ROZDZIAŁ TRZECI
Po zatrważającej, martwej ciszy, gdy Alfie zniknął, nastąpiły równie przeraźliwe, urywane krzyki, gdy próbował złapać oddech w wodzie sięgającej dwóch metrów głębokości. Miałam wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Koncentrowałam się tylko na jednym i prawie nie widziałam ani nie słyszałam niczego innego. Wepchnęłam Freddiego w ramiona Joy, jak przez mgłę zauważając, że przygląda się ona Alfiemu z rozdziawionymi ustami. Przedarłam się na skraj basenu do mojego tonącego czterolatka, wskoczyłam do środka w pełnym stroju i mobilizując wszystkie siły, złapałam mojego chłopczyka, uniosłam go z głębiny i wytargałam na powierzchnię. Trzymałam jego zapłakaną buzię nad wodą, a on próbował jednocześnie nabrać tchu, płakać i zawołać "Mamo!". Myślałam, że dostanę zawału, ale nie miało to znaczenia - liczyło się tylko to, by znalazł się w bezpiecznym miejscu.
W końcu z niewielką pomocą Joy oboje wyszliśmy z wody. Joy nadal miała na rękach Freddiego i przykazała już Violet biec do domu po ręczniki.
Przytuliłam Alfiego. Chciało mi się płakać, przytulać go do końca świata i szlochać z ulgi, ale musiałam także sprawić, by nigdy więcej tak nie robił, więc gdy nieco już doszedł do siebie, energię z tłumionych łez przekształciłam w surowe słowa:
- Alfie, byłeś bardzo niegrzeczny - oznajmiłam, zdejmując mokry T-shirt i dżinsy, wziąwszy ręcznik od Joy. - Mogłeś sobie zrobić poważną krzywdę i mama bardzo się gniewa. - Zmarszczyłam czoło, by okazać swoje niezadowolenie.
- A nie mówiłam, że trzeba było iść do środka i napić się ginu - mruknęła Joy pod nosem. Była blada i wstrząśnięta, ja zapewne też.
- Ehe, miałaś rację, Joy - odparłam szeptem.
- Alfie, czego się właśnie nauczyliśmy? - zapytała Joy łagodnie.
- Nie wolno się moczyć? - Drżała mu broda. Przestraszył się.
- Babci chodzi o to, czy nauczyłeś się, by nigdy nie skakać do wody, gdy w pobliżu nie ma dorosłego, a ty nie masz na sobie rękawków do pływania. Jest za głęboko. Już nigdy tak nie zrobisz, prawda, Alfie? - dodałam.
Pokręcił głową energicznie. Miałam nadzieję, że przestraszył się na tyle, by zachować ostrożność, ale nie aż tak, by już nigdy nie chciał zbliżyć się do wody.
- Myślę, że powinniśmy wejść do środka, byście mogli wybrać łóżka - powiedziała babcia do dzieci, gdy Alfie i ja owinęliśmy się ręcznikami. W tej chwili wdzięczna byłam za obecność Joy, nawet jeśli trochę się rządziła. W kilka minut dzieci pędziły na górę po schodach i nie pamiętały, że Alfie otarł się o śmierć. Przynajmniej one już o tym zapomniały.
- Trzym Freddiego mocno za rękę na schodach - zawołał Bob do Violet z korytarza, gdzie on i Dan nadal porządkowali bagaże.
- "Trzymaj", kochanie - poprawiła Joy. Violet prowadziła Freddiego po schodach, Alfie szedł za nimi, a teściowa i ja odprowadzałyśmy ich wzrokiem z dołu.
Bob przewrócił oczami w moją stronę, a ja się uśmiechnęłam.
- Byliście już z Alfiem popływać? - zapytał Bob, patrząc na mnie, a potem na Alfiego. Joy i ja spojrzałyśmy na siebie.
- Nie pytaj, Bob. - Uśmiechnęłam się ponownie.
- Tak, ujmijmy to w ten sposób: Clare idzie na gin, a Dan zajmuje się dziećmi - zaśmiała się Joy i zaprowadziła mnie do salonu.
Miałam nadzieję, że Dan zapanuje nad chaosem i kłótniami, które niechybnie wybuchną, gdy dzieci dotrą na górę i jedno będzie chciało to samo łóżko co drugie. Bob nie miał refleksu ani kondycji, by się tym zająć, ale Joy się tym nie przejmowała - przekazała podopiecznych "mężczyznom" i rozsiadła się na fotelu ze szklanką. Moją szklankę postawiła na podstawce na małym stoliku kawowym, znajdującym się obok krzesła najbliżej jej fotela. Opadłam na siedzenie, wciąż owinięta w wielki, szary ręcznik, i z wdzięcznością sięgnęłam po lodowaty trunek.
- Jak się wszystko układa? - zapytała konspiracyjnie.
- Dobrze - odparłam prędko. Chciałam się wczuć w wakacyjny nastrój i zapomnieć o naszych niedawnych problemach. Joy lubiła wściubiać nos, ale tylko dlatego, że się o nas wszystkich martwiła.
- Gdybyście chcieli z Danem uciec do baru albo coś, wystarczy, że powiecie. - Pokiwała głową. - A jutro przyjedzie Jamie - dodała. - Nie mogę się doczekać, aż go zobaczę. Nie rozmawialiśmy od kilku tygodni.
- Ale śledzisz go na Instagramie? - spytałam domyślnie. Ja także obserwowałam profil Jamiego i wiedziałam, że ostatnio odwiedził Indie. Czasem wysyłałam mu wiadomości, ale od dłuższego czasu się nie odzywałam. Za dużo zajęć na co dzień.
- Tak, wygląda na to, że świetnie się bawi - odpowiedziała, uśmiechając się na myśl o młodszym synu. - Nie widziałaś go od Bożego Narodzenia, prawda? Wasza trójka ma sporo do nadrobienia. Możemy z Bobem popilnować dzieci, jeśli chcielibyście się dokądś wybrać w któryś wieczór.
- Tak, chętnie - odparłam. Miło było się spotkać we troje, bez Joy i Boba. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym i zawsze zdrowo się uśmialiśmy.
Pewnego razu, gdy byliśmy w Hiszpanii, a ja dopiero co urodziłam Violet, zostawiliśmy ją z dziadkami i poszliśmy w trójkę do klubu nocnego. Świetnie się bawiliśmy w swoim towarzystwie, więc staraliśmy się spotykać podczas tych rodzinnych wakacji czy świąt Bożego Narodzenia. Dan i jego brat rywalizowali ze sobą trochę i sobie "dogryzali", jak to określali, ale dobrze się dogadywali, a ja lubiłam spędzać czas z nimi oboma. Jamie był wprawdzie leniwy, wylegiwał się w łóżku do południa i nigdy nie pomagał przy posiłkach czy zmywaniu, ale potrafił zająć się dziećmi, a gdy w końcu wstał, rozpierała go energia - której biednemu, staremu Bobowi już nie starczało.
Zawsze się martwiłam, że dzieci okażą się dla Boba zbyt męczące. Poprzedniego lata pojechaliśmy na południe Francji, a gdy Violet chciała obejrzeć słoneczniki na pobliskim polu, Bob zaproponował, że zabierze ją i Alfiego. Mocno się martwiłam, że Alfie ucieknie, a Bob tak się skupi na tym, czego szukają, że nie zauważy, iż brakuje mu dziecka. Liczyłam tylko na to, że Violet - wówczas ośmioletnia - będzie pilnować trzyletniego braciszka. Pamiętam, że aż do ich powrotu nie potrafiłam się rozluźnić i byłam szczerze zaskoczona, gdy cała trójka przywędrowała do willi z szerokimi uśmiechami, Violet trajkotała, a Alfie siedział Bobowi na barana.
Siedziałam z Joy w ogrodzie i pamiętam, jak na mnie spojrzała.
- Bob sobie poradzi - powiedziała wtedy. - Wiem, że sprawia wrażenie, jakby też był dzieckiem, i Bóg mi świadkiem, sama się czasem zastanawiam, jak mu się udaje przetrwać kolejne dni, ale uwielbia te dzieciaki. Nigdy nie pozwoliłby, by stała im się jakaś krzywda, Clare.
Przypominam sobie, jaka byłam speszona, gdy Joy zauważyła, że się martwię - jakbym nie chciała powierzyć Bobowi jego własnych wnuków. Ale Joy zauważała prawie wszystko. Czasami miałam wrażenie, jakby czytała mi w myślach, więc mnie to nie zdziwiło.
Miałam nadzieję, że w tym roku Dan bardziej się zaangażuje, a dzięki temu ja będę miała więcej czasu na relaks - tak bym mogła upodobnić się na powrót do niefrasobliwej kobiety, z którą się kiedyś ożenił. Wiedziałam, że on też jest teraz na wakacjach, ale czasami miałam poczucie, że według Dana podczas naszych wyjazdów opiekę nad dziećmi powinni przejąć jego rodzice. Zwróciłam mu uwagę, że nie wolno nam tego oczekiwać - Joy i Bob się starzeją, a z Alfiem i Freddiem są pełne ręce roboty.
- Trafiłam na książkę z fantastycznymi przepisami - powiedziała Joy, gdy my siedziałyśmy w salonie, a dzieci na górze wybierały łóżka. Dobiegały nas lekko podniesione dziecinne głosy, lecz sprawiały one wrażenie raczej podekscytowanych, a nie rozłoszczonych, więc skupiłam się na przyjemnym brzęku, jaki wydawał drink Joy, gdy kręciła gin i lód w szklance.
- O, nowa książka kucharska? Jestem zwarta i gotowa, szefowo - zażartowałam. Podczas wakacji Joy i ja zawsze pichciłyśmy razem. Świetnie gotowała i wiele się od niej nauczyłam, lecz chodziło o coś więcej - rytuał łączący kobiety. To krojąc mięso, przygotowując warzywa, rozprawiając o recepturach czy jedzeniu, które już kiedyś przyrządzałyśmy, byłyśmy sobie najbliższe. Miałyśmy wspólną kulinarną historię. Rozkoszowałam się nią. W przytulnym cieple kuchni Joy w czasie Bożego Narodzenia roztrząsałyśmy temperaturę indyka i debatowałyśmy o ilości ziół w farszu. A teraz, upalnym latem w śródziemnomorskiej kuchni, wypełnimy przestrzeń rozmową, parą, czosnkiem. A później, gdy jedzenie znajdzie się w piecu, a dzieci będą z mężczyznami, Joy sięgnie do lodówki, odłamie kilka kostek lodu, weźmie dwie szklanki i znajdziemy kącik, by się wspólnie napić ginu. Jak w zegarku. "Chodź na klina, zanim wszyscy wrócą" - powie, stukniemy się szklankami i będziemy sobie wzajemnie opowiadać historie. W tych złotych chwilach była niezrównana. Oto kobieta, która kocha mojego męża i dzieci tak samo jak ja. Toczyłyśmy tę samą bitwę, mierzyłyśmy się z identycznymi problemami - byłyśmy zjednoczone.
W rodzinnych wakacjach i spotkaniach jedzenie zawsze odgrywało główną rolę. Stwarzało sposobność, byśmy usiedli wspólnie przy stole, a Joy zajęła miejsce na jego szczycie.
W każdą Wigilię przyjeżdżaliśmy do wielkiego domu Joy i Boba na wystawne, tradycyjne Boże Narodzenie. Jednego roku Violet była strasznie przeziębiona, ale Joy nie chciała słyszeć, że mielibyśmy zostać w domu.
- Opatul ją ciepło i daj jej paracetamolu, Clare - rzekła. - Nie może was ominąć rodzinna Gwiazdka.
Ja jednak nie chciałam wyprowadzać córki na zimno i niepokoić Alfiego. Gdy powiedziałam to Danowi, on stwierdził:
- To nie będą prawdziwe święta, jeśli nie spędzimy ich z rodzicami. - Potem dodał: - Mamie pękłoby serce, gdyby nas nie było.
Uległam, a już kilka godzin później Violet odzyskała siły. Jak gdyby Joy siłą woli mogła stworzyć święta idealne. Nic nie mogło stanąć jej na przeszkodzie - i zawsze miała rację.
Z wakacjami było tak samo - były to rodzinne spędy zorganizowane, opłacone i z entuzjazmem zarezerwowane przez Joy. Oto więc znaleźliśmy się na Wybrzeżu Amalfitańskim, dokąd zawsze pragnęłam się wybrać, i jak dotąd było tak pięknie, jak sobie wymarzyłam.
Przyjemnie się siedziało i piło gin z teściową, szczególnie że pijała tylko najlepsze trunki i była miłą towarzyszką. Synowe często łączą napięte stosunki z matkami mężów i w naszym przypadku też nie zawsze szło gładko, ale wyjąwszy nieco despotyczny charakter, Joy była w porządku. Tego pierwszego wieczoru we Włoszech było gorąco, a ja czułam się wyczerpana, emocjonalnie, fizycznie, i gdy Joy mówiła, ja wsparłam głowę na skórzanym oparciu. Dobrze się tu czułam i willa była prześliczna. W salonie były grube, wysokie, pomalowane na biało ściany i stały wielkie, aksamitne sofy oraz wbudowane szafki z pięknego, ciemnego drewna. Pokój zdobiły ogromne lampy, a wszędzie na ścianach wisiały obrazy. Tu i ówdzie znajdowały się również mroczniejsze akcenty - na przykład klatka z wypchanym ptakiem, którego martwe, czarne, paciorkowate oczy zdawały się mnie strofować, ilekroć napotkałam ich spojrzenie. Poczułam się przez niego nieco nieswojo, ale był to drobiazg i kolebkowate sklepienia, drewniane okiennice i chłodne, marmurowe podłogi z nawiązką wynagradzały nieprzyjemne wrażenie.
- Jest tu uroczy butik, o którym Margaret mi opowiadała, zaraz obok... - mówiła Joy.
- Świetnie! - odpowiedziałam. Nie byłam przekonana, czy dzieciom sprawią przyjemność długie zakupy w butiku, nie chciałam jednak jej odmawiać. Po prostu nie chciałam sprawić jej zawodu. Z Danem i Bobem, a nawet Jamiem, było tak samo - wszyscy chcieliśmy uszczęśliwić Joy. Taką była osobą.
Pamiętam, że kiedy Dan pierwszy raz zaprosił mnie do domu, bym poznała jego rodziców, odniosłam wrażenie, jakby w oczach Joy odmalowało się rozczarowanie. Poznałam Dana w pewną sobotę, gdy przyszedł na SOR, gdzie pracowałam jako pielęgniarka. Przyprowadził kolegę, który odniósł kontuzję podczas wyjątkowo żywiołowego meczu rugby, i nasze spojrzenia zetknęły się ponad gipsem. Byłam młodą singielką tuż po studiach, a Dan był przystojny, miał ciemne włosy i ogromne brązowe oczy, a jego troska o przyjaciela doprawdy mnie rozczuliła. Kiedy więc dla dobra kolegi odsiedział kilka godzin na plastikowym krześle w poczekalni, a potem poprosił o mój numer, ja mu go dałam. Zadzwonił następnego dnia i zaprosił mnie na randkę. Podobało mi się jego poczucie humoru, to, jak się nosił, oraz to, jak na pierwszej randce mnie obejmował. Joy i Boba poznałam, gdy przyszliśmy do nich na drinka. Było lato i spędzaliśmy czas w ich olbrzymim ogrodzie. Joy, filigranowa blondyneczka z perłoworóżowymi ustami, podała mi rękę, a potem owinęła się miękką, popielatą paszminą, jak gdyby chciała się ochronić przed nieistniejącym zimnym powiewem.
Dan twierdzi, że matka chciała go zeswatać z córką jednej z jej koleżanek, która to córka posiadała konia i chodziła do prywatnych szkół. Miałam poczucie, że będę musiała ciężko pracować, by zdobyć akceptację Joy. Tak więc zrobiłam, bo pragnęłam Dana, a już wtedy wiedziałam, że Joy ma subtelny, ale bardzo silny wpływ na obu synów. Wyzwanie nie było łatwe i wątpię, czy na początku znajomości oczarowałam ją swoimi mysimi włosami i brakiem blichtru. Byłam na niemal tym samym poziomie co nieszczęsny Bob, któremu nawet podczas tej pierwszej wspólnej kolacji powtarzano, żeby nie lizał noża. Ale po kilku kolejnych spotkaniach Joy nieco odtajała i może zdała sobie sprawę, że jestem dobra dla Dana, a co ważniejsze - nie mam najmniejszego zamiaru opuścić tej okolicy, zabierając go ze sobą od niej w dal. Niby czemu miałabym coś takiego robić? Tęskniłam do stabilności i rodziny, a skoro nie miałam własnej matki, chętnie przyjmowałam rady Joy na wszelkie tematy, nawet w kwestii własnej sukni ślubnej.
Wówczas jednak, gdy się zastanawiałyśmy, czy do mojej karnacji lepiej pasuje biel, czy kość słoniowa, i rozważałyśmy, z czym podać profiterolki do weselnego śniadania, nie zdawałam sobie sprawy, że droga przed nami usiana jest kolcami. Zresztą nawet gdyby ktoś mnie przestrzegł, ja bym nie słuchała. Idąc kościelną nawą, witana przez mojego przystojnego pana młodego i przyjęta na łono jego kochającej rodziny, szczerze wierzyłam, że osiągnęłam pełnię szczęścia. Teraz jednak wiem, że szczęście to okazało się kruche jak koronkowy welon zakrywający mi twarz, a przyszłość przynieść miała znacznie więcej łez niż radości.