Rozdział 4. Upadek
4
Upadek
Stoję przed swoim panem, ale on ma to w nosie.
Ściany gabinetu wyłożono boazerią, na podłodze leży zabytkowy dywan,
który jego żelazny przodek zabrał z pałacu na Ziemi po upadku cesarstwa
indyjskiego, jednego z ostatnich wielkich państw, jakie przeciwstawiły
się Złotym. Jakież przerażenie musieli czuć naturalnie zrodzeni ludzie
na widok Zdobywców spadających z nieba. Człowiek idealny, ale niosący
kajdany zamiast nadziei.
Stoję przed biurkiem Augustusa, prostym meblem z drewna i żelaza, tuż
przed mającą siedemset lat krwawą plamą w miejscu, gdzie głowa
ostatniego cesarza indyjskiego została oddzielona od reszty ciała przez
doskonałego Złotego zabójcę.
Nero au Augustus głaszcze leniwie lwa, który leży obok biurka. Wyglądają
jak bliźniacze posągi. Za nimi rozciąga się kosmos. Iluminator wychodzi
na czerń, gdzie statki armady Berło wiszą jak ogromne golemy pogrążone w straszliwym śnie. Mijamy je na ostatnim odcinku naszej trzytygodniowej
podróży z Marsa.
Augustus zerka na biurko, na strumień danych przebiegający po drewnie.
Wydaje się, że minęło mnóstwo czasu, odkąd zabrał mnie na wycieczkę po
Marsie, żeby pokazać nasze dominia: od latyfundiów, gdzie nadCzerwoni
mozolą się przy uprawach, po wielkie obszary polarne, gdzie Obsydianowi
żyją w izolacji i średniowiecznych warunkach. Faworyzował mnie wtedy,
trzymał blisko siebie, uczył rzeczy, których nauczył go własny ojciec.
Byłem jego ulubieńcem, ustępowałem tylko Leto. Teraz on jest obcym
człowiekiem, a ja powodem do wstydu.
Minęły dwa miesiące, odkąd Karnus pobił mnie w Akademii. Chociaż włosy
mi odrosły, a połamane kości się zrosły, nie odzyskałem dobrej
reputacji. I dlatego mój staż u arcygubernatora jest w najlepszym
wypadku niepewny. Z każdym dniem przybywa mi wrogów. Ci nowi jednak wolą
szepty od brzytew.
Coraz bardziej wierzę, że Synowie Aresa wybrali niewłaściwego człowieka.
Nie jestem stworzony do tej walki na zimno, do polityki. Nie jestem też
stworzony do subtelności. Do diabła, w dowolniej chwili jestem gotowy
schować chłopaka w brzuchu zdechłego konia, ale nie potrafiłbym nikogo
przekupić, nawet gdyby zależało od tego moje życie.
Łagodny, ciepły głos przyzwyczajony do głoszenia półprawd sączy się
przez gabinet arcygubernatora:
- Trzy rafinerie. Dwa nocne kluby. I dwa posterunki policyjne Szarych.
Wszystkie wysadzono w powietrze, odkąd opuściliśmy Marsa. Siedem ataków,
mój panie. Pięćdziesiąt dziewięć ofiar wśród Złotych.
Pliniusz. Smukły jak salamandra, o skórze gładkiej jak u Różowego.
Politikos nie jest Niezrównanym Naznaczonym, nigdy nawet nie trafił do
Instytutu. Spogląda błyszczącymi oczami spod rzęs, które sprawiłyby, że
paw zawstydziłby się własnych piór. Przygaszona szminka pokrywa jego
wąskie wargi. Włosy ma ułożone w pukle i wypachnione. Jego ciało jest
szczupłe, ale muskularne w przyjemny dla oka, choć zupełnie zdawkowy
sposób, okryte zbyt ciasną haftowaną tuniką z jedwabiu. Dziecko mogłoby
sprać na kwaśne jabłko tego ślicznego kociaka w skórze mężczyzny. A jednak potrafi niszczyć całe rody, rzucając tu pogłoskę, tam żarcik.
Dysponuje zupełnie innym rodzajem siły. O ile ja jestem ucieleśnieniem
energii kinetycznej, o tyle on - potencjalnej.
Słyszałem, że jest także odpowiedzialny za zniszczenie mojej reputacji.
Tactus zasugerował, że to Pliniusz mógł skłonić Karnusa do aktu przemocy
w ogrodzie, albo przynajmniej zaaranżować, żeby holoKamery
zarejestrowały te chwile mojego "triumfu".
Obok Pliniusza stoi czwarta osoba w pokoju, Leto. To bystry lansjer,
dziesięć lat ode mnie starszy. Nosi włosy zaplecione w warkocze i ma
uśmiech jak sierp księżyca. Jest także poetą brzytwy, według niektórych
młodszą wersją Lorna au Arcos. Najpewniej to on odziedziczy posiadłości
Augustusa zamiast jego własnych potomków: Mustang i Szakala. Prawdę
mówiąc, lubię tego gościa.
- Synowie Aresa robią się zbyt śmiali - mruczy Augustus.
- Tak, mój panie. - Pliniusz mruży oczy. - O ile to rzeczywiście oni
stoją za tymi działaniami.
- A jaka jeszcze inna mrówka nas podgryza?
- O żadnej więcej nie wiemy, ale istnieją także pająki, kleszcze i szczury. Ataki bombowe są prostackie jak na robotę Aresa, mało
wybiórcze, nietypowo dla niego brutalne. Nie pasują do wzorca
obejmującego sabotaże techniczne i propagandę. Ares nie jest kapryśny,
więc z trudem przychodzi mi uwierzyć, że to on stoi za tymi
wydarzeniami.
Augustus marszczy brwi.
- Co zatem sugerujesz?
- Może istnieje inna grupa terrorystyczna, mój panie. Zważywszy że
według cenzusu mamy osiemnaście miliardów ludzi, trudno uznać, że jeden
człowiek ma monopol na wszystkie akcje terrorystyczne. Może to nawet
organizacja przestępcza. Pracowałem nad bazą danych, którą mogę się
podzielić...
Pliniusz ma rację. Ataki terrorystyczne, które dręczą ostatnio Marsa i inne planety, nie mają sensu. Dancer mówił o sprawiedliwości, nie o zemście. Te akcje są małostkowe i makabryczne: ataki bombowe w koszarach, w outletach odzieżowych, na bazarach, w kawiarniach dla
nadKolorów, w restauracjach. Ares nigdy nie zgodziłby się na coś
takiego. Przyciągają zbyt dużą uwagę, przynoszą zdecydowane za mało i prowokują Złotych do działania, do zniszczenia Synów Aresa.
Wysyłałem wiadomości do Dancera przez holoSkrzynkę. Nic. Tylko cisza.
Czy to możliwe, że nie żyje? Czy też Ares porzucił mnie na rzecz nowej
strategii ataków bombowych?
Pliniusz ziewa.
- Może Ares zmienił taktykę. To diabeł wcielony.
- O ile to w ogóle mężczyzna - odzywa się Leto.
- Ciekawe. - Augustus obraca się gwałtownie. - Uważasz, że nie?
- A dlaczego zakładamy, że Ares to mężczyzna? Może to kobieta. A równie
dobrze może okazać się grupą jednostek, co wyjaśniałoby niespójność
nowej strategii z poprzednią. - Leto odwraca się do mnie i patrzy
zachęcająco. - A co ty myślisz, Darrow?
- Nie dręcz Darrowa skomplikowanymi pytaniami! - grucha Pliniusz
obronnym tonem. - Niech to będą takie, na które wystarczy odpowiedzieć
tak lub nie, żeby się nie pogubił. - Posyła mi najbardziej litościwy z uśmiechów i ściska mnie współczująco za ramię. - Za przyjemnymi
uśmiechami kryje się proste, uczciwe stworzenie. Powinieneś o tym
wiedzieć.
Stoję tam i przyjmuję te słowa.
Pliniusz odwraca się ode mnie.
- W każdym razie, Leto, zapominasz o tym, że zaprojektowaliśmy kulturę
Czerwonych tak, żeby była wysoce patriarchalna. Ich tożsamość zbiorowa
skupia się wokół gromadzenia zasobów koniecznych do wstępnego
terraformowania Marsa. A żmudne fizyczne, wyczerpujące prace spadają na
barki mężczyzn. Nie pozwalamy wykonywać ich kobietom, nawet kiedy są do
tego zdolne, bo przestrzegamy Protokołu Stratyfikacyjnego. Widzisz więc,
że to nie może być kobieta, bo żaden Rdzawy prostak nie podążyłby za
kimś, kto nigdy nie pracował na świdroSzponie.
Leto uśmiecha się przebiegle.
- O ile Ares jest Czerwony.
Pliniusz i Augustus się śmieją.
- Może to obłąkany Fioletowy, który przeniósł się ze swoją grą na nową
scenę - proponuje Pliniusz.
- Albo Miedziany makler, który zwariował od wypełniania prowincjonalnych
zeznań podatkowych - dodaje Leto.
- Nie! Obsydianowy, który, śmiem zasugerować, wreszcie porzucił swój lęk
przed techniką i nauczył się korzystać z holoKamery. - Pliniusz klepie
się z uciechy w udo. - Oddałbym jedną z moich Róż, żeby tylko zobaczyć...
- Dość już, łaskawi panowie. - Augustus przerywa im, pukając palcem w blat biurka. Pliniusz i Leto uśmiechają się do siebie szeroko i odwracają się do arcygubernatora. - Co zalecasz, Pliniuszu?
- Tak, oczywiście. - Pliniusz odchrząkuje. - W przeciwieństwie do ich
propagandy i cyberataków, na brutalne zamachy odpowiedź jest łatwa. Czy
to Ares, czy też nie, trzeba zareagować. Nasze drużyny uderzeniowe są
gotowe przeprowadzić taktyczne ataki na kilkanaście ośrodków
treningowych terrorystów pod powierzchnią Marsa. Powinniśmy uderzyć już
teraz. Jeśli zaczekamy, pretorianie Suwerenki wezmą sprawy w swoje ręce.
Ludzie z Luny nie rozumieją Marsa. Wszystko zawalą.
- Głupiec ciągnie za liście, brutal ścina drzewo. Mędrzec wykopuje
korzenie. - Augustus milknie. - Powiedział to kiedyś mojemu ojcu Lorn au
Arcos. Te słowa wyryto w Sali Ostrzy w Nowych Tebach. Uderzenie w ośrodki treningowe nie da nam nic poza ładnymi obrazkami wybuchów w holoSieci. Mam dość politycznych zagrywek. Nasza strategia musi się
zmienić. Z każdym atakiem bombowym Suwerenka jest coraz bardziej znużona
moją administracją.
- Zarządzasz Marsem - mówi Leto. - Nie Wenus, nie Ziemią. Nasza planeta
nie należy do spokojnych. Czego ona się spodziewa?
- Efektów.
- O czym myślisz, mój panie? - pyta Pliniusz.
- Zamierzam zatruć korzenie tego drzewa, Synów Aresa. Chcę
zamachowców-samobójców, nie Szarych. Znajdźcie najpodlejszych,
najbrzydszych Czerwonych na Marsie, weźcie ich rodziny jako zakładników,
zagroźcie, że zabijecie ich synów i córki, jeśli ojcowie nie zrobią
tego, co im rozkażemy. Skupcie zamachowców-samobójców na powierzchni,
gdzie jest dużo młodzieży, i w dwóch wybranych kopalniach. Żadnych
kobiet. Chcę rozłamu w ich społeczeństwie. Kobiety przeciwko przemocy.
Jak niewiele jest warte tutaj życie. To raptem słowa na wietrze.
- Także w obszarach miejskich - kontynuuje arcygubernator. - Nie tylko
Brązowi i Czerwoni górnicy i rolnicy. Chcę mieć martwe Niebieskie i Zielone dzieci w szkołach albo pasażach handlowych, a obok pozostawione
symbole Aresa. A potem przekonamy się, czy inne Kolory nadal będą
śpiewać przeklętą piosenkę tej dziewczyny.
Serce zamiera mi na chwilę. Eo nawet sobie nie wyobrażała, że jej pieśń
tak się rozprzestrzeni: dotarła do holoSieci i przepłynęła przez cały
Układ Słoneczny, udostępniona ponad miliard razy dzięki anarchistycznym
grupom hakerskim. Raz za razem obawiam się, że ktoś mnie rozpozna. Może
niektórzy Złoci przegrzebią się przez archiwa i odkryją, że mąż Eo
nazywał się Darrow. Jednak nawet ja ledwie poznaję tego chudego jak
szkielet, bladego chłopaka. A jeśli idzie o imiona? Nie ma w archiwach
rzetelnych zapisów z imionami podCzerwonych. Miałem numer nadany mi
przez jakiegoś nadgorliwego Miedzianego administratora. L17L6363. I L17L6363 został powieszony, umarł na sznurze, a potem jego ciało zostano
wykradzione przez nieznanego sprawcę i prawdopodobnie pochowane głęboko
w kopalni.
- Zamierzasz zrazić inne kolory do Czerwonych, a potem Czerwonych do
Synów Aresa? - Pliniusz się uśmiecha. - Mój panie, czasem zastanawiam
się, po co w ogóle potrzebujesz moich usług.
- Nie traktuj mnie protekcjonalnie, Pliniuszu. To poniżej godności nas
obu.
Pliniusz się kłania.
- W rzeczy samej. Proszę o wybaczenie, mój panie.
Augustus znowu patrzy na Leto.
- Wiercisz się jak szczeniak.
- Boję się, że to pogorszy sytuację. - Leto marszczy czoło do własnych
myśli. - W tej chwili Synowie są uciążliwością, to fakt. Daleko im
jednak do naszych najpoważniejszych problemów. Jeśli to zrobimy, możemy
dolać oliwy do ognia. Co gorsza, będziemy wtedy równie winni jak oni
sami. Staniemy się terrorystami.
- Nie ma żadnej winy. - Pliniusz zerka od niechcenia na płynące dane na
swoim terminalu. - Nie, kiedy sam jesteś sędzią.
To nie uspokaja Leto.
- Mój panie, musimy rządzić, ponieważ jesteśmy najlepiej stworzeni do
kierowania rodzajem ludzkim. Jesteśmy królami-filozofami Platona.
Władamy w imię porządku. Zapewniamy stabilność. Synowie Aresa są
anarchistami. Im chodzi o chaos. Powinniśmy to wykorzystać. To powinno
być naszą bronią. Nie Szarzy atakujący nocą. Nie zamachowcy wśród
dzieci.
- Powinniśmy dążyć do wyższych celów? - pyta Pliniusz.
- Tak! Może należałoby rozkręcić kampanię medialną przeciwko Synom.
Darrow, nie zgodzisz się ze mną?
Znowu nie odpowiadam. Nie odezwę się, dopóki arcygubernator nie
dostrzeże mojej obecności. Nie ceni sobie bezczelności ani niestosownego
zachowania, o ile nie są dla niego korzystne.
- Idealizm. - Pliniusz wzdycha. - Godny podziwu u młodych ludzi, nawet
jeśli chybiony.
- Uważaj sobie z tym protekcjonalnym tonem, politikosie - warczy Leto,
przyglądając się znaczącemu uśmieszkowi na twarzy Pliniusza, na której
nie ma blizny Niezrównanego. - Twój plan powinien być mniej brutalny,
arcygubernatorze. Tylko o to mi chodzi.
- Brutalność. - Augustus pozwala, żeby słowo zawisło w powietrzu. -
Brutalność nie jest ani dobra, ani zła. To po prostu przymiot, cecha, w tym wypadku atrybut działania. Tymczasem musisz przeanalizować naturę
samego działania. Czy powstrzymanie terrorystów przed zabijaniem
niewinnych jest złe czy dobre?
- Dobre. Chyba.
- Zatem jakie znaczenie mają nasze metody, dopóki skrzywdzimy mniej
niewinnych, niż skrzywdziliby Synowie, gdybyśmy pozwolili im dalej
istnieć? - Augustus splata dłonie o długich palcach. - Jednakże w gruncie rzeczy to nie jest kwestia filozoficzna, lecz polityczna.
Synowie Aresa nie są zagrożeniem. W żadnym razie. To jedynie broń dla
naszych politycznych przeciwników, przede wszystkim dla domu Bellona,
którzy wykorzystają ich jako pretekst ku temu, żeby stwierdzić, że nie
potrafię zapanować nad Marsem. Kędzierzawi już próbują pozbawić mnie
funkcji gubernatora. Jak wiecie, tylko Suwerenka może to uczynić i nie
potrzebuje do tego nawet głosowania w senacie. Jeśli zechce, może oddać
Marsa innej rodzinie: Bellonie, naszym sprzymierzeńcom Julii, może nawet
komuś spoza planety. Nikt z nich nie będzie zarządzał Marsem równie
efektywnie jak ja. A kiedy Mars działa efektywnie, wszyscy na tym
korzystają, i ci na dole, i ci na górze. Nie jestem despotą. Ojciec musi
jednak trzepnąć dzieci po uszach, gdy próbują podpalić dom. Jeśli mam
zabić parę tysięcy dla dobra większości, dla nieprzerwanego strumienia
helu-3, dla obywateli tej planety, żeby mogli żyć w świecie, którego nie
rozrywa wojna, to tak zrobię. A to sprowadza nas do kwestii Darrowa au
Andromedus.
Teraz jego zimne oczy zatrzymują się na mnie, zaraz po tym, jak skazał
na śmierć tysiąc niewinnych ludzi. Nie umiem powstrzymać wzdrygnięcia,
kiedy narasta we mnie mroczna nienawiść. Pochylam głowę uprzejmie i z szacunkiem.
- Mój panie. Wezwałeś mnie?
- Owszem. I przedstawię powód krótko. Kiedy zabrałem cię z Instytutu i zatrudniłem u siebie, to była ryzykowna zagrywka. Zdajesz sobie z tego
sprawę?
- Tak.
- Myślałem, że twoje zasługi wystarczą, i uznałem, że twoja rywalizacja
z Cassiusem au Bellona jest zabawna na swój dziecinny sposób. Jednakże
krwawa waśń między wami stała się... - Zerka na Pliniusza. - ...uciążliwa
dla moich interesów, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i politycznym. Utraciliśmy znaczące dochody z powodu wzrostu ceł w handlu
z Rdzeniem, gdzie Bellona ma swoich stronników. Rody wahają się, czy
honorować umowy zawarte lata temu przy stołach negocjacyjnych. Zatem w ramach pojednawczego gestu wobec poszkodowanych stron postanowiłem
sprzedać twój kontrakt innemu rodowi.
Wzdrygam się.
- Mój panie... - próbuję wtrącić. Nie może do tego dojść. Pozbawi mnie
mojego miejsca, prawie trzy lata pracy pójdą na marne. - Gdybym mógł...
- Nie możesz. - Otwiera szufladę i nonszalanckim gestem rzuca swojemu
lwu kawał mięsa. - Podjąłem tę decyzję miesiąc temu. Nie ma sensu się ze
mną spierać. Nie jestem Żywym Srebrem negocjującym kontrakty terminowe
na lit. Pliniuszu...
- Szczegóły są dość proste, Darrow, więc poradzisz sobie z ich
zrozumieniem. - Pliniusz nie odrywa ode mnie wzroku. - Arcygubernator
był nadzwyczaj uprzejmy, uprzedzając cię o rozwiązaniu umowy, zgodnie z twoim kontraktem.
- Mój kontrakt mówi, że powinien zostać poinformowany z minimum
sześciomiesięcznym wyprzedzeniem.
- Jeśli przypomnisz sobie paragraf ósmy, ustęp C, klauzulę czwartą, to
owszem, powinieneś zostać poinformowany z sześciomiesięcznym
wyprzedzeniem, chyba że zachowasz się w sposób niegodny lansjera
szanownego rodu Augustus.
- To jakiś żart? - Patrzę na Leto i Augustusa.
- A śmiejemy się? - pyta sztywno Pliniusz. - Nie? Nikt nawet nie
prychnął ani nie parsknął?
- Wśród lansjerów zająłem drugie miejsce w klasyfikacji absolwentów
Akademii! Ty nie zdołałeś nawet zaliczyć Instytutu.
- Nie, nie chodzi o to. Wykazałeś się... dostatecznie.
- O co w takim razie?
- O twoją nieustanną obecność w talk showach w hP.
- Nigdy nie brałem udziału w żadnym programie w hP! Ja tego nawet nie
oglądam!
- Och, daruj sobie. Rozkoszujesz się swoją sławą. Chociaż kpią z ciebie,
pławisz się w blasku reflektorów i okrywasz ten ród wstydem. Znamy
historię wyszukiwania na twoim terminalu. Widzimy, jak mizdrzysz się
przed swoimi wizerunkami w hP, jakby to było twoje osobiste lusterko.
Krążą historie na temat ciebie i córki arcygubernatora...
- Mustang jest na dworze na Lunie!
- Co najprawdopodobniej sam zaaranżowałeś. Poprosiłeś, żeby dołączyła do
dworu Suwerenki? Czy to część twojego planu poróżnienia córki z ojcem?
- Pieprzysz od rzeczy.
- Kalasz wizerunek domu Augustus. Bijesz się z członkami rodziny Bellona
w miejscu stworzonym z myślą o odpoczynku i kontemplacji. Nie możemy
tego tolerować.
Nie wiem, co powiedzieć. Wszystko zmyśla. Fakty by wystarczyły, ale on
kłamie, żeby mi dopiec, dowieść, że ma nade mną władzę.
- Zerwanie kontraktu nastąpi za trzy dni - dodaje.
- Trzy dni - powtarzam.
- W tym czasie udasz się z nami na powierzchnię Luny i pozostaniesz w rezydencji przygotowanej dla rodziny Augustus na okres Szczytu, ale od
tej chwili nie jesteś już lansjerem tego rodu. Nie reprezentujesz
arcygubernatora i nie możesz wykorzystywać jego nazwiska, żeby uzyskać
dostęp do różnych obiektów, nadskakiwać młodym damom czy młodym
mężczyznom, chwalić się nim, obiecywać ani grozić. Twój rodowy terminal
zostanie skonfiskowany. Twoje kody identyfikacyjne lansjera już
zdegradowano i w związku z tym zaprzestaniesz udziału we wszelkich
projektach, do jakich wcześniej zostałeś przypisany.
- Brałem udział tylko w projektach budowlanych.
Na usta Pliniusza wypływa gadzi uśmieszek.
- Wobec tego zmiana będzie dla ciebie łatwa.
- Komu zostanę sprzedany? - udaje mi się wykrztusić pytanie.
Augustus nie patrzy mi w oczy, kiedy mnie porzuca. Głaszcze swojego lwa.
Można by pomyśleć, że w ogóle nie ma mnie w tym pokoju. Leto wbija wzrok
w podłogę, zawstydzony. Jest zbyt szlachetny na taką farsę, ale Augustus
chciał, żeby był przy tym, żeby się uczył, jak należy amputować gnijącą
kończynę.
- Nie zostaniesz sprzedany, Darrow. Spodziewałbym się, że mimo swojego
urodzenia będziesz rozumiał swoje miejsce. Nie jesteśmy Różowymi czy
Obsydianowymi, żeby sprzedawać nas jak niewolników. Twoje usługi
wystawiono na aukcję - odpowiada Pliniusz.
- Psiakrew, to jedno i to samo - warczę. - Porzucacie mnie. Ktokolwiek
mnie kupi, moje usługi nie będą mnie chronić przed rodziną Bellona. Te
kędzierzawe sukinsyny dopadną mnie i zabiją. Nie zrobili tego dwa
miesiące temu tylko dlatego, że...
- Że byłeś przedstawicielem rodu Augustus? - pyta Pliniusz. - Ale
arcygubernator nie jest ci nic winny. Tkwisz w tym błędnym
przeświadczeniu? Przeciwnie: to ty masz wobec niego zobowiązania.
Chronienie cię kosztowało nas dużo pieniędzy. Ceną były okazje,
kontrakty, umowy handlowe. I te koszty okazały się za wysokie. Musimy
sprawiać wrażenie, że szukamy pokoju z domem Bellona. Suwerenka życzy
sobie pokoju. A ty? Ty jesteś źródłem tarć, przysłowiową solą w oku,
narzędziem wojny. Teraz przetapiamy nasz miecz, żeby wykuć lemiesz.
- Ale najpierw zetniesz mi tym mieczem głowę.
- Darrow, nie skamlaj. - Pliniusz wzdycha. - Wykaż się odrobiną
determinacji, młody człowieku. Twój czas minął, owszem, ale masz odwagę.
Masz wigor typowy dla młodości. Wyprostuj ten swój kręgosłup i odejdź z godnością Złotego, który wie, że zrobił wszystko, co w jego mocy. - Jego
oczy śmieją się ze mnie. - To oznacza, że masz wyjść z gabinetu. I to
teraz, łaskawy panie, zanim Leto skopie ci ten niedorzecznie umięśniony
tyłek.
Patrzę na arcygubernatora.
- Taką masz o mnie opinię, mój panie? Uważasz mnie za pochlipującego
dzieciaka, którego można wysłać do kąta?
- Darrow, najlepiej będzie, jeśli... - zaczyna Leto.
- To ty nas zagoniłeś w kozi róg - odzywa się Pliniusz, kładąc rękę na
moim ramieniu. - Jeśli boisz się, że nie otrzymasz odprawy, to
niepotrzebnie. Dostaniesz dość pieniędzy...
- Kiedy ostatnim razem sługus arcygubernatora mnie dotknął, wbiłem mu
nóż w móżdżek. Sześć razy. - Patrzę na jego rękę, a on szybko ją
zabiera. Prostuję się. - Nie odpowiadam przed nienaznaczonym, smarkatym
Piksem. Jestem Niezrównanym Naznaczonym. ArcyPrymusem pięćset
czterdziestego drugiego rocznika Instytutu Marsjańskiego. Odpowiadam
jedynie przed arcygubernatorem.
Robię krok w stronę Augustusa, więc Leto ustawia się tak, żeby móc go
osłonić. Wszyscy pamiętają, jaki mam temperament.
- To ty wystawiłeś mi Juliana au Bellona w ramach Próby, mój panie. -
Świdruję go wzrokiem. - Zabiłem go dla ciebie. Walczyłem z Karnusem dla
ciebie. Milczałem i pilnowałem, żeby moi ludzie także milczeli po tym,
jak próbowałeś kupić swojemu synowi zwycięstwo w Instytucie. - Leto
wzdraga się na te słowa. - Zmanipulowałem nagrania. Dowiodłem, że jestem
lepszy od twoich własnym potomków. A teraz mówisz, mój panie, że jestem
ci kulą u nogi.
- Jesteś Niezrównanym Naznaczonym - zgadza się arcygubernator,
analizując dane na biurku - ale masz niewielkie znaczenie. Twoja rodzina
nie żyje. Nie zostawiła ci żadnych ziem, żadnych zasobów czy ośrodków
przemysłowych, żadnej pozycji w rządzie. Wszystko zostało im odebrane,
żeby spłacić długi, wszystko włącznie z honorem. Ciesz się z wszelkich
ochłapów, jakie dali ci lepsi od ciebie. Pamiętaj, jakie wyświadczono ci
przysługi.
- Myślałem, że ważniejsze są dla ciebie czyny niż tytuły. Mój panie,
Mustang cię opuściła. Nie popełniaj błędu, odcinając się także ode mnie.
Wreszcie podnosi głowę, żeby na mnie spojrzeć. Te oczy należą do czegoś,
co wyrasta poza człowieka, czai się w nich odległa, bezwzględna
kalkulacja napędzana przez monstrualną, nieludzką dumę. Ta duma wykracza
poza niego i rozciąga się aż po pierwsze chwiejne kroki, jakie człowiek
postawił w pustce kosmosu. To duma licznych pokoleń ojców i dziadków,
sióstr i braci, wydestylowanych w pojedyncze, genialne, idealne
naczynie, które nie zna porażki, nie znosi błędów.
- Moi wrogowie upokorzyli cię, a poprzez ciebie upokorzyli mnie.
Powiedziałeś mi, że wygrasz. Ale przegrałeś. To wszystko zmienia.
Rozdział 5. Porzucony
5
Porzucony
Niedługo umrę.
Tę myśl niosę ze sobą, kiedy nasz prom oddala się od okrętu flagowego
Augustusa i śmiga przez armadę Berło. Siedzę wśród lansjerów, ale nie
jestem jednym z nich. Oni to wiedzą. I dlatego nie rozmawiają ze mną.
Nie ma znaczenia, czy nawiązały się jakieś więzi. Nie mam kapitału
politycznego. Słyszałem, że Tactusowi zaproponowano zakład: jak długo
wytrzymam bez ochrony Augustusa. Jeden z lansjerów mówi, że trzy dni.
Tactus zaciekle oponuje, czym zdradza, jaką lojalność zaskarbiłem sobie
u niego w Instytucie.
- Dziesięć dni - oznajmia. - Co najmniej dziesięć dni.
To on wystrzelił kapsułę ratunkową beze mnie. Zawsze wiedziałem, że jego
przyjaźń nie jest bezwarunkowa. Mimo to rana jest głęboka i przenika
mnie tak dojmującą samotnością, że nie potrafię tego wysłowić. Zawsze
czułem się samotny wśród Złotych, ale pozwoliłem sobie o tym zapomnieć,
zwiodłem sam siebie. Nie jestem jednym z nich. Dlatego siedzę w milczeniu, wyglądając przez okno, gdy przelatujemy przez zebraną flotę,
i czekam, aż pojawi się Luna.
Mój kontrakt kończy się ostatniego wieczoru Szczytu, podczas którego
wszystkie rządzące rodziny zbierają się na Lunie, żeby zająć się
palącymi kwestiami i niepoważnymi błahostkami. To trzy dni, w czasie
których mogę poprawić swoje notowania, sprawić, że inni pomyślą, że
arcygubernator mnie nie docenił i warto mnie zwerbować. Jednak bez
względu na moją wartość jestem skalany. Ktoś mnie miał, a potem się mnie
pozbył. Kto weźmie używaną rzecz?
Oto mój los. Mimo twarzy Złotego i talentów jestem towarem. Aż mam
ochotę wydrzeć sobie te parszywe Pieczęcie. Jeśli mam być niewolnikiem,
to przynajmniej niech wyglądam na niewolnika.
A żeby było jeszcze gorzej, wyznaczono cenę za moją głowę.
Nieoficjalnie, rzecz jasna. To niezgodne z prawem, bo nie jestem wrogiem
państwa. A jednak mój wróg jest znacznie gorszy. O wiele okrutniejszy od
każdego rządu. To kobieta, która wysłała Karnusa i Cagney do Akademii.
Podobno co wieczór, odkąd pozbawiłem Juliana życia podczas Próby, jego
matka, Julia au Bellona, siadała przy długim stole w głównej rodzinnej
jadalni na stokach Olympus Mons i podnosiła klosz na srebrnej tacy,
którą przynosił Różowy służący. Co wieczór taca była pusta. Co wieczór
Julia au Bellona wzdychała smutno, zerkając na siedzącą wokół stołu
liczną rodzinę, i powtarzała te same mściwe słowa:
- To oczywiste, że nikt mnie nie kocha. Gdybym była kochana, leżałoby tu
serce, które zaspokoiłoby mój głód zemsty. Gdybym była kochana, morderca
mojego synka już by nie żył. Gdybym była kochana, moja rodzina uczciłaby
pamięć swojego brata. Ale nie jestem kochana. Tak samo jak on. Czym
zasłużyłam sobie na tak nienawistną rodzinę?
A potem wielka familia Bellona patrzyła, jak seniorka rodu wstaje z krzesła, wychudła z głodu, karmiąca się jedynie nienawiścią i myślą o zemście, i milczała, dopóki Julia - bardziej zjawa niż kobieta - nie
opuściła sali.
Tym, co chroniło moje serce przed wylądowaniem na jej tacy, były ręce
arcygubernatora, jego pieniądze, jego nazwisko. Polityka - obiekt mojej
nienawiści - pozwalała mi dłużej oddychać. Jednakże za trzy dni ta
tarcza stanie się tylko cieniem przeszłości, a chronić mnie będą
wyłącznie lekcje, jakich udzielili mi moi nauczyciele.
- To będzie pojedynek - mówi jeden z lansjerów. - Nie może odmówić i zachować honoru - dodaje głośniej. - Zwłaszcza jeśli wyzwanie rzuci mu
sam Cassius.
- Stary Żniwiarz ma parę asów w rękawie - odpowiada Tactus. - Nie było
cię tam, ale nie zabił Apolla samym uśmiechem.
- Posłużyłeś się brzytwą, Darrow? - pyta inny lansjer kpiącym tonem. -
Nie widziałem cię ostatnio na treningach fechtunku.
- Nigdy go tam nie widziałeś - dodaje inny. - Piksy unikają tego, w czym
nie są dobre, prawda?
Roque wierci się rozeźlony obok mnie. Kładę rękę na jego przedramieniu i odwracam się powoli, żeby popatrzeć na kpiącego lansjera. Victra siedzi
za nim, przyglądając się od niechcenia całej scenie.
- Nie fechtuję - mówię.
- Nie fechtujesz czy nie potrafisz fechtować? - pyta ktoś ze śmiechem.
- Zostaw go w spokoju. Mistrzowie brzytwy są drodzy - dodaje Tactus z cwanym uśmieszkiem.
- Naprawdę, Tactusie? - pytam.
Krzywi się.
- Och, daj spokój. Tylko sobie żartuję. Psiakrew, taki jesteś poważny.
Kiedyś miałeś więcej poczucia humoru.
Roque mówi coś, po czym Tactus krzywi się i odwraca, ale ja tego nie
słyszę. Zapadam się we wspomnieniach, kiedy gra Złotych wydawała się
taka łatwa. Co się zmieniło? Mustang.
- Jesteś czymś więcej - szepnęła, kiedy wyjeżdżałem do Akademii. Miała
łzy w oczach, ale głos jej nie zadrżał. - Nie musisz być zabójcą. Nie
musisz szukać wojny.
- A jaki mam inny wybór? - zapytałem.
- Mnie. Możesz wybrać mnie. Zostać dla mnie. Zostać z myślą o tym, co
może zaistnieć. W Instytucie podbiłeś serce chłopców i dziewcząt, którzy
nigdy wcześniej nie przekonali się, czym jest lojalność. Jeśli pójdziesz
do Akademii, porzucisz to, żeby zostać watażką mojego ojca. Ale ty
jesteś kimś innym. To nie jest mężczyzna, którego...
Nie odwróciła się, ale zmienił jej się wyraz twarzy, gdy urwała i zacisnęła usta w wąską kreskę.
"Pokochałam?" Czy właśnie miłość zbudowaliśmy w ciągu tego roku po
Instytucie?
Jeśli tak, to kluczowe słowo ugrzęzło jej w gardle, ponieważ wiedziała,
tak samo jak ja, że nie ofiarowałem jej całego siebie. Nie podzieliłem
się z nią wszystkim, czym byłem. Chciwie zachowałem sobie sekrety. I jak
ktoś taki jak ona, mający silne poczucie własnej wartości, miałby
odsłonić się, obnażyć własne serce przed człowiekiem, który dawał w zamian tak niewiele? Dlatego zamknęła złote oczy, wepchnęła mi brzytwę w ręce i powiedziała, żebym jechał.
Nie mam do niej pretensji. Wybrała politykę, rząd. Wybrała pokój, bo
myśli, że tego właśnie potrzebują jej ludzie. Ja wybrałem ostrze, bo
tego potrzebują moi ludzie. Wypełnia mnie przedziwna pustka na myśl, że
wystarczyłbym jej, podczas gdy nigdy nie wystarczałem Eo. Roque miał
rację. Odepchnąłem ją.
Nie odepchnąłem zaś Sevro. Poprosiłem, żeby wysłano go tam, gdzie mnie,
ale potem nagle został odesłany na Plutona, podobnie jak wielu innych
Wyjców. Przeniesiono ich, żeby chronili budowy na odludziu przed
drobnymi pirackimi atakami. Teraz podejrzewam, że Pliniusz maczał w tym
palce.
Moja ścieżka nigdy nie wydawała mi się równie samotna.
- Nie zostaniesz porzucony - mówi Roque, przysuwając się. - Inne rodziny
będą cię chciały. Nie wierz słowom Tactusa. Ród Bellona cię nie
zaatakuje.
- Oczywiście, że nie zaatakuje - kłamię.
I tak wyczuwa mój strach.
- Przemoc jest zakazana w Cytadeli. Zwłaszcza krwawe waśnie. Nawet
pojedynki są zabronione, o ile sama Suwerenka nie wyrazi na nie zgody.
Wystarczy, żebyś został na terenie Cytadeli, aż trafisz do nowej
rodziny, i wszystko będzie dobrze. Poczekaj, zrób, co musisz, a za rok
arcygubernator poczuje się jak głupiec, kiedy wybijesz się po skrzydłami
kogoś innego. Istnieje więcej niż jedna droga na szczyt. Nigdy o tym nie
zapominaj, bracie. - Ściska moje ramię. - Wiesz, że poprosiłbym
rodziców, żeby zalicytowali twój kontrakt... ale oni nie przeciwstawią się
Augustusowi.
- Wiem.
Mogliby wydać miliony na kontrakt i nawet nie zauważyliby straty, ale
matka Roque'a zasiada w senacie od dwudziestu lat nie z powodu swojego
dobrego serca. Jej los jest związany z lobby Augustusa w senacie. Zawsze
go popiera.
- Poradzę sobie. Masz rację - mówię, kiedy Luna pojawia się za oknem,
uciszając obecnych i napełniając mnie przerażeniem. Zaludniony księżyc
Ziemi. Satelity i różne instalacje otaczają go jak stalowa anielska
aureola wokół bursztynowej kuli wystawionej do słońca. - Nic mi nie
będzie.
Rozdział 6. Ikar
6
Ikar
Lądujemy w pobliżu Cytadeli. Lepki, zanieczyszczony wiatr wygina potężne
drzewa w pobliżu naszego lądowiska. Pot szybko rosi mi szyję przy
stójce. Już nie lubię tego paskudnego miejsca. Chociaż lądujemy na
terenie należącym do Cytadeli, położonym daleko od nawet najbliższych
miast i otoczonym przez lasy i jeziora, powietrze na Lunie oblepia mi
płuca i przyprawia o mdłości.
Na horyzoncie, za iglicami zachodniej części Cytadeli, unosi się Ziemia,
opuchła i niebieska. Przypomina mi, jak daleko znalazłem się od domu.
Tutejsza grawitacja jest mniejsza od marsjańskiej, wynosi jedną szóstą
ciążenia ziemskiego, przez co czuję się niepewny i niezręczny. Mam
wrażenie, że szybuję, idąc. Mimo że szybko odzyskuję koordynację
ruchową, moje ciało reaguje na swoją lekkość dziwnym wrażeniem
klaustrofobii.
Kolejny statek ląduje na północ od nas.
- Wygląda na srebro Bellony - odzywa się cicho Roque, mrużąc oślepione
słońcem oczy.
Śmieję się.
Zerka na mnie.
- Co?
- Wyobraź sobie tylko, mieć teraz rakietę impulsową.
- To po prostu... przeurocze z twojej strony. - Idzie przed siebie. Ruszam
za nim, nie odrywając oczu od statku. - Naprawdę uwielbiam zachody
słońca na Lunie. Jakbyśmy znaleźli się w świecie Homera. Niebo ma odcień
świeżo wykutego brązu.
Nad nami obce metaliczne niebo przetapia się w noc wraz z powolnym
zmierzchem. Przez dwa tygodnie światło słoneczne będzie znikać z tej
części księżyca. Dwa tygodnie nocy. Luksusowe jachty płyną przez ten
dziwny koniec dnia, a zwinne, pilotowane przez Niebieskich myśliwce
patrolują przestrzeń jak nietoperze posklejane z potrzaskanych kawałków
hebanu.
Jedna szósta grawitacji pozwala mieszkańcom Luny budować, co tylko dusza
zapragnie. Więc budują. Za terenami Cytadeli horyzont jeży się od wież i wieżowców. Wszędzie wiją się szczebloSzlaki, po których obywatele mogą z łatwością podciągać się i przemieszczać w powietrzu. Sieć szczebli
rozciąga się między wysokimi wieżami niczym bluszcz, łącząc niebo z piekłem podDzielnic. Tysiące mężczyzn i kobiet pełzają po nich jak
mrówki po pędach rośliny, podczas gdy patrolowe skify Szarych przelatują
z szumem głównymi arteriami.
Rodzinie Augustus wyznaczono willę pośród trzydziestu akrów sosnowego
lasu na terenie Cytadeli: ładny budynek pomiędzy wieloma ładnymi
rzeczami w tym okazałym miejscu. Są tu ogrody, ścieżki, fontanny
zdobione małymi kamiennymi chłopcami ze skrzydełkami. Wszelkiej maści
głupstewka.
- Masz ochotę na sesję kravat? - pytam Roque'a i ruchem głowy wskazuję
salę treningową obok willi. - Mój umysł dostaje już kręćka.
- Nie mogę. - Roque się krzywi, schodząc z drogi towarzyszącym nam
lansjerom i ich przybocznym śpieszącym do willi. - Muszę wziąć udział w konferencji na temat kapitalizmu w Epoce Rządów.
- Jeśli chciałeś się zdrzemnąć, to na pewno mają łóżka w willi.
- Żartujesz? Regulus ag Sun wygłasza wykład inauguracyjny.
Aż gwiżdżę przez zęby.
- Żywe Srebro we własnej osobie. Nauczysz się więc robić diamenty ze
żwirku? Krążą plotki, że ma kontrakty dwóch Olimpijskich Rycerzy.
- To nie plotki. Przynajmniej według mojej matki. To mi przypomina, co
Augustus powiedział Suwerence podczas jej koronacji: "Mężczyzna nigdy
nie jest za młody, żeby zabić, za mądry ani za silny, ale może być za
bogaty".
- To powiedział Arcos.
- Jestem pewien, że Augustus.
Kręcę głową.
- Sprawdzaj fakty, bracie. Lorn au Arcos to powiedział, a Suwerenka
odpowiedziała mu: "Zapominasz, Rycerzu Gniewu, że jestem kobietą".
Arcos jest żywą legendą, przynajmniej dla mojego pokolenia. Teraz jest
odludkiem, ale przez ponad sześćdziesiąt lat był Mieczem Marsa i Rycerzem Gniewu. Niezrównani Naznaczeni rycerze z całej Wspólnoty
proponowali mu akty własności księżyców, gdyby tylko zechciał pouczyć
ich przez tydzień swojej wersji kravat, Drogi Wierzby. To on przesłał mi
nożoPierścień, którym zabiłem Apolla, a potem zaproponował mi miejsce w swoim domu. A ja odrzuciłem go na rzecz Augustusa.
- "Zapominasz, że jestem kobietą" - powtarza Roque. Hołubi te historie o ich imperium, tak jak ja hołubię opowieści o Dolinie i Żniwiarzu. -
Porozmawiajmy, gdy wrócę. Ale na serio.
- Chcesz powiedzieć, że nie będziesz biadolił na temat swojej miłości z dzieciństwa, pił za dużo wina, rozpływał się nad uśmiechem Quinn i pięknem etruskich grobów, aż w końcu zasnę?
Rumieni się, ale kładzie rękę na sercu.
- Przysięgam na swój honor.
- To przynieś butelkę tego idiotycznie drogiego wina i możemy
porozmawiać.
- Przyniosę trzy.
Patrzę, jak odchodzi. Moje spojrzenie jest chłodniejsze niż mój uśmiech.
***
Kilku innych lansjerów bierze udział w konferencji razem z Roque'em.
Reszta rozgaszcza się, podczas gdy Szara ochrona przeczesuje teren.
Obsydianowi ochroniarze chodzą krok w krok za Złotymi. Różowi z wdziękiem napływają do willi równym strumieniem, zamówieni z Ogrodu
Cytadeli przez personel arcygubernatora, który znudził się podróżą i szuka odrobiny rozrywki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dramatis person?
Ród Augustus i jego sprzymierzeńcy.
Nero au Augustus - arcygubernator Marsa, głowa rodziny Augustus, ojciec
Virginii i Adriusa
Virginia au Augustus/Mustang - córka Nero, siostra bliźniaczka Adriusa
Adrius au Augustus - syn arcygubernatora, dziedzic rodziny Augustus,
brat bliźniak Virginii
Pliniusz au Velocitor - główny politikos rodziny Augustus
Darrow au Andromedus/Żniwiarz - arcyPrymus Instytutu Marsa, lansjer
rodziny Augustus
Tactus au Rath - lansjer rodziny Augustus
Roque au Fabii - lansjer rodziny Augustus
Victra au Julii - lansjerka rodziny Augustus, przyrodnia siostra
Antonii, córka Agrippiny
Kavax au Telemanus - głowa rodziny Telemanus, sprzymierzeniec rodu
Augustus, ojciec Daxo i Paxa
Daxo au Telemanus - dziedzic i syn Kavaxa, brat Paxa
Ród Bellona.
Tiberius au Bellona - głowa rodziny Bellona
Cassius au Bellona - dziedzic rodziny Bellona, syn Tiberiusa, lansjer
rodziny Bellona
Karnus au Bellona - syn Tiberiusa, starszy brat Cassiusa, lansjer
rodziny Bellona
Kellan au Bellona - pretor, kuzyn Cassiusa, bratanek Tiberiusa
Ważni Złoci.
Octavia au Lune - aktualna Suwerenka Wspólnoty
Lysander au Lune - wnuk Octavii, dziedzic rodziny Lune
Aja au Grimmus - główny ochroniarz Suwerenki
Moira au Grimmus - główny politikos Suwerenki
Lorn au Arcos - były Rycerz Gniewu, głowa rodziny Arcos
Fitchner au Barca - były rewizor Domu Marsa, ojciec Sevro
Sevro au Barca/Goblin - dowódca Wyjców, syn Fitchnera
Agrippina au Julii - głowa rodziny Julii, matka Victry i Antonii
Antonia au Severus-Julii - była członkini Domu Marsa, przyrodnia siostra
Victry, córka Agrippiny
Synowie Aresa.
Ares - przywódca terrorystów, Kolor nieznany
Dancer - przyboczny Aresa, Czerwony
Harmony - przyboczna Dancera, Czerwona
Mickey - Rzeźbiarz, Fioletowy
Evey - była niewolnica Mickeya, Różowa
Rozdział 1. Gry wojenne
1
Gry wojenne
Moje milczenie jest głośne jak grom. Stoję na mostku mojego okrętu ze
złamaną ręką w żelGipsie, oparzenia od broni jonowej na szyi nadal mnie
pieką. Jestem wycieńczony. Brzytwa owija mi się wokół zdrowej prawej
ręki jak zimny metalowy wąż. Przede mną otwiera się kosmos, rozległy i przerażający. Maleńkie okruchy światła przecinają ciemność, przedwieczne
cienie przesuwają się, żeby przesłonić gwiazdy na obrzeżach mojego pola
widzenia. Asteroidy. Unoszą się powoli wokół mojego pancernika,
Quietusa, kiedy wypatruję w czerni zwierzyny.
- Wygraj - rozkazał mi mój pan. - Wygraj, tak jak moje dzieci nie
potrafią wygrać, i przynieś chwałę rodowi Augustus. Wygraj w Akademii, a otrzymasz flotę.
Lubi powtarzać frazy dla podkreślenia ich wymowy. Większość mężów stanu
to lubi.
Chciałby, żebym wygrał dla niego, ale ja wygram dla Czerwonej
dziewczyny, której marzenie daleko przerosło ją samą. Zatriumfuję, żeby
on zginął, a jej przesłanie płonęło przez wieki. Łatwizna.
Mam dwadzieścia lat. Jestem wysoki i barczysty. Mój mundur, cały czarny,
jest teraz pognieciony. Włosy mam długie, oczy Złote, ale przekrwione.
Mustang powiedziała kiedyś, że mam ostre rysy, jakby moje policzki i nos
wyrzeźbiono z rozgniewanego marmuru. Osobiście unikam luster. Lepiej
zapomnieć o masce, którą noszę, masce z ukośną blizną Złotych, którzy
władają światami od Merkurego po Plutona. Należę do Niezrównanych
Naznaczonych. Najokrutniejszych i najbystrzejszych przedstawicieli rasy
ludzkiej. Brakuje mi jednak najżyczliwszej z nich. Tej, która poprosiła,
żebym został, gdy żegnałem się z nią i z Marsem na jej balkonie prawie
rok temu. Mustang. Na pożegnanie podarowałem jej złoty sygnet z wizerunkiem konia, a ona dała mi brzytwę. Stosowny podarunek.
Smak jej łez starzeje się w mojej pamięci. Nie miałem od niej żadnych
wieści, odkąd opuściłem Marsa. Gorzej, że nie miałem też żadnych wieści
od Synów Aresa, odkąd zwyciężyłem w Instytucie Marsa ponad dwa lata
temu. Dancer powiedział, że skontaktuje się ze mną, gdy ukończę
Instytut, ale pozostawił mnie samego pośród morza Złotych twarzy.
Znajduję się niezwykle daleko od przyszłości, którą wyobrażałem sobie
jako chłopiec. Daleko od przyszłości, jaką chciałem stworzyć dla mojego
ludu, kiedy pozwoliłem Synom Aresa mnie rzeźbić. Myślałem, że zmienię
światy. Jak każdy młody głupiec, prawda? Zamiast tego zostałem połknięty
przez machinę tego rozległego imperium, która niepowstrzymanie prze
naprzód. W Instytucie trenowali nas, abyśmy przetrwali i podbijali. Tu,
w Akademii, uczyli nas wojny. A teraz sprawdzają naszą biegłość. Kieruję
flotą okrętów wojennych przeciwko innym Złotym. Stosujemy ślepą amunicję
i atakujemy inne statki przez abordaż, tak jak Złoci prowadzą walki w kosmosie. Nie ma sensu niszczyć okrętu, który kosztował tyle, ile
produkt brutto dwudziestu miast, kiedy można wysłać statek zwany pijawką
wypełniony Obsydianowymi, Złotymi i Szarymi, żeby przejęli kontrolę nad
kluczowymi organami jednostki i uczynili z niej twoją zdobycz wojenną.
Na lekcjach walki w kosmosie nasi nauczyciele wbijali nam do głów
maksymy swojej rasy. Tylko najsilniejsi przetrwają. Tylko genialni
rządzą. Potem zostawili nas, żebyśmy sami o siebie zadbali, przeskakując
z asteroidy na asteroidę w poszukiwaniu zapasów i baz, polując na innych
studentów, aż pozostały tylko dwie floty.
Nadal bawię się w gry. Tyle że ta jest bardziej niebezpieczna od
poprzednich.
- To pułapka - mówi stojący obok mnie Roque.
Ma długie włosy, tak jak ja. Jego twarz jest miękka jak u kobiety i spokojna jak u filozofa. Zabijanie w kosmosie różni się od zabijania na
lądzie. Roque ma do tego nadzwyczajny talent. Mówi, że kryje się w tym
poezja. Poezja ruchu sfer i statków, które wśród nich żeglują. Jego
twarz pasuje do twarzy Niebieskich, stanowiących załogi naszych okrętów
- eterycznych mężczyzn i kobiet, którzy dryfują jak zbłąkane duchy wśród
metalowych korytarzy, zawsze logiczni i przestrzegający ścisłego
porządku.
- Nie jest to jednak tak elegancka pułapka, jak Karnus może sobie
wyobrażać - kontynuuje. - Wie, że palimy się do zakończenia gry, więc
będzie czekał po drugiej stronie. Wepchnie nas w wąskie gardło i wystrzeli pociski. Wypróbowana i skuteczna metoda, od zarania dziejów.
Roque precyzyjnie wskazuje przestrzeń między dwiema ogromnymi
asteroidami, wąski korytarz, którym musimy przelecieć, jeśli chcemy
podążyć za ranionym statkiem Karnusa.
- Tutaj wszystko jest cholerną pułapką. - Tactus au Rath, smukły i beztroski, ziewa. Wygląda groźnie, kiedy opiera się o iluminator i wpuszcza sobie dawkę stymulantu z pierścienia na palcu. Odrzuca pustą
kapsułkę na podłogę. - Karnus wie, że przegrał. Po prostu nas torturuje.
Zmusza do pogoni, żebyśmy nie mogli się przespać. Egoistyczny kutas.
- Ale z ciebie mały Piks, wiecznie kłapiesz dziobem i marudzisz - szydzi
z niego Victra au Julii ze swojego miejsca pod iluminatorem.
Postrzępione kosmyki jej włosów sięgają nieco poza ozdobione nefrytowymi
kolczykami uszy. Jest porywcza i okrutna, ale bez przesady. Pogardza
makijażem, zamiast tego woli blizny, których się dorobiła przez
dwadzieścia siedem lat. Sporo ich nosi. Ma głęboko osadzone oczy pod
ciężkimi powiekami i szerokie, zmysłowe usta, ukształtowane tak, żeby z pomrukiem rzucać obelgi. Bardziej przypomina swoją słynną matkę niż
przyrodnią siostrę Antonię, jednak w sztuce siania spustoszenia
przewyższa je obie.
- Pułapki nie mają znaczenia - oznajmia. - Jego flota została
zniszczona. Został mu tylko jeden okręt. My mamy siedem. Może po prostu
rozkwasimy mu pysk?
- To Darrow ma siedem okrętów - przypomina jej Roque.
- Słucham? - pyta Victra, poirytowana tą uwagą.
- Zostało siedem statków Darrowa. Ty powiedziałaś, że są nasze. Nie są
nasze. To on jest Prymusem.
- Pedantyczny poeta kontratakuje. Sens pozostaje taki sam, łaskawy
panie.
- Że mamy postąpić pochopnie zamiast roztropnie? - pyta Roque.
- Siedem statków przeciwko jednemu. To byłoby żenujące, pozwolić mu
dłużej to przeciągać. Zdepczmy tego łachudrę od Bellonów jak karalucha
naszą potężną stopą, wracajmy do bazy, odbierzmy zasłużone nagrody od
starego Augustusa i chodźmy się zabawić. - Dla podkreślenia słów Victra
wbija piętę w pokład i obraca nią, jakby coś deptała.
- Dobrze mówi - popiera ją Tactus. - Królestwo za gram diabelskiego
pyłu.
- To już twoja piąta dawka stymulantu dzisiaj? - pyta Roque.
- Tak! Miło, że zauważyłaś, kochana mamusiu! Mam jednak dość tej
wojskowej amfy. Marzą mi się Perłowe Kluby i ogromne ilości porządnych
narkotyków.
- Wypalisz się.
Tactus klaszcze dłonią w udo.
- Żyj szybko i umieraj młodo. Kiedy ty będziesz nudnym, zasuszonym
rodzynkiem, ja będę wspaniałym wspomnieniem lepszych czasów i dni
dekadencji.
Roque kręci głową.
- Pewnego dnia, mój zbłąkany przyjacielu, znajdziesz kogoś, kogo
pokochasz i kto sprawi, że będziesz się śmiał z niemądrej osoby, jaką
kiedyś byłeś. Dorobisz się dzieci. Będziesz miał własną posiadłość. I jakimś cudem nauczysz się, że istnieją ważniejsze rzeczy niż narkotyki i Różowe.
- Wielkie nieba! - Tactus patrzy na niego z niekłamaną zgrozą. - To
brzmi potwornie przygnębiająco.
Zerkam na ekran taktyczny, nie słuchając ich utarczek.
Zwierzyna, którą ścigamy, to Karnus au Bellona, starszy brat mojego
dawnego przyjaciela Cassiusa au Bellona i chłopca, którego zabiłem
podczas Próby, Juliana au Bellona. W tej rodzinie o kędzierzawych
włosach Cassius jest faworytem rodziców. Julian był najżyczliwszym z synów. A Karnus? Moja złamana ręka mówi sama za siebie. To potwór,
którego wypuszczają z piwnicy, żeby zabijał.
Od czasu Instytutu moja sława urosła. Kiedy więc do Fioletowego kręgu
plotkarskiego dotarła wiadomość, że arcygubernator wreszcie wysyła mnie
na dalszą naukę, Karnus au Bellona i paru precyzyjnie wybranych przez
matkę Cassiusa kuzynów też rozpoczęło "studia". Ta rodzina chce dostać
moje serce na talerzu. Dosłownie. Tylko odznaka Augustusa ich
powstrzymuje. Atak na mnie oznaczałby atak na niego.
Ostatecznie mam w najgłębszym poważaniu ich parszywą wendetę i krwawą
waśń między moim panem a ich rodem. Pragnę zdobyć flotę, żeby
wykorzystać ją dla sprawy Synów Aresa. Jakiego bałaganu mógłbym narobić!
Studiowałem linie zaopatrzenia, stacje czujników, zgrupowania bojowe,
węzły komunikacyjne - wszystkie wrażliwe punkty, które mogą sprawić, że
Wspólnota zachwieje się w posadach.
- Darrow... - Roque podchodzi do mnie. - Strzeż się pychy. Pamiętaj o Paksie. Duma zabija.
- Chcę, żeby to była pułapka - odpowiadam mu. - Niech Karnus zawróci i stawi nam czoło.
Roque przekrzywia głowę.
- Zastawiłeś na niego własną pułapkę.
- Dlaczego tak uważasz?
- Mogłeś nam powiedzieć, mógłbym...
- Karnus dzisiaj przegra, bracie. To jest prosty fakt, jedyny, który się
liczy.
- Oczywiście. Ja chcę tylko pomóc. Przecież wiesz.
- Wiem.
Tłumię ziewnięcie i obrzucam wzrokiem stanowiska na mostku z tyłu i przede mną. Niebiescy różnych odcieni mozolą się przy systemach, dzięki
którym mój statek funkcjonuje. Mówią wolniej od wszystkich Kolorów (nie
licząc Obsydianowych), ponieważ wolą komunikację cyfrową. Są starsi ode
mnie, wszyscy ukończyli Północną Szkołę. Za nimi, z tyłu mostku, stoi na
warcie paru Szarych żołnierzy piechoty morskiej i kilku Obsydianowych.
Klepię Roque'a po ramieniu.
- Już czas - mówię. - Marynarze! - wołam do Niebieskich. - Wzmóżcie
czujność. To będzie ostatni gwóźdź do trumny Bellony. Poślijmy tego
łajdaka w eter, a obiecuję wam najwspanialszy podarunek, jaki mogę wam
zaoferować: tydzień snu bez przerwy. Zgadza się?
Paru Szarych na tyłach mostku parska śmiechem. Niebiescy tylko postukują
knykciami w przyrządy. Oddałbym połowę mojego całkiem zasobnego - dzięki
uprzejmości arcygubernatora - konta bankowego, żeby zobaczyć, jak jeden
z tych bladych ptasich móżdżków uśmiecha się chociaż półgębkiem.
- Dość czekania - oznajmiam. - Artylerzyści na stanowiska. Roque: skup
niszczyciele. Victra: zajmij się celowaniem. Tactus: rozlokuj obronę.
Zakończymy to wreszcie.
Zerkam na wątłego sternika. Stoi przy środkowym stanowisku poniżej mojej
platformy dowodzenia, pośród pięćdziesięciu innych Niebieskich. Cyfrowe
tatuaże znaczą ich łyse głowy, patykowate ręce jarzą się subtelnym
lazurem i srebrem, kiedy Niebiescy dostrajają się do komputerów statku.
Ich oczy wpatrują się w dal, gdy nerwy wzrokowe przełączają się na świat
cyfrowy. Odzywają się do nas tylko z grzeczności.
- Sternik: silniki do sześćdziesięciu procent mocy.
- Tak jest, dominus. - Zerka na ekran taktyczny, kuliste holo unosi się
nad jego głową, jego głos brzmi mechanicznie. - Uwaga, skupiska metalu w asteroidach utrudniają ocenę odczytów spektralnych. Jesteśmy nieco
ślepi. Po drugiej stronie może się ukrywać cała flota.
- On nie ma floty. Skaczemy w wyłom - mówię. Silniki statku dudnią.
Kiwam głową do Roque'a i dodaję: - Hic sunt leones.
Słowa naszego pana, Nero au Augustusa, arcygubernatora Marsa,
trzynastego jego imienia. Moi przyboczni powtarzają za mną.
"Tu są lwy".
Rozdział 2. Wyłom
2
Wyłom
Na odczytach z ekranu taktycznego sześć zwinnych niszczycieli porusza
się wokół mojego jedynego pancernika. Upiorne milczenie zalega wśród
Niebieskiej załogi, kiedy ta przechodzi w tryb walki. Na płaszczyźnie,
na której teraz działają ich umysły, słowa są wolniejsze od gór
lodowych. Moi przyboczni monitorują moją flotę. W innej sytuacji
przebywaliby na własnych niszczycielach albo dowodziliby oddziałami
lecącymi w pijawkach, ale w chwili zwycięstwa chcę, żeby moi towarzysze
byli blisko mnie. Jednakże nawet teraz, gdy stoją u mojego boku, czuję
rozziew, głęboką przepaść między ich światem i moim.
- Sygnatury pocisków - oznajmia Niebieski łącznościowiec.
Nikt na mostku nie rzuca się do natychmiastowego działania. Nie zapalają
się ostrzegawcze światła, które wywoływałyby panikę wśród załogi. Żadne
krzyki nie przerywają bezruchu. Niebiescy to lodowato zimny gatunek,
wychowywany od urodzenia we wspólnotach zwanych Sektami, które uczą ich
logiki i działania z chłodną efektywnością. Często się mówi, że są
bardziej komputerami niż ludźmi.
Ciemna przestrzeń za iluminatorem rozkwita gęstym welonem mikrowybuchów.
Nasza artyleria przeciwrakietowa eksploduje wielką płachtą obłoków
zgaszonej bieli. Nadlatujące pociski wybuchają, zdetonowane
przedwcześnie. Jeden przedostaje się przez linię obrony i nasz
niszczyciel na krańcu formacji faluje pod wpływem symulowanego wybuchu
nuklearnego. Ludzie wysypaliby się z niego. Gazy ulotniłyby się w próżnię. Wybuchy mogłyby powyrywać dziury w metalowym kadłubie, a wtedy
płonący tlen buchnąłby jak krew z wieloryba, połykany w okamgnieniu
przez czerń. To jednak jest tylko gra wojenna i nie dają nam prawdziwych
pocisków nuklearnych. Najbardziej śmiercionośną bronią są tutaj
studenci.
Kolejny okręt pada ofiarą, kiedy salwa z działek elektromagnetycznych
przebija się przez nasz ogień zaporowy.
- Darrow... - odzywa się z niepokojem Victra.
Stoję, w zamyśleniu dotykając kciukiem miejsca, gdzie kiedyś nosiłem
obrączkę Eo.
Victra odwraca się do mnie.
- Darrow... nie wiem, czy zauważyłeś, ale on nas roznosi na strzępy.
- Pani ma rację, Żniwiarzu - wtrąca się Tactus z twarzą jarzącą się
błękitem od światła padającego z ekranu taktycznego. - Cokolwiek
trzymasz w odwodzie, nie wstydź się tego wykorzystać.
- Łączność, przekazać eskadrom Rozpruwacz i Szpon rozkaz do ataku.
Patrzę na ekran taktyczny, kiedy eskadry, które odesłałem pół godziny
wcześniej, wylatują z obu stron zza asteroidów i uderzają w Karnusa z flanki. Nie da się ich zobaczyć z tej odległości gołym okiem, ale na
ekranie taktycznym pulsują złotem.
- Moje gratulacje, przyjacielu - szepcze Roque, zanim nawet atak się
zakończy. W jego głosie rozbrzmiewa przedziwny szacunek, a wcześniejsza
frustracja zniknęła bez śladu. - To wszystko zmieni. - Dotyka mojego
ramienia. - Wszystko.
Patrzę, jak zęby pułapki zaciskają się; rychłe zwycięstwo sprawia, że
napięcie uchodzi z moich ramion. Szarzy na mostku robią krok naprzód.
Nawet Obsydianowi pochylają się, żeby popatrzeć na ekrany, kiedy okręt
Karnusa spostrzega sygnatury moich eskadr. Próbuje czmychnąć, silniki
buchają w nadziei na ucieczkę przed tym, co nadchodzi. Jednakże
topografia pola walki działa przeciwko niemu. Moje eskadry strzelają,
zanim Karnus zdąży uruchomić osłonę przeciwrakietową albo odpalić własne
pociski. Trzydzieści symulowanych nuklearnych wybuchów niszczy jego
ostatnią jednostkę. Na tym etapie gry zajmowanie jej nie ma już sensu,
więc Niebiescy piloci mogą się nacieszyć tą lekką przesadą.
I tak po prostu wygrałem.
Mostek wybucha okrzykami Szarych i Pomarańczowych techników. Niebiescy
energicznie stukają dłońmi w pulpity. Obsydianowi, którzy nie przepadają
za nowoczesną techniką, nie odzywają się ani słowem. Moja osobista
służąca, Theodora, uśmiecha się do swoich młodszych podopiecznych. Była
Różą, kurtyzaną, ale najlepsze lata ma już dawno za sobą i usłyszała w swoim życiu niemało sekretów. Doradza mi w kwestiach towarzyskich.
Wszędzie na pokładzie, od maszynowni po kuchnie, na holoEkranach
transmitowane jest nasze zwycięstwo. Nie tylko moje, bo w takim czy
innym stopniu ma w nim udział każdy mężczyzna i każda kobieta. Tak
działa Wspólnota. Aby prosperowała, twoi przełożeni muszą prosperować.
Tak jak ja znalazłem patrona w osobie Augustusa, tak podKolory znajdują
go we mnie. To rodzi konieczną lojalność wobec Złotych, jakiej system
Kolorów sam z siebie nie zdołałby narzucić.
Teraz moja gwiazda wzejdzie, a wraz nią wzejdą gwiazdy wszystkich
obecnych na pokładzie. Władza i potencjał to rzeczy szczególnie cenione
w tej kulturze. Nie tak dawno temu, kiedy arcygubernator ogłosił, że
będzie sponsorował moje studia w Akademii, w programach w hP aż huczało
od spekulacji. Czy ktoś tak młody, ktoś z tak żałosnej rodziny mógłby
wygrać? Spójrzcie, czego dokonałem w Instytucie. Zniszczyłem grę.
Pokonałem rewizorów, zabiłem jednego, a resztę związałem jak dzieci. Czy
to był tylko pojedynczy rozbłysk pośród nocy? Teraz te szczebioczące
łajdaki dostaną odpowiedź.
- Sternik, kurs na Akademię. Mamy wawrzyny do odebrania - oznajmiam, gdy
rozlegają się wiwaty.
Wawrzyn. Samo to słowo niesie się echem poprzez moją przeszłość i czuję
gorycz w ustach. Mimo uśmiechu nie cieszy mnie to zwycięstwo, mam tylko
ponurą satysfakcję.
Jeszcze jeden krok, Eo. Jeszcze jeden krok naprzód.
- Pretor Darrow au Andromedus. - Tactus rozkoszuje się tym tytułem. -
Ród Bellona po prostu się zesra. Zastanawiam się, czy mogę wykorzystać
to, żeby zdobyć dowodzenie, czy może uważasz, że muszę dołączyć do
twojej floty? Ciężko się rozeznać. Ta przeklęta biurokracja jest
piekielnie nużąca. Trzeba przekupić Miedzianych. Przekonać Złotych. Moi
bracia będą chcieli, rzecz jasna, urządzić dla nas imprezę. - Szturcha
mnie. - Na imprezie braci Rath nawet tobie może wreszcie uda się coś
zaliczyć.
- Pod warunkiem, że chciałby tknąć kogoś z twoich przyjaciół. - Victra
ściska mi rękę, zatrzymując dłoń chwilę dłużej, jakby nosiła właśnie
suknię, a nie zbroję. - Chociaż stwierdzam to z prawdziwym bólem,
Antonia miała co do ciebie rację.
Czuję, jak Roque się wzdraga, i przypominam sobie odgłos, jaki się
rozległ, kiedy - jeszcze w Instytucie - Antonia poderżnęła gardło Lei,
próbując mnie wywabić z kryjówki. Pozostałem wtedy w ukryciu i słyszałem, jak moja drobna przyjaciółka z głuchym, wilgotnym łoskotem
upada na omszałą ziemię. Roque kochał ją na swój specyficzny sposób.
- Już ci mówiłem, żebyś nie wymieniała przy nas imienia swojej siostry -
przypominam Victrze.
Ma skwaszoną minę z powodu mojej oschłej reakcji. Odwracam się do
Roque'a.
- Uważam, że jako pretor mam prawo obsadzić swoją flotę tak, jak zechcę.
Może powinniśmy ściągnąć paru starych znajomych? Sevro z Plutona, Wyjców
stamtąd, gdzie ich, u diabła, wysłano, i może... Quinn z Ganimedesa?
Roque rumieni się na dźwięk jej imienia.
Osobiście najbardziej mi zależy na Sevro. Żaden z nas nie podtrzymuje
szczególnie sumiennie kontaktów przez holoSieć, zwłaszcza ja, bo nie
miałem do niej dostępu, odkąd zaczęła się Akademia. Tak czy inaczej,
Sevro praktycznie ogranicza się do przesyłania mi hologramów z nadzwyczaj perwersyjnymi jednorożcami i filmików, na których czyta mi
żarty oparte na grach słów. Pobyt na Plutonie sprawił, że Sevro jeszcze
bardziej zdziwaczał - o ile to możliwe. I pewnie stał się jeszcze
bardziej samotny.
- Dominus. - Głos Niebieskiego sternika kieruje moją uwagę na ekran.
- Co jest?
Ma szkliste oczy. Patrzy w dal, podpięty do czujników statku, i widzi
surowe dane z ekranu, na który się gapię.
- Dane niejednoznaczne, dominus. Zniekształcenie odczytów z czujników.
Duplikacja.
Na wielkim głównym ekranie asteroidy są zaznaczone na niebiesko. My
jesteśmy złoci. Wrogowie czerwoni. Nie powinien zostać żaden przeciwnik.
A mimo to właśnie pulsuje tam czerwona kropka. Roque i Victra podchodzą
do ekranu. Roque przesuwa ręką, żeby przerzucić dane na swój terminal.
Mniejsza holograficzna kula unosi się teraz przed nim. Powiększa obraz i nakłada kolejno różne filtry analityczne.
- Promieniowanie? - ryzykuje stwierdzenie Victra. - Szczątki?
- Złoża na asteroidzie mogłyby spowodować drobne załamanie naszego
sygnału - mówi Roque. - To nie może być kwestia oprogramowania... O,
zniknęło.
Czerwona kropka zgasła, ale napięcie wypełniło mostek. Wszyscy wpatrują
się w ekran. Nic. Nie ma tam nikogo innego poza moimi statkami i pokonanym okrętem flagowym Karnusa. Chyba że...
Roque odwraca się do mnie z przerażoną, ściągniętą twarzą.
- Uciekaj - zdąży jeszcze powiedzieć, kiedy czerwony sygnał znowu ożywa.
- Silniki, pełna moc! - ryczę. - Zwrot o trzydzieści stopni.
- Wystrzelić pozostałe pociski w powierzchnię asteroidy - rozkazuje
Tactus.
Za późno.
Victra łapie gwałtownie powietrze, a ja widzę na własne oczy to, co
nasze czujniki ledwie są w stanie wykryć. Jeden mroczny niszczyciel
wynurza się z dziury w asteroidzie. Okręt, który - jak mi się wydawało -
pokonaliśmy trzy dni temu. Miał wyłączone silniki, podczas gdy czekał w zasadzce. Jego przednia część jest uszkodzona, rozerwana i czarna. Teraz
jego silniki działają z całą mocą. A trajektoria prowadzi go prosto na
nas.
Uderzy w nas jak taran.
- Skafandry i kapsuły ratunkowe! - krzyczę.
Ktoś woła, żebyśmy przygotowali się na wstrząs po uderzeniu. Pędzę do
bocznej części mostku, gdzie znajduje się wbudowana w ścianę kapsuła
ratunkowa dowódcy. Otwiera się na mój rozkaz. Tactus, Roque i Victra
wpadają do środka. Czekam, krzykiem ponaglając Niebieskich, żeby
odłączali się od systemów. Niby tacy logiczni, a gotowi są umrzeć za
swój statek.
Miotam się po mostku, wrzeszczę, żeby aktywowali właz ewakuacyjny. Robi
to sternik: przyciska guzik i w podłodze pośród stanowisk rozwiera się
otwór. Jeden po drugim Niebiescy odłączają się i dają się zassać
przewodowi grawitacyjnemu do swoich kapsuł ratunkowych.
- Theodora! - wołam, widząc, jak szarpie się z młodym Niebieskim, który
ze strachu nadal trzyma się swojego ekranu operacyjnego tak mocno, że
kostki dłoni mu pobielały. - Wskakuj do przeklętej kapsuły!
Nie słucha. A Niebieski nie puszcza. Ruszam do nich, kiedy czujniki
zbliżeniowe ryczą, wydając ostatnie ostrzeżenie.
Wszystko zwalnia.
Światła na mostku migoczą czerwienią.
Skaczę do Theodory i obejmuję ją rękami.
Niszczyciel taranuje mój pancernik, trafia go dokładnie w połowie
długości.
Przyciskam ją do piersi, lecę trzydzieści metrów przez mostek i uderzam
w metalową ścianę. Ból jak białe światło przenika moją lewą rękę wzdłuż
zrastającego się złamania. Robi mi się ciemno przed oczami. Tańczą tam
światełka, najpierw jak gwiazdy, a potem jak wijące się linie piasku
poruszanego przez wiatr.
Czerwone światło przesącza się przez moje powieki. Ktoś delikatnie
pociąga mnie za ubranie.
Otwieram oczy. Owinąłem się wokół wygiętego słupka z przewodami
elektrycznymi. Statek dygoce i jęczy jak zdychająca pradawna bestia,
która pogrąża się w głębinach. Słup trzęsie się gwałtownie przy moim
brzuchu, kiedy niszczyciel kończy przedzieranie się przez środek naszego
okrętu. Patroszy nas z nieśpiesznym okrucieństwem.
Ktoś wykrzykuje moje imię. Powracają dźwięki.
Światła zalewają mostek w zmiennych odcieniach morderczej czerwieni.
Syreny alarmowe. Łabędzi śpiew okrętu. Delikatne stare ręce Theodory
ciągną mnie, jakby ptak próbował przeciągnąć obalony posąg. Krwawię z czoła. Mam złamany nos. Ocieram piekącą w oczy krew i obracam się na
plecy. Potrzaskany ekran iskrzy obok mnie. Jest umazany moją krwią.
Spadł na mnie? Obok leży metalowy pręt, a mój wzrok wędruje ku
Theodorze. Podważyła ekran prętem, żeby go ze mnie zrzucić. Ale jest
taka drobna. Ujmuje moją twarz w dłonie.
- Wstań. Jeśli chcesz żyć, dominus, musisz wstać. - Ręce starej kobiety
trzęsą się ze strachu. - Wstań, proszę.
Podnoszę się z jękiem. Kapsuła ratunkowa dowódcy przepadła. Musiała
zostać wystrzelona podczas zderzenia. Albo po prostu odlecieli,
zostawiając mnie tutaj. Kapsuła Niebieskich także została wyrzucona za
burtę. Z przestraszonego Niebieskiego została plama na ścianie. Theodora
nie potrafi oderwać od niej oczu.
- W mojej kwaterze jest jeszcze jedna kapsuła - mruczę.
Wtedy zauważam, dlaczego Theodora się krzywi. Nie ze strachu, ale z bólu. Nogę ma strzaskaną, wygiętą w bok jak kawał mokrej połamanej
kredy. Różowi nie są stworzeni do przeżywania tego typu sytuacji.
- Nie dojdę tam, dominus. Idź już.
Przyklękam i przerzucam ją sobie przez ramię zdrowej ręki. Skowyczy
straszliwie, kiedy noga przesuwa się pod nią. Czuję, jak szczęka zębami.
Biegnę. Przebiegam przez potrzaskany mostek w stronę rany, która zabija
mój statek, i dalej, korytarzami na tym samym poziomie, prosto w serce
chaosu. Na korytarzach roi się od ludzi, którzy porzucają swoje
posterunki i zadania, żeby dobiec do kapsuł ratunkowych i transportowców
w przednim hangarze. Ludzie, którzy dla mnie walczyli - elektrycy,
woźni, żołnierze, kucharze, służba. Nie uda im się bezpiecznie uciec.
Wielu zmienia kierunek na mój widok. Pędzą mi na spotkanie, opierają się
o mnie, są spanikowani i szaleńczo szukają bezpiecznego miejsca. Szarpią
mnie, krzyczą, błagają. Odpycham ich, tracąc maleńką cząstkę serca z każdym człowiekiem, którego zostawiam za sobą. Nie mogę ich uratować.
Nie mogę. Pomarańczowy łapie Theodorę za zdrową nogę. Szara sierżant
uderza go w czoło, a on pada na ziemię jak kamień.
- Z drogi! - grzmi potężnie zbudowana Szara.
Wyciąga miotacz z kabury i strzela w powietrze. Inny Szary opamiętuje
się (a może uznaje, że jestem jego jedyną szansą na wydostanie się z tej
śmiertelnej pułapki) i pomaga sierżant oczyścić nam drogę przez tłum.
Wkrótce kolejnych dwóch, grożąc ludziom bronią, otwiera nam przejście.
Dzięki ich pomocy docieram do swojej kabiny. Drzwi otwierają się z sykiem, gdy ich dotykam, i odczytują moje DNA. Wchodzimy do środka.
Szarzy idą za nami, celując z miotaczy w trzydziestkę desperatów, którzy
otaczają wejście kołem. Drzwi syczą, jakby miały się zamknąć, ale jakaś
Obsydianowa przepycha się przez tłum i staje w nich, uniemożliwiając to.
Dołącza do niej Pomarańczowy. I Niebieski niskiej rangi. Szara sierżant
bez wahania strzela Obsydianowej w głowę. Jej towarzysze załatwiają
Niebieskiego i Pomarańczowego, po czym odpychają ich, żeby drzwi mogły
się zamknąć. Odrywam wzrok od krwi na ziemi i kładę Theodorę na jednej z kanap.
- Dominus, ile jest miejsc w kapsule ratunkowej? - pyta mnie Szara
sierżant, kiedy podchodzę do zamka kapsuły.
Ma włosy przystrzyżone tuż przy skórze, po wojskowemu. Spod kołnierzyka
wystaje tatuaż na opalonej skórze. Moje ręce przesuwają się nad
pryzmatem kontrolnym, wprowadzam hasło serią gestów.
- Cztery. Dostaniecie dwa. Rozstrzygnijcie to między sobą.
Jest nas szóstka.
- Dwa? - pyta chłodno sierżant.
- Ale Różowa to niewolnica! - syczy jeden z Szarych.
- Gówno warta - dodaje drugi.
- To moja niewolnica - warczę. - Róbcie, co mówię.
- Walić to.
Ciszę, jaka wtedy zapada, w równym stopniu czuję na skórze, jak słyszę i wiem, że jeden z nich właśnie celuje do mnie ze swojej broni. Odwracam
się powoli. Zwalisty stary Szary nie jest głupcem. Wycofał się poza mój
zasięg. Nie mam zbroi, tylko brzytwę. Może zdołałbym go zabić. Pozostali
pytają go, co, u diabła, wyprawia.
- Jestem wolnym człowiekiem, dominus. Powinienem dostać szansę - mówi
Szary drżącym głosem. - Mam rodzinę. Mam prawo do tego miejsca. - Patrzy
na towarzyszy skąpany w paskudnym czerwonym świetle alarmowym. - A to
jest zwykła kurwa. Nadęta kurwa.
- Marcelu, odłóż broń - mówi ciemnoskóry kapral. Wpatruje się w przyjaciela. - Przypomnij sobie swoją przysięgę. Będziemy ciągnąć losy.
- To nie w porządku! Ona nawet nie może mieć dzieci!
- A co teraz pomyślałyby o tobie twoje dzieci? - pytam.
Oczy Marcela napełniają się łzami. Miotacz drży w jego potężnej dłoni.
Potem rozlega się strzał. Jego ciało sztywnieje i zwala się bez życia na
pokład, kiedy kula z miotacza sierżant przeszywa mu głowę i uderza w metalową ścianę.
- Załatwimy to zgodnie z rangą - oznajmia sierżant, chowając broń do
kabury.
Gdybym nadal był człowiekiem, którego znała Eo, zamarłbym ze zgrozy.
Jednak tamten człowiek przepadł. Codziennie opłakuję jego śmierć. Coraz
bardziej zapominam, kim byłem, jakie miałem marzenia, co kochałem. Teraz
mój smutek sprowadza się do odrętwienia. A ja trwam, mimo cienia, jaki
na mnie rzuca.
Magnetyczny zatrzask odsuwa się ze szczękiem i kapsuła ratunkowa otwiera
się. Drzwi z sykiem unoszą się do góry. Podnoszę Theodorę z kanapy i przypinam ją pasami do jednego z siedzeń. Pasy są dla niej niemal za
duże, pomyślane dla Złotych. A potem coś ryczy z wnętrzności mojego
statku basowo i potwornie. Pół kilometra od nas wybuchają nasze zapasy
torped.
Znika sztuczna grawitacja. Przepadły grodzie. To zdradzieckie wrażenie.
Wszystko się kręci. Uderzam o podłogę kapsuły. A może o sufit? Nie wiem.
Powietrze ucieka ze statku. Ktoś wymiotuje. Bardziej orientuję się po
zapachu, niż to słyszę. Krzyczę do Szarych, żeby ładowali się do
kapsuły. Jeden z nich zostaje - cichy, ze ściągniętą twarzą - podczas
gdy sierżant i kapral wchodzą do środka. Przypinają się pasami
naprzeciwko mnie. Aktywuję wyrzutnię i salutuję Szaremu, którego
zostawiamy. Odpowiada salutem, dumny i wierny w swoim milczeniu, kiedy
stawia czoło ostatnim chwilom swojego życia. Patrzy w dal i myśli o pierwszej miłości, niewybranych drogach, może zastanawia się, dlaczego
nie urodził się Złoty.
Drzwi zamykają się i mężczyzna znika.
Ląduję ciężko w fotelu, kiedy kapsuła zostaje wystrzelona z umierającego
pancernika. Przemyka wśród szczątków. A potem znowu znika ciążenie i oddalamy się od kłopotów, gdy włączają się tłumiki bezwładnościowe.
Przez iluminator widzę, jak z mojego okrętu flagowego buchają języki
niebieskiego i czerwonego płomienia. Przetworzony hel-3, który napędza
oba statki, zapala się w pobliżu silników i rozpoczyna łańcuszek
kolejnych wybuchów, które go rozrywają. Nagle dociera do mnie, że to, co
obijało się o boki kapsuły ratunkowej, gdy opuszczałem statek, to nie
były jego fragmenty. To byli ludzie. Moja załoga. Setki podKolorów,
które wysypały się w przestrzeń kosmiczną.
Szarzy siedzą naprzeciwko mnie.
- Miał trzy córki - odzywa się ciemnoskóry kapral, drżąc, gdy spada mu
poziom adrenaliny. - Jeszcze dwa lata i odszedłby na emeryturę. A ty
strzeliłaś mu w głowę.
- Po moim raporcie ten tchórz nie uskrobałby nawet na rentę pośmiertną -
warczy sierżant.
Kapral patrzy na nią zdumiony.
- Ale z ciebie zimna suka.
Ich rozmowa ucicha, przytłumiona przez szum krwi w moich uszach. To moja
wina. Złamałem zasady w Instytucie. Zmieniłem paradygmat i myślałem, że
nie zdołają się do tego zaadaptować. Że nie zmienią swojej strategii ze
względu na mnie.
A teraz straciłem tak wielu ludzi. Możliwe, że nigdy nie dowiem się jak
wielu.
Więcej ludzi zginęło w tej krótkiej chwili niż podczas całego roku w Instytucie; ich śmierć otwiera czarną dziurę w moim brzuchu.
Roque i Victra wywołują mnie przez system łączności. Śledzą sygnał z mojego terminala i wiedzą, że jestem bezpieczny. Ledwie ich słyszę.
Wiruje we mnie gęsty i zgubny gniew; przez niego ręce mi się trzęsą i serce łomocze.
Jakimś cudem statek Karnusa nadal sunie przez przestrzeń kosmiczną po
tym, jak przepołowił mój okręt; jest uszkodzony, ale wciąż funkcjonuje.
Staję w kapsule, odpiąwszy pasy. Na drugim jej końcu znajduje się
wyrzutnia z załadowanym tam zawczasu astroPancerzem - zmechanizowanym
kombinezonem, który zamienia człowieka w żywą torpedę. AstroPancerze
zaprojektowano w taki sposób, żeby móc w nich wystrzeliwać Złotych na
powierzchnię asteroid lub planet, bo kapsuła nie zniosłaby ponownego
wejścia w atmosferę. Ja jednak wykorzystam go do zemsty. Wystrzelę się
prosto na parszywy mostek tego skurczysyna z rodu Bellona.
Theodora jeszcze się nie obudziła. To dobrze.
Każę kapralowi pomóc mi założyć pancerz. Dwie minuty później siedzę już
w metalowej skorupie. Potrzebuję kolejnych dwóch na sprzeczkę z komputerem na temat wyliczeń potrzebnych do wyznaczenia mojej
trajektorii tak, żeby przecięła kurs Karnusa i żebym wpadł do środka
jego okrętu przez okno na mostku. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś zrobił
coś takiego. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś choćby próbował. To
szaleństwo. Ale Karnus zapłaci.
Zaczynam odliczanie.
Trzy... Okręt przeciwnika przelatuje arogancko sto kilometrów od nas.
Czarny wąż z niebieskim koniuszkiem ogona i mostkiem zamiast ślepi.
Między nami iskrzy się setka kapsuł ratunkowych jak garść rubinów
rzuconych w słońce. Dwa... Modlę się, żebym znalazł się w Dolinie, jeśli
tego nie przeżyję. Jeden. Mój układ sterowania wyłącza się i czerwone
światło rozbłyskuje mi w hełmie. Rewizorzy obeszli mój komputer i wyłączyli mi sterowanie.
- NIE! - wyję, patrząc, jak statek Karnusa znika w ciemności.
Rozdział 3. Krew i szczyny
3
Krew i szczyny
Osiemset trzydzieści trzy osoby. Osiemset trzydzieści trzy osoby zostały
zabite dla zabawy. Wolałbym nigdy nie poznać tej liczby. Powtarzam ją
raz za razem, kiedy siedzę w części pasażerskiej na statku ratowniczym,
który zabierze mnie z powrotem do Akademii. Moi przyboczni boją się
spojrzeć mi w oczy. Nawet Roque zostawia mnie w spokoju.
Instruktorzy unieruchomili mój astroPancerz, zanim zdołałem się
wystrzelić. Mówią, że chcieli mi oszczędzić idiotycznego błędu. Zagrywka
była pochopna, głupia, niegodna Złotego pretora. Patrzyłem na nich
beznamiętnie, kiedy odbierali mój raport przez holo.
Docieramy do Akademii w godzinach wieczornych cyklu dobowego na moim
statku. Ogromny, okryty kopułą metalowy port na obrzeżach pola asteroid
jest otoczony dokami dla niszczycieli i pancerników. Większość doków
jest zapełniona. To siedziba Akademii i dowództwa śródSektora,
Wspólnotowych sił wojskowych środkowych światów: Marsa, Jowisza i Neptuna, chociaż korzystają z tego miejsca także inne siły, kiedy
położenie ich planet na orbicie sprawi, że znajdą się w pobliżu. Inni
studenci oglądali to na żywo w swoich sypialniach. Podobnie jak wielu
oficjałów z Floty i Niezrównanych, którzy zjechali się tutaj na ostatnie
tygodnie rozgrywki z myślą o przyjęciach i widokach.
Nikt nie wspomni o cenie krwi, jakiej wymagało zwycięstwo Karnusa.
Jednak przegrana utrudni mi realizację misji. Synowie Aresa mają
szpiegów. Mają hakerów i kurtyzany, którzy kradną sekrety. Nie mają za
to floty. I teraz nie mają szansy na jej zdobycie.
Nikt nie wita mnie i moich przybocznych w porcie.
Czerwoni i Brązowi krzątają się pod kierownictwem dwóch Fioletowych i Miedzianego, przygotowując się do obchodów Zwycięstwa Karnusa w wielkiej
antykamerze. Błękit i srebro domu Bellona zdobią przepastne metalowe
korytarze. Herb z orłem jego rodu przyobleka ściany. Wysypali dla niego
płatki białych róż. Czerwone są zarezerwowane dla Triumfów, prawdziwych
zwycięstw, w których została przelana krew Złotych. Krew ośmiuset
trzydziestu trzech podKolorów się nie liczy. To statystyka.
Moi przyboczni spali, kiedy lecieliśmy z powrotem do Puszki. Ja nie.
Tactus i Victra idą teraz przede mną. Potykają się i milczą, jakby wciąż
się nie obudzili. Mimo brzemienia na ramionach nie marzę o śnie. Żal
kryje się za moimi przekrwionymi oczami. Wiem, że gdybym zasnął,
zobaczyłbym twarze tych, których zostawiłem na pewną śmierć w korytarzach statku. Wiem, że zobaczyłbym Eo. Nie jestem w stanie stawić
jej dzisiaj czoła.
W Akademii pachnie kwiatami i środkami dezynfekującymi. Różane płatki
leżą w stojących z boku pojemnikach. Biegnące górą przewody poddają
recyklingowi nasze oddechy i oczyszczają powietrze. Szumią nieustannie.
Blade jak siki jarzeniowe światło pada z sufitu, jakby miało nam
przypominać, że nie jest to miejsce życzliwe dla dzieci i bajek. Jest
surowe i zimne, tak jak tutejsi mężczyźni i kobiety.
Roque trzyma się mnie, gdy idziemy, chociaż z wyglądu przypomina śmierć.
Mówię mu, żeby się trochę przespał. Zasłużył na to.
- A na co ty zasłużyłeś? - pyta. - Bo nie na dzień pretensji do siebie.
Nie na dzień samobiczowania. Ze wszystkich lansjerów jesteś drugi.
Drugi! Bracie, dlaczego nie czujesz z tego powodu dumy?
- Nie teraz, Roque.
- Daj spokój - nie ustępuje. - To nie zwycięstwo tworzy człowieka, ale
jego porażki. Myślisz, że nasi przodkowie nigdy nie przegrali? Nie
musisz psioczyć z tego powodu i zachowywać się jak jeden z tych
oklepanych greckich bohaterów. Porzuć pychę. To była tylko gra.
- Myślisz, że przejmuję się grą? - Odwracam się do niego. - Zginęli
ludzie.
- Sami wybrali służbę we flocie. Znali ryzyko i polegli dla sprawy.
- Jakiej sprawy?
- Zachowania silnej Wspólnoty.
Patrzę na niego. Czy mój przyjaciel, mój przyjaciel o dobrym sercu, może
być aż tak ślepy? Jaki wybór mieli ci ludzie? Byli z poboru.
Kręcę głową.
- Nic nie rozumiesz, prawda?
- Oczywiście, że nie rozumiem. Ty nigdy nikomu nic nie mówisz. Ani mnie,
ani Sevro. Popatrz, jak potraktowałeś Mustang. Odpychasz od siebie
przyjaciół, jakby to byli wrogowie.
Gdyby tylko wiedział.
***
Przekonuję się, że ogród jest pusty. Znajduje się na szczycie Puszki -
przestronny szklany hol z ziemią i zielenią, pomyślany jako odskocznia
dla zmęczonych jarzeniówkami żołnierzy. Karłowate drzewka kołyszą się na
symulowanym wiaterku. Zdejmuję buty i skarpetki i wzdycham, gdy czuję
trawę między palcami stóp.
Lampy nad drzewami udają słońce. Leżę pod nimi, aż w końcu z jękiem
podnoszę się i idę w stronę gorącego źródełka pośrodku polany. Siniaki,
w większości wyblakłe, plamią moje ciało jak małe sine i fioletowe stawy
okolone żółtymi piaskami. Woda koi ból. Jestem chudszy, niż powinienem,
ale ciało mam napięte jak struna. Gdyby nie złamana ręka, powiedziałbym,
że jestem zdrowszy, niż byłem w Instytucie. Walka, kiedy karmią cię
jajkami na bekonie, jest o niebo lepsza od walki z brzuchem pełnym na
wpół surowej koźliny, jaką tam jadaliśmy.
Znajduję kwitnącego hemantusa obok sadzawki. Wyrósł tam, gdzie woda nie
sięga. Pochodzi z Marsa tak jak ja, więc go nie zrywam. Pochowałem Eo w takim miejscu jak to. Pochowałem ją w sztucznym lesie nad kopalnią w Lykos, gdzie kochałem się z nią po raz ostatni. Byliśmy wtedy mizernymi,
niewinnymi stworzeniami. Skąd w tak kruchej dziewczynie wziął się tak
wielki zapał, takie marzenie o wolności, kiedy tak wiele silnych dusz
mozoliło się i nie podnosiło głów ze strachu?
Nakrzyczałem na Roque'a, że nie obchodzi mnie porażka. Ale to nieprawda
i mam wyrzuty sumienia, że przejmuję się przegraną, kiedy tak wiele
straconych istnień domaga się ode mnie całego smutku. Jednak przed
dzisiejszym dniem zwycięstwo mnie wzmacniało, bo z każdym kolejnym
triumfem zbliżałem się do spełnienia marzenia Eo. Teraz porażka mnie z tego okradła. Zawiodłem dzisiaj Eo.
I jakby znał moje myśli, terminal łaskocze mnie w rękę. Połączenie od
Augustusa. Zdejmuję cieniutki jak włos wyświetlacz i zamykam oczy.
Jego słowa odbijają się echem w mojej pamięci: "Nawet jeśli przegrasz,
nawet jeśli nie zdołasz zagarnąć dla siebie zwycięstwa, nie pozwól
zatriumfować domowi Bellona. Jeśli zyskają kontrolę nad jeszcze jedną
flotą, to zakłóci równowagę sił".
I to byłoby tyle. Unoszę się na wodzie, to przysypiam, to się wybudzam,
aż palce mi się marszczą i zaczynam się nudzić. Nie jestem stworzony do
takich cichych chwil. Wychodzę z wody, żeby się ubrać. Nie mogę kazać
Augustusowi zbyt długo czekać. Czas stawić czoło staremu lwu. A potem
może się prześpię. Będę musiał stać i oglądać cholerne Zwycięstwo
urządzone dla Karnusa, ale potem wyniosę się z tego paskudnego miejsca,
wrócę na Marsa i może do Mustang.
Kiedy jednak wychodzę z sadzawki, odkrywam, że ubranie zniknęło,
podobnie jak moja brzytwa.
Wtedy ich wyczuwam.
Słyszę za sobą wojskowe buty. Głośne, podekscytowane oddechy. Domyślam
się, że jest ich czwórka. Podnoszę kamień z ziemi. Nie. Odwracam się i widzę, że siedmioro blokuje wejście do ogrodu. Sami Złoci z domu
Bellona. Sami moi śmiertelni wrogowie.
Karnus podchodzi wraz z pozostałymi. Ma równie wymizerowaną twarz jak
ja, ale i tak w barach jest co najmniej o połowę szerszy. Góruje nade
mną - Obsydianowy pod każdym względem, z wyłączeniem pochodzenia i umysłu. Jego roześmiana gęba promieniuje nieprzeciętną inteligencją.
Pociera dłonią podbródek z dołeczkiem, a jego umięśnione przedramiona
wyglądają jak wyrzeźbione z wygładzonego w rzece drewna. Jest coś
przerażającego w obecności kogoś tak wielgachnego, że czujesz wibracje
jego głosu w kościach.
- Wygląda na to, że przyłapaliśmy lwa Augustusa z dala od jego stada.
Heja, Żniwiarzu.
- Cześć, Goliacie - mruczę, posługując się jego sygnałem wywoławczym.
Goliat niszczyciel. Goliat synobójca. Goliat dziki. Mustang powiedziała,
że złamał kiedyś kręgosłup wymuskanemu Złotemu z Luny, przełożywszy go
sobie przez kolano za to, że smarkacz ośmielił się wylać mu drinka w twarz w Perłowym Klubie. Jego matka przekupiła potem sędziego, żeby
musiał uiścić tylko grzywnę.
Lista kar, jakie zapłacił za morderstwa, jest dłuższa od mojej ręki.
Mordował Szarych, Różowych, zabił nawet jednego Fioletowego. Jednak
najbardziej zasłynął zamordowaniem Claudiusa au Augustus, dziedzica i ulubionego syna arcygubernatora. Brata Mustang.
Kuzyni Karnusa krążą wokół niego. Wszyscy są z domu Bellona. Wszyscy
urodzeni pod niebiesko-srebrnym herbem zwycięskiego orła. Bracia,
siostry, kuzyni Cassiusa. Mają gęste kręcone włosy i piękne twarze. Ich
wpływy przenikają całą Wspólnotę. Wszyscy słyną z umiejętności walki.
Jeden jest znacznie starszy ode mnie, niższy, ale potężniej zbudowany,
jak pniak porośnięty mchem blond włosów. Ma około trzydziestki. Kellan,
przypominam sobie teraz. Pełnoprawny legat, rycerz Wspólnoty. Przyszedł
tu z braćmi i kuzynami ze względu na mnie. Ocieka arogancją. Ziewa na
pokaz, bawiąc się w tę dziecinną grę.
Strach łomocze mi w piersi.
Z trudem oddycham. Mimo to uśmiecham się, a za plecami muskam włącznik
systemu łączności na terminalu.
- Siódemka z domu Bellona! - śmieję się. - Po co ci aż siedmioro,
Karnusie?
- Ty miałeś siedem statków przeciwko mojemu jednemu - odpowiada. -
Przyszedłem podjąć naszą grę. - Przekrzywia głowę. - Myślałeś, że
wystarczy mi zagłada twojego okrętu?
- Gra się skończyła - mówię. - Wygrałeś.
- Wygrałem, Żniwiarzu?
- Za cenę życia ośmiuset trzydziestu trzech ludzi.
- Jojczysz, bo przegrałeś? - pyta Cagney.
Jest najdrobniejsza spośród kuzynów, dwudziestoparoletnia lansjerka ojca
Karnusa. To ona trzyma moją brzytwę - tę, którą dostałem od Mustang.
Przecina nią ze świstem powietrze.
- Zatrzymam ją sobie - dodaje. - Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek
widział, jak ją używasz. Nie krytykuję cię, rzecz jasna. Brzytwy są
podstępne. Obawiam się, że takie są konsekwencje nędznego wychowania.
- Idź wsadzić pięść swojemu kuzynowi - szydzę. - Nie bez powodu wszyscy
macie te zasrane loczki i wyglądacie jak spod sztancy.
- Musimy słuchać, jak szczeka, Karnusie? - jęczy Cagney.
- Nauczyłem Juliana łowić ryby, Żniwiarzu - odzywa się nagle legat. -
Jako dzieciak nie przepadał za tym, bo uważał, że to za bardzo boli
rybę. Twierdził, że to okrutne. Ten chłopiec, którego twój pan kazał
zabić. Oto miara jego okrucieństwa. Jak wspaniale się czujesz? Za jak
odważnego się uważasz?
- Nie chciałem go zabić.
- Ale my chcemy zabić ciebie - dudni Karnus.
Kiwa głową na swoich kuzynów. Dwóch z nich odłamuje gałęzie i rzuca mu
je. Mają brzytwy, ale najwyraźniej nie chcą tego załatwić zbyt szybko.
- Jeśli mnie zabijecie, będą konsekwencje - ostrzegam. - To nie jest
legalny pojedynek, a ja jestem Niezrównany. Chroni mnie Porozumienie. To
będzie morderstwo. Będą cię ścigać Olimpijscy Rycerze. Osądzą cię. I stracą.
- Kto powiedział cokolwiek o morderstwie? - pyta Karnus.
- Należysz do Cassiusa. - Na lisią twarz Cagney wypływa uśmiech.
- Dzisiaj chroni cię Augustus - mówi Karnus. - Jego wybraniec. Zabicie
ciebie oznaczałoby wojnę. Nikt jednak nie zaczyna wojny z powodu małego
lania.
Cagney oszczędza lewą nogę. Uszkodzone kolano. Jej kuzyn staje na
piętach. Boi się mnie. Karnus, wielkolud, prostuje się przed mną, co
oznacza, że ma w dupie wszelkie szkody, jakich mogę narobić. Kellan
uśmiecha się i stoi rozluźniony. Nie cierpię tego typu facetów. Niełatwo
ich osądzić. Kalkuluję swoje szanse. Wtedy przypominam sobie o złamanej
ręce, uszkodzonych żebrach i stłuczeniu nad prawym okiem i zmniejszam
swoje szanse o połowę.
Boję się. Nie mogą mnie zabić, a ja nie mogę zabić żadnego z nich. Nie
tutaj. Nie teraz. Wszyscy wiemy, jak zakończy się ten taniec. Mimo to
musimy zatańczyć.
Karnus pstryka palcami i wszyscy rzucają się na mnie jednocześnie.
Ciskam kamieniem w twarz Cagney. Pada. Atakuję Karnusa, wyjąc jak
wściekły wilk, prześlizguję się pod jego pierwszym ciosem, wymierzam
grad wściekłych uderzeń w jego centra nerwowe, wbijam łokieć w jego
prawy biceps, rozrywając tkankę. Zatacza się do tyłu, a ja napieram,
wykorzystując jego potężną budowę jak tarczę przed pozostałymi,
uzbrojonymi w kije. Wyrywam oręż jednej z kuzynek, powalam ją ciosem w skroń. A potem obracam się i tą samą bronią mierzę w twarz Karnusa. On
jednak blokuje uderzenie. Coś trafia mnie w potylicę. Drewno pęka.
Drzazgi wbijają się w czaszkę. Nie potykam się. Do chwili, kiedy Karnus
trafia mnie w twarz łokciem tak mocno, że łamie mi ząb.
Nie atakują mnie na zmianę, jedno po drugim. Otaczają mnie i karzą z całą skutecznością ich śmiercionośnego stylu walki, kravat. Celują w nerwy, w ważne organy. Udaje mi się ustać na nogach, trafić kilku
przeciwników, ale nie stoję zbyt długo. Ktoś wbija mi kij w skórę,
trafiając w nerw podżebrowy. Padam na ziemię jak stopiony wosk, a Karnus
kopie mnie w głowę.
Prawie odgryzam sobie język.
Ciepło wypełnia mi usta.
Ziemia jest najmiększą rzeczą, jaką czuję.
Dławię się solą.
Krew i powietrze tryskają mi z ust, kiedy Karnus wbija stopę w mój
brzuch, a potem w gardło. Śmieje się.
- Jak to ujął Lorn au Arcos, jeśli musisz tylko zranić mężczyznę, to
lepiej zabij jego dumę.
Z charkotem nabieram powietrza w płuca.
Cagney zastępuje Karnusa, siada mi na piersi, przyszpilając kolanami
ręce. Z trudem łapię oddech. Uśmiecha się i patrzy na linię moich
włosów. Usta ma rozdziawione z podniecenia, bo dominuje nad drugim
człowiekiem. Jej gorący oddech pachnie miętą.
- Co my tu mamy? - pyta, ścigając mi terminal z ręki. - Do diabła.
Wezwał ludzi Augustusa. Wolałabym nie walczyć z tą suką Julii bez
pancerza.
- To przestań się ociągać - warczy Karnus. - Do roboty.
- Ćśśś - szepcze Cagney, kiedy próbuję się odezwać. Przesuwa nożem po
moich ustach i wsuwa go między wargi, aż uderza o zęby. - O tak,
grzeczna suczka.
Zaczyna mi odcinać włosy.
- Ładnie i po cichu. Dobry Żniwiarz. Grzeczny Żniwiarz.
Krew piecze mnie w oczy, kiedy Karnus spycha Cagney z mojej piersi,
łapie mnie i podnosi z ziemi lewą ręką. Prawą rozluźnia, przeklinając z powodu uszkodzonego bicepsa. Nie może wziąć zamachu do ciosu, więc tylko
szczerzy do mnie zęby w uśmiechu i uderza z główki prosto w mostek.
Świat mi się kołysze. Słychać trzask. Jak gałązki w ogniu. Wydaję z siebie nieludzkie rzężenie. Karnus uderza mnie znowu głową i ciska na
ziemię.
Czuję obryzgujące mnie ciepło i smród szczyn wypełnia mi nozdrza. Śmieją
się, a Karnus szepcze mi do ucha:
- Matka kazała mi przekazać: żebrak nigdy nie zostanie księciem. Za
każdym razem, kiedy spojrzysz w lustro, przypomnisz sobie, co ci
zrobiliśmy. Przypomnisz sobie, że oddychasz tylko dlatego, że ci
pozwoliliśmy. Przypomnisz sobie, że twoje serce pewnego dnia wyląduje na
naszym stole. Wspiąłeś się tak wysoko, a leżysz w błocie.