Zobacz mnie naprawdę. Pacific Shores. Tom 3 - Sarah A. Bailey


Reflow text when sidebars are open.
Elena
wiek: dwanaście lat / styczeń
Jump Then Fall (Taylor's Version) Taylor Swift
Spóźniłaś się, panno Ramos - mamrocze pod nosem pan Holden, nauczyciel matematyki w mojej siódmej klasie, gdy wchodzę do sali szkolnej, przerywając panującą tam ciszę trzaskiem metalowych drzwi odbijającym się echem od ścian.
Jakieś trzydzieści głów odwraca się w moją stronę, a ja zmuszam się, by zmrozić kolegów i koleżanki wzrokiem. Nie mam się czego wstydzić - nie zrobiłam nic złego. Przestańcie się tak gapić.
Zaciskam usta, odchrząkuję i podaję mu zwolnienie od lekarza. Nasuwa okulary na nos i odczytuje karteczkę tymi swoimi małymi paciorkowatymi oczami w żółwim tempie. W końcu chrząka, oddaje mi ją i kiwa głową w stronę mojego miejsca na końcu sali.
- Pracujemy w parach nad stronami od czterdziestej szóstej do pięćdziesiątej drugiej z podręcznika. Jeśli nie wyrobisz się na lekcji, będziesz musiała to dokończyć w domu. - Rozgląda się i wzdycha. - Wygląda na to, że wszyscy są już sparowani. - Machnięciem ręki wskazuje w lewo.
Zauważam wysokiego ciemnowłosego chłopaka siedzącego po drugiej stronie biurka pana Holdena. Wpatruje się w książkę, którą trzyma na kolanach, i nawet nie raczy na mnie spojrzeć.
- Zachary, czy możesz popracować przez resztę lekcji z Eleną?
Chłopak podnosi wzrok i jego brązowe oczy spotykają się z moimi. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu mój żołądek robi fikołka. Może dlatego, że nigdy go wcześniej nie widziałam? Tylko że to nie pierwszy chłopak, z którym mam do czynienia, a jednak przy żadnym wcześniej nie poczułam, jakby ptak miał mi wylecieć z gardła. Ciemne, prawie czarne włosy opadają mu na czoło, a szara koszulka idealnie przylega do mocnych ramion. Skoro już o ramionach mowa - zdecydowanie ma mięśnie. Ściślej mówiąc, bicepsy.
Wstaje. O cholera, i w dodatku jest naprawdę wysoki. Wow. Jego skóra wydaje się idealnie gładka, ostro kontrastując z pryszczami, na które muszę patrzeć za każdym razem, gdy jakiś gimnazjalista nieco za bardzo się do mnie zbliża. Mój wzrok przyciągają jego usta, kiedy oblizuje wargi. Nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi na czyjeś usta, a teraz nie mogę przestać się na nie gapić. Patrzę, jak układają się w uśmiech i odsłaniają zęby.
Nagle moje serce zaczyna bić z zawrotną prędkością.
Potrząsam głową, żeby wyrwać się spod uroku, jaki ewidentnie na mnie rzucił, i w końcu uświadamiam sobie, że klasa nadal mnie obserwuje, pan Holden wygląda na zirytowanego, a ja stoję tam jak jakaś idiotka. Jakby tego było mało, chłopak do mnie macha. Świetnie, wszyscy, włącznie z nim, przyłapali mnie na gapieniu się na niego.
Odwracam się błyskawicznie i ruszam do ławki. Rzucam plecak na podłogę z głośnym łoskotem i opadam na krzesło. W sali rozlega się szmer cichych rozmów, a ja wpatruję się w swoje dłonie. Po chwili wyczuwam obok siebie czyjąś obecność i zanim zdążę na niego spojrzeć, ten chłopak, Zach, chwyta za nogę mojego krzesła i przyciąga je do siebie.
Podnoszę gwałtownie na niego wzrok.
- Cześć. - Uśmiecha się do mnie.
- Cześć - bąkam, starając się za wszelką cenę stłumić uśmiech cisnący mi się na usta, żeby tylko nie pokazać mu zębów.
- Elena, tak?
Kiwam głową na potwierdzenie.
- Nazywam się Zach. Asystuję panu Holdenowi na tych zajęciach, więc mogę ci pomóc z tymi zadaniami.
Znowu potakuję głową i grzebię w plecaku w poszukiwaniu podręcznika i zeszytu - oczywiście czerwonego, bo ten od matematyki zawsze jest czerwony. Kładę je na stoliku, a Zach przyciąga podręcznik do siebie i otwiera go na właściwej stronie.
- Potrafisz mówić, Eleno? Czy tylko sporadycznie wydajesz dźwięki?
Prycham.
- Okej, to w zasadzie odpowiedź na moje pytanie - stwierdza z delikatnym uśmiechem, nie odrywając wzroku od podręcznika.
Opuszczam nieco głowę, żeby moje kręcone włosy opadły mi na twarz niczym oddzielająca nas od siebie zasłona.
- Staram się nie otwierać dziś ust.
Śmieje się, a mój żołądek ponownie robi fikołka - jakby rozśmieszenie go było czymś, z czego mogę być dumna.
- Dlaczego?
- Założyłam aparat na zęby.
Obraca się w moją stronę, a jego spojrzenie rozgrzewa mi policzki.
- Bolą cię? - pyta dopiero, gdy na niego spoglądam.
Wzruszam ramionami i znów spuszczam głowę.
- Po prostu nie chcę ich nikomu pokazywać. Są brzydkie.
- Może pozwolisz, że sam to ocenię?
Jego głos jest gładki, zupełnie jak masło. Nie podoba mi się uczucie, jakie we mnie wzbudza. A może jednak podoba, i to mnie właśnie denerwuje?
Nie ma mowy, żebym pokazała mu aparat. Czuję gorąco rozlewające się po szyi. Pewnie policzki mi się zaczerwieniły, bo on znowu się śmieje.
- No weź, żartuję - mówi, trącając mnie lekko ramieniem.
Teraz te fikołki, które czuję w brzuchu, są jeszcze szybsze i trudno mi złapać oddech.
- Dlaczego nigdy cię wcześniej nie widziałam? - pytam.
Uśmiech chłopaka się poszerza, a ja nie mogę się przestać gapić na jego gładką skórę o naturalnym różowym odcieniu. Chciałabym jej dotknąć. Ma szerokie ramiona i widoczne żyły na przedramionach, które znikają w zaciśniętych dłoniach na blacie.
Ewidentnie ma już za sobą okres dojrzewania. Mój brat jeszcze go nie przeszedł - głos wciąż mu się załamuje i wyrosły mu może ze trzy włosy pod pachami. Głos Zacha jest głęboki i założę się, że ma już włosy wszędzie.
Moje policzki znów płoną. Boże, czemu myślę o jego owłosieniu?!
- Jestem w ósmej klasie. - Wzrusza ramionami. - No i przeprowadziłem się tu z rodziną dopiero tego lata.
To wszystko wyjaśnia. Nie mamy wspólnych zajęć z ósmoklasistami, chyba że są pomocnikami nauczyciela.
- Aha.
Jego ramię dotyka mojego, a ja czuję, jakby ptasie skrzydła trzepotały mi w piersi.
- Wiesz, po tym, jak w końcu przemówiłaś, nadal uważam, że jesteś słodka - stwierdza.
- Poważnie? - wyrywa mi się.
Przechyla głowę i uśmiecha się łobuzersko.
- Nie udawaj, że nie zdajesz sobie sprawy z własnej urody, Eleno. Na pewno ciągle słyszysz komplementy.
Wzruszam ramionami. Rzeczywiście, chłopcy się we mnie podkochują, a przynajmniej tak mi się wydaje.
- Większość chłopaków boi się do mnie podejść. Wolą wysyłać esemesy, a ja mam wspólny telefon z bratem. - Przewracam oczami. - Który jest stuknięty.
Zach się śmieje.
- Cóż, ich strata, bo wyglądasz ślicznie, kiedy się rumienisz.
- Dzięki - mamroczę, chowając twarz w dłoniach.
Czy on ze mną flirtuje? Na to wygląda.
Dlaczego moje ciało zrobiło się takie gorące? I czemu mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję?
- Założę się, że wyglądasz jeszcze ładniej, kiedy się uśmiechasz - mówi, bawiąc się jednym z moich loczków przy ramieniu. Jest tak blisko, że prawie dotyka mnie swoim ciałem, i chyba chciałabym, żeby to zrobił.
Zdarzało się, że chłopcy podawali mi liściki na lekcji albo przysyłali do mnie kolegów na przerwie obiadowej, aby przekazać mi przez nich, że się we mnie podkochują. Czasem prosili mnie też o mój numer telefonu, a potem proponowali randkę przez esemesa. Żaden jednak nie powiedział mi prosto w oczy, że jestem ładna.
Chyba po prostu nie mieli odwagi.
Zach uważa, że jestem słodka, i nie boi się tego mówić. Dotyka moich włosów. Uśmiecha się do mnie i chce, żebym ja też się do niego uśmiechnęła. To wszystko sprawia, że czuję się, jakby wyrosły mi skrzydła, a żołądek wyfrunął z ciała i robił salta na ulicy.
Wydawało mi się, że podkochiwałam się już wcześniej w chłopakach, którzy mi się podobali albo mnie rozśmieszali. Ale to uczucie jest dla mnie czymś zupełnie nowym. Czymś, czego prawie nie mogę znieść, bo tak mnie przeraża, a jednocześnie nie chcę, żeby zniknęło.
Otrząsam się z zamyślenia i uświadamiam sobie, że siedzę tam jak kołek z posępną miną.
W końcu ośmielam się posłać mu krótki uśmiech, modląc się w duchu, aby mój aparat ortodontyczny nie rzucał się za bardzo w oczy, a potem wracam do swojego naturalnego posępnego wyrazu twarzy.
Zach chichocze.
- Tak, jesteś śliczna, kiedy się uśmiechasz.
- Nawet z tym aparatem?
- Zdecydowanie.
Nie mogę powstrzymać cichego chichotu, który wydobywa się z moich ust. A przecież ja nigdy nie chichoczę.
Zach pociąga za mój lok owinięty wokół jego palca i otwiera usta, żeby coś powiedzieć - akurat w tym momencie, w którym dzwonek oznajmia koniec lekcji. Zamyka usta i podsuwa mi podręcznik z powrotem.
- No cóż, nie udało nam się zbyt wiele zrobić - stwierdza, po czym wyrywa mi długopis z ręki, chwyta mój zeszyt i coś w nim bazgrze. - To mój numer. Po szkole mam trening, wracam do domu koło dziewiętnastej. - Wstaje od stolika i spogląda na mnie z góry z zarozumiałym uśmieszkiem na twarzy. - Zadzwoń. Nie pozwolimy, żeby twój stuknięty brat czytał nasze esemesy.
Słowa, myśli i chyba nawet cały żołądek utykają mi w gardle.
Zamieniam się w zarumienioną, chichoczącą rybę z rozdziawioną buzią. Co za żenada.
Zach nie czeka na moją odpowiedź. Ruszając do drzwi, podnosi po drodze plecak z podłogi i zarzuca go sobie na ramię. Zdecydowanie za bardzo zwracam uwagę na to, jak jego ciało wygląda w dżinsach, a on chyba wyczuwa na sobie mój wzrok, bo się odwraca i puszcza do mnie oko, po czym wychodzi z sali.
Czuję, jak moja twarz płonie, a serce wali mi jak młotem. Resztę dnia spędzam, odliczając sekundy do momentu, gdy będę mogła do niego zadzwonić i poprosić o pomoc w odrabianiu zadania domowego - choć akurat praca domowa to ostatnia rzecz, którą zaprzątam sobie głowę.
August
wiek: jedenaście lat / maj
Hey Girl Stephen Sanchez
Z końcem maja słońce pali mnie w głowę, gdy idę pod górę Hillside Road, wracając ze szkoły do domu. Oswajanie się z nowym życiem w Pacific Shores jak dotąd nie było dla mnie najprzyjemniejszym doświadczeniem i nie mogę się doczekać, aż ten rok szkolny wreszcie się skończy.
Jestem pewny, że przeprowadzka do nowego miasta i rozpoczęcie nauki w nowej szkole nie są niczym fajnym dla żadnego nastolatka, a tym bardziej dla takiego cherlaka jak ja. Dziś było mi wyjątkowo ciężko. Dzieciaki mi dokuczają, bo boję się soczewek kontaktowych i wolę nosić okulary, no i dlatego, że w przerwie obiadowej lubię sobie poczytać książkę, zamiast grać z nimi w piłkę. Ale chyba najbardziej wkurza je fakt, że mam gdzieś, że naśmiewają się ze mnie na każdym kroku. Tak je to drażni, że stają się jeszcze wredniejsze, okrutniejsze i agresywniejsze.
Docieram do końca ulicy i moim oczom ukazują się obsypane kwiatami drzewa na naszym podwórku. O ile się nie mylę, mama nazywa je jakarandami. Zeszłego lata, gdy się tu wprowadziliśmy, wyglądały jak zwykłe stare zielone drzewa, a wczesną wiosną obsypały się jasnofioletowymi kwiatami, które opadają teraz na nasz trawnik, tworząc magiczny dywan.
Zbliżając się do nowego dwupiętrowego domu rodziców, nie spodziewam się nikogo zobaczyć na podwórku, a tym bardziej tej dziewczyny. Musi być mniej więcej w moim wieku. Wspina się na gałąź drzewa i zrywa kwiaty do koszulki, którą trzyma podwiniętą przed sobą.
Podchodzę jeszcze bliżej i przyglądam się jej z dołu. Jeszcze mnie nie zauważyła, więc mam chwilę, aby ją poobserwować. Też jest drobna, jak ja, ma na sobie czarną koszulkę i dżinsy. Długie kręcone ciemne włosy związała w niski kucyk, który kołysze się jej na plecach, gdy skupia się na zrywaniu kwiatka nad głową.
- Hej! - wołam.
Nabiera gwałtownie powietrza i opuszcza głowę w reakcji na mój głos, prawie tracąc przy tym równowagę. Serce podchodzi mi do gardła ze strachu, że zaraz spadnie. Dziewczyna łapie się mocno gałęzi, na której siedzi, a wszystkie kwiaty, które zebrała do koszulki, zlatują na ziemię przede mną niczym liliowe płatki śniegu.
- Niech to szlag! - krzyczy.
Podbiegam do drzewa i zaczynam zbierać opadłe kwiaty do swojej koszulki.
- Przepraszam! - wołam. - Nie chciałem cię przestraszyć.
- A jakiej reakcji się spodziewałeś? - burczy, po czym zwinnie zsuwa się po pniu i zeskakuje na ziemię.
Kończę ze zbieraniem, a kiedy się prostuję i po raz pierwszy widzę jej twarz z bliska, materiał koszulki wysuwa mi się z ręki i kwiaty znów spadają na ziemię.
To najpiękniejsza dziewczyna, jaką w życiu widziałem.
Trzyma ręce na biodrach, a jej brązowe oczy zwężają się w szparki, gdy mi się przygląda. Słońce pada na nie pod takim kątem, że wyglądają jak krople syropu karmelowego. Jej usta wykrzywiają się w grymasie i po raz pierwszy w życiu mam ochotę coś powiedzieć lub zrobić - cokolwiek - żeby tylko ta dziewczyna się do mnie uśmiechnęła. Powoli przenosi wzrok z mojej twarzy na stopy i zatrzymuje go na płatkach rozsypanych na trawie. Wzdycha, zakłada ręce na piersi i znów na mnie spogląda.
- Na co się tak gapisz?
To mnie przywraca do rzeczywistości. Kucam gwałtownie.
- Nie... Na nic - bąkam, znów zbierając jej kwiaty.
Kuca naprzeciwko mnie i mi pomaga.
- Kim jesteś?
- Mam na imię Augustus - odpowiadam drżącym, nie wiedzieć czemu, głosem. - Ale większość ludzi mówi do mnie August. Najwyraźniej wypowiedzenie tych dwóch ostatnich liter to już dla nich zbyt duży wysiłek.
Śmieje się z tego, a ja mam wrażenie, że serce zaraz eksploduje mi w piersi.
- Ja jestem Elena, ale mój przyjaciel Leo mówi do mnie Lena. Ciekawe, ile energii oszczędza, pomijając to "e" z przodu.
Wtóruję jej śmiechem, a ona podnosi na mnie wzrok z ironicznym uśmieszkiem na twarzy.
- Dlaczego krzyczysz na dziewczyny na drzewach, Augustusie?
- Zastanawiałem się tylko, co robisz na moim podwórku. - Wzruszam ramionami.
Jej oczy robią się wielkie jak spodki i o ile mnie wzrok nie myli, policzki oblewa rumieniec.
- To twój dom?
Znów się śmieję i kiwam głową.
- A ja całe życie myślałam, że mieszka tu panna Waterson. No i że jest o wiele za stara na dziecko.
- To pewnie ta staruszka, która mieszkała tu przed nami. Chyba przenieśli ją do domu opieki. Moi rodzice kupili ten dom zeszłego lata.
- Och.
Patrzy na swoje dłonie i wygląda na zawstydzoną.
- Panna Waterson była zbyt stara, by się zorientować, że wiosną kradnę jej kwiaty. Teraz chyba będę musiała przestać.
- Moja mama raczej nie byłaby zachwycona, że wdrapujesz się na nasze drzewo, ale... może ja będę je zrywać dla ciebie? Jeśli chcesz, oczywiście.
Jej twarz rozjaśnia się w promiennym uśmiechu, który szybko jednak tłumi.
- Nie musisz tego robić.
- Nie mam nic przeciwko! - wyrywa mi się o wiele za głośno, a ona cofa lekko głowę, jakby zaskoczona moją gorliwością.
Opanuj się, Augustusie, napominam się w myślach. Jestem kiepski w rozmowach z dziewczynami, nawet z tymi nieoszałamiającymi mnie swoją urodą, a Elena jest najładniejsza ze wszystkich, które znam.
- To znaczy... - Odchrząkuję. - Żaden problem. Mieszkasz daleko stąd?
Jej delikatny uśmiech, który próbuje przede mną ukryć, mówi mi, że mnie przejrzała. Czuję się jak idiota.
- Nie. Tylko ulicę dalej, na Oceanside Avenue.
- Chodzisz do gimnazjum? - pytam. - Zauważyłbym cię wcześniej, gdybyśmy chodzili razem do szkoły, więc musisz być ode mnie starsza.
Znów się do mnie uśmiecha, a ja zauważam fioletowo-czarny aparat na jej zębach.
- Podoba mi się kolor twojego aparatu. Fioletowy to twój ulubiony?
Jezu, dlaczego zadaję jej tyle pytań? Niech ktoś mi zaklei usta taśmą.
Dziewczyna parska śmiechem.
- Tak, chodzę do gimnazjum. Jestem w siódmej klasie. - Uśmiecha się do siebie, bawiąc się kwiatkiem w dłoni. - I tak, fioletowy to mój ulubiony kolor. A z kwiatów najbardziej lubię dzikie fiołki. Strasznie mi się podoba, że są całe fioletowe z taką małą żółtą plamką w środku. - Wzrusza ramionami. - Mój tata nazywa je chwastami, ale dla mnie są prześliczne. Suszę je i robię z nich zakładki do książek. Dodaję też inne kwiaty, a ponieważ te akurat nie kwitną przez cały rok, zależało mi, żeby ich trochę nazrywać, zanim zwiędną. - Wskazuje w stronę gałęzi nad naszymi głowami.
- Też lubię fioletowy - odpowiadam. - I lubię czytać.
Unosi gwałtownie głowę, a na jej twarzy pojawia się najszczerszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem.
- Naprawdę? Jaka jest twoja ulubiona książka?
- Obecnie? Chyba te z serii Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy.
Elena podnosi się energicznie na kolanach, wyciąga rękę i kładzie ją na moim kolanie. Każdy atom mojego ciała zdaje się reagować na jej dotyk i cały aż buzuję w środku.
- Uwielbiam Percy'ego Jacksona! - wykrzykuje z entuzjazmem, a ja nie potrafię powstrzymać uśmiechu na widok jej ekscytacji. - Porobiłam adnotacje dla całej serii!
- Co to są adnotacje? - pytam, starając się myśleć o czymkolwiek innym niż o jej dłoni wciąż spoczywającej na mojej nodze.
- Och, po prostu pozaznaczałam swoje ulubione fragmenty, zrobiłam krótkie notatki na marginesach i oznaczam małymi zakładkami strony, do których chcę potem wrócić - wyjaśnia z uśmiechem. - Czasami też coś na nich rysuję, ale to akurat nie najlepiej mi wychodzi. Nie lubię robić rzeczy, w których nie jestem dobra.
Z jakiegoś powodu mnie to rozśmiesza.
- Ja lubię rysować - oznajmiam.
Dziewczyna przechyla głowę na bok, a ja stwierdzam, że jej uśmiech to mój absolutny faworyt spośród wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem.
- Jesteś w tym dobry? W rysowaniu?
- Moja mama mówi, że tak. - Wzruszam ramionami.
Śmieje się ze mnie, pochyla głowę i chyba w końcu dociera do niej, że mnie dotyka. Szybko cofa rękę i opada na trawę.
- Lubię cię, Augustusie.
Czy tak się właśnie czuje człowiek podczas zawału?
Moje serce bije tak mocno, że zastanawiam się, czy nie widać go czasem pod koszulką. Ledwo mogę oddychać, bo żołądek zdaje się podchodzić mi do gardła i blokować drogi oddechowe.
- Ja też cię lubię, Eleno - udaje mi się jakimś cudem z siebie wydusić.
Zbiera kwiaty do koszulki, uśmiechając się pod nosem, po czym wstaje.
- Chcesz się spotkać w ten weekend? Mogłabym przyjść z moim egzemplarzem Złodzieja Pioruna i pokazać ci swoje notatki na marginesach.
Zmuszam się do zachowania spokoju, choć mam ochotę krzyczeć z radości i biegać dookoła jak podniecony szczeniak.
- Jasne. - Staram się nie uśmiechać zbyt szeroko. - Brzmi fajnie.
- Byłeś kiedyś w Sweet Rue's na promenadzie? Może moglibyśmy pójść tam na lody?
- Okej.
Mam nietolerancję laktozy, ale nie zamierzam jej tego mówić. Zjem te cholerne lody i poniosę wszelkie konsekwencje, byleby tylko móc ją znów zobaczyć.
Wstaję i otrzepuję kolana z ziemi.
- Zwykle nie mogę chodzić na promenadę bez mojego starszego brata Zacha, ale pewnie nie będzie miał nic przeciwko, żeby zostawić mnie w lodziarni i pójść posurfować czy coś.
Elena nagle sztywnieje i zamiera, choć jeszcze przed chwilą zdawała się tak ożywiona i podekscytowana.
- Twój brat ma na imię Zach? - pyta z przechyloną głową. - Czekaj, jak masz na nazwisko?
- Hayes - odpowiadam. - On jest w ósmej klasie, więc pewnie chodzicie razem do szkoły. Ja jestem dopiero w szóstej.
Szczęka jej opada, a ładne brązowe oczy rozszerzają się ze zdumienia.
- Twój brat to Zach Hayes?
- Tak. A co?
- O cholera. - Elena cofa się o krok i staje na chodniku przed domem. - To Zach Hayes tu mieszka? Wspinałam się na drzewo Zacha Hayesa?
- Na to wygląda.
Przez chwilę nie rozumiem, co jest grane, dopóki nie zauważam, że jej oddech przyspiesza, policzki różowieją, a wzrok błądzi po oknach domu, jakby czegoś wypatrywała. A raczej kogoś.
I wtedy to do mnie dociera.
- Poznałaś go?
Domyślam się wszystkiego po tym, jak opuszcza głowę, ukrywa uśmiech i zakłada kosmyk włosów za ucho. Widziałem już zbyt wiele dziewczyn zadurzonych w Zachu, żeby nie wiedzieć, co to oznacza.
- Tak. - Przygryza wargę zarumieniona. - To znaczy... Rozmawiamy czasem przez telefon. Pomaga mi z zadaniami z matematyki.
Mam wrażenie, że motyle, które jeszcze przed chwilą chciały wyfrunąć mi z ciała, obumierają, a ich nieruchome skrzydła opadają na sam dół mojego żołądka. Rozczarowanie uderza mnie mocno jak cios w brzuch - muszę zebrać się w sobie, aby nie upaść i nie umrzeć razem z motylami.
Elena jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widziałem.
Lubi moją ulubioną książkę.
Nie wyśmiała mnie, kiedy przyznałem się jej, że rysuję.
Jest zabawna. Powiedziała, że też mnie lubi. A kiedy ją rozśmieszyłem, poczułem w sercu coś, czego nigdy jeszcze nie zaznałem.
A teraz wyszło na jaw, że podkochuje się w moim starszym bracie.
Wciąż patrzy na mój domu. Gałęzie wielkiego liliowego drzewa rozpościerają się nad nami jak jakiś sen na jawie, a budynek przypomina dobitnie o brutalnej rzeczywistości. Mój brat jest przystojny i czarujący. Ma idealny wzrok, uprawia niemal każdy sport, jaki kiedykolwiek wymyślono, i jest kapitanem wszystkich szkolnych drużyn. Przeszedł już okres dojrzewania i urósł, podczas gdy ja nadal jestem jeszcze mały. Poza tym zawsze wie, co powiedzieć i jak zagadać do dziewczyn - nie to, co taki nieśmiały dziwak jak ja. Czasem go nienawidzę. A najbardziej właśnie w tej chwili.
- Nie ma go teraz w domu - mówię do Eleny, siląc się na spokojny, opanowany ton. - Wróci dopiero po...
- Treningu baseballowym - kończy za mnie i kiwa głową. - Tak, wiem. Wyleciało mi z głowy.
Nasze spojrzenia się spotykają i kiedy znów skupia na mnie całą swoją uwagę, mój brat przestaje mnie obchodzić. Właściwie nie interesuje mnie już nic poza tym, że Elena na mnie patrzy.
- No to co? Sweet Rue's w sobotę w południe?
O kurczę, nadal chce się ze mną spotkać?
Nie mogę wydusić z siebie słowa, więc tylko kiwam głową na potwierdzenie.
Elena znowu się uśmiecha, choć nie tym speszonym uśmiechem z delikatnym rumieńcem, jak na wzmiankę o moim bracie. Ten jest szerszy, prawdziwy. Nie boi się mi go pokazać. A może przed nikim go nie ukrywa?
- Jeśli jednak nie będziesz mógł przyjść, poproś brata, żeby do mnie napisał i dał mi znać. - Rusza chodnikiem w stronę Oceanside Avenue. - Pa, Augustusie!
Macha mi na pożegnanie.
- Pa, Eleno! - wołam i odwzajemniam ten gest.
Wciąż czuję ciepło jej dotyku na kolanie, kiedy patrzę na fioletowe kwiaty, które po sobie zostawiła. Zbieram je i chowam do kieszeni, po czym wchodzę do domu.
Jeszcze chwilę temu czułem, że mam za sobą okropny dzień, a teraz, gdy ją poznałem, nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego wydawał mi się taki straszny.
Dalsza część w wersji pełnej