Zaczęło się od treningu. Zwykła gra, ćwiczenie. Coś, co musiałam sobie udowodnić. Nie miałam pojęcia, kiedy ten mój wstydliwy, ukryty bunt stał się sportem.
Niektórzy mogli uważać, że to głupota, żeby taki człowiek jak ja polował w nocy, jako że zdobycz, na którą polowałam, znacznie przewyższała mnie umiejętnościami. Jednak funkcjonowała w nocy - tak jak ja.
Przycisnęłam się do ściany ze sztyletem zaciśniętym w dłoni. Noc była ciepła, zupełnie jakby gorąco przykleiło się do parującej wilgoci długo po zachodzie słońca. Zapach zawisł w powietrzu jak gęsta, zgniła chmura - chmura zjełczałego jedzenia z ulicznych śmietników, ale także rozkładającego się mięsa i kwaśnej krwi. Wampirów nie obchodziło sprzątanie po sobie w ludzkich dzielnicach należących do Domu Nocy.
Ludzie mieli być bezpieczni za murami królestwa, byli to mieszkańcy słabsi od Zrodzonych z Nocy pod każdym względem. Ale ta druga prawda często powodowała unieważnienie tej pierwszej.
Ten mężczyzna był Hiajem ze skrzydłami ukrytymi na plecach. Nie wydawało się, by dobrze władał magią, ponieważ nie zlikwidował zdobyczy, by ułatwić sobie polowanie. A może po prostu bawił się sytuacją. Niektórzy zachowywali się bardzo teatralnie. Lubili, kiedy się ich bano.
Obserwowałam z dachu osobnika śledzącego swoją ofiarę, którą był mały chłopiec, najpewniej dziesięcioletni, choć być może tylko wyglądał na takiego z uwagi na niedożywienie. Chłopiec znajdował się na ogrodzonym, brudnym dziedzińcu glinianego domu i bawił się piłką, nie zważając na zbliżającą się śmierć.
W przypadku tego chłopca wychodzenie samemu w nocy było głupotą. Ale wiedziałam po sobie, jak to jest dorastać w ciągłym strachu i jak to wpływa na człowieka. Możliwe, że ta rodzina trzymała dzieci w domu po zmroku codziennie przez ostatnie dziesięć lat. Wystarczył moment nieuwagi, jedna zabiegana matka, która zapomniała zawołać go na obiad, i jedno ponure dziecko, które nie chciało jeszcze wchodzić do domu. Jedna taka noc w życiu.
Takie sytuacje zdarzały się bardzo często.
Ale nie stanie się to tej nocy.
Gdy tylko wampir się poruszył, poszłam w jego ślady.
Zeskoczyłam z dachu na bruk. Poruszałam się bezszelestnie, ale słuch wampira był znakomity. Odwrócił się i przywitał mnie lodowatym spojrzeniem i podwiniętą wargą, która odsłoniła odrobinę jego ostrego uzębienia.
Rozpoznał mnie? Od czasu do czasu tak się dzieje. Temu nie dałam szansy.
Była to już dla mnie praktycznie rutyna - system, który wypracowałam do perfekcji przez sto takich nocy jak ta.
Najpierw skrzydła. Dwa cięcia, jedno na każde skrzydło, co uniemożliwiało mu lot. W przypadku wampirów z rodu Hiaj było to proste. Błoniasta skóra była delikatna jak papier. Zdarzało mi się łapać rishańskie wampiry, stanowiły one jednak większe wyzwanie, ponieważ ich opierzone skrzydła trudniej przebić. Mimo to opanowałam również i tę technikę. Ten etap był ważny, dlatego też musiał nastąpić w pierwszej kolejności. Musiałam wówczas pilnować, żeby byli ze mną na ziemi. Raz popełniłam błąd, ominąwszy pierwszy etap, i niemal zginęłam.
Nie byłam od nich silniejsza, więc musiałam mieć przewagę w precyzji. Nie było czasu na błędy.
Wampir wydał z siebie dźwięk przypominający coś pomiędzy sapnięciem z bólu i warknięciem. Moje serce gwałtownie przyspieszyło, co spowodowało intensywniejszy przepływ krwi pod skórą. Zastanawiałam się, czy to wyczuł. Całe życie próbowałam to ukryć, ale teraz byłam za to wdzięczna. Zgłupieli przez to. Ta ofiara losu nie była nawet uzbrojona, a wciąż rzucała się na mnie, nie zważając na nic.
Kochałam to - naprawdę kochałam, kiedy nie traktowali mnie poważnie.
Wbiłam ostrze w jego bok, tuż pod żebrami. Kolejny cios sięgnął gardła. Niewystarczający, żeby zabić, ale na tyle skuteczny, że wampir się zachwiał.
Pchnęłam go w kierunku ściany, jedną klingą przyszpilając go, by nie mógł się poruszyć. Pokryłam końcówki broni Dhaivinth - szybko działającym paralitykiem. Był on silny, choć krótkotrwały. Działał tylko przez kilka minut, ale tyle mi wystarczyło.
Wampir zdołał tylko zadrapać mi policzek swoimi ostrymi jak brzytwa pazurami, po czym zaczął słabnąć. Gdy tylko zauważyłam jego szybkie mrugnięcia, jak gdyby chciał oprzytomnieć, zamarłam.
Musisz pchnąć mocno, żeby przeszło przez mostek.
Tak zrobiłam, wystarczająco mocno, żeby przebić kość i mieć drogę wolną do serca. Wampiry były ode mnie silniejsze pod każdym względem - miały bardziej muskularne ciała, były zwinniejsze i posiadały ostrzejsze uzębienie.
Ale ich serca były miękkie.
W chwili gdy mój sztylet wbijał się w ich klatkę piersiową, zawsze słyszałam głos mojego ojca.
Nie odwracaj wzroku, żmijko - szepnął Vincent do mojego ucha.
Nie odwracam. Ani wtedy, ani teraz, ponieważ wiem, co ujrzę tam, w ciemności. Wiem, że ujrzę piękną twarz chłopca, którego niegdyś bardzo kochałam, i nie zapomnę jej wyrazu, kiedy mój nóż zatopi się w jego piersi.
Wampiry były dziećmi bogini śmierci. Dlatego trochę mnie śmieszyło, że bały się jej w takim stopniu jak ludzie. Obserwowałam je cały czas i widziałam strach malujący się na ich twarzach, gdy docierało do nich, że były jej kolejnymi ofiarami.
Przynajmniej w tym się nie różniliśmy. Przynajmniej, koniec końców, wszyscy byliśmy pieprzonymi tchórzami.
Wampirza krew była ciemniejsza od ludzkiej. Prawie czarna, jakby spożywana przez wieki krew ludzka i zwierzęca warstwa po warstwie ją przyciemniły. Gdy tylko wampir upadł, byłam cała w tej krwi.
Odsunęłam się od ciała. Dopiero wtedy się zorientowałam, że obserwowała mnie rodzina. Działałam bezszelestnie, ale nie na tyle, żeby znajdując się tuż przed ich drzwiami, uniknąć ich uwagi. Chłopiec był teraz uwięziony w ramionach matki. Stali obok nich mężczyzna oraz drugie dziecko - młodsza dziewczynka. Byli wychudzeni, w prostych ubraniach, wyświechtanych przez długie, pracowite dni. Cała czwórka stała w progu i wbijała we mnie spojrzenia.
Zmroziło mnie, jak jelenia przyłapanego w lesie przez tropiciela.
Zadziwiające, że to ci głodujący ludzie, nie wampir, spowodowali, że z łowcy stałam się zwierzyną.
Może stało się tak dlatego, że kiedy byłam pośród wampirów, wiedziałam, czym byłam. Ale kiedy spojrzałam na tych ludzi, granice się zatarły i zniekształciły. Poczułam, jakbym obserwowała swoje karykaturalne odbicie.
A może to ja byłam tym odbiciem.
Byli jak ja. Nie mieliśmy jednak ze sobą nic wspólnego. Wyobraziłam sobie, że jeśli otworzyłabym usta, by coś do nich powiedzieć, nie zrozumielibyśmy nawet dźwięków, które byśmy wydawali. Wyglądali dla mnie jak zwierzęta.
Ta okropna prawda była prawdopodobnie tą częścią mnie, która była nimi zniesmaczona, tak samo jak ja byłam zniesmaczona wszystkimi moimi ludzkimi wadami. Istniała też druga część mnie - możliwe, że ta, która pamiętała, że swego czasu mieszkałam w takim domu - i pragnęła się zbliżyć.
Nie mogłam tego oczywiście uczynić.
Nie, nie byłam wampirzycą. To było oczywiste i każdy dzień mi o tym przypominał. Ale też nie byłam jedną z nich.
Poczułam na policzku uderzenie zimna. Dotknęłam twarzy palcami, po czym odsunęłam je, mokre. Deszcz.
Dźwięk kropel przerwał niezręczną ciszę. Kobieta wyszła naprzód, jak gdyby chciała coś powiedzieć, ale ja już usunęłam się z powrotem w cień.
Nie mogłam się powstrzymać, by nie obrać tym razem dłuższej trasy. Zazwyczaj szłam prosto do swojego pokoju w zachodnich wieżach, ale teraz wspięłam się na wschodnią, skacząc po murach ogrodu i zmierzając ku kwaterom służących. Wślizgnęłam się do środka przez okno, które wychodziło na rozrośnięty krzak z kwiatami w kolorze indygo, połyskujących srebrem w świetle księżyca. Gdy tylko dotknęłam stopami podłogi, zaklęłam, bo prawie potknęłam się o coś, co wyglądało na lejącą się tkaninę, usłaną na gładkim drewnie pod moimi butami.
Dobiegł mnie śmiech przypominający krakanie. Po chwili przerodził się w kaszel.
- Jedwab - powiedziała kobieta skrzeczącym głosem. - Idealna pułapka na złodziei.
- To miejsce jest tragiczne, Ilana.
- E tam. - Okrążyła kąt i przyjrzała mi się zwężonymi oczami, wciągając dym z cygara i pozwalając, by uleciał jej nosem. Była ubrana w kaskadowy szyfon barwy morskich fal. Czarno-siwe włosy upięła na czubku głowy, co dodało im godnej podziwu objętości. Z jej uszu zwisały złote kolczyki, natomiast zmarszczki wokół oczu były pokryte odcieniami szarego i niebieskiego. Makijaż zaakcentowała skromną kreską proszku antymonowego.
Jej mieszkanie było tak kolorowe i chaotyczne jak ona sama - ubrania, biżuteria i krzykliwa kolorystyka wystroju. Weszłam przez okno w jej salonie i zamknęłam je, by ochronić wnętrze przed deszczem. Miejsce jej zamieszkania było skromne, ale znacznie wygodniejsze niż gliniane, rozpadające się slumsy w ludzkich dzielnicach.
Obejrzała mnie od stóp do głów, pocierając kark.
- Nie przyjmuję żadnej krytyki od takiego szczurzego odpadku jak ty.
Spojrzałam po sobie i zbladłam. Dopiero teraz, w ciepłym świetle lampionu, zauważyłam, w jak potwornym stanie byłam.
- Nikt by się nie domyślił, że pod tym wszystkim jesteś urodziwa, Oraya - kontynuowała Ilana. - Trupy powodują, że wyglądasz bardzo nieatrakcyjnie. Co mi właśnie o czymś przypomniało! Mam coś dla ciebie. Proszę.
Sięgnęła swoimi guzowatymi i artretycznymi dłońmi do wymiętego stosiku obok siebie, po czym rzuciła w moim kierunku garść tkaniny.
- Łap.
Złapałam, a następnie rozwinęłam. Długość jedwabnego pasa niemal dorównywała mojemu wzrostowi, a wspaniały głęboki fiolet miał brzegi zdobione złotem.
- Przywiodło mi na myśl ciebie. - Ilana oparła się o framugę drzwi i wciągnęła kolejną porcję dymu.
Nie pytałam, gdzie zdobyła coś takiego. Wiek nie zwrócił jej palcom zgrabności, nie były również mniej kleiste.
- Zatrzymaj to. Nie noszę takich rzeczy, wiesz o tym.
Dzień w dzień nosiłam wyłącznie czerń i prosty ubiór, który nie przykuwał wzroku i zapewniał wygodę w poruszaniu się. Nigdy nie zakładałam jasnych rzeczy (zwracały niepotrzebną uwagę), luźnych (pozwalały się złapać) czy ograniczających ruch (mogły mieć negatywny wpływ na moje umiejętności walki albo przeszkadzać w ucieczce). Nosiłam skórzane spodnie przez większość czasu, nawet w upalne letnie dni. Chroniły mnie i nie rzucały się w oczy.
Oczywiście mogłam podziwiać piękne rzeczy w takim stopniu jak inni, ale byłam otoczona przez drapieżniki. Przeżycie było ważniejsze od próżności.
Ilana prychnęła.
- Wiem, że to lubisz, szczurku. Nawet jeśli boisz się to nosić. Ogromna szkoda. Marnujesz młodość już w młodości. I piękność. To twój kolor. Możesz nawet tańczyć z tym nago w swojej sypialni, nie interesuje mnie to.
Uniosłam brew i spojrzałam na jej skarbnicę kolorów.
- Czy to robisz ze swoim?
Mrugnęła do mnie.
- To i jeszcze więcej. Nie udawaj, że ty tego nie robisz.
Ilana nigdy nie była w moim pokoju, a jakimś sposobem znała mnie na tyle dobrze, że wiedziała o mojej szafce wypełnionej małymi, kolorowymi drobiazgami, które kolekcjonowałam przez lata. Drobiazgami, które były zbyt ostentacyjne, bym mogła je nosić w tym życiu, ale nie przeszkadzało mi marzyć o przyodzianiu ich w kolejnym wcieleniu.
Nieważne, ile razy próbowałam jej to wyjaśnić, Ilana nie rozumiała mojej ostrożności. Wielokrotnie dała mi jasno do zrozumienia, że następował koniec dyskusji. Kropka! - mówiła przezornie.
Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, jak ta stara nietoperzyca przeżyła tak długo, ale byłam za to wdzięczna. Ludzie, których widziałam w slumsach dzisiaj rano, nie byli jak ja, a otaczające mnie wampiry tym bardziej. Jedynie Ilana wahała się gdzieś pomiędzy obydwoma światami, tak jak ja.
Choć z różnych powodów.
Ilana dołączyła do tego świata dziesięć lat temu, podczas gdy ja się w nim wychowałam. Jako nastolatka byłam nią zafascynowana. Spotkałam kilku innych ludzi i wówczas nie zorientowałam się, że Ilana była wyjątkowa, nawet pośród ludzi.
Ilana ponownie dotknęła swojej szyi. Zobaczyłam, że materiał, który trzymała w ręce, nie był pierwotnie czerwony. Zbliżyłam się i dostrzegłam rany na jej gardle - trzy pary podwójnych ukłuć. Jej nadgarstek pod bandażem zawierał Nyaxia wie ile jeszcze takich ran.
Zaśmiała się, co spowodowało, że wyraz mojej twarzy się zmienił.
- Był dzisiaj syty obiad - powiedziała. - Dobrze mi za to zapłacono, kiedy przystojniacy ssali moją szyję całą noc. Moja młodsza wersja byłaby zachwycona.
Nie mogłam się zmusić nawet do cienia uśmiechu.
Tak, nie wiedziałam, jakim cudem Ilana przeżyła do tej pory. Większość dobrowolnych dawców krwi - których było bardzo niewielu - zabijano w ciągu roku. Zbyt dobrze wiedziałam, jak wampiry nie radzą sobie z samokontrolą, jeśli chodzi o głód.
W kwestii niektórych spraw ani Ilana, ani ja nigdy byśmy się nie zgodziły.
- Znikam na jakiś czas - powiedziałam, zmieniając temat. - Tylko to chciałam ci powiedzieć, żebyś się nie martwiła.
Twarz Ilany pociemniała. Nawet w słabym świetle zobaczyłam na niej dwa blade cienie.
- A to kanalia. Czyli to robisz.
Nie chciałam o tym dyskutować, chociaż wiedziałam, że było to nieuniknione.
- Powinnaś pomyśleć o tymczasowym opuszczeniu śródmieścia - kontynuowałam. - Idź do dzielnic. Wiem, że ich nie znosisz, ale tam przynajmniej...
- Pieprzyć to.
- To Kejari, Ilano. Nie jesteś tu bezpieczna. Żaden człowiek nie jest bezpieczny poza chronioną dzielnicą.
- "Chronioną dzielnicą". Tymi slumsami. Istnieje powód, dla którego je opuściłam. Śmierdzą nędzą. - Zmarszczyła nos. - Nędzą i sikami.
- Tam jest bezpiecznie.
Nie umknęła mojej uwadze ironia tych słów. Byłam przecież pokryta krwią, gdy wracałam właśnie stamtąd.
- E tam. Bezpieczeństwo jest przereklamowane. Co to za życie? Chcesz się mnie pozbyć, kiedy najbardziej ekscytujące zdarzenie od dwóch stuleci ma zapukać do moich drzwi? Nie, kochana. Nic z tego.
Nie mogłam się denerwować. Wiedziałam, że Ilana może mnie nie posłuchać. Mimo to nie potrafiłam pozbyć się frustracji z głosu.
- Jesteś szalona. To tylko kilka miesięcy. A może nawet dni! Gdybyś odeszła stąd tylko na otwarcie...
- Szalona! - prychnęła. - Czy to jego słowa? Czy tak cię nazywa, kiedy masz zamiar zrobić coś poza jego kontrolą?
Wypuściłam powietrze przez zaciśnięte zęby. Tak, Vincent nazwałby mnie szaloną, jeśli nie chroniłabym siebie bez dobrego powodu. I miałby w tym rację.
Ludzka dzielnica może i była biedna, ale tam chociaż mieli nadzieję na ochronę. Natomiast tutaj? Nie miałam pojęcia, co spotka Ilanę i kogokolwiek innego ze śródmieścia, kiedy rozpocznie się Kejari. Zwłaszcza ten, który już był podpisany ich krwią.
Słyszałam różne historie o ludziach, których wykorzystano w tym turnieju. Nie byłam pewna, co było prawdą, a co ubarwieniem, ale to sprawiało, że przewracało mi się w żołądku. Czasem chciałam zapytać o to Vincenta, ale wiedziałam, że pomyśli, że martwię się o siebie. Nie chciałam, by martwił się o mnie bardziej niż teraz. Ponadto nie do końca był świadomy tego, jak bardzo z Ilaną zbliżyłyśmy się do siebie przez ostatnie kilka lat.
Wielu rzeczy Vincent nie wiedział. Na przykład o cząstkach mnie, które nie łączyły się z jego wizją odnośnie do mojego pochodzenia. Tak samo jak Ilana nigdy nie zrozumiałaby niektórych faktów dotyczących mojej osoby.
Mimo wszystko nie wiedziałam, co bym zrobiła bez nich. Nie miałam tu rodziny. Ktokolwiek był ze mną w domu w dniu, kiedy Vincent mnie znalazł, nie żył. Jeżeli miałam pozostałych przy życiu krewnych, byli uwięzieni gdzieś, gdzie nie miałam dostępu - przynajmniej dopóki nie wygram Kejari. Ale miałam Vincenta i Ilanę, którzy stali się wszystkim, czego pragnęłabym od rodziny, nawet jeśli żadne z nich nie rozumiało mnie w pełni.
Teraz, kiedy możliwość stracenia Ilany stała się rzeczywistością, strach ścisnął mi serce i odmówił uwolnienia go.
- Ilano, proszę. - Mój głos był dziwnie napięty. - Opuść to miejsce, proszę.
Ilana złagodniała. Odłożyła cygaro do przepełnionej popielniczki i podeszła do mnie na tyle blisko, że mogłam policzyć zmarszczki wokół jej oczu. Musnęła mój policzek twardą skórą dłoni. Pachniała jak dym i zbyt intensywne różane perfumy. I jak krew.
- Jesteś słodka - powiedziała. - Ostra, ale słodka, choć nieco kwaśna. Tak jak... jak ananas.
Ku mojemu zaskoczeniu kąciki moich ust drgnęły.
- Ananas?
Co za bzdurne słowo. Znając ją, pewnie je wymyśliła.
- Jestem jednak zmęczona, słonko. Zmęczona życiem w ciągłym strachu. Opuściłam dzielnicę, ponieważ chciałam przekonać się, jak to jest mieszkać tutaj, i było to niesamowitą przygodą, tak jak się tego spodziewałam. Przebywając tutaj, codziennie ryzykuję życie. Tak jak i ty.
- Nie musisz podchodzić do tego nierozsądnie.
- Brak troski jest już uważany za bunt. Również doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Nawet jeśli poupychasz kolory w głąb swojej szafki. - Rzuciła wzrokiem na moje ubranie pokryte krwią. - Nawet jeśli ukryjesz to w cieniu alejek dzielnicy.
- Proszę, Ilano. Chociaż na tydzień, mimo że Kejari jeszcze się nie skończy. Zobacz. - Sięgnęłam po szal. - Weź tę krzykliwą rzecz i daj mi ją, kiedy wrócisz, a mogę nawet obiecać, że będę to nosić.
Milczała przez dłuższą chwilę, po czym odebrała jedwab i włożyła go do kieszeni.
- W porządku. Wyruszę rano.
Odetchnęłam z ulgą.
- Ale ty. Ty uparty szczurku... - Ponownie przysunęła dłonie do mojej twarzy i ścisnęła nimi moje policzki. - Uważaj na siebie. Nie będę prawić ci kazań o tym, do czego on cię zmusza...
Wyswobodziłam się z jej zaskakująco silnego uścisku.
- On mnie do niczego nie zmusza.
- E tam! - Odsunęłam się w porę, bo prychnięcie było tak gwałtowne, że razem ze słowami z jej ust poszybowały krople śliny. - Nie chcę widzieć, jak stajesz się jedną z nich. To byłoby... - Zamilkła i dokładnie zbadała wzrokiem moją twarz. Fala niepokojąco silnego uczucia przemknęła przez jej twarz. - Byłoby to cholernie nudne.
Nie to chciała powiedzieć, byłam tego pewna. Miałyśmy taką relację. Cała surowa szczerość i nieprzyjemna czułość były ukryte i nie rozmawiałyśmy o tym. Tak jak ja nie przyznałabym się, że brałam udział w Kejari, tak ona nie powiedziałaby na głos, że się o mnie boi.
Mimo to przestraszyła mnie, będąc na granicy płaczu. Dopiero teraz zrozumiałam, że miała tylko mnie. Ja, w przeciwieństwie do niej, miałam jeszcze Vincenta, ale ona była sama.
Spojrzałam na zegar i zaklęłam.
- Muszę iść - powiedziałam i wróciłam pod okno. - Nie zapij się na śmierć, starucho.
- Nie nabij się na ten kij ze swojej dupy - odparła, wycierając oczy. Jej wcześniejsza wrażliwość odeszła w zapomnienie.
Stara wariatka - pomyślałam z miłością.
Otworzyłam okno i pozwoliłam, by letni deszcz uderzył mnie w twarz. Nie planowałam się zatrzymywać, ale coś ciężkiego osiadło na końcu mojego języka - słowa, które powiedziałam na głos tylko komuś, kto na nie nie zasługiwał.
Ilana jednak już zniknęła w swojej sypialni. Przełknęłam to, co miałam zamiar powiedzieć, i ruszyłam w noc.