PROLOG
Arion czekał, klęknąwszy na jedno kolano,
niespokojny w obecności królów. W końcu Plejstarchos był synem samego
Leonidasa, którego imię znali wszyscy. Co więcej, wyglądał na urodzonego
wojownika, o mocarnych kończynach i doskonale wyważonych ruchach.
Spartanin był jedną z dwóch królewskich postaci obecnych w tym miejscu,
lecz eforowie się przed nimi nie kłaniali. W oczach Ariona był to dziwny
system. Choć słyszał, że rekrutują się spośród zwyczajnych ludzi, tych
pięciu eforów dzierżyło prawdziwą władzę, nawet w królewskim pałacu.
Spod opadających na czoło włosów obserwował, jak debatują nad skargą,
którą przyniósł. Najwyraźniej różnili się w opiniach i zastanawiał się,
czy znów każą mu przyjść ponownie. Dotąd wzywano go i odsyłano już
dwukrotnie, każąc mu powtarzać wszystkie wyjaśnienia aż do ochrypnięcia.
Rozumiał, że chcą sprawdzić jego opowieść, oceniając po powtarzanych w nieskończoność szczegółach, czy powiedział całą prawdę. Uświadomił
sobie, że nawet nie próbowałby okłamać tych ludzi. Arion nie był
przebiegłym dworakiem, aojdą czy poetą. Był po prostu młodzieńcem,
posłańcem, którego wysłano po pomoc do największych wojowników świata.
- Wasz król jeszcze żyje? Powiadasz, że widziałeś go żywego? - zadał mu
pytanie jeden z eforów. Był najstarszy z nich, najbardziej wychudły, o ogorzałej, pokrytej bliznami skórze, która wyglądała jak pocerowana.
Arion zamrugał, gdy wszyscy równocześnie zwrócili się ku niemu, aby
posłuchać jego odpowiedzi.
- Jak rzekłem, panie. Kiedy wychodziłem, król Hezjod żył, choć został
pokonany. Flota ligi otoczyła Tasos ze wszystkich stron. Zburzyli mury
królewskiego pałacu...
- Raczej czegoś w rodzaju koziej zagrody, jak się domyślam - mruknął
jeden z eforów do drugiego.
Arion zarumienił się i zamilkł.
- Cała flota kotwiczyła wokół Tasos, a jednak ty uciekłeś - zauważył
najstarszy. Ścięgna wystąpiły mu na szyi, gdy wypatrywał na twarzy
młodzieńca najmniejszego śladu zawahania.
Arion odpowiedział, ledwo panując nad rozpaczą. Mówił prawdę. Choć wciąż
się ich bał, to męczyły go już ich podejrzenia.
- Zabrałem tylko rybacką łódkę z wikliny, każdy mógłby ją przenieść na
plecach. Zaczekałem w lesie do zmroku i potem się przemknąłem. Łowiłem
tam często ryby i znałem te wody dobrze.
Efor pokręcił głową. Jego oczy były czarne.
- On kłamie. To pułapka, jakiś podstęp Ateńczyków.
Arion westchnął. Nie wiedział, jak odeprzeć ten zarzut. Prawda była jego
jedyną tarczą, powtarzał więc słowa, których wyuczył się na pamięć jak
własnego imienia.
- Król Hezjod wysłał mnie po pomoc. Nikt inny nie ma takiej mocy ani
woli, aby poskromić Ateńczyków. Persja nie jest już zagrożeniem. Tylko
liga żąda od nas srebra albo okrętów, grożąc nam napaścią, jeśli
odmówimy! Kto więc jest tyranem? Kazano mi powiedzieć: "Sparta przewodzi
Hellenom, tym, którzy znają bogów i znaczenie ludzkich słów. Nie prosimy
o pomoc, prosimy o sprawiedliwość. O nic więcej".
Patrzył, jak odwracają się do niego plecami, znów pogrążeni w dyskusji.
Trzej eforowie podnieśli ręce, podczas gdy dwaj pozostali potrząsnęli
głowami. Wyczuwalne w grupie napięcie opadło. Decyzja została podjęta.
Po chwili głos zabrał król Plejstarchos:
- Przyjęliśmy twoją sprawę, Arionie z Tasos. Przybyłeś do nas w pokorze,
co jest właściwą postawą. Przywrócimy równowagę, Ateny zaś będą zmuszone
odpowiedzieć za zbrodnie swoich obywateli.
Arion na te słowa poczuł przebiegający go dreszcz. Uświadomił sobie,
czego stał się sprawcą. Udało mu się tu dotrzeć, a teraz ludzie będą
umierać z tego powodu.
W oddali rozległ się groźny odgłos przypominający grzmot dobiegający z gór wokół Sparty. Arion większość drogi przebył statkiem, ale przez
ostatnie dni biegł, pokonując wysokie przełęcze pełne dzikiej zwierzyny.
Posadzka zadrżała, gdy położył na niej dłoń. Takie rzeczy często się
zdarzały w tej krainie. Mimo to poczuł skurcz w żołądku. Było tak, jakby
coś się zbliżało, coś wielkiego, co budziło w nim lęk.
- Panie... - zaczął.
- Ziemia się trzęsie - odezwał się drugi król jak do małego dziecka.
Archidamos był zbyt młody, by mieć wielką władzę w tej grupie. Eforowie
jednak okazywali mu szacunek, jak zauważył Arion. Wiedział, że jest on w jakimś sensie królem Sparty w czasie pokoju, choć ma prawo również
przewodzić w bitwie. Plejstarchos zaś był królem wojennym, choć
najwyraźniej mógł też rządzić w sprawach cywilnych. Z pewnością było to
bardziej skomplikowane niż na wyspie Tasos. Arion pokręcił głową,
czekając, aż drżenie ziemi ustanie. Doświadczał tego już dawniej, ale
zawsze towarzyszyło mu przy tym uczucie niepewności. Nigdy nie trwało to
długo.
- Panie - powtórzył - myślę...
Wszyscy się odwrócili, gdy na jednej ze ścian zarysowało się duże
pęknięcie. Arion zauważył, jak na wypolerowanej posadzce zamigotał pył,
przedtem niewidoczny, który nagle się pojawił, wznosząc się i opadając.
Na ścianie pojawiła się druga rysa przechodząca w kilka
różnokierunkowych pęknięć. Królowie spojrzeli po sobie.
- Powinniśmy wyjść na zewnątrz... - powiedział Archidamos.
Eforowie już biegli, gdy rozpętało się prawdziwe trzęsienie ziemi.
Arion znalazł się nagle na plecach, uświadamiając sobie, że został na
nie z przemożną siłą rzucony. Grunt pod nim się podniósł, falując niczym
woda. Ujrzał słońce, gdy rozstąpiło się sklepienie. Mury zaczęły się
walić, on zaś usłyszał, jak jeden z eforów krzyknął głośno. Krzyk urwał
się gwałtownie, gdy mężczyzna został zmiażdżony.
Królowie i wszyscy pozostali wybiegli na wieczorne powietrze, podczas
gdy pałac królewski walił się za nimi. Grunt wybrzuszał się jeszcze w różnych miejscach, zbijając ich z nóg. Powietrze paskudnie cuchnęło
uwolnioną wilgocią i zgnilizną, jakby wdychali wyziewy piekielnych
podziemi. Opadł na nich kurz z walącego się pałacu. Pokrył ich skórę
szarością, na której lśniły jaskrawe plamy krwi w miejscach zadrapań i skaleczeń. Arion zauważył, że spartańscy królowie stanęli z wyciągniętą
bronią, jakby mogli stawić czoło niewidzialnemu wrogowi, który
poroztrącał ich jak dzieci. Tymczasem grzmot narastał. Stali na wzgórzu,
patrząc w dół ulicy, która waliła się na głowy mieszkańców. Słońce
zachodziło, a całe miasto Sparta trzęsło się i obracało w gruzy. Arion
widział walące się świątynie i domy. Gdzieś blisko rozlegały się
wysokie, pełne bólu i przerażenia krzyki kobiet i dzieci.
- Do koszar. Zebrać armię - rozkazał Archidamos.
Wojenny król umykał, lawirując między strzaskanymi bryłami marmuru,
podczas gdy inne wciąż jeszcze padały na ziemię, rozpryskując się na
mniejsze odłamki. Pył wypełnił ulicę, przez którą przemykały
zakrwawione, potykające się, zdezorientowane postacie.
Arion czekał na rozkazy. Choć pochodził z Tasos, skala tego, co się tu
wydarzyło, sprawiła, że się nie wahał.
- Co mogę zrobić? - zapytał króla.
- Pomóż uwięzionym w ruinach - rzucił Archidamos.
Odwrócili się, słysząc szczęk broni biegnących mężczyzn. Dwudziestu
spartańskich wojowników w powiewających płaszczach i z obnażonymi
mieczami wyłoniło się z chmury pyłu. Archidamos wydał im szybkie
rozkazy, posyłając ich do walących się domów wzdłuż ulicy. Arion
patrzył, jak z zadziwiającą energią odwalają gruzy, odsłaniając
wystające spod nich ludzkie kończyny. Niektórzy ranni, poczuwszy dotyk,
zaczynali się poruszać, inni jednak, a tych była większość, leżeli
sztywno, bez ruchu, martwi.
Łoskot ustał, a w jego miejsce wdarły się krzyki i jęki. Arion omal nie
upadł, potrącony przez jakiegoś mężczyznę, który minął go, oślepiony
spływającą z głowy krwią. Połowa włosów zwisała mu z oderwanego płatu
skóry, spod którego połyskiwało coś, co wyglądało na kość czaszki.
- Czy to już koniec? - krzyczał mężczyzna. - Już po wszystkim?
Arion nie wiedział, czy zdołałby usłyszeć odpowiedź. Zwrócił się z tym
samym pytaniem do Archidamosa. Młody król pokręcił głową.
- Przyjdą następne wstrząsy - odparł z pewnością w głosie. - Nadchodzą
kolejno, falami.
Ponury wyraz twarzy króla zniknął, gdy z koszar powrócił Plejstarchos,
prowadząc setki Spartan. Niektórzy nie mieli na nogach sandałów,
zauważył Arion. Inni krwawili z otarć i zadrapań. Oni również zostali
zaskoczeni.
Arion dołączył do drugiej grupy zajętej odwalaniem gruzu. Kierowano się
dobiegającym spod ruin łkaniem dziecka. Nikt nie sprzeciwiał się
obecności obcego. Chmury pyłu ich jednoczyły.
Arion poczuł dławiący żal, gdy odgłos łkania osłabł. Chłopczyk był
ciężko ranny, gdy do niego dotarli, miał zgniecioną klatkę piersiową.
Dziwne, że w ogóle zdołał dobyć głosu. Arionowi łzy napłynęły do oczu,
gdy odnajdywali kolejnych. Sparta została zniszczona. Legła w gruzach
ulica za ulicą. Patrząc w dal, nie dostrzegł żadnego stojącego budynku.
W oddali, w półmroku, rozległ się inny głos, bardziej gniewny i przerażający od spazmu ziemi. Arion wybiegł spomiędzy ruin, aby
zobaczyć, co się dzieje. Wszyscy Spartanie obok niego wcześniej odłożyli
swoje miecze. A jednak słyszał teraz szczęk brązu i żelaza, krzyki i wrzaski jak z pola bitwy. Dziwne.
Królewski pałac został zbudowany na szczycie wzgórza, z którego drogi
wiodły w dół do miasta. Stali niedaleko akropolu, gdzie w zwykłych
czasach ludzie zbierali się na modlitwę i po to, by wysłuchać przesłania
królów i eforów. Teraz setki ich ciągnęły w tamtą stronę, oglądając się
trwożliwie za siebie, jakby ktoś ich gonił.
- Na bogów... nie - wyszeptał Archidamos.
Król Plejstarchos stał obok i obaj mężczyźni wymienili spojrzenia pełne
grozy.
Arion wodził wzrokiem od jednego do drugiego, lecz nie potrafił nic
wyczytać z ich twarzy. Był obcy, więc nie zwracali na niego uwagi.
- Heloci - odezwał się Plejstarchos. - Jeśli podnieśli bunt...
- To ty dowodzisz armią - rzucił Archidamos. - Wydaj rozkaz. Wybij ich
wszystkich, zanim to szaleństwo się rozprzestrzeni.
- Jeżeli wydam taki rozkaz, zaleją nas.
Plejstarchos zerknął na Ariona, cudzoziemca, który patrzył na nich z otwartymi ustami. W tej samej chwili ziemia zadrżała znowu, a drgania
prędko przybierały na sile. Rozrzucone kamienie i dachówki podskakiwały
i zderzały się. Wyglądało to tak, jakby z ziemi podniosły się roje much,
a oni nic nie mogli na to poradzić.
- Nie słyszysz odgłosów walki? - krzyknął Archidamos poprzez narastający
łoskot. - Już zabijają naszych ludzi! Cóż heloci wiedzą o dyscyplinie, o posłuszeństwie? Wydaj rozkaz albo ja to zrobię.
- Potrafimy nad tym zapanować. Oni nie są wojownikami - rzucił gniewnie
Plejstarchos.
- Nie muszą. Na każdego z naszych przypada ich siedmiu! Wydaj rozkaz,
Plejstarchosie!
- Nie. Armia jest moja. Zaprowadź kobiety i dzieci na akropol. To
wysokie wzgórze. Będziecie tam bezpieczni. Ja wyprowadzę wojsko, aby
powściągnąć przemoc. Nie będę miał litości dla żadnego heloty, który
sięgnie po broń. Ale nie będę urządzał rzezi. Będziemy ich potrzebować
do odbudowy.
- Eforowie! Decyzja! - polecił Archidamos.
Na ulicy było ich tylko czterech, jeden został przysypany w pałacu. W zwykłym czasie nie można by zarządzić ważnego głosowania, a ci czterej
mogli nawzajem anulować swoje głosy.
- Plejstarchos dowodzi armią podczas kryzysu - przypomniał najstarszy.
Jeden z pozostałych spojrzał gniewnie, lecz mimo to kiwnął głową. Trzeci
i czwarty też skinęli. Byli zwykłymi Spartanami wybranymi w celu
kontrolowania władzy królewskiej. Nie spuścili wzroku, gdy Archidamos na
nich patrzył.
- Bardzo dobrze - powiedział. - Ale jeśli to się rozprzestrzeni,
będziesz miał krew Spartan na rękach. Jest nas... jakieś sto tysięcy? Pięć
tysięcy spartiatów, drugie tyle periojków, a reszta to kobiety i dzieci.
A w Sparcie żyje pół miliona helotów, naszych niewolników. Jeśli się
zbuntują, zostaniemy zmieceni.
- A jednak taka jest moja decyzja - stwierdził Plejstarchos zimnym
tonem. - Ratujcie, kogo zdołacie. Zabierzcie ludzi na akropol i opatrzcie rannych. Ja zadbam o porządek.
Wszyscy usłyszeli niosący się ulicami potężny ryk. Słońce skryło się za
zachodnimi górami i ostatnie światło pociemniało. Archidamos pokręcił
głową.
- Jeśli zdołacie - skwitował ponuro.
1
Gdy Perykles wstał, żeby przemówić, miał w ręku życie człowieka. Wygnanie, ruina albo śmierć. Wszystkie trzy opcje
odzwierciedlały się w spojrzeniu Kimona oraz w napiętych mięśniach jego
szczęk.
Stali przed sądem czterystu Ateńczyków na Pnyksie, a powiew bryzy
rozwiewał ich włosy i poruszał fałdami ubrań. Kimon wytrzymał trzy dni
zeznań świadków i zarzutów wysuwanych przez dwóch oskarżycieli starannie
wybranych przez Efialtesa, ateńskiego stratega, a zarazem wroga Kimona.
Sam Efialtes przyglądał się wszystkiemu ze wzgórza, zwrócony plecami do
leżącej poniżej Agory.
Kimon bronił się całkiem dobrze. Z fachowym spokojem wyjaśniał każdą
swoją decyzję. Przysiągł na bogów, że na perskim brzegu nie przyjął
żadnej łapówki w celu uwolnienia macedońskiego króla, a jedynie okazał
mu miłosierdzie, co było jego prawem jako zwycięzcy. Oczywiście ci,
którzy sami by tak nie postąpili, wątpili w jego słowa. Wielu spośród
obecnych znało tylko pogardę i chciwość. Nie potrafili uwierzyć w istnienie innych zasad niż ich własne.
Perykles przycisnął pięść do ust. Przyłączył się do oskarżycieli, potem
jednak, niemal do końca, nie zabierał głosu. Czuł na sobie spojrzenia
wszystkich zgromadzonych, pełne podejrzeń albo domysłów. Niektórzy
wiedzieli, że Kimon jest jego przyjacielem. Przed słusznym oskarżeniem o przestępstwo nie było jednak ochrony. Każdy Ateńczyk potępiłby zdradę
lub bezbożność. W takich przypadkach nawet własna rodzina uważałaby za
swój obowiązek dopilnować, by został wygnany lub zabity. W rezultacie
nikt naprawdę nie wiedział, co zrobi Perykles. Odchrząknął, zanim się
odezwał.
- Wysłuchałem wszystkiego, co tu powiedziano - zaczął. - Usłyszałem
dość. Od początku tego procesu, wieczorami, podchodziło do mnie wielu
tych, którzy znają Kimona od młodości. Gdziekolwiek znajdę się w mieście, zatrzymują mnie ci, którzy pragną mi przypomnieć, jak Kimon
dowodził okrętami pod Salaminą albo jak zaniósł wojnę Persom, rozbijając
ich wielką armię i flotę nad Eurymedonem. Jak przywiózł do Aten kości
Tezeusza, ateńskiego króla, który zabił Minotaura. Wszystko to jest
powszechnie znane.
Stojący z boku strateg Efialtes słuchał z kwaśną miną, jak wylicza się
zasługi Kimona. Nic dziwnego, pomyślał Perykles, biorąc pod uwagę, jak
niewiele ma własnych dokonań.
Perykles spojrzał w górę, gdy wzmógł się podmuch wiatru. Bryza zmieniała
kierunek i wiała teraz z północy. Niosła korzenny zapach i pył, który
mógł wyczuć na języku.
- My jednak przyzwyczailiśmy ludzi do najwyższych wartości. Każdy
mężczyzna może być u nas sędzią i sądzić innego, nieważne, cieślę czy
stratega. Prawo do procesu i sądu jest bijącym sercem tego miasta, jego
ucieleśnioną wolnością. Nie jesteśmy tyranami, aby osądzać człowieka
jedynie wedle kodeksu praw albo na podstawie słów jego wrogów. Nie. My
się zbieramy, wysłuchujemy, decydujemy.
Rozejrzał się wokół po surowych twarzach zebranych. Mężczyźni na tym
wzgórzu poważnie traktowali swoją powinność. Los Kimona zależał od ich
osądu, on zaś nie wiedział jeszcze, czy zdoła na nich wpłynąć.
- Powiadam więc tym, którzy twierdzą, że Kimon stoi za wysoko, aby być
sądzony. Jego ojciec wymaszerował stąd razem z moim, by stoczyć i wygrać
bitwę pod Maratonem, ale cóż z tego? Mój ojciec przemawiał przeciwko
niemu podczas jego procesu, pomimo ich przyjaźni. Miltiades na koniec
posunął się za daleko. Był sądzony w tym samym miejscu, tutaj, na
Pnyksie, i został uznany za winnego. Zmarł w więzieniu.
W tym momencie spojrzenie Kimona stało się zimne jak lód. Perykles
przełknął ślinę, poczuwszy nagle ucisk w gardle.
- Możecie powiedzieć, że Miltiades zasługiwał na lepszy los. - Tu
machnął ręką, jakby szukał właściwych słów. - Możecie też powiedzieć, że
archont Kimon przez lata karmił biedaków w Atenach! Tutaj nie ma to
znaczenia. Może też prosił przyjaciół o przekazywanie ciepłej odzieży
tym, którzy marzli w zimowych miesiącach. Wyrzućcie to wszystko z głowy.
Tutaj przeszłość się nie liczy. W tym sądzie, tego dnia, liczą się tylko
wniesione oskarżenia. - Perykles podniósł palec. - Czy Kimon, jako
zwycięzca w bitwie nad Eurymedonem, miał prawo uwolnić macedońskiego
króla, sojusznika Persji? Nie miał wówczas czasu i spokoju, by móc
rozważyć ten problem, na polu bitwy, gdzie w powietrzu wisiał jeszcze
zapach krwi i dymu. Nie jego rolą było nawiązywanie nowych sojuszy i zmienianie wrogów w przyjaciół poprzez akty miłosierdzia! To należało do
rady Aten, do samego ludu. - Przerwał na chwilę, widząc, że poruszyli
się z zażenowaniem. - Drugie oskarżenie. Czy Kimon miał rację, nie
kontynuując kampanii w głąb Persji, nie ścigając i nie dobijając resztek
uciekającej perskiej armii? Ośmielam się stwierdzić, że jego decyzja
wielu ocaliła życie. Żyją teraz w Atenach ci, którzy z pewnością
zginęliby podczas pościgu w nieznanym terenie. I cóż z tego? Na wojnie
ludzie umierają! Słyszałem głosy, że to Kimon był dowódcą, że decyzje
należały wyłącznie do niego, ale teraz to my je osądzamy. Z dala od
tamtej nadrzecznej równiny, nie czując bólu i wyczerpania, jak wówczas.
Może powinien podjąć to ryzyko. No cóż, teraz to wy o tym zdecydujecie,
nikt inny. Nie Kimon, nie strateg Efialtes i nie ja dokonamy osądu.
Jeśli uznacie Kimona za winnego, będzie to znaczyło, że nie jesteście
zadowoleni z jego służby dla Aten. To wasze prawo jako wolnych ludzi.
Jako oskarżyciele zażądamy wówczas kary śmierci albo wygnania za jego
błędy, jeśli się ich dopatrzymy.
Wszystkie oczy skierowane były na niego, jakby dokonał samopodpalenia, a oni patrzyli, jak płonie. Perykles chciał się uśmiechnąć, lecz od ojca
nauczył się surowości, skłonił więc tylko głowę i wystawił trzeci palec,
kryjąc w dłoni tylko najmniejszy oraz kciuk.
- I teraz ostatnie. Oskarżenie, że Kimon zabrał z Cypru i z obozu nad
Eurymedonem większą część perskiego złota jak swoją własność. Nieważne,
ilu jego ludzi powróciło do domu z nabitymi sakiewkami i nowymi
płaszczami! Archonta obowiązują wyższe pryncypia. Słuchałem tych, którzy
twierdzili, że Kimon nie nosi na sobie złota i żyje jak Spartanin.
Wysłuchałem też innych, którzy uważali, że zlikwidował zagrożenie ze
strony Persów, które skończyłoby się trzecim splądrowaniem i pożarem
Aten. Wiemy, że Kimon przekazał do miejskiego skarbca ogromne sumy, ale
któż zdoła stwierdzić, ile zachował? Jego ludzie przywieźli do miasta
kolczyki i złoto, wydawali pieniądze jak sami Persowie. Och, Kimon może
żyje jak prosty człowiek, lecz ma na własność ziemie i dzierżawi
gospodarstwa. Jego rodzina zapłaciła grzywnę, która pomogła zbudować
flotę! To oznacza, że byli wówczas bogaci. Złoto nie może zostać
skorumpowane, ale ludzie mogą. Powiem, że złoto pragnie złota i zawsze
tak było.
Tu przerwał, obawiając się, że zbyt dobrze uzasadnił swoje słowa. Zrobił
wszystko, co się dało, i specjalnie wybrał na przemówienie ostatnie
chwile przed głosowaniem. Woda odmierzała czas jego przemowy,
przelewając się z jednego naczynia do drugiego. Jej strumyk zaczął
słabnąć. Jakże ten czas upłynął? Czy powiedział wszystko, co chciał?
Trudno było uniknąć skojarzeń ze sztukami, które znał. To również było
przedstawienie, choć jego stawka była nieporównanie wyższa. Szukał słów
na koniec, które by pamiętali, głosując za życiem lub śmiercią jego
przyjaciela.
- Oskarżenie opiera się na tych trzech filarach. Jeśli choć jeden okaże
się zbyt słaby, wszystko runie. Nie musicie wysuwać przeciwko nim
argumentu Salaminy, Eurymedonu i Tezeusza, lecz decydujcie na własny
rachunek, gdzie leży wina lub niewinność.
Woda już ledwo kapała i Perykles schylił głowę. Epistates skierował
głosujących na debatę. Człowiek ów, wybrany tylko na ten jeden dzień,
był zachwycony, mogąc nadzorować tak poważny proces. Perykles przełknął
nerwowo, gdy sędziowie odeszli na bok, by przedyskutować wyrok. Nie
miało to trwać bardzo długo. Po kilku chwilach mieli podnieść ręce i obwieścić, czy Kimon odejdzie wolny czy też nie.
Nie patrzył w jego stronę. Perykles wiedział dobrze, że od chwili, gdy
wystąpił jako oskarżyciel, wkroczył na bardzo niebezpieczną ścieżkę.
Gdyby Kimon dostrzegł w nim wroga, ich przyjaźń byłaby skończona. Nie
sądził jednak, żeby przyjaciel zaakceptował też jakiś wybieg na swoją
rzecz. W jakimś sensie był bardziej Spartaninem niż Ateńczykiem, z tym
samym nieugiętym poczuciem honoru.
Perykles zrozumiał już na początku, że Efialtes chce zniszczyć Kimona i że jego przyjaciel potrzebuje pomocy. Nie był pewien, czy to zwykła
niechęć do arystokracji, czy jakieś niemiłe słowo, którym Kimon uraził
dumę stratega. Nie miało już jednak wielkiego znaczenia, czym kierował
się ten człowiek. Dość, że Kimon wyciągnął nóż, prowokując proces.
Efialtes nie mógł się po czymś takim wycofać. Perykles zaś z własnego
wyboru poszedł tą ciernistą drogą, by bezpiecznie wyciągnąć Kimona z opresji.
Pod Salaminą dowodził wielki Temistokles. Uratował miasto, podczas gdy
perski król obserwował wszystko z brzegu, a mimo to strateg został
wygnany. Arystydes był człowiekiem wielkiego honoru. On także został
wygnany ze swego domu jak parszywy pies wypędzony z barłogu.
Ateńczycy byli podejrzliwi wobec wszystkich swoich przywódców. Nie
chcieli więcej pozwolić, by narodzili się tyrani. Taka była cicha obawa
Peryklesa. Pośród oskarżeń zasiał też wiele wątpliwości. Przypomniał im
o służbie i honorze Kimona. Prawda jednak była taka, że mogli go skazać,
aby przypomnieć mu, w czyich rękach spoczywa władza, albo zwyczajnie ot
tak, dla sportu.
Przyszli tutaj w poplamionych gliną albo kozią krwią chitonach. Wielu
było robotnikami, z odciskami na dłoniach. Perykles myślał, że ich
rozumie. Kochali wyższość Aten, pogardzali innymi miastami. Z dumą
zgłaszali się na członków rady, na wioślarzy, sędziów i pełnienie
funkcji epistatesa. To był jego lud. Ale chociaż ich kochał, obawiał się
też, do czego mogą być zdolni.
Oczywiście strateg Efialtes nie ufał mu ani trochę. Nie był głupcem. To
dlatego wystawił jeszcze dwóch mężczyzn, by wnieśli sprawę przeciwko
Kimonowi. Wyciągali wszystkie wątpliwości, jakie znaleźli, by rzucić
cień na kampanię w Persji, a Perykles aż skręcał się ze złości, słysząc,
jak przeczą prawdzie. Z trudem zachowywał milczenie, ale nie powiedział
ani słowa. Jego imię zostało zapisane jako miano pierwszego
oskarżyciela. Wiedział, że w końcu przyjdzie chwila, kiedy to on
zabierze głos i zwróci się do sędziów. Widział dobrze każdego dnia, że
wszyscy mają tę świadomość. Co rusz zerkali w jego stronę, czy wstanie i odezwie się słowami wsparcia albo potępienia. On zaś tylko kręcił głową.
Dzięki temu, kiedy innym zabrakło już słów potępienia, jego głos
zabrzmiał czysto, jako ostatni, który usłyszeli przed głosowaniem.
Perykles patrzył w ziemię i czekał. Miał nadzieję, że zna swoich rodaków
dostatecznie dobrze. W dniach poprzedzających proces biegał regularnie w gimnazjonie, recytując głośno swoją przemowę, aby dobrze się
przygotować. Nie potrafił jednak orzec, czy to wystarczy. Niektórzy
sędziowie patrzyli na niego, ale nie było sposobu, by poznać, ilu ich
udało się przekonać. Kilku na pewno było we flocie, a także na polu
bitwy nad Eurymedonem. Wiedział tylko, że mogą podziwiać Kimona albo nim
pogardzać. Ojciec Kimona został przecież skazany przez ludzi takich jak
oni! Perykles mógł jedynie szeptać modlitwę, by historia się nie
powtórzyła. Poczuł, że się poci, choć bryza przybrała na sile. Dzień był
gorący, ale to nie była przyczyna. Może po prostu się bał.
Sędziowie wrócili na swoje miejsca i stanęli przed Kimonem. Wiatr
poruszał ich chitonami i chlamidami, których trzepotanie słychać było
wyraźnie w zapadłej ciszy.
- Sędziowie, czy jesteście gotowi przekazać nam swój osąd? - zapytał
epistates. Mówił zduszonym głosem.
Dziesiątki ludzi skinęły w odpowiedzi głowami, on zaś popatrzył na boki.
Czekali tam scytyjscy strażnicy, zatrudnieni przez miasto dla utrzymania
porządku.
Epistates wziął tabliczkę i czytał uważnie. Jako że wybrano go, by
sprawował swój urząd przez dobę, od zachodu do zachodu słońca, musiał
znać właściwą formułę.
- Głosowanie odbędzie się przez podniesienie rąk - przeczytał głośno. -
Ja zaś ogłoszę "winny" lub "niewinny". Skrybowie zapiszą wyniki. Jeśli
będzie jeszcze jakaś dysputa, pozostaniecie tu aż do wyłonienia
większości. - Przerwał i opuścił tabliczkę. - W sprawie archonta Kimona
z demu Lakiadów i rodu Filajdów, syna Miltiadesa, czy uznajecie go za
winnego?
Ręce się uniosły. Perykles wstrzymał oddech i zaczął liczyć.
Najwyraźniej różnica była niewielka. Efialtes uśmiechał się do jakiegoś
mężczyzny ze swojej grupy, drugiego zaś poklepywał po ramieniu w geście
gratulacji. Perykles pokręcił głową. Wiedział co nieco o teatrze. Był to
tylko pokaz dla ludu, ale w rezultacie kilku mężczyzn podniosło ręce.
Perykles zauważył też, że w reakcji na to wielu je opuściło, zanim ich
policzono. Skazanie wielkiego ateńskiego wodza na banicję albo śmierć
nie było błahostką.
Kiedy skrybowie zapisali wynik, sędzia pokoju przyjął ich tabliczki.
Nabrał w płuca powietrza i zarządził ponowne głosowanie, pytając tym
razem o uznanie niewinności. I znów wiele rąk się podniosło. Perykles
słyszał pomruk tłumu, gdy ci, którzy się zgadzali lub nie zgadzali,
ryknęli w odpowiedzi. Niewielu zdołało przekonać sąsiadów, uświadomił
sobie. Sędziowie byli tylko ludźmi. Zagryzł wargi, gdy skrybowie
sprawdzali wyniki obu głosowań. Nie dali niczego po sobie poznać,
traktując całą tę procedurę jak święty rytuał. W gruncie rzeczy taka
była - poświęcona Atenie i obserwowana przez boginię z jej świątyni na
Akropolu. Perykles wzniósł oczy na stojące na wzgórzu ruiny. Persowie
spalili i zburzyli, co tylko zdołali. Ateńczycy rozpoczęli odbudowę,
ale...
- Werdykt jest jasny - orzekł epistates z widoczną ulgą. Skrajem rękawa
otarł pot z czoła. - Archoncie Kimonie, kierując się wyrokiem eklezji,
sędziowie uznali, że jesteś niewinny zarzucanych ci przestępstw. Odejdź
w pokoju. Jesteś wolny.
Sędziowie wznieśli wiwaty i choć wielu jęknęło z dezaprobatą lub
przeklinało, to zadowoleni z wyroku mieli przewagę i obyło się bez
przemocy. Efialtes prędko opuścił Pnyks, wiodąc swoich zwolenników za
sobą.
Perykles poczuł ogarniającą go ulgę. Prowadził niebezpieczną grę o najwyższą stawkę. Nie mógł powiedzieć głośno, że miał nadzieję na
wygraną Kimona. Nie w tym miejscu. Coś takiego zostałoby uznane za
dyshonor i kto wie, może poskutkowałoby jego własnym procesem. Cała
sprawa musiała pozostać jego prywatnym zwycięstwem.
Ruszył do stopni wiodących w dół, na Agorę. Poczuwszy coś, zerknął za
siebie i napotkał zimny wzrok Kimona. Nie było w nim ani krzty
wdzięczności czy zrozumienia. Perykles pochylił głowę, zrozumiawszy, że
za udzieloną przyjacielowi pomoc musi zapłacić cenę ich przyjaźni.
Odwrócił się. Jeśli taki był koszt wolności Kimona, to był zadowolony.
Postawiwszy stopę na najwyższym stopniu, Perykles poczuł, że ziemia
drży, a przez miasto przebiega głośny łoskot. Z pełną zgrozy fascynacją
obserwował, jak coś przemyka przez ulice i rynki poniżej, wyrzucając na
końcu pofałdowany bruk do wody. Ujrzał wznoszący się pył i walące się
dachy. Rozległy się krzyki i sędziowie rzucili się w bok, ryzykując
upadek ze zbocza. Poniżej ulice wypełniły się ludźmi, którzy wybiegli
zobaczyć, co się dzieje.
Wstrząs minął. Był silniejszy od tych, których Perykles kiedykolwiek
doświadczył. Pył zawisł nad rozległą Agorą, on zaś pokręcił głową,
zastanawiając się, czy może to bogowie wyrazili swoje zadowolenie lub
niezadowolenie z uwolnienia Kimona. Na wszelki wypadek przysiągł złożyć
ofiarę w świątyni tego wieczoru. Zaczął wolno schodzić, a ziemia
zadrżała ponownie, tym razem dwukrotnie. Zabrzmiało to jak echo i zastanawiał się, gdzie ten wstrząs się zaczął i gdzie się skończy.
* * *
Aspazja wyjrzała na ulicę przez malowane żelazne kraty, przycisnąwszy
twarz tak, że mogła niemal wysunąć przez nie rękę. Słyszała nawołującą
ją matkę, ale w wyglądaniu na zewnątrz nie kryło się żadne
niebezpieczeństwo, a przynajmniej nie było ono wielkie. W wieku
siedemnastu lat wszystkie reguły i ograniczenia tego domu wydawały się
jej już bezsensowne i narzucone jedynie po to, by uprzykrzać życie.
Ogród był przepiękny, z tryskającą wodą i mnóstwem kwiatów, które
przepajały powietrze swoim zapachem. Ale na zewnątrz - na zewnątrz! -
tętniło życiem miasto ze swoim zgiełkiem, kurzem, a teraz z tym dziwnym
drżeniem, które strąciło na podłogę i rozbiło jedną z donic. Czarna
ziemia obsypała kamienne płyty ścieżki jej małego ogrodu. Pobrudziła
dłonie, zgarniając ją, a jej palce wyglądały teraz jak kobiet, które
używają henny do barwienia skóry lub farbowania włosów. Aspazja
prychnęła na tę myśl. Jej włosy były mocne i naturalnie czarne, związane
w węzeł. Jego ciężar czuła zawsze, zwłaszcza gdy inne matki
przedstawiały ją w jej czerwonej sukni. Kolor ten miał reprezentować
krew dziewicy, jak szeptały dziewczęta. Mówiono, że mężczyźni cenią
sobie takie rzeczy. Jednakże któraś z matek ofiarowała ten jej pierwszy,
szybki ból jednemu ze służących, pozostawiając Aspazji wybór mężczyzny.
Aspazja wciąż nie była pewna, o co robiono aż tyle hałasu. Było to dość
przyjemne, ale on najwyraźniej był wówczas znacznie bardziej podniecony
i czerwony na twarzy niż ona. Towarzyszyło temu lekkie drżenie ciała,
przypomniała sobie, patrząc na ulicę. Podobnie jak wstrząśnienie ziemi
tego dnia, zapowiadało coś większego, może związanego z kimś innym...
- Tutaj jesteś, Aspazjo! Ach, spójrz na swoje ręce! Co takiego robiłaś?
W domu heter nazywały starsze kobiety "matkami", choć żadna z nich nie
była krewną mieszkających w nim dziewcząt. Aspazja lubiła tylko
najmłodszą z trzech, tę, która udawała, że jest jej prawdziwą matką, gdy
dziewczyna pragnęła pocieszenia. Niestety kobieta, która teraz ją
znalazła, była jedną z dwóch pozostałych, nazywanych przez nią
"wiedźmami". Aspazja wiedziała, że jej prawdziwa matka ją sprzedała. Nie
lubiła o tym myśleć.
- Czułaś, jak ziemia zadrżała? - kobieta próbowała odwrócić jej uwagę. -
Rozbiła się jedna z donic!
Wyjrzała znowu przez kratę i dostrzegła przechodzącego ulicą wysokiego,
młodego mężczyznę. Serce zabiło jej w piersi. Widziała go już przedtem,
zawsze zdążał skądś do miasta. Wyglądał tak poważnie.
- Mogłabym wyjść? - zapytała, nie odwracając się i mówiąc cokolwiek, co
pozwoliłoby jej zostać dłużej przy oknie i rozkoszować się jego
widokiem. Wiedziała, że niektóre dziewczęta marzą czasem o faworytach.
Ona chciała o nim marzyć, a raczej jakoś sprawić, by ją dostrzegł.
Jej głos rozległ się na ulicy. Matka, która stała obok, uszczypnęła ją w ramię. Aspazja zignorowała zarówno ból, jak i ostre słowa, które tamta
rzuciła. Mężczyzna usłyszał! Widziała, że odwrócił głowę. Ciekawa była,
co zobaczył. Jej ogrodowa suknia była czysta, ale znoszona. Jej ciemne
oczy wydawały się dużo większe dzięki podmalowaniu ich kohlem. Włosy
były związane w gruby węzeł, który kołysał się przy każdym poruszeniu.
Widziała, że ją dostrzegł i poczuł na sobie jej wzrok.
Chwilę przedtem, nim ich oczy się spotkały, Aspazję odciągnięto z krzykiem od kraty. Opierała się, ale matki były bardzo silne. Kobiety w tym domu zdawały się mieć obsesję na punkcie jej posłuszeństwa, jakby ta
skradziona godzina w ogrodzie miała oznaczać koniec świata.
Aspazja zaklęła pod nosem, gdy została wypchnięta ze światła w chłodny
cień. Dom nie był duży. Zazwyczaj dzieliła swój pokoik z inną
dziewczyną. W tym miesiącu była jednak sama. Mówiono, że Marete została
akolitką Ateny, lecz Aspazja była podejrzliwa, choć słyszała to
wielokrotnie. Mężczyźni, którzy przychodzili i kupowali hetery, nie
wyglądali na kapłanów.
- Doprawdy, Aspazjo! - skarciła ją matka. - Wiem, że mnie słyszałaś!
Myślę, że tego wieczoru powinnaś obejść się bez kolacji. Dyscyplina jest
podstawowym wymogiem! Jak mamy znaleźć ci miejsce w dobrej świątyni albo
w rodzinie eupatrydów, skoro jesteś tak samowolna? Będą mnie pytać o twój charakter, a mnie nie wolno kłamać. Rozumiesz? Jeśli zapytają: "Czy
ta dziewczyna jest posłuszna i uległa?", będę mogła tylko milczeć. Oni
zaś doskonale wiedzą, co to oznacza.
Znalazłszy się w swojej izdebce, Aspazja spojrzała prosto w twarz
oskarżycielce. Ta zmierzyła ją wzrokiem.
- Jesteś piękna, moja droga. Twoja skóra, twoje kształty... masz mocne
zęby, jasny wzrok. A te włosy! Czasem wydaje mi się, że żyją własnym
życiem. Już w zeszłym roku powinniśmy byli ci znaleźć dobre miejsce.
Jesteś w tym domu najstarsza, pamiętaj o tym! Jutro przybędzie nowa
dziewczyna, która zastąpi małą Marete. To dopiero była córka! Marete,
młodsza od ciebie, będzie reprezentować nas w jednej z najbogatszych
świątyń Tesalii.
- A co będzie tam robić? - rzuciła Aspazja.
Kobieta zablokowała drzwi i dziewczyna znalazła się w pułapce własnego
pokoiku, pozbawiona ciepła i przyjaznego cienia ogrodu. Ten niewielki
skrawek zieleni był w domu heter miejscem najbliższym wolności. Czuła,
że może tam odetchnąć.
- Będzie się modlić, oczywiście, i grać na lirze. Mają tam niewolnice do
sprzątania i gotowania, wyobrażam więc sobie, że nauczą Marete
sekretnych rytuałów świątyni i pewnego dnia będzie mogła zostać
kapłanką.
- A nie zwykłą dziwką? - zapytała Aspazja.
Wzrok matki stwardniał nagle, oczy spojrzały ostro.
- Hetera nie jest kurwą, Aspazjo, o nie - powiedziała. Ton jej głosu
stał się nagle zwodniczo miły, jakby zmieniony pod wielkim ciśnieniem. -
Bierzemy dziewczęta, których rodzice nie są w stanie wykarmić, więc je
sprzedają, aby ich mężowie i bracia mogli przeżyć. Niektóre odpadają. Te
najgłupsze albo te, które nie potrafią nauczyć się posłuszeństwa!
Pozostałe szkolimy w muzyce, tańcu i konwersacji. Wychowujemy mądre
panny na żony i towarzyszki życia wielkich ludzi.
- A ci ludzie płacą wam hojnie. Kupują całą kobietę czy tylko to? -
Aspazja dotknęła swego krocza w wulgarnym geście.
Nienawidziła pułapki, w której tkwiła, a ta rozmowa doprowadzała ją do
łez. Pragnęła, by matka już sobie poszła, ale ta skrzyżowała ramiona na
piersi, blada ze złości.
- Kupują usługę, Aspazjo. Kupują twoją poradę, twoje umiejętności, uwagę
i zainteresowanie. Na bogów, jakże oni potrzebują twojego
zainteresowania! Nauczyliśmy was pisać i czytać. Żadna zwykła dziwka nie
potrzebuje takich rzeczy! Doprawdy, gdybyś wiedziała nieco więcej o świecie, zrozumiałabyś, jak rzadkie to umiejętności. Naprawdę wierzysz,
że ten dom to burdel? Sądziłam, że jesteś jedną z najbystrzejszych
dziewcząt. Wygląda na to, że się myliłam! - Zauważyła łzy w oczach
dziewczyny i jej rysy złagodniały. - Aspazjo, źle mnie zrozumiałaś. Temu
domowi płaci się, to prawda, za wyżywienie i odzianie tych, które tu
mieszkają. Chyba nie sądzisz, że wystarczają na to wazy, które
sprzedajemy? - Kobieta westchnęła i pokręciła głową pod oskarżycielskim
spojrzeniem podopiecznej. - Nasze dziewczęta zapewne idą do łóżka z mężczyznami, których dla nich znajdujemy. I owszem, niewykluczone, że
sprzedają im tę część, za którą się złapałaś, jeśli wszystko inne się
nie sprawdza. I cóż z tego? Świat to wymagające miejsce, Aspazjo. Nikt
nam nie pomaga, kiedy jesteśmy głodne. Robimy to, co konieczne, aby
przeżyć. W tym domu próbujemy połączyć inteligentne dziewczęta z życiem,
na jakie zasługują. Odwiedzałam domy, gdzie mężowie szaleli na punkcie
kobiet, które dla nich znalazłam, gdzie dzieci bawiły się radośnie,
kochane i szczęśliwe.
- Wszystko, co mówisz, to kłamstwa! - krzyknęła Aspazja. - Opowiadasz
takie historie, żeby nas uspokoić, a kiedy nas sprzedasz, to już się tu
więcej nie pojawiamy. Dlaczego nigdy nie widziałam żadnej z tych, które
opuściły ten dom? Mogłyby przecież same nam opowiedzieć o wspaniałym
życiu, które prowadzą, o opiekuńczych i kochających mężach i tłuściutkich dzieciaczkach! - Z jej oczu popłynęły łzy, a głos zabrzmiał
chrapliwie.
Matka skierowała się ku drzwiom.
- Może wstydzą się, Aspazjo, miejsca, w którym je wychowano. Albo nie
chcą, by im przypominano, kim były. Większość ma nowych przyjaciół. Kto
wie? Kobiety różnią się między sobą. Żadna odpowiedź nie będzie pasować
do wszystkich. Ale jest taka rzecz, Aspazjo, która je łączy.
Aspazja patrzyła w milczeniu, pragnąc tylko wyjść. Kobieta skinęła
głową.
- Chcą wieść lepsze życie niż ich matki. Pamiętam, kiedy urodzili się
moi synowie. - Uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu przemknął cień żalu.
- No cóż, teraz wiem już trochę więcej. Mój najstarszy zginął w wypadku,
drugi na wojnie. Mój kochający mąż? Któregoś dnia złapał się kurczowo za
pierś i po prostu... odszedł. Możesz to sobie wyobrazić? Sprzedałam jego
sklep. Robił buty, ale ja nie miałam jego zdolności. Bez tego całe tamto
miejsce było tylko składem narzędzi i skór. Wróciłam więc do tego domu,
Aspazjo. I powitano mnie tutaj serdecznie. Nawet jeśli go nienawidzisz,
to wciąż jest twój dom.
- Po prostu chcę wyjść - powiedziała zbolałym tonem dziewczyna.
- Och, znajdziemy ci męża, niewątpliwie. Chyba że skończysz, kręcąc się
tutaj w kółko i pouczając nas, aż w końcu cię zabiję. - Zaczekała, aż
Aspazja się uśmiechnie, po czym odsunęła się od drzwi. - No chodź. Dziś
na obiad jest gotowana ryba z cytryną.
- Chyba powiedziałaś...
- Mówię wiele rzeczy. Spryskaj twarz wodą, zanim zejdziesz na dół. Nie
chcę, żeby tamte widziały, że płakałaś. No i umyj ręce, Aspazjo! Pod
twoimi paznokciami można sadzić warzywa.
Starsza kobieta zamknęła delikatnie drzwi i zeszła po schodach. Kolejny
kryzys został zażegnany. Dobrze pamiętała dramaty, jakie sama przeżywała
kiedyś w tym domu i w tym samym pokoiku, choć Aspazja o tym nie
wiedziała. Życie jest ciężkie. Nie kłamała. Dziewczęta hetery były
bardziej wolne i lepiej wykształcone niż większość kobiet w tym mieście.
Nawet jeśli ceną za to było wpuszczenie za płot kilku zgłodniałych psów,
to nie była ona wygórowana.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki