I
Czwartek, 11 sierpnia 2022 r.
Kiedy stawiam przed sobą zadanie lub cel, mały bądź nieco bardziej skomplikowany, napotykam na przeszkodę, która jest jak ściana lub szklany sufit. Nie potrafię go przebić - zatrzymuję się. Słyszę krytyczny głos mojego męża w swojej głowie: "Po co to robisz? Jesteś niepoważna, śmieszna. Mam dość umniejszania mi, mojej wartości i pracy, którą wykonuję".
Towarzyszy mi nieprzyjemne uczucie lęku przed porażką, które niczym fala przechodzi wręcz w samo poczucie porażki. Odnoszę wrażenie, że niepowodzenie już nastąpiło w mojej wyobraźni i tylko czeka, aby się urzeczywistnić. Znów coś mi się nie udało. Odkładam do swojej kolekcji porażek następną dietę, kolejny projekt czy plan. Ciągle mam poczucie, że nie jestem wystarczająco dobra, żeby być szczęśliwa - nie jestem godna radosnego i lekkiego życia.
Mój ogród jest zaniedbany, kwiaty niemal przestały kwitnąć, niektóre zwiędły i opadły. Coraz trudniej jest mi wypełniać zadania, które dawniej nie sprawiały mi problemu. Wykonuję tytaniczną pracę, która nie przynosi żadnych owoców. Czuję się wypalona. Kiedy uda mi się cokolwiek zrealizować, nie mam satysfakcji, tylko myślę o kolejnej rzeczy do zrobienia. Gdyby chodziło jedynie o ogród w świecie fizycznym, po prostu wyrwałabym te chwasty z korzeniami. Z wewnętrznym ogrodem moich myśli jest trudniej.
Nie mam siły już tak dalej żyć. Gdyby można było z tym skończyć i poczuć lekkość, radość, bez lęku przed porażką i samotnością, byłabym w siódmym niebie. To jest mój szklany sufit, którego nie potrafię przebić. Dużo kobiet ma swój szklany sufit.
Gdybym mogła cofnąć się w czasie, nie wyszłabym za niego za mąż. Gdybym mogła zbudować siebie od nowa i miała do tego siłę, nie pozwoliłabym na to, żeby mnie zdominował i uzależnił od siebie emocjonalnie.
Mój mąż - człowiek z krwi i kości, żołnierz, który zamiast serca ma kamień - traktuje mnie jak rzecz nabytą, czerpie ze mnie energię jak z życiodajnego źródła. Jest niczym bluszcz, który oplata drzewo, pozbawiając je słonecznego ciepła. Z zewnątrz zachwyca, jest wręcz majestatyczny, tworzy z drzewem zgraną parę. Jednak w głębi jego natury można dostrzec, że to po prostu zwyczajny pasożyt, który sprawia wrażenie pożytecznej i pięknej rośliny.
*
Dziennik, który pisała od pierwszego stycznia dwa tysiące osiemnastego roku, wprowadził nieco harmonii wśród chaosu myśli. Pamiętnik był również świadectwem stanu jej małżeństwa, przeżyć autorki i nielicznych przyjemnych dni, w których miała nadzieję, że małżonek w końcu się zmienił.
Pomysł pisania pamiętnika podsunęła jej terapeutka. Na wsparcie emocjonalne ze strony męża nie miała co liczyć. Marek tylko bywał w domu, jak gość, który wpada na chwilę, żeby się najeść i wyspać.
Byli małżeństwem od pięciu lat, w czasie których stał się innym człowiekiem. Anna często się zastanawiała, czy to ona się zmieniła, czy przejrzała na oczy, gdy dostrzegła jego prawdziwą twarz. Nie przypominał już tego szarmanckiego mężczyzny, który nosił ją na rękach. Od zawsze wiele deklarował - że jest najważniejsza, że jest tą jedyną kobietą, miłością jego życia. Być może deklaracje były szczere na dzień ich złożenia, a jedynie upływający czas zweryfikował wartość słów i złożonych obietnic.
Kobieta odsłoniła okno, przesuwając dłonią białą firanę, aby przez chwilę zachwycić się zielenią parku, kontrastującą z szarym niebem. Jak to się stało, że pozwoliłam mu się zdominować? Przecież jestem wykształcona, mądra - zastanawiała się, odczuwając złość zarówno wobec siebie, jak i wobec niego. - Gdybym tylko mogła cofnąć czas, odzyskać życiową energię, poczucie własnej wartości i sprawczości, zyskać pewność, że mogę poradzić sobie bez niego. Żyjemy obok siebie, a nie potrafię oswoić lęku przed samotnością. Czuję się opuszczona, zdana na siebie, a jednocześnie zależna od męża. Nie potrafię od niego odejść, bo nie mam na to siły. Ciągle się boję, że sobie bez niego nie poradzę i że będę już zawsze sama. Pomimo tego, że teraz też nie ma go obok mnie, mam pewność, że raz na jakiś czas do mnie wróci i poświęci mi parę dni ze swojego życia, podczas których nie będę czuła się niekochana i niechciana. Potrzebuję świeżego powietrza - stwierdziła, wychodząc z błędnego koła myśli.
Wbrew pozorom połączone z ciszą i bezruchem rozmyślania i tkwienie w rozczarowaniu mogą przynieść owoce. Pozwalają dojść do głosu dawno ukrytym pragnieniom i potrzebom. Anna uświadomiła sobie, że trwanie w małżeństwie przynosiło jej cierpienie, a lęk przed samotnością paraliżował ją w takim stopniu, że nie potrafiła o siebie zadbać.
Bajka o pięknej miłości skończyła się w dniu ślubu. Zanim stanęli na ślubnym kobiercu, sprawiali wrażenie pary idealnej. W czasie miodowego miesiąca okazało się jednak, że nie we wszystkich sprawach potrafili osiągnąć kompromis. Ostatnie słowo należało do niego. Akceptował opinię żony pod warunkiem, że była zgodna z jego opinią. Różnice zdań stawały się między nimi kością niezgody. Zarzucał Annie, że wymyśla lub nie wie, co mówi. Na jej nieszczęście należała do kobiet, które tego typu traktowanie znoszą w milczeniu.
Łatwiej było jej nie komentować i ulec mężowi, niż się przeciwstawić, bo tak została wychowana - od zawsze była grzeczną dziewczynką, a potem rozsądną i ułożoną kobietą. Nie unosiła się gniewem, tłumiła go w sobie. Nie skupiała się na zaspokajaniu swoich potrzeb i pragnień, ponieważ uznawała, że to samolubne. Ukryła je więc głęboko i właściwie o nich zapomniała. Gdyby ktoś zapytał ją, co lubi lub czego pragnie, udzieliłaby odpowiedzi, która w istocie sprowadzałaby się do pragnień narzuconych jej przez męża. Po ślubie przyjęła preferencje małżonka za własne, żeby mieć spokój.
Uległość i przymykanie oczu na niewygodne sprawy to metody, które kobiety stosują od wieków, aby wytrwać w małżeństwie. Annie również przypadły one do gustu.
Po pięciu latach tłumienia złości, gniewu i smutku na jej szklanym suficie pojawiła się widoczna rysa zwiastująca zmiany. Z czasem pojawiały się kolejne - za każdym razem, gdy czuła się kontrolowana i lekceważona. Trudne emocje znajdują różne ujścia, jednak najbezpieczniejszym jest ich wypłakanie. Anna usiadła przy toaletce, rozmyślając o swoim dotychczasowym życiu. Spojrzała w lustro, jej oczy zaszkliły się, usta zadrżały.
- Mam dość - wyłkała. Po policzkach kobiety spłynęły dwie duże łzy. - Mam dosyć takiego traktowania. Nie mogę dłużej tego znosić. To nie jest miłość - powiedziała do swojego odbicia w lustrze.
Zazwyczaj unikała płaczu, ponieważ została nauczona, że nie wolno płakać oraz grzeczne dziewczynki, do kategorii których powinna się zaliczać, są zawsze uśmiechnięte i miłe. Gorzkie łzy oczyściły jej ciało ze smutku, pozwoliły mu się uwolnić i odpłynąć.
Kiedy otarła ostatnią łzę, spojrzała jeszcze raz na swoje lustrzane odbicie. Poczuła się uwięziona w złotej klatce. Utknęła w labiryncie swoich lęków i tylko jedna osoba mogła przyjść jej z pomocą - ona sama, gdyby przestała kurczowo trzymać się przeszłości z obawy przed przyszłością.
Uczucia ponownie wylądowały na dnie serca. Z chłodem godnym Królowej Śniegu poprawiła makijaż i włosy, po czym wzięła torebkę, parasol i wyszła na spacer.
Brama do parku była dobrze widoczna z niewielkiego balkonu, do którego prowadziły okna wychodzące z sypialni i salonu. Mieszkanie usytuowane w kamienicy z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku zostało urządzone w nowoczesnym stylu, który kontrastował z secesyjną fasadą budynku. Marek nie znosił antyków - uznawał je za nic niewarte starocie.
Po wejściu do parku Anna zauważyła siedzącą na drewnianej ławce Cygankę w podeszłym wieku, która była otulona bogato zdobioną chustą, przetykaną złotymi nićmi. Kobieta bezskutecznie zachęcała przechodniów do skorzystania z jej wróżbiarskich usług. Annie zrobiło się jej żal. Podeszła do niej i zapytała:
- Czy zechciałaby mi pani powróżyć?
- Z przyjemnością, dziecinko - odparła staruszka.
Kobiety spojrzały sobie w oczy i nawiązały nić porozumienia. Wzrok Cyganki nie miał w sobie nic złowrogiego, wręcz przeciwnie: promieniował niezwykłym ciepłem. Anna miała wrażenie, że ją zna.
Starsza pani ujęła jej dłoń, przyjrzała się wnikliwie i ze spokojem powiedziała:
- Jesteś zagubiona, ale odnajdziesz drogę do domu. Spełni się twoje pragnienie. Będziesz szczęśliwa.
Anna, słysząc te słowa, uśmiechnęła się delikatnie.
- Dziękuję za dobrą wróżbę. Ile się należy? - zapytała.
- Wedle uznania. Nie wierzysz we wróżby, prawda?
- Nie wierzę - przyznała. - Co ma się stać i tak się stanie.
- Stanie się to, czego pragniesz, jeżeli naprawdę w to uwierzysz. Pamiętaj, że dusza jest doskonałą przewodniczką na planecie Ziemia. Wystarczy pozwolić jej dojść do głosu.
Anna spacerowała alejkami parku, rozmyślając o tym, czego najbardziej pragnie. Marek miał niebawem wrócić z wyjazdu służbowego, więc próbowała nastroić się i zebrać siły na odpieranie kolejnych prób manipulacji, kontroli i dominacji z jego strony. Chciała siebie chronić, choć czuła, że nie ma wystarczająco mocy ani na to, aby z nim walczyć, ani na to, aby od niego odejść. Gdyby tylko mogła cofnąć czas, jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Te myśli kołatały się w jej głowie, a ona czuła, że choć w czasie i przestrzeni porusza się naprzód, pod względem mentalnym i emocjonalnym wciąż tkwi w miejscu.
Przechodząc obok miejskiego muzeum, zauważyła afisz informujący o wystawie plakatów Les Gémeaux Michela Bouveta. Postanowiła wejść do środka. Prezentowane prace nawiązywały do spektakli teatralnych. Przykuwały jej uwagę. Przyglądała się z zaciekawieniem każdemu eksponatowi.
Anna nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio była w teatrze. Idąc za głosem serca, skierowała się do Teatru Dramatycznego imienia Sary Bernhardt. Wokół klasycystycznego budynku w kamiennych donicach kwitły okazałe hortensje o pastelowych barwach bieli, błękitu i różu. Afisze zamieszczone na tablicy z ogłoszeniami informowały o nachodzących premierach, wśród których znalazły się: Antygona, Dzika kaczka i Hamlet. Anna kupiła bilety na każdy z tych spektakli i poczuła, że odzyskała część siebie - tę, o której zapomniała w dążeniu do bycia najlepszą żoną, kiedy odgrywała rolę, której już dawno nie chciała grać.
Po drodze do domu wstąpiła jeszcze do biblioteki odebrać książkę o terapii behawioralnej. W bibliotecznej galerii odbywała się wystawa rzeźb inspirowanych kulturą słowiańską. Uwagę kobiety przykuło dzieło zatytułowane Wzór kobiecości, inspirowane paleolityczną Wenus. Obfite kształty w niczym nie przypominały tego, co uchodziło za wzór kobiecości wyznawany przez jej męża.
Odkąd zaczęli się spotykać, zwracał uwagę na kobiety o smukłych kształtach. Dzięki niemu Anna znała wszystkie diety na pamięć. Utrzymywała w ryzach swoją wagę, żeby nadal podobać się mężowi, ale i tak nigdy nie czuła się wystarczająco piękna. Wiedziała, że jest porównywana do innych - kobiety wyczuwają takie rzeczy.
Znużona długim spacerem i odżywiona sporą dawką kultury, zasnęła po wypiciu kilku łyków ciepłej herbaty i przeczytaniu paru stron porad dotyczących radzenia sobie z lękami poprzez stosowanie terapii behawioralnej. Jej wyczerpane ciało potrzebowało snu. Nieświadomie zmieniła dotychczasową ścieżkę życia, podążając tym razem w kierunku swoich pragnień i potrzeb.