Złoty wiek (Tom 2). Imperium - Conn Iggulden

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Arion cze­kał, klęk­nąw­szy na jedno kolano, nie­spo­kojny w obec­no­ści kró­lów. W końcu Plej­star­chos był synem samego Leoni­dasa, któ­rego imię znali wszy­scy. Co wię­cej, wyglą­dał na uro­dzo­nego wojow­nika, o mocar­nych koń­czy­nach i dosko­nale wywa­żo­nych ruchach. Spar­ta­nin był jedną z dwóch kró­lew­skich postaci obec­nych w tym miej­scu, lecz efo­ro­wie się przed nimi nie kła­niali. W oczach Ariona był to dziwny sys­tem. Choć sły­szał, że rekru­tują się spo­śród zwy­czaj­nych ludzi, tych pię­ciu efo­rów dzier­żyło praw­dziwą wła­dzę, nawet w kró­lew­skim pałacu.

Spod opa­da­ją­cych na czoło wło­sów obser­wo­wał, jak deba­tują nad skargą, którą przy­niósł. Naj­wy­raź­niej róż­nili się w opi­niach i zasta­na­wiał się, czy znów każą mu przyjść ponow­nie. Dotąd wzy­wano go i odsy­łano już dwu­krot­nie, każąc mu powta­rzać wszyst­kie wyja­śnie­nia aż do ochryp­nię­cia.

Rozu­miał, że chcą spraw­dzić jego opo­wieść, oce­nia­jąc po powta­rza­nych w nie­skoń­czo­ność szcze­gó­łach, czy powie­dział całą prawdę. Uświa­do­mił sobie, że nawet nie pró­bo­wałby okła­mać tych ludzi. Arion nie był prze­bie­głym dwo­ra­kiem, aojdą czy poetą. Był po pro­stu mło­dzień­cem, posłań­cem, któ­rego wysłano po pomoc do naj­więk­szych wojow­ni­ków świata.

- Wasz król jesz­cze żyje? Powia­dasz, że widzia­łeś go żywego? - zadał mu pyta­nie jeden z efo­rów. Był naj­star­szy z nich, naj­bar­dziej wychu­dły, o ogo­rza­łej, pokry­tej bli­znami skó­rze, która wyglą­dała jak poce­ro­wana. Arion zamru­gał, gdy wszy­scy rów­no­cze­śnie zwró­cili się ku niemu, aby posłu­chać jego odpo­wie­dzi.

- Jak rze­kłem, panie. Kiedy wycho­dzi­łem, król Hezjod żył, choć został poko­nany. Flota ligi oto­czyła Tasos ze wszyst­kich stron. Zbu­rzyli mury kró­lew­skiego pałacu...

- Raczej cze­goś w rodzaju koziej zagrody, jak się domy­ślam - mruk­nął jeden z efo­rów do dru­giego.

Arion zaru­mie­nił się i zamilkł.

- Cała flota kotwi­czyła wokół Tasos, a jed­nak ty ucie­kłeś - zauwa­żył naj­star­szy. Ścię­gna wystą­piły mu na szyi, gdy wypa­try­wał na twa­rzy mło­dzieńca naj­mniej­szego śladu zawa­ha­nia.

Arion odpo­wie­dział, ledwo panu­jąc nad roz­pa­czą. Mówił prawdę. Choć wciąż się ich bał, to męczyły go już ich podej­rze­nia.

- Zabra­łem tylko rybacką łódkę z wikliny, każdy mógłby ją prze­nieść na ple­cach. Zacze­ka­łem w lesie do zmroku i potem się prze­mkną­łem. Łowi­łem tam czę­sto ryby i zna­łem te wody dobrze.

Efor pokrę­cił głową. Jego oczy były czarne.

- On kła­mie. To pułapka, jakiś pod­stęp Ateń­czy­ków.

Arion wes­tchnął. Nie wie­dział, jak ode­przeć ten zarzut. Prawda była jego jedyną tar­czą, powta­rzał więc słowa, któ­rych wyuczył się na pamięć jak wła­snego imie­nia.

- Król Hezjod wysłał mnie po pomoc. Nikt inny nie ma takiej mocy ani woli, aby poskro­mić Ateń­czy­ków. Per­sja nie jest już zagro­że­niem. Tylko liga żąda od nas sre­bra albo okrę­tów, gro­żąc nam napa­ścią, jeśli odmó­wimy! Kto więc jest tyra­nem? Kazano mi powie­dzieć: "Sparta prze­wo­dzi Hel­le­nom, tym, któ­rzy znają bogów i zna­cze­nie ludz­kich słów. Nie pro­simy o pomoc, pro­simy o spra­wie­dli­wość. O nic wię­cej".

Patrzył, jak odwra­cają się do niego ple­cami, znów pogrą­żeni w dys­ku­sji. Trzej efo­ro­wie pod­nie­śli ręce, pod­czas gdy dwaj pozo­stali potrzą­snęli gło­wami. Wyczu­walne w gru­pie napię­cie opa­dło. Decy­zja została pod­jęta.

Po chwili głos zabrał król Plej­star­chos:

- Przy­ję­li­śmy twoją sprawę, Ario­nie z Tasos. Przy­by­łeś do nas w poko­rze, co jest wła­ściwą postawą. Przy­wró­cimy rów­no­wagę, Ateny zaś będą zmu­szone odpo­wie­dzieć za zbrod­nie swo­ich oby­wa­teli.

Arion na te słowa poczuł prze­bie­ga­jący go dreszcz. Uświa­do­mił sobie, czego stał się sprawcą. Udało mu się tu dotrzeć, a teraz ludzie będą umie­rać z tego powodu.

W oddali roz­legł się groźny odgłos przy­po­mi­na­jący grzmot dobie­ga­jący z gór wokół Sparty. Arion więk­szość drogi prze­był stat­kiem, ale przez ostat­nie dni biegł, poko­nu­jąc wyso­kie prze­łę­cze pełne dzi­kiej zwie­rzyny. Posadzka zadrżała, gdy poło­żył na niej dłoń. Takie rze­czy czę­sto się zda­rzały w tej kra­inie. Mimo to poczuł skurcz w żołądku. Było tak, jakby coś się zbli­żało, coś wiel­kiego, co budziło w nim lęk.

- Panie... - zaczął.

- Zie­mia się trzę­sie - ode­zwał się drugi król jak do małego dziecka.

Archi­da­mos był zbyt młody, by mieć wielką wła­dzę w tej gru­pie. Efo­ro­wie jed­nak oka­zy­wali mu sza­cu­nek, jak zauwa­żył Arion. Wie­dział, że jest on w jakimś sen­sie kró­lem Sparty w cza­sie pokoju, choć ma prawo rów­nież prze­wo­dzić w bitwie. Plej­star­chos zaś był kró­lem wojen­nym, choć naj­wy­raź­niej mógł też rzą­dzić w spra­wach cywil­nych. Z pew­no­ścią było to bar­dziej skom­pli­ko­wane niż na wyspie Tasos. Arion pokrę­cił głową, cze­ka­jąc, aż drże­nie ziemi usta­nie. Doświad­czał tego już daw­niej, ale zawsze towa­rzy­szyło mu przy tym uczu­cie nie­pew­no­ści. Ni­gdy nie trwało to długo.

- Panie - powtó­rzył - myślę...

Wszy­scy się odwró­cili, gdy na jed­nej ze ścian zary­so­wało się duże pęk­nię­cie. Arion zauwa­żył, jak na wypo­le­ro­wa­nej posadzce zami­go­tał pył, przed­tem nie­wi­doczny, który nagle się poja­wił, wzno­sząc się i opa­da­jąc. Na ścia­nie poja­wiła się druga rysa prze­cho­dząca w kilka róż­no­kie­run­ko­wych pęk­nięć. Kró­lo­wie spoj­rzeli po sobie.

- Powin­ni­śmy wyjść na zewnątrz... - powie­dział Archi­da­mos.

Efo­ro­wie już bie­gli, gdy roz­pę­tało się praw­dziwe trzę­sie­nie ziemi.

Arion zna­lazł się nagle na ple­cach, uświa­da­mia­jąc sobie, że został na nie z prze­możną siłą rzu­cony. Grunt pod nim się pod­niósł, falu­jąc niczym woda. Ujrzał słońce, gdy roz­stą­piło się skle­pie­nie. Mury zaczęły się walić, on zaś usły­szał, jak jeden z efo­rów krzyk­nął gło­śno. Krzyk urwał się gwał­tow­nie, gdy męż­czy­zna został zmiaż­dżony.

Kró­lo­wie i wszy­scy pozo­stali wybie­gli na wie­czorne powie­trze, pod­czas gdy pałac kró­lew­ski walił się za nimi. Grunt wybrzu­szał się jesz­cze w róż­nych miej­scach, zbi­ja­jąc ich z nóg. Powie­trze paskud­nie cuch­nęło uwol­nioną wil­go­cią i zgni­li­zną, jakby wdy­chali wyziewy pie­kiel­nych pod­ziemi. Opadł na nich kurz z walą­cego się pałacu. Pokrył ich skórę sza­ro­ścią, na któ­rej lśniły jaskrawe plamy krwi w miej­scach zadra­pań i ska­le­czeń. Arion zauwa­żył, że spar­tań­scy kró­lo­wie sta­nęli z wycią­gniętą bro­nią, jakby mogli sta­wić czoło nie­wi­dzial­nemu wro­gowi, który poroz­trą­cał ich jak dzieci. Tym­cza­sem grzmot nara­stał. Stali na wzgó­rzu, patrząc w dół ulicy, która waliła się na głowy miesz­kań­ców. Słońce zacho­dziło, a całe mia­sto Sparta trzę­sło się i obra­cało w gruzy. Arion widział walące się świą­ty­nie i domy. Gdzieś bli­sko roz­le­gały się wyso­kie, pełne bólu i prze­ra­że­nia krzyki kobiet i dzieci.

- Do koszar. Zebrać armię - roz­ka­zał Archi­da­mos.

Wojenny król umy­kał, lawi­ru­jąc mię­dzy strza­ska­nymi bry­łami mar­muru, pod­czas gdy inne wciąż jesz­cze padały na zie­mię, roz­pry­sku­jąc się na mniej­sze odłamki. Pył wypeł­nił ulicę, przez którą prze­my­kały zakrwa­wione, poty­ka­jące się, zdez­o­rien­to­wane posta­cie.

Arion cze­kał na roz­kazy. Choć pocho­dził z Tasos, skala tego, co się tu wyda­rzyło, spra­wiła, że się nie wahał.

- Co mogę zro­bić? - zapy­tał króla.

- Pomóż uwię­zio­nym w ruinach - rzu­cił Archi­da­mos.

Odwró­cili się, sły­sząc szczęk broni bie­gną­cych męż­czyzn. Dwu­dzie­stu spar­tań­skich wojow­ni­ków w powie­wa­ją­cych płasz­czach i z obna­żo­nymi mie­czami wyło­niło się z chmury pyłu. Archi­da­mos wydał im szyb­kie roz­kazy, posy­ła­jąc ich do walą­cych się domów wzdłuż ulicy. Arion patrzył, jak z zadzi­wia­jącą ener­gią odwa­lają gruzy, odsła­nia­jąc wysta­jące spod nich ludz­kie koń­czyny. Nie­któ­rzy ranni, poczuw­szy dotyk, zaczy­nali się poru­szać, inni jed­nak, a tych była więk­szość, leżeli sztywno, bez ruchu, mar­twi.

Łoskot ustał, a w jego miej­sce wdarły się krzyki i jęki. Arion omal nie upadł, potrą­cony przez jakie­goś męż­czy­znę, który minął go, ośle­piony spły­wa­jącą z głowy krwią. Połowa wło­sów zwi­sała mu z ode­rwa­nego płatu skóry, spod któ­rego poły­ski­wało coś, co wyglą­dało na kość czaszki.

- Czy to już koniec? - krzy­czał męż­czy­zna. - Już po wszyst­kim?

Arion nie wie­dział, czy zdo­łałby usły­szeć odpo­wiedź. Zwró­cił się z tym samym pyta­niem do Archi­da­mosa. Młody król pokrę­cił głową.

- Przyjdą następne wstrząsy - odparł z pew­no­ścią w gło­sie. - Nad­cho­dzą kolejno, falami.

Ponury wyraz twa­rzy króla znik­nął, gdy z koszar powró­cił Plej­star­chos, pro­wa­dząc setki Spar­tan. Nie­któ­rzy nie mieli na nogach san­da­łów, zauwa­żył Arion. Inni krwa­wili z otarć i zadra­pań. Oni rów­nież zostali zasko­czeni.

Arion dołą­czył do dru­giej grupy zaję­tej odwa­la­niem gruzu. Kie­ro­wano się dobie­ga­ją­cym spod ruin łka­niem dziecka. Nikt nie sprze­ci­wiał się obec­no­ści obcego. Chmury pyłu ich jed­no­czyły.

Arion poczuł dła­wiący żal, gdy odgłos łka­nia osłabł. Chłop­czyk był ciężko ranny, gdy do niego dotarli, miał zgnie­cioną klatkę pier­siową. Dziwne, że w ogóle zdo­łał dobyć głosu. Ario­nowi łzy napły­nęły do oczu, gdy odnaj­dy­wali kolej­nych. Sparta została znisz­czona. Legła w gru­zach ulica za ulicą. Patrząc w dal, nie dostrzegł żad­nego sto­ją­cego budynku.

W oddali, w pół­mroku, roz­legł się inny głos, bar­dziej gniewny i prze­ra­ża­jący od spa­zmu ziemi. Arion wybiegł spo­mię­dzy ruin, aby zoba­czyć, co się dzieje. Wszy­scy Spar­ta­nie obok niego wcze­śniej odło­żyli swoje mie­cze. A jed­nak sły­szał teraz szczęk brązu i żelaza, krzyki i wrza­ski jak z pola bitwy. Dziwne.

Kró­lew­ski pałac został zbu­do­wany na szczy­cie wzgó­rza, z któ­rego drogi wio­dły w dół do mia­sta. Stali nie­da­leko akro­polu, gdzie w zwy­kłych cza­sach ludzie zbie­rali się na modli­twę i po to, by wysłu­chać prze­sła­nia kró­lów i efo­rów. Teraz setki ich cią­gnęły w tamtą stronę, oglą­da­jąc się trwoż­li­wie za sie­bie, jakby ktoś ich gonił.

- Na bogów... nie - wyszep­tał Archi­da­mos.

Król Plej­star­chos stał obok i obaj męż­czyźni wymie­nili spoj­rze­nia pełne grozy.

Arion wodził wzro­kiem od jed­nego do dru­giego, lecz nie potra­fił nic wyczy­tać z ich twa­rzy. Był obcy, więc nie zwra­cali na niego uwagi.

- Heloci - ode­zwał się Plej­star­chos. - Jeśli pod­nie­śli bunt...

- To ty dowo­dzisz armią - rzu­cił Archi­da­mos. - Wydaj roz­kaz. Wybij ich wszyst­kich, zanim to sza­leń­stwo się roz­prze­strzeni.

- Jeżeli wydam taki roz­kaz, zaleją nas.

Plej­star­chos zer­k­nął na Ariona, cudzo­ziemca, który patrzył na nich z otwar­tymi ustami. W tej samej chwili zie­mia zadrżała znowu, a drga­nia prędko przy­bie­rały na sile. Roz­rzu­cone kamie­nie i dachówki pod­ska­ki­wały i zde­rzały się. Wyglą­dało to tak, jakby z ziemi pod­nio­sły się roje much, a oni nic nie mogli na to pora­dzić.

- Nie sły­szysz odgło­sów walki? - krzyk­nął Archi­da­mos poprzez nara­sta­jący łoskot. - Już zabi­jają naszych ludzi! Cóż heloci wie­dzą o dys­cy­pli­nie, o posłu­szeń­stwie? Wydaj roz­kaz albo ja to zro­bię.

- Potra­fimy nad tym zapa­no­wać. Oni nie są wojow­ni­kami - rzu­cił gniew­nie Plej­star­chos.

- Nie muszą. Na każ­dego z naszych przy­pada ich sied­miu! Wydaj roz­kaz, Plej­star­cho­sie!

- Nie. Armia jest moja. Zapro­wadź kobiety i dzieci na akro­pol. To wyso­kie wzgó­rze. Będzie­cie tam bez­pieczni. Ja wypro­wa­dzę woj­sko, aby powścią­gnąć prze­moc. Nie będę miał lito­ści dla żad­nego heloty, który się­gnie po broń. Ale nie będę urzą­dzał rzezi. Będziemy ich potrze­bo­wać do odbu­dowy.

- Efo­ro­wie! Decy­zja! - pole­cił Archi­da­mos.

Na ulicy było ich tylko czte­rech, jeden został przy­sy­pany w pałacu. W zwy­kłym cza­sie nie można by zarzą­dzić waż­nego gło­so­wa­nia, a ci czte­rej mogli nawza­jem anu­lo­wać swoje głosy.

- Plej­star­chos dowo­dzi armią pod­czas kry­zysu - przy­po­mniał naj­star­szy.

Jeden z pozo­sta­łych spoj­rzał gniew­nie, lecz mimo to kiw­nął głową. Trzeci i czwarty też ski­nęli. Byli zwy­kłymi Spar­ta­nami wybra­nymi w celu kon­tro­lo­wa­nia wła­dzy kró­lew­skiej. Nie spu­ścili wzroku, gdy Archi­da­mos na nich patrzył.

- Bar­dzo dobrze - powie­dział. - Ale jeśli to się roz­prze­strzeni, będziesz miał krew Spar­tan na rękach. Jest nas... jakieś sto tysięcy? Pięć tysięcy spar­tia­tów, dru­gie tyle perioj­ków, a reszta to kobiety i dzieci. A w Spar­cie żyje pół miliona helo­tów, naszych nie­wol­ni­ków. Jeśli się zbun­tują, zosta­niemy zmie­ceni.

- A jed­nak taka jest moja decy­zja - stwier­dził Plej­star­chos zim­nym tonem. - Ratuj­cie, kogo zdo­ła­cie. Zabierz­cie ludzi na akro­pol i opa­trz­cie ran­nych. Ja zadbam o porzą­dek.

Wszy­scy usły­szeli nio­sący się uli­cami potężny ryk. Słońce skryło się za zachod­nimi górami i ostat­nie świa­tło pociem­niało. Archi­da­mos pokrę­cił głową.

- Jeśli zdo­ła­cie - skwi­to­wał ponuro.

1

Gdy Pery­kles wstał, żeby prze­mó­wić, miał w ręku życie czło­wieka. Wygna­nie, ruina albo śmierć. Wszyst­kie trzy opcje odzwier­cie­dlały się w spoj­rze­niu Kimona oraz w napię­tych mię­śniach jego szczęk.

Stali przed sądem czte­ry­stu Ateń­czy­ków na Pnyk­sie, a powiew bryzy roz­wie­wał ich włosy i poru­szał fał­dami ubrań. Kimon wytrzy­mał trzy dni zeznań świad­ków i zarzu­tów wysu­wa­nych przez dwóch oskar­ży­cieli sta­ran­nie wybra­nych przez Efial­tesa, ateń­skiego stra­tega, a zara­zem wroga Kimona. Sam Efial­tes przy­glą­dał się wszyst­kiemu ze wzgó­rza, zwró­cony ple­cami do leżą­cej poni­żej Agory.

Kimon bro­nił się cał­kiem dobrze. Z facho­wym spo­ko­jem wyja­śniał każdą swoją decy­zję. Przy­siągł na bogów, że na per­skim brzegu nie przy­jął żad­nej łapówki w celu uwol­nie­nia mace­doń­skiego króla, a jedy­nie oka­zał mu miło­sier­dzie, co było jego pra­wem jako zwy­cięzcy. Oczy­wi­ście ci, któ­rzy sami by tak nie postą­pili, wąt­pili w jego słowa. Wielu spo­śród obec­nych znało tylko pogardę i chci­wość. Nie potra­fili uwie­rzyć w ist­nie­nie innych zasad niż ich wła­sne.

Pery­kles przy­ci­snął pięść do ust. Przy­łą­czył się do oskar­ży­cieli, potem jed­nak, nie­mal do końca, nie zabie­rał głosu. Czuł na sobie spoj­rze­nia wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych, pełne podej­rzeń albo domy­słów. Nie­któ­rzy wie­dzieli, że Kimon jest jego przy­ja­cie­lem. Przed słusz­nym oskar­że­niem o prze­stęp­stwo nie było jed­nak ochrony. Każdy Ateń­czyk potę­piłby zdradę lub bez­boż­ność. W takich przy­pad­kach nawet wła­sna rodzina uwa­ża­łaby za swój obo­wią­zek dopil­no­wać, by został wygnany lub zabity. W rezul­ta­cie nikt naprawdę nie wie­dział, co zrobi Pery­kles. Odchrząk­nął, zanim się ode­zwał.

- Wysłu­cha­łem wszyst­kiego, co tu powie­dziano - zaczął. - Usły­sza­łem dość. Od początku tego pro­cesu, wie­czo­rami, pod­cho­dziło do mnie wielu tych, któ­rzy znają Kimona od mło­do­ści. Gdzie­kol­wiek znajdę się w mie­ście, zatrzy­mują mnie ci, któ­rzy pra­gną mi przy­po­mnieć, jak Kimon dowo­dził okrę­tami pod Sala­miną albo jak zaniósł wojnę Per­som, roz­bi­ja­jąc ich wielką armię i flotę nad Eury­me­do­nem. Jak przy­wiózł do Aten kości Teze­usza, ateń­skiego króla, który zabił Mino­taura. Wszystko to jest powszech­nie znane.

Sto­jący z boku stra­teg Efial­tes słu­chał z kwa­śną miną, jak wyli­cza się zasługi Kimona. Nic dziw­nego, pomy­ślał Pery­kles, bio­rąc pod uwagę, jak nie­wiele ma wła­snych doko­nań.

Pery­kles spoj­rzał w górę, gdy wzmógł się podmuch wia­tru. Bryza zmie­niała kie­ru­nek i wiała teraz z pół­nocy. Nio­sła korzenny zapach i pył, który mógł wyczuć na języku.

- My jed­nak przy­zwy­cza­ili­śmy ludzi do naj­wyż­szych war­to­ści. Każdy męż­czy­zna może być u nas sędzią i sądzić innego, nie­ważne, cie­ślę czy stra­tega. Prawo do pro­cesu i sądu jest biją­cym ser­cem tego mia­sta, jego ucie­le­śnioną wol­no­ścią. Nie jeste­śmy tyra­nami, aby osą­dzać czło­wieka jedy­nie wedle kodeksu praw albo na pod­sta­wie słów jego wro­gów. Nie. My się zbie­ramy, wysłu­chu­jemy, decy­du­jemy.

Rozej­rzał się wokół po suro­wych twa­rzach zebra­nych. Męż­czyźni na tym wzgó­rzu poważ­nie trak­to­wali swoją powin­ność. Los Kimona zale­żał od ich osądu, on zaś nie wie­dział jesz­cze, czy zdoła na nich wpły­nąć.

- Powia­dam więc tym, któ­rzy twier­dzą, że Kimon stoi za wysoko, aby być sądzony. Jego ojciec wyma­sze­ro­wał stąd razem z moim, by sto­czyć i wygrać bitwę pod Mara­to­nem, ale cóż z tego? Mój ojciec prze­ma­wiał prze­ciwko niemu pod­czas jego pro­cesu, pomimo ich przy­jaźni. Mil­tia­des na koniec posu­nął się za daleko. Był sądzony w tym samym miej­scu, tutaj, na Pnyk­sie, i został uznany za win­nego. Zmarł w wię­zie­niu.

W tym momen­cie spoj­rze­nie Kimona stało się zimne jak lód. Pery­kles prze­łknął ślinę, poczuw­szy nagle ucisk w gar­dle.

- Może­cie powie­dzieć, że Mil­tia­des zasłu­gi­wał na lep­szy los. - Tu mach­nął ręką, jakby szu­kał wła­ści­wych słów. - Może­cie też powie­dzieć, że archont Kimon przez lata kar­mił bie­da­ków w Ate­nach! Tutaj nie ma to zna­cze­nia. Może też pro­sił przy­ja­ciół o prze­ka­zy­wa­nie cie­płej odzieży tym, któ­rzy mar­zli w zimo­wych mie­sią­cach. Wyrzuć­cie to wszystko z głowy. Tutaj prze­szłość się nie liczy. W tym sądzie, tego dnia, liczą się tylko wnie­sione oskar­że­nia. - Pery­kles pod­niósł palec. - Czy Kimon, jako zwy­cięzca w bitwie nad Eury­me­do­nem, miał prawo uwol­nić mace­doń­skiego króla, sojusz­nika Per­sji? Nie miał wów­czas czasu i spo­koju, by móc roz­wa­żyć ten pro­blem, na polu bitwy, gdzie w powie­trzu wisiał jesz­cze zapach krwi i dymu. Nie jego rolą było nawią­zy­wa­nie nowych soju­szy i zmie­nia­nie wro­gów w przy­ja­ciół poprzez akty miło­sier­dzia! To nale­żało do rady Aten, do samego ludu. - Prze­rwał na chwilę, widząc, że poru­szyli się z zaże­no­wa­niem. - Dru­gie oskar­że­nie. Czy Kimon miał rację, nie kon­ty­nu­ując kam­pa­nii w głąb Per­sji, nie ści­ga­jąc i nie dobi­ja­jąc resz­tek ucie­ka­ją­cej per­skiej armii? Ośmie­lam się stwier­dzić, że jego decy­zja wielu oca­liła życie. Żyją teraz w Ate­nach ci, któ­rzy z pew­no­ścią zgi­nę­liby pod­czas pościgu w nie­zna­nym tere­nie. I cóż z tego? Na woj­nie ludzie umie­rają! Sły­sza­łem głosy, że to Kimon był dowódcą, że decy­zje nale­żały wyłącz­nie do niego, ale teraz to my je osą­dzamy. Z dala od tam­tej nad­rzecz­nej rów­niny, nie czu­jąc bólu i wyczer­pa­nia, jak wów­czas. Może powi­nien pod­jąć to ryzyko. No cóż, teraz to wy o tym zde­cy­du­je­cie, nikt inny. Nie Kimon, nie stra­teg Efial­tes i nie ja doko­namy osądu. Jeśli uzna­cie Kimona za win­nego, będzie to zna­czyło, że nie jeste­ście zado­wo­leni z jego służby dla Aten. To wasze prawo jako wol­nych ludzi. Jako oskar­ży­ciele zażą­damy wów­czas kary śmierci albo wygna­nia za jego błędy, jeśli się ich dopa­trzymy.

Wszyst­kie oczy skie­ro­wane były na niego, jakby doko­nał samo­pod­pa­le­nia, a oni patrzyli, jak pło­nie. Pery­kles chciał się uśmiech­nąć, lecz od ojca nauczył się suro­wo­ści, skło­nił więc tylko głowę i wysta­wił trzeci palec, kry­jąc w dłoni tylko naj­mniej­szy oraz kciuk.

- I teraz ostat­nie. Oskar­że­nie, że Kimon zabrał z Cypru i z obozu nad Eury­me­do­nem więk­szą część per­skiego złota jak swoją wła­sność. Nie­ważne, ilu jego ludzi powró­ciło do domu z nabi­tymi sakiew­kami i nowymi płasz­czami! Archonta obo­wią­zują wyż­sze pryn­cy­pia. Słu­cha­łem tych, któ­rzy twier­dzili, że Kimon nie nosi na sobie złota i żyje jak Spar­ta­nin. Wysłu­cha­łem też innych, któ­rzy uwa­żali, że zli­kwi­do­wał zagro­że­nie ze strony Per­sów, które skoń­czy­łoby się trze­cim splą­dro­wa­niem i poża­rem Aten. Wiemy, że Kimon prze­ka­zał do miej­skiego skarbca ogromne sumy, ale któż zdoła stwier­dzić, ile zacho­wał? Jego ludzie przy­wieźli do mia­sta kol­czyki i złoto, wyda­wali pie­nią­dze jak sami Per­so­wie. Och, Kimon może żyje jak pro­sty czło­wiek, lecz ma na wła­sność zie­mie i dzier­żawi gospo­dar­stwa. Jego rodzina zapła­ciła grzywnę, która pomo­gła zbu­do­wać flotę! To ozna­cza, że byli wów­czas bogaci. Złoto nie może zostać sko­rum­po­wane, ale ludzie mogą. Powiem, że złoto pra­gnie złota i zawsze tak było.

Tu prze­rwał, oba­wia­jąc się, że zbyt dobrze uza­sad­nił swoje słowa. Zro­bił wszystko, co się dało, i spe­cjal­nie wybrał na prze­mó­wie­nie ostat­nie chwile przed gło­so­wa­niem. Woda odmie­rzała czas jego prze­mowy, prze­le­wa­jąc się z jed­nego naczy­nia do dru­giego. Jej stru­myk zaczął słab­nąć. Jakże ten czas upły­nął? Czy powie­dział wszystko, co chciał? Trudno było unik­nąć sko­ja­rzeń ze sztu­kami, które znał. To rów­nież było przed­sta­wie­nie, choć jego stawka była nie­po­rów­na­nie wyż­sza. Szu­kał słów na koniec, które by pamię­tali, gło­su­jąc za życiem lub śmier­cią jego przy­ja­ciela.

- Oskar­że­nie opiera się na tych trzech fila­rach. Jeśli choć jeden okaże się zbyt słaby, wszystko runie. Nie musi­cie wysu­wać prze­ciwko nim argu­mentu Sala­miny, Eury­me­donu i Teze­usza, lecz decy­duj­cie na wła­sny rachu­nek, gdzie leży wina lub nie­win­ność.

Woda już ledwo kapała i Pery­kles schy­lił głowę. Epi­sta­tes skie­ro­wał gło­su­ją­cych na debatę. Czło­wiek ów, wybrany tylko na ten jeden dzień, był zachwy­cony, mogąc nad­zo­ro­wać tak poważny pro­ces. Pery­kles prze­łknął ner­wowo, gdy sędzio­wie ode­szli na bok, by prze­dys­ku­to­wać wyrok. Nie miało to trwać bar­dzo długo. Po kilku chwi­lach mieli pod­nieść ręce i obwie­ścić, czy Kimon odej­dzie wolny czy też nie.

Nie patrzył w jego stronę. Pery­kles wie­dział dobrze, że od chwili, gdy wystą­pił jako oskar­ży­ciel, wkro­czył na bar­dzo nie­bez­pieczną ścieżkę. Gdyby Kimon dostrzegł w nim wroga, ich przy­jaźń byłaby skoń­czona. Nie sądził jed­nak, żeby przy­ja­ciel zaak­cep­to­wał też jakiś wybieg na swoją rzecz. W jakimś sen­sie był bar­dziej Spar­ta­ni­nem niż Ateń­czy­kiem, z tym samym nie­ugię­tym poczu­ciem honoru.

Pery­kles zro­zu­miał już na początku, że Efial­tes chce znisz­czyć Kimona i że jego przy­ja­ciel potrze­buje pomocy. Nie był pewien, czy to zwy­kła nie­chęć do ary­sto­kra­cji, czy jakieś nie­miłe słowo, któ­rym Kimon ura­ził dumę stra­tega. Nie miało już jed­nak wiel­kiego zna­cze­nia, czym kie­ro­wał się ten czło­wiek. Dość, że Kimon wycią­gnął nóż, pro­wo­ku­jąc pro­ces. Efial­tes nie mógł się po czymś takim wyco­fać. Pery­kles zaś z wła­snego wyboru poszedł tą cier­ni­stą drogą, by bez­piecz­nie wycią­gnąć Kimona z opre­sji.

Pod Sala­miną dowo­dził wielki Temi­sto­kles. Ura­to­wał mia­sto, pod­czas gdy per­ski król obser­wo­wał wszystko z brzegu, a mimo to stra­teg został wygnany. Ary­sty­des był czło­wie­kiem wiel­kiego honoru. On także został wygnany ze swego domu jak par­szywy pies wypę­dzony z bar­łogu.

Ateń­czycy byli podejrz­liwi wobec wszyst­kich swo­ich przy­wód­ców. Nie chcieli wię­cej pozwo­lić, by naro­dzili się tyrani. Taka była cicha obawa Pery­klesa. Pośród oskar­żeń zasiał też wiele wąt­pli­wo­ści. Przy­po­mniał im o służ­bie i hono­rze Kimona. Prawda jed­nak była taka, że mogli go ska­zać, aby przy­po­mnieć mu, w czy­ich rękach spo­czywa wła­dza, albo zwy­czaj­nie ot tak, dla sportu.

Przy­szli tutaj w popla­mio­nych gliną albo kozią krwią chi­to­nach. Wielu było robot­ni­kami, z odci­skami na dło­niach. Pery­kles myślał, że ich rozu­mie. Kochali wyż­szość Aten, pogar­dzali innymi mia­stami. Z dumą zgła­szali się na człon­ków rady, na wio­śla­rzy, sędziów i peł­nie­nie funk­cji epi­sta­tesa. To był jego lud. Ale cho­ciaż ich kochał, oba­wiał się też, do czego mogą być zdolni.

Oczy­wi­ście stra­teg Efial­tes nie ufał mu ani tro­chę. Nie był głup­cem. To dla­tego wysta­wił jesz­cze dwóch męż­czyzn, by wnie­śli sprawę prze­ciwko Kimo­nowi. Wycią­gali wszyst­kie wąt­pli­wo­ści, jakie zna­leźli, by rzu­cić cień na kam­pa­nię w Per­sji, a Pery­kles aż skrę­cał się ze zło­ści, sły­sząc, jak prze­czą praw­dzie. Z tru­dem zacho­wy­wał mil­cze­nie, ale nie powie­dział ani słowa. Jego imię zostało zapi­sane jako miano pierw­szego oskar­ży­ciela. Wie­dział, że w końcu przyj­dzie chwila, kiedy to on zabie­rze głos i zwróci się do sędziów. Widział dobrze każ­dego dnia, że wszy­scy mają tę świa­do­mość. Co rusz zer­kali w jego stronę, czy wsta­nie i ode­zwie się sło­wami wspar­cia albo potę­pie­nia. On zaś tylko krę­cił głową. Dzięki temu, kiedy innym zabra­kło już słów potę­pie­nia, jego głos zabrzmiał czy­sto, jako ostatni, który usły­szeli przed gło­so­wa­niem.

Pery­kles patrzył w zie­mię i cze­kał. Miał nadzieję, że zna swo­ich roda­ków dosta­tecz­nie dobrze. W dniach poprze­dza­ją­cych pro­ces bie­gał regu­lar­nie w gim­na­zjo­nie, recy­tu­jąc gło­śno swoją prze­mowę, aby dobrze się przy­go­to­wać. Nie potra­fił jed­nak orzec, czy to wystar­czy. Nie­któ­rzy sędzio­wie patrzyli na niego, ale nie było spo­sobu, by poznać, ilu ich udało się prze­ko­nać. Kilku na pewno było we flo­cie, a także na polu bitwy nad Eury­me­do­nem. Wie­dział tylko, że mogą podzi­wiać Kimona albo nim pogar­dzać. Ojciec Kimona został prze­cież ska­zany przez ludzi takich jak oni! Pery­kles mógł jedy­nie szep­tać modli­twę, by histo­ria się nie powtó­rzyła. Poczuł, że się poci, choć bryza przy­brała na sile. Dzień był gorący, ale to nie była przy­czyna. Może po pro­stu się bał.

Sędzio­wie wró­cili na swoje miej­sca i sta­nęli przed Kimo­nem. Wiatr poru­szał ich chi­to­nami i chla­mi­dami, któ­rych trze­po­ta­nie sły­chać było wyraź­nie w zapa­dłej ciszy.

- Sędzio­wie, czy jeste­ście gotowi prze­ka­zać nam swój osąd? - zapy­tał epi­sta­tes. Mówił zdu­szo­nym gło­sem.

Dzie­siątki ludzi ski­nęły w odpo­wie­dzi gło­wami, on zaś popa­trzył na boki. Cze­kali tam scy­tyj­scy straż­nicy, zatrud­nieni przez mia­sto dla utrzy­ma­nia porządku.

Epi­sta­tes wziął tabliczkę i czy­tał uważ­nie. Jako że wybrano go, by spra­wo­wał swój urząd przez dobę, od zachodu do zachodu słońca, musiał znać wła­ściwą for­mułę.

- Gło­so­wa­nie odbę­dzie się przez pod­nie­sie­nie rąk - prze­czy­tał gło­śno. - Ja zaś ogło­szę "winny" lub "nie­winny". Skry­bo­wie zapi­szą wyniki. Jeśli będzie jesz­cze jakaś dys­puta, pozo­sta­nie­cie tu aż do wyło­nie­nia więk­szo­ści. - Prze­rwał i opu­ścił tabliczkę. - W spra­wie archonta Kimona z demu Lakia­dów i rodu Filaj­dów, syna Mil­tia­desa, czy uzna­je­cie go za win­nego?

Ręce się unio­sły. Pery­kles wstrzy­mał oddech i zaczął liczyć. Naj­wy­raź­niej róż­nica była nie­wielka. Efial­tes uśmie­chał się do jakie­goś męż­czy­zny ze swo­jej grupy, dru­giego zaś pokle­py­wał po ramie­niu w geście gra­tu­la­cji. Pery­kles pokrę­cił głową. Wie­dział co nieco o teatrze. Był to tylko pokaz dla ludu, ale w rezul­ta­cie kilku męż­czyzn pod­nio­sło ręce. Pery­kles zauwa­żył też, że w reak­cji na to wielu je opu­ściło, zanim ich poli­czono. Ska­za­nie wiel­kiego ateń­skiego wodza na bani­cję albo śmierć nie było bła­hostką.

Kiedy skry­bo­wie zapi­sali wynik, sędzia pokoju przy­jął ich tabliczki. Nabrał w płuca powie­trza i zarzą­dził ponowne gło­so­wa­nie, pyta­jąc tym razem o uzna­nie nie­win­no­ści. I znów wiele rąk się pod­nio­sło. Pery­kles sły­szał pomruk tłumu, gdy ci, któ­rzy się zga­dzali lub nie zga­dzali, ryk­nęli w odpo­wie­dzi. Nie­wielu zdo­łało prze­ko­nać sąsia­dów, uświa­do­mił sobie. Sędzio­wie byli tylko ludźmi. Zagryzł wargi, gdy skry­bo­wie spraw­dzali wyniki obu gło­so­wań. Nie dali niczego po sobie poznać, trak­tu­jąc całą tę pro­ce­durę jak święty rytuał. W grun­cie rze­czy taka była - poświę­cona Ate­nie i obser­wo­wana przez bogi­nię z jej świą­tyni na Akro­polu. Pery­kles wzniósł oczy na sto­jące na wzgó­rzu ruiny. Per­so­wie spa­lili i zbu­rzyli, co tylko zdo­łali. Ateń­czycy roz­po­częli odbu­dowę, ale...

- Wer­dykt jest jasny - orzekł epi­sta­tes z widoczną ulgą. Skra­jem rękawa otarł pot z czoła. - Archon­cie Kimo­nie, kie­ru­jąc się wyro­kiem ekle­zji, sędzio­wie uznali, że jesteś nie­winny zarzu­ca­nych ci prze­stępstw. Odejdź w pokoju. Jesteś wolny.

Sędzio­wie wznie­śli wiwaty i choć wielu jęk­nęło z dez­apro­batą lub prze­kli­nało, to zado­wo­leni z wyroku mieli prze­wagę i obyło się bez prze­mocy. Efial­tes prędko opu­ścił Pnyks, wio­dąc swo­ich zwo­len­ni­ków za sobą.

Pery­kles poczuł ogar­nia­jącą go ulgę. Pro­wa­dził nie­bez­pieczną grę o naj­wyż­szą stawkę. Nie mógł powie­dzieć gło­śno, że miał nadzieję na wygraną Kimona. Nie w tym miej­scu. Coś takiego zosta­łoby uznane za dys­ho­nor i kto wie, może poskut­ko­wa­łoby jego wła­snym pro­ce­sem. Cała sprawa musiała pozo­stać jego pry­wat­nym zwy­cię­stwem.

Ruszył do stopni wio­dą­cych w dół, na Agorę. Poczuw­szy coś, zer­k­nął za sie­bie i napo­tkał zimny wzrok Kimona. Nie było w nim ani krzty wdzięcz­no­ści czy zro­zu­mie­nia. Pery­kles pochy­lił głowę, zro­zu­miaw­szy, że za udzie­loną przy­ja­cie­lowi pomoc musi zapła­cić cenę ich przy­jaźni. Odwró­cił się. Jeśli taki był koszt wol­no­ści Kimona, to był zado­wo­lony.

Posta­wiw­szy stopę na naj­wyż­szym stop­niu, Pery­kles poczuł, że zie­mia drży, a przez mia­sto prze­biega gło­śny łoskot. Z pełną zgrozy fascy­na­cją obser­wo­wał, jak coś prze­myka przez ulice i rynki poni­żej, wyrzu­ca­jąc na końcu pofał­do­wany bruk do wody. Ujrzał wzno­szący się pył i walące się dachy. Roz­le­gły się krzyki i sędzio­wie rzu­cili się w bok, ryzy­ku­jąc upa­dek ze zbo­cza. Poni­żej ulice wypeł­niły się ludźmi, któ­rzy wybie­gli zoba­czyć, co się dzieje.

Wstrząs minął. Był sil­niej­szy od tych, któ­rych Pery­kles kie­dy­kol­wiek doświad­czył. Pył zawisł nad roz­le­głą Agorą, on zaś pokrę­cił głową, zasta­na­wia­jąc się, czy może to bogo­wie wyra­zili swoje zado­wo­le­nie lub niezado­wo­le­nie z uwol­nie­nia Kimona. Na wszelki wypa­dek przy­siągł zło­żyć ofiarę w świą­tyni tego wie­czoru. Zaczął wolno scho­dzić, a zie­mia zadrżała ponow­nie, tym razem dwu­krot­nie. Zabrzmiało to jak echo i zasta­na­wiał się, gdzie ten wstrząs się zaczął i gdzie się skoń­czy.

* * *

Aspa­zja wyj­rzała na ulicę przez malo­wane żela­zne kraty, przy­ci­snąw­szy twarz tak, że mogła nie­mal wysu­nąć przez nie rękę. Sły­szała nawo­łu­jącą ją matkę, ale w wyglą­da­niu na zewnątrz nie kryło się żadne nie­bez­pie­czeń­stwo, a przy­naj­mniej nie było ono wiel­kie. W wieku sie­dem­na­stu lat wszyst­kie reguły i ogra­ni­cze­nia tego domu wyda­wały się jej już bez­sen­sowne i narzu­cone jedy­nie po to, by uprzy­krzać życie. Ogród był prze­piękny, z try­ska­jącą wodą i mnó­stwem kwia­tów, które prze­pa­jały powie­trze swoim zapa­chem. Ale na zewnątrz - na zewnątrz! - tęt­niło życiem mia­sto ze swoim zgieł­kiem, kurzem, a teraz z tym dziw­nym drże­niem, które strą­ciło na pod­łogę i roz­biło jedną z donic. Czarna zie­mia obsy­pała kamienne płyty ścieżki jej małego ogrodu. Pobru­dziła dło­nie, zgar­nia­jąc ją, a jej palce wyglą­dały teraz jak kobiet, które uży­wają henny do bar­wie­nia skóry lub far­bo­wa­nia wło­sów. Aspa­zja prych­nęła na tę myśl. Jej włosy były mocne i natu­ral­nie czarne, zwią­zane w węzeł. Jego cię­żar czuła zawsze, zwłasz­cza gdy inne matki przed­sta­wiały ją w jej czer­wo­nej sukni. Kolor ten miał repre­zen­to­wać krew dzie­wicy, jak szep­tały dziew­częta. Mówiono, że męż­czyźni cenią sobie takie rze­czy. Jed­nakże któ­raś z matek ofia­ro­wała ten jej pierw­szy, szybki ból jed­nemu ze słu­żą­cych, pozo­sta­wia­jąc Aspa­zji wybór męż­czy­zny. Aspa­zja wciąż nie była pewna, o co robiono aż tyle hałasu. Było to dość przy­jemne, ale on naj­wy­raź­niej był wów­czas znacz­nie bar­dziej pod­nie­cony i czer­wony na twa­rzy niż ona. Towa­rzy­szyło temu lek­kie drże­nie ciała, przy­po­mniała sobie, patrząc na ulicę. Podob­nie jak wstrzą­śnie­nie ziemi tego dnia, zapo­wia­dało coś więk­szego, może zwią­zanego z kimś innym...

- Tutaj jesteś, Aspa­zjo! Ach, spójrz na swoje ręce! Co takiego robi­łaś?

W domu heter nazy­wały star­sze kobiety "mat­kami", choć żadna z nich nie była krewną miesz­ka­ją­cych w nim dziew­cząt. Aspa­zja lubiła tylko naj­młod­szą z trzech, tę, która uda­wała, że jest jej praw­dziwą matką, gdy dziew­czyna pra­gnęła pocie­sze­nia. Nie­stety kobieta, która teraz ją zna­la­zła, była jedną z dwóch pozo­sta­łych, nazy­wa­nych przez nią "wiedź­mami". Aspa­zja wie­działa, że jej praw­dziwa matka ją sprze­dała. Nie lubiła o tym myśleć.

- Czu­łaś, jak zie­mia zadrżała? - kobieta pró­bo­wała odwró­cić jej uwagę. - Roz­biła się jedna z donic!

Wyj­rzała znowu przez kratę i dostrze­gła prze­cho­dzą­cego ulicą wyso­kiego, mło­dego męż­czy­znę. Serce zabiło jej w piersi. Widziała go już przed­tem, zawsze zdą­żał skądś do mia­sta. Wyglą­dał tak poważ­nie.

- Mogła­bym wyjść? - zapy­tała, nie odwra­ca­jąc się i mówiąc cokol­wiek, co pozwo­li­łoby jej zostać dłu­żej przy oknie i roz­ko­szo­wać się jego wido­kiem. Wie­działa, że nie­które dziew­częta marzą cza­sem o fawo­ry­tach. Ona chciała o nim marzyć, a raczej jakoś spra­wić, by ją dostrzegł.

Jej głos roz­legł się na ulicy. Matka, która stała obok, uszczyp­nęła ją w ramię. Aspa­zja zigno­ro­wała zarówno ból, jak i ostre słowa, które tamta rzu­ciła. Męż­czy­zna usły­szał! Widziała, że odwró­cił głowę. Cie­kawa była, co zoba­czył. Jej ogro­dowa suk­nia była czy­sta, ale zno­szona. Jej ciemne oczy wyda­wały się dużo więk­sze dzięki pod­ma­lo­wa­niu ich koh­lem. Włosy były zwią­zane w gruby węzeł, który koły­sał się przy każ­dym poru­sze­niu. Widziała, że ją dostrzegł i poczuł na sobie jej wzrok.

Chwilę przed­tem, nim ich oczy się spo­tkały, Aspa­zję odcią­gnięto z krzy­kiem od kraty. Opie­rała się, ale matki były bar­dzo silne. Kobiety w tym domu zda­wały się mieć obse­sję na punk­cie jej posłu­szeń­stwa, jakby ta skra­dziona godzina w ogro­dzie miała ozna­czać koniec świata.

Aspa­zja zaklęła pod nosem, gdy została wypchnięta ze świa­tła w chłodny cień. Dom nie był duży. Zazwy­czaj dzie­liła swój pokoik z inną dziew­czyną. W tym mie­siącu była jed­nak sama. Mówiono, że Marete została ako­litką Ateny, lecz Aspa­zja była podejrz­liwa, choć sły­szała to wie­lo­krot­nie. Męż­czyźni, któ­rzy przy­cho­dzili i kupo­wali hetery, nie wyglą­dali na kapła­nów.

- Doprawdy, Aspa­zjo! - skar­ciła ją matka. - Wiem, że mnie sły­sza­łaś! Myślę, że tego wie­czoru powin­naś obejść się bez kola­cji. Dys­cy­plina jest pod­sta­wo­wym wymo­giem! Jak mamy zna­leźć ci miej­sce w dobrej świą­tyni albo w rodzi­nie eupa­try­dów, skoro jesteś tak samo­wolna? Będą mnie pytać o twój cha­rak­ter, a mnie nie wolno kła­mać. Rozu­miesz? Jeśli zapy­tają: "Czy ta dziew­czyna jest posłuszna i ule­gła?", będę mogła tylko mil­czeć. Oni zaś dosko­nale wie­dzą, co to ozna­cza.

Zna­la­zł­szy się w swo­jej izdebce, Aspa­zja spoj­rzała pro­sto w twarz oskar­ży­cielce. Ta zmie­rzyła ją wzro­kiem.

- Jesteś piękna, moja droga. Twoja skóra, twoje kształty... masz mocne zęby, jasny wzrok. A te włosy! Cza­sem wydaje mi się, że żyją wła­snym życiem. Już w zeszłym roku powin­ni­śmy byli ci zna­leźć dobre miej­sce. Jesteś w tym domu naj­star­sza, pamię­taj o tym! Jutro przy­bę­dzie nowa dziew­czyna, która zastąpi małą Marete. To dopiero była córka! Marete, młod­sza od cie­bie, będzie repre­zen­to­wać nas w jed­nej z naj­bo­gat­szych świą­tyń Tesa­lii.

- A co będzie tam robić? - rzu­ciła Aspa­zja.

Kobieta zablo­ko­wała drzwi i dziew­czyna zna­la­zła się w pułapce wła­snego poko­iku, pozba­wiona cie­pła i przy­ja­znego cie­nia ogrodu. Ten nie­wielki skra­wek zie­leni był w domu heter miej­scem naj­bliż­szym wol­no­ści. Czuła, że może tam ode­tchnąć.

- Będzie się modlić, oczy­wi­ście, i grać na lirze. Mają tam nie­wol­nice do sprzą­ta­nia i goto­wa­nia, wyobra­żam więc sobie, że nauczą Marete sekret­nych rytu­ałów świą­tyni i pew­nego dnia będzie mogła zostać kapłanką.

- A nie zwy­kłą dziwką? - zapy­tała Aspa­zja.

Wzrok matki stward­niał nagle, oczy spoj­rzały ostro.

- Hetera nie jest kurwą, Aspa­zjo, o nie - powie­działa. Ton jej głosu stał się nagle zwod­ni­czo miły, jakby zmie­niony pod wiel­kim ciśnie­niem. - Bie­rzemy dziew­częta, któ­rych rodzice nie są w sta­nie wykar­mić, więc je sprze­dają, aby ich mężo­wie i bra­cia mogli prze­żyć. Nie­które odpa­dają. Te naj­głup­sze albo te, które nie potra­fią nauczyć się posłu­szeń­stwa! Pozo­stałe szko­limy w muzyce, tańcu i kon­wer­sa­cji. Wycho­wu­jemy mądre panny na żony i towa­rzyszki życia wiel­kich ludzi.

- A ci ludzie płacą wam hoj­nie. Kupują całą kobietę czy tylko to? - Aspa­zja dotknęła swego kro­cza w wul­gar­nym geście.

Nie­na­wi­dziła pułapki, w któ­rej tkwiła, a ta roz­mowa dopro­wa­dzała ją do łez. Pra­gnęła, by matka już sobie poszła, ale ta skrzy­żo­wała ramiona na piersi, blada ze zło­ści.

- Kupują usługę, Aspa­zjo. Kupują twoją poradę, twoje umie­jęt­no­ści, uwagę i zain­te­re­so­wa­nie. Na bogów, jakże oni potrze­bują two­jego zain­te­re­so­wa­nia! Nauczy­li­śmy was pisać i czy­tać. Żadna zwy­kła dziwka nie potrze­buje takich rze­czy! Doprawdy, gdy­byś wie­działa nieco wię­cej o świe­cie, zro­zu­mia­ła­byś, jak rzad­kie to umie­jęt­no­ści. Naprawdę wie­rzysz, że ten dom to bur­del? Sądzi­łam, że jesteś jedną z naj­by­strzej­szych dziew­cząt. Wygląda na to, że się myli­łam! - Zauwa­żyła łzy w oczach dziew­czyny i jej rysy zła­god­niały. - Aspa­zjo, źle mnie zro­zu­mia­łaś. Temu domowi płaci się, to prawda, za wyży­wie­nie i odzia­nie tych, które tu miesz­kają. Chyba nie sądzisz, że wystar­czają na to wazy, które sprze­da­jemy? - Kobieta wes­tchnęła i pokrę­ciła głową pod oskar­ży­ciel­skim spoj­rze­niem pod­opiecz­nej. - Nasze dziew­częta zapewne idą do łóżka z męż­czy­znami, któ­rych dla nich znaj­du­jemy. I ow­szem, nie­wy­klu­czone, że sprze­dają im tę część, za którą się zła­pa­łaś, jeśli wszystko inne się nie spraw­dza. I cóż z tego? Świat to wyma­ga­jące miej­sce, Aspa­zjo. Nikt nam nie pomaga, kiedy jeste­śmy głodne. Robimy to, co konieczne, aby prze­żyć. W tym domu pró­bu­jemy połą­czyć inte­li­gentne dziew­częta z życiem, na jakie zasłu­gują. Odwie­dza­łam domy, gdzie mężo­wie sza­leli na punk­cie kobiet, które dla nich zna­la­złam, gdzie dzieci bawiły się rado­śnie, kochane i szczę­śliwe.

- Wszystko, co mówisz, to kłam­stwa! - krzyk­nęła Aspa­zja. - Opo­wia­dasz takie histo­rie, żeby nas uspo­koić, a kiedy nas sprze­dasz, to już się tu wię­cej nie poja­wiamy. Dla­czego ni­gdy nie widzia­łam żad­nej z tych, które opu­ściły ten dom? Mogłyby prze­cież same nam opo­wie­dzieć o wspa­nia­łym życiu, które pro­wa­dzą, o opie­kuń­czych i kocha­ją­cych mężach i tłu­ściut­kich dzie­ciacz­kach! - Z jej oczu popły­nęły łzy, a głos zabrzmiał chra­pli­wie.

Matka skie­ro­wała się ku drzwiom.

- Może wsty­dzą się, Aspa­zjo, miej­sca, w któ­rym je wycho­wano. Albo nie chcą, by im przy­po­mi­nano, kim były. Więk­szość ma nowych przy­ja­ciół. Kto wie? Kobiety róż­nią się mię­dzy sobą. Żadna odpo­wiedź nie będzie paso­wać do wszyst­kich. Ale jest taka rzecz, Aspa­zjo, która je łączy.

Aspa­zja patrzyła w mil­cze­niu, pra­gnąc tylko wyjść. Kobieta ski­nęła głową.

- Chcą wieść lep­sze życie niż ich matki. Pamię­tam, kiedy uro­dzili się moi syno­wie. - Uśmiech­nęła się, ale w tym uśmie­chu prze­mknął cień żalu. - No cóż, teraz wiem już tro­chę wię­cej. Mój naj­star­szy zgi­nął w wypadku, drugi na woj­nie. Mój kocha­jący mąż? Któ­re­goś dnia zła­pał się kur­czowo za pierś i po pro­stu... odszedł. Możesz to sobie wyobra­zić? Sprze­da­łam jego sklep. Robił buty, ale ja nie mia­łam jego zdol­no­ści. Bez tego całe tamto miej­sce było tylko skła­dem narzę­dzi i skór. Wró­ci­łam więc do tego domu, Aspa­zjo. I powi­tano mnie tutaj ser­decz­nie. Nawet jeśli go nie­na­wi­dzisz, to wciąż jest twój dom.

- Po pro­stu chcę wyjść - powie­działa zbo­la­łym tonem dziew­czyna.

- Och, znaj­dziemy ci męża, nie­wąt­pli­wie. Chyba że skoń­czysz, krę­cąc się tutaj w kółko i poucza­jąc nas, aż w końcu cię zabiję. - Zacze­kała, aż Aspa­zja się uśmiech­nie, po czym odsu­nęła się od drzwi. - No chodź. Dziś na obiad jest goto­wana ryba z cytryną.

- Chyba powie­dzia­łaś...

- Mówię wiele rze­czy. Spry­skaj twarz wodą, zanim zej­dziesz na dół. Nie chcę, żeby tamte widziały, że pła­ka­łaś. No i umyj ręce, Aspa­zjo! Pod two­imi paznok­ciami można sadzić warzywa.

Star­sza kobieta zamknęła deli­kat­nie drzwi i zeszła po scho­dach. Kolejny kry­zys został zaże­gnany. Dobrze pamię­tała dra­maty, jakie sama prze­ży­wała kie­dyś w tym domu i w tym samym poko­iku, choć Aspa­zja o tym nie wie­działa. Życie jest cięż­kie. Nie kła­mała. Dziew­częta hetery były bar­dziej wolne i lepiej wykształ­cone niż więk­szość kobiet w tym mie­ście. Nawet jeśli ceną za to było wpusz­cze­nie za płot kilku zgłod­nia­łych psów, to nie była ona wygó­ro­wana.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki