Rozdział 2 Co jest ze mną nie tak?
- Mam ostatnio wrażenie, że Bóg jest daleko ode mnie. Tak właściwie, to nie wiem, czy nadal mogę nazwać siebie wierzącym. Jestem kiepskim chrześcijaninem. Naprawdę. Od dawna nie czytam Biblii. Jak tylko ją otwieram, dopada mnie poczucie winy i nie daję rady jej czytać. A kiedyś czytałem codziennie. Co jest ze mną nie tak?
- Nie rozumiem tego. Tyram jak wół, żeby zmienić swoją sytuację w firmie i kiedy jest na to realna szansa, robię coś głupiego i wszystko psuję. Ten schemat powtarza się od dawna. Co jest ze mną nie tak?
- Tak bardzo bym chciała znaleźć mężczyznę na stałe. Ale kiedy poznaję kogoś i zaczynamy zbliżać się do siebie, coś mnie paraliżuje i po prostu uciekam. Czy już zawsze będę sama? Co jest ze mną nie tak?
Każda z poranionych osób, których słowa przytoczyłem powyżej, brzmi nieco inaczej, ale tak naprawdę powtarzają one refren tej samej pieśni: smutnej pieśni samoponiżenia. Dzięki latom praktyki terapeutycznej zauważyłem, że ludzi, którzy szukają pomocy, łączą podobne postawy oraz zachowania. W dodatku większość jest przekonana, że tylko oni mają takie problemy. Pozwól więc, że zacznę od opisania swoich własnych zmagań. Być może stwierdzisz, że wiele moich doświadczeń, zachowań oraz cech dotyczy również ciebie. Lista, którą przedstawiam poniżej, z całą pewnością nie jest kompletna. Najważniejsze dla mnie jest jednak to, byś już teraz zrozumiał, że nie jesteś w swoich problemach osamotniony.
Spójrz więc uważnie na następujące postawy oraz zachowania.
Czy masz podobne myśli i uczucia?
Pierwsza grupa dotyczy tego, jak odnosimy się do siebie.
Twoja tożsamość zakorzeniona jest w samoponiżeniu. W moim rozumieniu oznacza to, że cierpisz z powodu niskiej samooceny lub negatywnego spojrzenia na siebie. Opinię o sobie opierasz na "fakcie", że jesteś złym człowiekiem, obarczonym wadami, niezasługującym na miłość, niedopasowanym do innych i pozbawionym wartości. Nikt nie musi cię krytykować, sam wystawiasz o sobie następującą opinię: jestem wadliwy.
Jesteś mocno skoncentrowany na własnych wysiłkach1. Pewien człowiek powiedział ostatnio w moim biurze: "Aby coś w życiu mieć, trzeba na to zasłużyć". Tyle że żaden człowiek nie jest w stanie zasłużyć na Bożą akceptację! Boże życie, poczucie wartości oraz Jego akceptację można przyjąć tylko w jeden sposób: jako dar łaski, kompletnie za darmo. Aby dostać to, co w życiu naprawdę wartościowe, musimy pozwolić, aby On wykonał swoją pracę.
Nie znasz siebie zbyt dobrze. Jeśli wzrastałeś w relacjach, w których byłeś poniżany z powodu swoich potrzeb, uczuć, opinii czy trudności, prawdopodobnie zacząłeś je wypierać i dziś nie jesteś już ich świadomy. Możesz nie znać swoich potrzeb. A kiedy uświadamiasz sobie, że one istnieją, czujesz się źle, bo masz wrażenie, że posiadanie potrzeb jest samolubne i niegodne.
W wielu sytuacjach nie zdajesz sobie sprawy ze swoich emocji. Ponieważ w twoim otoczeniu wyrażanie emocji było źle widziane, nauczyłeś się je ukrywać lub ignorować. Emocje przynosiły zbyt wiele bólu, więc stałeś się mistrzem w ich tłumieniu. A przecież emocje istnieją. Nie znikają, kiedy ich nie wyrażamy. Emocje są bardzo ważną częścią ciebie oraz twojego życia. Jeśli nie jesteś ich świadomy, nie będziesz potrafił na nie reagować w mądry sposób. W takiej sytuacji, chociaż nie zdajesz sobie z tego sprawy, emocje zaczynają panować nad tobą. Robisz wszystko, by zachować wewnętrzny spokój i unikać stresujących sytuacji, a mimo to zawsze lądujesz w samym środku konfliktów oraz zmagań.
Masz bałwochwalcze tendencje. Wiele osób, które nie doświadczyły błogosławieństwa ze strony rodziców (chroniącego przed przekleństwem samoponiżenia), szuka brakującej miłości w wyjątkowo niewłaściwych miejscach... Próbują zaspokoić zdrową potrzebę w niezdrowy sposób2. Na tym polega bałwochwalstwo. Bałwochwalstwo jest szukaniem sensu życia, wartości oraz akceptacji poza Bogiem. To, jak postrzegasz siebie, jaki masz nastrój i czy czujesz się wartościowy, zależy od zewnętrznych okoliczności - od tego, co ludzie myślą o tobie, jak jesteś ubrany, ile masz pieniędzy, z kim jesteś związany, od twojego postępowania (w kościele i poza nim), od zachowania twoich dzieci i od całej masy innych rzeczy. Od wszystkiego z wyjątkiem Boga. Tak, pogańskie rytuały i tworzenie obrazów Boga są bałwochwalstwem, ale jest nim również pozwalanie, by twoje zachowanie było kontrolowane przez myśli innych ludzi - twoich bliźnich.
Ciągle się martwisz. Wszystko się zmienia. Ludzie się zmieniają. Okoliczności się zmieniają. Również to, na czym opierasz swoje samopoczucie: ludzkie opinie, zdolność do uszczęśliwiania innych, wysokość stóp procentowych, osiągnięcia w pracy, służenie w kościele. Dlatego często się martwisz. Przypomina to budowanie domu na piasku - właśnie wbijasz w ścianę ostatni gwóźdź, kiedy pierwsza kropla nadchodzącego deszczu spada ci na głowę. Wiesz, czym to grozi... Nic dziwnego, że się martwisz!
Jesteś zraniony. Nie rozwiążemy problemów, jeśli musimy je ukrywać. Nie wyciągniemy właściwych wniosków z trudności, do których nie możemy się przyznać. Nie znajdziemy pomocy, jeśli o kryzysie nie można porozmawiać. Niemówienie o zranieniach - to jedno, bycie od nich wolnym - to coś zupełnie innego. Jeśli z powodu wstydu i samoponiżenia z nikim nie rozmawiasz o bolesnych doświadczeniach, to znaczy, że cały czas jesteś pod ich wpływem.
Jesteś zmęczony. Aby przetrwać w systemie bazującym na poniżeniu, trzeba opanować pewne umiejętności. Trzeba stać się ekspertem w pełnieniu ról, które pomagają w przetrwaniu. A walka o przetrwanie pochłania mnóstwo sił. W dodatku to, czego nauczyłeś się w przeszłości, może nie być skuteczne w teraźniejszości. Być może stałeś się perfekcjonistą, nauczyłeś się bez przerwy pracować na pełnych obrotach. Teraz, kiedy przyszedł czas na wakacje, nie wiesz, jak się odnaleźć. Twoja nadaktywność uderza w ciebie oraz twoich bliskich. A może twoją taktyką przetrwania było udawanie, że na niczym ci nie zależy, lecz doprowadziło cię to do beznadziei i apatii, z których nie jesteś już w stanie się wydostać. Zupełnie straciłeś motywację do działania.
Druga grupa zachowań i postaw dotyczy tego, jak odnosimy się do innych.
Nie jesteś świadomy osobistych granic. Osobiste granice to niewidoczne bariery, które mówią nam, dokąd możemy się posunąć i skąd musimy się wycofać. Ich stawianie pokazuje innym, że mamy prawo do własnych opinii, uczuć, prywatności oraz przestrzeni osobistej. Mamy prawo oczekiwać, że inni ludzie uszanują te granice.
Na przykład masz prawo nie słuchać i nie stosować się do rad innych ludzi, nawet jeśli oni oczekują, że tak zrobisz. Zawsze masz też prawo prosić o radę, jeśli tego potrzebujesz. Moja trzynastoletnia córka ma prawo wyprosić mnie z łazienki, kiedy z niej korzysta, nawet jeśli w przeszłości zmieniałem jej pieluchy. Właśnie w ten sposób ustanawia swoje granice. I ma prawo oczekiwać, że ja te granice uszanuję. Ludzie, którzy byli poniżani i zawstydzani, nie wiedzą, że mają takie prawo. Systemy bazujące na poniżeniu (związki, w których otrzymali mnóstwo krytycznych komunikatów) wyryły w nich przekonanie, że posiadanie osobistych granic jest złe i egocentryczne. Granice te mogły również zostać zatarte przez agresywnych ludzi, którzy regularnie przekraczali je bez twojego pozwolenia. Być może nie miałeś prawa się im sprzeciwiać, a oni "mogli" kontrolować twoje życie, ponieważ byli rodzicami, współmałżonkiem, liderem, mężczyzną lub inną osobą, która miała takie "prawo".
Pomagałem kobietom, które padły ofiarą gwałtu. Żadna z nich nie powiedziała: "Jestem ważna i wartościowa. Nie zasłużyłam na to, by tak mnie potraktowano". Najczęściej stwierdzały: "Powinnam wiedzieć, że takich miejsc unika się o tej porze. Poza tym nie powinnam ubierać się w ten sposób". Te kobiety nie dały sobie prawa do określenia osobistych granic. Myślały, że dana lokalizacja lub ubiór daje innym prawo do pogwałcenia ich ciała oraz przestrzeni osobistej.
Masz bardzo czuły "radar". Kiedy dorastamy w domu, w którym liczy się przede wszystkim to, co ludzie widzą, stajemy się bardzo wyczuleni na wszystko, co widzimy. Nawet na to, czego inni nie zauważają. Jest bardzo prawdopodobne, że wchodząc do pomieszczenia, potrafisz w oka mgnieniu zorientować się, która z będących tam osób jest najważniejsza i czego od ciebie oczekuje. Stałeś się ekspertem w dostrzeganiu takich rzeczy. Ponieważ przez całe życie dążyłeś do zadowalania innych (z wyjątkiem siebie), do mistrzostwa opanowałeś czytanie mowy ciała, niewerbalnych znaków oraz ukrytych reguł. Cały czas jesteś gotowy, by dostosować się do zachowania innych. W ten sposób starasz się ich uszczęśliwić lub zdobyć ich aprobatę.
Brakuje ci poczucia przynależności. Nawet kiedy przebywasz w zatłoczonym pomieszczeniu, czujesz się całkiem samotny. Masz wrażenie, że nikogo nie obchodzisz i nikt nie zauważa twojej obecności. W sumie wolałbyś sobie stamtąd pójść. Tak byłoby łatwiej.
Nie potrafisz określić, co jest normalne. W świecie kontrolowanym przez niepisane, ukryte reguły, pozory ważniejsze są od prawdy - to, jak rzeczy wyglądają w oczach innych. Zachowujesz się więc, jakby wszystko było w porządku, nawet jeśli w porządku nie jest. Żyjesz w stworzonym przez siebie świecie, w którym jest mnóstwo gdybania... Jak wyglądałby nasz dom, gdyby... Jak wyglądałby związek rodziców, gdyby... Co mógłbym osiągnąć, gdyby... Ponieważ najważniejsze są pozory i jesteś skupiony na ich utrzymaniu, tracisz umiejętność oceny tego, jak sprawy mają się naprawdę. Określenie rzeczywistej sytuacji jest dla ciebie trudne i popełniasz przy tym masę błędów. W wielu domach i kościołach popełnianie błędów jest zakazane, dlatego ci, którzy próbują uporać się z rzeczywistym stanem rzeczy, są poniżani. Owy rzeczywisty stan rzeczy jest przemilczany. Prawdy nie wolno ujawniać. Jeśli tak było w twoim domu, to prawdopodobnie zdziwiłeś się, odkrywszy, że nie wszystkie rodziny tak funkcjonują. Może przeżyłeś szok, widząc, że niektóre z rodzin są naprawdę szczęśliwe!
Trudno ci zaufać innym. Zaufanie to pewność, że nie zostaniesz przez daną osobę zraniony. Ale przecież przeżyłeś tak wiele zranień - osoby, które powinny cię chronić najmocniej, chroniły cię najsłabiej. Ci, na których powinieneś polegać, zawiedli cię najbardziej. Ludzie, przy których powinieneś być bezpieczny, okazali się zagrożeniem. Trudno ci więc uwierzyć, że nie zostaniesz zraniony. Co gorsza, nauczyłeś się wierzyć, że z pewnością tak właśnie będzie.
Boisz się porzucenia. W wielu domach i kościołach ludzie utrzymują między sobą duży dystans emocjonalny i duchowy. Czasami nawet fizyczny. Być może dlatego nie znajdowałeś w swojej rodzinie oparcia. Nie było między wami bliskości. Relacje pełne były ukrytych zobowiązań i na nikim nie mogłeś do końca polegać. Dlatego teraz, kiedy ktoś z twoich bliskich realizuje swoje zainteresowania i podąża za pragnieniami, odbierasz to jako zagrożenie. Myślisz, że robią to, bo chcą odejść. Paraliżuje cię ukryty lęk przed odrzuceniem. Kiedy ktoś zwiąże się z tobą, chwytasz się tej osoby tak, jakby od niej zależało całe twoje życie.
Czy też tak robisz?
Jeśli jesteś lub byłeś kiedyś zaangażowany w związek, który wywołuje w tobie potępienie lub poniżenie, mógł w tobie powstać swoisty filtr samoponiżenia. Poprzez ten filtr oceniasz całe życie. Każde słowo wypowiedziane pod twoim adresem, każde zdarzenie i okoliczność, wszystkie zachowania innych względem ciebie traktujesz jako akt oskarżenia - wyrok mówiący, że nie jesteś wystarczająco dobry. Nadajesz słowom i zdarzeniom większe znaczenie, niż mają w rzeczywistości. Innymi słowy: z góry zakładasz, że ludzie źle o tobie myślą.
Weźmy na przykład sytuację, w której ktoś wyraża swoją opinię, a ja się z nią nie zgadzam. Znaczenie tej sytuacji jest następujące: "On ma opinię; ja mam opinię; nasze opinie są różne". Tyle i tylko tyle. Kiedy jednak przefiltrujemy ją przez wstyd i samopotępienie, możemy ją zinterpretować w taki sposób: "Piotr uważa, że coś jest ze mną nie tak, bo mamy różne opinie". Pozwól, że to rozwinę. Słowa: "Nie zgadzam się z tobą" po przefiltrowaniu oznaczają: "Jesteś głupi, skoro tak myślisz". Zrobienie błędu znaczy: "Jestem do niczego". Rozlanie mleka oznacza: "Ale ze mnie niezdara". Seria pozytywnych zdarzeń w życiu znajomego (awans w pracy, kupno nowego samochodu, zaręczyny) znaczy: "Bóg kocha go mocniej niż mnie". Złe zachowanie dziecka znaczy: "Zawiodłem jako rodzic". Niespełnienie jakiejś "chrześcijańskiej normy" oznacza: "Co ze mnie za wierzący?". Smutek żony/męża znaczy: "Nie nadaję się na męża/żonę". Zdenerwowanie rodziców znaczy: "Jestem kiepskim synem/córką".
Filtr samopotępienia rodzi następujące reakcje:
Często źle mówisz o sobie. Jeśli nie osiągniesz oczekiwanych rezultatów, gdy nie spełnisz wymagań, stajesz się swoim własnym oskarżycielem. Wychodzisz z siebie, odwracasz się, wskazujesz na siebie palcem i zaczynasz przemowę: "Co jest ze mną nie tak? Jak mogłem być tak głupi?". Albo: "Jak mogłem pomyśleć, że taka ładna i miła osoba zwiąże się z kimś takim jak ja?". Wmawiasz sobie: "Moje uczucia się nie liczą" albo: "Nikogo nie obchodzę", albo: "Jestem beznadziejny". Każdemu zdarzają się pomyłki oraz kiepskie decyzje, nikt nie jest doskonały, ale zwróć uwagę, że to, co mówisz do siebie, nie jest tylko oceną postępowania, lecz osądem twojej wartości jako człowieka.
Nie dajesz sobie pozwolenia na błędy (lub się do nich nie przyznajesz). Kiedy jesteśmy przekonani, że o naszej wartości decyduje jakość tego, co robimy, wtedy każdy błąd skutkuje wstydem i uczuciem poniżenia. Błędy obnażają naszą niedoskonałość. Dlatego każdy przypadek niedoskonałości w postępowaniu (czymkolwiek jest dla ciebie doskonałość) jest przez ciebie ukrywany, marginalizowany, wypierany, usprawiedliwiany, tłumaczony lub przerzucany na kogoś innego.
Bierzesz na siebie zbyt dużą odpowiedzialność. Kiedy pojawia się problem, winę za jego powstanie bierzesz na siebie (choć nie jesteś pewien, w jaki sposób przyczyniłeś się do jego powstania). Kiedy przychodzi kryzys, czujesz, że to ty powinieneś go rozwiązać (chociaż z doświadczenia wiesz, że prawdopodobnie poniesiesz porażkę). Twoim zadaniem jest uszczęśliwianie wszystkich, aby nikt nie był rozczarowany, żeby potrzeby wszystkich były zaspokojone, a cały świat żył w pokoju.
Swoje potrzeby składasz na ołtarzu. Filtr samoponiżenia wmawia ci, że posiadanie potrzeb jest oznaką egoizmu. Potrzeba wskazuje na brak, a brak rozumiesz jako niedoskonałość - nie potrafisz zrobić wszystkiego sam. "Dawanie sobie rady bez czegoś" jest w twoich oczach wartością. Wyrażasz swoje potrzeby tylko wtedy, kiedy naprawdę cierpisz. W innych przypadkach zaciskasz zęby ("Ciesz się, że nie dorastałeś w czasie stanu wojennego!"). Poniższy wzór opisuje schemat twojego życia: SAMOPONIŻENIE + BRAK GRANIC + SKUPIENIE NA WYSIŁKACH = MĘCZENNIK. Innymi słowy, wewnątrz czujesz się martwy.
Nie masz zaufania do swojego "radaru". Nieco wcześniej wspomniałem o twoim niesamowitym radarze. Niestety, poniżenia i wstyd, których doświadczyłeś za to, że potrafisz dostrzegać ukrywane rzeczy, nauczyły cię braku zaufania do tego radaru. Innymi słowy, nauczyłeś się myśleć, że rozpoznanie istoty problemu jest właśnie problemem - twoim problemem! Dlatego informacje zebrane przez twój radar są filtrowane przez samoponiżenie i na końcu otrzymujesz komunikat: "Chyba przesadzam. Mam krytycznego ducha. To moja wina".
Dochodzimy teraz do sposobu, w jaki podchodzimy do swojego życia. W wyniku patrzenia na świat przez filtr samoponiżenia mogły się zrodzić w tobie następujące postawy i zachowania:
Niewłaściwie ustanawiasz granice. Twoje problemy wynikają z faktu dorastania w środowisku, które nieustannie wystawiało cię na wstyd i poniżenie - takim, które odbierało ci prawo do ustalania osobistych granic i nie dawało ci możliwości nauczenia się tego. W rezultacie stawiasz te granice nie tam, gdzie potrzeba. Pozwalasz się ranić przez ludzi ci najbliższych, a izolujesz się od tych, którzy niczym ci nie zagrażają.
Zachowujesz się jak ofiara. Ludzie, którzy wcześniej doświadczyli związków bazujących na poniżaniu, w późniejszych relacjach często przyjmują rolę ofiar. Wynika to z przekonania, że są "wadliwi". Kiedy doświadczają gwałtu, kazirodztwa, emocjonalnego, fizycznego lub duchowego wykorzystania, zastraszania w pracy albo zwykłego nadużycia nie mają w sobie siły, by powiedzieć: "Nie możecie mnie tak traktować!". Filtr samoponiżenia sprawia, że nie potrafią zdobyć się na jasną i klarowną odpowiedź: "NIE". Takiej odpowiedzi nie ma w ich słowniku!
Używasz "zaszyfrowanej" komunikacji. Kiedy dorastamy w środowisku, które naraża nas na poniżenie, kiedy tylko otwieramy usta, uczymy się szyfrowania naszych komunikatów. Nigdy nie mówisz wprost tego, co naprawdę myślisz. Dzięki temu unikasz konfrontacji ze strony innych ludzi. Nauczyłeś się, że posiadanie potrzeb jest niedobre, dostrzeganie prawdziwych problemów jest niedobre, łamanie niewypowiedzianych reguł jest niedobre, więc każde zdanie trzeba jakoś zaszyfrować. W przeciwnym razie narażasz się na uwagi typu: "Fatalnie, że tak myślisz/czujesz", które "udowadniają", że nigdy nie masz racji. Na przykład może wzrastałeś w rodzinie, w której panowały nienazwane zasady, typu: "Potrzeby są złe" lub "Proszenie o cokolwiek jest poniżające". Słuchałeś więc, jak ludzie "szyfrują" swoje wypowiedzi. Kiedy ktoś naprawdę czegoś potrzebował, mówił: "Nie kłopoczcie się, nie musicie robić tego dla mnie". Słowa te należało rozumieć: "Jeśli ci na mnie zależy, zrobisz to!". Ludzie, którzy nie dają sobie prawa do własnych opinii, często używają zwrotów typu: "O, nie uważasz, że lepiej będzie, gdy zrobimy w ten sposób?". Zdanie to naprawdę oznacza: "Uważam, że lepiej będzie, gdy zrobimy w ten sposób". Człowiek, który stwierdza: "Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie" może mieć tak naprawdę na myśli: "Proszenie o pomoc czyni ze mnie egoistę" lub "Nie zasługuję na troskę ze strony innych". Może to też znaczyć: "Skoro potrzebuję pomocy, to coś jest ze mną nie tak".
Doświadczasz wielu fizycznych dolegliwości z powodu stresu. To po prostu nieuchronny efekt prób życia w "perfekcyjny" sposób. Bycie idealnym wymaga ogromnego wysiłku. W dodatku historia poniżenia nauczyła cię, jak unikać problemów, a nie tego, jak stawać z nimi twarzą w twarz i je rozwiązywać. Unikanie problemów nie rozwiązuje ich, więc ich liczba ciągle rośnie, a z nimi również natężenie stresu.
Nie umiesz odpocząć bez poczucia winy. W twoim świecie relaks to strata cennego czasu. Można przecież zrobić coś "pożytecznego" - naprawić, wyprostować lub wyrzucić. Być może prawdziwą przyczyną, dla której nie umiesz się relaksować, jest to, że zostałeś okradziony z dzieciństwa. Wtedy, kiedy powinieneś uczyć się przede wszystkim przez zabawę, karano cię poniżeniem, jeśli nie byłeś poważny i skoncentrowany na "perfekcji". Wymagano, byś zachowywał się jak dorosły. Dziecięce zachowania były nieakceptowane, ponieważ dzieci są niedojrzałe, niedoskonałe i często zachowują się dziwnie ("Co ludzie sobie pomyślą?"). Wyrosłeś na sztywniaka i nawet nie wiesz dlaczego.
W czasie ostatniej rozmowy z moim umierającym ojcem zapytałem go, co chciałby w swoim życiu zmienić, gdyby miał taką możliwość. Odpowiedział, że są trzy takie rzeczy. Po pierwsze, zamiast zostać z kuzynem w oddziale piechoty, poszedłby do szkoły podoficerskiej. Po drugie, zrezygnowałby ze stanowiska w zarządzie szkoły (sądził, że związany z tym stres spowodował u niego wrzody żołądka, które później przerodziły się w raka). Po trzecie, powiedział: "Więcej bawiłbym się z dziećmi i pozwoliłbym im zachowywać się jak dzieci". Po tych słowach łzy pojawiły się w jego oczach. W moich również. Niektórzy dziadkowie spędzają wiele czasu z wnukami na zabawie, śmiejąc się, pokazując ptaki, kwiatki albo samoloty, żartując lub po prostu ciesząc oczy ich widokiem. Mój ojciec spędził większość czasu z wnukami, korygując je, poprawiając i poniżając. Jeśli nie zachowywały się odpowiednio "dorośle", po prostu ich unikał. Umarł i pozostawił moim dzieciom tylko dwa miłe wspomnienia wspólnej zabawy.
Twoje postępowanie wpada ze skrajności w skrajność. Czasami jesteś perfekcjonistą i zamartwiasz się tym, co ludzie myślą na twój temat. Za chwilę zachowujesz się jak nierób i nie troszczysz się o nic. Najpierw robisz za dużo, by potem kompletnie odpuścić. Częściowo jest to związane z zasobami energii. Kiedy twój bak jest pełen paliwa o nazwie "zrobię to sam", wtedy robisz aż za dużo. Kiedy paliwo się kończy, musisz odpocząć. Ale odpoczynek jest zły, więc nie odpoczywasz, tylko kompletnie odpuszczasz. W tej fazie o nic nie dbasz i niczym się nie zajmujesz.
Podobny brak balansu widać we wszystkich ważnych obszarach. Możesz być całkowicie pochłonięty relacją z kimś, by później popaść w totalną obojętność wobec tej osoby. Nigdy nie jesteś zrelaksowany, na luzie. Jeśli chodzi o jedzenie: albo się głodzisz, albo objadasz. Nie potrafisz zachować zdrowej, zbilansowanej diety. Jeśli chodzi o kościół: albo służysz ponad normę, albo nie robisz nic i unikasz liderów w niedzielę. Nie potrafisz zachować spokojnego rytmu w drodze z Bogiem. Emocjonalnie również popadasz w skrajności - albo jesteś w euforii, albo w totalnej depresji.
Czasami przeżywasz oba ekstrema jednocześnie. Jest to bardzo dziwne i pogmatwane dla wszystkich wokół - w tym również dla ciebie. Być może usłyszałeś kiedyś słowa: "Czasami mam wrażenie, że przyciągasz mnie do siebie jedną ręką i jednocześnie odpychasz drugą". Wysyłasz sprzeczne sygnały: "bądź ze mną/daj mi spokój". Najpierw prosisz o bliskość, a kiedy ta przychodzi, odrzucasz ją. Najpierw mówisz, że potrzebujesz pomocy, by za chwilę wszystkich posłać do diabła. Związki są dla ciebie dużym wyzwaniem. Przerażają cię. Masz odczucie, że to trudna gra z mnóstwem ukrytych trików.
Prezenty sprawiają ci dużą trudność. Po pierwsze, nie umiesz ich przyjmować. Jeśli zmagasz się z samoponiżeniem, można cię zranić na dwa sposoby. Pierwszy to powiedzieć wprost: "Jesteś wredny, idź precz". Drugi to dać ci prezent - za darmo i bez okazji. Każdy dar uruchamia filtr samoponiżenia i przypomina, że nie jesteś wart prezentów. Wzbudza też silne podejrzenie, że darczyńca oczekuje czegoś w zamian. "W tym musi być ukryty jakiś haczyk" - stwierdzasz. Albo myślisz: "Gdybyś mnie naprawdę znał, nie dałbyś mi tego". Powstaje w tobie ogromna potrzeba zrewanżowania się - im szybciej, tym lepiej. Inaczej prezent nie daje ci spokoju. Po drugie, nie umiesz dawać prezentów. Sprawdzasz co, komu i kiedy dałeś. Upewniasz się, że inni ludzie dostrzegli twój dar lub że otrzymałeś coś w zamian. Masz obawę, że jeśli będziesz wciąż dawał, dawał i dawał, to w końcu źródło zaopatrzenia wyczerpie się. Być może doświadczyłeś takich sytuacji: ciocia daje ci w prezencie plakietkę, która nie jest ci potrzebna, więc po jakimś czasie ją sprzedajesz. Dwa lata później ciocia przypomina sobie o niej i pyta: "Gdzie masz plakietkę, którą dałam ci na urodziny? Chyba ci się nie spodobała...". Mówi to ze smutkiem, wzdychając. Daje ci w ten sposób do zrozumienia, że to nie był prawdziwy dar. Był w nim ukryty haczyk i teraz ciocia szarpie za niego naprawdę mocno. Ale kto komu dał prezent: ciocia tobie czy ty cioci? Kiedy dajemy prezent, staje się on własnością drugiej osoby. Sprawdzanie, co stało się z prezentem po jego wręczeniu, jest zaprzeczeniem tego faktu. Podobnie sprawdzanie, czy otrzymaliśmy coś w zamian. Wielu ludzi woli zapłacić w restauracji za swój obiad - nie dlatego, że lubią płacić, ale dlatego, że łatwiej jest im to zrobić niż przyjąć obiad w prezencie. Gest zapłaty nie wynika więc z troski o drugą osobę, jest sposobem na uniknięcie zobowiązania wobec niej. (Pamiętaj: nie proponuj zapłaty za mnie, jeśli nie mówisz serio - nauczyłem się przyjmować prezenty bez poczucia winy!). To jest BARDZO poważny problem, ponieważ wpływa na naszą zdolność przyjęcia daru Bożej, bezwarunkowej miłości. Doktor Charles Solomon stwierdził, że najczęstszym problemem, z jakim styka się w swojej praktyce, jest nieumiejętność okazywania oraz przyjmowania miłości3.
Sabotujesz własny sukces. Twoim największym pragnieniem jest zdobycie akceptacji innych - pragniesz tego jak umierający na pustyni wody. Kiedy jednak zaczynasz ją otrzymywać, z niezwykłą siłą odzywa się w tobie poczucie poniżenia i wstydu. Czujesz się źle, ponieważ zaczynasz czuć się dobrze. Jestem przekonany, że niektórzy z moich klientów mogliby szybko wyzdrowieć. Nie dzieje się tak, ponieważ kiedy wracamy do zdrowia, musimy wziąć w ręce odpowiedzialność za swoje postępowanie. Dysfunkcja jest czasami łatwiejsza. Dlaczego? Ponieważ niepowodzenie, które możemy wytłumaczyć chorobą, jest mniej poniżające niż niepowodzenie, które ponosimy bez wytłumaczenia. Pamiętasz sytuację z dzieciństwa, kiedy na oczach kolegów spadłeś z roweru? Wszyscy zaczęli się śmiać, więc skłamałeś: "Zrobiłem to specjalnie". Czy nadal zdarza ci się skłamać, kiedy upadniesz? Kogo obecnie próbujesz okłamać?
Odwlekasz wszystko na ostatnią chwilę. Ukończone projekty mogą być poddane ostrej krytyce, a to niesie ryzyko poniżenia. Projekty, które ciągle są w fazie tworzenia, stają się świetną wymówką, dają nadzieję, że dzięki cudownemu zrządzeniu losu i rzutowi na taśmę zakończą się w idealny sposób.
W relacjach zachowujesz się pasywnie. Nawiązywanie i utrzymywanie związków jest dla ciebie tak trudne, że żyjesz w ciągłym lęku przed porzuceniem ze strony wszystkich, do których się zbliżysz.
Masz ogromną potrzebę kontroli. Mówiliśmy wcześniej o wysokim poziomie stresu i zmartwienia. To z kolei tworzy silną potrzebę sprawowania kontroli. Ponieważ twoje poczucie bezpieczeństwa i wartości oparte jest na zewnętrznych okolicznościach, jesteś bardzo skupiony na ludzkich zachowaniach oraz statusie tego, co posiadasz. Wszystko, co nie wygląda prawidłowo, każde nieprawidłowe zachowanie wymaga twojej reakcji - naprawienia, skorygowania, poprawienia, dopasowania, rozwiązania, uzdrowienia, przemodelowania lub ukarania. Twoje reakcje wykraczają poza normalny poziom odpowiedzialności dorosłego człowieka; abyś się rozluźnił, wszystko musi być "idealne". Tylko że nigdy takie nie jest.
Co jest z tobą nie tak? Nic. Jesteś całkowicie normalny. Zraniony, ale normalny. Biorąc pod uwagę historię twoich relacji, wszystko, z czym się zmagasz, też jest normalne. Aby lepiej zrozumieć, co wynika z twojej historii, przyjrzyjmy się w następnych rozdziałach, jak funkcjonują przykładowe relacje bazujące na poniżeniu i wstydzie. Odkryjemy, że wiele dręczących cię zachowań oraz postaw można zrozumieć, jeśli poznamy, w jaki sposób powstają.