2
Zaparkowała przed wojewódzką niespełna kwadrans później. Dochodziła ósma - nie natrafiła na większe korki, choć podejrzewała, że za godzinę drogi zapełnią się entuzjastami wracającymi z majowego weekendu. Obrzuciła wzrokiem tramwaj, który rozdzwonił się na Białusze, skinęła kolegom z drogówki wygrzewającym się na masce skody i popijającym kawę z termosów, po czym żwawym krokiem weszła do komendy.
Rozmowa z naczelnikiem przebiegła szybko. W zasadzie wszystko, co istotne, przekazał wcześniej przez telefon. Na miejscu pracował już oddział techników z wojewódzkiej. Jak poinformował ją przechylający się przez parapet z dymiącym marlboro Kozyra, patolog Robert Zaurski wyjechał z samego rana.
- Gdzie... - Słupek popiołu oderwał się od filtra, a podmuch wiatru zdmuchnął go na wydatny brzuch naczelnika. Ten mruknął coś pod nosem i strzepnął brud. - Czy możesz mi wytłumaczyć, gdzie, do chuja pana, jest Kors?
Lidia wzruszyła ramionami.
- Zakładam, że dzwonił pan do niego?
- Dobrze zakładasz. Dostał telefon przed tobą, bo spodziewałem się, że ten cymbał...
- Adam chodzi własnymi ścieżkami.
- Niech sobie chodzi nawet ścieżką na pieprzony Giewont w zimę i w krótkich spodenkach! - zagrzmiał Kozyra, dusząc niedopałek w popielniczce. - Ale nie wtedy, gdy ma zabrać dupę i ruszyć w teren! Jeśli nie zmaterializuje się tu w ciągu dziesięciu minut, jedź sama. I tak poradzisz sobie bez niego, ale... no, lepiej, żebyś pojawiła się tam z kimś... wizerunkowo i w ogóle...
Widząc uniesione brwi Ewert, odchrząknął i wrócił za biurko.
- Poza tym zostałaś gwiazdą kamer. Kryminalni nie ubolewają, że skradłaś im show? Archiwum to ich teren.
- Nie, to nie tak, panie naczelniku - odparła, uśmiechając się lekko. - Robiłam fuchę rzecznika prasowego, to wszystko.
- Słyszałem, że chodziło o coś więcej niż pokazanie ładnej buźki do obiektywu. Rób tak dalej, Lidka. Wolałbym, żeby dla naszego wydziału, ale no... nie mam napisane na czole "Real Madryt", żeby wypożyczać cię na minus pierwsze za każdym razem, gdy orientują się, że mogą zabłysnąć, znajdując kawałek zaschniętego gówna na podeszwie trupa.
- Tak jest, panie naczelniku.
- A tak przy okazji. - Kozyra przetarł blat biurka dłonią. - Co u ojca?
W gabinecie zapadła cisza przerywana jedynie przytłumionymi głosami z korytarza. Ewert przygryzła wargę, sięgnęła do kieszeni po pudełko tic taców i skinęła do naczelnika, ten jednak pokręcił głową.
- Dzięki, jestem na diecie.
- Raczej dobrze - odpowiedziała, przegryzając cukierek i świdrując wzrokiem swoje kolana. - Jakoś sobie radzi.
Do rodzinnego domu przyjechała dwa dni wcześniej i już od progu wiedziała, że trafiła na jeden z gorszych dni. Zofia, dobroduszna pielęgniarka zajmująca się Stanisławem Ewertem, opowiadała jej o albumie znaczków pocztowych, który przeglądał ostatniego wieczora i z przejęciem wyjaśniał, w jakich okolicznościach nabył każdy z nich. Szkoda, że Lidia nie zjawiła się właśnie wtedy, bo może przynajmniej w tej wysokiej kobiecie z jasnozielonymi oczami rozpoznałby własną córkę - co zdarzało się coraz rzadziej, odkąd przed trzema laty zdiagnozowano u niego zespół Alzheimera.
Przesiedzieli razem godzinę, którą po powrocie do siebie wypociła na wioślarzu.
Kozyra przez chwilę kiwał głową, następnie zamrugał, podniósł się z fotela i niefrasobliwie przerzucił kilka dokumentów na biurku, chyba tylko po to, aby zająć czymś ręce.
- W takim razie leć. I informuj mnie na bieżąco.
Wstała i opuściła gabinet, uwalniając się od wiszącego w powietrzu zapachu nikotyny. W progu minęła się z Zalewskim - komisarz uraczył ją krzywym uśmiechem, niosąc w ramionach stos kartek pozaznaczanych żółtymi naklejkami. Jego czarno-czerwona flanela wydzielała z siebie przykry zapach dymu i pieczonej karkówki.
- Jaki ma dziś humor? W sosie czy nie bardzo? - mruknął, przepuszczając Ewert przez drzwi.
- W słodko-kwaśnym. Pali, więc...
- Zajebiście...
Na korytarzu usłyszała jeszcze tubalne "Czego?", a kilka sekund później pomyślała z podziwem o koledze z wydziału - z jakiegoś powodu udało mu się podnieść ciśnienie naczelnika jeszcze bardziej, gdyż pół piętra wypełniło rzężenie i potok siarczystych przekleństw.
Schodząc na parter, wyciągnęła telefon, żeby zadzwonić do Korsa, ale wtedy dostrzegła go przez drzwi na zalanym słońcem parkingu. Stał oparty o maskę jej kii, jakby zniecierpliwiony, że kazała mu na siebie czekać.
- Najjaśniejszy książę pan zdecydował się zaszczycić komendę swoją obecnością, co?
- Lepiej późno niż później.
- Celnie.
Przetarł oczy wierzchem dłoni i obszedł auto.
- Dokąd?
- Stary ci nie powiedział?
- Powiedział - odparł, bezskutecznie ciągnąc za klamkę. - Ale pomyślałem, że dopytywanie będzie dobrym unikiem od złośliwych zaczepek, panno Scully.
- Zamknij się. - Lidia przewróciła oczami.
Adam Kors był starszy od niej - zarówno jeśli chodzi o wiek, jak i doświadczenie w wydziale. Niezależnie od pogody nosił popielatą sztruksową kurtkę, ciemne koszule ze stójką i, prawdopodobnie uznawany przez dzisiejszą młodzież za hipsterski, poobijany zegarek Casio z funkcjonalnym kalkulatorem. Miał czarne włosy z widocznymi siwymi pasemkami, oliwkową cerę, głęboko osadzone brązowe oczy oraz orli nos załamujący się mniej więcej w połowie. Po wydziale krążyły plotki, jakoby złamał go poprzedni naczelnik - za to, że Kors obcował z jego żoną, a obecnie byłą żoną, Ewert jednak wątpiła w ich wiarygodność. Po trzech latach pracy z partnerem znała go praktycznie z każdej strony, a przynajmniej tak zakładała. I choć rzeczywiście Adam często stosował niekonwencjonalne metody, działając na przekór przełożonym, ostatnim, czego by się po nim spodziewała, to romansowanie z żoną szefa.
- Już od rana musisz być zgredem, co? - rzuciła, gdy już zapinali pasy.
Kors potarł policzek pokryty srebrzystym zarostem i parsknął śmiechem.
- Liz, czy ja kiedykolwiek ci dokuczyłem?
- Dokuczyłeś może nie, ale w robieniu na złość jesteś mistrzem.
- To nie to samo - westchnął i wyprostował ręce, jakby za moment miał dowodzić wybitnie złożonej hipotezy. - Bycie zgredem jest przejawem jawnej złośliwości. Jestem dla ciebie chamem, bo tak mi się podoba, bo wstałem z wyra złą nogą. Dokuczanie natomiast, moja droga, to przejaw sympatii. Tak, właśnie tak - dodał, widząc powątpiewające spojrzenie partnerki. - Spieszę z wyjaśnieniem. W związkach, dajmy na to, zawsze jeden z partnerów dąży do bycia wrzodem na dupie tego drugiego. W ramach stymulacji, przerwania rutyny...
Zamknął usta, oblizał wargi i z rezygnacją odchylił się na oparcie fotela, gdy Ewert uruchomiła silnik, a z radia ryknął refren I Hate Everything About You kapeli Three Days Grace.
- Całkiem sugestywna melodia, nie ma co - burknął, grzebiąc na oślep w kieszeniach kurtki.
- Wpada w ucho - stwierdziła Lidia, przejeżdżając przez skrzyżowanie Lema i Mogilskiej na późnym żółtym. - Mocno upodliłeś się w majówkę?
- To pojęcie względne, Liz.
- Wiesz, o co pytam.
- Wiem. I nie... Tosia była u mnie.
- Przez cały czas?
- Dwa dni. - Kors odgarnął włosy za ucho, wciąż szukając czegoś po kieszeniach. - Ewa przywiozła ją w środę, odebrała w czwartek wieczorem... Cholera jasna, gdzie to jebane ustrojstwo...
Lidia przez moment się nie odzywała, zastanawiając się, jak sformułować pytanie, by nie wyjść na terapeutkę doszukującą się drugiego dna w historyjce pacjenta.
- Więc... - Urwała, wymijając klekoczące twingo i posyłając wymowne spojrzenie kierowcy, raczącemu się kanapką w folii aluminiowej. - Robiliście coś ciekawego?
Kors przestał się wiercić i wbił wzrok w drogę przed sobą. Zbliżył stuloną pięść do ust, a po chwili wydmuchał chmurę białego dymu.
- Zrobiłem naleśniki ze skyru waniliowego z nutellą i malinami, pochodziliśmy po parku, młoda nauczyła mnie, jak wypożyczać hulajnogi z Bolta, więc pojeździliśmy razem. Pograliśmy w scrabble, a wieczorem obejrzeliśmy jakąś animację o dinozaurach. Za cholerę nie pamiętam tytułu, choć nie wiem, na ile cię to obchodzi.
- Jurassic World?
- Z siedmiolatką?
- W tym wieku widziałam Szczęki.
- To tłumaczy, dlaczego skończyłaś w kryminale.
Lidia parsknęła, odciągając daszek przeciwsłoneczny.
- Film o dinozaurach mówisz...
- Animacja o dinozaurach - uściślił Kors, uwalniając kolejną chmurę białego dymu.
- Jedyna, jaka przychodzi mi do głowy, to... - zrobiła dramatyczną pauzę - Dinozaur, Kors. Wyszedł na kilka lat przed Shrekiem.
- Możliwe, szefowo. Bardzo możliwe.
- Musisz smrodzić mi tym badziewiem? - spytała Ewert, krzywiąc się, gdy blada, słodkawo pachnąca kurtyna zawisła przed szybą.
- To dla zdrowotności.
- Dla zdrowości lepsze jest całkowite zaprzestanie ciumkania tego czegoś.
- Jestem tak stary, że nie mogę zaprzeczyć, ale na tyle stary, że mam to głęboko w dupie, Liz. Poza tym czy nie sprawiam wrażenia macho? - Kors obrócił się do niej, unosząc brodę i mrużąc dziwacznie oczy. - Dzisiejsza młodzież pali te owocowe świństwa, a pierwszym tekstem, jaki spotyka się na blokach, nie jest już "Zajumałeś kilka szlugów staremu z paczki?", lecz "Co tam masz dzisiaj na grzale, wariacie?".
- Błagam cię - westchnęła, gdy sznur samochodów na alei Pokoju ruszył w ślamazarnym tempie. - Doceniam twój humor, ale zlituj się.
Kors potarł policzek i po chwili wahania schował e-papierosa do kieszeni.
- Tak lepiej. Przy okazji... - Zawahała się. - Między tobą a Ewą jest... no, mniej więcej okej?
- Mniej więcej.
Umilkł, spoglądając przez szybę na tłum kobiet z torbami i mężczyzn podpierających mury Jubilatu.
- Wiesz co, Liz, to chyba faktycznie był Dinozaur.
Reszta drogi upłynęła w milczeniu i towarzystwie monotonnych popowych kawałków puszczanych z radia, które Ewert włączyła, gdy zostawili Kraków za sobą.