszechną estymą, zaczęto zwać dom bojara Callimachi politycznym klubem - Hôtel Dymitr. Zyskiwał na znaczeniu po częstych tu wizytach arystokraty węgierskiego hrabiego Gyula Andrássy opisywanych w "Pressburger Zeitung" i w innych żurnalach. János Bangya[11] redaktor tegoż pisma ukazującego się w Paryżu był znakomicie poinformowany o uchodźcach węgierskich. Wspominał o bojarze Callimachi i jego rodzinie, odnotował przyjazd księcia Andrása Strack-Erös, a teraz jego syna Mihály.
Gyula (Juliusz) Andrássy von Csíkszentkirály und Krasznahorka[12] znający języki obce, bogaty, atrakcyjny, mile widziany na tak zwanych "salonach", szczególnie przez damy, miał doskonałe koneksje z dyplomatami i prasą. Cenił księcia Andrása, którego znał z parlamentu węgierskiego, słyszał o nim w czasie walk o niepodległość, przyjaciela Bema, Petöfiego, krewnego kobiety kapitana huzarów. Obaj trzymali się z daleka od częstych i burzliwych dyskusji o powodach klęski rewolucji, którym przewodził premier ostatniego rządu węgierskiego Bertalan Szemere i oskarżał Kossutha o zdradę. Wtórował mu redaktor János Bangya.
Na Węgrzech trwał obłędny terror[13]. Zemsta dotykała wielkich i małych. Węgrzy mieli po wieki zapamiętać, że nie są narodem, a jedynie ludem mówiącym jeszcze po węgiersku i to tylko dzięki łaskawości Cesarza.
Świeże rany krwawiły i bolały, rzecz to naturalna, ludzka, ale rozdrapywanie ich, miast je zabliźniać, było zwyrodnieniem. Dbali o to liczni agenci Cesarstwa Austriackiego[14].
*
Pewnego dnia osobisty messager[15] Jamesa Rothschilda przyniósł księciu zalakowany list. Umówili się, że wymiana korespondencji między nimi odbywać się będzie przez wiadomych posłańców, zaraz po przeczytaniu książę pocztę spali, a dzieląc się wiadomościami z innymi, nie poda ich źródła.
Czytał, chodząc po pokoju, bo podane informacje były tak radosne, że nie sposób było usiedzieć. Kopertę starannie na razie schował i zszedł do salonu, głośno wołając:
- Do mnie, do mnie kochani! Wspaniałe wiadomości!
Dochodzili spiesznie. Głośna emocja Andrása wskazywała na coś niespodzianego. Usiedli, oddech łapiąc, a książę nakazał służącym otworzyć kilka butelek szampana.
- Co się stało? Co się stało? - wołali jeden przez drugiego.
Bliźnięta, siedząc na kolanach Mihálya i czując nieznane im wibracje, rozpłakały się jak należy.
- Wiadomości od nas, z Siedmiogrodu... - przerwał, bo głosu wydobyć nie mógł. - Dobre, dobre, cudowne... Już lepiej, a więc: Magdolna urodziła syna, Árona, Sarolta córkę, Ibolyę, a Orsolya syna, Onufrego!
Zerwali się na równe nogi, radości nie wstrzymując i kieliszkami się stukając.
- A to siurpryza! - wołała Catalin. - Dymitr i András godnie pozdrawiają swoje kuzynostwo.
- Nie zapomnijmy o babci i dziadkach! Wypijmy za ich radość! - wołała Florica. - I czas na mnie.
Spojrzeli na nią pytająco.
- Nie, nie mam brzucha. Czas kawalera znaleźć, bo starą panną będę i wstyd rodzinie przyniosę.
Śmiali się serdecznie.
- Usiądźcie. Dobra nasze uratowane. Nie podlegają sekwestrowi. Franciszek i Mátyás wrócili z niewoli, są w Zamku. Ojcami zostali w pełnej swojej świadomości. Matki po porodach w dobrym zdrowiu. Pongrác i Rózsa wraz z końmi zeszli z gór i dalej prowadzić będą stajnie. Pál i Nepomucen ukrywają się w górach koło Kézdivásárhely. Skrzyknęli ludzi z oddziału Gizelli i Kristófa i prowadzą walkę leśną. Za więzionego, zamordowanego Siedmiogrodziana wypad z lasu i represja. Magdolna zaś chce warsztaty odbudować, produkty gospodarcze wyrabiać, a po kryjomu, jak żartuje, armaty odlewać.
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
[1] Éljen Magyarország! (węg.) - Niech Żyją Węgry!
[2] kąpieliska Karlowe Wary - dzisiaj
[3] maître d'hôtel (fr.) - szef służby hotelowej lub restauracyjnej
[4] Grossglockner - najwyższy szczyt górski w Austrii - 3798 m n.p.m.
[5] postakocsi (węg.) - wóz pocztowy, dyliżans
[6] Faeton - czterokołowy pojazd konny.
[7] cr?me de la cr?me (fr.) - przenośnie: śmietanka towarzyska
[8] Mon Dieu! (fr.) - Mój Boże!
[9] Raus! Schneller! Schneller! (niem.) - Wyjść! Szybciej! Szybciej!
[10] Marsch! (niem.) - Wymaszerować!
[11] János Bangya - w czasie rewolucji w 1848/1849 r. pułkownik węgierski i szef policji w twierdzy Komarno. Poszukiwany listem gończym przez Austriaków, wyjechał do Hamburga i tam został agentem austriackim. Niedługo po tym przeniósł się do Paryża, donosząc o węgierskiej i niemieckiej emigracji policji - paryskiej, wiedeńskiej i pruskiej. Współpracował z innym utalentowanym agentem Gusztávem Zerffi. Rozpowszechniali z powodzeniem fałszywe informacje o Kossuthu, by go izolować i skompromitować (Na podstawie: Paul Lendvai, Węgrzy).
[12] Csíkszentkirályi és krasznahorkai gróf Andrássy Gyula Andrássy (po węgiersku).
[13] Nakazujący ten gwałt, namiestnik cesarza feldmarszałek Juliusz baron von Haynau zakończył swój podły żywot w zakładzie dla obłąkanych.
[14] Dostępne jakiekolwiek notatki na wszystkich kontynentach świata, opowiadają o agentach dobrze opłacanych i mających wpływ na sumienia ludzi. Był to, jest i będzie opłacalny interes! (przyp. aut.).
[15] messager (fr.) - posłaniec