Zniszczyłeś nasz wszechświat, Aleks - Marta Królak

Reflow text when sidebars are open.
Zawsze byłam silna psychicznie, choć pewnie nikt nawet nie domyślał się, że miewałam chwile słabości. W ludzkich spojrzeniach, poza obszarem mojego miękkiego łóżka, byłam niczym skała, jakbym walczyła w ringu i nie mogła dać za wygraną. Uważałam, że jeśli położę się i nie postawię na swoim, to potem trudno mi będzie wstać. Nie ulegałam, nie poddawałam się, nie dawałam po sobie poznać, że nie mam siły. To uczucie przypomina szkło pod napięciem - cienkie, przeźroczyste, gładkie, z pozoru wygląda pewnie, lecz w środku drży. Jakby w klatce piersiowej rosło morze, ale każdą falę trzeba było zatrzymać tuż pod gardłem, by nie pozwolić mu się wylać. W środku słychać ciche pęknięcie rozchodzące się jak echo w pustym pokoju, bez świadków, bez odzewu, tylko z ciężarem, który nie ma łez, bo te nie dostały pozwolenia, by spaść.
Ta część mnie, która potrafiła się rozpłakać i wtulić w poduszkę, była nieznana innym nie dlatego, że nie miałam jej komu pokazać. Z moją mamą mogłam rozmawiać o wszystkim - i rozmawiałam. Choć pragnęłam mieć przyjaciółki, to ona zawsze była ostoją dla moich myśli i zwierzeń. Sama nie wiem, kto we mnie stworzył tę Klarę, która nie wybuchała płaczem przy innych, bo miała na tyle mocną psychikę, że nie pozwalała, by bliscy martwili się jej gorszym dniem. Łeba pozwalała mi zapomnieć o emocjach, gdy siadałam na brzegu i o niczym nie myślałam. Morze to moja druga ostoja, drugi dom, dzięki któremu byłam szczęśliwa, choć to szczęście miało różne oblicza.
Gdy szłam do liceum, wcale się nie stresowałam, pomimo że nie znałam tam ani jednej osoby. Wiedziałam, że nowa szkoła to po prostu nowy rozdział. Nowa ja - lekka jak pierwszy oddech lata, gdy wiatr muskający skórę niesie obietnicę czegoś pięknego. Pewna - jak ciepło piasku pod stopami, które koi i przypomina, że jestem na swoim miejscu. Dojrzewająca - niczym róża w chwili rozkwitu, gdy płatek po płatku odsłania swoją prawdę i nie wstydzi się własnego uroku. Spokojna - jak rytmiczny szept fal, które z czułością obejmują brzeg i uczą, że wszystko ma swój czas. Byłam gotowa, żeby zmienić coś w swoim życiu, dlatego wybrałam szkołę, na którą nikt inny nie stawiał. Z początku wydawało się, że dobrze zrobiłam i na dworcu kolejowym wsiadłam we właściwy pociąg, przynajmniej takie miałam przeczucie.
Bardzo szybko poznałam koleżanki, przy których, zdawałoby się, czułam się dobrze. Ta myśl, że mam z kim wychodzić i spędzać wolne chwile, zdała się oczywista. Przestałam spędzać większość czasu przed Netflixem w domu. Wszędzie było nas pełno; wypady, tripy, wieczorne wyjścia i ta innego rodzaju radość. Przestałam się czuć jak samotny liść na gołej gałęzi; zamiast huśtać się bez oparcia, miałam wrażenie, że coś pomaga mi się utrzymać - może własne korzenie, może cudze spojrzenia, może po prostu dojrzałość, która wspierała mnie cicho jak tlen. Nie byłam już liściem drżącym na granicy upadku, ale częścią drzewa; czułam, że żyję na nowo. Taka miękka, naturalna pewność, że mam własne drzewo, a wokół mnie są inne liście.
Dziewczyny znały się od przedszkola, a ja w zasadzie pojawiłam się znikąd, choć wcale tego nie odczuwałam. Na początku wszystkie wydawały mi się tak idealne i szczere, były jak porcelanowe filiżanki - złocone krawędzie, cukier w głosie, uśmiechy tak pozornie prawdziwe, słodkie jak łyk herbaty z miodem. Tylko że po każdym spotkaniu i na odosobnionych grupkach w mediach społecznościowych można było poczuć, jak przy coraz większych łykach zostawiały po sobie gorzki posmak metalu, jak gdyby w każdej rozmowie ktoś inny stawał się ofiarą rozpuszczoną w gorącej wodzie. Coraz bardziej wtapiałam się w ich otoczenie, omijałam dyskusje i tematy, na które nie chciałam rozmawiać, ale wciąż to przy nich czułam, że żyję. Za każdym razem, gdy spojrzał na mnie ktoś, kto był poza zasięgiem koleżanek, wiedziałam, że następną obgadywaną osobą będę ja. Sami wiecie, że przyjaźnie, choć niekiedy długie, po pewnym czasie blakną tak jak wiekowa kartka. Najpierw słowa dawnych chwil nikną literka po literce, później zaczynają tracić barwę, jakby słońce wypiło z nich sens, a potem kruszą się na brzegach wspomnień.
Los i przypadek rzucały mnie w różne miejsca. Czasem siały we mnie masę wątpliwości, jakbym raz została wysłana do zamiatania oceanu z piasku, a raz do pozbycia się okruszka z talerza. Z niektórymi osobami kontakt się urywał, poznawałam kolejne i tak w kółko. W tamtym okresie zdążyłam nawet znaleźć chłopaka, choć szczerze mówiąc, trudno to nazwać związkiem - więcej rozmawialiśmy przez telefon niż w cztery oczy. Byłam jeszcze dzieckiem, które poznawało smak młodzieńczych lat, musiałam po prostu rozwinąć skrzydła i dojrzeć do tego, że szczęściem jest odkrycie siebie, nie innych. Dopiero później zrozumiałam, że to była beztroska, a ja szybko rozpoczęłam kolejny etap życia... Dojrzałość była jak kamień w kieszeni - nie przyszła po to, bym utonęła, lecz by nałożyć na mnie ciężar, dzięki któremu poczuję, co naprawdę znaczy stać pewnie na ziemi.
Chciałam tego, mimo że nie byłam pewna, czy jestem na to gotowa. Nie do końca wierzyłam, że chłopak, nawet niewiele starszy, zainteresuje się mną. Nie umiałam się malować, nie znałam się na modzie, a do tego nie wyglądałam dojrzale, ale miałam ogromne poczucie własnej wartości. Czułam się dobrze sama ze sobą, nie zwracałam uwagi na trądzik, na to, czy spodenki pasują do topu i czy każde pasemko moich włosów jest perfekcyjnie proste. Nie pojmowałam, dlaczego wybrał akurat mnie spośród tylu ładnych dziewczyn, ale zabiegał o moje względy jak tylko umiał. Choć odmawiałam spotkania, bo jeszcze nie byłam otwarta na innych ludzi i bałam się jego intencji, to kombinował na tysiąc sposobów, jak się ze mną umówić.
Pierwszy raz ujrzeliśmy się na święcie Łeby, byłam wtedy z koleżanką, a on ze znajomymi. Jeden z jego kolegów podszedł do mnie nietrzeźwy i prosił, żebym skoczyła z nim na drinka. Oczywiście odmawiałam. Nie był groźny ani agresywny, ale stawał się nieco natarczywy. Wtedy chłopak ubrany w ciemny dres, z przewiązaną przez ramię saszetką złapał go za rękę i odciągnął, przepraszając za nie swoje zachowanie. Nie wiedziałam, jak się nazywał, prawdę mówiąc, nawet nie zwróciłam uwagi na jego twarz, wydał mi się po prostu ich dobrym kolegą.
Następnego dnia, gdy byłam w szkole, dostałam na Messengerze wiadomość od jakiegoś chłopaka. Początkowo nie odpowiadałam, bo nie szukałam nikogo; uważałam, że lepiej będzie skupić się na sobie. Jednak on cały czas pisał i widocznie nie przeszkadzał mu brak reakcji. Od koleżanek szybko dowiedziałam się, że to właśnie ten chłopak, który pomógł mi poprzedniego dnia. Uznałam, że w sumie nie mam nic do stracenia, i postanowiłam podjąć rozmowę. Pytał, co lubię robić, jakiej muzyki słucham i co u mnie, wykazywał zainteresowanie inne niż każdy, kogo do tej pory poznałam. Chciał przyjść pod szkołę; twierdził, że namalował dla mnie mały obrazek, i choć dziś pomyślałabym, że to romantyczny gest, w tamtej chwili odczuwałam niepokój. Coś zadrżało we mnie, ale nie z zachwytu, a ze strachu, którego źródła nie umiałam nazwać. Jakby ten gest był zbyt bezpośredni, zbyt szybki, jakby wyprzedzał to, na co nie byłam jeszcze gotowa. Bez zawahania odpisałam, że spieszę się do domu, ale on nie dawał za wygraną i namawiał na kolejne spotkania. Nie tylko do mnie pisał z takimi propozycjami, lecz również do Wiktorii i Sary, które powiedziały mi otwarcie, że widocznie chciał po prostu którąś z nas. Miały rację, ale uznałam, że jego upór był słodki. Wreszcie, po kilku dniach zgodziłam się na spotkanie po lekcjach, a stres minął, gdy ujrzałam go ubranego w szeroki, a zarazem uroczy uśmiech. Poczułam się jak w komedii romantycznej, niecodziennie, jakby w moje serce trafiła malutka iskierka, która zasiała niewielkie ziarenko, aby mogło spokojnie rosnąć, choć potrzebowało do tego pielęgnacji i czasu. Zresztą niełatwo się czegoś pozbyć, gdy zaczynasz o to dbać i z każdym dniem staje ci się coraz bliższe - aż w końcu powoli zaszywa się w najcichszych zakamarkach duszy, między oddechem a myślą, tam, gdzie już nie sposób tego dosięgnąć ani nazwać. Zaryzykowałam prawie tak, jak gdybym zbudowała domek z kart na balkonie, wiedząc, że zaraz zerwie się wiatr.
Dzisiejsze czasy i nowa generacja młodzieży są zepsute, większość osób przypomina jabłka, piękne i soczyście czerwone z zewnątrz, ale zepsute w środku. Gdy robimy coraz to większe gryzy, okazuje się, że w środku zamiast serca znajduje się robaczek, więc owoc trzeba wyrzucić. Wtedy to, co wydawałoby się oczywiste, staje się czymś wcale nieoczywistym. Wgryźliśmy się tak głęboko, że coś nie pozwala nam ot tak pozbyć się jabłka jak niepotrzebnego przedmiotu, lecz jeśli zjemy robaka, zepsujemy samych siebie. Wtedy w głowie, ale i w sercu odczuwamy mętlik, mamy już robaka, mimo że mogliśmy mieć motyla. Głupia i bezmyślna jest istota ludzka. Niektórzy mają tak dobre serce, że pozwalają rozgościć się w nim robaczkowi, otulają go własną troską, żeby mógł rozwinąć skrzydła, podczas gdy on powoli wygryza w ich sercach dziurki. Ale tylko nieliczni potrafią go wyrzucić i zrobić miejsce dla motyla, który kolorami swoich skrzydeł namaluje serce od nowa, piękniejsze, silniejsze i prawdziwsze. W tej generacji trudno znaleźć osobę, która będzie takim motylem.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.