Zmęczony wymaganiami, których nie umiem spełnić - Jeff VanVonderen

Kup ebooka

23.00 zł
17.31 zł (17,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zmęczony wymaganiami, których nie umiem spełnić

Jak uwolnić się od wymagań, oczekiwań oraz strachu

nakładanych na nas przez ludzi o dobrych intencjach

Dedykacja

Książkę tę dedykuję ludziom z kościoła Christian and Missionary Alliance w Minneapolis (Minesota), którzy podjęli ryzyko i otwarcie przyznali, że są zmęczeni. O swoich zranieniach rozmawiają szczerze z Bogiem oraz ze sobą nawzajem. Jezus jest ich nadrzędnym celem i dla Niego są gotowi na wszystko.

 

Oddzielne podziękowania pragnę wyrazić mojej żonie, Holly, oraz naszym czterem córkom: Callie, Jesi, Erin i Karze. Wszystkie moje projekty są w zasadzie projektami rodzinnymi. Niczego bym nie dokonał bez wsparcia i zrozumienia ze strony rodziny.

Wstęp Dlaczego nie umiem spełnić tych wszystkich wymagań?

 

Chrześcijaństwo ma być, w założeniu, życiem pełnym radości i znaczenia. Dlaczego więc przez cały czas czuję, jakbym się szamotał i walczył? Dlaczego jestem tym tak bardzo zmęczony? Dlaczego wciąż czuję się winny? Dlaczego nie umiem odpocząć nawet wtedy, kiedy tak bardzo tego potrzebuję? Dlaczego wciąż spełniam religijne obowiązki, choć dawno już przestało mi to sprawiać przyjemność? Dlaczego ciągle wpadam w te same sidła i schematy, mimo że obiecywałem sobie tysiące razy, że będę je omijał z daleka?

Słyszałem te pytania setki razy. Zadawały je osoby, które szukały u mnie pomocy duszpasterskiej. Czy ty również je sobie zadajesz? Czy również czujesz, jakbyś brnął przez życie zanurzony w błocie po kolana? Czy masz wrażenie, że nigdy nie spełniasz stawianych przed tobą wymagań?

Jeśli tak jest, to być może na kartach tej książki znajdziesz pomoc i odpowiedź. Odpowiedź ta nie będzie jednak podana w znajomej formie: "Dziesięć kroków do poprawy swojego chrześcijańskiego zachowania w domu, pracy i wśród przyjaciół". Gdyby zwycięstwo w życiu z Bogiem można było osiągnąć ludzkim wysiłkiem i staraniami, to twoje imię od dawna zapisane by było w Księdze Zasłużonych! Prawdopodobnie nie potrzebujesz kolejnego wykładu o tym, jak starać się mocniej i bardziej. Z mojego osobistego oraz duszpasterskiego doświadczenia wynika, że wierzący muszą się raczej nauczyć tego, czym jest odpocznienie.

Zmęczony wymaganiami, których nie umiem spełnić to książka zrodzona z moich własnych przeżyć. Osobiście doświadczyłem czegoś bardzo niepokojącego i postanowiłem się z tym zjawiskiem zmierzyć. Ogromna większość ludzi, których spotykam jako terapeuta, cierpi na zmęczenie. I nie mówię o zmęczeniu, które jest wynikiem nieprzespanej nocy. Mówię o kompletnym emocjonalnym i psychicznym wycieńczeniu. A także o ogromnym zmęczeniu duchowym, które jest najbardziej niszczące ze wszystkich. I mam wrażenie, że większość chrześcijańskich książek, seminariów, kazań oraz terapii ma jedną wspólną cechę: namawiają już zmęczonych ludzi do podjęcia kolejnych wysiłków i starań. Jako rozwiązanie podają dłuższą listę czynności do wykonania, czyli dokładną odwrotność tego, czego ci ludzie naprawdę potrzebują. " Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy się trudzicie oraz jesteście obciążeni, a Ja wam sprawię odpoczynek" (Mt 11,28, Nowa Biblia Gdańska). Jezus stwierdził, że rozwiązaniem dla zmęczonych jest odpoczynek.

Być może słowo "odpocznienie" nie występuje w twoim słowniku. Być może, myśląc o nim, czujesz się nieswojo. Może masz wrażenie, że odpoczynek to nierealna koncepcja, zbyt piękna, aby była prawdziwa. Wynika to prawdopodobnie z tego, że na pewnym etapie życia doświadczyłeś relacji opartych na "spełnianiu warunków". Rozmawiając z mnóstwem umęczonych osób, przekonałem się, że akceptacja najbliższych była w ich życiu używana jak "marchewka na kiju" - to, czy można było zakosztować tej marchewki, zależało od tego, jak dobrze spełniali postawione "wymagania". Rzadko spełniali je wystarczająco dobrze.

Być może wiesz, jak wygląda życie z taką emocjonalną "marchewką" wiszącą tuż przed twoim nosem. Życie według niepisanych reguł oraz wymagań, które rodzą w tobie uczucie poniżenia i przekonanie, że nie zasługujesz na akceptację innych. Być może nadal wykańczasz się fizycznie i duchowo, próbując spełnić wymagania, oczekiwania i standardy, które przekraczają twoje naturalne możliwości. Być może standardy te zostały wyryte w tobie tak mocno, że nawet nie zdajesz sobie sprawy z ich istnienia. Tym trudniej będzie ci samemu odkryć, jak zrzucić z siebie ich tyranię.

Moim celem jest rzucenie nowego światła na bolesny komunikat, który kiedyś usłyszałeś i który wciąż jest odtwarzany w twojej duszy. Pragnę pomóc ci zobaczyć, z jakiego źródła płynie ten komunikat, co on naprawdę mówi i co oznacza. Chcę pomóc ci raz na zawsze porzucić wymagania, których nie da się spełnić. Wierzę, że będziesz mógł zrozumieć schematy, które rządzą twoim życiem. Schematy, które drenują twoje siły i których nienawidzisz, ale z którymi nie jesteś w stanie zerwać siłą swojej woli.

Prędzej czy później każdy z nas doświadcza bolesnych, trudnych relacji. Niektórzy ludzie odnoszą w nich naprawdę głębokie rany. Niektórzy zmagają się z nimi bardziej niż inni. Czytanie tej książki dotknie bolesnych miejsc, odkryje je przed naszymi oczami. Aby rana mogła być uzdrowiona, musi być najpierw odnaleziona, co samo w sobie bywa bolesne. Tak jest, chociaż chciałbym, by było inaczej.

Ale jest dobra wiadomość: Bóg kocha cię i obdarza swoją miłością za darmo. Niczego nie musisz udowadniać, za nic nie musisz płacić, nikomu nie musisz imponować. Liczy się tylko to, co Jezus mówi o tobie. On cię kocha, przyjmuje i zawsze jest z tobą. Król Wszechświata uznał, że jesteś wartościowy i zdolny! Co innego liczy się bardziej? Kto inny liczy się bardziej? Zdrowe reakcje człowieka wypływają z jego zdrowej tożsamości, ugruntowanej na tym, co Bóg zrobił dla nas, nie na odwrót. Możemy nauczyć się, jak działać, czerpiąc z pełni, którą mamy w Chrystusie. Odkrywanie obfitego życia może zacząć się już dziś od zadania sobie pytania: "Dlaczego robię wszystko to, co robię?". Możemy też uczyć się Bożego wytchnienia, ponieważ nasza tożsamość - to, kim jesteśmy - jest bezpieczna w Chrystusie. Twoja wartość i akceptacja są bezpieczne. Przyjąłeś Bożą łaskę, masz więc wszystko, co trzeba, aby się zmienić. A co równie ważne, dzięki tej łasce masz na to wystarczająco dużo czasu.

To naprawdę Dobra Nowina!

 

 

 

 

 

 

 

Część 1 Chory na samoponiżenie

Rozdział 1 Od tego się wszystko zaczęło

 

Istnieje starożytny mit o człowieku ukaranym przez bogów. Bogowie uwięzili go, obłożyli klątwą palącego pragnienia i postawili naprzeciw naczynia wypełnionego po brzegi chłodną wodą. Bez względu na to, jak mocno starał się sięgnąć po wodę, ile wysiłku w to wkładał, jedynym rezultatem był ból spowodowany przez więzy zaciskające się do krwi na jego ciele. Woda i tak pozostawała kilka bolesnych centymetrów poza zasięgiem jego spieczonych ust. "Pogaństwo", pomyślisz. Co ta historia ma wspólnego z dzisiejszym światem? Jakież niesie przesłanie, zwłaszcza dla chrześcijan?

Jestem duszpasterzem oraz terapeutą. W swojej praktyce spotykam wiele osób, kobiet oraz mężczyzn, ludzi młodych oraz starych, którzy są wyczerpani ciągłym zmaganiem się z niewidzialnymi więzami. Znają obietnice, które Jezus dał swoim uczniom, wciąż mają je przed oczami: "Ale kto napije się wody, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku żywotowi wiecznemu" (J 4,14). "[...] Ja przyszedłem, aby miały życie i obfitowały" (J 10,10b).

Wielu z nich zadaje pytanie: "Co jest ze mną nie tak? Wiem, co mówią Ewangelie. Oddałem życie Chrystusowi. Tak bardzo się staram, ale wygląda na to, że to wciąż za mało". Niektórzy od lat próbują powstrzymać się od niemoralnych i niszczących zachowań, a jedynym rezultatem jest to, że ciągle do nich wracają. Inni mają poczucie, że chociaż rozdali wszystko, co mogli dać, i poświęcili służeniu wszystko, co mogli poświęcić - ciągle coś jest z nimi nie tak. Czują, że mają jakiś defekt. Niektórzy wpadli w sidła poważnego grzechu, doświadczyli goryczy i pustki większej niż kiedykolwiek wcześniej, więc jeszcze raz postanowili podjąć wyczerpującą próbę pozostania na Bożej drodze. Większość z tych ludzi doświadcza agonii wielkiego wysiłku dojścia do źródeł wody życia, podczas gdy strumień tej wody wciąż pozostaje kilka bolesnych centymetrów poza zasięgiem ich spragnionych dusz. Niektórzy z nich mówią: "Najgorsze jest to, że o tej pustce nie mogę porozmawiać ani z pastorem, ani z moimi przyjaciółmi z kościoła. Dadzą mi nowe zadanie lub ćwiczenie, a ja nie mam sił na kolejne próby".

Jeśli znalazłeś się w takiej sytuacji, to chcę cię zapewnić: nadzieja jest w twoim zasięgu! I nie leży ona w kolejnym programie duchowych ćwiczeń, prób oraz wysiłków. Mam dla ciebie naprawdę świetną nowinę. Rozumiem, przez co przechodzisz, bo sam tego wszystkiego doświadczyłem. I odkryłem, co leży u źródeł naszego zmagania - to samoponiżenie.

 

Kiedy musimy spełniać wymagania

 

Kiedy miałem siedemnaście lat i byłem młodym wierzącym, nie zdawałem sobie sprawy, że w niedługim czasie odwrócę się od wszystkiego, w co wierzyłem i co inni widzieli we mnie. Pełniłem wtedy rolę lidera grupy młodzieżowej w naszym kościele. Unikałem jakichkolwiek kontaktów z tymi, którzy wyglądali i zachowywali się tak, jak ja kilka lat później. Zmianę stylu życia spowodował nie tyle upływ czasu, ile ogromna pustka, którą odczuwałem wewnątrz. Odczuwałem ją, ale nie potrafiłem jej nazwać ani określić.

Dorastałem w niedużym, rolniczym miasteczku w północnym Wisconsin. Moja rodzina uczęszczała do niezależnego i bardzo radykalnego kościoła. Podobnie jak inne kościoły, miał on swoją specyficzną kulturę: mężczyźni nosili fryzury o określonej długości, a dziewczęta sukienki o odpowiedniej długości. Niektóre zachowania były dozwolone, inne nie. I chociaż moja rodzina nie przestrzegała wszystkich norm zbyt rygorystycznie, ja sam czułem się z nimi świetnie. Mogę szczerze powiedzieć, że osiągnąłem mistrzostwo w spełnianiu różnych wymagań.

W pobliżu miasteczka znajdował się dom opieki dla starszych ludzi - odwiedzałem go regularnie. Na zajęciach w kościele dostawaliśmy fragmenty Biblii do nauki na pamięć - mogłem je cytować z prędkością karabinu. Gdybym przypiął do ubrania wszystkie odznaki, które dostałem w kościele w nagrodę za dobre zachowanie, urządzenia do wykrywania metalu namierzyłyby mnie z odległości 50 kilometrów. Chciałem zostać najlepszym i najbardziej pozytywnym człowiekiem, jakim się tylko da.

Na moich osiągnięciach można jednak było dostrzec pewne "rysy". Na przykład to, że czasami wolałbym zostać w domu i oglądać bajki Disneya, niż iść na niedzielne nabożeństwo. Lub to, że nie mogłem się doczekać końca wizyt w domu dla starszych, śmierdzących lekami ludzi. A także to, że zostałem liderem grupy młodzieżowej tylko dlatego, że chciałem przyciągnąć w ten sposób uwagę dziewczyn. Nikt poza mną tego nie wiedział. Żyłem nadzieją, że z czasem zrodzi się we mnie szczere pragnienie robienia dobrych rzeczy. Myślałem, że stanie się to, jeśli wytrwam wystarczająco długo.

Najtrudniejsze było wewnętrzne odczucie, że bez względu na to, jak bardzo się staram, wciąż sprawiam Bogu zawód. Nie potrafiłem tego nazwać, ale moje życie wyglądało tak, jakbym wciąż czekał, aż ktoś stwierdzi, że wypełniłem swoją część niepisanej umowy i mogę wreszcie odpocząć. Albo inaczej: jakbym czekał, aż coś zapełni pustkę w moim wnętrzu.

Do czasu wyjazdu na studia świetnie opanowałem pewną umiejętność: wiedziałem, jak przypodobać się ludziom. Nauczyłem się "czytać" ludzi, z którymi miałem do czynienia, i potrafiłem odszyfrować zachowania, dzięki którym zdobywałem ich akceptację. W czasie czterech lat studiów oraz krótkiej służby wojskowej odkryłem również, że każda grupa - rodzina, kościół czy paczka przyjaciół - tworzy swoje własne normy akceptacji. W każdej nowej grupie robiłem wszystko, co mogłem, by zdobyć pozycję "pierwszego i wyjątkowego". Wiązał się z tym jeden problem: normy panujące w nowych grupach drastycznie różniły się od tych, które stosowałem w dotychczasowym życiu.

Zdobycie akceptacji moich kumpli z uczelni oraz armii wymagało, bym stał się najgorszym i najbardziej negatywnym człowiekiem, jakim się tylko da. Na początku sam byłem zdziwiony odkryciem, jak żałośnie słaby jestem, jeśli chodzi o charakter i moją tożsamość. Z jaką łatwością powielam zachowania otaczających mnie ludzi. Jakby nie patrzeć, wcześniej byłem liderem kościelnej grupy młodzieżowej.

Jako dwudziestokilkulatek wpadłem w poważne nałogi: alkohol oraz narkotyki. Miałem serdecznie dość roli "grzecznego chłopca", porzuciłem ją więc raz na zawsze. Wyniszczałem swój organizm, nie wspominając o finansach, przyjaźniach czy relacjach rodzinnych. W ciągu kilku krótkich lat stałem się całkowitym zaprzeczeniem wszystkiego, w co do tej pory wierzyłem. I nie rozumiałem, dlaczego to, co było w moim życiu dobre - fragmenty biblijne, które wbijałem sobie do głowy, i wyzwania, których podejmowałem się dla Boga - nie miało wystarczającej mocy, by zawrócić mnie z drogi prowadzącej na dno.

Stwierdziłem, że wina musi leżeć po mojej stronie, że mam jakiś defekt, który teraz się ujawnił. Czułem się jak bubel na Bożej taśmie produkcyjnej. Z całych sił próbowałem stać się dobrym chrześcijaninem, ale nie potrafiłem wytrwać na Jego drodze. Uświadomiłem sobie, że jestem na to zbyt słaby. To był najgorszy moment w moim życiu.

Nie będę wiele mówić o wydarzeniach, które pewnej nocy doprowadziły do punktu zwrotnego - zewnętrzne okoliczności nie mają większego znaczenia. Pragnę skupić się na tym, co najważniejsze. Na tym, co wydarzyło się w moim wnętrzu: po wielu latach wewnętrznej walki zacząłem odczuwać pokój i spełnienie.

Większość chrześcijan, słysząc takie słowa, zakłada, że doszedłem po prostu do miejsca pokuty - odwrócenia się o 180 stopni od grzechu oraz złych zachowań i powrotu do chrześcijańskiego stylu życia. Ale to, co przeżyłem, nie do końca można określić jako tak rozumianą "pokutę".

Prawdę mówiąc, perspektywa powrotu do tego, jak żyłem wcześniej - jako filar kościoła i zawsze pozytywna osoba - powodowała u mnie ścisk żołądka i suchość w ustach. W moich uszach brzmiało to jak powrót do więzienia. Poza tym wiedziałem, że nie ma najmniejszych szans, by to wyszło. Przez lata próbowałem być dobrym oraz pozytywnym. Nie zapewniło mi to prawdziwego życia, doprowadziło jedynie do wypalenia. Dlatego wiem, że to, co przeżyłem tamtej nocy, było czymś więcej niż pokutą.

Po pierwsze: stanąłem twarzą w twarz z głębokim, nieustającym poczuciem defektu, który dziś określiłbym słowem "samoponiżenie".

Muszę w tym miejscu coś doprecyzować. Wielu ludzi myli samoponiżenie z poczuciem winy. A to wcale nie są synonimy. Bóg stworzył nas tak, aby powstawało w nas poczucie winy, zawsze gdy zrobimy coś niewłaściwego. Poczucie winy to emocjonalna reakcja na grzech, system ostrzegający przed złym postępowaniem ("Zrobiłem coś złego, więc czuję się winny"). Ten nieprzyjemny impuls, który szarga naszym sumieniem, ma nam pomóc w zawróceniu ze złej drogi. W tym sensie poczucie winy jest czymś zdrowym. Pojawia się jako rezultat naszego postępowania, możemy więc na nie zareagować - zmienić swoje zachowanie - i w ten sposób je wyłączyć.

Natomiast samoponiżenie to nie tylko emocja - choć często tak o nim mówimy ("Czuję się przez to poniżony"). Samoponiżenie to przeświadczenie, wewnętrzne przekonanie, że coś jest ze mną nie tak. Można się z tym przekonaniem zmagać, nie będąc tego świadomym. Samoponiżenie nie jest uczuciem, które powstało z powodu złego postępowania. To sposób myślenia o sobie, wiara, że jestem wadliwy, gorszy i bezwartościowy.

W efekcie wszystko, co robisz, oceniasz przez pryzmat samoponiżenia. Potknięcia i błędy innych ludzi są w twoich oczach do przyjęcia, nie pozbawiają nikogo wartości. Jednak na siebie patrzysz inaczej: nie ma znaczenia, ile razy zrobisz coś dobrze ("dobrze" zależy od norm przyjętych w twoim środowisku) - i tak czujesz, że jesteś do niczego. Głęboko w sercu wierzysz, że coś jest z tobą nie tak.

Ponieważ nikt z nas nie jest samotną wyspą, budujemy całe systemy międzyludzkie bazujące na samoponiżeniu. Takim systemem może być rodzina, szkoła, kościół bądź każda inna grupa, w której ludzie mający autorytet w sposób jawny lub ukryty żądają od innych określonego zachowania. Jeśli nie spełniasz norm określonych przez system, zaczynasz otrzymywać komunikaty, otwarte bądź zakamuflowane, że nie jesteś wystarczająco dobry - nie potrafisz spełnić wymagań ("Okrywasz nas wstydem!").

Ale nie to jest najgorsze.

 

Co jest najgorsze?

 

Najgorsze jest to, że samoponiżenie może cię odsunąć od Boga. Powoduje, że przestajesz się modlić, ponieważ "Bóg nie będzie przecież słuchać kogoś takiego jak ja". A nawet jeśli skłoniłby do nas swoje ucho, to mamy przekonanie, że i tak nic dla nas nie zrobi. Myślimy: "Nie potrafię spełnić Jego wymagań. Tak naprawdę Bóg nie chce odpowiadać na moje modlitwy. Nie ma ochoty być ze mną. W najlepszym wypadku jestem w Jego oczach jak pasierb - przybrane, niechciane dziecko".

Najpierw zdałem sobie sprawę, że od wielu lat żyję w samoponiżeniu. Drugą rzeczą, którą zobaczyłem owej szczególnej nocy, było to, że przez całe życie próbowałem (często zupełnie nieświadomie) sprostać wymaganiom innych ludzi - głównie rodziny oraz kościoła. Co gorsza, próbowałem również sprostać wymaganiom samego Boga. Boga, który - jak przypominano mi na każdym kroku - nie toleruje nawet woni grzechu. Czy to nie On odwrócił twarz od własnego Syna po tym, jak złożył na Nim grzech całego świata? "Jeśli tak rzeczywiście było, myślałem, to co On musi czuć, kiedy patrzy na mnie i wszystkie moje skrywane grzechy oraz niedoskonałości? Musi Go brać na wymioty".

Wstyd i samoponiżenie zamieniło moje życie w zapętlony proces, składający się z trzech etapów: staram się, staram się mocniej i staram się najmocniej, jak potrafię. Powiedziałem "z trzech etapów"? Tak naprawdę były cztery. Ten czwarty to: rezygnuję. Albo: porzucam wymagania, których nie umiem spełnić. Przyznaję, alkohol i narkotyki mogły doprowadzić mnie do śmierci, ale szczerze mówiąc, już wcześniej, kiedy byłem oddanym wierzącym, czułem się martwy w środku. W moim przypadku sama pokuta nie była rozwiązaniem - nie mógł mi pomóc powrót do poprzedniego, "dobrego" stylu życia. Nie, rozwiązanie musiało polegać na czymś innym. Czymś, co miało smak świeżej, schłodzonej wody - smak życia.

Odkryłem smak wolności od wstydu i samoponiżenia! Czy ty również chciałbyś zaczerpnąć z tej studni?

 

 

Dobrze się temu przyjrzyj

 

Czy czułeś kiedyś, że doszedłeś do krańca samego siebie? Z całych sił starałeś się być dobrym - robić to, co właściwe, unikać tego, co złe - tylko po to, by znowu zawieść, upaść po raz tysięczny... I nawet jeśli wmawiałeś sobie, że Bóg przebaczył ci poprzednie 999 razy, tym razem wiesz, że miarka się przebrała.

A może jest zupełnie inaczej. Jesteś wzorem chrześcijanina, mamy, taty, córki, lidera albo pastora. Czytasz Biblię, modlisz się, wiernie oddajesz dziesięcinę - ale wciąż nie znalazłeś sposobu, aby wywołać uśmiech akceptacji na Bożych ustach. Niektóre kobiety robią wszystko, by ich dom był najładniejszy w całej okolicy, dzieci najgrzeczniejsze, a mąż wycięty jak z obrazka. Inne jak tylko mogą próbują prześcignąć osiągnięcia mężczyzn, kolegów z pracy. Ale zawsze znajdzie się jakaś brudna rysa, kolejna bójka dzieci na oczach zażenowanych gości, jeszcze jedna zmarszczka na twarzy. I następna sytuacja, w której to mężczyzna otrzymał awans dzięki jej ciężkiej pracy w biurze.

Mężczyźni też mają swoje zmagania. Pastorzy wpadają w pułapkę o nazwie: "Nasz kościół musi mieć więcej pasji dla Chrystusa". Przedsiębiorcy stają się niewolnikami wyścigu o większy prestiż, bardziej luksusowy dom w bardziej ekskluzywnej okolicy... Zadają sobie przy tym dręczące pytania: "Dlaczego ma to tak wielkie znaczenie i dlaczego kolejne osiągnięcia nie dają mi satysfakcji?".

Czujesz, że masz dość? Może próbowałeś się poddać, zrezygnować choć na chwilę... tylko chwilę, po której znów podniosłeś okrzyk bojowy i wygłosiłeś mowę motywacyjną. Zaskoczony patrzysz, jak po raz kolejny ruszasz do boju! Rodzice często powtarzali ci przecież, że "świat woli zwycięzców". Tyle że w tym wszystkim z trudem rozpoznajesz samego siebie.

Aby zrozumieć, jak głęboko wnika w nas samoponiżenie i jak wielki ma na nas wpływ, musimy przejść proces podobny do obierania kolejnych warstw cebulki kwiatowej - aby wreszcie odsłonić sedno, w którym kryje się życie rośliny. Będziemy musieli znaleźć odpowiedzi na takie pytania jak:

 

- W jakim stopniu samoponiżenie ukształtowało moją osobowość? - Jaki miało wpływ na mój sposób patrzenia na życie oraz innych ludzi? - Na ile samoponiżenie mnie ogranicza - dyktuje, co robię, a co nie? - Czy samoponiżenie uczyniło mnie niewolnikiem, wiecznie zależnym od miłosierdzia ludzi autorytarnych i wymagających?

 

Pierwszy krok w stronę nowego życia polega na zebraniu wszystkich pogmatwanych myśli i czynów oraz przyjrzeniu się im w nowym świetle. Pozwoli ci to odkryć, w jaki sposób samoponiżenie przejęło nad tobą kontrolę. Tylko dzięki temu będziesz w stanie zobaczyć, jak można się od niego uwolnić.

Zacznijmy więc od sprawdzenia, co naprawdę się dzieje w twoim wnętrzu.

 

 

Rozdział 2 Co jest ze mną nie tak?

 

- Mam ostatnio wrażenie, że Bóg jest daleko ode mnie. Tak właściwie, to nie wiem, czy nadal mogę nazwać siebie wierzącym. Jestem kiepskim chrześcijaninem. Naprawdę. Od dawna nie czytam Biblii. Jak tylko ją otwieram, dopada mnie poczucie winy i nie daję rady jej czytać. A kiedyś czytałem codziennie. Co jest ze mną nie tak?

- Nie rozumiem tego. Tyram jak wół, żeby zmienić swoją sytuację w firmie i kiedy jest na to realna szansa, robię coś głupiego i wszystko psuję. Ten schemat powtarza się od dawna. Co jest ze mną nie tak?

- Tak bardzo bym chciała znaleźć mężczyznę na stałe. Ale kiedy poznaję kogoś i zaczynamy zbliżać się do siebie, coś mnie paraliżuje i po prostu uciekam. Czy już zawsze będę sama? Co jest ze mną nie tak?

Każda z poranionych osób, których słowa przytoczyłem powyżej, brzmi nieco inaczej, ale tak naprawdę powtarzają one refren tej samej pieśni: smutnej pieśni samoponiżenia. Dzięki latom praktyki terapeutycznej zauważyłem, że ludzi, którzy szukają pomocy, łączą podobne postawy oraz zachowania. W dodatku większość jest przekonana, że tylko oni mają takie problemy. Pozwól więc, że zacznę od opisania swoich własnych zmagań. Być może stwierdzisz, że wiele moich doświadczeń, zachowań oraz cech dotyczy również ciebie. Lista, którą przedstawiam poniżej, z całą pewnością nie jest kompletna. Najważniejsze dla mnie jest jednak to, byś już teraz zrozumiał, że nie jesteś w swoich problemach osamotniony.

Spójrz więc uważnie na następujące postawy oraz zachowania.

 

Czy masz podobne myśli i uczucia?

 

Pierwsza grupa dotyczy tego, jak odnosimy się do siebie.

 

Twoja tożsamość zakorzeniona jest w samoponiżeniu. W moim rozumieniu oznacza to, że cierpisz z powodu niskiej samooceny lub negatywnego spojrzenia na siebie. Opinię o sobie opierasz na "fakcie", że jesteś złym człowiekiem, obarczonym wadami, niezasługującym na miłość, niedopasowanym do innych i pozbawionym wartości. Nikt nie musi cię krytykować, sam wystawiasz o sobie następującą opinię: jestem wadliwy.

Jesteś mocno skoncentrowany na własnych wysiłkach1. Pewien człowiek powiedział ostatnio w moim biurze: "Aby coś w życiu mieć, trzeba na to zasłużyć". Tyle że żaden człowiek nie jest w stanie zasłużyć na Bożą akceptację! Boże życie, poczucie wartości oraz Jego akceptację można przyjąć tylko w jeden sposób: jako dar łaski, kompletnie za darmo. Aby dostać to, co w życiu naprawdę wartościowe, musimy pozwolić, aby On wykonał swoją pracę.

Nie znasz siebie zbyt dobrze. Jeśli wzrastałeś w relacjach, w których byłeś poniżany z powodu swoich potrzeb, uczuć, opinii czy trudności, prawdopodobnie zacząłeś je wypierać i dziś nie jesteś już ich świadomy. Możesz nie znać swoich potrzeb. A kiedy uświadamiasz sobie, że one istnieją, czujesz się źle, bo masz wrażenie, że posiadanie potrzeb jest samolubne i niegodne.

W wielu sytuacjach nie zdajesz sobie sprawy ze swoich emocji. Ponieważ w twoim otoczeniu wyrażanie emocji było źle widziane, nauczyłeś się je ukrywać lub ignorować. Emocje przynosiły zbyt wiele bólu, więc stałeś się mistrzem w ich tłumieniu. A przecież emocje istnieją. Nie znikają, kiedy ich nie wyrażamy. Emocje są bardzo ważną częścią ciebie oraz twojego życia. Jeśli nie jesteś ich świadomy, nie będziesz potrafił na nie reagować w mądry sposób. W takiej sytuacji, chociaż nie zdajesz sobie z tego sprawy, emocje zaczynają panować nad tobą. Robisz wszystko, by zachować wewnętrzny spokój i unikać stresujących sytuacji, a mimo to zawsze lądujesz w samym środku konfliktów oraz zmagań.

Masz bałwochwalcze tendencje. Wiele osób, które nie doświadczyły błogosławieństwa ze strony rodziców (chroniącego przed przekleństwem samoponiżenia), szuka brakującej miłości w wyjątkowo niewłaściwych miejscach... Próbują zaspokoić zdrową potrzebę w niezdrowy sposób2. Na tym polega bałwochwalstwo. Bałwochwalstwo jest szukaniem sensu życia, wartości oraz akceptacji poza Bogiem. To, jak postrzegasz siebie, jaki masz nastrój i czy czujesz się wartościowy, zależy od zewnętrznych okoliczności - od tego, co ludzie myślą o tobie, jak jesteś ubrany, ile masz pieniędzy, z kim jesteś związany, od twojego postępowania (w kościele i poza nim), od zachowania twoich dzieci i od całej masy innych rzeczy. Od wszystkiego z wyjątkiem Boga. Tak, pogańskie rytuały i tworzenie obrazów Boga są bałwochwalstwem, ale jest nim również pozwalanie, by twoje zachowanie było kontrolowane przez myśli innych ludzi - twoich bliźnich.

Ciągle się martwisz. Wszystko się zmienia. Ludzie się zmieniają. Okoliczności się zmieniają. Również to, na czym opierasz swoje samopoczucie: ludzkie opinie, zdolność do uszczęśliwiania innych, wysokość stóp procentowych, osiągnięcia w pracy, służenie w kościele. Dlatego często się martwisz. Przypomina to budowanie domu na piasku - właśnie wbijasz w ścianę ostatni gwóźdź, kiedy pierwsza kropla nadchodzącego deszczu spada ci na głowę. Wiesz, czym to grozi... Nic dziwnego, że się martwisz!

Jesteś zraniony. Nie rozwiążemy problemów, jeśli musimy je ukrywać. Nie wyciągniemy właściwych wniosków z trudności, do których nie możemy się przyznać. Nie znajdziemy pomocy, jeśli o kryzysie nie można porozmawiać. Niemówienie o zranieniach - to jedno, bycie od nich wolnym - to coś zupełnie innego. Jeśli z powodu wstydu i samoponiżenia z nikim nie rozmawiasz o bolesnych doświadczeniach, to znaczy, że cały czas jesteś pod ich wpływem.

Jesteś zmęczony. Aby przetrwać w systemie bazującym na poniżeniu, trzeba opanować pewne umiejętności. Trzeba stać się ekspertem w pełnieniu ról, które pomagają w przetrwaniu. A walka o przetrwanie pochłania mnóstwo sił. W dodatku to, czego nauczyłeś się w przeszłości, może nie być skuteczne w teraźniejszości. Być może stałeś się perfekcjonistą, nauczyłeś się bez przerwy pracować na pełnych obrotach. Teraz, kiedy przyszedł czas na wakacje, nie wiesz, jak się odnaleźć. Twoja nadaktywność uderza w ciebie oraz twoich bliskich. A może twoją taktyką przetrwania było udawanie, że na niczym ci nie zależy, lecz doprowadziło cię to do beznadziei i apatii, z których nie jesteś już w stanie się wydostać. Zupełnie straciłeś motywację do działania.

 

Druga grupa zachowań i postaw dotyczy tego, jak odnosimy się do innych.

 

Nie jesteś świadomy osobistych granic. Osobiste granice to niewidoczne bariery, które mówią nam, dokąd możemy się posunąć i skąd musimy się wycofać. Ich stawianie pokazuje innym, że mamy prawo do własnych opinii, uczuć, prywatności oraz przestrzeni osobistej. Mamy prawo oczekiwać, że inni ludzie uszanują te granice.

Na przykład masz prawo nie słuchać i nie stosować się do rad innych ludzi, nawet jeśli oni oczekują, że tak zrobisz. Zawsze masz też prawo prosić o radę, jeśli tego potrzebujesz. Moja trzynastoletnia córka ma prawo wyprosić mnie z łazienki, kiedy z niej korzysta, nawet jeśli w przeszłości zmieniałem jej pieluchy. Właśnie w ten sposób ustanawia swoje granice. I ma prawo oczekiwać, że ja te granice uszanuję. Ludzie, którzy byli poniżani i zawstydzani, nie wiedzą, że mają takie prawo. Systemy bazujące na poniżeniu (związki, w których otrzymali mnóstwo krytycznych komunikatów) wyryły w nich przekonanie, że posiadanie osobistych granic jest złe i egocentryczne. Granice te mogły również zostać zatarte przez agresywnych ludzi, którzy regularnie przekraczali je bez twojego pozwolenia. Być może nie miałeś prawa się im sprzeciwiać, a oni "mogli" kontrolować twoje życie, ponieważ byli rodzicami, współmałżonkiem, liderem, mężczyzną lub inną osobą, która miała takie "prawo".

Pomagałem kobietom, które padły ofiarą gwałtu. Żadna z nich nie powiedziała: "Jestem ważna i wartościowa. Nie zasłużyłam na to, by tak mnie potraktowano". Najczęściej stwierdzały: "Powinnam wiedzieć, że takich miejsc unika się o tej porze. Poza tym nie powinnam ubierać się w ten sposób". Te kobiety nie dały sobie prawa do określenia osobistych granic. Myślały, że dana lokalizacja lub ubiór daje innym prawo do pogwałcenia ich ciała oraz przestrzeni osobistej.

Masz bardzo czuły "radar". Kiedy dorastamy w domu, w którym liczy się przede wszystkim to, co ludzie widzą, stajemy się bardzo wyczuleni na wszystko, co widzimy. Nawet na to, czego inni nie zauważają. Jest bardzo prawdopodobne, że wchodząc do pomieszczenia, potrafisz w oka mgnieniu zorientować się, która z będących tam osób jest najważniejsza i czego od ciebie oczekuje. Stałeś się ekspertem w dostrzeganiu takich rzeczy. Ponieważ przez całe życie dążyłeś do zadowalania innych (z wyjątkiem siebie), do mistrzostwa opanowałeś czytanie mowy ciała, niewerbalnych znaków oraz ukrytych reguł. Cały czas jesteś gotowy, by dostosować się do zachowania innych. W ten sposób starasz się ich uszczęśliwić lub zdobyć ich aprobatę.

Brakuje ci poczucia przynależności. Nawet kiedy przebywasz w zatłoczonym pomieszczeniu, czujesz się całkiem samotny. Masz wrażenie, że nikogo nie obchodzisz i nikt nie zauważa twojej obecności. W sumie wolałbyś sobie stamtąd pójść. Tak byłoby łatwiej.

Nie potrafisz określić, co jest normalne. W świecie kontrolowanym przez niepisane, ukryte reguły, pozory ważniejsze są od prawdy - to, jak rzeczy wyglądają w oczach innych. Zachowujesz się więc, jakby wszystko było w porządku, nawet jeśli w porządku nie jest. Żyjesz w stworzonym przez siebie świecie, w którym jest mnóstwo gdybania... Jak wyglądałby nasz dom, gdyby... Jak wyglądałby związek rodziców, gdyby... Co mógłbym osiągnąć, gdyby... Ponieważ najważniejsze są pozory i jesteś skupiony na ich utrzymaniu, tracisz umiejętność oceny tego, jak sprawy mają się naprawdę. Określenie rzeczywistej sytuacji jest dla ciebie trudne i popełniasz przy tym masę błędów. W wielu domach i kościołach popełnianie błędów jest zakazane, dlatego ci, którzy próbują uporać się z rzeczywistym stanem rzeczy, są poniżani. Owy rzeczywisty stan rzeczy jest przemilczany. Prawdy nie wolno ujawniać. Jeśli tak było w twoim domu, to prawdopodobnie zdziwiłeś się, odkrywszy, że nie wszystkie rodziny tak funkcjonują. Może przeżyłeś szok, widząc, że niektóre z rodzin są naprawdę szczęśliwe!

Trudno ci zaufać innym. Zaufanie to pewność, że nie zostaniesz przez daną osobę zraniony. Ale przecież przeżyłeś tak wiele zranień - osoby, które powinny cię chronić najmocniej, chroniły cię najsłabiej. Ci, na których powinieneś polegać, zawiedli cię najbardziej. Ludzie, przy których powinieneś być bezpieczny, okazali się zagrożeniem. Trudno ci więc uwierzyć, że nie zostaniesz zraniony. Co gorsza, nauczyłeś się wierzyć, że z pewnością tak właśnie będzie.

Boisz się porzucenia. W wielu domach i kościołach ludzie utrzymują między sobą duży dystans emocjonalny i duchowy. Czasami nawet fizyczny. Być może dlatego nie znajdowałeś w swojej rodzinie oparcia. Nie było między wami bliskości. Relacje pełne były ukrytych zobowiązań i na nikim nie mogłeś do końca polegać. Dlatego teraz, kiedy ktoś z twoich bliskich realizuje swoje zainteresowania i podąża za pragnieniami, odbierasz to jako zagrożenie. Myślisz, że robią to, bo chcą odejść. Paraliżuje cię ukryty lęk przed odrzuceniem. Kiedy ktoś zwiąże się z tobą, chwytasz się tej osoby tak, jakby od niej zależało całe twoje życie.

 

Czy też tak robisz?

 

Jeśli jesteś lub byłeś kiedyś zaangażowany w związek, który wywołuje w tobie potępienie lub poniżenie, mógł w tobie powstać swoisty filtr samoponiżenia. Poprzez ten filtr oceniasz całe życie. Każde słowo wypowiedziane pod twoim adresem, każde zdarzenie i okoliczność, wszystkie zachowania innych względem ciebie traktujesz jako akt oskarżenia - wyrok mówiący, że nie jesteś wystarczająco dobry. Nadajesz słowom i zdarzeniom większe znaczenie, niż mają w rzeczywistości. Innymi słowy: z góry zakładasz, że ludzie źle o tobie myślą.

Weźmy na przykład sytuację, w której ktoś wyraża swoją opinię, a ja się z nią nie zgadzam. Znaczenie tej sytuacji jest następujące: "On ma opinię; ja mam opinię; nasze opinie są różne". Tyle i tylko tyle. Kiedy jednak przefiltrujemy ją przez wstyd i samopotępienie, możemy ją zinterpretować w taki sposób: "Piotr uważa, że coś jest ze mną nie tak, bo mamy różne opinie". Pozwól, że to rozwinę. Słowa: "Nie zgadzam się z tobą" po przefiltrowaniu oznaczają: "Jesteś głupi, skoro tak myślisz". Zrobienie błędu znaczy: "Jestem do niczego". Rozlanie mleka oznacza: "Ale ze mnie niezdara". Seria pozytywnych zdarzeń w życiu znajomego (awans w pracy, kupno nowego samochodu, zaręczyny) znaczy: "Bóg kocha go mocniej niż mnie". Złe zachowanie dziecka znaczy: "Zawiodłem jako rodzic". Niespełnienie jakiejś "chrześcijańskiej normy" oznacza: "Co ze mnie za wierzący?". Smutek żony/męża znaczy: "Nie nadaję się na męża/żonę". Zdenerwowanie rodziców znaczy: "Jestem kiepskim synem/córką".

 

Filtr samopotępienia rodzi następujące reakcje:

 

Często źle mówisz o sobie. Jeśli nie osiągniesz oczekiwanych rezultatów, gdy nie spełnisz wymagań, stajesz się swoim własnym oskarżycielem. Wychodzisz z siebie, odwracasz się, wskazujesz na siebie palcem i zaczynasz przemowę: "Co jest ze mną nie tak? Jak mogłem być tak głupi?". Albo: "Jak mogłem pomyśleć, że taka ładna i miła osoba zwiąże się z kimś takim jak ja?". Wmawiasz sobie: "Moje uczucia się nie liczą" albo: "Nikogo nie obchodzę", albo: "Jestem beznadziejny". Każdemu zdarzają się pomyłki oraz kiepskie decyzje, nikt nie jest doskonały, ale zwróć uwagę, że to, co mówisz do siebie, nie jest tylko oceną postępowania, lecz osądem twojej wartości jako człowieka.

Nie dajesz sobie pozwolenia na błędy (lub się do nich nie przyznajesz). Kiedy jesteśmy przekonani, że o naszej wartości decyduje jakość tego, co robimy, wtedy każdy błąd skutkuje wstydem i uczuciem poniżenia. Błędy obnażają naszą niedoskonałość. Dlatego każdy przypadek niedoskonałości w postępowaniu (czymkolwiek jest dla ciebie doskonałość) jest przez ciebie ukrywany, marginalizowany, wypierany, usprawiedliwiany, tłumaczony lub przerzucany na kogoś innego.

Bierzesz na siebie zbyt dużą odpowiedzialność. Kiedy pojawia się problem, winę za jego powstanie bierzesz na siebie (choć nie jesteś pewien, w jaki sposób przyczyniłeś się do jego powstania). Kiedy przychodzi kryzys, czujesz, że to ty powinieneś go rozwiązać (chociaż z doświadczenia wiesz, że prawdopodobnie poniesiesz porażkę). Twoim zadaniem jest uszczęśliwianie wszystkich, aby nikt nie był rozczarowany, żeby potrzeby wszystkich były zaspokojone, a cały świat żył w pokoju.

Swoje potrzeby składasz na ołtarzu. Filtr samoponiżenia wmawia ci, że posiadanie potrzeb jest oznaką egoizmu. Potrzeba wskazuje na brak, a brak rozumiesz jako niedoskonałość - nie potrafisz zrobić wszystkiego sam. "Dawanie sobie rady bez czegoś" jest w twoich oczach wartością. Wyrażasz swoje potrzeby tylko wtedy, kiedy naprawdę cierpisz. W innych przypadkach zaciskasz zęby ("Ciesz się, że nie dorastałeś w czasie stanu wojennego!"). Poniższy wzór opisuje schemat twojego życia: SAMOPONIŻENIE + BRAK GRANIC + SKUPIENIE NA WYSIŁKACH = MĘCZENNIK. Innymi słowy, wewnątrz czujesz się martwy.

Nie masz zaufania do swojego "radaru". Nieco wcześniej wspomniałem o twoim niesamowitym radarze. Niestety, poniżenia i wstyd, których doświadczyłeś za to, że potrafisz dostrzegać ukrywane rzeczy, nauczyły cię braku zaufania do tego radaru. Innymi słowy, nauczyłeś się myśleć, że rozpoznanie istoty problemu jest właśnie problemem - twoim problemem! Dlatego informacje zebrane przez twój radar są filtrowane przez samoponiżenie i na końcu otrzymujesz komunikat: "Chyba przesadzam. Mam krytycznego ducha. To moja wina".

Dochodzimy teraz do sposobu, w jaki podchodzimy do swojego życia. W wyniku patrzenia na świat przez filtr samoponiżenia mogły się zrodzić w tobie następujące postawy i zachowania:

Niewłaściwie ustanawiasz granice. Twoje problemy wynikają z faktu dorastania w środowisku, które nieustannie wystawiało cię na wstyd i poniżenie - takim, które odbierało ci prawo do ustalania osobistych granic i nie dawało ci możliwości nauczenia się tego. W rezultacie stawiasz te granice nie tam, gdzie potrzeba. Pozwalasz się ranić przez ludzi ci najbliższych, a izolujesz się od tych, którzy niczym ci nie zagrażają.

Zachowujesz się jak ofiara. Ludzie, którzy wcześniej doświadczyli związków bazujących na poniżaniu, w późniejszych relacjach często przyjmują rolę ofiar. Wynika to z przekonania, że są "wadliwi". Kiedy doświadczają gwałtu, kazirodztwa, emocjonalnego, fizycznego lub duchowego wykorzystania, zastraszania w pracy albo zwykłego nadużycia nie mają w sobie siły, by powiedzieć: "Nie możecie mnie tak traktować!". Filtr samoponiżenia sprawia, że nie potrafią zdobyć się na jasną i klarowną odpowiedź: "NIE". Takiej odpowiedzi nie ma w ich słowniku!

Używasz "zaszyfrowanej" komunikacji. Kiedy dorastamy w środowisku, które naraża nas na poniżenie, kiedy tylko otwieramy usta, uczymy się szyfrowania naszych komunikatów. Nigdy nie mówisz wprost tego, co naprawdę myślisz. Dzięki temu unikasz konfrontacji ze strony innych ludzi. Nauczyłeś się, że posiadanie potrzeb jest niedobre, dostrzeganie prawdziwych problemów jest niedobre, łamanie niewypowiedzianych reguł jest niedobre, więc każde zdanie trzeba jakoś zaszyfrować. W przeciwnym razie narażasz się na uwagi typu: "Fatalnie, że tak myślisz/czujesz", które "udowadniają", że nigdy nie masz racji. Na przykład może wzrastałeś w rodzinie, w której panowały nienazwane zasady, typu: "Potrzeby są złe" lub "Proszenie o cokolwiek jest poniżające". Słuchałeś więc, jak ludzie "szyfrują" swoje wypowiedzi. Kiedy ktoś naprawdę czegoś potrzebował, mówił: "Nie kłopoczcie się, nie musicie robić tego dla mnie". Słowa te należało rozumieć: "Jeśli ci na mnie zależy, zrobisz to!". Ludzie, którzy nie dają sobie prawa do własnych opinii, często używają zwrotów typu: "O, nie uważasz, że lepiej będzie, gdy zrobimy w ten sposób?". Zdanie to naprawdę oznacza: "Uważam, że lepiej będzie, gdy zrobimy w ten sposób". Człowiek, który stwierdza: "Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie" może mieć tak naprawdę na myśli: "Proszenie o pomoc czyni ze mnie egoistę" lub "Nie zasługuję na troskę ze strony innych". Może to też znaczyć: "Skoro potrzebuję pomocy, to coś jest ze mną nie tak".

Doświadczasz wielu fizycznych dolegliwości z powodu stresu. To po prostu nieuchronny efekt prób życia w "perfekcyjny" sposób. Bycie idealnym wymaga ogromnego wysiłku. W dodatku historia poniżenia nauczyła cię, jak unikać problemów, a nie tego, jak stawać z nimi twarzą w twarz i je rozwiązywać. Unikanie problemów nie rozwiązuje ich, więc ich liczba ciągle rośnie, a z nimi również natężenie stresu.

Nie umiesz odpocząć bez poczucia winy. W twoim świecie relaks to strata cennego czasu. Można przecież zrobić coś "pożytecznego" - naprawić, wyprostować lub wyrzucić. Być może prawdziwą przyczyną, dla której nie umiesz się relaksować, jest to, że zostałeś okradziony z dzieciństwa. Wtedy, kiedy powinieneś uczyć się przede wszystkim przez zabawę, karano cię poniżeniem, jeśli nie byłeś poważny i skoncentrowany na "perfekcji". Wymagano, byś zachowywał się jak dorosły. Dziecięce zachowania były nieakceptowane, ponieważ dzieci są niedojrzałe, niedoskonałe i często zachowują się dziwnie ("Co ludzie sobie pomyślą?"). Wyrosłeś na sztywniaka i nawet nie wiesz dlaczego.

W czasie ostatniej rozmowy z moim umierającym ojcem zapytałem go, co chciałby w swoim życiu zmienić, gdyby miał taką możliwość. Odpowiedział, że są trzy takie rzeczy. Po pierwsze, zamiast zostać z kuzynem w oddziale piechoty, poszedłby do szkoły podoficerskiej. Po drugie, zrezygnowałby ze stanowiska w zarządzie szkoły (sądził, że związany z tym stres spowodował u niego wrzody żołądka, które później przerodziły się w raka). Po trzecie, powiedział: "Więcej bawiłbym się z dziećmi i pozwoliłbym im zachowywać się jak dzieci". Po tych słowach łzy pojawiły się w jego oczach. W moich również. Niektórzy dziadkowie spędzają wiele czasu z wnukami na zabawie, śmiejąc się, pokazując ptaki, kwiatki albo samoloty, żartując lub po prostu ciesząc oczy ich widokiem. Mój ojciec spędził większość czasu z wnukami, korygując je, poprawiając i poniżając. Jeśli nie zachowywały się odpowiednio "dorośle", po prostu ich unikał. Umarł i pozostawił moim dzieciom tylko dwa miłe wspomnienia wspólnej zabawy.

Twoje postępowanie wpada ze skrajności w skrajność. Czasami jesteś perfekcjonistą i zamartwiasz się tym, co ludzie myślą na twój temat. Za chwilę zachowujesz się jak nierób i nie troszczysz się o nic. Najpierw robisz za dużo, by potem kompletnie odpuścić. Częściowo jest to związane z zasobami energii. Kiedy twój bak jest pełen paliwa o nazwie "zrobię to sam", wtedy robisz aż za dużo. Kiedy paliwo się kończy, musisz odpocząć. Ale odpoczynek jest zły, więc nie odpoczywasz, tylko kompletnie odpuszczasz. W tej fazie o nic nie dbasz i niczym się nie zajmujesz.

Podobny brak balansu widać we wszystkich ważnych obszarach. Możesz być całkowicie pochłonięty relacją z kimś, by później popaść w totalną obojętność wobec tej osoby. Nigdy nie jesteś zrelaksowany, na luzie. Jeśli chodzi o jedzenie: albo się głodzisz, albo objadasz. Nie potrafisz zachować zdrowej, zbilansowanej diety. Jeśli chodzi o kościół: albo służysz ponad normę, albo nie robisz nic i unikasz liderów w niedzielę. Nie potrafisz zachować spokojnego rytmu w drodze z Bogiem. Emocjonalnie również popadasz w skrajności - albo jesteś w euforii, albo w totalnej depresji.

Czasami przeżywasz oba ekstrema jednocześnie. Jest to bardzo dziwne i pogmatwane dla wszystkich wokół - w tym również dla ciebie. Być może usłyszałeś kiedyś słowa: "Czasami mam wrażenie, że przyciągasz mnie do siebie jedną ręką i jednocześnie odpychasz drugą". Wysyłasz sprzeczne sygnały: "bądź ze mną/daj mi spokój". Najpierw prosisz o bliskość, a kiedy ta przychodzi, odrzucasz ją. Najpierw mówisz, że potrzebujesz pomocy, by za chwilę wszystkich posłać do diabła. Związki są dla ciebie dużym wyzwaniem. Przerażają cię. Masz odczucie, że to trudna gra z mnóstwem ukrytych trików.

Prezenty sprawiają ci dużą trudność. Po pierwsze, nie umiesz ich przyjmować. Jeśli zmagasz się z samoponiżeniem, można cię zranić na dwa sposoby. Pierwszy to powiedzieć wprost: "Jesteś wredny, idź precz". Drugi to dać ci prezent - za darmo i bez okazji. Każdy dar uruchamia filtr samoponiżenia i przypomina, że nie jesteś wart prezentów. Wzbudza też silne podejrzenie, że darczyńca oczekuje czegoś w zamian. "W tym musi być ukryty jakiś haczyk" - stwierdzasz. Albo myślisz: "Gdybyś mnie naprawdę znał, nie dałbyś mi tego". Powstaje w tobie ogromna potrzeba zrewanżowania się - im szybciej, tym lepiej. Inaczej prezent nie daje ci spokoju. Po drugie, nie umiesz dawać prezentów. Sprawdzasz co, komu i kiedy dałeś. Upewniasz się, że inni ludzie dostrzegli twój dar lub że otrzymałeś coś w zamian. Masz obawę, że jeśli będziesz wciąż dawał, dawał i dawał, to w końcu źródło zaopatrzenia wyczerpie się. Być może doświadczyłeś takich sytuacji: ciocia daje ci w prezencie plakietkę, która nie jest ci potrzebna, więc po jakimś czasie ją sprzedajesz. Dwa lata później ciocia przypomina sobie o niej i pyta: "Gdzie masz plakietkę, którą dałam ci na urodziny? Chyba ci się nie spodobała...". Mówi to ze smutkiem, wzdychając. Daje ci w ten sposób do zrozumienia, że to nie był prawdziwy dar. Był w nim ukryty haczyk i teraz ciocia szarpie za niego naprawdę mocno. Ale kto komu dał prezent: ciocia tobie czy ty cioci? Kiedy dajemy prezent, staje się on własnością drugiej osoby. Sprawdzanie, co stało się z prezentem po jego wręczeniu, jest zaprzeczeniem tego faktu. Podobnie sprawdzanie, czy otrzymaliśmy coś w zamian. Wielu ludzi woli zapłacić w restauracji za swój obiad - nie dlatego, że lubią płacić, ale dlatego, że łatwiej jest im to zrobić niż przyjąć obiad w prezencie. Gest zapłaty nie wynika więc z troski o drugą osobę, jest sposobem na uniknięcie zobowiązania wobec niej. (Pamiętaj: nie proponuj zapłaty za mnie, jeśli nie mówisz serio - nauczyłem się przyjmować prezenty bez poczucia winy!). To jest BARDZO poważny problem, ponieważ wpływa na naszą zdolność przyjęcia daru Bożej, bezwarunkowej miłości. Doktor Charles Solomon stwierdził, że najczęstszym problemem, z jakim styka się w swojej praktyce, jest nieumiejętność okazywania oraz przyjmowania miłości3.

Sabotujesz własny sukces. Twoim największym pragnieniem jest zdobycie akceptacji innych - pragniesz tego jak umierający na pustyni wody. Kiedy jednak zaczynasz ją otrzymywać, z niezwykłą siłą odzywa się w tobie poczucie poniżenia i wstydu. Czujesz się źle, ponieważ zaczynasz czuć się dobrze. Jestem przekonany, że niektórzy z moich klientów mogliby szybko wyzdrowieć. Nie dzieje się tak, ponieważ kiedy wracamy do zdrowia, musimy wziąć w ręce odpowiedzialność za swoje postępowanie. Dysfunkcja jest czasami łatwiejsza. Dlaczego? Ponieważ niepowodzenie, które możemy wytłumaczyć chorobą, jest mniej poniżające niż niepowodzenie, które ponosimy bez wytłumaczenia. Pamiętasz sytuację z dzieciństwa, kiedy na oczach kolegów spadłeś z roweru? Wszyscy zaczęli się śmiać, więc skłamałeś: "Zrobiłem to specjalnie". Czy nadal zdarza ci się skłamać, kiedy upadniesz? Kogo obecnie próbujesz okłamać?

Odwlekasz wszystko na ostatnią chwilę. Ukończone projekty mogą być poddane ostrej krytyce, a to niesie ryzyko poniżenia. Projekty, które ciągle są w fazie tworzenia, stają się świetną wymówką, dają nadzieję, że dzięki cudownemu zrządzeniu losu i rzutowi na taśmę zakończą się w idealny sposób.

W relacjach zachowujesz się pasywnie. Nawiązywanie i utrzymywanie związków jest dla ciebie tak trudne, że żyjesz w ciągłym lęku przed porzuceniem ze strony wszystkich, do których się zbliżysz.

Masz ogromną potrzebę kontroli. Mówiliśmy wcześniej o wysokim poziomie stresu i zmartwienia. To z kolei tworzy silną potrzebę sprawowania kontroli. Ponieważ twoje poczucie bezpieczeństwa i wartości oparte jest na zewnętrznych okolicznościach, jesteś bardzo skupiony na ludzkich zachowaniach oraz statusie tego, co posiadasz. Wszystko, co nie wygląda prawidłowo, każde nieprawidłowe zachowanie wymaga twojej reakcji - naprawienia, skorygowania, poprawienia, dopasowania, rozwiązania, uzdrowienia, przemodelowania lub ukarania. Twoje reakcje wykraczają poza normalny poziom odpowiedzialności dorosłego człowieka; abyś się rozluźnił, wszystko musi być "idealne". Tylko że nigdy takie nie jest.

Co jest z tobą nie tak? Nic. Jesteś całkowicie normalny. Zraniony, ale normalny. Biorąc pod uwagę historię twoich relacji, wszystko, z czym się zmagasz, też jest normalne. Aby lepiej zrozumieć, co wynika z twojej historii, przyjrzyjmy się w następnych rozdziałach, jak funkcjonują przykładowe relacje bazujące na poniżeniu i wstydzie. Odkryjemy, że wiele dręczących cię zachowań oraz postaw można zrozumieć, jeśli poznamy, w jaki sposób powstają.

 

Zdumiony

 

Czułem wokół głęboką ciemność, wypełniała mnie rozpacz,

Walczyłem ze słabościami i ciężarem na sercu,

Lecz wtedy usłyszałem szept. Dobiegło mnie Twoje imię.

Spojrzałem na krzyż, który usunął mój wstyd!

 

Jestem zdumiony, jak bardzo mnie kochasz!

I dziwi mnie to, jak się troszczysz!

Jestem zdumiony twoim współczuciem!

Nic się nie równa z miłosierdziem, które mi okazałeś!

Nie znałem wcześniej tej łaski!

Więc chcę po prostu powiedzieć "dziękuję!"

Bo jestem naprawdę zdumiony!

 

Miałem w sercu tyle pytań. Miałem tyle wątpliwości.

Czy to jest odpowiedź? Czy to już całe życie?

Wtedy spojrzałem na Jezusa, ucieleśnienie Bożej miłości,

Niezasłużony dar dla całej ludzkości, przebaczenie wprost z Nieba!

 

Czy naprawdę aż tak mnie kochasz?

Czy naprawdę cenisz tak bardzo?

I czy naprawdę nie muszę już walczyć,

Tylko pozwolić Ci dotknąć mnie i uzdrowić?!

 

Copyright 1989, słowa i muzyka Dan Adler.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Użyto za pozwoleniem.

 

Przypisy 

1 Użyte w tym miejscu angielskie słowo performance, bardzo ważne w kontekście całej książki, ma wiele odpowiedników w języku polskim, m.in.: "wysiłek, działanie, trudzenie się, występ, osiągnięcia, wyniki, postępowanie". W zależności od kontekstu przekład ten wykorzystuje różne synonimy (przyp. tłum.).

2 Gary Smalley and John Trent, The Blessing (Nashville: Thomas Nelson, 1986), 145.

3 Janet G. Woititz, Adult Children of Alckoholics (Health Communications, Inc., 1983), 26-27.

4 David Seamands, Healing Grace (Colorado Springs: Victor Booksm 1988), 39.

5 Lynn Heitritter & Jeanette Vought, Helping Victims of Sexual Abuse (Minneapolis: Bethany House, 1989), 61.

6 David Seamands, Healing Grace, 94.

7 David Seamands, Healing Grace, 99.

8 Gary Smalley and John Trent, The Blessing (Nashville: Thomas Nelson, Inc. 1986), 141.

9 Davis Seamands, Healing Grace (Victor Books, 1988), s. 106.

10 W oryginale jest tu użyte to samo słowo, co w rozdziale 5, czyli abuse. W rozdziale 5 charakter opisywanych zachowań bardziej pasował do polskiego słowa "przemoc". W tym rozdziale częściej używany jest jego synonim: "nadużycie", ale dla niektórych czytelników pomocna może być świadomość, że autor w obydwu przypadkach używa tego samego słowa (przyp. tłum.).

11 Heitritter and Vought, Helping Victims of Sexual Abuse (Bethany House, 1989), 70.

12 Autor używa zwrotu self-effort fuel, czyli dosłownie "paliwo własnego wysiłku". Wydaje się, że gra słowna "ego-paliwo" dobrze oddaje intencje autora (przyp. tłum.).

13 Angielski zwrot self-righteousness często jest tłumaczony w polskiej literaturze chrześcijańskiej dosłownie, czyli jako "samo sprawiedliwość" lub "własna sprawiedliwość". Ma to podkreślić wagę Bożego "usprawiedliwienia", które można otrzymać jedynie przez łaskę i wiarę, a nie przez spełnianie religijnych obowiązków. Tymczasem słownikowa definicja słowa self-righteousness mówi o przekonaniu o własnej nieomylności oraz samowystarczalności (Collins Cobuild English Language Dictionary, William Collins Sons & Co, 1987), dlatego zdecydowałem się na tłumaczenie bliższe definicji słownikowej, która skupia się na wyniosłej postawie człowieka, a nie na teologicznej przyczynie tej postawy (przyp. tłum.).

14 David Needham, Birthright (Multnomah, 1979), s. 20.

15 W oryginale cel ten jest określony słowami: simply to be alive as we truly are, co podkreśla, że najważniejsze jest po prostu bycie żywym, ponieważ naprawdę jesteśmy ożywieni. To proste angielskie zdanie trudno jednak dosłownie przełożyć na nasz język (przyp. tłum.).

16 David Seamands, Healing of memories (Wheaton: Victor Books, 1985), s. 95.

17 Needham, Birthright, s. 47.

18 W przekładzie Biblii Tysiąclecia werset ten brzmi: "A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej" (przyp. tłum., wyróżnienie własne).

19 John Murray, The Epistle to Romans (Grand Rapids, Eerdamns, 1968), s. 219.

20 W.H. Griffin-Thomas, St. Paul's Epistle to the Romans (Grand Rapids, Eerdmans, 1946), s. 168.

21 David Seamands, Healing for Damaged Emotions (Wheaton: Victor Books, 1981), s. 73.

22 Heitritter i Vought, Helping Victims of Sexual Abuse (Minneapolis: Bethany House, 1981), s. 203.

23 David Seamands, Healing Grace (Wheaton: Victor Books, 1988), s. 178.

24 Larry Crabb, Understanding People (Grand Rapids: Zondervan, 1987), s. 184-185.

25 W angielskim przekładzie Biblii użyte jest tu sformułowanie "chodzić w Duchu" (przyp. tłum.), które jest bliższe oryginałowi.