Rozdział IV
Shannigan
Kiedy Arthur Howison znalazł się pośrodku mostu, zatrzymał się na chwilę i skierował wzrok na obie części San Andreas: różniły się między sobą pod względem charakteru tak wyraźnie, jak gdyby dzieliły je tysiące mil i wiele stuleci, nie zaś wąski strumyk.
Amerykańska część miasta miała regularny układ domostw, a ponad obszerne dachy wznosiły się wierzchołki drzew, rosnących wzdłuż ulic od trzydziestu już lat. Tu czuło się atmosferę dobrobytu i komfortu. Ale po drugiej stronie rzeczki widać było chaotyczną plątaninę małych, czworokątnych lepianek z suszonej gliny, pomalowanych na biało i odbijających ostro jaskrawy blask słońca. Tu i ówdzie rosło kilka drzew; ale wyglądały teraz tak, jakby zielone gałęzie stanęły w płomieniach.
Howison spoglądał na tę część miasta, mrużąc oczy, po czym potrząsnął głową. Jednak dom, którego adres miał na kartce w kieszeni, musiał znajdować się właśnie tam, ruszył więc przed siebie wolnym, miarowym krokiem, typowym dla mężczyzn w średnim wieku.
Na zakurzonych i krętych uliczkach dzielnicy meksykańskiej upał dawał się jeszcze bardziej we znaki. Howison kilkakrotnie zdejmował kapelusz i ocierał pot z czoła zupełnie już mokrą chusteczką.
Wreszcie zauważył grupkę młokosów, bawiących się mimo żaru na brudnej ulicy. Było ich z pół tuzina. Zwrócił się do nich, jako że adres otrzymany uprzednio nie był zbyt dokładny. Potrzebował dodatkowych informacji. Nie mówił biegle po hiszpańsku, ale wystarczająco dobrze, by zadać pytanie:
- Może mi powiecie, gdzie mógłbym znaleźć se?ora Shannigana?
Momentalnie zapadła cisza, tumany kurzu leniwie opadały na ziemię. Po chwili najstarszy z grupy powiedział:
- On chce do se?ora!
- Ale przecież o tej porze to niemożliwe - odparł natychmiast drugi.
- Przybywam z bardzo daleka - oświadczył Arthur Howison - i muszę zobaczyć się z panem Shanniganem. Pokażcie mi tylko, który to jego dom.
Pokazali mu go. Dom był oddalony od placu o niecałe sto metrów i wyglądał jak długa, wysoka i otynkowana na biało ściana, w której znajdowało się jedno wejście - na podobieństwo portalu w zamku. Howison zapukał, ale jeden z chłopców wskazał na uchwyt sznurka od dzwonka i pociągnął dwa lub trzy razy. Z głębi domu dobiegł ich przytłumiony dźwięk gongu. Chłopcy rozpierzchli się w mgnieniu oka.
Drzwi otworzyły się, a w cieniu pojawiła się niebieskooka dziewczyna, w wieku co najwyżej dwudziestu lat.
W pierwszej chwili dostrzegła tylko chłopców, zawołała więc do nich po meksykańsku:
- Ach wy, nicponie, jeśli nie przestaniecie przeszkadzać, podam se?orowi wasze imiona!
Jej słowa wywołały zgodny, żarliwy protest wyrostków.
- My tylko przyprowadziliśmy jego przyjaciela!
Dopiero teraz zauważyła Howisona i skinęła głową.
- O tej porze se?or nikogo nie przyjmuje - oświadczyła. - Będzie pan musiał przyjść do niego kiedy indziej.
- Ale kiedy? - zapytał Howison, przytrzymując ręką drzwi, które dziewczyna chciała już zamknąć. - Przebyłem szmat drogi. Czy pani mówi po angielsku?
- Oczywiście, dlaczego nie miałabym znać angielskiego? - zapytała i zmierzyła go bardzo otwartym i krytycznym spojrzeniem.
- Sprawa, z jaką tu przybyłem, jest niezwykle ważna i pilna - wyjaśnił Howison. - Faktem jest, że liczy się każda minuta. Jeżeli w ogóle mógłbym widzieć się z panem Shanniganem, muszę uczynić to natychmiast!
- Doprawdy? - zapytała dziewczyna tak obojętnie, jakby jego słowa nie wywarły na niej żadnego wrażenia. - Tylko że teraz jest pora poobiedniego odpoczynku i se?or nigdy nie przyjmuje w tym czasie. Dziś i tak złamał już raz tę regułę. Ktoś jest teraz u niego.
- A więc, skoro załatwia teraz interesy, proszę mnie do niego wpuścić - nalegał Howison.
Spojrzała na niego niezdecydowanie i lekko potrząsnęła głową.
- Może stracę przez to posadę - powiedziała - ale dobrze, zaryzykuję. Odczepię potem dzwonek, żeby nikt już dziś nie przeszkadzał. Proszę wejść!
Wprowadziła go do małego pokoju, pogrążonego w cieniu i cudownie chłodnego. Przez środek przepływał strumyk i Howison dostrzegł teraz płytkie wgłębienie w podłodze, przeznaczone na odpływ wody. Dwa lub trzy fotele z plecionej wikliny zdawały się zapraszać strudzonego gościa, by usiadł i odpoczął. W kącie stał parawan zmontowany z indiańskich pióropuszy, a na ścianie wisiała głowa jaguara z wyszczerzonymi zębami. Mebli nie było dużo, ale przynajmniej tyle, że Howison odniósł wrażenie, jakby po skąpanej w słońcu ulicy znalazł się w małym, egzotycznym, zacisznym świecie.
- W jakich godzinach przyjmuje mister Shannigan? - zapytał.
- Od wpół do ósmej do ósmej rano - wyjaśniła - jeżeli nie śpi i od wpół do siódmej do siódmej wieczorem, o ile jest akurat w domu.
Nie mógł pohamować gestu zdziwienia.
- Ale skąd ludzie mają wiedzieć, czy nie śpi, albo czy jest w domu?
- Nikt tego nie wie. Po prostu trzeba próbować - odparła. - Pójdę teraz i powiem mu, że chciałby się pan z nim zobaczyć.
Otworzyła jakieś drzwi.
- Nie, jest jeszcze zajęty - oznajmiła.
Howison wyjrzał przez drzwi na wewnętrzny dziedziniec, ocieniony kilkoma niewysokimi, lecz rozłożystymi akacjami. W samym środku patia6 połyskiwała srebrzyście sadzawka, cienki strumyk wody z fontanny bił w górę i z orzeźwiającym pluskiem wpadał z powrotem do sadzawki.
W tym samym momencie Howisona dobiegł szorstki, męski głos, mówiący po hiszpańsku:
- Czy słyszysz mnie, Pedro?
- Słyszę każde słowo, se?or - odparł ktoś młody o wystraszonym głosie.
- Jesteś wpisany do akt policyjnych. Mają cię zatem na oku. A ja będę na ciebie uważał. Jeśli dam im znać, oni przyjdą po ciebie. Naprawdę myślisz, że nie wiem, jaki z ciebie gałgan?
- Se?or wie wszystko - odparł tamten pokornie.
- Wiem, że grywasz ciągle w karty i że nauczyłeś się przy tym różnych sztuczek. Będę na ciebie uważał, Pedro, pamiętaj o tym. A teraz idź do hallu i poczekaj. Mam coś do powiedzenia twemu ojcu.
Howison usłyszał echo oddalających się spiesznie kroków, a następnie ten sam szorstki, choć przyciszony nieco głos:
- Więc tak, Jose: ostrzegłem go i jeśli będzie pan nadal postępował tak głupio, zmusi mnie tym samym do spełnienia groźby. Od tej pory nie może pan działać jak człowiek pozbawiony rozumu. Chłopiec jest w porządku. Może trochę leniwy, ale w jego wieku to normalne. Lubi hazard. Ale karty lubią wszyscy chłopcy, którzy mają odwagę zaryzykować pieniądze. Pan siedzi tylko przez cały czas w domu i patrzy na niego wilkiem, uważa, że chłopiec jest zły i mówi mu to prosto w oczy. A przecież należy być z niego dumnym i okazywać mu to. Jeśli jeszcze raz wywoła pan awanturę i skrzyczy syna, ja umywam ręce. Pan go nie rozumie, natomiast pańska żona rozumie go doskonale. Proszę iść teraz do domu i przekazać jej ode mnie, że może zajmować się chłopcem po swojemu.
Po chwili dało się słyszeć stłumione, pokorne mruczenie, a potem szybkie kroki.
Frontowe drzwi zamknęły się donośnie.
- Zobaczę, czy mister Shannigan będzie mógł teraz z panem porozmawiać - powiedziała dziewczyna i przeszła do drugiego pomieszczenia.
Arthur Howison był człowiekiem na wskroś prawym, a jednak nie potrafił się oprzeć pokusie, aby udać się za nią, przekręcić gałkę w drzwiach i uchylić je choć trochę. Dzięki temu już bez trudu podsłuchał całą rozmowę.
- Jest jeszcze ktoś do ciebie, Sam - dobiegł go głos dziewczyny.
- Nie, koniec na dzisiaj.
- Wygląda... - zaczęła znowu.
- Nie chcę wcale wiedzieć, jak on wygląda - przerwał tamten.
Howison zerknął przez lekko uchylone drzwi i ujrzał mężczyznę rozpartego w obszernym, niskim fotelu, z poduszką pod głową.
W patio można było znaleźć kilka idealnie ocienionych miejsc, Shannigan wybrał jednak takie, gdzie ostre promienie słońca padały wprost na jego śniadą twarz.
Mógł uniknąć ich, przesuwając nieznacznie głowę na bok.
Zamiast tego, wolał zamknąć oczy.
- Ten człowiek przybył z daleka - nalegała dziewczyna - i wygląda na takiego, co daje łatwą pracę i duże pieniądze.
- Dlaczego łatwą? - zapytał Shannigan.
Mówiąc to, założył swoje długie, szczupłe ręce pod głowę.
Ich widok zaintrygował Howisona, stanowiły bowiem wyraźny kontrast z resztą ciała. Wszystko inne w nim było masywne: ramiona i klatka piersiowa, okryte albo przez warstwę tłuszczu albo dobrze rozwiniętymi mięśniami, jak również twarz, która przykuwała uwagę grubymi rysami, ale i ich nieskazitelną symetrią. Przypominała twarze na posągach dawnych faraonów egipskich, wykute przez artystów w twardym diorycie7 i obdarzone przez nich chłodem i pełnym okrucieństwa uśmiechem boga, pół-bożka i pół-zwierzęcia, ale zarazem wykończone pieczołowicie, z zadziwiającą starannością.
Była to najbardziej szpetna i najbardziej sroga ludzka twarz, jaką Howison widział kiedykolwiek; sprawiała wrażenie, jakby wykonano ją z brązu, taki przynajmniej miała kolor i metaliczny połysk. Wyraziste, mocno zarysowane kości policzkowe, szeroka szczęka, grubo ciosane czoło, rosłe, a przy tym jakby cofnięte ku górze, wszystko to było mimo swej masy idealnie wykończone. Podobnie prezentowały się duże, lekko skośne, orientalne oczy i szerokie usta o grubych wargach - najbardziej uderzający ponury rys tej nader okrutnej twarzy.
Podobnie jak podczas oglądania jakiegoś pomnika można zauważyć, że pod wpływem refleksów świetlnych zmienia się on w zależności od kąta, pod jakim nań patrzymy, ulegał też zmianie wraz z każdym poruszeniem głowy wygląd tego postawnego mężczyzny. Chwilami sprawiał wrażenie dwudziestoparoletniego młodzieńca o raczej chłopięcym jeszcze ukształtowaniu twarzy, innym razem mógł uchodzić za potwora o nieokreślonym, ponadczasowym wieku. Stwarzał pozór człowieka otwartego, a jednak biło z niego coś z bezwzględnej zagadkowości sfinksa8, tak jakby wiedział doskonale o wszystkim, a jednak świadomie wybierał zło.
Najbardziej jednak zdumiewały jego ręce. Nie jawiły się jako potężne łapy, choć dłonie o długich palcach przywodziły na myśl mocarne szpony drapieżnych ptaków. Były to ręce iluzjonisty występującego na scenie, by pokazać widzom sztuczki magiczne.
Nigdy wcześniej Howison nie widział twarzy tak odpychającej, a zarazem tak fascynującej.
Howison zaryzykował tylko jedno spojrzenie przez drzwi, a potem przymknął je z powrotem - w obawie przed wszystko widzącym okiem pana domu, który w każdej chwili mógł dostrzec szpiega.
Nadal docierało do niego każde słowo z rozmowy, która wydawała mu się bardziej groteskowa i nie na miejscu, niż mógłby to sobie wyobrazić.
- Dlaczego myślisz, że ma dużo pieniędzy? - zapytał Shannigan.
- Ma na sobie ubranie - odparła - które może być dziełem dobrego krawca, ma jednak w sobie również coś z dawnego kowboja. Jego opalenizna na pewno bierze się z częstego przebywania pod gołym niebem od wielu lat. On nawet mruży oczy jak kowboj. To kowboj, który starał się osiągnąć coś w życiu. Najwidoczniej powiodło mu się i to tak, że ho-ho! A teraz ma tyle pieniędzy, że nie wie nawet, co z nimi począć, możesz mi wierzyć.
- Masz znakomity wzrok, Mary - powiedział Shannigan głosem, który zabrzmiał jak miękki, wzmagający się bas zagrany na ostatnim rejestrze wielkich organów. - Masz znakomity wzrok i jesteś u mnie wystarczająco długo, by wiedzieć, jak z niego korzystać.
- Chciałabym zapomnieć o wszystkim, czego się od ciebie nauczyłam - szepnęła. - Chciałabym odrzucić to wszystko gdzieś daleko.
- Mówisz teraz jak osoba słaba i głupiutka - zaprotestował. - Ale powiedz mi, droga Mary, czemu sądzisz, że on zaoferuje łatwe dla mnie zadanie?
- Bo ono wiąże się z przelaną krwią - odparła z ogniem w oczach - a takie zadania nigdy nie były dla ciebie czymś trudnym. Są jak stworzone z myślą o tobie. Takie właśnie sprawy lubisz najbardziej!
- Mary - powiedział - stajesz się wyjątkowo urocza i nadejdzie w końcu dzień, kiedy będę musiał dokonać wyboru.
- Jakiego wyboru? - zapytała.
- Ożenić się tym z tobą albo skręcić ci kark - odparł głosem głębokim, choć jednocześnie łagodnym; jeszcze przez chwilę słyszała, jak wibruje w powietrzu.
- Wolałabym już, żebyś skręcił mi kark, niż został mym mężem.
- Naprawdę? Chodź, moja droga, podejdź do mnie.
- Nie zbliżę się do ciebie.
- Zbliż się i podaj mi rękę - nalegał Shannigan.
Potrząsnęła głową, ale mimo to postąpiła krok do przodu i pozwoliła, by ujął jej dłoń.
- To ładna i mądra ręka, Mary - powiedział. - Ręka na pół mądrej kobiety i na pół głupiutkiej dziewczyny. Dlatego właśnie mnie irytujesz, bo składasz się z dwóch części. Gdybyś była z jednego odlewu, wiedziałbym, jak z tobą postępować.
- Sama zajmę się sobą, pięknie dziękuję - odparła.
- Chyba wkrótce zaczniesz nienawidzić mnie bardziej, niż w połowie, prawda, Mary?
W głosie Shannigana nie wyczuwało się ani kokieterii, ani irytacji; jedynie chłodną, bezosobową ciekawość, która sprawiła, że krew w żyłach Howisona zastygła na moment.
- Zawsze nienawidziłam cię w połowie - powiedziała dziewczyna.
- Dlaczego więc nie odchodzisz stąd? - zapytał. - Możesz przecież iść, dokąd chcesz. Mam wystarczająco dużo pieniędzy, by dać ci na drogę.
- Dostałam już dosyć pieniędzy od ciebie - odparła. - Dzięki nim mogłam nauczyć się wiele, a także bywać tu i tam. Trzeba z tym wreszcie skończyć, Samie.
- Dobrze więc, idź własną drogą. Myślę, że za pół godziny będziesz już spakowana i odejdziesz stąd, co?
- Nienawidzę cię trochę bardziej, niż do tej pory, kiedy uśmiechasz się w ten sposób.
- Uśmiecham się, gdyż wiem, że nie odejdziesz - wyjaśnił. - Powstrzymuje cię ciekawość, może się mylę?
- Chcę ujrzeć, jak ptaszek wpada w sidła. A wiem, że nastąpi to lada dzień.
- Jesteś złośliwa - odparł Shannigan, a uśmiech błąkający się na jego grubych wargach stał się bardziej wyrazisty i okrutny.
- Wcale nie - zaoponowała Mary. - Czekam tylko na sytuację, do jakiej sam dążysz, na sytuację, która będzie wymagała całej siły, jaką posiadasz, i całego sprytu. Dobrze wiesz, że o to ci właśnie chodzi!
Uśmiechnął się, patrząc na nią przez na wpół przymknięte oczy.
- Pięknie, Mary! - powiedział. - Widzę, że zaprzątasz sobie głowę różnymi myślami, nawet nie tak prostymi.
Uwolnił z uścisku jej dłoń.
- Ten człowiek czeka - przypomniała mu. - Mam go odesłać?
- Nie, zdenerwowałaś mnie trochę i muszę teraz dojść do siebie. Najlepiej wdam się w rozmowę z tym bogaczem, który - jak twierdzisz - ma dla mnie jakieś ciekawe zadanie. Wprowadź go tu. Gdzie on jest?
- W małym pokoju z parawanem.
- W takim razie na pewno słyszał wszystko, o czym rozmawialiśmy. Idź już, Mary. Czasem wcale nie jesteś tak przydatna, jak byś mogła być.
Howison zamknął ostrożnie drzwi i wrócił na fotel. Usiadł, splatając dłonie jak ktoś, kto czeka w tej pozycji od dłuższego czasu. Nie miał żadnych wyrzutów sumienia, że podsłuchał tę rozmowę. Usprawiedliwiał się w duchu, że właśnie wejrzał w głąb jakiegoś systemu funkcjonującego w tak niezwykły sposób, że zapewne nie uwzględnia jakichkolwiek zwykłych, uznawanych przez człowieka zasad i reguł.
Scena z Piękną i Bestią9, jakiej przed chwilą stał się częściowo przypadkowym świadkiem, zaintrygowała go tak przemożnie, że niemal zapomniał o własnym problemie.
Do pokoju weszła Mary.
- Mister Shannigan przyjmie teraz pana - powiedziała. - Czeka w patio.
Zamknęła za nim drzwi.
Howison stanął w progu i wstrzymał oddech; odniósł raptem niejasne wrażenie, jakby znalazł się w niewielkim, zamkniętym pomieszczeniu razem z groźnym lwem.
Shannigan wstał z fotela. Teraz nie wydawał się zbyt wysoki, może nawet nie miał sześciu stóp10 wzrostu. Nie wyglądał już też tak imponująco; mógł uchodzić raczej za człowieka tłustego, nalanego, niż silnego. Kiedy postąpił krok do przodu, wychodząc na spotkanie gościa, zmieniła się również jego twarz: pojawił się na niej uśmiech tak łagodny, a jego oczy spoglądały tak otwarcie i szczerze, że większość uprzedzeń, jakie miał dotychczas Howison, rozwiała się w jednej chwili.
Poczuł silny uścisk dłoni, a w następnej sekundzie znalazł się - nie wiedzieć jak - na krześle. Shannigan siedział naprzeciwko, idealnie wyprostowany, a przy tym w idealnie swobodnej postawie. Uśmiech widoczny był tylko na jego wargach; w oczach widniała zagadkowa cierpliwość.
- Sądzę - odezwał się Howison - że powinienem zacząć od przeprosin za zakłócenie pańskiego wolnego czasu.
- Nikt nie powinien przepraszać za to, że uczynił coś, czego pragnął - odparł Shannigan.
- Dobrze więc - powiedział Howison i uśmiechnął się z lekka, słysząc te podyktowane przez zdrowy rozsądek słowa. - W takim razie przejdę od razu do sedna sprawy, z jaką przybyłem. Na początek jedno pytanie: czy to prawda, że podejmuje się pan niekiedy prowadzenia specjalnych dochodzeń?
- Wyręczam prawo, owszem - skinął głową Shannigan.
- To, o co mi chodzi, oznacza właśnie działanie jak najbardziej poza prawem - mówił dalej Howison. - Zna pan Jacka Reynoldsa?
- Słyszałem o nim.
- Wie pan też, co mu się przytrafiło?
- Został wreszcie aresztowany, a teraz prowadzą go powoli do Deerfoot. Tam go zlinczują.
- Właśnie do tego nie wolno dopuścić - powiedział Howison. - Chciałbym dowiedzieć się, czy jest pan w stanie temu zapobiec.
- Reynolds ma brudną przeszłość. Dlaczegóż więc miałbym przeszkadzać w ukaraniu go?
- Ponieważ przyjaźniłem się z jego ojcem. Kiedy umarł, zostawił Jacka w pewnym sensie pod moją opieką, a ja nie wywiązałem się z tego zadania, jak należy. Teraz zorientowałem się, że Jack jest już jakby skończony - i poczułem wyrzuty sumienia. Jestem gotów zapłacić tyle, ile sprawa jest warta.
- Ile jest warta ta sprawa, określi stan pańskiego sumienia.
- Moje sumienie jest teraz w bardzo złym stanie - przyznał Howison.
- To poważne zadanie - zauważył Shannigan. - I bardzo powikłane. Może trzeba będzie przeciwstawić się rozjuszonemu tłumowi. Takie sprawy wymagają planu i czasu. My zaś nie mamy zbyt wiele czasu i nie możemy nawet myśleć o solidnym planowaniu.
- A więc jest pan zdania, że nie da się nic zrobić? - zapytał Howison.
- Tego nie powiedziałem - zaoponował Shannigan.
- Zapłaciłbym chętnie dziesięć tysięcy... nie, zapłaciłbym dwadzieścia tysięcy dolarów, gdyby znalazł pan sposób, aby wyciągnąć go z tarapatów.
- To jego pierwsza wpadka. Potem schwytają go po raz drugi. Reynolds będzie kusił los tak długo, aż zawiśnie na stryczku.
- Być może - wzruszył ramionami Howison, czując jednocześnie, że oblewa go zimny pot. - Miałbym jednak lepsze samopoczucie, gdybym uratował go choć raz i stworzył mu szansę wejścia na lepszą drogę.
Jego rozmówca skinął tylko głową.
- Proszę wymienić cenę - nalegał Howison.
Shannigan machnął niecierpliwie ręką i Howison znowu uświadomił sobie dobitnie, jak bardzo jest drobna w porównaniu z resztą ciała.
- O cenie pomówimy potem - powiedział Shannigan. - Nigdy nie biorę pieniędzy z góry.
- Ale tylko w ten sposób załatwia się interesy - zdziwił się Howison. - Potem może się wydawać, że wartość wykonanej pracy nie jest tak... - urwał.
- Ja załatwiam interesy tylko w ten sposób - oświadczył Shannigan. - Jeżeli mam dla pana pracować, to wyłącznie swoimi metodami.
- Chcę pana i aprobuję pańskie metody.
- Dziękuję - powiedział Shannigan. Potem dodał: - Potrzebuję jeszcze kilku informacji. Co Reynolds przeskrobał tym razem?
- Już kilkakrotnie oskarżano go o morderstwo. Teraz twierdzą, że udał się z dwoma kompanami na pustynię i wrócił do miasta bez nich.
- Jedna z tych prostych spraw?
- Na to wygląda.
- Ale pan lubi tego chłopca?
- Lubiłem jego ojca. A jeśli chodzi o Jacka, nie wywiązałem się ze swego zobowiązania.
- Czy on dziedziczyłby choćby część pańskiego majątku?
- Nie mam dzieci. Jack otrzymałby w razie czego sporą część tego, co posiadam.
- Jest pan człowiekiem majętnym?
- Posiadam bardzo dużo pieniędzy.
- To znaczy ile?
- Wolałbym tego nie mówić.
- Muszę wiedzieć - odparł niewzruszenie Shannigan.
- Według ostatniego szacunku siedem do ośmiu milionów dolarów.
- To wystarczająca ilość, by nabawić się kłopotów i to poważnych. Ludzie zabijają dla siedmiu milionów tak samo chętnie, jak dla siedemdziesięciu. Czuję, że ta sprawa zaczyna mi się podobać. - Umilkł na chwilę, a potem zapytał: - Jak pan się nazywa?
- Arthur Howison.
- Niech pan wraca do Deerfoot, mister Howison - poradził Shannigan. - Wkrótce i ja tam przyjadę, a wtedy będę miał dla pana wieści.
6 Patio (hiszp.) - w architekturze hiszpańskiej mały otwarty dziedziniec wewnętrzny, zwykle o kamiennej posadzce, często otoczony krużgankami.
7 Dioryt - ziarnista magmowa skała głębinowa o barwie szarej lub ciemnoszarej.
8 Sfinks - postać mitologiczna, przedstawiana najczęściej jako leżący lew z głową człowieka-boga lub władcy; zadawał zagadki.
9 Piękna i Bestia - baśń o dziewczynie, która z powodu obietnicy złożonej przez jej ojca musi zamieszkać z potworem. Jej miłość i zgoda na małżeństwo przywracają mu ludzką postać.
10 Stopa - tu: stopa angielska, miara długości równa 0,3048 m.